Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pogoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pogoda. Pokaż wszystkie posty

20 maja 2026

Wiosna po francusku

 Wiosna przyjemna, nawet od czasu do czasu pada deszcz i zasila tą naszą piaszczystą glebę. Kozy są już dojone raz dziennie, bo synkowie chodzą spać do osobnego pokoiku dla młodzieży. Stąd poranne mleko jest dla nas. Na twaróg, jogurt, do zupki porannej i kawy lub kakao.

Właśnie, nauczyłam się pić często kakao. Kupuję najlepszej jakości, nieodtłuszczane, nie żałuję sobie akurat przyjemności dla zdrowia. Najczęściej naturalne w kostkach sprowadzane z Ameryki Środkowej. Wypróbowałam już różne kraje, Peru, Honduras, Kolumbię, Ekwador, dobre, każde ma jakiś inny odcień smaku, ale najlepiej "mi wchodzi" afrykańskie z Sierra Leone. Dodaję dużo cynamonu, kardamon, goździk, trochę mleka, słodzę lekko (pół łyżeczki) cukrem trzcinowym. Kiepskie wyniki krwi w zeszłym roku po niespełna dwóch tygodniach skoczyły w górę i mają się dobrze. Samopoczucie bez porównania lepsze, jak nigdy dotąd. Dobry sen, brak koszmarów, świetny humor. Z tego humoru nie tylko spaceruję codziennie leśną drogą i gadam z lasem i ptakami, to jeszcze uczę się mówionego francuskiego, wkuwam słówka, powtarzam i toczę rozmowy po francusku z psami, kozami, drobiem, ptakami, drzewami, mrówkami itd. itp. Psy już rozróżniają nową melodię mojej mowy i reagują dość dobrze na kilka nowych stałych haseł. Idziemy na spacer, wracać, biegać, zostać, jeść, spokój, bon appetit! Ponieważ nigdzie mi się nie spieszy robię niewielkie postępy, ale za to utrwalam nowe ścieżki neoronowe w mózgu, co sprzyja aktywnej głowie na starość. Francuski ma w sobie nie tylko muzyczność, łatwo się rymuje i śpiewa, ale akcentacja na ostatnią sylabę i podnoszenie tonu pozwala podnieść nastrój, to zadziwiające.

Rozważałam jeszcze naukę chińskiego, bo ma niesamowicie prostą gramatykę, ale wymowa wydała mi się nie do powtórzenia. Podobnie niewymawialny dla mnie jest angielski, a chrapliwość niemieckiego odstręcza. Po prostu i zwyczajnie kocham się tylko w językach romańskich, a czasem odsłuchuję jakichś lekcji łaciny, dla wprawy i świadomości.

Dodatkowo czytam codziennie po kilka książek na raz. Tych klasycznych, papierowych i na czytniku. Od dwóch lat zgłębiam ukochaną literaturę fantastyczną i zrobiłam już spore postępy w nowym spojrzeniu na tę dziedzinę. Zaczęłam od klasyki, polskiej i światowej, ostatnio doczytuję wszystkie powieści Lema, te które ominęłam dawniej. Zaliczyłam więc jak dotąd całego Verne`a, Wellsa, Philipa K. Dicka, Stapletona, Zajdla, Oramusa, Jacka Dukaja, i pojedynczo wybierane i na razie wąchane opowieści wielu innych autorów. 

Koleżanki pomogły nam zaciągnąć nową folię na duży tunel, Anna zgryzła glebę i posadziła już pomidory, posiała ogórki, cukinie, fasolkę. Tu i tam. Ja zaś wydałam sennik, dawny z nowymi uzupełnieniami i poprawkami w treści. Można znaleźć na allegro pt. "Język snu".

27 kwietnia 2026

Ptasie figle

Wczesna, ale zimna ta wiosna. Wczorajszej nocy obudził mnie wielki wiatr i deszcz jak z rynny, spadł też grad, a rano znów zawiało i spadł śnieg. Zniknął do wieczora, ale zmartwienie jest, bo czeremcha, świdośliwa i grusza już kwitną, a jabłonie szykują się z kwiatami. Dziś wyszło słońce, przydaje się mimo oziębionego powietrza, bo można zrobić pranie i zmywanie za darmo oraz nagrzewa się woda w zbiorniku, wczoraj już wystygła. Pewnie potrwa to do pełni, która to, na zmianę z nowiem, potrafi zmienić pogodę na przeciwną.

Kozy wychodzą prawie codziennie na trawę w sadzie. Mają już wyczyszczoną obórkę, obornik rozwieziony na pryzmy. Młodzież hasa na swobodzie jak wszelkie dzieci. To zawsze co roku nasza wiosenna radość życiowa. 

Ptaszki przechodzą same siebie ze śpiewami na różne głosy. Migają mi na podwórku przezabawne pleszki (uwielbiam je za dowcip i wesołość). Takie potrafią robić kawały, siadają kozie na plecach, i trzymają się jak na ujeżdżanym koniu, gdy ta próbuje obracaniem się strącić jeźdźca. Albo prowokują kota do ataku i zmykają, są naprawdę bez lęku. Staje taka przede mną i kiwa ogonkiem, prawie słyszę w duchu jak się śmieje. Pogwizdujemy do siebie na wyrywki.
Sikorki też daleko nie odbiegły, bo widuję parkę przez okno w kuchni, skaczą po gałązkach akacjowych, pamiętają, choć już ptaków nie dokarmiam. Kowaliki, dzięcioł, milczące derkacze przemykające po ziemi jak małe kurki, barwne rudziki i inne kląskacze i gwizdacze. Słyszę czasem dudka, ale tego podejrzeć jest dość trudno.  

Czytam z zapałem kolejne książki Stanisława Lema. Dużo rozmyślam, próbując ogarnąć ten świat i to, co już wiem o nim, z książek i własnych snów. Jedno jest pewne, świat jest niezmienny w swoich zmianach. Teraz też czeka nas ogromne szast-prast, w ciągu kilku lat znajdziemy się w innym filmie, a to jeszcze nie koniec. Przed kilkudziesięciu laty odwiedził mnie zmarły ojciec, przepowiedział mi kilka rzeczy w życiu, które się spełniły (np. że zamieszkam "za rzeką, w kraju krasnoludków"), a gdy pytałam go co będzie dalej, odparł: "przeżyjesz tyle i tyle lat po wojnie. Więcej nie pozwolono mi powiedzieć". Był wtedy ubrany w mundur polskiego żołnierza z rogatywką.
Poza tym wreszcie siatki w kilku oknach zostały zamontowane i do tego rolety, przygotowania do pory letniej rozwijają się.

7 marca 2026

Wielka zmiana

I mamy wiosnę. W zgodzie z przepowiedniami naszego narodowego wieszcza, tudzież astrologów i meteorologów zima postraszyła i odeszła ostatecznie "za morze" nader wcześnie. Stało się to bardzo szybko, w ciągu kilku dni, gdy śnieg skruszał, lody rozpuściły się i zostały wchłonięte przez glebę. Jeszcze na cienistych ścieżkach leśnych i w cieniu dachów od północy zalegają resztki hałd na obrzeżach, te na podwórzu zjadają kaczki i psy, które uwielbiają lody. Słońce pokazuje się codziennie i zleciały już nowe ptaszki. Wciąż dokarmiam je niezmiennie, bo zostały zapasy w pudle i chcę je skarmić, nie zmarnować. Przylatują w mniejszych stadkach, ale wciąż zaglądają, w tym są też nowe gromadki innych - bardziej rozśpiewanych gatunków niż sikorki. Spacer i pobyt na powietrzu jest niezwykle przyjemny. Obserwuję ruch obudzonych już mrówek, naprawiających mrowiska przy drodze, nieco naruszone kopytami jakiegoś biegnącego zwierza w typie sporego jelenia, albo młodego łosia. Pojawiły się też już pierwsze pszczoły.

Wczoraj o świcie przebudziłam się i w półśnie długo słyszałam dziwny dźwięk, który skojarzył mi się z grającą kapelą celtyckich czy szkockich dudziarzy. Co jest grane? - zdumiewałam się, wymyśliwszy sobie, że słyszę muzykę ze ścierających się na morzu okrętów wojennych. Odkryłam prawdę dopiero w dzień, gdy zza lasu rozległ się głośny krzyk żurawia. Ach, to wy! Przyleciały niedawno, i już odprawiają swoje wiosenne rytuały, zaraz będą jajka i młode... Mój kaczor też już się starał, choć kaczuszka jeszcze się nosi z jajem. Czekam pilnie, bo już mi się zapas zeszłorocznych jaj skończył. 

Mam ataki dobrego humoru tak zabawne, że Anna fuka i nieomal tupie ze zniecierpliwienia. Zamiast się śmiać! Też kiedyś taka byłam zbyt poważna, ale zmieniam się. Zmienia mi się. Kiedy wychodzę na taras, żeby przywitać ptaszki, wołam na nie: "Cip cip tłuścioszki! A gdzie dzień dobry? Gdzie furkotanie? Tiu tiu tiu! Gwiżdżę na was, nie słychać?!" Odpowiadają mi z "płota" i gałęzi pobliskich drzew serdecznym zaśpiewem.

Anna w ciągu zimy przeszła i nadal jeszcze przechodzi fazę wzmożonego zainteresowania robótkami na drutach i przędzalnictwem. "Przędzie sobie, przędzie jak anioł dzieweczka...", oglądając przy tym instruktażowe filmiki na YT. Kręcą je kobiety młode i starsze, i mogą gadać o swych pracach i doświadczeniach godzinami, to cały świat! Przypomina mi to dzieciństwo, gdy mama po ciężkiej pracy na trzy zmiany znajdowała jeszcze czas na robótki i krawiectwo, którymi dorabiała sobie do pensji. I w domu usypiał mnie i budził stukot maszyny do szycia, maszyny dziewiarskiej albo kołowrotka.
Teraz Anna wyciągnęła z szafy maszynkę przędzalniczą produkcji białoruskiej, którą dostała lata temu od byłej właścicielki siedliska i stukot usypia mnie znowu. W każdym razie nauczyła się na niej, po kilku dniach wściekłych prób i oglądania filmików wyciągać nitkę ze zgręplowanej wełny, i nawinęła już wiele kłębków z tego, co czekało latami w workach na poddaszu. Na chińskich  drutach zaś udziergała dwie czapki, kilka par ciepłych skarpet, szalik, i mitenki dla mnie. Które przydały się i przydają, bo wciąż duże różnice temperatur między dniem i nocą dokuczają mi reumatycznymi bólami w lewym przedramieniu.

Poza tym czytam wielotomową hinduską "Mahabharatę", postanowiłam sobie przeczytać całość uważnie w ramach pielgrzymki do miejsca świętego, którą choć raz w życiu każdy człowiek powinien odbyć na tym padole łez. Podróżuję więc w głowie i wyobraźni (cieleśnie pielgrzymując co roku na Grabarkę). Tematem tego wspaniałego eposu jest potężna bitwa na polu Kurukszetra. Sama w sobie cudowna,  przy użyciu strzał spotykających się i neutralizujących w powietrzu niczym współczesne rakiety, dysków czekających za chmurami na gest wojownika, podkręcanych maczug zabijających słonie, które specjalnie tresowano do boju i pojono winem przed walką, aby nabrały animuszu, czy dzid obcinających głowy kilku walczącym naraz. Oraz tajemnych broni promieniotwórczych, wprowadzających w przerażenie całe armie i ludność okoliczną i zamierającą ze strachu przyrodę.

A teraz, śledząc w doniesieniach i komentarzach z radia, FB i YT wojenną akcję na Bliskim Wschodzie dotarłam do opisu pola bitwy po bitwie, pełnego pokawałkowanych trupów bohaterów zżeranych przez drapieżne ptaki i zwierzęta, odwiedzanego przez zrozpaczone wdowy i matki, piękne i wymuskane luksusowym życiem panie. Obraz pełen żalu, płaczu, żałoby, omdleń, bezradnych okrzyków nad biologią rozkładających się ciał wspaniałych herosów, mężów, synów, mistrzów walki i doświadczonych wodzów, których losy opowiadała wcześniej ta święta księga, porusza wyobraźnię i jest adekwatny do tego co już się dzieje i dziać będzie w Iranie i wokół niego.
Zaczęło się. Wielka bitwa przed końcem kolejnego okresu czasu, zwanego żelazną erą także u proroka Daniela w Biblii, jeszcze przed nami, ale już niedługo (w skali mniej niż 10 lat) wielu z nas dotknie osobiście. Szykujcie serca i  dusze, bo opadające jak liście ciała na pewno sobie poradzą.

25 lutego 2026

Zaśpiewanie

I po kilku dniach wzmożonego mrozu w okolicach dziesięciu stopni nagle przyszła odwilż, i oto piękno białego świata spływa jak makijaż na twarzy klauna. Hm, no, tak nagle to się nie odbyło, bo dwie noce wcześniej trapił mnie przeszywający ból w kości ręki, aż zaczęłam się bać zawału. W dzień ból zniknął zupełnie, powtórzył się słabiej kolejnej nocy i wraz z przenikliwym wiatrem przyszło uspokojenie: to meteoropatia. 

Makijaż spływa też nie tak hop siup, kupy śniegu więdną powoli, ale daje się już chodzić po podwórzu bez lęku, że się wywinie koziołka za każdym kolejnym krokiem. Ptaszki już nie zlatują do karmnika aż takimi gromadkami, jak dotąd, a moje rozmowy z nimi mają się tak. Gdy rano wychodzę na taras w swoich gospodarskich czynnościach i widzę, że nic nie odfruwa mi spod nóg i sprzed oczu na krzaczki, głośno wyrażam swoje zdanie:
- Hej ptaszkowie rostomili, a gdzieście wy się podziali? Już ciepełko wam zagrało? Już o mnie nie pamiętacie? Jak tak można tyle czasu korzystać z gościny, a teraz nawet dzień dobry nie powiedzieć?
I nagle z akacji przy domu rozlega się znajome ćwierkanie.
- Jestem tutaj! Słyszę, widzę cię! Witaj!
- O, zmieniam zdanie! Miejcie się dobrze, niech się wam wiedzie, wiosna idzie, cieszmy się! 

Idąc do kurnika wołam śpiewnie:
- Hej, kaczusie Kasie! Śniadanko idzie do was. Kasie jak się masie?
I kaśki odpowiadają radosnym kwakaniem, szykując dzioby do pełnej michy. Utuczyły się w zamknięciu i muszą odzyskać dawną ruchliwość. Wypuszczam je już na dzień, taplają się w kałużach z topniejącego lodowca i zwiedzają kąty, w tym ogródek, z wielkim zapałem.
- A, cóż to? Patrzycie czy już rośnie? 

Ach, ten zwierzęcy świat! Jest z kim porozmawiać, pośmiać się, pogwizdać, pośpiewać albo powściekać się na kogo, gdy nieposłuszny czy uparty. 

30 stycznia 2026

Zimna podróbka

 Cały styczeń przeleciał bez wpisu. Było zimno i zimowo, las przepiękny, ośnieżony, poważny, codziennie go odwiedzam, spacerując. 

Mimo to dopadło mnie przygnębienie. Wraz z krótkotrwałą odwilżą, mokrym śniegiem, które już odchodzą szybkim krokiem poganiane przez kolejną, silniejszą falę mrozów. W sercu i głowie jawi się pustka. Film amerykański polecony przez znajomego, zachwycającego się tym razem muzyką (komputerową - jak sądzę po próbie obejrzenia) znowu okazał się komputerowym nieludzkim zgniotem. Zdumiewają mnie ludzie idący z zachwytem w ciemno za tym, co wymieli maszyna w przepaściach swej nieludzkiej obojętności i nieludzkiej logiki. Nie ma w tym sztuki, artyzmu, wyobraźni, czucia i serca, jest wielka podróba. W tej pustce trudno o jakąś radosną myśl, nadzieję, czystość (chyba że za czysty uznać mechaniczny metal połyskujący zafoliowanym plastikiem).
Gadające głowy prześcigające się w wymądrzaniach na każdy temat z komentatorami AI są równie puste. Donoszą już stąd i zowąd, że AI podsłuchuje przy pomocy cipów w aparatach i urządzeniach w całym domu, korzystając z wi-fi. Krążą filmiki, gdzie ludzie gadający z maszyną są już na skraju schizofrenii, albo ogłaszają AI nowym Bogiem, a siebie jego kapłanami.
Inni donoszą z dumą do urzędów na właścicieli psów trzymanych klasycznie w budach na zewnątrz, oskarżając ich o to, że pies czy inne zwierzę nie ma świeżej wody na zewnątrz stojącej, z której mógłby korzystać w każdej chwili. I to teraz, w temperaturach poniżej 10 stopni! Są młodymi "gniewnymi" „ormowcami”, wierzącymi w doskonały system, który zbawi ludzkość i zamieni nasze życie w raj. Doświadczenia przodków dla nich nie istnieją. Przecież maszyna to nie to, co dawna ludzka biurokracja i tyrania. Dawne sposoby życia, jedzenia, ogrzewania się odejdą w zapomnienie, wyśmiewane i ostatecznie potępione. Nowi tyrani już rosną, mają miłe buzie, płaczą na widok głodnego kota, karmiąc go chemiczną trucizną, nie umieją pisać długopisem ani rysować ołówkiem, nie wiedzą co to pieniądz, zmęczenie, głód, cudza własność.
Będzie ich więcej, wiele razy już ich śniłam. Nowi panowie świata, wychowani bezstresowo, dla których inni, zwykli ludzie będą pełnić rolę nowoczesnych niewolników. Wejdą do przypadkowego domu, rozgoszczą się, najedzą, prześpią, zostaną, albo pójdą, czasem to ty albo ty pierwsza opuścisz własne mieszkanie, bo tylko to cię uwolni od niechcianej gościny. Jakże uprzejmego, inteligentnego, zabawnego "państwa", tworu nowoczesnego nad-człowieczego komunizmu, "nowych ludzi".
Śniłam też koniec tego procesu, marny i żałosny, tego co się dopiero nieśmiało zaczyna, co podnosi metaliczną główkę i migocze kolorowymi obrazkami na ekranie. Rozsypie się na części, odpadną mu kończynki, rączki, nóżki, główka. Zostanie potłuczonym śmieciem, zalegającym kopce, albo rozżarzoną surówką w piecu wulkanicznym. Wszystko, co powiedziane na początku, zapisane i starannie przeniesione przez czas w starannie przepisywanych księgach, spełni się. "Nie może glina połączyć się z żelazem"... to już prorok Daniel zapisał.

Jedząc poranną jaglankę z żurawiną i masłem przyglądam się przez okno z miłością sikorkom, sąsiadom kowalikowi i dzięciołowi, rudym sójkom korzystającym z ptasiej stołówki na tarasie. „Częstujcie się, kochane dzieci! Niech was Opatrzność chroni! Uważajcie na siebie... zimno znowu idzie”. Ćwierkają do mnie z daleka, gdy wychodzę na dwór, las skrzypi wieloznacznie, gdy idę, jakby witał się i wymieniał najświeższe wiadomości.
Jak to zrobić, aby ignorować technologię? Nie brać pod uwagę ludzkiego szaleństwa, które nadchodzi? Pamiętam głos sprzed lat, który mnie obudził pewnej nocy: „Ufajcie! Pułapka jest mądrze zastawiona... siedem razy siedem...” Zrozumiałam potem zagadkę tych liczb i znalazłam ją w zapisie Nostradamusa w pewnym almanachu. I obliczyłam. Przed nami jeszcze przynajmniej 40 lat zwiększającego się „wielkiego ucisku”, „który gdyby nie został wcześniej zdjęty, nikt by nie przeżył, i to na całej Ziemi”. W nocy nie mogąc spać, po zakończeniu lektury „Dziejów” Herodota wzięłam się za „Rozmyślania” Marka Aureliusza. I natychmiast chłodna czystość starorzymskich cnót, ludzkiej szlachetności i filozofii owiała mnie chłodnym boskim powiewem, co za ulga!

10 stycznia 2026

Zimowanie

Mrozi poniżej 10-15 stopni, spadł śnieg, to już czwarte odśnieżanie podwórka w tym sezonie. Zaliczona została krótka awaria prądu. Nieco wcześniej przytkała się toaleta, a przed nią rura pieca c.o. Potem uruchamiany na mrozie samochód dziwnie zapiszczał, ale był to - jak się okazało - alarm mrozowy i znikł po nagrzaniu silnika. Udało się samodzielnie sprawy naprawić, wydostać i wynieść nadmiar popiołu, odetkać hydraulikę, rozruszać auto. Po Trzech Królach trzeba było jeszcze rozebrać gałęzie choinkowe, robiące za choinkę, i posprzątać rozsypane igły.
Odśnieżamy na zmiany, bo jest tylko jedna szufla. Wrrr... Są z tego pewne spory. Anna uważa, że robię to nieprofesjonalnie, co znaczy tylko, że mam inną metodę od niej. Wyrywa mi z rąk narzędzie pracy, a to tak przyjemnie jest odgarniać sypki biały kożuch i maszerować ścieżką! Spacer wtedy można zamienić w energetyczne zajęcie na świeżym powietrzu. I niczym czarownica szufluje z zapałem i płonącymi pasją oczami sama.
Zaczyna się od priorytetów, zatem dróżka do obory, placyk przed nią, dróżka do altany, pracowni, paszarni i stodółki, dróżka do bramy, plac przed i za bramą, na tyle aby nie zasypało i można było bramę otworzyć dla samochodu, placyk przed garażem, dróżka do ziemianki. Potem dopiero ostatnie czyszczenie głównej drogi z garażu do bramy. Jest tego trochę, ponad 50 metrów do bramy, i jeszcze z 10 do drogi za bramą.
Poza tym spędzam czas na wysłuchiwaniu gadających głów w tematach politycznych, słuchaniu patriotyczno-starodawnej muzyki (wiem-wiem, mam dystans umysłu, ale serce lubi śpiewy chóralne) i na  lekturze. Wchłaniam wielotomowe epopeje, dzienniki, pamiętniki, dzieje historyczne. No, cóż, długie zimowe wieczory skłaniają do rozmyślań.

12 grudnia 2025

Francuska przygoda

Opóźniłam się z poniższą relacją z jakichś takich zwyczajnych codziennych szarych przyczyn jesiennych. Ale ponieważ historia była u nas niezwyczajna, jestem w obowiązku zamieścić ją jednak na blogu.

Otóż około 23 listopada (a więc jakieś 3 tygodnie temu) spadł pierwszy śnieg tego roku i aura mocno się popsuła. Lekko po południu (ale niedaleko do wczesnego zmierzchu) tego dnia przed naszą bramą zatrzymały się ni stąd ni zowąd - trzy konie, mały pies i dwoje ludzi. Anna, ujrzawszy ich z okna wyszła przed dom zobaczyć co i jak. Długo nie wracała. W końcu poszłam za nią wiedziona ciekawością. Targała właśnie trzy kostki siana na taczce. Goście poprosili o trochę siana dla koni.
Okazało się, że pojawili się wędrowcy rodem aż z Francji, poprosili o możliwość rozbicia się namiotem w zagrodzeniu i ugotowania sobie czegoś w domu. No problem. Byli to sympatyczni młodzi ludzie, rozmawiający trochę po rosyjsku i angielsku, ja zaś dołączyłam do tego z moją lichutką w mowie francuszczyzną.
Samuel i Marie, z regionu Anjou, po naszemu zwanego Andegawenią, od 8 miesięcy wędrujący z końmi kupionymi bodaj w Kazachstanie, przez Kirgistan (albo odwrotnie), Rosję, Litwę, Łotwę, Podlasie gdzieś hen za Rzeszów, gdzie mieli w planie dotrzeć „gruzowikiem” i zimować do kwietnia, po czym ruszyć przez Słowację na południe, do siebie.

Wywiedziałam się, że dziennie robili en pied od 16 do 25 kilometrów, zależnie od pogody, choć teraz śnieg nieco ich opóźnił w marszu, koń się pośliznął i muszą uważać na jakość drogi. Ogrzali się przez kilka godzin przy piecu, wysuszyli, ugotowali sobie makaron, poczęstowałam ich zupą burakową czyli la soupe vegetarienne, notre fromage et cacao de ceremonie avec lait de chevre et sucre brun. Smakowało. Dostali wodę dla koni, które dużo jednak nie piły, bo śnieg im wystarczył.

Rozmowa czasem zamierała, bo brakowało nam słówek, mimo że wyciągnęłam ku pomocy moje dwa diksjonery, no i był automatyczny tłumacz w smartfonie w razie czego, ale w sumie było miło.

Następnego dnia Francuzi wpadli o poranku na kawę i herbatę. Opowiadali o wilkach, żubrach i łosiach widzianych przez nich wcześniej, ale u nas nic im się nie przytrafiło. Przy czym największy zachwyt budziły w nich łosie, których nazwę wymawiali jak angielskie wash. A żubry nazywali bizonami. Porozmawiałam trochę po ichniemu, z wtrąceniami rosyjskimi, które nieco rozumieli, nader niezdarnie, co rusz zapominając francuskich czasowników. Mój główny problem był jednak z pojmowaniem mówionej francuszczyzny, bo tego nie trenowałam w ogóle od czasów licealnych, nie było potrzeby. Rozumiem pisany język, potrafię też sformułować jakoś zdania i co nieco opowiedzieć od siebie, ale raczej z brakiem wzajemnej komunikacji. Byli jednak przyjemnie zaskoczeni, że mogą usłyszeć swój język tak daleko od kraju, odpowiadając mi po rosyjsku albo angielsku (tą mową włada Anna).
W każdym razie nieco się wystraszyli słysząc o temperaturach zimowych możliwych na wschodzie Polski oraz dużych ilościach śniegu (tam gdzie zmierzali trwała właśnie zwyczajna kilkudniowa awaria prądu na dużym obszarze z powodu śnieżycy). Pogoda ich zdziwiła. W swojej Andegawenii zimą miewają najwyżej 3-5 stopni na minusie i niewiele śniegu. Rosję i wschodnie kraje przebyli porą ciepłą, w dużej części „gruzowikiem”, a zeszło im tak długo, bo biurokracja tam uniemożliwia szybsze poruszanie się. Zaśmiałam się: Le dernier Français à avoir voyagé ici en hiver fut Napoléon!

Rozstaliśmy się serdecznie i Bon voyage! Vous prenez ce fromage! Oni ruszyli całym swoim stadem na sąsiednią gminę en pied, a my do miasta. Śnieg zaległ w lasach i na leśnych duktach, ale drogi już były w miarę odgarnięte. Tym niemniej mocno im współczułyśmy jeszcze dość długo, mając nadzieję, że przetrwali dzielnie zimno, wilgoć i błoto kolejnych dni.

21 sierpnia 2025

Kryniczny chłód

Trochę ciepła przeplatanego chłodnymi nocami, które robią się coraz zimniejsze. Rano o poranku trzeba już wkładać katankę do dojenia, bo dreszcz przechodzi przez ciało. A okno w sypialni zamykać wieczorem, bo obudzić się można z chrypką i pokasływaniem mimo ciepłej kołdry. Kiedy się mieszka przy lesie powietrze nad ranem jest wilgotne i mgliste, o tym trzeba pamiętać (albo się przekonać na swojej skórze).

Taka temperatura sprzyja jednakże robieniu serów, raczej wtedy nie puchną i dojrzewają spokojnie na powietrzu, zamiast się pocić i lepić w upale. Wykorzystuję ją zatem jak i porę sezonu, gdy mleka jest dostatek, aby zrobić zapas żółtych na jesień, a z czasem na zimę. Pizza się szykuje.

Anna zaś w rozjazdach, również jak najbardziej sezonowych. Bo imprez w regionie sporo, jarmarki, święta, koncerty i warsztaty urządzane w domach kultury tu i tam. Właśnie odbyła dwudniowe warsztaty balwierskie w Korycinach, gdzie instruktorka z Łodzi uczyła barwić tkaniny naturalnymi barwnikami, w tym wypadku indygiem wytwarzanym w Indiach. 

Odbyłyśmy także wieczorny doroczny wyjazd pielgrzymkowy na święto Spasa na górze Grabarce. Pomodliłam się, zapaliłam świece wotywne w intencji zdrowia naszego i rodziny, obmyłam się w strudze, zostawiłam chorobę do spalenia w specjalnym piecu przez siostrzyczki, napiłam świętej wody i nabrałam trochę zapasu do butelki (który wypiłam w całości już w nocy). Zimna, kryniczna woda ze studni jest najsmaczniejsza. 

Poza tym ogród karmi nas już co dzień, dając: cukinie, patisony, buraki, czosnek, ogórki, pomidory, fasolkę oraz wszelkie zielone smakowe zioła przyprawowe do herbatek, zup, sosów, sałatek albo kanapek. Mnie zaś wziął i chwycił apetyt na kakao! Piję je wieczorami - niealkalizowane, gotowane na świeżo udojonym mleku kozim, z cynamonem, kardamonem i posłodzone łyżeczką miodu z pasieki sąsiada (sto procent miodu w miodzie). Ot, taki mam odlot w kierunku słodkiego ciepła.

19 lipca 2025

Żniwa porzeczkowe i dieta nie tylko lipcowa

Pogoda lipcowa zmienna, słabo przewidywalna. Nagłaśniane przez media upały (które trapią całą resztę Europy, łącznie z Anglią i Skandynawią) zamieniają się w najwyżej dwa dni ciepłe i słoneczne, po których zawsze przychodzi więcej niż tydzień dni chmurnych, ze słabym słońcem, z deszczami i burzowymi pomrukiwaniami. Kozy lubią tę pogodę, a że oba pastwiska już szczegółowo wygryzły, prędko zmykają każdą dostępną dziurą w świat zewnętrzny („do wilka”) i kończy się na bieganinie Anny po krzakach i lesie z wielkim krzykiem i gniewem. Tym niemniej przy okazji znosi do domu znalezione przy gonitwie kurki, które idą na marynatę w domowym occie jabłkowym.

Porzeczkowe żniwo dotychczasowe: 18 dżemów z czarnej i czerwonej, 10 buteleczek soku z nich, plus 3 i pół litra soku z sokownika oraz zapas mrożonych surowych owoców na kompoty, które pijemy przez cały dzień. Pozostaje jeszcze kilka krzaczków nieobranych, a zroszonych deszczem, więc czekają na słońce, te pójdą do gąsiora. Oraz 3 krzaki białych porzeczek, które dojrzewają najpóźniej. Z nich robię dżem, który przypomina w smaku i konsystencji żurawinę i można go używać jako dodatek do mięs na słodko. Mój ulubiony. 

Mam ostatnio istny odjazd na twaróg i kozie mleko. W ogóle z powodu szwankującego woreczka i innych starczych dolegliwości zmieniłam dietę na wysokobiałkową, niskotłuszczową i niesmażoną, łatwostrawną, niskosłodzoną, bezglutenową jak zawsze, bezjajeczną w praktyce i bezalkoholową. Odpadły z niej warzywa wzdymające: fasola, groszek, cebula, czosnek, brokuł, kalafior, kapustne, jedzona na surowo zielenina oraz potrawy smażone. Uprawiam także od kilku miesięcy post przerywany typu: 8-godzinne okienko żywieniowe (od 9.00 do 17.00) i 16 godzin niejedzenia. Piję w ciągu dnia 1,5 litra wody z dodatkiem kompotu, do tego jedna kawa o poranku, a po południu kakao. Na śniadanie i obiad zupa, mleczna z kaszką jaglaną albo kukurydzianą bądź ryżem, i na obiad jakaś zupa warzywna z wkładką mięsną, czasem ryba pieczona z warzywami i jogurtowym dodatkiem. Na kolację twaróg z odrobiną miodu lub chrzanu, pieczona wątróbka, befsztyk z frytkownicy albo kanapki. Z surowizny: arbuz, banan, jabłko, marchew tarta, zielona posypka do potraw z ziół ogródkowych, ogórek. I kiszonki: małosolne ogórki albo buraki. Z tłuszczy używam głównie masła i olejów z zimnego tłoczenia, lnianego, z ostropestu, z czarnuszki (odrobinę na smaczek) albo rydzowego, wszystkich na surowo do polewania zupy albo warzyw i sałatek. Wyzbyłam się sporą ilość kamieni, które jeszcze czasem doskwierają uciskiem pod żebrem, w dołku lub lekką kolką w boku, ale coraz to mniej. Od czasu, gdy się ważyłam ostatni raz przedtem (może 2 lata temu) schudłam prawie 10 kilogramów i poszło to teraz nadzwyczaj łatwo. I może trochę za szybko. Więc choć zostaje jeszcze kilka do zrzucenia nadwyżki dokarmiam się swobodnie w odpowiedniej porze, aby zachować równowagę i pełnię.

Spacerem delektuję się powolnym co dzień, w towarzystwie obu psów,  z lasem z jednej, a polami kwitnącej obecnie gryki, huczącej od pszczół i innych owadów zapylających - z drugiej strony.

6 lipca 2025

Podsumowanie czerwcowych dokonań

Krótko o dokonaniach. Dokonały się sianokosy, na naszej łące przy ścianie. Skosił jeden, skostkował drugi, zwiozła Anna na przyczepie, ktoś dopomógł wrzucić część urobku na strych obory. Ponad 320 ciuków, starczy, bo zostało sporo jeszcze z zeszłego roku.

Teraz zaczynają się zbiory porzeczek. Najpierw czarne. Warzę właśnie dżemidło i nieco soku do buteleczek. Jutro następna partia. Czerwone i białe mogą jeszcze wytrzymać do następnego weekendu. 

Świdośliwa zerwana, częściowo zjedzona, częściowo zamrożona, służy do gotowania kompotu letniego z domieszką porzeczek, dobrze słodzi ich kwaskowość. Kompot uzupełniamy wodą i tak pijemy przez cały dzionek. Zamiast szkodliwych letnich napojów sklepowych.

Wiatry wysuszają pastwisko. Upały je wypalają. Kozy pasą się dość krótko o poranku ze względu na upał i muchole, których nie znoszą i z zadowoleniem wracają do boksów. Potem jeszcze wycieczkują na chwilę do lasu za chatą, gdzie w cieniu żywią się liśćmi krzewów i drzewnych odrostów, a Anna w tym czasie podlewa ogródek i rośliny w cieplicy.

Ponadto jastrząb upolował ostatnią kurę nioskę i pod naszą nieobecność zjadł z niej wszystko, co dla niego najlepsze, ozdabiając miejsce stosem pierza. "To bóg Mars wziął swoją ofiarę i oby nią się zadowolił!" - orzekłam na ten widok. Trudno, i tak właziła nieposłusznie do ogródka rozgrzebując podlane grządki, i za nieposłuszne oddalenie się za ogrodzenie została ukarana przez los (las).

Po zgryzionym pastwisku przechadzają się codziennie ze spokojem dwa wioskowe bociany, wojtusie. To już dobra wróżba. Wyszukują świerszcze, myszy i różne owady, bo ropucha i ogromny zaskroniec żyją sobie bezpiecznie w cieniu naszej chaty i w zaciszu ogródka przydomowego, gdzie w zbiornikach gromadzi się zawsze deszczówka.

Od tygodnia mamy też kolektor na słońce do podgrzewania wody. Testujemy skuteczność i jak na razie sprawdza się. Choć nie wiadomo jak by się rzeczy miały w ciągu wielodniowych skwarów. Na razie duże wahania pogody od upału do zimnych nocy utrzymują temperaturę wody w znośnym zakresie stopni.

Zaopatrzyłyśmy się także w tegoroczny miód leśny, prawdziwie wiarygodny, u naszego sąsiada, który od jakiegoś czasu bawi się z powodzeniem w przydomową pasiekę, ma chłop rękę do pszczół, nie to co my. I błogosław mu, Panie!

Ceramika się kręci. Głownie podczas warsztatów i imprez letnich dla dzieci (wycieczka dzieci na rowerach do naszej altany, aby zrobić mydełka, zjeść świeżo przyrządzoną pizzę i przejechać się po wsi). 

22 czerwca 2025

Początek lata

I minął pierwszy dzień lata. Spokojnie, jak dawno już nie, bo przeważnie w tym dniu zaczynały szaleć zjawiska atmosferyczne w rodzaju gwałtownego wiatru i burzy z piorunami i obfitymi opadami. Pewnie to się obudzi na dniach, gdy Słońce będzie mijało Gromowładnego Jowisza, w znakach wodnych noszącego przydomek Pana Deszczów.

Bociany już hodują swą młodzież, jaskółki - dopiero niedawno - założyły sobie gniazdko pod okapem budynku gospodarczego, blisko obserwuję i słyszę wilgi, derkacze, dudka, słowika, stukanie dzięcioła. Rozkoszą jest siedzieć popołudniami na tarasie popijając wodę albo herbatkę z chabrów nazbieranych podczas porannego spaceru.

Ogródek wciąż w powijakach. Ogórki i buraki nie wykiełkowały, pomidory są niskie i dopiero niektóre zakwitły. Zjadamy szczypior, bazylię, nać pietruszki, rukolę i dziki brokuł.

Kozy zgryzły oba pastwiska, których ukrócone trawy marzą teraz o niebiańskim podlaniu. Szykuje się do spożycia owoc świdośliwy. Zjadam go z jogurtem domowym.


A w ogródku przekwita peonia. A może piwonia? Kto to wie...


Oraz cudownie wyrosła poprzez siatkę klatki dla kurcząt - trująca, ale jakże piękna naparstnica. (Kozy, także małe, nawet jej nie chcą powąchać, i dobrze).

22 maja 2025

Tęczowe słupy

No, i maj dalej kapryśny. W Polsce zimne maje to nie nowina, tym bardziej na wschodniej flance. Czytam w Dziennikach Marii Dąbrowskiej, że w latach wojny, ale i w późniejszych takie właśnie bywały, że w maju chodziło się jeszcze w futrach, w Warszawie padały śniegi, w sadach wymarzały kwiaty, żywność od tego mocno drożała. Więc nie nowina. Ukuto też formułkę "zimny maj", która legła w tytule sławnego przeboju Kory i Maanamu. Tym niemniej lud zrobił się podejrzliwy, i teraz zimno i długo utrzymujący się niż tylko w rejonie naszego kraju na mapie Europy podsunął podejrzenie o broni pogodowej skierowanej na polskie rolnictwo. Ponadto na niebie pokazują się słupy tęczowe, które ktoś ochrzcił "tęczą Trzaskowskiego", bo wzmogły się w okolicach wyborów i ludziska przesyłają sobie zdjęcia tych cudów niebieskich nad różnymi wsiami i miastami z okrzykami "Jakie cudne!" albo opatrzone złośliwymi i wszystkowiedzącymi kpinami. Ja powiem w tej sprawie tylko jedno: "A diabli wiedzą jak to jest!" Żyć trzeba.

Nieco więcej popaduje, zdarzają się nawet ulewy, temperatura nocna podskoczyła, zatem ruszyła trawa i kozy mają co jeść podczas popasu. W suchym rejonie mojej wioseczki i tak jest jeszcze mikra i rzadka, ale to akurat przypadłość miejsca i jakości gleby. W każdym razie sianokosy na pewno będą późne w tym roku, tak czy siak.

Na spokojnie zajmujemy się ogródkiem. W tym roku długi tunel jest odkryty, uznałyśmy że szkoda naszej pracy i podlewania, bo zapasy z mniejszego areału nam dwóm wystarczają (nie wiadomo, jak wypadną z gruntu w tym roku, zawsze jest ta niepewność). Pory, pakczoj, pomidory i fasolowe zostały wysadzone w cieplicy i na grządkach przy domu. Kwiaty jabłoni zmarzły, jeśli jakiś się zawiązał i uchował to będzie cud. Podobnie śliwy, choć tu jakby nieco lepiej, bo drzewa są niewysokie i rosną w miejscach chronionych przez budynki, zobaczymy w praniu. 

Poza tym codziennie spacerujemy po drodze leśno-polnej, z psami towarzyszkami, nie zważając na kaprysy aury. Oto jedna z nich, Pasia, na zdjęciu sprzed trzech lat, (ale nic się nie zmieniła).

2 maja 2025

Kwiaty i mróz

Wiosna, wiosna. Okazuje się zmienna, nawet ekstremalnie. Pogoda waha się od letnich, 30-stopniowych upałów do kilkustopniowych przymrozków nocnych. Te zwarzyły już rozkwitłe jak nigdy i wbrew swemu rytmowi dwuletniemu wszystkie żyjące jabłonie w naszym sadzie w chwili największego rozkwitu (to też do tej pory, ile już tu mieszkamy, nie zdarzyło się, zazwyczaj rozkwitały szczęśliwie po przymrozkach). Śliwy, zdziczałe grusze i świdośliwy zdążyły się szczęśliwie zawiązać, podobnie porzeczki. Forsycja i czeremcha już przekwitły. Teraz zakwita bez. 

Podczas porannego spaceru odkryłam na progu lasu łan kwitnących dzikich konwalii, do tego żółci się w trawie mniszek. Sama trawa niewielka, jak to na naszej pustyni piaszczystej, słabo nawadniana przez rzadkie deszcze i poranne mgły, pada teraz wczesną ofiarą wygłodniałych kóz, które penetrują obszary zazielenione po kilka godzin dziennie. Jak tak dalej będzie, nie wykarmimy ich i trzeba będzie pomyśleć, co dalej z tym zrobić. Pastwisko prawie nie ruszyło.

Anna z opóźnieniem zabrała się za siewy i nasadzenia w ogródku. Roślinki są słabowite i przyrastają niewiele, czasem trzeba pudła z sadzonkami wnosić na noc do mieszkania, aby nie zmarzły. Używamy na razie rukoli, mięty, pietruszki, tymianku, oraz udało się wrzucić "na ząb" kilka pierwszych szparagów, posadzonych dwa lata temu, które przyjęły się i dały smakowite korzonki. Tyle naszego.

Także z pewnym opóźnieniem zaczęła dopiero co nieść się indyczka.

Spaceruję porankami i czytam wieczorami. To moje przyjemności. Przestałam się martwić o świat.

6 kwietnia 2025

Nawrót zimna

Po pięknej pogodzie i temperaturze 19 stopni w słoneczne dni, nagle Merkury zaczął na niebie zwalniać w swoim wstecznym ruchu i już prawie przystanął, co zrobi jutro i jeszcze kilka dni zabierze mu rozpędzanie się do przodu. Cofa się, więc wraca do tego co minęło, czyli zimy. Po raz ostatni na jakiś czas. Jest to planeta rządząca wiatrami, a zatem i chmurami, zmienną aurą. Bez niej nie ma żadnej zmiany pogody. No, więc dzisiaj oto co zobaczyłam za oknem pokoju od południa. 


Na szczęście nic jeszcze zbytnio na grządkach nie siane. Tyle co maliny przycięłyśmy i zeszłoroczne zeschłe chaszcze ogródkowe wywiozłyśmy na kompost. Tym niemniej porzeczki już puściły ładne liście, a forsycja zdążyła akurat pięknie zakwitnąć. Oto efekt zimowego powiewu w kwietniu.

28 marca 2025

Ślady wiosenne

I przyszła wiosna, jakaś taka chłodna, słabo wyczuwalna, ale to tak zawsze na Podlasiu. W istocie zaczyna się u nas w kwietniu, gdy pojawiają się pierwsze pączki na drzewach i zawilce w lesie. Spadło trochę deszczu nocami dwiema, więc dzięki temu, że dnie są mało słoneczne, świat jest nawilżony i odświeżony. Są już wszystkie ptaki, żurawie, bociany wioskowe. Codziennie spaceruję w okolicy i obserwuję zmiany, gadam z ptaszkami, gwiżdżąc im do wtóru, mam wrażenie, że niektóre mi odpowiadają. Tak jak ja im.

Poza tym różne cudeńka koło naszej chaty chodzą sobie nocami i porami bezludnymi. Obserwuję różne ślady zostawiane na szutrowej drodze. Wcześniej stadka jeleni, teraz zaś tropy delikatnych stópek mamy sarny i maleńkich raciczek dwojga biegających wokół niej sarniątek. Widać, jak wyszły z sosnowego, gęstego młodniaka po prawej przechodząc do starego lasu po lewej stronie drogi, a w dalszym miejscu wyśledziłam ich powrót do młodniaka.

Któregoś ranka Anna zawołała mnie na dwór. "Chodź, coś zobaczysz. Co to może być?"

Na piasku koło domu snuły się okręgami cienkie linie, gdzieniegdzie pojedynczy trójpalczasty ślad jakby stopy, ale okręgi były duże, spiralne, krążące w jakimś tańcu.

- Hm, na węża to nie wygląda...

Myśl o dziwnych stworach technologicznych była przerażająco-zadziwiająco-zabawna, więc ją odrzuciłam racjonalnie i wyśledziłam kierunek ruchu owego niezidentyfikowanego stwora. Zmierzał na wzgórze ziemianki i tam się urywał. Wkrótce też, odkryłam takie ślady również w obrębie podwórza.

- Oj, już wiem! To nasz Igor w tańcu wokół Ilonki takie ślady zostawia, gdy rozcapierza szeroko skrzydła i ciągnie cienkie ślady lotnymi piórami po piasku!

Poza tym kozy się wreszcie zdecydowały i wiosnę dają poczuć w zabawnych podskokach łatek i szarutek.

15 lutego 2025

Zimowanie

Minął styczeń, mija luty. Niespodziewanie nadeszły mrozy, większe niż około-zerowe przymrozki, nocą dochodzące nawet dwunastu stopni. Sucho przy tym, śniegu jak na lekarstwo. Ptaki domowe snują się zmarznięte po obejściu, dwie kury już zostały pożarte przez las, więc nie spodziewamy się niczego innego, niż zaofiarowała nam wiosna zeszłoroczna, gdy trzeba było wybić prawie całe stado drobiu w wyścigu z drapieżnikami.

Nabrałam nowego pro-zdrowotnego zwyczaju, wychodzenia o poranku na krótki spacer (w sumie jakiś kilometr) traktem koło chaty. Z psami, które to uwielbiają. Obserwacja przyrody codzienna otwiera zmysły lepiej,  niż jakiekolwiek inne rozważania. Namierzyłam dzięcioła-sąsiada, raz słyszałam już nawet głos pojedynczego żurawia zza lasu, było to przed mrozami, więc mam nadzieję, że zawrócił do swoich. Poza tym głównie aktywne są gawrony i para kruków mieszkająca opodal przez okrągły rok, która właśnie rano, gdy sobie chodzę, kończy swoje obloty po terenie i zwołuje się krakliwie do gniazda. W nocy pohukują sowy, odzywa się też ptak, którego nazywam "śmiszkiem", bo jego głos przypomina rechotliwy śmiech, albo też "gwizdacz", z którym już umiem pogadać, naśladując jego gwizdy całkiem zgrabnie. Widuję również w dzień na tarasie jak zawsze małe ptactwo w typie sikorek, w te mrozy podrzucam im trochę karmy. 

Mimo tej spacerowej nowej tradycji dopadła mnie zaraza przedwiosenna, zwleczona przez Annę z warsztatów z dziećmi, jak zawsze to bywa. Najpierw ona, teraz ja. Na szczęście nic poważnego, raptem katar, zrazu nieco gardło, i potem pokasływanie, gorączka malutka albo wcale. Uruchomiłam materac elektryczny i pokonałam atak dreszczy jednego popołudnia. Biorąc tylko witaminy i krople do nosa. Przez ten czas jedna z kóz poroniła, (zdarzało się i to w naszej hodowli, choć na kilku palcach można zliczyć przypadki), nie jest najmłodsza, poza tym ma agresywną bodącą siostrę dominatorkę. Zatem zaczyna się dojenie, na razie tyle co do kawy, ale w sumie w samą porę. Bo już trzeba było raz dokupić mleko sklepowe do śniadaniowej jaglanki i do kawy właśnie.

Zimowe wieczory zaś i noce częściowo w czas przebudzeń spędzam na lekturze. Och, co radość mieć takie przestrzenie do penetracji wyobraźnią. Głównie czytam fantastykę, począwszy od najstarszych dzieł, ale i nieco filozofów i ksiąg świętych różnych kultur, oraz ufologów. Moje dzieło życia wreszcie żmudnie złożone, pofrunęło do drukarni i czeka na egzemplarz próbny.

18 stycznia 2025

Się kręci


Zofka przywitała z nami nowy rok. Kilka dni temu drugi raz. Miejscowi bowiem obchodzą również małankę według "ruskiego kalendarza", która wypada 13 stycznia. W praktyce odbywa się klasycznie, trochę petard i fajerwerków puszczanych w niebo z poszczególnych wsi. Chłopaki zazwyczaj robią to kulturalnie, koło dwudziestej pierwszej, bo później już pewnie nie trzymają się prosto na nogach, albo w ogóle leżą. 
Pogoda tego stycznia leniwa jest, udaje tylko zimę. Choć znajomi znad morza piszą o ogromnych śnieżycach i przeszkodach drogowych, u nas jest grzecznie. Kilka dni popadało nieco, nie na tyle jednak, aby trudzić się specjalnym odśnieżaniem, teraz zeszło całkiem i stopniało. Nad polami unosi się biała mgła. Czasem widać na skraju lasu idącą majestatycznie klępę albo rogatego jelenia, także zostawiają swoje ciężkie ślady na szutrowej drodze obok, z czego wnoszę, że podchodzą dużo bliżej naszej chaty, niż nam się zdaje. To dlatego prawie co noc pies warczy pod drzwiami i szczeka zawzięcie w ciemność, budząc mnie ze snu.
Młoda kura zaczęła się nieść, stąd zwiększyła się ilość jajek do dwóch co dwa dni. Pulcheria zakończyła swoją zimową sesję nieśną, ale jestem usatysfakcjonowana, bo mam duży zapas w lodówce na swoje potrzeby. 
Pierwszy raz w życiu przyrządziłam kartacze i nawet mi wyszły, acz nie z mięsa klasycznie wieprzowego. 

Poza tym rozleniwiłam się. Kończymy skład książki, o której napiszę, gdy wyjdzie z drukarni, zatem głównie teraz czytam. Wróciłam do dawnego zainteresowania ufologią, ze względu na temat, który odżył na amerykańskim Wschodnim Wybrzeżu przy okazji dziwnych dronów (teraz przyćmiony przez pożar w LA). Przypominam sobie dawne filmy i książki na ten temat, wywiady z badaczami itp. Anna zaś kręci na kole talerze, ozdabia je i wypala w słoneczne dnie. I tak życie leci.

1 lipca 2024

Sienna półrocznica


Czas roku, liczony od daty urodzin, którą mamy właściwie tę samą co do dnia i miesiąca, osiągnął szczyt i swoją pół-rocznicę dokładnie w chwili, gdy siano z łąki zostało zwiezione szczęśliwie pod dach paszarni i koziarni.

Zaczęło się mocno nieszczególnie. Gdy Anna obstalowała ze znajomym rolnikiem datę kośby, ja nagle przypomniałam sobie:
- Coś ty zrobiła, babo! Co wy robicie, puste głowy! Za kilka dni będzie przesilenie letnie i zaraz po nim pełnia Księżyca! Na pewno będzie burza, wiatr i srogi deszcz! I to nie jeden! Zawsze tak jest co roku, nie pamiętasz?
- Już za późno - odrzekła główna rolniczka - zaklepane. Trudno. Módl się o pogodę.

Jako rzekłam tak i się stało. Lunął jednej i drugiej nocy zaraz po kośbie ogromny deszcz, lał przez obie noce od wieczora do rana. Piękna sprawa dla spragnionego wody wygryzionego "do kości" pastwiska czy grządek złaknionych większych zasobów wilgoci, ale dla skoszonej trawy przynajmniej duża przeszkoda.

No cóż, i takie przypadki mamy już za sobą w latach ubiegłych, więc trzeba było uruchomić w sobie cierpliwość. Anna dzień w dzień wzdychała i jęczała, co to będzie, co to będzie! i już nawet planowała co zrobi, gdy siana nie da się zebrać, bo albo zgnije w polu, albo zostanie może nawet i skostkowane, ale nie zdążymy go schować. Chyba przez tydzień chmury przewalały się po niebie, przynosząc mniejszą i większą rosę. W końcu jednak wyjrzało słońce. I od razu zrobiło co trzeba. 

Anna pojechała władkiem ze zgrabiarką na łąkę, pod sławną ścianę graniczną, przegrabiła siano, które w słońcu i na lekkim suchym wietrze wyschło i na drugi dzień było już gotowe do wzięcia. Drugiego dnia jednak władek odmówił pomocy, ledwie zajechawszy na pole. Przerwał się pasek, silnik się zagrzał, ale na szczęście nic większego się z tego nie zrobiło. Tym  niemniej nie dało się zwałować siana o własnych siłach. Anna wezwała telefonicznie innego znajomego rolnika, który chętnie pomógł swoim sprzętem i zrobił wały na łące. Zajrzał także pod maskę władkowi, ale w tych polowych warunkach wolał nie rozbierać wnętrzności silnikowych. Władek przekimał się na łące przez noc i następnego dnia Anna dojechała nim powolutku do owego rolnika i zostawiła mu pojazd na podwórku, aż znajdzie wolną chwilę, aby go zreperować.
Po południu przyjechał drugi znajomy rolnik i zrobił z wałów siana ciuki. Anna zostawiwszy traktor na polu wróciła do domu okazją i wyruszyła samochodem z przyczepką po pierwszy transport. W sumie do wieczora obróciła trzy razy. Pomagałam jej ułożyć ciuki w przygotowanym pomieszczeniu, po czym padłam. Także dlatego, że upał i duchota zaczęły się wzmagać niemożebnie. Muszę przyznać, że w zeszłym roku miałam więcej siły, no cóż, taki bieg rzeczy... młodsza się nie robię.

Następnego dnia Anna zrobiła 5 kolejnych obróceń, poradziłyśmy sobie z układaniem kostek pod dachem, ja dowoziłam je taczką i układałam dolne partie, a ona dźwigała je wyżej, pod sufit, gdzie ledwie sięgałam. Upał był straszliwy, a ona w mig opaliła się jak na grillu. Jedynie lniana koszulka, od lat trzymana w szafie tylko na okazję sianokosów, przynosiła jej ulgę w tym ukropie. Dolewałam jej za każdym obrotem świeżej wody do butelki, aby nie odwodniła się w tej pracy i wypijała calutką, czasem tylko mocząc nią sobie chustkę na kark, żeby się ochłodzić. Ja zaś po załadowaniu każdej zwózki w paszarni polewałam się cała zimnym prysznicem, wcale nie czując zimna w tym rozpaleniu. Kto by miał czas grzać wodę w bojlerze w taką pilną porę!

Trzeciego dnia jeszcze 3 razy i koniec. Podliczyłam osiągi i zdziwiona dowiedziałam się, że mamy oto prawie 500 kostek siana na zimę. Wspaniała sprawa. Trawa dobrze wyschnięta, pachnąca, mimo ogromnych ilości wody, które ją polewały na początku.

Upał został z nami, mimo że pojawiły się znów deszcze. Teraz zbieramy porzeczki, które podczas tych naszych innych zaangażowań zaczęły już nieco opadać. Tu muszę dodać, że pierwszymi owocami w tym roku były świdośliweczki, których krzaczek posadzony raptem 3 lata temu, dał w tym roku prawie 5 kilogramów! Wszystkie zjadłyśmy na surowo jako dodatek do jogurtu albo do naleśników.

Teraz czas na nalewki, dżemy i domowe wino. Już się naciąga lecznicza nalewka na kwiatach dziurawca, ponoć pomocna w razie bezsenności i atakach lęku, oprócz innych trawiennych właściwości. Wypróbuję ją w zimie, gdy nadmiar nocy nieco mnie stresuje. Oraz odrobinę nalewki na świeżych posiekanych drobno kurkach, którą zwyczajowo co roku robię i popijam w ramach naturalnego odrobaczania. W kolejce stoi porzeczkówka, teraz z czarnej, następna z czerwonej i białej będzie. Tym sposobem gromadzenie zapasów zimowych ruszyło.

19 czerwca 2024

Nowe zęby


Deszcz od jakiegoś czasu namacza naszą suchą ziemię i uprawy, niewiele, ale cierpliwie i na tyle nierzadko, że trawa na pastwisku utrzymała się wbrew swej narastającej żółtości i kozy nie uciekają jeszcze z ogrodzenia na dziką żertwę. Zresztą pod koniec dnia wypuszczamy je pod kontrolą na drogę przy sadzie, gdzie z zapałem pożywiają się jeszcze na koniec zieleniną. Którą rano zdajamy w postaci białego świeżutkiego mleka. Lubię słuchać miarowego chrupania rwanej pracowicie trawy. Jakie to uspokajające!

Zaczęły się zbiory owoców świdośliwy. Zjadamy na bieżąco z jogurtem na śniadanie. Porzeczka w kolejce czeka.

Czas biegnie swoim tempem do lata, więc trzeba spodziewać się wzmożonych burz i ulew w okolicach przesilenia. To niezła perspektywa w naszych warunkach, ale dopiero po sianokosach. Tymczasem one dopiero się wczoraj zaczęły kośbą. No, cóż. Różnie z nimi bywało, więc staramy się nie denerwować niepotrzebnie. Jakoś to będzie. Traktor gotowy do boju. Miejsca pod dachem przygotowane, podwórko uporządkowane, aby można było zakręcać spokojnie. Wczoraj też pracowicie wymieniłyśmy pourywane zęby w zgrabiarce na nowe.

Póki co życie płynie wraz z ptakami śpiewającymi i pohukującymi wokół, zwierzętami, sprawami codziennymi, które załatwiają się jakby same.
- Będzie dziś deszcz czy nie?
- Muchy i jaskółki mówią, że będzie.
- Ale patrz, wiatr rozgania jednak chmury.
- Jeszcze dzień się nie skończył.
- O, patrz, sąsiadowi udało się tak pięknie zebrać siano z łąki w czas pogody!
- I nam się jakoś uda. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było...

22 maja 2024

Doświadczanie kuchenne i różne inne

 

Przez dwa ostatnie dni pojawiły się pierwsze majowe, nader skąpe deszcze przy okazji burzowych lekkich manifestacji. Upał z dnia na dzień wzrasta, słońce stoi w dzień wysoko. Nad chatą kwitną akacje i od rana huczą radośnie pszczoły z pasieki sąsiada. Znak Bliźniąt zesłał też od razu owady w większej i aktywniejszej gromadzie (nie tylko meszki i komary, jak dotąd), motyle różnych barw, uaktywniły się pszczoły.

Jaskółki szaleją nad obejściem wyłapując pracowicie swój pokarm, acz wyprowadziły się z jakiegoś względu od nas i przeniosły do sąsiedztwa. Ale terytorium łowieckie jak widać zachowały.
Codziennie ratuję życie topiącemu się w ptasim poidle szerszeniowi. Suszy skrzydełka z boku, po czym odlatuje, gniazdując samotnie gdzieś pod dachem budynku gospodarczego. Samotniki nie są groźne i kąsają tylko przyciśnięte do muru. Zaczynają się też, niestety, muchy, acz najgorsze jak co roku dopiero przed nami.
Anna ogląda łąkę planując sianokosy. Nowy akumulator do władka zakupiony. Stary padł w zimę. Tymczasem udało się ściąć przy pomocy złapanego okazyjnie Andriuszy uschłą jabłoń w sadzie. Drewna mamy na 2 lata do przodu i w tym roku po prostu tylko porządkujemy to co jest i samo przybywa.
Słońce dzienne pozwala korzystać z darmowego prądu, więc eksperymentuję w kuchni, potrawy przyrządzając głównie na kuchence elektrycznej. W ten sposób palę pod płytą tylko wtedy, gdy ktoś chce się wykąpać, czyli co kilka dni. Dzięki temu w mieszkaniu panuje przyjemny chłodek w ten ciepły czas.

Jakie eksperymenty? Ano rozpracowuję przetwory mięsne w słoikach. Tak naprawdę nigdy tego dotąd nie robiłam, więc muszę wypróbować różne przepisy, aby dojść do swojego smaku. Zresztą ogół przepisów dotyczy przede wszystkim wieprzowiny, czasem kurczaków czy indyczyzny, a nasz asortyment nieco jest inny. Każdy rodzaj mięs zaś wymaga swoich przypraw i nieco innego potraktowania ogólnego.
Jak na razie wypadło zgrabnie, acz były mankamenty, które teraz będę poprawiać. Nim zabiorę się za większe ilości i tyndalizację.

Stado kaczek i częściowo indyków zostało wybite, udało się wygrać wyścig z lisem po stracie trzech kur i kaczora. Zaatakowany został także naczelny indor i już na nim kreskę położyłyśmy, bo tylko garść piór po nim została na drodze przed bramą i rozkrzyczana ze strachu gromadka reszty indyków. Psy pognały w las za tropem złodzieja, a mnie zastanowiło, że brak krwawych śladów czy ciała ofiary w pobliżu. Z doświadczenia bowiem wiem, że lis indora nie udźwignie w zębach, musi go wlec pracowicie i w spokoju do kryjówki, dzięki czemu udawało nam się w innych latach takie stracone sztuki odnaleźć w polu czy na pastwisku. Tutaj został spłoszony dość szybko, tymczasem wielkiego samca ni widu ni słychu. Szukałyśmy same i potem z psami w okolicznym lasku, krzakach i w ogródku, bez rezultatu. Anna dostała nawet ze zdenerwowania bólu serca i musiała walerianę zażyć. 
Tymczasem raniutko, skoro świt przywitało ją znajome gulganie na podwórku... Indor przetrwał noc gdzieś w lesie, po prostu w szoku skrył się przed drapieżnikiem tak skutecznie i cicho, żeśmy go nie mogły znaleźć. Miał kreskę nad sobą, a w ten sposób z tej naszej radości na razie mu się upiekło.

Nadto co kilka dni warzę ze świeżego twarogu koziego sernik. Doszłam, że przepis na sernik gotowany jest najlepszy i najwygodniejszy do wykonywania w stałych porach, nie wymaga wypiekania spodu. W ten sposób zagospodarowujemy twaróg, który jest pyszny, ale nie ma na niego klientów z racji choćby dużo wyższej ceny niż twaróg z mleka krowiego. Do którego wszyscy są przyzwyczajeni i łatwo go dostać.
Oczywiście zmniejszyłam ilość cukru i robię według swoich proporcji, bo ogólnodostępne przepisy na wszelkie ciasta i słodycze są niemożebnie przesłodzone, wprost nie do zjedzenia. Aż mnie zęby bolą na samo wspomnienie i zgaga się odzywa (na szczęście tylko w pamięci).

Sernik jest przepyszny i znika w ciągu 2 dni. Czasem trzech, gdy nakazuję wstrzemięźliwość, bo są akurat inne rarytasy do spożycia.

Zapisuję tu swoje proporcje, aby nie zapomnieć doświadczenia na później. Zatem...

Sernik gotowany w polewie kakaowej

(bez glutenu)

Składniki:
55-65 dag świeżego twarogu koziego domowej roboty (oczywiście może być też krowi, ale nie mam)
1/2 kostki masła
1 paczuszka budyniu waniliowego lub śmietankowego i opcjonalnie kilka łyżek mleka do jego rozmieszania
2 duże jaja, gęsie, indycze lub kacze (kurzych dałabym 3)
4 czubate łyżki cukru, w tym łyżka cukru waniliowego (niekoniecznie, bo wcale tej wanilii nie czuć i właściwie szkoda zachodu)
Duża garść rodzynek i nieco mniejsza pokrojonych na drobno daktyli

Można dorzucić co się lubi jeszcze, np. figi, orzechy, pestki dyni, wiórki kokosowe, co się ma i lubi.

Przyrządzanie:
Składniki mieszamy w płaskim garnku na małym ogniu, stopniowo rozpuszczając i mieszając stale, aby nie przywarły. Gdy już całość się zespoli w jedność pozwalamy jej pobulgotać kilka minut (ok. 5), ale mieszając co chwila.

Wtedy zestawić garnek z ognia i dosypać słodki wkład rodzynkowy, wymieszać i przelać wszystko do foremki, w której ma ostygnąć i nabrać twardego kształtu. Po wstępnym wystygnięciu najlepiej wstawić do lodówki, co przyspiesza proces.

Gdy już się ów proces po kilku godzinach dokonał wykładamy sernik z formy na talerz i zabieramy się do przyrządzenia polewy. Co do niej ciągle się uczę. Wciąż pojawiały się jakieś niedoróbki, więc skonsultowałam się z koleżanką mistrzynią od wypieków wszelakich. I już wiem, że trzeba dbać o niską temperaturę, bo w zbyt gorącej kakao oddziela się od masła tworząc nieładne grudki. Mleko zaś nie może być zimne. I stale mieszać, aż do uzyskania litej masy.

Składniki polewy: masło, mleko, cukier, kakao, proporcje do wybranej ilości są jeszcze w rozpracowywaniu i próbowaniu, dlatego nie podaję szczegółów. W praktyce używam po 3 łyżeczki wszystkiego, czubate (oprócz mleka, które czubka nie osiągnie).
Po jej wylaniu na sernik można całość posypać dodatkowo wiórkami kokosowymi. W ten sposób uzupełniamy owe niebywałe ilości cukru, z których zrezygnowaliśmy dla własnego zdrowia i urody, naturalną i zdrową słodyczą.

Dla ułatwienia można po prostu rozpuścić kilka tafelków czekolady i poradzić sobie tym sposobem.

Nie obżerać się, bo ser twarogowy to 100 procent białka, i po dłuższej chwili od zjedzenia jest się sytym i pełnym po uszy. I to bez nadmiaru cukru.

Najlepiej zagotować masę około południa, ma wtedy czas do wieczora dobrze zastygnąć, a polewa to już prędki pikuś. 

Sernik moim zdaniem zdobywa najlepszy smak po 2 dniach, ale rzadko udaje nam się tyle wytrwać.