Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzyby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzyby. Pokaż wszystkie posty

19 lipca 2025

Żniwa porzeczkowe i dieta nie tylko lipcowa

Pogoda lipcowa zmienna, słabo przewidywalna. Nagłaśniane przez media upały (które trapią całą resztę Europy, łącznie z Anglią i Skandynawią) zamieniają się w najwyżej dwa dni ciepłe i słoneczne, po których zawsze przychodzi więcej niż tydzień dni chmurnych, ze słabym słońcem, z deszczami i burzowymi pomrukiwaniami. Kozy lubią tę pogodę, a że oba pastwiska już szczegółowo wygryzły, prędko zmykają każdą dostępną dziurą w świat zewnętrzny („do wilka”) i kończy się na bieganinie Anny po krzakach i lesie z wielkim krzykiem i gniewem. Tym niemniej przy okazji znosi do domu znalezione przy gonitwie kurki, które idą na marynatę w domowym occie jabłkowym.

Porzeczkowe żniwo dotychczasowe: 18 dżemów z czarnej i czerwonej, 10 buteleczek soku z nich, plus 3 i pół litra soku z sokownika oraz zapas mrożonych surowych owoców na kompoty, które pijemy przez cały dzień. Pozostaje jeszcze kilka krzaczków nieobranych, a zroszonych deszczem, więc czekają na słońce, te pójdą do gąsiora. Oraz 3 krzaki białych porzeczek, które dojrzewają najpóźniej. Z nich robię dżem, który przypomina w smaku i konsystencji żurawinę i można go używać jako dodatek do mięs na słodko. Mój ulubiony. 

Mam ostatnio istny odjazd na twaróg i kozie mleko. W ogóle z powodu szwankującego woreczka i innych starczych dolegliwości zmieniłam dietę na wysokobiałkową, niskotłuszczową i niesmażoną, łatwostrawną, niskosłodzoną, bezglutenową jak zawsze, bezjajeczną w praktyce i bezalkoholową. Odpadły z niej warzywa wzdymające: fasola, groszek, cebula, czosnek, brokuł, kalafior, kapustne, jedzona na surowo zielenina oraz potrawy smażone. Uprawiam także od kilku miesięcy post przerywany typu: 8-godzinne okienko żywieniowe (od 9.00 do 17.00) i 16 godzin niejedzenia. Piję w ciągu dnia 1,5 litra wody z dodatkiem kompotu, do tego jedna kawa o poranku, a po południu kakao. Na śniadanie i obiad zupa, mleczna z kaszką jaglaną albo kukurydzianą bądź ryżem, i na obiad jakaś zupa warzywna z wkładką mięsną, czasem ryba pieczona z warzywami i jogurtowym dodatkiem. Na kolację twaróg z odrobiną miodu lub chrzanu, pieczona wątróbka, befsztyk z frytkownicy albo kanapki. Z surowizny: arbuz, banan, jabłko, marchew tarta, zielona posypka do potraw z ziół ogródkowych, ogórek. I kiszonki: małosolne ogórki albo buraki. Z tłuszczy używam głównie masła i olejów z zimnego tłoczenia, lnianego, z ostropestu, z czarnuszki (odrobinę na smaczek) albo rydzowego, wszystkich na surowo do polewania zupy albo warzyw i sałatek. Wyzbyłam się sporą ilość kamieni, które jeszcze czasem doskwierają uciskiem pod żebrem, w dołku lub lekką kolką w boku, ale coraz to mniej. Od czasu, gdy się ważyłam ostatni raz przedtem (może 2 lata temu) schudłam prawie 10 kilogramów i poszło to teraz nadzwyczaj łatwo. I może trochę za szybko. Więc choć zostaje jeszcze kilka do zrzucenia nadwyżki dokarmiam się swobodnie w odpowiedniej porze, aby zachować równowagę i pełnię.

Spacerem delektuję się powolnym co dzień, w towarzystwie obu psów,  z lasem z jednej, a polami kwitnącej obecnie gryki, huczącej od pszczół i innych owadów zapylających - z drugiej strony.

6 września 2024

Koniec lata



Lato kończy się dość upalną suszą. Piszę dość, choć temperatura codziennie sięga 30 stopni, zaś niebo bywa bezchmurne, ale trwa to krótko, a późniejsze poranki i wcześniejsze wieczory zrównują odczucia do przyjemnego ciepła. Cienia ci u nas dostatek, jak widać na powyższym zdjęciu. Drzewa swoje robią.
Powoli dobiega końca przetwarzanie ogrodowych zbiorów, mniejszych niż w latach ubiegłych. To nie jest wynik jakiejś katastrofy, a zamierzony efekt. Po prostu świadomie zmniejszamy nadmiary, nam osobiście niepotrzebne, słabo sprzedawalne albo wcale, które nie przynosiły żadnej satysfakcji z nijakich zysków, a raczej wkład pracy i czasu, aby je uzyskać.
Ogórek już się skończył, ale dał nam siebie tyle, że uzupełniłam braki w zeszłorocznych kiszonych zapasach, głównie w postaci krojonych sałatek o kilku smakach i paru słoiczków korniszonów na domowym occie. Służyły też oczywiście na surowo do mizerii i tza-tziki.
Papryki nie było wcale, bo tej ostrej mam jeszcze mrożony zapasik na tę zimę i Anna wiosną stwierdziła, że w ten sezon zrobi sobie z nią przerwę i przyoszczędzi na podlewaniu.
Teraz kończą się pomidory, w tym roku szybko psujące się i mało słodkie. Uzupełniłam zasób soku pomidorowego, który piję i zjadamy często. Zawiera ważny dla zachowania zdrowia i odporności składnik, likopen, więc czemu go sobie żałować? Wyciskarka wolnoobrotowa daje radę dokładnie oddzielić sok od skórki i ziarenek, potem stawiam sok w garze na ogniu, dosmaczam nieco solą kamienną, pieprzem czarnym albo odrobiną ostrej papryki i wrzący przelewam do butelek. Nie trzeba już pasteryzować. Mniam! Nie ma pyszniejszej zupy czy sosu jak z takiego właśnie soku. Niech się wszystkie koncentraty fabryczne schowają. Butelki przechowuję w ziemiance i nic złego się nie dzieje ich zawartości.
Anna ściągnęła już z ogrodu cukinie. Trzech różnych odmian. Ładnie wyrosły na wzniesionych grządkach i wałach, część leżakuje w ziemiance, część na tarasie, na bieżąco używam je do naszych potraw oraz karmię nimi kozy, robią za dodatek warzywny dla nich, podobnie dzieje się z burakiem liściowym. 
Kapustne i jarmuż tudzież fasolkę szparagową zjadamy na bieżąco. Z ziół skończyła się mięta i kocimiętka, bo zrobiłam z nich syrop, którym dosładzamy napoje. Czeka jeszcze nać pietruszki i selera oraz bazylia do ususzenia na przyprawę.
Buraczków czerwonych było mniej niż w tamtym roku, zrobiłam z nich kilka słoików ćwikły.
Jabłka już się kończą. Spadają resztki, owoce duże i słodkie, w większości nadgryzione przez osy i szerszenie. Dały trochę pysznych dżemów i kilkadziesiąt butelek (małych i dużych) soku z sokownika. Musi starczyć na kolejne 2 lata, do następnego kwitnienia drzew. Co roku zresztą przezimowuje ich mniej, więc i sad minimalizuje nasze uzyski i pracę, sam z siebie.
Kilka późnych śliwek węgierek da pewnie kilka słoiczków dżemu. I jeszcze jakiś kompot z dodatkiem rabarbaru i słodkiego jabłka.
Ziemniaki, przywiezione od znajomego rolnika w dużo mniejszej ilości, bo starzejące się resztki przetrzebionego drobiu są na odchodnym, leżą już złożone w piwnicy, sięgam kiedy i po ile chcę. Zakupiłyśmy beztłuszczową frytkownicę i dość często wrzucamy do niej trochę krojonych kartofelków, cukinię czy pierwszą dynię, cebulkę, czosnek, kilka liści jarmużu, aby mieć szybki obiad albo kolację. Pokropioną na talerzu olejem tłoczonym, lnianym czy z ostropestu. Z dodatkiem sałatki ze świeżych pomidorów i cebulki na przykład.
Do codziennego przetwarzania należy oczywiście serowarzenie, potrwa to jeszcze przez jesień, acz stanie się stopniowo rzadsze i mniejsze. Teraz dopiero robię żółte sery, nawet wychodzą mimo upału, bo zrobiło się sucho, tworzą się więc pewne zapasy na tygodnie i miesiące do przodu. Używamy do kanapek, zapiekanek i pizzy. Co kilka dni zaczyniam w jogurtownicy kolejną dawkę świeżego jogurtu, który zjadamy na śniadanie z dodatkiem dżemu domowego i tak się plecie.
Spytacie zatem, co kupujemy w sklepie, bo chyba niewiele potrzeba... No, tak, ostatnio uzupełniłam zapas cukru, bo był w promocji w Biedronce, soli kamiennej, skrobi ziemniaczanej, kilku cytryn, które używam do napojów, jogurciku activia, którym zaczyniam domowy wyrób z koziego mleka (wypróbowałam kilka i ten najlepiej się sprawdza smakowo i jakościowo) i butelkę czystej wódki, żeby nastawić malinówkę. Maliny bowiem już masowo schną i chyba nie zdołają odrodzić się na jesień z owocami. Kupujemy również makaron, który u nas idzie dla psów, bo ja jem z rzadka tylko bezglutenowy, a Anna własnoręcznie, gdy jest potrzeba przyrządza sobie makaron domowy, z jajek od naszych dwóch ostatnich kur, głównie do rosołu. Takie i podobne zakupy robimy raz na dłuższy czas, koszty żywienia są więc mocno zredukowane.
Co do grzybów, to po zebraniu pewnej ilości kurek na początku lata, zanikły w lesie wszystkie gatunki i jak na razie nie wygląda to słodko dla grzybiarzy. Zdołałam się jednak nimi najeść, nastawiłam kurkówkę i kilka słoiczków w occie. I chwacit, jak to na Podlasiu mawiają.


Jak widać na powyższym zdjęciu domowniczki, Pasza z Labą mają się dobrze, starannie pilnując obejścia i stad tego i owego. A raczej już stadek. Samo gumno, wydziobane starannie przez drób przypomina plażę, mieszkamy wszak na wydmie leśnej. Wciąż mamy nadzieję, że przynajmniej po bokach jakaś trawka odrośnie w przyszłym roku, jak bywało na samym początku naszego zamieszkania tutaj. Jest plus tej sytuacji taki, że nie potrzeba kosić podwórka i hałasować sąsiadom.

1 lipca 2024

Sienna półrocznica


Czas roku, liczony od daty urodzin, którą mamy właściwie tę samą co do dnia i miesiąca, osiągnął szczyt i swoją pół-rocznicę dokładnie w chwili, gdy siano z łąki zostało zwiezione szczęśliwie pod dach paszarni i koziarni.

Zaczęło się mocno nieszczególnie. Gdy Anna obstalowała ze znajomym rolnikiem datę kośby, ja nagle przypomniałam sobie:
- Coś ty zrobiła, babo! Co wy robicie, puste głowy! Za kilka dni będzie przesilenie letnie i zaraz po nim pełnia Księżyca! Na pewno będzie burza, wiatr i srogi deszcz! I to nie jeden! Zawsze tak jest co roku, nie pamiętasz?
- Już za późno - odrzekła główna rolniczka - zaklepane. Trudno. Módl się o pogodę.

Jako rzekłam tak i się stało. Lunął jednej i drugiej nocy zaraz po kośbie ogromny deszcz, lał przez obie noce od wieczora do rana. Piękna sprawa dla spragnionego wody wygryzionego "do kości" pastwiska czy grządek złaknionych większych zasobów wilgoci, ale dla skoszonej trawy przynajmniej duża przeszkoda.

No cóż, i takie przypadki mamy już za sobą w latach ubiegłych, więc trzeba było uruchomić w sobie cierpliwość. Anna dzień w dzień wzdychała i jęczała, co to będzie, co to będzie! i już nawet planowała co zrobi, gdy siana nie da się zebrać, bo albo zgnije w polu, albo zostanie może nawet i skostkowane, ale nie zdążymy go schować. Chyba przez tydzień chmury przewalały się po niebie, przynosząc mniejszą i większą rosę. W końcu jednak wyjrzało słońce. I od razu zrobiło co trzeba. 

Anna pojechała władkiem ze zgrabiarką na łąkę, pod sławną ścianę graniczną, przegrabiła siano, które w słońcu i na lekkim suchym wietrze wyschło i na drugi dzień było już gotowe do wzięcia. Drugiego dnia jednak władek odmówił pomocy, ledwie zajechawszy na pole. Przerwał się pasek, silnik się zagrzał, ale na szczęście nic większego się z tego nie zrobiło. Tym  niemniej nie dało się zwałować siana o własnych siłach. Anna wezwała telefonicznie innego znajomego rolnika, który chętnie pomógł swoim sprzętem i zrobił wały na łące. Zajrzał także pod maskę władkowi, ale w tych polowych warunkach wolał nie rozbierać wnętrzności silnikowych. Władek przekimał się na łące przez noc i następnego dnia Anna dojechała nim powolutku do owego rolnika i zostawiła mu pojazd na podwórku, aż znajdzie wolną chwilę, aby go zreperować.
Po południu przyjechał drugi znajomy rolnik i zrobił z wałów siana ciuki. Anna zostawiwszy traktor na polu wróciła do domu okazją i wyruszyła samochodem z przyczepką po pierwszy transport. W sumie do wieczora obróciła trzy razy. Pomagałam jej ułożyć ciuki w przygotowanym pomieszczeniu, po czym padłam. Także dlatego, że upał i duchota zaczęły się wzmagać niemożebnie. Muszę przyznać, że w zeszłym roku miałam więcej siły, no cóż, taki bieg rzeczy... młodsza się nie robię.

Następnego dnia Anna zrobiła 5 kolejnych obróceń, poradziłyśmy sobie z układaniem kostek pod dachem, ja dowoziłam je taczką i układałam dolne partie, a ona dźwigała je wyżej, pod sufit, gdzie ledwie sięgałam. Upał był straszliwy, a ona w mig opaliła się jak na grillu. Jedynie lniana koszulka, od lat trzymana w szafie tylko na okazję sianokosów, przynosiła jej ulgę w tym ukropie. Dolewałam jej za każdym obrotem świeżej wody do butelki, aby nie odwodniła się w tej pracy i wypijała calutką, czasem tylko mocząc nią sobie chustkę na kark, żeby się ochłodzić. Ja zaś po załadowaniu każdej zwózki w paszarni polewałam się cała zimnym prysznicem, wcale nie czując zimna w tym rozpaleniu. Kto by miał czas grzać wodę w bojlerze w taką pilną porę!

Trzeciego dnia jeszcze 3 razy i koniec. Podliczyłam osiągi i zdziwiona dowiedziałam się, że mamy oto prawie 500 kostek siana na zimę. Wspaniała sprawa. Trawa dobrze wyschnięta, pachnąca, mimo ogromnych ilości wody, które ją polewały na początku.

Upał został z nami, mimo że pojawiły się znów deszcze. Teraz zbieramy porzeczki, które podczas tych naszych innych zaangażowań zaczęły już nieco opadać. Tu muszę dodać, że pierwszymi owocami w tym roku były świdośliweczki, których krzaczek posadzony raptem 3 lata temu, dał w tym roku prawie 5 kilogramów! Wszystkie zjadłyśmy na surowo jako dodatek do jogurtu albo do naleśników.

Teraz czas na nalewki, dżemy i domowe wino. Już się naciąga lecznicza nalewka na kwiatach dziurawca, ponoć pomocna w razie bezsenności i atakach lęku, oprócz innych trawiennych właściwości. Wypróbuję ją w zimie, gdy nadmiar nocy nieco mnie stresuje. Oraz odrobinę nalewki na świeżych posiekanych drobno kurkach, którą zwyczajowo co roku robię i popijam w ramach naturalnego odrobaczania. W kolejce stoi porzeczkówka, teraz z czarnej, następna z czerwonej i białej będzie. Tym sposobem gromadzenie zapasów zimowych ruszyło.

13 listopada 2023

Zanikanie

Poranki już mocno rześkie, wilgotne i mgliste. Powoli przygotowujemy się na śnieg i mróz. Liście selera i pietruszki z cieplicy i grządek, kwiat aksamitki i liście kocimiętki powędrowały do suszenia. Aksamitkę piję codziennie w ramach herbatki, a także robię mocniejszy napar, razem z szałwią, czasem dorzucam liście dębu i dolewam do gorącej kąpieli. Profilaktycznie, nie żeby się leczyć. Ot, przyjemnie jest się wypławić raz w tygodniu w jakichś zapachowych naturalnych substancjach. Kocimiętka ma właściwości nasenne i uspokajające, podobne do melisy, więc mieszam je z aksamitką jako swoje ziółka wieczorne.

Anna jeszcze czasem idąc za kozami w las przynosi garść grzybów. Podgrzybki i maślaki już zanikły, ale można nadal znaleźć kurki i zielonki (w moim rodzimym regionie także podsłonkami nazywane). I tak czasem jeszcze zdarza się zupa grzybowa, albo sos ze świeżych grzybów.

Wczoraj przy niedzieli ponadto wylądowała na jarmarku w Białymstoku. Kulturalnie pod dachem urządzony, więc zimno nie doskwierało, zebrał blisko stu wystawców. 

Wróciła wieczorem, może nie tyle wzbogacona, bo po odjęciu kilku stówek zapłaty za stoisko pozostało niewiele, ale zadowolona z poobracania się pośród ludzi, znajomych i nieznajomych ceramików, w dużym mieście, w swojej branży.


Tak nawiasem mówiąc, zapomniałam byłam zapisać na blogu, że we wrześniu Anna odbyła kurs robienia tynków z gliny. Może się do czegoś przyda nam ta wiedza, bo dziury w paszarni wciąż zapraszają niechcianych drapieżnych gości, i strach tam drób zostawić.


Póki co to raczej odpoczynek jest jej bardziej potrzebny, a nie nowe plany. Jak to po każdym sezonie.
Mleko u kóz na naszych oczach zanika, więc i ta praca staje się z dnia na dzień lżejsza. Już niedługo wakacje rolnika!

6 listopada 2023

Jesień już

Trochę się pozmieniało, ale wypadki szybko ogarniamy. Takie to już gwiazdy na niebie w ostatnim czasie, dużo opozycji planet w znaku Skorpiona i Byka. W samo zaćmienie Księżyca padł mi komputer. Szczęściem w nieszczęściu zdołałam spisać swoje pliki, spodziewając się niespodziewanego. I po kilku dniach zostałam właścicielką nowszego modelu. 

Było też kiełbasienie domowe i ukręciłyśmy 8 kg wyjątkowo pysznej kiełbasy w ciągu pewnego jednego dnia. Trzeba też było kupić nową zamrażarkę (stara chodzi, a jakże, ale zawsze lepiej mieć zapas, niż nie mieć w razie awarii), gdzie oprócz kiełbasy i mięsa z tegorocznych kaczek zamrażam jeszcze mleko i sery twarogowe. Bo kozy zaczęły już ograniczać mleczność, są dojone tylko rano, niektóre co dwa dni. Zatem starcza na jogurt i twaróg, które robię co 3 dni.

Ponadto przy zmianie miesięcy tuż przed pełnią był wysyp grzybów, Anna prawie nie wychodziła z lasu, wpadła w szał grzybobrania. Takich jak poniżej pełnych kubełków przyniosła niezliczoną ilość.

Suszarka chodziła na okrągło, oraz siatka pełna grzybów stała nad rozpaloną płytą. Wyszło z tego sama nie wiem ile słoików suszu. Codziennie grzyby królowały na stole, w rodzaju zupy grzybowej, sosu czy smażonki. Do tego ponad 10 słoików zamarynowanych w domowym occie powędrowało do piwniczki.

Pogoda po pełni szybko zrobiła się typowo listopadowa, deszczy, mży i mgli. Poranki są mocno chłodne. Acz wciąż starcza nam palenie jedynie pod kuchnią przez kilka godzin południowych, aby ogrzać połowę domu, gdzie zimujemy. W ogrodzie są jeszcze resztki zielonych upraw i poplon. A przy płocie taka wielka stepowa trawa nam wyrosła.

12 sierpnia 2023

Sierpniowa zupa warzywna

Po dniach i nocach na tyle zimnych, że dojrzewanie pomidorów prawie zamarło, ruszają znowu upały. I przerób zbiorów. Głównie pomidorów, choć trochę słoików sałatek ogórkowych w kilku ulubionych smakach też do piwniczki powędrowało. U znajomych w gościnie spróbowałam kiszonych zielonych pomidorów i jutro robimy, bo w trzeci dodatkowy tunelik zaraza wlazła i trzeba było zebrać owoc w niedojrzałym stanie.
Generalnie codziennie jemy kiszonki, kapusty z burakiem, rzodkiewki, ogórki małosolne lub kwaszonki: korniszony, sałatki ogórkowe czy ćwikłę. Do tego jogurt na śniadanie z dodatkiem domowego dżemu lub pasteryzowanych jagód, wszystko tytułem nie jedynie smaku, ale i podtrzymania zdrowia i stałej odporności.

Dziś na obiad ugotowałam sierpniową zupę warzywną ze składników w większości z gospodarstwa wziętych. Oto składniki na 3-litrowy garnek (4-5 porcji dla dorosłych osób).

Jedna marchew starta.
Jedna cebula pokrojona w talarki.
Pół cukinii syryjskiej pokrojonej w kostkę.
Trzy garście kurek znalezionych w lesie za domem, przedtem sparzonych i dobrze opłukanych z piasku.
0,8 litra przecieru pomidorowego swojej roboty.
Jeden krojony pomidor mięsisty, jeszcze nagrzany słońcem w ogrodzie.
Dwie małe papryczki czerwone, nieostre.
Cztery wyżyłowane liście kapusty włoskiej, pokrojone.
Liść pietruszki.
Liść selera.
Trzy listki mięty (mięta wyostrza smak, spróbujcie tego sposobu, ja się przekonałam).
Kilka listków kolendry.
Suszona bazylia.
Ziarna pieprzu prawdziwego, ziela angielskiego, kolendry. Szczypta pieprzu cayenne i pieprzu ziołowego.
Siedem łyżek ryżu.
Sól do smaku.

Uzupełnić wodą, zagotować i ugotować do miękkości wszystkich składników.
Jeśli zupa jest bez wkładki mięsnej, typu jarskiego, można dodać na koniec podsmażonej na maśle czy oleju cebulki. W naszym przypadku nie pieścimy się. Dodaję przysmażonych dużych skwarków ze słoniny, albo boczku. 

1 stycznia 2023

Fajerwerki i miecze

Wieczór sylwestrowy w planie miał być wieczorem zaglądania w przyszłość poprzez karty. Ale głowy puste obu rozpytujących sprawiły, że karty gadały trzy po trzy.

- Patrz, ta Dama mieczowa to kobieta w jakiejś determinacji, kogoś straciła nieodwołalnie, ma za sobą bolesną przeszłość, a teraz chce powojować, aby coś ważnego jeszcze zdążyć zrobić.
- Kto to, ja? Ty?
- Nie sądzę. Mówię co widzę. Może później coś mi przyjdzie do głowy... No, więc słuchaj. Czego chce ta babka, to mówi druga karta. Całkiem przyjemna, spokojna. Ona walczy o bezpieczeństwo i święty spokój, jadło i napitek. W takim razie tego nie ma, a chce mieć.
- I co dalej?
- Dalej jest Rycerz mieczowy, męska zwarta wojownicza energia prąca odważnie do przodu i podejmująca ryzyko, przeważnie grupowa. Ona będzie wśród nich i wybije się jakoś na czoło, choć wszyscy będą zaangażowani w podjęte zadanie jednakowo, aż do zwycięstwa. Te miecze to konflikt, zimno, czasem rany, broń i pojedynki, na słowa, poglądy, ale i inne trudne tarcia i starcia. 
- No, dobrze, nic nie rozumiem, ale jak to się skończy?
- Właśnie. Odwrócona szóstka Mieczowa to jest jak przewrócony okręt, który nie może wypłynąć w daleką podróż, z powodu jakiejś przeszkody nie do pokonania, albo katastrofy. Coś im wszystkim się nie uda, choć tych dwoje, Dama i Rycerz wygląda, że jakoś to przetrwają, a klucze rozwiązania będą w rękach kobiety, bo ona jest w zestawie najsilniejsza. Ale tyle mieczy, czyli kart pikowych, to jakaś smutna i gniewna historyjka. Nie wiem nic więcej. Pewnie niedługo dowiemy się, o co szło w kartach, jak znam magię i życie.

Udało się przejść spokojnie sylwestrowy długi wieczór przy post-apokaliptycznym filmie skandynawskim, pt. "Krab", ziejącym mroźną Północą i pokazującym ruinę cywilizacji w sposób oszczędny, nie tak fajerwerkowy, jak efekciarskie amerykańskie produkcje. Bohaterka, która straciła bliskich wraz z ekipą zwerbowanych komandosów przedarła się na teren wroga przez zamarznięte morze, gdzie miała odpalić zabójczego wirusa. Poszła jednak po rozum do głowy i plan nie udał się...
- Aj! - zawołałam po kilkunastu minutach oglądania - Już wiem o czym były karty! Opowiedziały nam ten własnie film! Skończy się zatem boleśnie.

Pewnie przez tę jego realistyczną oszczędność w efektach Anna nagle przejęła się i zaczęła wspominać o surwiwalowych sposobach na przetrwanie wrogiej ekspansji.
- Taki karabin zamontowany pod stołem, fajna rzecz...
- Albo, jak wymyślił nasz kolega, zapas trujących suszonych grzybów zostawiony przy kuchni, żeby wróg się nażarł i zdechł... - dopowiadam. - Choć bałabym się zemsty losu, bo można zapomnieć gdzie się co schowało i taką trutkę samemu zjeść przez nieuwagę.
- Jedzenie poutykane tu i tam. Siekierka w lesie. Zwierzęta trzeba by najpierw rozpuścić, żeby miały choć małą szansę. Jakieś nasiona w zapasie. I krzesiwko.

Z tym poszłyśmy spać na kwadrans przed północą. Ledwie się wyciągnęłam w pościeli poderwał moją uwagę huk noworocznych petard, puszczanych corocznym zwyczajem, przez chłopaków z wioski. Psy nawet uszami nie zastrzygły. Kozy i kury pewnie też. Ze zwierzem domowym czy hodowlanym na dalekiej wiosce jest inaczej niż w mieście, bo wokół rozciąga się przestrzeń do ucieczki, a gospodarz zachowuje spokój. Choć zapewne takim żubrom, łosiom, sarnom, lisom, zającom czy borsukom, a nawet wilkom, co się plączą w okolicy, należy się przypomnienie, gdzie jest nasze ludzkie terytorium. I że jeszcze tu trwamy.

Obudził mnie wyjątkowo ciepły i słoneczny dzień.

9 października 2022

Grzyby, ceny, porządki

Niedawno pojawiły się wreszcie grzyby, głównie maślaki, z rzadka kurki, prawdziwki to tylko na zdjęciach fejsbókowych niektórych szczęściarzy można podziwiać. Bywają też zielonki, co zapowiada doroczny "koniec grzybów". Czyli nie ma co liczyć na uzupełnienie zapasów suszu. Nawet zajączków, czyli podgrzybków nie uświadczysz.
Anna wybrała się jednego popołudnia w las za domem, nazbierała wiadereczko maślaków, nad którym biedziłam się całe kolejne popołudnie. Część trafiła na patelnię do obiadu, garść do leczo następnego dnia, a resztę zapakowałam do dwóch słoiczków i zalałam zaprawą octową, będą na później. Również kani jest wysyp w naszym sadzie, na pastwisku i niekiedy przyrządzam sławny kotlet.

Ostatnie pomidory z tunelu, ostatnie jabłka, antonówki. Przerabiam je na mus. Pomidory na pastę do pizzy. Ostatnie maleńkie dyńki w ogródku przy domu, seler naciowy na susz. Układamy także porżniętą gałęziówkę pod daszkami, gdzie się da, aby nie mokła. 

W Biedrze uzupełniamy zapas cukru, bo zeszłoroczny wyszedł. Przydał się w czasie nagłej cukrowej zwyżki cen. Nie liczę na ich spadek. Pozory mylą. To się już nie stanie. Sklep zresztą stosuje chwyty zachęcające do kupowania, dając rabat 15 złotych za zakupy powyżej 100. W przeliczeniu na uchwyt cukru obniża to jego cenę około złotówki, z 6 na 5. W gospodarstwie to ważny konserwant i raczej nie należy zdawać się na przypadek, gdy jest wysyp owoców. Nawet gdy pszczelarstwo padło i nie trzeba owadów dokarmiać.

W komisie meblowym w sąsiednim powiecie kupiłyśmy duży drewniany stół na taras. Udało się go samodzielnie załadować na pakę (nieco wystawał, ale kulturalnie), umocować, przywieźć, wyciągnąć i ustawić. Taras wymaga jeszcze sporo porządkowania, co wymaga wolnego czasu. W miarę postępu jesieni będzie go więcej, więc trwam w spokoju.

Jedna drewutnia, najstarsza, zbutwiała już zupełnie i wymaga postawienia od nowa. Tej zimy trzeba będzie wybrać z jej obrębu zalegające tam drewno (o ile śnieg go nie zasypie), a w przyszłym sezonie będziemy znów bawić się w budowlańców.

Poza tym ważne: obecna pełnia księżycowa na niebie przekonała jednak kozy do dorocznego święta miłości. Dwa dni wcześniej zaczęła ruję jedna koza, teraz już wszystkie merdają ogonkami. Trwają zaloty.

I tyle nowin gospodarskich.

28 września 2022

Jabłkowisko

Grzybów wciąż nie ma, za to jabłka nadal spadają i nie ma temu końca. Teraz najsmaczniejsze, najdojrzalsze i najzdrowsze. Aż żal nie pozbierać i nie przetworzyć, kozom oddając na pożarcie albo jakimś nocnym gościom w sadzie, sarnom, może jeleniom albo dzikom nawet. Zatem codziennie jakiś dżem dorabiam, teraz jeszcze z dodatkiem śliwek, Anna pracowicie sok tłoczy, albo jak dziś przygotowuje przetwór z antonówki w cukrze, dobrze się przechowujący i mogący służyć i jako sok, i jako wkład do szarlotki. Oraz susz jabłkowy organizuje. W słoneczny dzień w elektrycznej suszarce, w mglisty - na specjalnej siatce ustawionej na rozgrzanej płycie kuchennej opalanej leśnym chrustem. Na ogół służącej nam do suszenia grzybów, ale w tym roku ani jednego nie udało się trafić. Taki susz świetny jest do pojadania przy jakimś nudnym serialu netfliksowym albo amazońskim, a także świetny kompot świąteczny z niego można uwarzyć, antonówka do tego najsmaczniejsza jest.

Psy zostały zaszczepione, pan weterynarz rozmowę zagaił, że mu kobiety po wioskach skarżą się na brak grzybów. I brak możliwości podreperowania budżetu domowego. No, tak, pokiwaliśmy głowami.
- Ale biedy nie ma. Gdyby była, to by jabłka nie gniły pod drzewami, bo nie ma komu ich przerabiać. Choćby na wino. Czyli piwo "durackie" jest za co kupić - ot, i moja filozofia.

Laba już nie pamięta, że była chora. Wróciła jej zupełnie radość życia.

Hydraulika wymieniona i naprawiona gdzie trzeba. Wreszcie! Bojler elektryczny, zmywarka, nowy zlew kuchenny, prysznic, umywalka w łazience, jak i nowy sedes (z powodu nienaprawialnej awarii spłuczki trzeba było wymienić komplet). Większość sprzętu czekała od dwóch lat, część nieco krócej, więc nie był to mega wydatek jednorazowy, ot, wreszcie udało się pana hydraulika wyhaczyć i zamontował wszystko jak należy. Trochę śmiesznie, bo podgrzewany bojler w zimie nam niepotrzebny zupełnie, więc wypróbujemy go dopiero za niespełna rok. Jak Bozia pozwoli, oczywiście dożyć, albo wojny, zarazy, braku prądu nie ześle.

Kozy doimy raz dziennie. Twarogu mniej, bo mleko słabiej kiśnie w niskiej temperaturze, takoż i serków też. Nie brakuje jogurtu ani mleka do kawy czy placków. Uzupełniam zapasy zimowe, także mleka, które zamrażam, ostatnia chwila. Ostatnie deszcze sprawiły, że trawa miejscami nieco odrosła i stado nawet się pasie na wyschłym pastwisku przez kilka godzin dziennie. Czekamy na ruję.

16 września 2022

Susze i chłody

Pastwisko już coraz mniej interesuje kozy, bo wyschło. Choć codziennie biegną truchtem na wyścigi na swój ogrodzony placyk, poprzez który ścieżkę sobie udeptały, prowadzącą prościutko do sadu. Tam pożywiają się skrupulatnie świeżymi spadami nocnymi. Które przedtem Anna pracowicie przebrała, zwożąc na taras kolejne wiadra albo skrzynki ze zbiorami. 

Dodatkowo dostają dwa razy dziennie krojoną niedojrzałą dynię, która w ten sposób nie marnuje się, resztki ogórków z tunelu, których już nie przetwarzam, obierki z cukinii, jabłek i warzyw. Jako uzupełniacz porcji owsa. Zatem głodu nie ma, jest głównie znudzenie. Ruja się opóźnia, mleka jakby mniej, ale starcza jeszcze na dwa udoje, choć w zmniejszającej się szybko ilości.

Ochłodziło się, zwłaszcza w nocy, toteż i enzymy gorzej działają i tłoczenie pulpy jabłkowej spowolniło, a także i cydry słabo chodzą w gąsiorkach. Jesteśmy już zresztą zmęczone tym gospodarskim kręceniem się w kółko. Ja na zmianę robię raz sokownik (na kuchni opalanej chrustem dla taniości) dający jakieś 2,5-3 litry soku, który butelkuję na gorąco i magazynuję w piwniczce (dwa lata, do następnych zbiorów potrafi dotrwać ilościowo i jakościowo, gdy się postarać i robić go systematycznie), a raz dżem jabłkowy lub z dodatkiem aronii czy dzikiej róży. Zjadamy go powoli razem z jogurtem, więc utrzymanie zrównoważonej stałej ilości zapasów na półkach jest ważne. Przydaje się, a wszelkie marmelady zachowują trwałość nawet kilkuletnią. W niewielkich ilościach także suszymy jabłka, owoce aronii, śliwki i plasterki bananów, z czego Anna komponuje sobie potem ulubione musli. A także pomidorki, liście selera i bazylii jako przyprawy.

Jak na razie, mimo deszczów, które zasiliły nieco przyrodę, grzybów w okolicy brak. Grzybnie wyschły. Trudno, w sumie zjadłam w tym roku stosowną dawkę kurek, resztę mogę darować mojej wątrobie. Choć zeszłoroczny susz już się skończył i trochę mi brakuje wzmacniacza smaku zup i sosów.

Poza tym ruszyła sprawa remontu hydrauliki i kuchni, choć nadal się wlecze, bo są opóźniające drobiazgi. Oraz nowy stary samochód (tym razem Peugeot- Partner, też Francuz) przeszedł wymianę tego i owego, więc jest nadzieja. Sama nie wiem na co. Ot, na sprawne codzienne prosperowanie jak zawsze. Mimo drobnych zmian w przyrodzie i polityce, które przecież się dzieją.

1 sierpnia 2022

Niepewne lato

Pogoda się skiepściła, mokro, chłodno. Dla pastwiska to dobrze, ale dla żniwiarzy niekoniecznie. Ceny w skupie dla zbóż na razie znośne, ale czuć jakąś niepewność. Po ogromnej ulewie nocnej trzeba było wyzbierać opadłe jabłka w sadzie. Kilka wiader, dzisiaj przerabiam na soki, bo na tyle już dojrzały, że się da. Dobrze, że pewien zapas cukru zrobiłam, bo w sklepach brakło zupełnie. Choć w internecie można kupić, ale po horrendalnych cenach.

Anna zaliczyła kolejny jarmark, czy też lokalny festyn, jak zwał tak zwał, w sąsiednim powiecie, w Orli. Z rękodzielników były tylko dwa stragany. Reszta odpustowe badziewie, lizaki i plastikowe zabawki dla dzieci. Oraz koła gospodyń wiejskich, które imprezowały pod drzewami i częstowały pysznym żurem z kiełbasą swojską, za przysłowiowe "co łaska". Muzyka była skoczna. "Graj Cyganie" i gwiazda z filmu Smarzowskiego "Wesele". 

Zdjęcia stoiska. 

Pomysł z drabiną i deskami jako przewoźną, łatwo rozstawialną i zwijalną wystawką jest wygodny i sprawdza się w praniu.

Poza tym w tunelu rośnie jak trzeba, acz zimne noce i wilgoć wywierają swoje wpływy. Przede wszystkim wegetacja zwolniła, ogórki się kończą. Kolejne buraki trafiają do garnka i do piwniczki na zapas.

Powolutku zaczynają się pomidory, na razie żółte. Anna podlewa je gnojówką z ziół i psika profilaktycznie roztworem z drożdży, bo przy takiej pogodzie łatwo o pleśnie i zarazy.

Pierwszy raz w dziejach naszych upraw pojawiły się też bakłażany.

W lesie zaś zaczęły się grzyby. Kurki stoją w skupie wysoko. Opłaca się je sprzedawać. Są tacy, którzy oczywiście reperują sobie budżet tym sezonowym sposobem. Nawet Anna, gdy jej się zdarzy nadmierny zbiór, taki nie do przejedzenia, odwozi grzyby i ściąga kaskę. 

Ten akurat dał ponad pół stówki.

14 lipca 2022

Owocobranie

Ochłodzenie, a wraz z nim rzadkie, ale za to zlewne deszcze. Przeważnie nocą, ale wczoraj ulewa wypadła w dzień. Przedwczoraj pojawił się Zefir i dmuchnął tak skutecznie, iż przez całe popołudnie i noc nie było prądu w większości regionu. Także złamał do końca starą kosztelę, wysokie drzewo, które już wielokrotnie osypywało się konarami, ale w tym roku obłożone ogromną ilością owocu nie wytrzymało ostatecznie. Jakimś cudem, i to cud nie pierwszy w tym roku związany z drzewami, pień z czubem opadł w stronę, gdzie nie było innych drzew i zaledwie musnął ogrodzenie. Tym sposobem dzisiaj poszłyśmy najpierw, przed wypuszczeniem kóz na łąkę, pozbierać jabłka i naprawić płot. Jeszcze jedna jabłoń w końcu sadu straciła odgałęzienie, zatem zrywałyśmy guguły i wiadrami znosiłyśmy je na taczkę dość długo. Z obawy przed przejedzeniem się nimi kóz. Drobne ilości spadów zjadają już od dawna i to ich przysmak coroczny, więc są już przyzwyczajone, ale taka ilość mogłaby je oszołomić. Kilka lat wstecz jedna z kóz, najadłszy się takich niedojrzałych koszteli ze złamanego konaru dostała silnej gorączki, trzeba było szybko interweniować zastrzykami. Lepiej chuchać na zimne.
Zatem zabrawszy owoc z placu wyżerki i naprawiwszy z grubsza płot (trzeba było dostawić słupek i umocować nadwyrężoną siatkę), wypuściłam kozy z kaczego dołka w południe i ruszyły galopem do sadu. On jeden jest jeszcze w miarę zielony, reszta pastwiska wyschła, zielenią się tylko jakieś niskie porosty. Może przy częstszych opadach trawa odbije, wysieje się nowa, zobaczymy. Przeważnie tak było w deszczowe lato.
Guguły się nie zmarnują. Będę im je skarmiać przy obrządku w kontrolowanych ilościach.

Poza tym porzeczki czarne już właściwie zagospodarowane. Nie było ich zbyt dużo, ale i tak więcej, niż w zeszłym roku, gdy w ogródku permakulturowym krzaki prawie nie miały owocu. W tym każdy jednak zaowocował, to trzeba przyznać. Zrobiłam około 10 słoiczków dżemu, a reszta poszła do gąsiora na wino.

Zaczynają się cukinie, a z nimi leczo cygańskie. Co prawda z zeszłoroczną papryką, zamrożoną przezornie, ale zawsze swoją. Oraz przecierem pomidorowym zeszłorocznym, domowym, który daje boskie smaki, tak w zupie, jak w sosie i w leczo właśnie. Z dodatkiem kurek, które po deszczach zaczynają się pokazywać w pobliskim lesie i Anna wyskakuje na nie z rana przed śniadaniem.

Pierwsze owocowanie świdośliwy zaliczone, owocki były duże i smaczne. Zjadłyśmy prosto z krzaka.

I tak się plecie.

6 lipca 2022

Pierwsze zbiory ogrodnicze

Ostatni transport siana odbył się ostatniego dnia wolności, przed wejściem w życie zakazu zbliżania się do "muru" na odległość 200 metrów. Z ogonem za samochodem, który przystawał i nieruchomiał, gdy się przystawało, aby pogadać albo zapytać o co chodzi, po czym śledził pilnie robotę na polu w cieniu krzaków z sąsiedniej łąki.
Po dwóch dniach zbłądził jednak do nas Andrij i pomógł te ostatki wrzucić na balkonik i rozmieścić pod dachem paszarni. Był jeszcze przy jakich takich siłach z pogodnego rana. Wszystko zatem dobrze się skończyło.
Tym sposobem można się było zabrać za inne inne pilne prace. Przede wszystkim ogórka. Który w ciągu palącej pogody wziął i niepostrzeżenie zaczął dojrzewać.

Z braku czasu na podlewanie pierwsze zbiory trafiły w paszcze kóz, spragnionych orzeźwienia. Bowiem ogórki okazały się puste w środku i gorzkie z braku dostatecznej ilości wody w upale. Kozom to nie przeszkadzało. Pałaszowały, aż im się uszy trzęsły.

Anna zatem przede wszystkim zajęła się ogrodnictwem i pilnymi pracami, przede wszystkim systematycznym podlewaniem spragnionych ogórków. 

W ten sposób kolejne zbiory zaczęły odzyskiwać równowagę smakową i mięsistość. I już mogą iść w ręce klientów i trafić na małosolne do kamionki.

Ponadto trzeba było zająć się też pomidorami, oberwać nadmiarowe liście. 

Takoż wyrwać plony buraka, który pięknie obrodził. W zamian posiany został następny i już został posadzony, w gruncie i tunelu.

Ja tymczasem przerobiłam 5 kilogramów buraków na ćwikłę, wyszło 17 słoiczków, które wylądowały w zbiorach piwnicznych. 

Zaczęły również dojrzewać porzeczki. Trochę się spiesząc zerwałam owoce z krzaków przy domu, aby ubiec żarłoczne kury i indyki. Nastawiłam nalewkę i winko w gąsiorkach. Niewiele, ale zawsze. Reszta jeszcze przede mną. Ptactwo też pastwi się nad pierwszymi cukiniami i truskawkami, trzeba się z nimi ścigać. To nas motywuje, aby do przyszłego roku zmienić trochę hodowlę na mniejszą i mniejszych szkodników. Na przykład takich jak poniżej.

Poza tym palące upały minęły na rzecz opadów co jakiś czas, które ruszyły grzybiarzy do lasu poszukujących pierwszych kurek. Kolik już się chwalił sporymi zbiorami, ale nasze próby poszukiwawcze w bliskim otoczeniu jak na razie spełzają na niczym. Deszcz przyjmujemy z ulgą, jak i cała przyroda wokół. I wynędzniałe od słońca pastwisko.

Spędzamy wieczory na tarasie w towarzystwie psów, szkliwiąc biskwit, dobierając fragmenty do jakichś całości w rodzaju kolczyków czy zawieszek ozdobnych z ceramiki. I czekając na rozbłyśnięcie lampek ładowanych w dzień słońcem. Piękny spokojny czas.

12 sierpnia 2021

Zbieranie

Trwa przetwarzanie, choć przystopowało nieco, bo pomidor jeszcze się nie rozpędził. Chłodne noce, rześkie wieczory i poranki, nawet mimo czasem wysokiej temperatury i słonecznych dni, spowolniły dojrzewanie. Zbieramy kilkukilogramowy kubełek co kilka dni i przerabiamy go na sok. Zagotowuję urobek z dodatkiem łyżki soli i dużą szczyptą pieprzu cayenne i butelkuję na gorąco. Niepostrzeżenie rośnie zapas.

Za to są grzyby. Kurki ciągle dobrze w skupie stoją. Prawdziwki się zaczęły, ale skupy nie są zainteresowane, nisko je cenią albo wręcz nie skupują. Więc tylko dla prywatnych pasjonatów stanowią wartość samą w sobie i bezcenną. Anna wyskakuje codziennie do lasu za domem i gadając sobie przez telefon ze znajomymi zbiera żniwo. Nawet zarobiła już ponad stówkę, bo już dawno nam się zjadanie znudziło. Ot, dorzucę garść kurek do zupy czy sosu, ale ile można?

Prawdziwki wymagają palenia w piecu i suszenia. Przydadzą się, oczywiście. Mimo, że wciąż mam pewien zapas z poprzedniego roku. Wszystko dzieje się z czasem, swoim własnym tempem. Jednak kurki ciągle jeszcze dominują.


Po ogórkach, które wylądowały w słojach i butlach, tudzież kamionce, na stole zagościła cukinia, którą staram się używać do wszystkiego, co się da. I czerwone buraki. 
Następna w kolejce jest dynia, która dopiero przyrasta. Ma jeszcze czas. Kwitnie, wielkimi liśćmi osłania kwiaty i owoce, dając przystań pszczołom i trzmielom. Nawet w porze dżdżystej, gdy znajdują schronienie pod jej baldachami.


Powyższe i poniższe zdjęcie pochodzi z ogródka permakulturowego, który 1) mało żyzny jest, 2) podlewany naturalnie deszczem, 3) roślinność musi walczyć z trawą, która jest tak szybka, że nie sposób jest nam z nią w porę wygrać. Może zatem całość nie jest jakoś bardzo dorodna, ale jest.


Zobaczymy co dalej. Czekać i wierzyć trzeba.

2 lipca 2021

Sezon ogórkowy rozpędza się!

Urobek dzienny. Świeżutkie, prosto z krzaka. Marzenie smakosza. Ponieważ ochłodziło się i deszczy można spędzić więcej czasu w tunelu w ciągu dnia i podgonić zaległości.

Nastawiam kolejną partię małosolnych. A do obiadu znowu mizeria. Z tartych ogórasków lekko posolonych, z dodatkiem śmietanki zdjętej z mleka koziego i zakwaszonej kilkoma łyżkami koziego jogurtu, z pieprzem, łyżeczką octu jabłkowego i łyżeczką cukru.

Koper na dokładkę. Takoż dodaję do wszystkiego, co się da pokoperkować lub zakwasić. Jutro z dzisiejszych dodatkowych zbiorów leśnych będzie sos kurkowo-koperkowy.

16 lipca 2020

Letni urobek dzienny

Spieszę donieść, że pomagier odzyskał honor. Po dwóch dniach, gdy poczuł się lepiej sam przyszedł i dokończył robotę, czyli wrzucił resztę ciuków zgromadzonych w garażu na poddasze obory.

Ogórki ruszają całą parą. Zaczął się przerób codzienny. Powstają sałatki, które zamykam w słoikach, pasteryzuję i wynoszę do piwniczki. Na bieżąco kiszą się małosolne w kilku słojach tak, że zawsze są na podorędziu, do kanapek i zakąsek.


Pojawiły się również cukinie, więc bez inaugurującej zapiekanki z cukinii z serem się nie obyło.


Odgrażałam się, że zrobię prawdziwy chłodnik, nie taki gotowany, z którego jedynie nazwa została. I zrobiłam. Prawdziwy robiło się w gospodarstwie latem z zimnego zsiadłego mleka i buraczków, oraz dodatków z ogrodu, jako przystawkę do młodych ziemniaczków z koperkiem. Przynajmniej tak to pamiętam z dzieciństwa. Szukałam na You Tube przepisów i jedynie jednego polskiego Rosjanina znalazłam, co ukręcił taki chłodnik, nazywając go litewskim. Myślę, że to potrawa chłopska i słowiańska, ogólnie. Bo znam ją z rodzimego piotrkowskiego rejonu. Zaś zupa z młodych liści i łodyg buraczków wyrywanych podczas przerzedzania rzędów nazywa się nie chłodnik, a boćwinka lub botwinka. Tych rzeczy to ja nie mylę. Swoją drogą liściowe buraki sałaciane również u nas rosną... o.


Przyrządzając prawdziwy chłopski chłodnik letni pomieszałam jogurt z podduszonymi do miękkości startymi młodymi buraczkami (kilka "wyszło" z miękkiej gleby przy usuwaniu krzaczków bobu z grządki i w ten sposób dało się zagospodarować), dodałam pokrojone w kostkę świeże ogórki, szczypiorek, koperek, krojone gotowane na twardo jaja, na koniec pieprz czarny i sól. I to jest to! Lekki wegetariański gospodarski obiadek na szybko.

Nie do końca jaroszujemy, bo trzeba miejsce w zamrażarce zrobić na nowe zapasy. Zatem co kilka dni warzy się rosół, z którego różne zupy powstają, jak np. kurkowa. Już dwie były i znowu ma być. Anna co rusz znajdy z lasu przynosi. Raz nawet było tego kilka kilogramów i trzeba było do skupu jechać pozbyć się ich za trochę grosza.


Poza tym porzeczki dojrzewają i z wolna je rwę i przerabiam. Na galaretkę, dżemy i sok. Resztki idą do winka. Nic się nie może zmarnować.

Codzienny urobek w sezonie to oczywiście sery. Jeden żółty codzienny, i jeden twaróg co dwa dni z wieczornego mleka powstaje. Żółte, po kilkudniowym przeschnięciu i pomalowaniu specjalną okrywą, idą dojrzewać do piwnicy na półkę. Twaróg zjadamy do potraw (pierogi ruskie, kluski leniwe, zapiekanki, awanturki), karmię nim kurczęta i indyczęta, by rosły szybko i zdrowo, a nadmiar zamrażam. Czasem ktoś chętny też się trafi...

20 czerwca 2020

Parno i duszno

Pada, a nawet leje prawie codziennie. W przerwach upał blisko 30-stopniowy sprawia, że jest "parno i duszno", wilgotność taka, że w mieszkaniu parapety bywają mokre w dotyku. Oczywiście, biedy nie ma. Ogródki i pastwisko podlane, las zieleni się i rośnie szybko, jak dżungla.

Kozy wychodzą na swoją trawę i przebywają tam dotąd, aż niebo się zachmurzy i zaczyna grzmieć w oddali. Czyli kilka ładnych godzin. Popołudnia i tak są zbyt gorące, aby mogły wytrzymać na otwartej przestrzeni, wolą skryć się w oborze. Także przed muchami. Ślepaków na razie mało. I oby tak zostało.
W taką parną i burzową pogodę podpuszczkowe sery domowe szaleją, więc przechodzę profilaktycznie na wyrób twarogu. Jemy go w postaci klusek leniwych, jako pastę z dodatkami do kanapek i naleśników, albo w cieście. Pomagają w tym także kurze i indycze pisklęta, których jest kilkanaście i przebywają pod troskliwą opieką indyczki. Nadmiary zamrażam.

Teraz trzeba się modlić o suchy tydzień. Aby sianokosy uskutecznić. Bywały już lata, gdy kośba była w lipcu, więc nie panikujemy. Kozy są pod względem siana tolerancyjne, zjadają przerośnięte i wykłoszone również. Byle suche było.

Tunele spełniają się w swej ochronnej roli jak najbardziej. Trwa podwiązywanie łodyg pomidorów i ogórków. Naokoło wszystko, co posiane wschodzi pięknie. Codziennie na obiad sałata ze świeżo zerwanych liści i ziół. Pierwszy zapas syropu miętowego właśnie się pasteryzuje.

Dziś pierwszy wyskok rekonesansowy do lasu obok przyniósł garść kurek. Będzie dodatek do obiadu.

24 października 2019

Kluski leniwe z kozim twarogiem

Wraz z wejściem słońca w znak Skorpiona nadeszła iście listopadowa pogoda. Mimo, że nadal jest ciepło i deszcz nie pada, poranki do późna są otulone gęstą mgłą, wznoszącą się na łąkach i drogach, która skrapla się z hałasem, opadając w postaci para-deszczu z drzew i dachów. Lubię taki czas, choć niedługo się skończy i przyroda wejdzie bardziej otwarcie w fazę gnicia i butwienia. Na razie jeszcze brodzimy w czerwono-żółtych liściach po kolana, a kozy spędzają całe godziny w zagajnikach żywiąc się nimi, ewentualnie ogryzając gałązki. Kurza brać grzebie w miękkiej pożywnej glebie zapamiętale.
Grzybów brak, choć widać tu i ówdzie grzybiarzy. Coś tam niosą z lasu, gdy znają "miejsca grzybne", ale wchodząc w gąszcz z doskoku raczej nic się nie znajdzie. Poza kaniami, które rosną na łąkach i skrajach dróg, jak chwasty. Tych jednakże od lat nie jadam, bo moja wątroba powiedziała stanowcze nie wszelkim smażonym grzybom. Mogę jedynie jeść bez sensacji gotowane, w zupie lub sosie. Trudno, już się z tym pogodziłam. W tym sezonie latem najadłam się kurek, więc nie było tak do końca bezgrzybnie. Poza tym mamy duże zapasy suszonych jeszcze zeszłorocznych, które starczą do kapusty, sosów i bigosu nawet więcej, niż do przyszłego roku.

A właśnie, kapusta. Nie wiem jak u was, ale u nas już zakiszona, w dużej beczułce kamionkowej i już ją jemy. Jakoś sam minął apetyt na pomidory i wszelkie surowizny, teraz jest czas kiszonek i fermentacji. Taki to już rytm naszej przyrody i z nim się zgadza całe moje ciało i instynkt.

Dawno nie było kulinariów na blogu. A jak zawsze, coś się w kuchni smacznego przydarza. Jak choćby domowa czekolada, którą robię od niedawna i nie mogę przestać, tak mi smakuje. To trochę też leczniczo, aby sobie humor poprawić i nie dać się jesienno-bagiennym smętkom zaświatowym, bo jak wiadomo czekolada, a raczej kakao zawiera hormon szczęścia. Ponieważ przyrządzam ją na bazie oleju kokosowego z dodatkiem miodu, z ulubionymi bakaliami, to jeszcze dochodzi pozytywny wpływ tychże, a zwłaszcza owego oleju, który świetnie odżywia mózg, poprawia pamięć, wzrok, pracę wątroby. Warto stosować często od pewnego wieku, zapewniam, bo widzę po sobie dobry skutek. Co do wzroku, którego od dziecka nie mam najlepszego, a ostatnio zaczynam odczuwać większe zmęczenie krótkimi dniami i pracą przy komputerze, dodaję jeszcze codzienne, to znaczy, gdy tylko na to pozwoli aura, wpatrywanie się z zamkniętymi powiekami prosto w słońce. Tak 10-15 minut. Po prostu siadam sobie na ławeczce i wystawiam twarz do słońca tak, aby umieścić je w miejscu środka czoła. Powieki zapobiegają oślepieniu, ale pozwalają pobierać wraz z ciepłem i żółtym zdrowym światłem także witaminę D, niezbędną do dobrej pracy oczu i zapobiegającą ich przemęczeniu.

Odchodząc od tematu czekolady, zanotuję teraz przepis na przepyszne kluski leniwe, przez niektórych zwane pierogami leniwymi, którymi się często zajadamy. W naszym przypadku przyrządzane są z dodatkiem twarogu koziego, który stale wytwarzam w sezonie i codziennie jest świeży. Przy okazji pochwalę się, że ten mój twaróg jest naprawdę doskonały w smaku. Nic lepszego jak dotąd, niż produkt moich rąk z mleka od moich kóz nie jadłam! Ale wracam do tematu.



Bezglutenowe kluski leniwe z twarogiem kozim

Składniki:
3/4 szklanki mąki bezglutenowej  - tworzę mieszankę mąk z tych, które akurat mam w domu, a więc mieszam ze sobą mąkę kukurydzianą, ryżową, gryczaną, jaglaną i ziemniaczaną w dość przypadkowych, mniej więcej równych proporcjach. Gdy którejś z nich nie ma, żaden problem. Może być nawet jeden rodzaj, byleby nie zapomnieć dodać ziemniaczanej, która robi za klej. Oczywiście dla glutenowców nie ma problemu użyć w to miejsce tylko mąki pszennej.
220 gram twarogu - mój jest kozi, świeży, nieodciskany, zatem niezbyt suchy i niezbyt kruchy, tworzy zwartą miazgę i daje się rozsmarowywać. Nie umiem przełożyć go na jakiś zastępnik ze sklepu, bo nie jem twarogów sklepowych od lat. To już kwestia własnych eksperymentów, choć z tego, co wiem, kozich twarogów raczej się nie dostanie w sklepie, muszą wystarczyć te z krowiego mleka, czyli smaku mojej potrawy nie oddadzą.
1 lub 2 jaja od szczęśliwej kury podwórkowo-leśnej.
szczypta soli
1 płaska łyżka cukru

Do polewy:
paczuszka cukru waniliowego
2-3 łyżki masła
1 łyżka cukru do posypania potrawy, ewentualnie, dla słodkolubnych.

Przyrządzenie:
Składniki wymieszać dokładnie w misce, ręcznie ugniatać, po czym ulepić na stolnicy długi wałek. Spłaszczyć go i kroić nożem, dokładnie tak, jak kopytka. Wrzucać na wrzącą osoloną wodę i od chwili wypłynięcia na powierzchnię gotować około 3-4 minut. Wyciągnąć prosto na talerz łyżką cedzakową.
Na talerzu polać kluski roztopionym masłem z dodatkiem cukru waniliowego. Jeśli go brak można posypać kluseczki cynamonem, polać masłem i posłodzić łyżeczką cukru.

Smacznego!
Podana porcja starcza na pożywny obiad dla dwóch osób. Może dodam, że odgrzewane kluseczki już nie są takie miękkie i rozpływające się w ustach, jak prosto z wody, dlatego nie warto robić na zapas.

Można jednak potraktować je jak kopytka i jeść nie na słodko, ale np. z gulaszem, czy innym sosem z dodatkiem surówki. Równie pyszne.

15 września 2019

Domowe żywienie

Pogoda niepostrzeżenie jesienna się robi. Mimo słońca w dzień i suchych wietrzyków noce są już chłodne, a poranki mocno rześkie. Bywa, że nocami pada, ale to nie umniejsza ogólnej suszy, jaka panuje nawet w lesie.
Grzybów brak.
Kozy muszą się nachodzić, aby zejść do zagrody z pełnymi brzuchami. Paradoksalnie jednak to teraz mamy najwięcej w sezonie mleka. Późno zrodzone dzieciaki już nie spijają matek. Właśnie zresztą odbyła się, z wielkim ambarasem, fukaniem, cmokaniem, beczeniem, porykiwaniem i brykaniem doroczna ruja. Na dwa dni przed pełnią księżyca, więc w zgodzie z naturą bydląt wszelakich (wspominam, bo bywało inaczej, wcześniej lub nawet trochę później, co zawsze wpływa na porę wykotów i jakość sezonu mlekodajnego). Kozioł o imieniu Baran sprawił się jak trzeba.

W ogródku już się łyso zrobiło. Na dynie przy domu spadła jakaś zaraza. Trzeba było zebrać owoce nieco wcześniej. Nie wszystkie, bo dojrzewają jeszcze w innych wydzielonych ogródeczkach na terenie gospodarstwa. Garść jesiennych rzodkiewek (resztę pożarły drapieżne kury, niestety), jarmuż, seler naciowy, pory, papryka, pomidory, zioła, buraki wciąż jeszcze rosną. Trochę dorodnych patisonów, dynie, cukinie i większe buraki znalazły się na stole, gotowe do przeróbki i zmagazynowania. Ogórki już w całości zostały przerobione na sałatki i kiszonki. Podobnie częściowo buraki zamieniły się w sałatkę. Oraz fasolka wylądowała w porcjach w zamrażarce. Teraz rozprawiam się z pomidorami, gromadząc je w postaci pasteryzowanych przecierów.


Lubię ten czas. Zjadamy głównie własnoręcznie wyhodowane produkty.

Oto nasz przykładowy jadłospis dzienny:

Śniadanie: owsianka lub płatki ryżowe zabielane świeżym mlekiem kozim. Albo jajo sadzone z kwaszonką, buraczano-ogórkową lub kapuścianą. Bądź sałatką pomidorowo-ogórkowo-cebulową. Chleba nie jemy, nawet Anna robi to od wielkiego dzwonu.

Obiad: leczo cygańskie lub zupa dyniowa, burakowa, czy zalewajka na gryczanym zakwasie, albo rosół z nadmiarowego koguta, albo pomidorowa z domowego przecieru, albo kluski leniwe z twarogiem kozim, albo placki dyniowo-ziemniaczane, albo dynia i buraczki zapiekane, popijane zimnym kefirem kozim. Bywa zapiekanka ziemniaczano-cukiniowo-serowa, babka ziemniaczana ze słoninką, bądź boczkiem, albo pizza bezglutenowa z serem żółtym (kozim). Jak widać, mimo możliwości, mięsa jest w tym stosunkowo niewiele. Jego ilość oczywiście zwiększy się w zimie, gdy jest mniej nabiału (kury się nie niosą, nie ma mleka i twarogu), ale nie wykracza poza kilka obiadów w tygodniu. Sklepowych przetworów, czyli kiełbas i konserw nie jadamy, chyba, że awaryjnie, co zdarza się raptem kilka razy w roku np. podczas prac polowych, gdy nie ma czasu na gotowanie. Jeśli powstaje domowa kiełbasa, to oczywiście jest składnikiem obiadu, dodatkiem do zalewajki lub drugiego dania w formie smażonej z cebulką.

Kolacja: jeśli już, bo nie zawsze mamy ochotę, często wystarczają dwa posiłki (to cud wysokowartościowych produktów i odpowiedniego zestawienia białek, tłuszczu i węglowodanów przy niskim poziomie słodzenia) np. budyń na świeżym kozim mleku polany sokiem z czeremchy, porzeczek, lub czarnego bzu. Czasem awanturka, czyli twarożek kozi wymieszany z rybą wędzoną i cebulką, z domieszką oleju słonecznikowego albo lnianego. Albo śledziki w oleju lub zalewie octowo-olejowej.

Dla urozmaicenia wieczornego humoru: szklaneczka wina domowego owocowego dosłodzonego słodzikiem miętowym albo sokiem owocowym, rozcieńczonego dla większej radości picia - wodą. Albo nawet od święta: krwista maryś, z domowego pomidorowego przecieru z odrobiną soli i prawdziwego pieprzu, z naprawdę niewielkim dodatkiem wódki. W latach, gdy owocuje sad dominuje oczywiście cydr.

Kupowanych w sklepie produktów jest tu, jak widać mało, trochę bezglutenowej mąki, kaszy gryczanej, sól i pieprz oraz przyprawy, cukier, płatki ryżowe, olej. Pijam jeszcze kawę (mieloną z ziaren), parzoną w kawiarce, z dodatkiem goździków i cynamonu i łyżeczką tłuszczu kokosowego, na poprawę pamięci (naprawdę skuteczne), raz dziennie.

I wsio.

6 listopada 2018

Kapusta na słodko kwaśno

Pogoda nieco się ociepliła, bywa nawet czasem słonecznie. W każdym razie jest mglisto, żółto-brązowe liście szeleszczą pod nogami, noce ciepłe, bo koty śpią jak zwykle na dworze. W taki czas zdarzyło się Annie przynieść z lasu naręcz opieniek, które teraz mają swój wysyp. I wiadereczko podgrzybków, częściowo napoczętych przez ślimaki, ale zdrowych. Te poszły na susz. Szkoda, aby zbiór się zmarnował, w końcu to darmowe jedzenie. Wczoraj zatem przyrządziłam z połowy opieńkowego zbioru kotlety grzybowo-mięsne. Przepis taki jak dla kotletów z opieniek, ale zamiast ziemniaków użyłam mielonego mięsa indyczego. Bo niedawno staruszek indor już tak się posunął, że trzeba było zrobić egzekucję. Na pieczyste się nie nadaje, ale na kotlety i owszem.
Reszta kotletów, przynajmniej na dwa kolejne obiady dla nas dwóch poszła do zamrażarki. A dzisiaj ma być gulasz z pozostawionych grzybów.
Do tych obiadów nadaje się znakomicie jako dodatek, uwaga, surówka, której przepis sobie zostawię na tym blogu. Przystosowałam go z książki pani Pośpieszyńskiej w oryginale do nieco zmienionej zawartości. Wypróbowałam po swojemu i jest wspaniale. Na ten kapuściany czas przysmak jak znalazł.

Anna nieco za późno zaczęła myśleć o kiszeniu kapusty w tym roku. Przeszkodziły różne zajęcia wcześniejsze. I na targu miejscowym kupiła już tylko dwie ostatnie główki kapuściane. Trudno. Jedną zakisiła w słoiku klasycznym sposobem, z solą i kminkiem. A drugą ja wzięłam w obroty.

Kapusta na słodko-kwaśno

Składniki:
1 kg poszatkowanej kapusty
2 łyżki soli kamiennej
3 papryczki chili, albo gdy nie ma papryka ostra w proszku lub pieprz cayenne w ilości wg własnego uznania, ale polecam zrobić na ostro
4 i 1/2 łyżeczki zmiażdżonego czosnku
5 łyżeczek octu owocowego mocy przynajmniej 6% (ja używam swojego z czarnej porzeczki, z zeszłorocznego nastawu, odstał swoje w piwnicy i jest bosko smaczny i mocny)
1/2 szklanki cukru

Przyrządzenie:
Kapustę poszatkować na cienkie paski. Zasypać solą, dokładnie wymieszać i odstawić najlepiej na cały dzień (albo noc).
Następnie dodać czosnek i paprykę. Ocet zagotować i zalać gorącym kapustę. Posypać cukrem, wymieszać. Całość zapakować do 2-litrowego słoika i dobrze ubić. Trzymać w lodówce jeszcze 24 godziny, do solidnego przegryzienia się.

Po tym czasie smacznego! Dla mnie bomba.