Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dziki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dziki. Pokaż wszystkie posty

28 września 2022

Jabłkowisko

Grzybów wciąż nie ma, za to jabłka nadal spadają i nie ma temu końca. Teraz najsmaczniejsze, najdojrzalsze i najzdrowsze. Aż żal nie pozbierać i nie przetworzyć, kozom oddając na pożarcie albo jakimś nocnym gościom w sadzie, sarnom, może jeleniom albo dzikom nawet. Zatem codziennie jakiś dżem dorabiam, teraz jeszcze z dodatkiem śliwek, Anna pracowicie sok tłoczy, albo jak dziś przygotowuje przetwór z antonówki w cukrze, dobrze się przechowujący i mogący służyć i jako sok, i jako wkład do szarlotki. Oraz susz jabłkowy organizuje. W słoneczny dzień w elektrycznej suszarce, w mglisty - na specjalnej siatce ustawionej na rozgrzanej płycie kuchennej opalanej leśnym chrustem. Na ogół służącej nam do suszenia grzybów, ale w tym roku ani jednego nie udało się trafić. Taki susz świetny jest do pojadania przy jakimś nudnym serialu netfliksowym albo amazońskim, a także świetny kompot świąteczny z niego można uwarzyć, antonówka do tego najsmaczniejsza jest.

Psy zostały zaszczepione, pan weterynarz rozmowę zagaił, że mu kobiety po wioskach skarżą się na brak grzybów. I brak możliwości podreperowania budżetu domowego. No, tak, pokiwaliśmy głowami.
- Ale biedy nie ma. Gdyby była, to by jabłka nie gniły pod drzewami, bo nie ma komu ich przerabiać. Choćby na wino. Czyli piwo "durackie" jest za co kupić - ot, i moja filozofia.

Laba już nie pamięta, że była chora. Wróciła jej zupełnie radość życia.

Hydraulika wymieniona i naprawiona gdzie trzeba. Wreszcie! Bojler elektryczny, zmywarka, nowy zlew kuchenny, prysznic, umywalka w łazience, jak i nowy sedes (z powodu nienaprawialnej awarii spłuczki trzeba było wymienić komplet). Większość sprzętu czekała od dwóch lat, część nieco krócej, więc nie był to mega wydatek jednorazowy, ot, wreszcie udało się pana hydraulika wyhaczyć i zamontował wszystko jak należy. Trochę śmiesznie, bo podgrzewany bojler w zimie nam niepotrzebny zupełnie, więc wypróbujemy go dopiero za niespełna rok. Jak Bozia pozwoli, oczywiście dożyć, albo wojny, zarazy, braku prądu nie ześle.

Kozy doimy raz dziennie. Twarogu mniej, bo mleko słabiej kiśnie w niskiej temperaturze, takoż i serków też. Nie brakuje jogurtu ani mleka do kawy czy placków. Uzupełniam zapasy zimowe, także mleka, które zamrażam, ostatnia chwila. Ostatnie deszcze sprawiły, że trawa miejscami nieco odrosła i stado nawet się pasie na wyschłym pastwisku przez kilka godzin dziennie. Czekamy na ruję.

14 czerwca 2012

Wiosenne uwagi

Jeszcze jedną anomalią tej wiosny, dużo - nie tylko moim zdaniem - większą od wielu zimnych nocy spowalniających wzrost zieloności, jest prawie kompletny BRAK KOMARÓW... Najstarsi ludzie na wiosce nie pamiętają takiego roku. Maj bez dorocznego masowego wylęgu widliszka, cud! Dziwią się leśni ludzie, dziwią wędkarze i rolnicy. I nikt nie wie co wpłynęło na taką komarzą bezpłodność.
Co prawda Jerzy i jego żona, nocujący niedawno u nas stwierdzili, że komary ostały się w Puszczy Białowieskiej i dały im się tam podczas wycieczki we znaki tak, jak Pan Bóg przykazał, to jednak nie jesteśmy aż tak daleko od Puszczy, której obrzeża zaczynają się już za Czeremchą, żeby się całym zjawiskiem nie niepokoić.
Za to kąsały w zamian, choć nie aż tak licznie i mocno, meszki, które pewnie rozmnożyły się w dwójnasób. A w fazie niemowlęcej potrafią przenikać przez oczka moskitiery, co sprawiało, że budziłam się z rękami i twarzą w czerwonych, swędzących i piekących krostkach. Teraz wydaje mi się ten nalot ustawać, na rzecz much i muchowatych, które pojawiają się zwyczajnie wraz z porą letnią.

Kaczęta zamieniają się już w opierzone kaczuchy. Sprzedawca okazał się kłamcą. Żadna nie ma nawet czarnej plamki na sobie i nie przypomina w niczym francuskiej kaczki. Biała moim zdaniem pekińska. Nam to jednak po nic, jakiej są rasy, bo i tak wszystkie pójdą do garnka. Tym niemniej stwierdzam, że gatunki blaszkodziobe są zabawne i w naszym rozległym obejściu dobrze się komponujące, zatem pewnie nie będzie to jedyna nasza hodowla kwaczącego drobiazgu. Jest to ptactwo wędrowne, które potrafi zniknąć na kilka godzin całkiem z oczu, idąc swoim kołyszącym kroczkiem równym rządkiem jedno za drugim, by skryć się gdzieś w zakamarkach koziej zagrody, sadu lub nawet lasu. Karmię je ziemniakami gotowanymi z dodatkiem żyta i tłuczonymi z twarogiem, zsiadłym mlekiem, serwatką, jajem na twardo lub inszymi resztkami jedzenia. Zjadają też ziarno owsa, gdy czasem zabraknie karmy. Po wypierzeniu się zresztą mają mniejszy apetyt i rzadziej trzeba im napełniać michę.

Ostatnie ulewne nocne deszcze skłoniły Anię do zakupu 200-litrowej beczki na deszczówkę. Szkoda, aby nasze dachy nie pracowały dodatkowo na rzecz podlewania ogródka i pojenia zwierząt.
Poza tym stwierdzam, że nowe poletko nawet rodzi, czemu sprzyjają ostatnie deszcze, ale potrzebuje ogrodzenia od strony lasu. Ziemniaki już są częściowo zryte i wyjedzone przez dziką świnię, która nawet pobliża drogi się nie lęka. Właściwie zasiałyśmy i zasadziłyśmy ten skrawek ziemi próbnie, aby się przekonać. No, to się przekonujemy.

2 lutego 2012

Urząd, aspartam i dzikie życie

Trochę dzisiaj w nocy przymroziło. Na tyle, że kaloryfer w sieni przymarzł i odmrażałam go elektryczną opalarką. Zimno poszło dołem, od niezbyt szczelnych drzwi wejściowych. Już nam mówiono, aby kupić specjalną uszczelkę, bo dół nie jest chroniony, ale jak zwykle nam zeszło. Kaloryfer na szczęście boczny w szeregu, koło ostatniego, i nie narobił szkody. Dało się go rozgrzać i ciepło poszło bez problemu.
Ponadto samochód też nie chciał odpalić. A sąsiad chciał do lekarza jechać. Na szczęście trafiła mu się inna podwózka z przywózką. Jednak Ania dalej miała problem, bo nie potrafiła wyjąć przymocowanego śrubą akumulatora. Tu pomógł Pioter z sąsiedztwa, i nawet podładował akumulator u siebie, a potem go na nowo włożył pod maskę. Auto ruszyło.
Tak podjechaliśmy pod dom sołtyski na zebranie wiejskie. Wójt z dwiema paniami przybocznymi, w asyście dwóch panów policjantów już siedzieli za stołem, a wioskowi mieszkańcy odhaczali się na liście obecności. W liczbie niewiele od ich liczby większej, 7 : 9. Trochę jak w szkole, he.
Wysłuchaliśmy sprawozdania o budżecie gminy i planach inwestycyjnych na ten rok. Mnie zafascynowała wieść, że cała roczna kwota brana z zezwoleń na sprzedaż alkoholu idzie na walkę z alkoholizmem.
Z powodu rozbudowy przejścia granicznego w Połowcach, gdzie mają od 2014 roku jeździć także ciężarówki, gmina liczy na duże wpływy z podatków i ożywienie handlu w okolicy, ma powstać nawet hotel.
Póki co trwają prace budowlane i część bezrobotnych chłopaków już tam się załapało do pracy. Przez co znowu poważnie martwię się o to, czy uda nam się ogrodzenie warzywniaka postawić w całości. Nie ma chętnych wykonawców.
Kiedy urzędnicy skończyli mogliśmy i my swoje uwagi zgłaszać. No, to odezwał się jeden z wioskowych starych rolników, że: "panie Wójcie, dziki! Serce mnie boli jak patrzę na swoje pole i łąkę! Może by tak zacząć je odstrzelać trochę więcej, nie w lesie, a tam, gdzie kradną i ryją...?".
Na co pan Wójt stwierdził, że dziki oznaczają, że przyrodę mamy nieskażoną i taki gość z Belgii czy Holandii, jak sobie przyjedzie w Hajnowskie to jest zachwycony, że może dzika w naturze podejrzeć. I w ogóle, że dzik żre zboże z pola, bo to oznacza, że niepryskane i nie sztuczne.
- Ale to jest moje zboże, i gdybym mógł zjeść tego dzika, to nie miałbym nic do tego, żeby go najpierw dotuczyć. Ja nie chcę, panie Wójcie żadnych odszkodowań, tylko przyślijcie myśliwych, niech odstrzelą jednego z drugim. Albo chociaż postraszą. Ja już nie mam siły!
Na co pan Wójt ustosunkował się do wieku naszego wnioskującego, bliskiego 90-tki, że powinien już zostawić to pole, sianie i zbieranie, karmienie zwierząt itd., bo normalni ludzie w jego wieku zażywają rozkoszy emerytury i nie bawią się w walkę z lasem.
Idąc zaś tropem czystości środowiska podyskutował jeszcze z innym rolnikiem-pszczelarzem, o tym, że pszczoły umierają, i że ich śmiertelność bierze się z chemicznego zaprawiania nasion buraka pastewnego. Jednak jest też ostatnimi czasy dużo upadków po zimie, i tu dowiedziałam się, że cukier, który jeszcze zmienił zastanawiająco swoje parametry i stał się dziwnie sypki, produkowany już w obcych, nie-polskich cukrowniach jest gorszej jakości. Na tyle złej, że pszczoły po nim padają. Co można łatwo udowodnić, bo podlascy pszczelarze często sprowadzają cukier zza wschodniej granicy i widzą dużą różnicę... na plus dla żywotności pszczelich rodzin, oczywiście. Smutne, to jednak sprawdzalny fakt, że najtańszy cukier dostępny w różnych supermarketach musi zawierać aspartam, jak niesie internetowa plotka...
Tu aż się prosi pomyśleć, co dzieje się z ludźmi zjadającymi ten cukier, ale tego władza nadrzędna zarządzająca cukrownictwem i cukrowniami polskimi zapewne ani jeszcze nie zbadała (człowiek jest większy od pszczoły i dłużej będzie schodził, czy też upadał, niż pszczoła), a biorąc pod uwagę długość procedur unijnych, to wielu z nich (z nas) nie doczeka się nawet specjalistycznej opinii, a co dopiero jakiejkolwiek ochrony, czy choćby urzędowego ostrzeżenia przed zażywaniem tej substancji.
Na pszczołach dyskusja o dzikach została zakończona i temat upadł z braku argumentów. Za to postulat ścięcia starej częściowo suchej lipy przy drodze, grożącej złamaniem przy większym wietrze i upadkiem na dom mieszkalny, został zanotowany i dostaliśmy obietnicę, że drzewo zostanie usunięte.
Dowiedzieliśmy się też, że organizacja wywózki śmieci w gminie zmieni się. Nikt nie będzie kontrolował wszystkich mieszkańców pod kątem podpisania czy niepodpisania umowy z powiatową firmą oczyszczającą, tylko gmina przejmuje pośrednictwo i od tego roku każdy dom będzie miał naliczaną kwotę (jeszcze będzie dyskusja na bazie jakich parametrów to wyliczyć) za śmiecie, płatną wraz z innymi gminnymi opłatami, np. za wodę czy podatkami, w urzędzie. I nie ma to tamto. Trudniej będzie się od opłaty za śmiecie wymigać.
Po tym wszystkim urzędnicy odjechali, a ja jeszcze rzuciłam zapytanie wioskowym o biało-szarego w łatki dużego grubego kocura, czy ktoś go aby nie widział. Bo Łać nie wraca już cztery dni i noce, mrozy trzymają, są coraz większe, na dokładkę z powodu cieczki naszych suk psy wioskowe okupują naszą chatę dniem i nocą tak ściśle, że nawet gdyby chciał wrócić, to miałby problem podejść do drzwi i zwyczajowo zamiauczeć. Pani Nina podobnego widuje u siebie koło obory, zatem trochę mnie pocieszyła.
- Jeśli to on, to niech się pani nie martwi, u mnie nie zginie.
No, więc staram się nie martwić.

24 listopada 2010

Słowo o zalewaniu robaka

Przyjechał gipsokarton. Jutro chłopaki będą mieli co robić.
Oprócz tego ćwierć świni, przednia. 47 kilogramów ciepłego jeszcze mięsa. Leży teraz w pracowni na stole i odparowuje. Niemniej skusiło mnie na zrobienie świeżonki, świeże mięsko z cebulką, przysmażone na patelni. Nakarmiłam nim jeszcze całą brać domową, bo zostało. Niech się ucieszą i zwierzaki.
A propos zatem tematu świniobicia przypomniała mi się taka historia, opowiadana przez miejscowych znajomych.
Jeden mężczyzna był myśliwym. Upolował niedużego dzika, i zjadł go wespół z kilkoma kolegami zaraz po polowaniu. Wkrótce źle się poczuł i zjawił się u lekarza. Ten po badaniach stwierdził początek włośnicy.
- Co robić panie doktorze? Inni też zjedli... - na wszystkich padł blady strach.
- No, medycyna oficjalna nie zna na to skutecznego lekarstwa, ale ludowa, jak sami wiecie, i o wszem... - stwierdził lekarz. I zaordynował im ni mniej ni więcej, tylko... zalać robaka.
Chłopaki czym prędzej zabrali się do leczenia. Sam pan doktor kazał. Leczyli się tak, dzień, dwa, trzy, i więcej. Robota stała, a oni mocnym samogonem dezynfekowali swoje arterie, narządy wewnętrzne i mięśnie. W końcu pierwsza nie wytrzymała żona któregoś z nich. Gdy minął tydzień udała się do lekarza.
I już od progu zawołała:
- Panie doktorze, panie doktorze! Czy oni już mogą przestać się leczyć?!
Lekarz zbaraniał. Nie sądził, że będą tacy pilni.
Stwierdził z powagą, że mogą i kazał zrobić badania. Żaden już nie miał robali. Wszystkie szczęśliwie wytruli...

Tyle anegdoty, gwoli przemyślenia.

23 października 2010

Mądrość na przyszłość

Czasem słyszę pytanie, zdziwione, różnych przygodnych i znajomych ludzi, dlaczego akurat wywiało mnie na wschód? A nie w jakieś szczęśliwsze, bardziej cywilizowane, ludniejsze i bogatsze rejony, bliżej jakiejś wielkiej metropolii.
Skąd my tutaj? Po kiego licha?
Tu Pan Bóg mówi dobranoc, tu mieszkają ludzie z lasu, nie ceniący terminów, obietnic, z brakiem poczucia czasu, o innej religii i z dziwną historią, nieznaną w reszcie kraju, tu ziemia lekka, plony marne, zjadane w dodatku przez dziki i żubry, a dobytek żywy szabrowany przez lisy, kuny, jastrzębie, sokoły i wilki niekiedy też.
Trudno mi na to odpowiedzieć bez poruszenia spraw nieomal paranormalnych, zatem w większości milczę lub zbywam ciekawość jakimiś zrozumiałymi (zracjonalizowanymi) opowieściami. Niemniej, tyle teraz wyjaśnię. Najistotniejszą rolę w obraniu tego, a nie innego kierunku poszukiwań miejsca, bazy i ziemi odegrała moja intuicja, przeczucia i sny.
Mapę okolic z nazwą miejscowości (niestety przekręconą po obudzeniu) ujrzałam w półśnie kilka lat przed ich odkryciem. Mam ją narysowaną w notatniku, także dom (po przebudowie) i jego położenie, opatrzone datą mogącą powalić niedowiarków.

Mogę powiedzieć, że kierował mną jakiś atawizm i sentyment. Choćby stąd się biorący, że mój tata był fanatykiem Trylogii Sienkiewicza i miał za znajomych dwa małżeństwa przesiedleńców ze Lwowa. W rozmowie z nimi zawsze z rozkoszą przechodził na ruski akcent.
Pamiętam ich. Choć już dawno temu odeszli w nieskończoność. Byli to prości i niezwykle serdeczni ludzie, odbijający na tle innych czymś, co mój ojciec kochał, a ja od niego to przejęłam. Pan U. na przykład był namiętnym grzybiarzem. Takim, co skoro świt wychodził do lasu, a gdy znalazł grzyb siadał przy nim i patrzył pilnie... Twierdził po tych obserwacjach, że grzyby rosną skokowo. Widział, jak rosną grzyby!
Ale mniejsza o to.
Mną powodował głównie lęk. Wywołany długotrwałą serią apokaliptycznych snów. Które niestety zaczęły się już spełniać.
Strach przed głodem i chłodem mam zresztą po biednych chłopskich przodkach ze strony mamy, dotkniętych różnymi klęskami dawno temu. Nadwrażliwość po schłopiałych szlacheckich przodkach ze strony ojca.
Powodował mną lęk przed kryzysem i chęć zaradzenia mu w porę. Umoszczenia sobie gniazda i sprawienia, że głód mi nie zagrozi. Ani mnie, ani moim bliskim (którzy zresztą nadal nie mają pojęcia, co mnie wywiało, ani tym bardziej nie podzielają moich obaw).
Pchanie się na wschód, tyle razy dotknięty przez historię, biedny, zapomniany przez cywilizację... dość dziwnie wygląda. Jednak posłuchałam w tym swoich przeczuć, a nie logiki.
- Ach, to wielki trójkąt radiestezyjny z uśpioną białą energią czakramu! - ktoś mi na to rzekł - Rozumiem. On się ma obudzić. Sięga czubkiem aż do Rygi i zajmuje obszar co najmniej połowy Białorusi i część Podlasia. Świadczą o tym choćby nazwy zawierające człon "biały".
Ale ja nic o tym nie wiem. Oprócz tego, że na dzisiejszej Białorusi dziwnym zbiegiem okoliczności przyszli na świat wszyscy nasi wielcy wieszcze! I tego, że mój duchowy mistrz prawie pół tysiąca lat temu napisał, że wielkie światło obudzi się tam, gdzie jest granica kalendarzy i różne terminy postu i świąt.

W ciągu ponad dwóch lat w trakcie mieszkania na cudzym, czyli na Dąbrowie, zajęłam się tłumaczeniem tekstów Nostradamusa z francuskiego na polski. Nie tylko z nudów, ale przede wszystkim po to, aby zrozumieć co mnie naprawdę prześladuje, i co z tego może się rzeczywiście spełnić.
Wiele zrozumiałam, odkryłam, lecz nadeszła jakiś czas temu pora, aby przetłumaczyć też oprócz czterowierszy, także teksty prozą Proroka z Salon.
Kilka dni temu dopiero zrozumiałam jeden z nich. I odkryłam w nim dzieje konfliktu bliskowschodniego oraz coś, co wydaje się poruszać kwestie chaosu politycznego, który dopiero zaczyna się bujać w Polsce.
Posuwam się zdanie po zdaniu w głąb zrozumienia i nie jest to łatwe. Jednak dotarłam już do akcji Pustynna Burza, ugaszenia wielkiego dymu i egzekucji przywódcy i jego dworu, po wyjawieniu wszystkim ich wielkich zbrodni. W tym samym czasie w Europie "owczarnia miała zostać powierzona wilkom porywającym". I rozpoczęło się wielkie sprzeniewierzenie wartości duchowych i upadek autorytetu KK i jego kapłanów.
Co dalej?
Wspominam o tym, ponieważ panowie współ-blogujący na zalinkowanych na Kresowej blogach zajęli się projektowaniem funkcjonowania świata po przekroczeniu Peak Oil i wobec narastającego kryzysu paliwowego. Posługują się logiką i racją. A ponieważ brakuje w tym uwzględnienia tego, czego nie da się nijak uwzględnić bez jasnowidzenia i uruchomienia intuicyjnej półkuli mózgu, to dopowiem coś ze swej działki. Słowami Nostradamusa (zresztą jest ich więcej na ten temat, ale pozostawiam to sobie jeszcze do przemyślenia). Brzmią one tak w tłumaczeniu uwzględniającym styl epoki:

"Następnie, ponieważ omawiane zaćmienie przypadnie w okolicach początku pierwszego niebiańskiego domu, da ono złej partii jedną nieszczęsną przepowiednię, a to mianowicie wielkiej drożyzny żywności: przywódcom nastać w najwyższym podniesieniu, wraz z dobrowolną i niedobrowolną klęską głodu, jednak w większości z powodu uchybienia tego, którego pola nie wydadzą tyle swej powinności, ile będzie się miało nadziei. Mądry, kto się zaopatrzy."

Klęska spowodowana przez GMO, przyjmowane dobrowolnie i rozsiewane niedobrowolnie...
Owo "następnie", o jakim jest mowa w tym zdaniu, ma nastać po czasie chaosu politycznego spowodowanego wielkim śledztwem i wielkich zamachów terrorystycznych w Europie (nie było ich jeszcze) oraz coraz częstszych atakach epidemii różnych dziwnych chorób.
Do końca jednak jeszcze trochę...

Ha, każdy ma swój mit, który go wiedzie tam i gdzie indziej przez życie.
Ja mam właśnie ten.

11 października 2010

Jesienny umiar

Jabłka zostały zebrane, zeżarte lub zgniły. Ich śladowe byty przyciągają do sadu dziki. Widać w trawie zryte ślady, nawet pod płotem od strony drogi i bramy! Wczoraj późnym wieczorem dziwne chrumkania spod chaty od strony pola wystraszyły spośród akacjowej gęstwy Jaśka.
Poza tym zimne noce i przymrozki ściągają dzikie ptaki bliżej domostw. Zaczęły zaglądać na taras i do obejścia stadka bogatek, sikorek ubogich, wróbli i pliszek. Bardzo to miły i rozweselający widok. Tacy goście zawsze przywołują na moją twarz uśmiech.

Lubię jesień. Palenie w piecu nie męczy mnie. Nie jest jeszcze intensywne, jak w zimie. Znikają przede wszystkim dokuczliwe owady. Oczywiście bywają, ale w ilościach do pominięcia. I jeśli tylko gryzonie są pod kocią kontrolą można bytować beztrosko.
Oprócz tego, co z lasu wyłazi i chrumka. Mam nadzieję, że do obejścia nie wlezie i nie natknę się na jakiegoś potwora w drodze do wychodka. Z którego w nocy przy okazji pasjami w gwiazdy patrzę. Teraz widoczne świetnie jak na dłoni.

13 lipca 2010

Koza i tygrys czyli koniec lekkomyślności

Wzbierający wczoraj koszmarnie upał nie dał rady przekroczyć Urocznego Lasu znajdującego się pomiędzy naszą a sąsiednią wsią. Z jasnego nieba przy maks napiętej temperaturze (nie wiem jakiej, bo wciąż żal mi przywiesić badziewny termometr na nowej szalówce chaty) spadł dokładnie nad nim piorun i po trzech minutach lało jak z cebra. Ledwiem kozy zdołała wypuścić z sadowej zagrody, a one już pognały kołyszącym galopkiem do obory, same wpadły do swoich boksów i nieomal zamknęły za sobą furtki.
Deszcz uzupełnił znakomicie zapasy wody w beczce i wiadrach, używanej do podlewania.
Zmoczył też niziutki zielony owies, który tak jakoś ledwie się ma, choć ładnie się wykłosił. Przydałoby się zdjęcia zrobić, bo na jednym polu klasy V widać doskonale różnicę we wzroście zboża. W miejscach, gdzie wiosną rozrzucony był obornik owies jest o wiele bujniejszy, gęściejszy i wyższy, niż tam, gdzie nie starczyło błogosławionej produkcji ubocznej naszych kóz i kur. To mogłaby być lekcja poglądowa dla tych wegetariańskich rolników, którzy nie chcą zwierząt hodować, a tylko siać i żąć. I pewnie sztucznym proszkiem sypać swoje roślinki, aby je do gąbki potem włożyć.

Kozy wyszły późnym popołudniem i pobiegły z ochotą na ugór. Dawno już tam nie były, zatem ja też nie. Dzika trawa już zrudziała w większości, choć i tak wygląda lepiej, niż w zeszłym roku o tej porze (przystrzyganie kozimi zębami w tym zapewne pomogło), ruszyły bujnie samosiejki brzóz, czeremchy i pigwy, więc zwierzęta były w siódmym niebie. Jest co pożerać.
W sumie ten kawałek ziemi nie dał się nijak zakwalifikować urzędowo z racji nieprzerabialnych różnic w ewidencji (o absurdach w przepisach rolnych nie chce mi się teraz gadać, ale ten przepis akurat jest kosmiczny) i stanowi przestrzeń całkowitej do-wolności. Może nadać się np. pod miejsce na namiot dla letników chętnych doznać nocnego spotkania z dzikiem albo moimi kotami, które tam pasjami polują...
Często sobie myślę, pasąc kozy i słuchając charakterystycznego chrzęstu ich szczęk gryzących zielone, że gdyby móc widzieć emocje i reakcje roślin, to kozę dałoby się w momencie żerowania porównać chyba jedynie do tygrysa pochłaniającego ofiarę. W chińskiej Księdze Przemian oba zwierzęta, i koza i tygrys przynależą do jednego heksagramu "Radość", który opisuje i zabawę i śmierć, czyli nieuchronny koniec lekkomyślności. Koza reprezentuje początek radości, a tygrys jej schyłek.

W momencie tego radosnego żerowania rozległ się nagle z okolic leśno-przydomowych wielki krzyk kur. Zanim zmobilizowałam obronę w postaci psów, wylegujących się ostatnio leniwie w chłodnym domu i stada kóz, które poderwane hałasem całym stadem ruszyły na chałupę, akt się dokonał...
W tym momencie stadko starszaków zmniejszyło się o jednego kogutka... Nawet piórka z niego nie zostały.

17 czerwca 2010

Rosół

No, to pogadałam sobie z sąsiadką, która dała się zaprosić na taras (swoją drogą komarów jakby znacznie mniej!). I pytam:
- Jak pani te dziki straszy, pani Wiero?
- A petardę odpalam. Nie słychać?
- Nie, w takim razie chałupę mamy dźwiękoszczelną. A skąd te petardy?
- Rodzina mi sprezentowała. 12. Codziennie jedną odpalam.
- Ha, a jak zabraknie?
- Coś się wymyśli.
- Bo myślałam, że w patelnię pani bije albo co.
- E, to Mikołaj wali w blachy, to i słychać pewnie.
- No, tak. A co pani zrobiłaby, gdyby lochę pani naszła w kartoflach?
- Nu, szczo, uciekła by ja. Nu, ja specjalnie tak chodzę, żeby jej nie spotkać. Koło jedenastej, wcześniej, szczoby jej pokazać, że tu ktoś jest. Ona najlepiej koło pierwszej w nocy się pasie, łoj, wtedy nie wychażu.
Poza tym posadziła kolejną swoją chętną kwokę na jajach. Piętnaście podłożyła, ale tylko pięć okazało się zalężonych.
- Mój kogut nie taki jest, niechętny do kur, od kiedy tyczką ode mnie przez łeb dostał i chodził kołowaty kilka dni. Pewnie mu zaszkodziło.
A my właśnie pierwszy rosół z naszego starszego koguta zjadłyśmy, pychotka. Z jednego wychodzą mi trzy porządne (dla dwóch osób) rosoły, które jemy przez 3 dni plus mięso z rosołu na drugie danie.
Obowiązki kogucie pełni teraz na podwórku jego syn.

15 czerwca 2010

Pytanie

Wiera ma ostatnio to samo hobby, co Mikołajostwo. Straszy w nocy dziki.Zrywa się ze snu i obchodzi kartoflisko. Wyjadły jej kawałek zagonka na poletku za stodołą.
- Łoj, dobrze by było mieć psa, szczoby biegał za nimi i szczekał jak Kola. Ale ja do psów nie nawykła, co, jeśli mi kury będzie obrabiał? Nie wozmu.
Ania zastanawia się.
- Tylko, co ona by zrobiła, gdyby rzeczywiście dzika spotkała, sama jedna na polu? A nie daj Boże, lochę z warchlakami...?

9 maja 2010

Niedziela na wsi

Niedziela dobrze zasłużonego odpoczynku. Spędzona na pasieniu kóz u sąsiadów i wyjeździe w teren. Szukamy ziemi co najmniej IV klasy, może III, aby dokupić do brakującego hektara przeliczeniowego. Z ogłoszenia trafiła się łąka kilka wsi dalej, pół hektara nad rzeką, co prawda słaba przeliczeniowo, ale może... Nie dało się jej jednak zobaczyć, bo rzeka rozlała, dwa mosty na rowach roz...pierdzieliło, a resztę bobry doprawiły, kompletny brak dojazdu. Dowiedziałyśmy się tego od sołtysa, który jakoś Smolenia mi zaczął przypominać, gdy do żony ciągle mówił (tak jak tamten: "Cicho być!): "Nie wtrancaj się!"...

Ania przyrządziła tartę własnego pomysłu ze szpinaku pomieszanego z serkiem zwarnicowym (jak go zwać? bo to nie ricotta, ale też nie żętyca...), z domieszką mięsa ze starej kury. Pychotka.
A ja z Mikołajem, pasąc kozy za jego stodołą, gwarzyliśmy na tematy wiejskiego życia miłosnego na miedzach, w rowach, w łubinie, owsie i wszelakich zakrzaczeniach.
Nie to, że coś sama wiem w tym temacie... ale... mój tata był wiejskim felczerem i niejedno opowiadał z podobnych anegdot. No, tośmy sobie pożartowali.

Mikołaj porozwieszał szereg płóciennych chorągwi na patykach wbitych w pole kartofli. Wstaje 2 razy w nocy (jego żona również 2 razy), żeby płoszyć dziki. Już mu kawał rządka wyjadły, musiał dosadzić koszyk sadzeniaków.
Ach, gdybym miała czas, żeby opowiedzieć, jakie ma wnioski życiowe w tym temacie, to by mi czasu na zasłużony sen nie starczyło, więc sobie daruję.
Jedno wiem. "Mokry maj, dobry urodzaj."
Nasze pole kiełkuje. Na razie nie wnikam co się pierwsze zieleni.

Z innych nowin: wczoraj zginęła bezpowrotnie i bez śladu czarna kura, zeszłoroczna. Moje stadko bardzo się uszczupliło...

5 maja 2010

Ofiara dla lasu

Wczoraj Mikołaj z Mikołajową posadzili ziemniaki na swoim poletku za stodołą. Mikołaj siedział za kółkiem traktora, żona szła za sadzarką pilnując, aby każdy ziemniak dostał się prawidłowo do ziemi i żaden nie utknął w maszynie.
Proste, ale zadziwiające, gdy się wie, że Mikołaj ma 80 lat, a Mikołajowa tylko kilka lat mniej.
- Ech, rok zapowiada się dobrze, może urosną, może dziki nie zjedzą. Choczu jeszczo dwa kabany odchowaty. I chwacit.
Z tego skrawka mają ok. 15 kwintali kartofli w dobrym roku. Karmią nimi siebie, rodzinę córki, dwa kabany rocznie i stadko kur. Ale w gorszy czas nawet połowy tego nie ma. Na przykład w zeszłym roku wszystko im zgniło i ziemniaki musieli kupić na targu.
- A jak sobie radzicie z dzikami? Podchodzą tu, prawda?
- A jakże! Nu, szczo... w blachu bijom. Ludzie gadają, szczoby czerwoną tasiemkę rozwinąć wokół pola, ale to nie sprawdza się. Dzik w nocy kolor widzi? Wsio czarne wtedy. Przeszły.
- Znam człowieka, który gumy pali wokół pola, mówi, że dziki nie lubią smrodu - dzielę się swoją niewielką wiedzą.
- Nu, możet byt`. Wełnę też palą, bo smród z niej wielki jest. Ale ja słyszał, szczo krew ze świni treba wylać na granicy, to nie przejdą. Bojut`sia.
- I ja schowała trochu krwi z kabana, polejem, zobaczym - dodała Mikołajowa. - I wełnu jeszczo mam, popróbujem.
Posadzili nawet więcej, niż trzeba.
- To dla dzików. Dla nas i dla dzików. Tak treba. I wsio.
No, to sobie jeszcze pogwarzyliśmy o tym, że gdyby chłop miał prawo ubić dzika żerującego na jego polu, to równowaga w przyrodzie zostałaby utrzymana.
- Łoj, charaszo by było. Ale niet. I tak nie budiet.

Dziś dzień deszczowy, wilgotny. Kozy przeprowadziły mnie przez pół wsi po nieużytkach, w poszukiwaniu dobrej i w miarę suchej trawy.