Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zioła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zioła. Pokaż wszystkie posty

22 czerwca 2025

Początek lata

I minął pierwszy dzień lata. Spokojnie, jak dawno już nie, bo przeważnie w tym dniu zaczynały szaleć zjawiska atmosferyczne w rodzaju gwałtownego wiatru i burzy z piorunami i obfitymi opadami. Pewnie to się obudzi na dniach, gdy Słońce będzie mijało Gromowładnego Jowisza, w znakach wodnych noszącego przydomek Pana Deszczów.

Bociany już hodują swą młodzież, jaskółki - dopiero niedawno - założyły sobie gniazdko pod okapem budynku gospodarczego, blisko obserwuję i słyszę wilgi, derkacze, dudka, słowika, stukanie dzięcioła. Rozkoszą jest siedzieć popołudniami na tarasie popijając wodę albo herbatkę z chabrów nazbieranych podczas porannego spaceru.

Ogródek wciąż w powijakach. Ogórki i buraki nie wykiełkowały, pomidory są niskie i dopiero niektóre zakwitły. Zjadamy szczypior, bazylię, nać pietruszki, rukolę i dziki brokuł.

Kozy zgryzły oba pastwiska, których ukrócone trawy marzą teraz o niebiańskim podlaniu. Szykuje się do spożycia owoc świdośliwy. Zjadam go z jogurtem domowym.


A w ogródku przekwita peonia. A może piwonia? Kto to wie...


Oraz cudownie wyrosła poprzez siatkę klatki dla kurcząt - trująca, ale jakże piękna naparstnica. (Kozy, także małe, nawet jej nie chcą powąchać, i dobrze).

2 maja 2025

Kwiaty i mróz

Wiosna, wiosna. Okazuje się zmienna, nawet ekstremalnie. Pogoda waha się od letnich, 30-stopniowych upałów do kilkustopniowych przymrozków nocnych. Te zwarzyły już rozkwitłe jak nigdy i wbrew swemu rytmowi dwuletniemu wszystkie żyjące jabłonie w naszym sadzie w chwili największego rozkwitu (to też do tej pory, ile już tu mieszkamy, nie zdarzyło się, zazwyczaj rozkwitały szczęśliwie po przymrozkach). Śliwy, zdziczałe grusze i świdośliwy zdążyły się szczęśliwie zawiązać, podobnie porzeczki. Forsycja i czeremcha już przekwitły. Teraz zakwita bez. 

Podczas porannego spaceru odkryłam na progu lasu łan kwitnących dzikich konwalii, do tego żółci się w trawie mniszek. Sama trawa niewielka, jak to na naszej pustyni piaszczystej, słabo nawadniana przez rzadkie deszcze i poranne mgły, pada teraz wczesną ofiarą wygłodniałych kóz, które penetrują obszary zazielenione po kilka godzin dziennie. Jak tak dalej będzie, nie wykarmimy ich i trzeba będzie pomyśleć, co dalej z tym zrobić. Pastwisko prawie nie ruszyło.

Anna z opóźnieniem zabrała się za siewy i nasadzenia w ogródku. Roślinki są słabowite i przyrastają niewiele, czasem trzeba pudła z sadzonkami wnosić na noc do mieszkania, aby nie zmarzły. Używamy na razie rukoli, mięty, pietruszki, tymianku, oraz udało się wrzucić "na ząb" kilka pierwszych szparagów, posadzonych dwa lata temu, które przyjęły się i dały smakowite korzonki. Tyle naszego.

Także z pewnym opóźnieniem zaczęła dopiero co nieść się indyczka.

Spaceruję porankami i czytam wieczorami. To moje przyjemności. Przestałam się martwić o świat.

6 września 2024

Koniec lata



Lato kończy się dość upalną suszą. Piszę dość, choć temperatura codziennie sięga 30 stopni, zaś niebo bywa bezchmurne, ale trwa to krótko, a późniejsze poranki i wcześniejsze wieczory zrównują odczucia do przyjemnego ciepła. Cienia ci u nas dostatek, jak widać na powyższym zdjęciu. Drzewa swoje robią.
Powoli dobiega końca przetwarzanie ogrodowych zbiorów, mniejszych niż w latach ubiegłych. To nie jest wynik jakiejś katastrofy, a zamierzony efekt. Po prostu świadomie zmniejszamy nadmiary, nam osobiście niepotrzebne, słabo sprzedawalne albo wcale, które nie przynosiły żadnej satysfakcji z nijakich zysków, a raczej wkład pracy i czasu, aby je uzyskać.
Ogórek już się skończył, ale dał nam siebie tyle, że uzupełniłam braki w zeszłorocznych kiszonych zapasach, głównie w postaci krojonych sałatek o kilku smakach i paru słoiczków korniszonów na domowym occie. Służyły też oczywiście na surowo do mizerii i tza-tziki.
Papryki nie było wcale, bo tej ostrej mam jeszcze mrożony zapasik na tę zimę i Anna wiosną stwierdziła, że w ten sezon zrobi sobie z nią przerwę i przyoszczędzi na podlewaniu.
Teraz kończą się pomidory, w tym roku szybko psujące się i mało słodkie. Uzupełniłam zasób soku pomidorowego, który piję i zjadamy często. Zawiera ważny dla zachowania zdrowia i odporności składnik, likopen, więc czemu go sobie żałować? Wyciskarka wolnoobrotowa daje radę dokładnie oddzielić sok od skórki i ziarenek, potem stawiam sok w garze na ogniu, dosmaczam nieco solą kamienną, pieprzem czarnym albo odrobiną ostrej papryki i wrzący przelewam do butelek. Nie trzeba już pasteryzować. Mniam! Nie ma pyszniejszej zupy czy sosu jak z takiego właśnie soku. Niech się wszystkie koncentraty fabryczne schowają. Butelki przechowuję w ziemiance i nic złego się nie dzieje ich zawartości.
Anna ściągnęła już z ogrodu cukinie. Trzech różnych odmian. Ładnie wyrosły na wzniesionych grządkach i wałach, część leżakuje w ziemiance, część na tarasie, na bieżąco używam je do naszych potraw oraz karmię nimi kozy, robią za dodatek warzywny dla nich, podobnie dzieje się z burakiem liściowym. 
Kapustne i jarmuż tudzież fasolkę szparagową zjadamy na bieżąco. Z ziół skończyła się mięta i kocimiętka, bo zrobiłam z nich syrop, którym dosładzamy napoje. Czeka jeszcze nać pietruszki i selera oraz bazylia do ususzenia na przyprawę.
Buraczków czerwonych było mniej niż w tamtym roku, zrobiłam z nich kilka słoików ćwikły.
Jabłka już się kończą. Spadają resztki, owoce duże i słodkie, w większości nadgryzione przez osy i szerszenie. Dały trochę pysznych dżemów i kilkadziesiąt butelek (małych i dużych) soku z sokownika. Musi starczyć na kolejne 2 lata, do następnego kwitnienia drzew. Co roku zresztą przezimowuje ich mniej, więc i sad minimalizuje nasze uzyski i pracę, sam z siebie.
Kilka późnych śliwek węgierek da pewnie kilka słoiczków dżemu. I jeszcze jakiś kompot z dodatkiem rabarbaru i słodkiego jabłka.
Ziemniaki, przywiezione od znajomego rolnika w dużo mniejszej ilości, bo starzejące się resztki przetrzebionego drobiu są na odchodnym, leżą już złożone w piwnicy, sięgam kiedy i po ile chcę. Zakupiłyśmy beztłuszczową frytkownicę i dość często wrzucamy do niej trochę krojonych kartofelków, cukinię czy pierwszą dynię, cebulkę, czosnek, kilka liści jarmużu, aby mieć szybki obiad albo kolację. Pokropioną na talerzu olejem tłoczonym, lnianym czy z ostropestu. Z dodatkiem sałatki ze świeżych pomidorów i cebulki na przykład.
Do codziennego przetwarzania należy oczywiście serowarzenie, potrwa to jeszcze przez jesień, acz stanie się stopniowo rzadsze i mniejsze. Teraz dopiero robię żółte sery, nawet wychodzą mimo upału, bo zrobiło się sucho, tworzą się więc pewne zapasy na tygodnie i miesiące do przodu. Używamy do kanapek, zapiekanek i pizzy. Co kilka dni zaczyniam w jogurtownicy kolejną dawkę świeżego jogurtu, który zjadamy na śniadanie z dodatkiem dżemu domowego i tak się plecie.
Spytacie zatem, co kupujemy w sklepie, bo chyba niewiele potrzeba... No, tak, ostatnio uzupełniłam zapas cukru, bo był w promocji w Biedronce, soli kamiennej, skrobi ziemniaczanej, kilku cytryn, które używam do napojów, jogurciku activia, którym zaczyniam domowy wyrób z koziego mleka (wypróbowałam kilka i ten najlepiej się sprawdza smakowo i jakościowo) i butelkę czystej wódki, żeby nastawić malinówkę. Maliny bowiem już masowo schną i chyba nie zdołają odrodzić się na jesień z owocami. Kupujemy również makaron, który u nas idzie dla psów, bo ja jem z rzadka tylko bezglutenowy, a Anna własnoręcznie, gdy jest potrzeba przyrządza sobie makaron domowy, z jajek od naszych dwóch ostatnich kur, głównie do rosołu. Takie i podobne zakupy robimy raz na dłuższy czas, koszty żywienia są więc mocno zredukowane.
Co do grzybów, to po zebraniu pewnej ilości kurek na początku lata, zanikły w lesie wszystkie gatunki i jak na razie nie wygląda to słodko dla grzybiarzy. Zdołałam się jednak nimi najeść, nastawiłam kurkówkę i kilka słoiczków w occie. I chwacit, jak to na Podlasiu mawiają.


Jak widać na powyższym zdjęciu domowniczki, Pasza z Labą mają się dobrze, starannie pilnując obejścia i stad tego i owego. A raczej już stadek. Samo gumno, wydziobane starannie przez drób przypomina plażę, mieszkamy wszak na wydmie leśnej. Wciąż mamy nadzieję, że przynajmniej po bokach jakaś trawka odrośnie w przyszłym roku, jak bywało na samym początku naszego zamieszkania tutaj. Jest plus tej sytuacji taki, że nie potrzeba kosić podwórka i hałasować sąsiadom.

29 lipca 2024

Szczyt lata


I kolejny miesiąc lata mija. Czas biegnie swoim trybem. Porzeczki zostały zerwane i spożytkowane, czarne, czerwone i białe. Kończą się ogórki - w tym roku powstał zwiększony zapas sałatek kilku rodzajów, bób został pożarty, zjadamy jarmuż i seler, fasolkę i fasolnik, a częściowo idzie do zamrażarki. Przed nami pomidory i jabłka.
Winko porzeczkowe bulgocze cierpliwie w gąsiorze. Nastawy ziołowych nalewek leczniczych uzupełnione macerują się (glistnik, piołun, orzech, goździk, pieprznik jadalny, dziurawiec).

Przeminął także doroczny festiwal folkowy w naszej gminie. Klasycznie, Anna prowadziła warsztaty ceramiczne i swoje stoisko, w czym jej pomagałam przez dwa popołudnia. Jako i zazwyczaj.


[Zdjęcie sprzed dwóch lat, ale nic się nie zmieniło]. No, może oprócz tego, że stopniowo wszystkim nam ubywa czasu i młodości, co sprawiło, że kilku dawnych znajomych ledwie poznałam przy niespodziewanej konfrontacji. Nie śmiałam zapytać czy i ja na tyle się zmieniłam. Cóż, w środku nic a nic mi nie brakuje, wręcz jakby ubywało mi zmartwień i ciężarów psychicznych, więc dusza wręcz się rozwija. Tyle dobrego.

Anna zaliczyła jeszcze inne jarmarki w okolicy i kilkudniowe warsztaty tradycyjnego wypału ceramiki tzw. siwej w domu kultury w sąsiedniej gminie. Z budową i paleniem stosownego pieca z cegły i gliny, co widać na zdjęciu poniżej.


I przykłady takich podlaskich miejscowych naczyń, robionych bez użycia szkliw.


Było trochę męczących upałów, ale przyzwyczajenie chyba robi swoje, ledwie je zapamiętałam. Teraz pojawiają się co rusz spontaniczne opady, zachmurzenie, wiatr, strząsający jabłka z drzew i pogoda jest znośna pod względem temperatury. 

1 lipca 2024

Sienna półrocznica


Czas roku, liczony od daty urodzin, którą mamy właściwie tę samą co do dnia i miesiąca, osiągnął szczyt i swoją pół-rocznicę dokładnie w chwili, gdy siano z łąki zostało zwiezione szczęśliwie pod dach paszarni i koziarni.

Zaczęło się mocno nieszczególnie. Gdy Anna obstalowała ze znajomym rolnikiem datę kośby, ja nagle przypomniałam sobie:
- Coś ty zrobiła, babo! Co wy robicie, puste głowy! Za kilka dni będzie przesilenie letnie i zaraz po nim pełnia Księżyca! Na pewno będzie burza, wiatr i srogi deszcz! I to nie jeden! Zawsze tak jest co roku, nie pamiętasz?
- Już za późno - odrzekła główna rolniczka - zaklepane. Trudno. Módl się o pogodę.

Jako rzekłam tak i się stało. Lunął jednej i drugiej nocy zaraz po kośbie ogromny deszcz, lał przez obie noce od wieczora do rana. Piękna sprawa dla spragnionego wody wygryzionego "do kości" pastwiska czy grządek złaknionych większych zasobów wilgoci, ale dla skoszonej trawy przynajmniej duża przeszkoda.

No cóż, i takie przypadki mamy już za sobą w latach ubiegłych, więc trzeba było uruchomić w sobie cierpliwość. Anna dzień w dzień wzdychała i jęczała, co to będzie, co to będzie! i już nawet planowała co zrobi, gdy siana nie da się zebrać, bo albo zgnije w polu, albo zostanie może nawet i skostkowane, ale nie zdążymy go schować. Chyba przez tydzień chmury przewalały się po niebie, przynosząc mniejszą i większą rosę. W końcu jednak wyjrzało słońce. I od razu zrobiło co trzeba. 

Anna pojechała władkiem ze zgrabiarką na łąkę, pod sławną ścianę graniczną, przegrabiła siano, które w słońcu i na lekkim suchym wietrze wyschło i na drugi dzień było już gotowe do wzięcia. Drugiego dnia jednak władek odmówił pomocy, ledwie zajechawszy na pole. Przerwał się pasek, silnik się zagrzał, ale na szczęście nic większego się z tego nie zrobiło. Tym  niemniej nie dało się zwałować siana o własnych siłach. Anna wezwała telefonicznie innego znajomego rolnika, który chętnie pomógł swoim sprzętem i zrobił wały na łące. Zajrzał także pod maskę władkowi, ale w tych polowych warunkach wolał nie rozbierać wnętrzności silnikowych. Władek przekimał się na łące przez noc i następnego dnia Anna dojechała nim powolutku do owego rolnika i zostawiła mu pojazd na podwórku, aż znajdzie wolną chwilę, aby go zreperować.
Po południu przyjechał drugi znajomy rolnik i zrobił z wałów siana ciuki. Anna zostawiwszy traktor na polu wróciła do domu okazją i wyruszyła samochodem z przyczepką po pierwszy transport. W sumie do wieczora obróciła trzy razy. Pomagałam jej ułożyć ciuki w przygotowanym pomieszczeniu, po czym padłam. Także dlatego, że upał i duchota zaczęły się wzmagać niemożebnie. Muszę przyznać, że w zeszłym roku miałam więcej siły, no cóż, taki bieg rzeczy... młodsza się nie robię.

Następnego dnia Anna zrobiła 5 kolejnych obróceń, poradziłyśmy sobie z układaniem kostek pod dachem, ja dowoziłam je taczką i układałam dolne partie, a ona dźwigała je wyżej, pod sufit, gdzie ledwie sięgałam. Upał był straszliwy, a ona w mig opaliła się jak na grillu. Jedynie lniana koszulka, od lat trzymana w szafie tylko na okazję sianokosów, przynosiła jej ulgę w tym ukropie. Dolewałam jej za każdym obrotem świeżej wody do butelki, aby nie odwodniła się w tej pracy i wypijała calutką, czasem tylko mocząc nią sobie chustkę na kark, żeby się ochłodzić. Ja zaś po załadowaniu każdej zwózki w paszarni polewałam się cała zimnym prysznicem, wcale nie czując zimna w tym rozpaleniu. Kto by miał czas grzać wodę w bojlerze w taką pilną porę!

Trzeciego dnia jeszcze 3 razy i koniec. Podliczyłam osiągi i zdziwiona dowiedziałam się, że mamy oto prawie 500 kostek siana na zimę. Wspaniała sprawa. Trawa dobrze wyschnięta, pachnąca, mimo ogromnych ilości wody, które ją polewały na początku.

Upał został z nami, mimo że pojawiły się znów deszcze. Teraz zbieramy porzeczki, które podczas tych naszych innych zaangażowań zaczęły już nieco opadać. Tu muszę dodać, że pierwszymi owocami w tym roku były świdośliweczki, których krzaczek posadzony raptem 3 lata temu, dał w tym roku prawie 5 kilogramów! Wszystkie zjadłyśmy na surowo jako dodatek do jogurtu albo do naleśników.

Teraz czas na nalewki, dżemy i domowe wino. Już się naciąga lecznicza nalewka na kwiatach dziurawca, ponoć pomocna w razie bezsenności i atakach lęku, oprócz innych trawiennych właściwości. Wypróbuję ją w zimie, gdy nadmiar nocy nieco mnie stresuje. Oraz odrobinę nalewki na świeżych posiekanych drobno kurkach, którą zwyczajowo co roku robię i popijam w ramach naturalnego odrobaczania. W kolejce stoi porzeczkówka, teraz z czarnej, następna z czerwonej i białej będzie. Tym sposobem gromadzenie zapasów zimowych ruszyło.

13 listopada 2023

Zanikanie

Poranki już mocno rześkie, wilgotne i mgliste. Powoli przygotowujemy się na śnieg i mróz. Liście selera i pietruszki z cieplicy i grządek, kwiat aksamitki i liście kocimiętki powędrowały do suszenia. Aksamitkę piję codziennie w ramach herbatki, a także robię mocniejszy napar, razem z szałwią, czasem dorzucam liście dębu i dolewam do gorącej kąpieli. Profilaktycznie, nie żeby się leczyć. Ot, przyjemnie jest się wypławić raz w tygodniu w jakichś zapachowych naturalnych substancjach. Kocimiętka ma właściwości nasenne i uspokajające, podobne do melisy, więc mieszam je z aksamitką jako swoje ziółka wieczorne.

Anna jeszcze czasem idąc za kozami w las przynosi garść grzybów. Podgrzybki i maślaki już zanikły, ale można nadal znaleźć kurki i zielonki (w moim rodzimym regionie także podsłonkami nazywane). I tak czasem jeszcze zdarza się zupa grzybowa, albo sos ze świeżych grzybów.

Wczoraj przy niedzieli ponadto wylądowała na jarmarku w Białymstoku. Kulturalnie pod dachem urządzony, więc zimno nie doskwierało, zebrał blisko stu wystawców. 

Wróciła wieczorem, może nie tyle wzbogacona, bo po odjęciu kilku stówek zapłaty za stoisko pozostało niewiele, ale zadowolona z poobracania się pośród ludzi, znajomych i nieznajomych ceramików, w dużym mieście, w swojej branży.


Tak nawiasem mówiąc, zapomniałam byłam zapisać na blogu, że we wrześniu Anna odbyła kurs robienia tynków z gliny. Może się do czegoś przyda nam ta wiedza, bo dziury w paszarni wciąż zapraszają niechcianych drapieżnych gości, i strach tam drób zostawić.


Póki co to raczej odpoczynek jest jej bardziej potrzebny, a nie nowe plany. Jak to po każdym sezonie.
Mleko u kóz na naszych oczach zanika, więc i ta praca staje się z dnia na dzień lżejsza. Już niedługo wakacje rolnika!

26 września 2023

Jesienne uciechy

I znów był jarmark. Tym razem w Ciechanowcu, z okazji święta ziemniaka. Dojazd i przyjazd łatwy, więc można było kilka godzin postać w oparach smażonych frytek, patrząc jak ludzie pochłaniają ze smakiem? zwykły cukier zamieniony maszynowo w watę. 

Pod strzechą, choć czy to taka, jaką dawniej kładziono na chatach? Może i tak. Jednak w praktyce poza skansenowej nie sposób już dostać słomy ciętej kosą w snopach, łatwiej robić to z trzciny. Łatwopalnej, dużo bardziej niż słoma, zwłaszcza gdy wyschnie w upalne lata.

Trochę wiejskich atrakcji pod publiczkę dla mieszczan. 

I stoisko, kątem oka kamery uchwycone.

Przy którym zatrzymała się miła para czytelników niniejszego bloga. Pozdrawiamy z tego miejsca serdecznie, także w imieniu koziołka Myszkina vel Puszkina, albo nawet i Putina.

Zaś od początku tygodnia ruszyły inne zajęcia, bo trzeba wykorzystać powrót słonecznej i ciepłej pogody. Powstały dwie wzniesione grządki w dawnym sadzie, ogrodzone deskami tartacznymi i wypełnione chruściano-korowo-liściowo-trocinowymi śmieciami, zgrabionymi na podwórzu w miejscach, gdzie zalegała gałęziówka, teraz już pocięta i ułożona na zimę. Z dodatkiem obornika i słomy.

Zbiór malin zmusił do nastawienia ich na sok. Do tego kocimiętka, melisa, aksamitka na susz do herbatek uśmierzających nerwy. Idzie ciemny czas, trzeba się przygotować.

22 sierpnia 2023

Dary słońca

Życie się plecie w upałach sierpniowych (które wcale takie dziwne nie są o tej porze roku), właściwych dla stałego i słonecznego znaku Lwa. Kozy przystopowały na szczęście wolę penetracji okolicy, mimo że pastwisko prawie wyschło, żółte i wyleniałe. Czas spędzają w sadzie, jedząc spady jabłkowe i resztki zielonej trawy pod drzewami, czasem sąsiadka coś im wrzuci przez płot, czyszcząc swój ogródek, czasem Anna przerzuca wycinane stopniowo gałęzie zakrzaczeń z porośniętego gęsto samosiejkami ugoru, pełne jeszcze liści, które one z żarłocznym zapałem pochłaniają. Korują także gałęzie, które później, gdy się ich trochę uzbiera zwieziemy na przyczepce jako opał na zimę.
Największy upał po południu spędzają w oborze, przeżuwając spokojnie, po czym jeszcze na chwilę są wypuszczane przed drugim obrządkiem, wtedy już spokojnie skupiają się na wyjadaniu chwastów, jeszcze żywych na pastwisku, podlewanych sporadycznymi ulewami.
Mleka dostatek, robię zatem żółte sery, które dają się przechowywać do kilku miesięcy w piwnicy i dają nam zapas pożywnego białka przez jesień i zimę. Jest to produkt, którego w sklepie w ogóle nie kupujemy.

Anna codziennie spędza dużo czasu w swoim ukochanym tunelu, gdzie zbiera, podlewa i zasiewa znowu kolejne roślinki (np. rzodkiewkę, rzepkę itp. które na jesień dają przyjemne i zdrowe, wolne od robactwa typowego dla wiosny i lata - plony). Co kilka dni przetwarzamy pomidory na przeciery i sos, ogórki na sałatkę albo małosolne, resztki idą na skarmianie kóz, które bardzo je lubią. Zaczęła się fasolka. Oto trochę obrazków.

Fasolnik chiński, zabawnie wężowo długi strąk z maleńkimi ziarenkami, całkiem smaczny.

Aksamitka, mnóstwo jej posianej w ogrodzie i tunelach dla ochrony przed robactwem, teraz służy nam do zbioru, suszenia na herbatę i napary, lub jako przyprawa do potraw. Nastawiłam także zdrowotną nalewkę na świeżych płatkach kwiatu. Aksamitka zawiera luteinę, ważną dla dobrego wzroku. Poza tym jest bakteriobójcza i oczyszczająca, więc warto ją pić często, zwłaszcza upał do tego zachęca, aby się nawadniać.
Niedawno były zbiory bazylii, która wysuszona i pachnąca powędrowała jako zapas przyprawowy do potraw na zimę. Świetna zwłaszcza do pomidorów i serów.
Z mięty już dawno wykonałam zapas syropu służącego Ani do dosładzania napojów latem.

Bakłażany się udały, jem często i nie narzekam na smak. Wręcz bardzo lubię ich konsystencję grzybo- lub mięsko-podobną w potrawie. Najpierw trzeba przeciąć wzdłuż i wydłubać środek z nasionkami, wnętrze posypać solą i poczekać aż wypuści sok. Wylać go potem, warzywko pokroić w średnią lub większą kostkę i smażyć i dusić (ja robię na skwarkach, ale osoby mające we wstręcie zwykłe tłuszcze, mogą się bawić w oleje takie i śmakie, które jednak w smażeniu tracą dobre właściwości, gust to gust, wybór to wybór), przyprawione według upodobania. Można zapiekać, też smaczne.

Oraz pierwsza próba uprawy egzotycznego (tym bardziej na Podlasiu) arbuza. Krzaczek wyrósł i wydał trzy owoce, urosły nieduże, ale z cienką skórką i soczystym słodziutkim wnętrzem. Zjadłyśmy z satysfakcją. Niestety melony się wycofały ze współpracy, nie dały plonu.

Na zdjęciu owoc kruszyny, z krzaczka odkrytego na naszym nieużytku. Poza tym można się tam raczyć słodkimi owocami czeremchy. Ulubione zajęcie (oprócz szukania grzybów) podczas wypasu stada poza pastwiskiem. Niektóre są jeszcze czerwone, te późniejsze od czeremchy amerykańskiej, czarne są już jadalne z naszej polskiej odmiany (albo na odwrót, już dawno mi się pomyliło). Oba gatunki współżyją z nami w okolicy i różnią się porą kwitnienia i owocowania.

12 sierpnia 2023

Sierpniowa zupa warzywna

Po dniach i nocach na tyle zimnych, że dojrzewanie pomidorów prawie zamarło, ruszają znowu upały. I przerób zbiorów. Głównie pomidorów, choć trochę słoików sałatek ogórkowych w kilku ulubionych smakach też do piwniczki powędrowało. U znajomych w gościnie spróbowałam kiszonych zielonych pomidorów i jutro robimy, bo w trzeci dodatkowy tunelik zaraza wlazła i trzeba było zebrać owoc w niedojrzałym stanie.
Generalnie codziennie jemy kiszonki, kapusty z burakiem, rzodkiewki, ogórki małosolne lub kwaszonki: korniszony, sałatki ogórkowe czy ćwikłę. Do tego jogurt na śniadanie z dodatkiem domowego dżemu lub pasteryzowanych jagód, wszystko tytułem nie jedynie smaku, ale i podtrzymania zdrowia i stałej odporności.

Dziś na obiad ugotowałam sierpniową zupę warzywną ze składników w większości z gospodarstwa wziętych. Oto składniki na 3-litrowy garnek (4-5 porcji dla dorosłych osób).

Jedna marchew starta.
Jedna cebula pokrojona w talarki.
Pół cukinii syryjskiej pokrojonej w kostkę.
Trzy garście kurek znalezionych w lesie za domem, przedtem sparzonych i dobrze opłukanych z piasku.
0,8 litra przecieru pomidorowego swojej roboty.
Jeden krojony pomidor mięsisty, jeszcze nagrzany słońcem w ogrodzie.
Dwie małe papryczki czerwone, nieostre.
Cztery wyżyłowane liście kapusty włoskiej, pokrojone.
Liść pietruszki.
Liść selera.
Trzy listki mięty (mięta wyostrza smak, spróbujcie tego sposobu, ja się przekonałam).
Kilka listków kolendry.
Suszona bazylia.
Ziarna pieprzu prawdziwego, ziela angielskiego, kolendry. Szczypta pieprzu cayenne i pieprzu ziołowego.
Siedem łyżek ryżu.
Sól do smaku.

Uzupełnić wodą, zagotować i ugotować do miękkości wszystkich składników.
Jeśli zupa jest bez wkładki mięsnej, typu jarskiego, można dodać na koniec podsmażonej na maśle czy oleju cebulki. W naszym przypadku nie pieścimy się. Dodaję przysmażonych dużych skwarków ze słoniny, albo boczku. 

19 maja 2023

Komary i kukułki

Popadało, nawet dwa a może i trzy dni i w nocy też. Nie tak jak we Włoszech, gdzie w Emilii-Romanii domy pływają pośród wezbranych potoków i rzek, ale zawsze. Ziemia i przyroda odetchnęła. Skończył się kurz wznoszący się na drodze przy każdym kroku i podmuchu wiatru.
Posiałyśmy dynię we wcześniej uszykowanych wałach obornikowych. Anna robiła dziurkę, wsypywała w nią szufelkę gleby kompostowej, która nam dojrzała pod akacją, a ja po kilka nasion zeszłorocznych zbiorów, starannie przedtem namoczonych w świeżo udojonym mleku (sposób naszej pani sąsiadki). Zaraz popadało, raz i drugi, długo i krócej, więc niebo pobłogosławiło. Niechaj rośnie.

Poza tym większość pomidorów została wysadzona z doniczek na grządki w dużym tunelu, w miejsce wyrwanej rzodkiewki i szpinaku. Papryka jeszcze za mała, aby to zrobić, ale nocuje już w cieplicy, więc noszenie poranne i wieczorne z domu i do domu się skończyło.

Trawa na pastwisku niska, ale umyta, więc kozy chętnie na nią biegają. Na kilka godzin codziennej wyżerki.

Kaczka zakolegowała się wreszcie z gęsią i przystała do kurzej ferajny w kurniku. Z tego się cieszę.
Słychać, że jaja kurze 20 złotych za kilogram stoją na rynku. A w Biedronce marchew skoczyła z 4 do 8 za kilo. Szczęśliwie w ogródku mam pasternak, liście magiji i selera, pietruszkę, pak czoj, szczypior i koper i nie mnie dotykają te podwyżki. Do rosołu zawsze jest co włożyć. Już kalarepki się wiążą. 

Kwitnie bez za domem, glistnik całymi zielono-żółtymi kępami, akacje są już w bloku startowym. 

Pojawiło się w tym maju więcej komarów niż w zeszłych latach o tej porze. Dokuczają, razem z meszkami najbardziej późnym popołudniem i o zmierzchu, zatem przy obrządku trzeba się trochę oganiać i tarasowanie na razie się skończyło, albo odbywa się w słoneczne dni we wcześniejszych godzinach. Przy słodkich nawoływaniach gniazdujących gdzieś blisko ptasząt lub z oddali kukułki oraz przelotach łownych jaskółek.

25 marca 2023

Z cierpliwością wiosennie

Praca idzie swoim wiosennym tempem do przodu. Postanowiłyśmy wszystko robić systematycznie i bez wysilania się. Codziennie coś.

Po postawieniu tunelu, przygotowaniu gleby i obsianiu powierzchni przyszła pora na grządki. W ogródku przydomowym właściwie niewiele trzeba robić, bo są gotowe, wzniesione i odeskowane. Nawet trochę zeszłorocznej zieleniny odbija na nich pod nakryciem z włókniny. Pasternak, pietruszka, seler naciowy. Ale Anna nie byłaby sobą, gdyby nie postawiła choć jednej nowej wzniesionej. Toteż szpadel w dłoń, odkryłam nim miejsce z czarnoziemu, Anna przywiozła z lasku kawałki powalonej przez wiatr brzozy, nadgniłej już i rozkładającej się pięknie. Kora zdjęta poszła do zapasów służących łatwej rozpałce w piecu, a reszta na dno grządki. Potem dwie kostki siana, specjalnie zostawione na zimę na dworze, aby nabrały wilgoci, starych liści z kupki jesiennej, na to obornik i nakrycie z czarnoziemu na wierzch. 
Sekatorem ostrzygłyśmy też krzaki porzeczek ze starych częściowo uschłych, a częściowo obrośniętych żółtym mchem gałązek, i młode drzewka ze zbędnych pędów też.

Dzisiaj zaczął powstawać nowy wał w sadzie wzdłuż tunelu, na rozłożonych na trawie tekturach, które Anna ściąga w tym celu spod sklepu spożywczego (po to, aby trawa pod spodem zgniła, a nie przerastała). Dnia nie starczyło, aby skończyć, zresztą zaniosło się na deszcz. I bardzo dobrze, bo pięknie podleje zawartość grządek, które w ten sposób nabiorą mocy przetwórczej i nie trzeba ich będzie potem podlewać. Anna zasiała także bób. Bobu nigdy dość.

17 listopada 2022

Przedzimie

Nadeszły niskie "pograniczne z zerem" temperatury, co prawda raptem od dzisiaj. Jeszcze trwam przy paleniu w kuchni, ale jutro planujemy rozruch c.o.

Anna przez dwa dni wydobyła z ostatniego boksu urobek kozi w ilości dwóch czubatych fur i wywiozła go częściowo na kompost, a częściowo do użyźnienia ogrodu. Sama, przy mojej zgoła niewielkiej pomocy przy rozładunku. Pomocników brak. Ci co są mało się już nadają do ciężkiej pracy. Najmłodszy, silny i sprawny, który by to zrobił w kilka godzin, akurat "nie lubi babrać się w gnoju" i co poradzisz!

Odinstalowałyśmy także nawodnienie tunelu, ostatki roślinne zostały zebrane (oprócz pekinki, która potrafi przetrwać przymrozki bez uszczerbku), zatem buraki ćwikłowe, brukiew, rzepa, rzodkiewka, resztki pomidorków koktajlowych (wrzucam je kurom do gara i mają smakowite jedzonko, które uwielbiają), seler naciowy, różne zieleninki, które idą na susz i zasilają nas w swoje smakowitości do następnego sezonu.

Zwózka gałęziówki utknęła dzisiaj, bo traktor po nocnym przymrozku zastrajkował, trzeba było wymontować akumulator i przynieść do domu. Jednak Anna uparciucha i tak poszła do lasu i popracowała przy ściąganiu gałęzi na dogodne miejsce zbiorcze.

Kury przestały się nieść. Naturalnie. Kozy się nudzą, dostają siano na kaczym dołku i "pasą się" na powietrzu kilka godzin dziennie. Las już opadł z liści, pastwisko wygryzione i uschłe do cna, jabłka przestały spadać, taki czas. Tymczasem okazało się, że zaćmienia na niebie przyniosły złe efekty i wilki wiedziały przed czym ostrzegają wyjąc z wiadomego kierunku w dzień przodków naszych. Ech. Najbliższe lata łatwe nie będą, trzeba nauczyć się znosić codzienne trudy, braki, zakazy i wymagania oraz przede wszystkim strach. Kto jeszcze się nie nauczył i nie wypraktykował, oczywiście. Mnie to jakoś mało wzrusza. I sny odeszły.

26 listopada 2021

Przedzimie

Był już śnieg, o poranku, sypało malowniczo, ale nic z tego nie zostało już po godzinie. Jedynie tegoroczne ptactwo zaliczyło pierwsze zdziwko na wyjściu z kurnika.

Anna zrobiła żniwa w tunelu, czyli zebrała pekinkę (która nieźle się miała i całkiem po ostatnim podlaniu przyspieszyła wzrost) i rzodkiewkę (też niczego, dorodna i zdrowa, o tej porze roku robactwo już niegroźne jest), jeszcze tylko czosnku dokupić i robimy kolejną dużą dawkę kim-ći. W 15-litrowej kamionce z nakrywką, w której do tej pory ogórki kiszone stały. Wyciągnęłam resztkę (twardą, smaczną) do zjedzenia dla nas i dla drobiu, gar umyłam i wyjałowiłam, i jutro z rana dalszy ciąg zabiegów kiszących. Na razie kapusta umyta, pokrojona na drobno, w czterech miedniczkach soli się, a rzodkiewka czeka na tarcie.

Ponadto susz wszelki został ładnie zmielony na drobno i zapakowany w słoiki. Mam więc własne przyprawy do zup i sosów. Mieszankę liści selera, lubczyku, pietruszki i kopru, oraz suszoną paprykę, słodką, podostrzoną i ostrą, do wyboru. Jest też suszona mięta i płatki aksamitki, z których herbatki parzymy.

Kiszone ogórki, tarte zalecane są jako dodatek witaminowy i odkwaszający dla domowych ptaków, którym to wspomaga odporność na pasożyty. Poza tym już z racji późnej jesieni wygłodniałe są względem zielonego i rzucają się na byle liść i odpad warzywny, jak głodne wilki i tygrysy. Nie żałuję. Nie powinno zabraknąć dobroci w czas chłodów po całkiem urodzajnym sezonie, ani nam ani zwierzętom.

Sikorki oblatują dom i gospodarstwo, taras, stukają w okienko. Za nimi zima pewnie szybko zajrzy.

17 listopada 2021

Mgła nad światem

Listopad pełną gębą. Mgły gęste się ścielą i skraplają całymi dniami, witają rześkie poranki, żegnają zimne i wilgotne zmierzchy. Sąsiadowi w lesie składowane drewno spleśniało. Andriusza ambitnie zwozi z kolegą swoje składy do domu, my też resztki, które jeszcze na działce pozostały - przyczepką. C.o. jeszcze nie dotknięte nawet (oprócz wyczystki kominiarza), wciąż daje radę piec kuchenny i ścianówka na noc nagrzana. W razie gorącej kąpieli włączamy farelkę w łazience i luz. 

W cieplicy i tunelu pozostałości jeszcze rosną, pietruszka, rzodkiewka, kapustka pekińska i pakczoj w niewielkich ilościach. Całkiem niedawno zerwałam paprykę z ostatniego krzaczka. Nać pietruszki suszę, wraz z suszonymi liśćmi selera i lubczykiem służy jako smakowy dodatek do potraw. Z reszty nastawiamy w słoikach kimći. Które potrafi wytrzymać do wiosny bez problemu, jedynie nabierając mocy, więc jest to zapas zimowy witamin i mocy lata.

W miejscowym sklepie chleb doszedł do ceny 4 złotych i więcej. Tańszy tylko w Biedronce w sąsiedniej gminie. Już od dawna jeść się nie dawał, zrobił się gliniasty, lepki. Wiem, bo choć nie jem, to czasem karmię nim psy. Dostają wieczorem na kolację kromkę wdrobioną do świeżego mleka. Anna od czasu do czasu chleb zaczynia i własny piecze. Ale także jakoś odzwyczaiła się od pieczywa i mącznych potraw. Jemy tego naprawdę mało i powiem wam, da się, można! Z rzadka pojawia się ciasto owocowe albo sernik, chleb (pół na pół z psami zjadany) tudzież jakieś placuszki czy pizza. Ja przyrządzam z własnych zapasów bezglutenowych, Anna czasem dołącza, a czasem swoją używa. Częstotliwość jednak zadziwiłaby niejednego. Ciasto raz na 2 miesiące. Placków dawno nie było i na razie się nie zanosi. Pizzę mam zamiar uskutecznić po jakichś 3 czy 4 miesiącach. Także chleb raz na kilka miesięcy.

Pokazują się sikorki, pilnujące swojej zimowej jadłodajni. Na razie sobie radzą, ale przypominają się, biegając po parapecie za oknem na tarasie i fruwając pod jego dachem. 

Kot nocuje w domu. Myszy się schodzą, jak co roku o tej porze, biegają, przeszukują kąty. 

Kozy doję już od jakiegoś czasu tylko rano, mleka starcza do kawy, na lody i twaróg co 2 dni, litr jogurtu co 4, czasem miękki serek podpuszczkowy. Zrobiły się stateczne, wolą już siano w ciepłej oborze. Wypuszczamy je na wybieg na 2 godziny, aby nogi rozprostowały, a młode wyhasały się.

Stare kury wypierzyły się, ale przestały się z tej okazji nieść. Młode są jeszcze za młode. Zatem zastój jajeczny. I tyle nowin jesiennych.

10 października 2021

Koniec sezonu

Mimo pięknego słoneczka codziennie w nocy pojawiają się już około zerowe minusowe temperatury. Witają poranki w białej szadzi na polu i płocie. Wieczorem palimy w ścianowym piecu, oprócz kuchennego, nosimy się ciepło na co dzień (swetry, ciepłe skarpety, czapki na dwór).
Trza też było pozbierać to, co jeszcze rosło i dojrzewało. Czyli resztę dyń z ogródka przy domu, gdzie poprzednie przymrozki nie dotarły. Rzodkiewkę, która urosła całkiem spora i w jadalnej dla nas ilości. Liście pochłaniają kozy, nic się nie marnuje. Patisony, wyszła skrzynka. Pomidorki koktajlowe, których tak dużo się okazało, że dały kilka kolejnych słoików kwaszonych i około 8 litrów soku. Paprykę ostrą i resztki słodkiej. Niestety, nasz wschodni klimat nie sprzyja pełnemu dojrzewaniu tych smacznych warzywek. Część kisimy na sos, a część próbujemy podojrzewać w domu i zjadamy na bieżąco. W zupach (które jem właściwie codziennie i moja kamicowa przypadłość przestała dzięki temu naprawdę męczyć) i w sosach, a także na kanapkach i w sałatkach. Te małe częściowo suszę.

Na targu udało się dostać woreczek buraków i woreczek marchwi "po taniości". Jak również trochę pszenżyta dla drobiu na zimę. Ceny skaczą, co targ to wyższe, więc nie ma co czekać na cud.

Ściągnęłam liście różnych ziół na susz. Szałwię, lubczyk, seler naciowy, pietruszkę, miętę, koper, kolendrę, bazylię, jak i wrotycz, krwawnik, glistnik. Suszą się na poddaszu, w cieniu i suchym miejscu, nie tracąc w ten sposób zieleni i właściwości. Po wyschnięciu wkładam do słoików i tak rośnie bateria przypraw oraz lekarska czyli łąkarska, jak mówi źródłosłów tej naszej starej polskiej nazwy. Ostatnio lekarze przemienili się w hurra!-medyków, więc rodzima mądra nazwa niechaj pozostanie tam i przy tym, gdzie jej miejsce. 

Ponadto Anna upolowała całkiem sporo ciemnych słodkich winogronowych owoców w ogrodzie bez właściciela, gdzie zaopatrują się chętni z wioski. Można będzie zatem zrobić domowe winko na długie zimowe wieczory, które szybko nadchodzą.

6 września 2021

Ostra zupa z pomidorów i papryki

Pogoda rozjaśniła się, jest słonecznie w ciągu dnia, choć rześko z rana i pod wieczór. Mała fala (falka?) przymrozku zwarzyła nieco liści dyniowych w obu ogródkach, poczerniały z brzegów od zachodu skąd problem przyszedł, choć na szczęście nie zaszkodziło to wciąż jeszcze niedojrzałym owocom.

Znajomy rolnik zebrał ziemniaki, ale są bardzo soczyste od wody i pewnie będzie problem z przechowaniem. Pierwsze 2 i pół metra wylądowało w ziemiance, po przebrnięciu kolejnej już kontroli policyjnej na drodze wylotowej przy "wąskim pasie". Jeszcze drugie tyle do wzięcia.
Pogaduszki rolnicze to głównie narzekania. Na przykład ziarno i sadzeniaki kupione w Centrali Nasiennej okazały się bardzo złej jakości, nie dość że słabe to zarażone wszystkim co się da. Kiedyś tego nie bywało.

W naszych tunelach też pojawiła się zaraza na pomidorach, ale na razie wybiórczo w długim. Te z cieplicy trzeba było wyrwać. I z innych małych ostatnie ogórki zostały zebrane głównie na karmę dla kóz (bardzo je lubią) i jakieś ostatnie małosolne. 

Zbieram zioła. Kwiat krwawnika i wrotycz, glistnik i dziurawiec. Lubię mieć świeży zapas na kolejny rok. Muszę przyznać, że herbatki z udziałem glistnika i dziurawca dały poprawę w objawach kamicy, na którą od lat co rusz narzekam. 

Bateria pomidorowych soków gotowa na zimę. Brakuje już butelek. Po raz pierwszy spróbowałam kiszonych pomidorów. Najpierw nieduży słoiczek koktajlowych zalany świeżo wytłoczonym sokiem pomidorowym z dodatkiem soli. Po tygodniu posłużyły do zupy. Ten dzień wybił dzisiaj. I oto jak sobie z zupą poradziłam, mając różne inne dodatki prosto z ogródka. Wyszła pyszna, ostra, kwaśnawa, smaczna i pożywna. Polecam!

Zupa pomidorowo-paprykowa

Składniki:
Wkładka mięsna w postaci kawałka tłustej kości, u mnie sprawdziły się żeberka koźlęce w tej roli.
Słoiczek kwaszonych pomidorów koktajlowych w pomidorowej zalewie.
3 dojrzałe spore słodkie pomidory
1 mała ostra papryczka
2 większe czerwone słodkie papryki
Garść świeżych kurek z lasu
Warzywa: cebula, tarta marchew, seler, krojona dynia lub cukinia.
5 łyżek ryżu.
Przyprawy: świeże liście lubczyku, selera naciowego, nać pietruszki, 2-3 listki mięty, gałązka tymianku. Oraz klasycznie: płaska łyżka soli, kilka ziaren pieprzu czarnego, ziela angielskiego, liść laurowy.

Wykonanie:
Wziąć garnek 3-litrowy, na początek wrzucić kość, zalać wodą na tyle aby ją zakryć, posolić (pamiętając, że kwaszone pomidory będą nieco słone), dodać ziela i pieprzu, liść laurowy i zacząć gotować. Potem wrzucamy kolejno warzywa, które najdłużej się gotują, czyli seler, marchew i pietruszkę. Następnie pokrojone papryki, cebulę i grzyby. Dodajemy krojoną dynię lub cukinię oraz pokrojone słodkie pomidory wcześniej obrane ze skórki. Wreszcie ryż, aby nabrzmiał i zmiękł. Dopiero na koniec, gdy już wszystko jest miękkie i rozgotowane dodajemy kwaszone pomidory. Wcześniej przetarłszy je na sitku, aby rozebrać je ze skórki. Wlewamy miąższ wraz z kwaśnym sokiem, w którym się kisiły. I gotujemy jeszcze chwilę. Można uzupełnić ilość zupy wodą, gdyby okazała się zbyt gęsta lub pikantna oraz dodać odrobinę cukru, gdyby była jednak zbyt kwaśna. Na talerzu można polać zupę odrobiną dobrego oleju z zimnego tłoczenia i posypać siekaną nacią pietruszki.

Gdy papryczka była rzeczywiście ostra, przygotujmy się na mocne wrażenia smakowe. Super!

Porcja obiadowa dla 4 osób, dla dwóch na dwa dni, dla jednej na cztery.

2 lipca 2021

Sezon ogórkowy rozpędza się!

Urobek dzienny. Świeżutkie, prosto z krzaka. Marzenie smakosza. Ponieważ ochłodziło się i deszczy można spędzić więcej czasu w tunelu w ciągu dnia i podgonić zaległości.

Nastawiam kolejną partię małosolnych. A do obiadu znowu mizeria. Z tartych ogórasków lekko posolonych, z dodatkiem śmietanki zdjętej z mleka koziego i zakwaszonej kilkoma łyżkami koziego jogurtu, z pieprzem, łyżeczką octu jabłkowego i łyżeczką cukru.

Koper na dokładkę. Takoż dodaję do wszystkiego, co się da pokoperkować lub zakwasić. Jutro z dzisiejszych dodatkowych zbiorów leśnych będzie sos kurkowo-koperkowy.

6 lipca 2020

Sezon ogórkowy otwarty

Jak już pada, to konkretnie, zlewnie, ściana deszczu. Jak nie pada nastaje parny upał do 30 stopni. Roślinność to uwielbia. Po raz pierwszy, odkąd tu mieszkamy, nie ma problemów z pastwiskiem, odrasta na bieżąco i kozy pasą się bardzo chętnie cały dzień (chyba, że pada).
W ten sposób przed domem urosły i rozkwitły różności.


Tak widać więcej.


Wystarczy obrót na pięcie, aby ten sam ogródek ukazał inne swoje bogactwo. Codzienne.


Ot, gotując czy przyrządzając posiłek wyskakuję na chwilę, aby zerwać co potrzeba, koperek, nać pietruszki, szczypiorek, cebulkę, lubczyk, tymianek, miętę czy bazylię. Albo sałatę czy pakczoja.


Oto grządka wzniesiona, w tym roku postawiona i obsiana ogórkami. Pracowicie nawinęłyśmy pędy na sznurki, aby mogły spokojnie plonować. I powiem wam, już są. Ogórki. Własnie degustujemy pierwsze małosolne. To, co ową grządkę poprzedza na pierwszym planie, równie bujne, to druga podobna, pełna teraz dojrzewającego bobu i selera naciowego.

Zabawa w odchwaszczanie luzem rosnących innych dobroci, dyni, cukinii, malin, topinambura czy pigwy to raptem kilka godzin popołudniowych. Za to później żywa przyjemność. Z bycia w przestrzeni dającej bezpieczne oparcie i estetyczne wrażenia porządku, nie chaosu.

Również las już obdarowuje grzybami. Anna codziennie przynosi po kilka garści kurek z krótkiego wypadku za opłotki. Na obiad zupa kurkowa, pizza z kurkami, a wczoraj pieczony amur w sosie kurkowo-koperkowym. (Wielka ryba z wymiany lokalnej).

12 grudnia 2019

Późna jesień, czyli myślał indor...

Późna jesień, gdy temperatury chodzą około zera i są w przeważającym procencie na plusie, nie jest zła. Kociej Maciej co prawda dawno już zmienił letnie nawyki i większość nocy przesypia w domu, wychodząc dopiero nad ranem i wracając wkrótce na śniadanie, ale zdarza mu się jeszcze zabalować.

Prace w gospodarstwie przystopowały na tyle, na ile mogą. Kozy spędzają czas w koziarni przy otwartych na ścieżaj wrotach w dzień, na sianku i owsie, z dodatkami warzywnych smakołyków od czasu do czasu. W praktyce nie są już dojone oprócz jednej, najpóźniej zakoconej i najwięcej dającej, raz dziennie, co pozwala mieć jeszcze codzienne świeże mleczko do kawy, wkład do szejka owocowego i zabielinkę do porannej zupki ryżowej albo jaglanej.

Czas przedświąteczny i przedzimowy każe także przejrzeć stado drobiu pod kątem zbiorów i oszczędności. Właśnie dorosły tegoroczne kogutki, trochę ich za dużo na podwórku, robią raban w kurniku, wyjadają nioskom karmę. Z pięciu zrobiło się dwa. Podobnie pod nóż poszedł dwuletni indor, tłusty, ledwie toczący się i posiadający największy apetyt w swoim stadzie. Nie wiem ile ważył, bo nie dorobiłam się jeszcze wagi mierzącej powyżej 3 kilogramów. Na oko przynajmniej 6 kilogramów miał, jeśli nie więcej, już po oporządzeniu. Wstępne sortowanie kawałków przyniosło wniosek, że na samych rosołach z niego i najlepszych kąskach mięsnych mogłybyśmy spokojnie żywić się suto ze dwa miesiące. Oczywiście nie pazernie i na bogato, lecz gospodarnie, nie marnując żadnego kęska.
W dodatku właśnie pokroiłam wszelkie tłustości z niego wzięte i utoczyłam z nich prawie 2 litry smalcu i słoik skwarków dla piesków i kota. Skończyło się dla nich mleko, ale są inne smakołyki.

Szybko jego ważne miejsce w stadzie zapełniło się. Dzisiaj przyjechał następca, maści czarnej, tegoroczny samiec, kupiony w powiecie w rolniczej wymianie barterowej. Czyli żadna to oszczędność na karmie, jednak w kolejce do nieba stoją jeszcze starsze indyczki.

Kilka dni temu zaś, nieco wcześniej, w ramach robienia miejsca w zamrażarce, wyprodukowałyśmy jakieś 7-8 kilogramów kiełbasy z zalegających mięsiw kozich. Było drugie tyle, bo pomagała nam miejscowa koleżanka, dokładając nieco swoich materiałów, a przy okazji ucząc nas poglądowo, jak robią kiełbasę tutejsi. Przyniosła ze sobą własne zioła, które wyhodowała i zmieliła na domowy pieprz ziołowy, o wiele bardziej aromatyczne, niż sklepowy. Przyprawiłyśmy zatem obficie i smakowicie, także czosnkiem. Kiełbasa wyszła nad podziw smaczna i o wiele lepiej nabita, niż nam się to udawało (a raczej nie udawało) zrobić. Tajemnica jest prosta. Po pierwsze trzeba mięso mielić przez specjalne grube sitko i nabijać kiszkę przez maszynkę ręczną, a nie elektryczną.
Urobku nie wędziłyśmy. Poszedł do zamrażarki w całości.

Wyciągam pęto co jakiś czas i zaparzam je w garnku. Przepis prosty: zagotować wodę, tyle, aby zanurzyć całość kiełbasy, dodać kilka liści laurowych, ziaren pieprzu i ziela angielskiego oraz łyżkę soli. Wrzucić surową kiełbasę na wrzątek, zdjąć z ognia i poczekać 30-40 minut, aż się zaparzy. Ja stawiam garnek na piecu c.o., woda nie ma szans się gotować, ale też nie stygnie zbyt szybko, o co chodzi w tym wszystkim. Potem wyjąć kiełbasę i schłodzić.
Można też inaczej: biała kiełbasa wpada do zupy typu żurek, czy zalewajka, albo krupnik. Mimo, że jestem bezglutenowa, to czasem robię barszcz na mące gryczanej, albo krupnik z niepalonej kaszy gryczanej.
Ewentualnie, co wypraktykowałyśmy zaraz tego samego dnia, świetnie sprawdza się jako

szybka podlaska kolacja. 

Obieram 2-3 ziemniaki, kroję na cienkie plastry, wrzucam do małej brytfanki z kawałkami słoninki, lekko solę i posypuję ziołami, dodaję też kawałek surowej kiełbasy. I wstawiam na kwadrans do pieca... kaflowego, gdy już żar się w nim wypali przy wieczornym paleniu. Tak, zwykły kaflowy piec ścianowy (pokojowy) może służyć świetnie jako piec chlebowy, czyli piekarnik. Jeśli tylko pali się w nim drewnem, a nie węglem! Udają się w nim w ten sposób także ciasta i chleb. Kto ma, niech próbuje. Duża oszczędność energii, bo dwie funkcje w jednym.

10 października 2019

Kiszone zielone pomidory

Jesień jest jak dotąd zadowalająca, jeśli chodzi o wilgotność. W bezdeszczowe dnie kozy pasą się na zieleniejącym się jako tako pastwisku, lub zmykają w gąszcze przyleśne, nie ścigane, bo ogródki już zostały wyzbierane przez właścicieli. Deszcze padają w nocy, nad ranem, czasem w ciągu dnia, ale nie są uporczywe i nadmiarowe. Gleba chłonie wodę, a rośliny rosę z wielką chęcią. Po kilku dniach i nocach nader chłodnych znów wraca ciepło, acz chmurność na niebie trwa, z krótkotrwałymi przejaśnieniami.

Palę już nie tylko pod płytą (nieco dłużej, aby dobrze nagrzać ściankę kaflową, ogrzewającą kuchnię i pokój), ale i w piecu ścianowym na noc. Daje to kulturalne poranki, bez wstrząsów temperaturowych, a w mieszkaniu można w krótkim rękawku chodzić, zwłaszcza wieczory są przyjemne.

Kozy doję już tylko raz dziennie, rano. Daje to jakieś 6 litrów mleka, które nadal przerabiam na sery. Gdy ilość zmniejszy się do 4, będą szły już tylko twarogi, czasem świeże miękkie na ząb do wina. Twarogi postaram się zamrozić i zmagazynować na dłużej dla dobra zimującego drobiu. Ale i swojego, bo sernik bardzo lubię.

Żółte twarde dojrzewają już w większości w piwniczce, stanowiąc codzienne menu do kanapek lub zapiekanek. Na zimę wystarczy w zupełności.

Przed nami jeszcze kiszenie kapusty. Na razie zadowalamy się bieżącymi kiszonkami. Różnego autoramentu i z różnych składników. Najbardziej lubię czerwone buraczki kiszone z kapustą i dodatkiem papryki i czosnku. Ostatnio jednak trzeba było coś zrobić ze sporą ilością maleńkich zielonych pomidorków, które nie miały już szans dojść odpowiedniego wzrostu ani koloru na krzakach.

Anna wpakowała je do słoika, dodając trochę ogródkowej papryczki, pokrojonej kapusty, buraczków i kilka ząbków czosnku, nakrywając z wierzchu liściem kapusty dla zabezpieczenia przed pleśniami. I oto co wyszło.


Po kilku dniach sięgnęłam do nich z ciekawością i smak mnie zaskoczył. Naprawdę dają się zjeść.
Wszelkie tego typu kiszonki przyrządza się jednym prostym sposobem.

Napełnić trzeba słoik tym, co pragniemy ukisić, a tu fantazja i możliwości są dowolne. Praktycznie każde warzywko daje się zakwasić, a mieszając ze sobą kilka różnych otrzymujemy różne smaki. Dodajemy to nich zioła zwyczajowo dodawane do kwaszonek, czyli liść laurowy, gorczyca, koper (dla ułatwienia można posługiwać się zestawami gotowych ziół dostępnymi w sklepie), garstkę, aby nie przesadzić. I całość zalewamy przegotowaną wcześniej i przestudzoną wodą osoloną solą do przetworów w proporcji na 1 litr wody 1 łyżka soli.
Słoik zamykamy szczelnie na kilka dni i raczej nie otwieramy go przed użyciem zbyt wcześnie, aby nie wpuścić do środka pleśni. Po otwarciu zjadamy w przeciągu dwóch-trzech dni do obiadu i jako przekąskę sałatkową.