Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woda. Pokaż wszystkie posty

21 sierpnia 2025

Kryniczny chłód

Trochę ciepła przeplatanego chłodnymi nocami, które robią się coraz zimniejsze. Rano o poranku trzeba już wkładać katankę do dojenia, bo dreszcz przechodzi przez ciało. A okno w sypialni zamykać wieczorem, bo obudzić się można z chrypką i pokasływaniem mimo ciepłej kołdry. Kiedy się mieszka przy lesie powietrze nad ranem jest wilgotne i mgliste, o tym trzeba pamiętać (albo się przekonać na swojej skórze).

Taka temperatura sprzyja jednakże robieniu serów, raczej wtedy nie puchną i dojrzewają spokojnie na powietrzu, zamiast się pocić i lepić w upale. Wykorzystuję ją zatem jak i porę sezonu, gdy mleka jest dostatek, aby zrobić zapas żółtych na jesień, a z czasem na zimę. Pizza się szykuje.

Anna zaś w rozjazdach, również jak najbardziej sezonowych. Bo imprez w regionie sporo, jarmarki, święta, koncerty i warsztaty urządzane w domach kultury tu i tam. Właśnie odbyła dwudniowe warsztaty balwierskie w Korycinach, gdzie instruktorka z Łodzi uczyła barwić tkaniny naturalnymi barwnikami, w tym wypadku indygiem wytwarzanym w Indiach. 

Odbyłyśmy także wieczorny doroczny wyjazd pielgrzymkowy na święto Spasa na górze Grabarce. Pomodliłam się, zapaliłam świece wotywne w intencji zdrowia naszego i rodziny, obmyłam się w strudze, zostawiłam chorobę do spalenia w specjalnym piecu przez siostrzyczki, napiłam świętej wody i nabrałam trochę zapasu do butelki (który wypiłam w całości już w nocy). Zimna, kryniczna woda ze studni jest najsmaczniejsza. 

Poza tym ogród karmi nas już co dzień, dając: cukinie, patisony, buraki, czosnek, ogórki, pomidory, fasolkę oraz wszelkie zielone smakowe zioła przyprawowe do herbatek, zup, sosów, sałatek albo kanapek. Mnie zaś wziął i chwycił apetyt na kakao! Piję je wieczorami - niealkalizowane, gotowane na świeżo udojonym mleku kozim, z cynamonem, kardamonem i posłodzone łyżeczką miodu z pasieki sąsiada (sto procent miodu w miodzie). Ot, taki mam odlot w kierunku słodkiego ciepła.

6 lipca 2025

Podsumowanie czerwcowych dokonań

Krótko o dokonaniach. Dokonały się sianokosy, na naszej łące przy ścianie. Skosił jeden, skostkował drugi, zwiozła Anna na przyczepie, ktoś dopomógł wrzucić część urobku na strych obory. Ponad 320 ciuków, starczy, bo zostało sporo jeszcze z zeszłego roku.

Teraz zaczynają się zbiory porzeczek. Najpierw czarne. Warzę właśnie dżemidło i nieco soku do buteleczek. Jutro następna partia. Czerwone i białe mogą jeszcze wytrzymać do następnego weekendu. 

Świdośliwa zerwana, częściowo zjedzona, częściowo zamrożona, służy do gotowania kompotu letniego z domieszką porzeczek, dobrze słodzi ich kwaskowość. Kompot uzupełniamy wodą i tak pijemy przez cały dzionek. Zamiast szkodliwych letnich napojów sklepowych.

Wiatry wysuszają pastwisko. Upały je wypalają. Kozy pasą się dość krótko o poranku ze względu na upał i muchole, których nie znoszą i z zadowoleniem wracają do boksów. Potem jeszcze wycieczkują na chwilę do lasu za chatą, gdzie w cieniu żywią się liśćmi krzewów i drzewnych odrostów, a Anna w tym czasie podlewa ogródek i rośliny w cieplicy.

Ponadto jastrząb upolował ostatnią kurę nioskę i pod naszą nieobecność zjadł z niej wszystko, co dla niego najlepsze, ozdabiając miejsce stosem pierza. "To bóg Mars wziął swoją ofiarę i oby nią się zadowolił!" - orzekłam na ten widok. Trudno, i tak właziła nieposłusznie do ogródka rozgrzebując podlane grządki, i za nieposłuszne oddalenie się za ogrodzenie została ukarana przez los (las).

Po zgryzionym pastwisku przechadzają się codziennie ze spokojem dwa wioskowe bociany, wojtusie. To już dobra wróżba. Wyszukują świerszcze, myszy i różne owady, bo ropucha i ogromny zaskroniec żyją sobie bezpiecznie w cieniu naszej chaty i w zaciszu ogródka przydomowego, gdzie w zbiornikach gromadzi się zawsze deszczówka.

Od tygodnia mamy też kolektor na słońce do podgrzewania wody. Testujemy skuteczność i jak na razie sprawdza się. Choć nie wiadomo jak by się rzeczy miały w ciągu wielodniowych skwarów. Na razie duże wahania pogody od upału do zimnych nocy utrzymują temperaturę wody w znośnym zakresie stopni.

Zaopatrzyłyśmy się także w tegoroczny miód leśny, prawdziwie wiarygodny, u naszego sąsiada, który od jakiegoś czasu bawi się z powodzeniem w przydomową pasiekę, ma chłop rękę do pszczół, nie to co my. I błogosław mu, Panie!

Ceramika się kręci. Głownie podczas warsztatów i imprez letnich dla dzieci (wycieczka dzieci na rowerach do naszej altany, aby zrobić mydełka, zjeść świeżo przyrządzoną pizzę i przejechać się po wsi). 

22 maja 2025

Tęczowe słupy

No, i maj dalej kapryśny. W Polsce zimne maje to nie nowina, tym bardziej na wschodniej flance. Czytam w Dziennikach Marii Dąbrowskiej, że w latach wojny, ale i w późniejszych takie właśnie bywały, że w maju chodziło się jeszcze w futrach, w Warszawie padały śniegi, w sadach wymarzały kwiaty, żywność od tego mocno drożała. Więc nie nowina. Ukuto też formułkę "zimny maj", która legła w tytule sławnego przeboju Kory i Maanamu. Tym niemniej lud zrobił się podejrzliwy, i teraz zimno i długo utrzymujący się niż tylko w rejonie naszego kraju na mapie Europy podsunął podejrzenie o broni pogodowej skierowanej na polskie rolnictwo. Ponadto na niebie pokazują się słupy tęczowe, które ktoś ochrzcił "tęczą Trzaskowskiego", bo wzmogły się w okolicach wyborów i ludziska przesyłają sobie zdjęcia tych cudów niebieskich nad różnymi wsiami i miastami z okrzykami "Jakie cudne!" albo opatrzone złośliwymi i wszystkowiedzącymi kpinami. Ja powiem w tej sprawie tylko jedno: "A diabli wiedzą jak to jest!" Żyć trzeba.

Nieco więcej popaduje, zdarzają się nawet ulewy, temperatura nocna podskoczyła, zatem ruszyła trawa i kozy mają co jeść podczas popasu. W suchym rejonie mojej wioseczki i tak jest jeszcze mikra i rzadka, ale to akurat przypadłość miejsca i jakości gleby. W każdym razie sianokosy na pewno będą późne w tym roku, tak czy siak.

Na spokojnie zajmujemy się ogródkiem. W tym roku długi tunel jest odkryty, uznałyśmy że szkoda naszej pracy i podlewania, bo zapasy z mniejszego areału nam dwóm wystarczają (nie wiadomo, jak wypadną z gruntu w tym roku, zawsze jest ta niepewność). Pory, pakczoj, pomidory i fasolowe zostały wysadzone w cieplicy i na grządkach przy domu. Kwiaty jabłoni zmarzły, jeśli jakiś się zawiązał i uchował to będzie cud. Podobnie śliwy, choć tu jakby nieco lepiej, bo drzewa są niewysokie i rosną w miejscach chronionych przez budynki, zobaczymy w praniu. 

Poza tym codziennie spacerujemy po drodze leśno-polnej, z psami towarzyszkami, nie zważając na kaprysy aury. Oto jedna z nich, Pasia, na zdjęciu sprzed trzech lat, (ale nic się nie zmieniła).

2 maja 2025

Kwiaty i mróz

Wiosna, wiosna. Okazuje się zmienna, nawet ekstremalnie. Pogoda waha się od letnich, 30-stopniowych upałów do kilkustopniowych przymrozków nocnych. Te zwarzyły już rozkwitłe jak nigdy i wbrew swemu rytmowi dwuletniemu wszystkie żyjące jabłonie w naszym sadzie w chwili największego rozkwitu (to też do tej pory, ile już tu mieszkamy, nie zdarzyło się, zazwyczaj rozkwitały szczęśliwie po przymrozkach). Śliwy, zdziczałe grusze i świdośliwy zdążyły się szczęśliwie zawiązać, podobnie porzeczki. Forsycja i czeremcha już przekwitły. Teraz zakwita bez. 

Podczas porannego spaceru odkryłam na progu lasu łan kwitnących dzikich konwalii, do tego żółci się w trawie mniszek. Sama trawa niewielka, jak to na naszej pustyni piaszczystej, słabo nawadniana przez rzadkie deszcze i poranne mgły, pada teraz wczesną ofiarą wygłodniałych kóz, które penetrują obszary zazielenione po kilka godzin dziennie. Jak tak dalej będzie, nie wykarmimy ich i trzeba będzie pomyśleć, co dalej z tym zrobić. Pastwisko prawie nie ruszyło.

Anna z opóźnieniem zabrała się za siewy i nasadzenia w ogródku. Roślinki są słabowite i przyrastają niewiele, czasem trzeba pudła z sadzonkami wnosić na noc do mieszkania, aby nie zmarzły. Używamy na razie rukoli, mięty, pietruszki, tymianku, oraz udało się wrzucić "na ząb" kilka pierwszych szparagów, posadzonych dwa lata temu, które przyjęły się i dały smakowite korzonki. Tyle naszego.

Także z pewnym opóźnieniem zaczęła dopiero co nieść się indyczka.

Spaceruję porankami i czytam wieczorami. To moje przyjemności. Przestałam się martwić o świat.

24 listopada 2024

Ciurkanie


Nie sugerujcie się  powyższym zdjęciem, bo jest sprzed... Ścichapęk napadało białe i trwa, przy lekkich nocnych przymrozkach. I tak nagle kran zasyczał, zakrztusił się, znów zasyczał i ucichł. Dobra, poczekajmy, jest kapka w czajniku odłożona i wiaderko napełnione dla kóz, trochę zlewek do spłukiwania toalety też się znajdzie. Przecież nieraz bywało... Aha, akurat kurier przywiózł paczkę, a w niej dwa zamówione w jakimś natchnieniu wiaderka metalowe. Bo stare jedno straciło szczelność, a drugiego nie starcza do jednorazowego napojenia.

W światku ezo- modne jest sformułowanie: "wszechświat daje sygnały"... Teraz już wiem, że te wiadra to była sygnalizacja wszechświatowa.
Odłożyłam na bok zmywanie, kubki pobrudzone, łyżki, miski, garnki, wróci woda, to pozmywam. Na szczęście, wczoraj zdążyłam użyć zmywarki i jest zapas czystych naczyń. Gorzej z myciem. No, raz można przyoszczędzić na myciu zębów i prysznicu wieczornym, jakoś to będzie. 
Anna w nerwach włączyła pralkę. Krzyknęłam:
- Zwariowałaś, babo!? Nie ma wody!
Trzeba było wyłączyć z kontaktu, machina stanęła nim się na dobre rozbujała.
Zerknęłam oczywiście w gwiazdy. Tak jakoś po 13 godzinie. Znalazłam w horoskopie odpowiednie sygnifikatory, zmierzyłam odległości w stopniach, zamieniłam na czas i wygłosiłam ze zdziwieniem: Siedem godzin? Tak, woda wróci wieczorem tak jakoś koło 20... I po przerwie, żartując: A może siedem dni?

Powiem wam, dziwnie się robi, gdy w żyłach domu nie krąży woda dostępna na każde zwołanie. Nawet jak wydaje się wszystko pod bieżącą kontrolą. Tak jakby coś się czaiło w przyszłości nie do ogarnięcia, niepokój.
Anna pojechała do sklepu po wodę, ale nie było już w sprzedaży piątek, kupiła tylko kilka litrówek, wodociąg stanął przecież w całej gminie. Napaliłam pod płytą, ale ze względu na możliwość przegrzania rur dopływowych do bojlera wygasiłam szybko ogień. Miałyśmy tego dnia ruszyć piec c.o. ale odłożyłam sprawę, do tego też jest potrzebny na początku dopływ i uzupełnienie wody w kaloryferach. Napaliłyśmy mocno w ścianowym, który nie jest zależny od wody w żaden sposób, ani od prądu.
- Siku robimy na dworze! - zakomenderowała Anna. - Reszta zlewek do spłukiwania musi być oszczędzana.
Przyszła wyznaczona przeze mnie i gwiazdy godzina. I cisza w kranie. Kuźwa, musiałam pomylić się w ocenie sygnifikacji, stwierdziłam. Dopuściłam jednak błąd oceny plus minus jeden stopień, który przy ruchu księżyca zmienia się na dwie godziny. Do tego Wenus też się zdążyła przesunąć. Nie liczyłam dokładnie sekund, które zamieniają się w minuty, wszystko "na oko". I gdy już oczy mi się przymknęły na zakończenie wielodniowej lektury Tolkienowskiego "Władcy Pierścienia" zabulgotało charakterystycznie w rurach. Oho! Jest. Zerknęłam na zegar. 22. Czyli jeden stopień pomyłki, który dopuściłam.
W łazience umyłam zęby, próbowałam nalać do wiadra dla kóz zapas na rano, ale woda prychała, kaszlała, rzęziła i ciurkała tak wolno, że zostawiłam sprawę na rano. Poszłam spać. Rano obudziła mnie Anna.
- Nie ma wody znowu...
Zajrzała w internet, na stronę urzędu, i tam wyczytała informację, wczoraj przegapioną, że "woda będzie włączona o 20.00 na jedną godzinę, a potem rano o 7.00, także na godzinę. Potem będzie włączana co 4 godziny na jedną godzinę, aż do usunięcia awarii."
Aha, jednak nie pomyliłam się wczoraj w ocenie czasu! Wodociąg włączyli o 20.00, ale nim woda doszła na naszą wioskę było dużo później, jak i szybko się skończyła. Tak, i dzisiaj o wyznaczonej 7.00 kran milczał.
- Trudno się mówi. Działajmy, kozy nie mogą stać o suchym pysku!
Udało się nam odtajać szlauch, podłączyć do pompy i nalać kilka wiader żółtawej, dawno nie ciągniętej wody z gruntu używanej zwykle do podlewania. Nie było łatwo, szlauch zamarzł z resztką wody w środku, trzeba było zagrzać resztkę cennej wody w czajniku, aby polać końcówkę i rozgiąć linkę. Przydały się też kupione wiadra. Ręce zamarzały, więc przyniosłam grube rękawice kuchenne. Kozy zaspokoiły pragnienie, acz mało chętnie, bo o tej zimnej porze lubią wodę podgrzaną z kranu, której brak. 
Wodociąg rozruszał się dwie godziny później i zdołałam pozmywać wczoraj odłożone kubki, sztućce i wszelkie "skorupy". Woda w kranie tymczasowo pozostaje, ale nauczka w pamięci również.

20 czerwca 2023

Wilgotno

Zrobiło się wilgotno. Pogoda ciepła, ale w większości pochmurna i parna. Nocami lub w dzień pada deszcz, chwilami bardzo ulewny. Wieczory i ranki we mgle unoszącej się nad pastwiskiem. W sumie nie narzekałybyśmy na to, bo uprawy zaczęły rosnąć i nie trzeba grządek podlewać, dynie ruszyły pięknie, nawet w ogrodzie permakulturowym, gdzie żadnego podlewania ręcznego nie ma z racji odległości od wodociągu. Ale siano leży na łące, skoszone. Słaba nadzieja, że uda się je zebrać. Anna czeka na jeden dzień pogody, aby pojechać obracarką i zwałować to co jest, a w razie dalszej wilgoci, po prostu zwiezie się co się da i trawa pójdzie na podściółkę. Wtedy trzeba szukać łąki do skoszenia, aby jednak zebrać zapasy dla zwierząt na zimę. Takie to letnie stresy rolnicze są.

Póki co różne prace idą do przodu. Trzeba było naprawić połamane pod ciężarem obornika dechy z fury, udało się dzięki pomocy nowego pomagiera. Także kurier przywiózł zakupioną internetowo siatkę ogrodzeniową i zagródka dla piskląt została dokończona. Oraz udało się zmienić dętkę w obracarce.

Pracowicie związałam sznurki snopowiązałkowe przez dwa popołudnia i Anna podwiązała już pomidory i ogórki w dużym tunelu, z dumą też przyniosła do domu dwie wyrwane próbnie z grządki marchewki, całkiem spore i o tyle ważne, że do tej pory marchew i pietruszka w ogóle się u nas nie udawały. Zatem pierwszy to sukces. Kalarepki trzeba zjeść, bo wpadły do tunelu koziołki i zeżarły im liście. Służą zatem za warzywo rosołowe. Zjadłyśmy także ostatnie truskawki. Cebula zaczyna nabierać kształtów i aż żal, że więcej nie posadziłyśmy, bo apetyt na nią i szczypior jest znaczny.

Indyczka z zespołem kaczo-perliczym zamieszkała w kurniku. Drugi wylęg, indycząt z dwiema kaczuszkami na razie grzeje się i jest dokarmiany w pudle pod lampą-kwoką w kuchni. Indyczka-matka jest na dzień oszukiwana podkładaniem niewylężonego jaja, które pilnie wysiaduje. Przez kilka dni taka sztuczka się udaje, bo dostaje dzieci na noc do gniazda. Kiedy się wzmocnią, dobrze wygrzane i nakarmione zaczną samodzielne życie pod jej opieką.

I tyle nowin. Wygląda na to, że mój odczyt tegorocznego horoskopu światowego odnośnie pogody, że będzie mokre lato i później miał coś z prawdy w sobie. 

8 czerwca 2023

Kamyki pod nogi i górnolotny zapach

Jak na razie i jak zazwyczaj o tej porze roku wydarzenia uczą nas pracowitej pokory i cierpliwości. Nie! nic strasznego, ot, przeszkody i kamyczki od losu pod nogami do przeskoczenia. Sianokosy niepewne.
Po pierwsze i najważniejsze kilka dni temu nagle padł samochód. Szczęśliwie jednak (dobre duchy mają nas w opiece) Anna wróciła nim z łąki do domu i zatrzymał się tuż przed bramą. Miał kłopot z odpaleniem już na łące, ale dał się namówić i dowiózł właścicielkę na miejsce. Ponieważ nie dałam rady pchnąć go pod górkę, parkował pod bramą przy drodze dwie noce. Miejscowy warsztat okazał się "obłożony" aż do 26 dnia tego miesiąca, co okazało się datą horrendalnie daleką zważywszy sprawy pilne do wykonania, które nas czekają. Na szczęście pewien mechanik z polecenia, rozwijający biznes niedaleko Hajnówki, przyjechał na wezwanie osobiście, zajrzał pod maskę, odpowietrzył silnik i auto odpaliło. Może dojedzie na dniach do warsztatu samo.

Tym samym trzeba odwołać sianokosy, przynajmniej w najbliższym terminie. Jarmark też stoi pod znakiem zapytania. Poza tym zgrabiarka do siana okazała się mieć znowu kapcia na tym samym kole co poprzednio, i trzeba je najpierw wymienić. Zaangażowało się już w sprawę dwóch ludzi. No, i trzeba było kupić nową dętkę.

Poza tym przyszedł przymrozek i jednej nocy zwarzył większość kiełkujących już pięknie dyń i nieco pomidorów posadzonych w gruncie. Tym tunelowym nic się nie stało. Wysiałyśmy drugi raz dynie. Te posiane pod laskiem nie rokują dobrze, bo na początek przyszła susza, a potem przymrozek. Jeśli wykiełkują będzie cud.
Na szczęście po drugim siewie przyszła burza - wbrew wcześniejszym zapewnieniom sztucznego proroka - i deszcz zlał pięknie grządki i pastwisko. Padał też nocą. Wróciło nieco nadziei.

Pierwszy wylęg piskląt sprzedał się, teraz pojawił się drugi. Tym razem 3 perliczęta i 7 kaczuszek. Na razie grzeją się w pudle pod lampą kwoką, czekając na spokojny słoneczny dzień oraz kuriera ze specjalną siatką ogrodzeniową dla nich, aby można było je wystawić na zewnątrz z przyszywaną matką. Z lampą też był kłopot, bo gdy przyszło co do czego okazało się, że dotychczasowa znikła, prawdopodobnie spaliła się, Anna ją wyrzuciła i zapomniała o tym fakcie na śmierć. Trzeba było ratować się zwykłą żółtą żarówką i zamawiać nową lampę przez internet. A więc kolejna zwłoka.

Na ostatnich kilku jajach indyczych zniesionych przez Halinkę zasiadła kwoka, która już od ponad tygodnia wysiadywała na pusto w kurniku, blokując gniazdo nioskom. 

Pomidory już podwiązane. Ogórki rosną żwawo i niedługo trzeba będzie i dla nich robić podpory. Żeby nie było nudno wiążę popołudniami używane sznurki z ciuków, które posłużą jeszcze do dalszego podwiązywania. Taki recykling. I ćwiczenie medytacyjne.

Od jakiegoś czasu kwitną robinie akacjowe nad domem. Od rana do wieczora towarzyszy nam na dworze miły brzęk zbierających nektar owadów w chmurze upajającego zapachu. Tymczasem sąsiad już zrobił pierwsze miodobranie. Miód z kwiatów śliwy. Jasny, słodki, gęsty, mniam.

Wieczorami czytam książki. Unowocześniłam się i przekonałam do czytnika. Anna sprezentowała mi swój stary i tak oto jak przed laty wracam do bycia molem książkowym, jakim od dziecka byłam. W necie daje się znaleźć wiele interesujących mnie tytułów. Choć czasem jeszcze kupuję papierowe egzemplarze, głównie są to podręczniki do astrologii, językoznawstwa lub stare teksty opatrzone setkami przypisów i komentarzy, które na czytniku słabo się prezentują i nie dają swobodnie używać. 

26 maja 2023

Wszystko po kolei

Trzeba rzec, że deszczu mało pada, słabe opady nie wystarczają przy coraz wyżej stojącym jasnym słońcu w dzień i temperaturach bliskich 30 stopni w natężeniu dnia. Niemniej posadzona w kilku wałach kompostowych dynia kiełkuje szczęśliwie. Została podlana, a słoma trzyma wilgoć dużo dłużej niż sama gleba, więc mam nadzieję, że zdoła się ukonstytuować. 

Anna sadzi teraz w dużym tunelu, w porach najmniej gorących, czyli z samego rana i późnym popołudniem paprykę. W ciągu dnia raczej nie da się tam wytrzymać dłużej niż chwilę. Ogórki kiełkują, niektóre krzaczki pomidorów zakwitły.

Zjadłyśmy już pierwszą porcję truskawek spod folii, ale w tym sezonie dużo ich mniej będzie w porównaniu do zeszłego roku, sporo krzaczków w gruncie nie przetrwało. Z różnych względów, także kurzej drapieżności. Niemniej jest co wspominać i jeszcze na co liczyć.

Szpinak się skończył, zjedzony przez nas w częstych daniach prędkich i zupach, a szpinakowe badyle bardzo chętnie pożarły kozy. Nastała po nim sałata, mizuna, pak czoj i liściasty burak. Mój tata, lekarz z zawodu, zwykł mawiać, że człowiek aby dobrze się czuć powinien odżywiać się w zgodzie z rytmem natury, tym co akurat daje przyroda, las, sad i ogród. Do czego zawsze się stosuję, nie wielbiąc wcale ani wczesnych ziemniaków z Hiszpanii, wiosennych ogórków z Południa ani zimowych pomidorów, tudzież cytrusów i bananów. Wiosna zaczyna się dla mnie wraz ze szczypiorkiem, truskawkami, potem lato z jagodami, ogórkami i pomidorami, a jesień kończy grzybami, kartoflami, kiszonkami, winami i serami żółtymi gromadzonymi na przetrwanie. I tego się trzymam.

Dzięki pomocy nowego pomagiera, który wpada raz w tygodniu, i oby mu się to nie znudziło, udało się umocnić resztę słupów w ogrodzeniu pastwiska oraz uszczelnić i naprawić zagródkę dla piskląt, która niedługo stanie się potrzebna.

Poza tym zmobilizowałam się i złożyłam długo odkładaną wizytę w gabinecie stomatologicznym. Jak na razie pocieszenie, ząb który już zdecydowałam się usunąć ze względu na jego przewrażliwienie, ponoć da się uratować. Wróciłam zatem z plombą i nadzieją na uzdrowienie źródła nagłych bólów w żuchwie i głowy.

22 listopada 2022

Funkcjonalność

Piecokuchnię udało się odpalić bez problemu. Acz ciśnienie trzeba jeszcze ciągle kontrolować, nim się ustabilizuje woda w instalacji. Daje to pewną niedużą nerwową napinkę, ale poza tym jest dobrze i ciepło. Łazienne ablucje można wypełniać w pełnym komforcie. Piec chodzi od południa do 19 wieczorem. Po czym jego funkcję przejmuje ścianówka, aż do rana. 

Wyjrzałam kilka razy na dwór popatrzeć na dym z komina. Na początku po rozpaleniu leci trochę białego dymku, po czym zanika, to jeśli chodzi o piecokuchnię. W ścianowym pali się zaś wieczorem naręcz drewna przez półtorej godziny, i ten sam brak efektu wizualnego. Jest zatem jak trzeba.

Ptaki przeszły pierwszy zimowy szok, ale także już nabrały wprawy. Tylko jedna najstarsza kura wzięła i zdechła. Słabowała już od jakiegoś czasu i tak doczekała naturalnego końca w kurniku bez ostatecznej wyzwalającej z okowów żywota traumy. W ten sposób odchodzi od nas stado, które w tym roku nie zechciało się odnowić, a my nie naciskałyśmy. W przyszłym sezonie spróbujemy życia bez kur, ale z innym drobiem, mniej inwazyjnym.

Anna wybrała się tymczasem na badania. Drętwieje jej ręka, lekarz zbadał, podejrzewa cieśnię i dał kolejne adresy do obskoczenia. Terminy badań są aż do wiosny. Namawiam ją na sposoby alternatywne. Sama preferuję ćwiczenia chińskie, najlepsze dla 50+. Przeżyłam już w ten sposób zapalenie barku i kłopoty z nadgarstkiem również, wywołane wiosennym wzmożonym dojeniem.

Także samochód dostał nowe zimówki.

Co do użytkowania zmywarki, którą wreszcie, dawno już kupioną, dołączyłyśmy jakiś czas temu do systemu domowego, mam dobre recenzje. Latem oszczędzając szambo wylewałam wodę ze zmywania do ogródka, co dawało jeszcze duży zysk dla roślin w czas suszy, więc wiem ile dziennie szło. Bywało że 10-12 wiaderek szarej wody. Przy przetwarzaniu mleka i warzyw sporo tego zawsze wychodzi. Teraz rewelacja! Zmywarka jest włączana raz na 4 dni, bo tyle nam zajmuje zabrudzenie zestawu talerzy, sztućców i słoików. W funkcji eko zużywa 10 litrów wody, a prądu też malutko, zwłaszcza w słoneczne dni - to właściwie nic. Jest niesamowita różnica. A ja mam wreszcie suche dłonie i nie zmywam co chwila przez cały dzień, drugi zysk.

Dla ozdobienia wpisu zdjęcie pracy rąk Aninych (już znalazły nowy dom):




8 września 2022

Małe żniwa

Idzie na pełnię. Z zachodu wieści niosą wraz z wiatrem z wielkiego morza nadchodzące pogorszenie pogody. Zatem śpieszymy się, aby zdążyć z pracami i zabezpieczyć zbiory.

Anna wyszlifowała okna na poddaszu, od strony południowej, proszące się od dawna o odmalowanie, po czym pokryła je kilkakrotnie warstwą nowego lakieru. Mam nadzieję, że wyschną bez problemu, nim ulewa i zimno do nas dotrze.

Podobnie uznała, że czas ściągnąć dynię z ogrodu. Urosła jako tako tylko w okolicach tunelu, gdzie szlauchem można sięgnąć i czasem była podlewana. W dalszym ogródku permakulturowym wszystko zamarło od suszy.  

Dużo maleństw, ale da się coś wybrać dla nas. Maleństwa pójdą na bieżące skarmianie kozom, większe na strych, gdzie będą zimować i nas stopniowo pożywiać.

Pięć skrzyń, jedna pełna balia i trzy wiadra.


Trochę zapasu będzie. 

Poza tym przyjechało na pace nowego starego samochodu kilka kwintali owsa dla kóz i ziemniaki dla drobiu i dla nas, w ilościach wstępnych, ale zawsze jesień puka w ten sposób do drzwi.

6 września 2022

Spadowisko

Dość szybko i skutecznie wielki upał zamienił się w rześkie chłody. Nadal słoneczne i suche. Ta susza sprawia, że dynia w naszych ogródkach zatrzymała w większości wzrost w fazie maleńkiej kulki, częściowo zżółkła, a po dwóch przymrozkach nocnych jej liście sczerniały. Oj, nie będzie dużych zbiorów jesiennych tego roku, po raz pierwszy od czasu rozpoczęcia jej uprawy! Żal.
Za to udały się pomidory różnej maści, zrobiłam spore zapasy soków pomidorowych i jeszcze przerabiam końcówkę. Nadwyżki sprzedały się bez problemów, bo owoce rzadkich odmian były smaczne, słodkie, bezpieczne jeśli chodzi o nawożenie i wolne od zarazy.

Ostatnie wiaderko ogórków dotarło do kuchni dwa dni temu. Anna wreszcie wyrywa uschłe krzaki. Zapasy kiszonych i sałatek zostały uzupełnione, resztę zjadają kozy. Ze smakiem.

Pastwisko wyschło jak pustynia, kozy pasą się na jabłkach spadowych w sadzie i każde zasilenie dodatkowe witają chętnie, odwdzięczając się mlekiem. Popołudniami Anna zabiera je na ugór, gdzie posilają się liśćmi leśnych krzewów, czeremchy, brzozy, robinii itp. Ale ogólnie marnie to wszystko wygląda.

Zebrana aronia, po raz pierwszy z owocujących naszych krzewów, okazała się mało soczysta. Anna uzupełniła zbiory na nieużytkach za wsią, i owoce wylądowały w zamrażarce, aby je użyć do dżemów jabłkowo-aroniowych i nalewki. Jeśli robić sok, to jedynie na bazie treści jabłkowej. Podobnie jest z dziką różą, którą dodaję do dżemów i cydru. Który powoli, stopniowo się tłoczy i nastawia, zgodnie z biegiem dni i codziennych prac.

Wróciłam do palenia w kuchni (do tej pory, w czas upalny, korzystając z fotowoltaiki używałam do gotowania głównie kuchenki elektrycznej albo gazowej). Chrustem. W domu od razu cieplej się zrobiło. Wieczory i poranki zimne już są i tarasowe przyjemności wieczorne zostały skrócone, a w zasadzie z powrotem wniesione do wnętrza. Niemniej warto spędzić tam trochę czasu o samym zmierzchu, gdy zapalają się światełka solarne, bo z lasów obok można usłyszeć pierwsze ryki byków jeleni i łosi, gotujących się do wrześniowego rykowiska i rui. To niezwykłe, piękne doznanie sił przyrody, które wciąż trwają skryte w swoich leżach.

Codzienny przerób jabłek wygląda następująco. Trzeba je rano zebrać, aby zdążyć przed kozami (zostawiając im te najgorszego sortu), przebrać, pokroić, nastawić sokownik, usmażyć porcję dżemu, rozdrobnić i zasypać pektoenzymem, wytłoczyć, przelać do gąsiora. Gotowe przetwory przelać do butelek i przełożyć do słoików. Gotowe schować do piwnicy. To oprócz serów, także codziennej pracy od kilku miesięcy. 

Kilka dni temu stracił głowę główny indor w stadzie. Nie dało się już czekać. Od jakiegoś czasu rozpoczął zawzięte walki z drugim, młodym indorem, który dorósł. Trzeba było ich rozdzielać, każdy nocował gdzie indziej, bo rozpętała się walka na śmierć i życie między samcami-przewodnikami stada. Również w dzień byli wypuszczani na zmianę. Kłopot.
Ostatecznie Anna zerwała mnie raniutko z łóżka, pomogłam jej związać i zapakować do wora delikwenta, po czym obezwładniony kobiecym sposobem, skutecznie stracił łeb na pieńku, wystawiwszy go przez dziurę w zawiązanym worku. Wyszła z tego kupa mięcha i dzisiaj jemy pierwszy rosół, z warzywami z naszego ogródka, marchewką, kalarepką, selerem, jarmużem i cebulą.

30 maja 2022

Koniec maja

Po suszy nadeszły deszcze. U nas na wiosce, przez meliorację przed laty pozbawionej naturalnego wodnego wzmocnienia, a pobudowanej na leśnych piaskach, to łaska boska dla schnących szybko łąk i ogródków działkowych. Coraz zresztą mniej licznych nawet na wsi, bo mało komu się chce w ziemi grzebać, gdy można do Biedry, Lewiatana czy innego zbiorowego potwora marketowego skoczyć i za grosz kupić sobie konserwowane jedzonko w pięknym, kuszącym oko opakowaniu. Słychać jednak, że na wioskach "mokrzejszych" od naszej ludzie już narzekają na nadmiar wilgoci i komary.
Jeśli ktoś u nas narzeka, to kozy, które w ulewny czas muszą siedzieć pod dachem, a siano już im nie w smak.

Z wydarzeń, to odbyły się szczęśliwie dwa lęgi indycze, wszystkie jaja okazały się zalężone i dzieci żwawe. Od razu bez zwłoki wykupione. W narodzie jeszcze duch ostrożności czuwa i jak ktoś pracy się nie boi to inwestuje w drobną hodowlę i działkę przywraca do użyteczności. Mam wciąż nadzieję, że się nie damy czającemu się w krzakach powrotowi komuny w nowoczesnej odsłonie!

Klon znowu się nadłamał podczas porywów wiatru, tym razem konar upadł na wóz stojący pod drzewem. Na szczęście nie był tak wielki i ciężki jak poprzednie i obyło się bez uszkodzenia. Anna wsiadła na Władka Turowicza i miała okazję wykazać się precyzją niedawno upieczonej traktorzystki, podjeżdżając tyłem do woza. Ja zaczepiłam go sprytnie i tak został wydobyty z miejsca zaparkowania, z którego ręcznie może trzy silne osoby by go wypchnęły, a może nie. W sumie od początku roku klon dał sporą ilość drewna opałowego, które pocięte już piłą układamy pod daszkiem na następną zimę.

Zmieniamy także meble w kuchni, przygotowując się do gruntownego remontu instalacji różnego rodzaju i unowocześnień. 

W tunelu zaś sadzonki przyjęły się i rosną. Z nowych zbiorów sami popatrzcie co się dało zyskać.

23 maja 2022

Truskaweczka jaskółeczka

I nagle temperatura wzrosła, suche ciepło, po czym przyszedł wietrzyk, złamał kolejny konar klonu, który upadł na wóz, na szczęście nie był wielki i wóz wytrzymał, i przez kilka godzin trwała awaria prądu w okolicy. Staruszek się wyraźnie sypie i nadchodzi jego czas. Przyzwyczajamy się do myśli o jego wycięciu, dla własnego bezpieczeństwa. Ale łyso nam.

I zaczęło wreszcie padać, głównie w nocy, a w dzień co najwyżej rosić. Pastwisko i poletko dyniowe dostały zatem zastrzyk życia, uff. Sad w samą porę okryty kwiatami został zapylony stadami bzyków w piękny boży dzień przed wiatrem.

Anna przesiaduje na swoich ogrodniczych włościach pasjami. Pieli, podlewa, sadzi. Pomidory i papryka już są w gruncie. Ogór posiany, wschodzi. Ja robię to co zawsze, codzienny ser lub sery, obiad, palenie pod płytą, gotowanie karmy. I czasem w gwiazdy zaglądam, ucząc się widzieć. Coś piszę, notuję, rozmyślam.

Rzodkiewka jeszcze się trafia spomiędzy rosnących już innych roślinek. Ale większość już wyrwana i wykorzystana. Jakieś kim-ći, kwaszone, surowe w sałatkach i na kanapki, raz zupa (jakoś mnie nie zachwyciła), a gros zeżarły z apetytem kozuchy.

I pierwsza truskaweczka-jaskółeczka. Na razie po kilka garści dziennie, ale już niedługo ruszy większe owocowanie.

Oto pozimowa Pasza przed wiosennymi postrzyżynami. Trzeba już kudełki obciąć, bo jest jej zwyczajnie za gorąco w słoneczne dni na dworze.

27 marca 2022

Wiosna, gdzie ty?

Pogoda ciągle niezdecydowana. Nieustanne przymrozki nocne powodują, że słoneczne i ciepłe dnie nie wystarczają, aby przyroda ruszyła z wiosną. Co prawda przeszłam z tego powodu w dzień na palenie pod płytą opałem zgromadzonym dzięki kozom - pracowitym zgryzaczkom gałęzi leśnych. A świat wokół pełen jest ptasich treli. 

Anna nie mogąc się doczekać ciepła wzięła i posiała już grządki tunelowe, głównie rzodkiewką, koprem i szpinakiem. Trzeba było rozciągnąć szlauchy do podlewania. A zasiewy nakryć włókniną dla ochrony przed nocnym zimnem.

Pomidory i papryka kiełkują w domu, czekając na swój czas.

Poza tym odbywa się wydobycie obornika z koziarni. Andriusza obiecuje, nie przychodzi, więc na razie praca samodzielna i powolna przez to. Wydobyte "złoto" idzie do ogrodu na kolejne wały, zbudowane wzdłuż tunelu. Marzą się truskawki, więcej ich. No, i klasycznie dynia. Zeszłoroczne zbiory wciąż jeszcze używamy, karmiąc nimi kozy, drób i siebie.

Gdy to się skończy czeka odsadzenie dzieciaków na noc do osobnego boksu. Rosną ładnie. Dzięki temu będzie można doić rano mleko i zacząć robić twarogi i jogurt. Jestem już ich bardzo spragniona.

Oto nasze pociechy tegoroczne. Gdyby ktoś chciał kupić, prosimy o kontakt. Cena przystępna. Utrudnienia kontrolne w okolicy wyraźnie się zmniejszyły, poza tym nie mieszkamy na "wąskim pasie przygranicznym" ale kapkę obok. Można się umówić przez e-mail. 

Koziołki i kózki karmione mlekiem matek są najlepszym materiałem reprodukcyjnym, nie chorują i duże rosną, przekazując w genach swoje najlepsze cechy potomstwu. Wiem coś o tym, bo bywało, że zakupione rasowe sztuki z instytutu czy od farmera odstawiającego koźlęta tuż po urodzeniu, mocno nas rozczarowywały w hodowli. Jest naprawdę duża różnica w jakości.


 Oto słodkie zabawy w ciągu dnia.

Przykłady koziołeczków.


Mają już 2 miesiące.

9 marca 2022

Wyłączone i już

Ledwie otworzyłam oczy rano przykuł moją uwagę znajomy dźwięk.
- Idź szybko, nałap wody! - wołam jeszcze z pieleszy - To znaczy, że wody zaraz nie będzie!
Anna ruszyła się leniwie sprzed komputera i poszła po wiadro i pod kran.
- Nie ma już! - słyszę z łazienki.
- Noż, kurna! Znowu nie uważałyśmy - burczę i wygrzebuję się z pościeli na świat boży. Jeszcze boży.
Najpierw sprawdzam zasoby. Prawie żadnych. Pełny kuchenny czajnik wczoraj ugotowanej wody to raptem 2 litry, niecały litr przegotowanej z wczoraj, czajnik elektryczny pusty, w wiadrze dla zwierząt resztka na dnie. Może starczy dla kur, ale nie dla kóz, nawet dla jednej!
Anna w tym czasie sprawdziła ogłoszenia. No, i masz, nie podali na lokalnej grupie fejsbukowej, skąd zazwyczaj czerpiemy aktualności, a na stronie gminnej, że dziś będzie wyłączenie od 9 do 15.
- Nie ma jeszcze 9 i już wyłączyli - smętna konstatacja.
- To nasza wina - mówię - Ostatnio wyłączali już trzy razy w niedługich odstępach. Musimy nie tylko przywyknąć, ale i przygotować się na braki wody. A my ciągle jak te lale z Warszawy!
- Co robimy? Akurat śnieg spadł, nabiorę trochę.
- To za mało.
- Może kury się napiją, ale koza na pewno nie. Poza tym już to przerabiałam na Dąbrowie, pełen kocioł śniegu dawał garstkę wody.
- Ścisły reżim wody do picia. Nie gotuję dzisiaj zupy, ale frytki upiekę do wczorajszego mięsa. Do ubikacji woda z prania. Drób sobie poradzi, bo zjada śnieg. Kozom damy zwiększoną dawkę krojonej dyni, na szczęście te zwierzaki potrafią zaspokajać pragnienie warzywami, jak wielbłądy. I doczekają jakoś do włączenia.
- Jest wanna z deszczówką pod rynną, przebiję lód i coś będzie w razie potrzeby do polania albo mycia.
- Dobrze, na razie działamy z tym co jest. Ale na przyszłość trzeba wdrożyć nowe procedury, nie liczyć na infrastrukturę. Kłania się pompa do studni moja-twoja, jakiś filtr do jej uzdatniania, dodatkowe zbiorniki na deszczówkę, zapasy wody do picia w pojemnikach, będziemy je napełniać znowu po użyciu, ale musi być zawsze na podorędziu. I pamiętaj, trzeba nalewać wiadra i garnki wody wieczorem codziennie, aby nie było takich niespodzianek rano.

3 września 2021

Uszczelnianie

Czas biegnie niezauważalnie. Wciągnęło mnie tłumaczenie znalezionego w sieci kolejnego almanachu Nostradamusa (o naszych czasach) oprócz wykonywania codziennych obowiązków. Czekam też ciągle na zdjęcia z telefonu, aby wpis ubarwić. Domowniczka jednak ma jeszcze mniej chwil wolnych, aby to zrobić, a nawet już zrobione przesłać na komputer. Gdy już wieczór nadejdzie to trzeba przecież wiadomości z dnia sobie przekazać i omówić plany, potem w jakiś serial zajrzeć albo i nie, bo oczy same się kleją. I zaraz już jest ranek i wołanie: Ewa, wstawaj, już ósma! Wołaniu często towarzyszy miauczenie Maćka, który ode mnie domaga się śniadania. Przychodzi z dworu wcześniej i czeka cierpliwie aż otworzę oczy. Więc znowu baczność, stałe czynności ogarniające rzeczywistość własną i cudzą, czyli głównie zwierzęcą, szybkie śniadanie własne pośród nich, chwytanie w biegu wolnych przerw pośród zmiennych koniecznych zajęć, aby coś napisać, przeczytać, bo wieczorem już oczy nie te.

Sierpień zrobił się szybko chłodny i mokry. Przeplatany krótkimi wglądami słońca w naszą rzeczywistość, które witam zawsze z radością. Awaria cegiełki w piecu kuchennym sprawiła, że nie można go używać do czasu naprawy, zatem spora wilgotność w powietrzu i cieniu lasu sprawia, że pranie prawie nie schnie nawet w mieszkaniu. Słońce i lekki wiatr w ciągu dnia zatem mile witane. Mycie zrobiło się odtąd kłopotliwe, w zimnej wodzie albo podgrzanej w garnku. 

Na początku sierpnia odbył się u nas pokaz pieczenia chleba dla dziecięcej widowni z wakacyjnych półkolonii, która zjechała na rowerach na wioskę. Chyba to dla nich jakaś fajna zabawa, bo zwierzęta uatrakcyjniają im corocznie dość długie czekanie na rozgrzanie się pieca i wsadzenie ciasta.

Poza tym niewiele się dzieje. Czasem wpadnie Andriusza i pchamy roboty bardziej siłowe. Porąbał na drobniejsze kupkę grubego drewna, naprawił jako tako ogrodzenie w sadzie albo to i owo z mechanizmów, bo ma do tego smykałkę.

Kozy weszły w ruję, przynajmniej kilka z nich i trzeba było proces kontrolować, wachlując dwoma koziołkami tak, aby bezrogi przebywał tylko z rogatymi, a bezrogie z rogatym. 

Od dwóch dni wreszcie trwa wyczekiwana naprawa cegiełki i pieca. Trzeba było zdjąć płytę, wymontować zbiornik z paleniska, wyjąć przy tym trochę cegieł i kafli, spawaczo-zdun dopasował nowy zbiornik, pospawał to owo, hydraulik dokręcił, następnie trzeba wstawić wyjęte cegły i kafle, zalepić dziury. Przy okazji pomyślna wymiana baterii w łazience na nową też się uskuteczniła. Ważne sprawy.

Poza tym wokół dzieje się to, o czym wszyscy w Polsce słyszeli. Mianowicie rząd oddzielił sąsiednie wioski wzdłuż granicy, wyznaczając w nich stan wyjątkowy. Niby nic się nie dzieje specjalnego, ale każdy wyczekuje nie wiadomo czego. Policja i służba graniczna wzmogły kontrole na drogach, mowa jest o koniecznych przepustkach dla stałych mieszkańców okolic, aby znaleźć się legalnie w oddzielonym "wąskim pasie przygranicznym", ale na razie tylko mowa. I tyle. Turystyka z pewnością znów dostała kopa finansowego. Na szczęście wycofałyśmy się z niej już kilka lat temu, uznawszy że bawienie gości z miasta to nie nasza bajka, ale są tacy przecież, którzy z tego żyją. Świat się zmienia, życie utrudnia, ludzie spodziewają się pogorszenia, a nie polepszenia, strzygą uszami. I słusznie. Choć wciąż wielu takich, którzy żyją z dnia na dzień, bez myślenia o ewentualnych trudnościach. Jak choćby taki Andrij czy Iwanek. Wciąż uczę się tej sztuki, pustości umysłu, nieprzywiązywania się do rzeczy, spraw, warunków, zależności, planów i obaw. I ponoć robię postępy. 

14 czerwca 2021

W przerwie od upału

Ochłodziło się, pada i to nawet niekiedy zlewnie. Nie jest źle, mimo, że stado musi wtedy stać w oborze na sianie i owsie (z dodatkami marchwi i rzodkiewki oraz liści z tego i owego, więc narzekać nie mogą), a pisklęta pod dachem. Przynajmniej pracować w tunelu się da, a czas nagli, bo już pierwsze zawiązki ogórków się pojawiają. I trzeba podwiązywać na gwałt. W upał nie da się tego zrobić za dnia w żaden sposób.

Truskawki są już na wykończeniu, za to cały czas owocują poziomki. Kubeczek dziennie zawsze daje się uzbierać. Z jednej wzniesionej grządki.

Zaczął się czas sałaty, kopru, cebulki, co razem ze świeżym serkiem kozim tworzy sezonowy zespół jedzeniowy. Lekko, szybko i przyjemnie.

Taki to ogólny widok od przodka.


Z boku tunelu permakulturowe wały słomiano-obornikowe, a na nich ruszyła ze wzrostem dynia. Pień po starej złamanej zimą jabłoni wciąż do ścięcia. Poczeka, są ważniejsze sprawy. A gałęzie - już w większości pocięte, gotowe do zwózki na podwórko jako zapas rozpałkowy kuchenny, suchutkie.


Zbliżenie roślinek (sprzed kilku dni, codziennie są większe, dzięki opadom). Te wały to przygotowanie gleby pod inne przyszłe uprawy zewnętrzne. W kostkach żytniej słomy naprzemian z obornikiem, znalazły się porcje przerobionej już czarnej gleby uprawowej, w nią wetknięte nasionka. Rosną, jak widać bez problemu. Słoma i gnój  świetnie trzymają wilgoć i rozkładają się powoli. Do przyszłego roku zamienią się w zaczyn gleby, który oczywiście jeszcze zostanie zwiększony.
 

Takoż system nawadniający już zamontowany po całości. Zbiornik na podwyższeniu z wężem dołączonym do rur nawadniających z kroplownikami. Nawet podlewanie na czas, automatyka w pełnej krasie.


Działa. Odkręcasz kran, nastawiasz zegar na godzinę i podlewa się samo przez ten wyznaczony czas, po czym zawór sam się zamyka.

6 lipca 2020

Sezon ogórkowy otwarty

Jak już pada, to konkretnie, zlewnie, ściana deszczu. Jak nie pada nastaje parny upał do 30 stopni. Roślinność to uwielbia. Po raz pierwszy, odkąd tu mieszkamy, nie ma problemów z pastwiskiem, odrasta na bieżąco i kozy pasą się bardzo chętnie cały dzień (chyba, że pada).
W ten sposób przed domem urosły i rozkwitły różności.


Tak widać więcej.


Wystarczy obrót na pięcie, aby ten sam ogródek ukazał inne swoje bogactwo. Codzienne.


Ot, gotując czy przyrządzając posiłek wyskakuję na chwilę, aby zerwać co potrzeba, koperek, nać pietruszki, szczypiorek, cebulkę, lubczyk, tymianek, miętę czy bazylię. Albo sałatę czy pakczoja.


Oto grządka wzniesiona, w tym roku postawiona i obsiana ogórkami. Pracowicie nawinęłyśmy pędy na sznurki, aby mogły spokojnie plonować. I powiem wam, już są. Ogórki. Własnie degustujemy pierwsze małosolne. To, co ową grządkę poprzedza na pierwszym planie, równie bujne, to druga podobna, pełna teraz dojrzewającego bobu i selera naciowego.

Zabawa w odchwaszczanie luzem rosnących innych dobroci, dyni, cukinii, malin, topinambura czy pigwy to raptem kilka godzin popołudniowych. Za to później żywa przyjemność. Z bycia w przestrzeni dającej bezpieczne oparcie i estetyczne wrażenia porządku, nie chaosu.

Również las już obdarowuje grzybami. Anna codziennie przynosi po kilka garści kurek z krótkiego wypadku za opłotki. Na obiad zupa kurkowa, pizza z kurkami, a wczoraj pieczony amur w sosie kurkowo-koperkowym. (Wielka ryba z wymiany lokalnej).

20 czerwca 2020

Parno i duszno

Pada, a nawet leje prawie codziennie. W przerwach upał blisko 30-stopniowy sprawia, że jest "parno i duszno", wilgotność taka, że w mieszkaniu parapety bywają mokre w dotyku. Oczywiście, biedy nie ma. Ogródki i pastwisko podlane, las zieleni się i rośnie szybko, jak dżungla.

Kozy wychodzą na swoją trawę i przebywają tam dotąd, aż niebo się zachmurzy i zaczyna grzmieć w oddali. Czyli kilka ładnych godzin. Popołudnia i tak są zbyt gorące, aby mogły wytrzymać na otwartej przestrzeni, wolą skryć się w oborze. Także przed muchami. Ślepaków na razie mało. I oby tak zostało.
W taką parną i burzową pogodę podpuszczkowe sery domowe szaleją, więc przechodzę profilaktycznie na wyrób twarogu. Jemy go w postaci klusek leniwych, jako pastę z dodatkami do kanapek i naleśników, albo w cieście. Pomagają w tym także kurze i indycze pisklęta, których jest kilkanaście i przebywają pod troskliwą opieką indyczki. Nadmiary zamrażam.

Teraz trzeba się modlić o suchy tydzień. Aby sianokosy uskutecznić. Bywały już lata, gdy kośba była w lipcu, więc nie panikujemy. Kozy są pod względem siana tolerancyjne, zjadają przerośnięte i wykłoszone również. Byle suche było.

Tunele spełniają się w swej ochronnej roli jak najbardziej. Trwa podwiązywanie łodyg pomidorów i ogórków. Naokoło wszystko, co posiane wschodzi pięknie. Codziennie na obiad sałata ze świeżo zerwanych liści i ziół. Pierwszy zapas syropu miętowego właśnie się pasteryzuje.

Dziś pierwszy wyskok rekonesansowy do lasu obok przyniósł garść kurek. Będzie dodatek do obiadu.

5 czerwca 2020

Linia kropelkowa

Ostatnio robione zasiewy już rosną. Trochę szczypioru, kopru, ogórki, trzeba było dosiać, bo nie wzeszły masowo.


Poza tym tunel wymaga nawodnienia. Pomidory przyjęły się, sałata również. Nadal nie ma zbyt wielu słonecznych dni, niestety, co wpływa na wolniejsze tempo rozwoju.


Jednak krzaczki kwitną, a niektóre mają już pierwsze owoce.


Stosowne zakupy zostały poczynione. I przez jedno popołudnie zamontowałyśmy linię kropelkową, a nawet dwie, bo w dwóch krótkich tunelach postawionych w obrębie obejścia. Nie było to trudne, a nawet zabawne.


Z góry tak to wygląda. Roślinki zaściółkowane, aby utrzymać dłużej wilgoć, a także nie bawić się w odchwaszczanie.


Oto obraz całości. A raczej jej połowy. Po drugiej stronie tunelu wygląda tak samo.


No, i przede wszystkim to działa!