Jakaś majówka podobno nadchodzi, ludziska nogami przebierają w miastach, grillować im się chce. Na naszej wiosce raczej przygotowania widać, do Wielkanocy. Głównie po intensywnych dymach z komina, świadczących o kulinarnych zatrudnieniach gospodyń. Świnki już padły te, co miały paść jakiś czas temu. U nas z tej okazji jeno słonina się soli.
Ale i Annę wzięło jakoś tak świątecznie. Bo śledzia kupiła na jutro, gdyż Wielki Piątek wypada po sąsiedzku. Tak to, widać, z czasem człowiek przechodzi na podlaskie zwyczaje, świętuje dwukrotnie. A jak by się i dało to i trzykrotnie, a co!
Ja zaś kaczkę wyjęłam z zamrażarki na pieczeń. Miała być na katolicką Wielkanoc, ale przez pomyłkę wyciągnęło mi się wtedy udo koźlęce, co poznałam dopiero po rozmrożeniu. Było przepyszne, a teraz kaczka trafi na Wielkanoc prawosławną, balans determinacji istnieje.
Póki co jednak o świętowaniu jedynie pomarzyć można. Bo nasz dzień pracy zaczyna się rano i trwa do 19 albo i 20.
Zbudowałam nowe grządki wzniesione, w większości już zostały obsiane i obsadzone (jedna długa ziemniakami, druga selerami, no, i na razie kilka pomidorów pod folią). Rukola ruszyła w dwa dni po posianiu w folii i rośnie w oczach. Zielenią się pierwsze zioła, lubczyk, odżywa tymianek, kiełkuje mięta, wystartował czosnek, który tak kiepsko obrodził w zeszłym roku, że go zostawiłam w glebie przez zapomnienie, i tym razem dostał przyspieszenia, oraz czosnek niedźwiedzi i trochę szczypiorzy się posadzona cebulka.
Anna walczy w lesie z gałęziówką. Dzisiaj wzięła mnie do pomocy i wyniosłyśmy większość pni sosnowych, oczyszczonych siekierką, na kupy przy brzegu drogi. Leśniczy już pośpiesza, może chce się przed świętami wyrobić z pomiarami.
Na dokładkę powalczyłyśmy po południu z kącikiem kuchennym na górze. Wycinając pracowicie dziurę w drewnianym blacie pod zlew i podklejając nogi meblom i krzesłom poślizgowym filcem.
W tym wszystkich pracach istotne są kaczęta, przebywające jeszcze - z racji chłodów nocnych - w wielkim pudle w kuchni, które karmię co godzina michą karmy (kasza, ziemniaki tłuczone, siekane zielsko, z dodatkiem osypki). Na noc pakujemy owo pudło na ciepłą jeszcze płytę kuchenną. Skoro świt kaczusie budzą się i budzą nas, stukając szybciutko dziobami w tekturowe ścianki swego mieszkanka. Jeść, jeść!
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świnie. Pokaż wszystkie posty
2 maja 2013
3 lipca 2012
Na gorąco
Upały wróciły. Wewnątrz ocieplonej chaty jest całkiem znośnie (24 stopnie), nawet, jeśli muszę przez dwie godziny palić pod płytą co dwa-trzy dni. Robię wtedy twaróg, a żaden się tak nie udaje jak w kamionce podgrzewanej powoli na kuchni opalanej drewnem. No, i grzeję wodę na mycie.
Za to na zewnątrz w godzinach południowych obejście zdaje się zamierać. Zwierzęta kryją się w cieniu. Kozy w ogóle się nie pasą, jedynie w swojej zacienionej zagrodzie przeżuwają owsiane śniadanie i poranne jabłkowe guguły pracowicie wywąchane w trawie pod drzewami w sadzie. Najgorętszy czas spędzają wysiadując zagrzebane w piaskowym grajdole. Zaczynają się paść właściwie dopiero około 17, gdy upał staje się lżejszy. Jednak są przy tym flegmatyczne, rozlazłe i zmęczone oganianiem się od gzów, bąków i komarów.
Kaczki zalegają swoim stadkiem w zielonych szuwarach koło dającej chłód ziemianki, z Gusią czuwającą z boku na żelaznej klapie od zbiornika oczyszczalni.
Kwoki prowadzają kurczęta zacienionymi i osłoniętymi zakamarkami, patrząc ciągle lękliwie w górę. Przeżyły już dwa naloty krogulca. Dzięki szybkiej reakcji nadbiegającej Koli jak na razie skończyło się tylko utratą jednego młodszego pisklaka, za pierwszym zaskoczeniem.
Raz zdążyłam też odgonić lisa, który zaatakował dorosłą kurkę przy jaworze tuż za chatą. Kura zdołała mu uciec i ma się dobrze, choć straciła wszystkie pióra z ogona.
U sąsiadów grasują gorsi bandyci, jastrzębie. Prawie codziennie ginie jakaś kura.
Poza tym lęgną się nam kolejne pisklęta zielononożne, spod naszej białej kwoki.
Ogródek zaczyna dawać już niewielkie zbiory, oprócz ziół, zieleninki, koperku i szczypioru, które są od dawna. Buraki wyglądają dorodnie. Jemy zatem botwinkę z tych, które trzeba wyrwać, aby dać więcej miejsca najdorodniejszym. Oraz jajecznicę ze szpinakiem. Sałata już się kończy. Zostawiłam kilka przerośniętych główek na nasiona. Nastawiam też stale ogórki małosolne w kamionce, co prawda są ze sklepu, ale zawsze własnej roboty. Z innych darowanych za darmo, bo przez las potraw, to oczywiście grzyby, głównie kurki, ale i zaczynające się inne (kanie, czerwonogłowce, koźlarze), z których przyrządzam zalewajkę z grzybami (zupa nieznana kompletnie na Podlasiu, aż zdumiewające!), albo jajecznicę na kurkach, lub kotlet z kani. No, i jagody w różnej postaci, do domowego makaronu albo pierożków ze śmietaną.
Mój ojciec-lekarz, który wiele nauczył się z naturalnej medycyny lecząc chłopów, mawiał zawsze, że każdy powinien co roku najeść się w sezonie "ile się da" jagód. Bo to czyści organizm z robaków. A potem grzybów, bo to uzupełnia mikroelementy. W ogóle był zwolennikiem jedzenia do syta tego, co akurat dojrzewa w okolicy, choć z makrobiotyką nie miał nic wspólnego. Bo to samo obowiązuje z nowalijkami na wiosnę i z owocami, począwszy od truskawek, przez porzeczki, agrest, maliny po winogrona, jabłka, śliwki i gruszki.
No, staram się założyć tak ogródek, aby w przyszłości zaspokajał wszystkie te kolejne potrzeby. Czosnek niedźwiedzi, truskawki, poziomki, porzeczki i jagody już rosną, ale jeszcze nie dają plonu. Nic to. Poczekamy. I dodamy jeszcze innych krzaczków owocowych na jesieni. Za to szykuje się wielki zbiór jabłek, bo jabłonie - po zeszłorocznej przycince - obsypane są bogato owocami. I czeremchy również chwalą się kiściami zielonych wisienek.
Z innych, mniej ospałych wydarzeń, to wczoraj ganiałyśmy z A. i dwiema sąsiadkami... dwie świnki, które uciekły z chlewa. Były tak zachwycone świeżym powietrzem i zieloną trawą, że za nic nie chciały z powrotem do zamknięcia. Cała akcja przypominała mecz finałowy na mistrzostwach piłkarskich. Ganianinie nie było końca. W końcu prosięta zmęczyły się bieganiem i same pokornie weszły do siebie, ciężko zasapane (tak samo jak i my).
Za to na zewnątrz w godzinach południowych obejście zdaje się zamierać. Zwierzęta kryją się w cieniu. Kozy w ogóle się nie pasą, jedynie w swojej zacienionej zagrodzie przeżuwają owsiane śniadanie i poranne jabłkowe guguły pracowicie wywąchane w trawie pod drzewami w sadzie. Najgorętszy czas spędzają wysiadując zagrzebane w piaskowym grajdole. Zaczynają się paść właściwie dopiero około 17, gdy upał staje się lżejszy. Jednak są przy tym flegmatyczne, rozlazłe i zmęczone oganianiem się od gzów, bąków i komarów.
Kaczki zalegają swoim stadkiem w zielonych szuwarach koło dającej chłód ziemianki, z Gusią czuwającą z boku na żelaznej klapie od zbiornika oczyszczalni.
Kwoki prowadzają kurczęta zacienionymi i osłoniętymi zakamarkami, patrząc ciągle lękliwie w górę. Przeżyły już dwa naloty krogulca. Dzięki szybkiej reakcji nadbiegającej Koli jak na razie skończyło się tylko utratą jednego młodszego pisklaka, za pierwszym zaskoczeniem.
Raz zdążyłam też odgonić lisa, który zaatakował dorosłą kurkę przy jaworze tuż za chatą. Kura zdołała mu uciec i ma się dobrze, choć straciła wszystkie pióra z ogona.
U sąsiadów grasują gorsi bandyci, jastrzębie. Prawie codziennie ginie jakaś kura.
Poza tym lęgną się nam kolejne pisklęta zielononożne, spod naszej białej kwoki.
Ogródek zaczyna dawać już niewielkie zbiory, oprócz ziół, zieleninki, koperku i szczypioru, które są od dawna. Buraki wyglądają dorodnie. Jemy zatem botwinkę z tych, które trzeba wyrwać, aby dać więcej miejsca najdorodniejszym. Oraz jajecznicę ze szpinakiem. Sałata już się kończy. Zostawiłam kilka przerośniętych główek na nasiona. Nastawiam też stale ogórki małosolne w kamionce, co prawda są ze sklepu, ale zawsze własnej roboty. Z innych darowanych za darmo, bo przez las potraw, to oczywiście grzyby, głównie kurki, ale i zaczynające się inne (kanie, czerwonogłowce, koźlarze), z których przyrządzam zalewajkę z grzybami (zupa nieznana kompletnie na Podlasiu, aż zdumiewające!), albo jajecznicę na kurkach, lub kotlet z kani. No, i jagody w różnej postaci, do domowego makaronu albo pierożków ze śmietaną.
Mój ojciec-lekarz, który wiele nauczył się z naturalnej medycyny lecząc chłopów, mawiał zawsze, że każdy powinien co roku najeść się w sezonie "ile się da" jagód. Bo to czyści organizm z robaków. A potem grzybów, bo to uzupełnia mikroelementy. W ogóle był zwolennikiem jedzenia do syta tego, co akurat dojrzewa w okolicy, choć z makrobiotyką nie miał nic wspólnego. Bo to samo obowiązuje z nowalijkami na wiosnę i z owocami, począwszy od truskawek, przez porzeczki, agrest, maliny po winogrona, jabłka, śliwki i gruszki.
No, staram się założyć tak ogródek, aby w przyszłości zaspokajał wszystkie te kolejne potrzeby. Czosnek niedźwiedzi, truskawki, poziomki, porzeczki i jagody już rosną, ale jeszcze nie dają plonu. Nic to. Poczekamy. I dodamy jeszcze innych krzaczków owocowych na jesieni. Za to szykuje się wielki zbiór jabłek, bo jabłonie - po zeszłorocznej przycince - obsypane są bogato owocami. I czeremchy również chwalą się kiściami zielonych wisienek.
Z innych, mniej ospałych wydarzeń, to wczoraj ganiałyśmy z A. i dwiema sąsiadkami... dwie świnki, które uciekły z chlewa. Były tak zachwycone świeżym powietrzem i zieloną trawą, że za nic nie chciały z powrotem do zamknięcia. Cała akcja przypominała mecz finałowy na mistrzostwach piłkarskich. Ganianinie nie było końca. W końcu prosięta zmęczyły się bieganiem i same pokornie weszły do siebie, ciężko zasapane (tak samo jak i my).
11 kwietnia 2011
Czady na smutki
Wiatr ustał, w nocy wyjrzały gwiazdy, w dzień słońce. Tym niemniej woda, zostawiona na dworze zamarzła w gusinej misce.
Wczoraj nagle, dla poprawienia smutnego nastroju po stracie domownika, zadegustowałyśmy jeden z serów, któremu minęły już konieczne 2 tygodnie dojrzewania. Zrobiłam go według przepisu niemieckiego, który zmodyfikowałam o pewien istotny element.
Rzeczywiście czadzi nieźle starymi skarpetkami (jeszcze nigdy nie robiłam śmierdziela, więc byłam pod wrażeniem). Rozkrojony pokazał klasę. Cienką mięciutką warstwę tuż pod skórką, która daje niezwykle przyjemne wrażenie na języku. Środek jest pięknie bielutki (jak to w kozim serze), dziurkowany, twardszy, bardzo-bardzo łagodny w smaku. Jednym słowem, ser dla koneserów. Nazwałam go, posłuchajcie... Batiuszka! (w oryginalnej niemieckiej wersji zowie się Mniszkiem lub Monastyrkiem).
Zjadłyśmy od jednego posiedzenia 2\3 z 65-dekagramowej całości. Doskonały do czerwonego wina lub piwa.
Pomimo czadu rzecz jasna, który rozszedł się po całej jadalni i osiadł w niej na długo.
Na wiosce było świniobicie przedświąteczne, więc przetopiłam w garnku na płycie i zrobiłam kilka słoiczków smalcu ze skwarkami ze świeżej słoniny. Kola także dostała swój żelazny zapas tłuszczu i dzisiaj muszę go przerobić. Ha, będzie kolejny czad w domu!
Wczoraj nagle, dla poprawienia smutnego nastroju po stracie domownika, zadegustowałyśmy jeden z serów, któremu minęły już konieczne 2 tygodnie dojrzewania. Zrobiłam go według przepisu niemieckiego, który zmodyfikowałam o pewien istotny element.
Rzeczywiście czadzi nieźle starymi skarpetkami (jeszcze nigdy nie robiłam śmierdziela, więc byłam pod wrażeniem). Rozkrojony pokazał klasę. Cienką mięciutką warstwę tuż pod skórką, która daje niezwykle przyjemne wrażenie na języku. Środek jest pięknie bielutki (jak to w kozim serze), dziurkowany, twardszy, bardzo-bardzo łagodny w smaku. Jednym słowem, ser dla koneserów. Nazwałam go, posłuchajcie... Batiuszka! (w oryginalnej niemieckiej wersji zowie się Mniszkiem lub Monastyrkiem).
Zjadłyśmy od jednego posiedzenia 2\3 z 65-dekagramowej całości. Doskonały do czerwonego wina lub piwa.
Pomimo czadu rzecz jasna, który rozszedł się po całej jadalni i osiadł w niej na długo.
Na wiosce było świniobicie przedświąteczne, więc przetopiłam w garnku na płycie i zrobiłam kilka słoiczków smalcu ze skwarkami ze świeżej słoniny. Kola także dostała swój żelazny zapas tłuszczu i dzisiaj muszę go przerobić. Ha, będzie kolejny czad w domu!
31 stycznia 2011
Jajeczny temat i nie tylko
Przed południem zaszedł do nas stary Mikołaj. Z tuzinem jaj. A za co? A dla jaj.
No, poważnie mówiąc, za podwózkę żony do dentysty. Tyle, że ta wycieczka dentystyczna, kilkukrotna, dotyczy kilku pań z naszej wsi, i nasz-też, więc powtarzam, dla jaj.
W zamian dostał upieczonego chleba żytniego na zakwasie, aninej roboty. Taki mamy handel wymienny na wiosce.
Pogadalim sobie też o jajach, a raczej o ich wycinaniu, różnym zwierzakom. Rolnicy przeważnie mają wśród siebie jednego czy drugiego, kto umie to robić. Ale na ogół chodzi o czyszczenie prosiąt. Co do baranów musimy zapytać tego i owego, ale to już umiejętność zanikająca. Z koziołkami zatem najlepiej udać się do weterynarza.
- On takie specjalne szczypce ma, chwyta, zaciska, krew nie płynie i wtedy przecina woreczek i wyciska jajko.
Czyli jak w komedii Kusturicy, którą żeśmy sobie niedawno obejrzały w necie. Tyle, że tam byk osuwał się na ziemię pod wpływem hipnozy, a Mikołaj opowiada, że bykom to się robi na stojąco. Ogierom na leżąco. O "sztucznym zapładnianiu" indyczki też było, he! i dopiero po komentarzu Wojtka Majdy pojęłam, że to była satyra na Amerykę.
O polityce też pogadaliśmy. Mikołaj ma do tego podejście filozofa.
- Ja ośmdziesiąt lat skończył już, co mnie tam. Niech tam się gryzą i zmieniają, byle jeść było co.
A poza tym dokleiłyśmy kilka brakujących w jednym kącie kuchni płytek terakoty, na zmianę fugowanie, a w międzyczasie warzenie golonki i nóżki z wieprzkowej ćwiartki, cośmy ją kupiły przed świętami, na piecu c.o. Wyszło sporo galaretki.
No, poważnie mówiąc, za podwózkę żony do dentysty. Tyle, że ta wycieczka dentystyczna, kilkukrotna, dotyczy kilku pań z naszej wsi, i nasz-też, więc powtarzam, dla jaj.
W zamian dostał upieczonego chleba żytniego na zakwasie, aninej roboty. Taki mamy handel wymienny na wiosce.
Pogadalim sobie też o jajach, a raczej o ich wycinaniu, różnym zwierzakom. Rolnicy przeważnie mają wśród siebie jednego czy drugiego, kto umie to robić. Ale na ogół chodzi o czyszczenie prosiąt. Co do baranów musimy zapytać tego i owego, ale to już umiejętność zanikająca. Z koziołkami zatem najlepiej udać się do weterynarza.
- On takie specjalne szczypce ma, chwyta, zaciska, krew nie płynie i wtedy przecina woreczek i wyciska jajko.
Czyli jak w komedii Kusturicy, którą żeśmy sobie niedawno obejrzały w necie. Tyle, że tam byk osuwał się na ziemię pod wpływem hipnozy, a Mikołaj opowiada, że bykom to się robi na stojąco. Ogierom na leżąco. O "sztucznym zapładnianiu" indyczki też było, he! i dopiero po komentarzu Wojtka Majdy pojęłam, że to była satyra na Amerykę.
O polityce też pogadaliśmy. Mikołaj ma do tego podejście filozofa.
- Ja ośmdziesiąt lat skończył już, co mnie tam. Niech tam się gryzą i zmieniają, byle jeść było co.
A poza tym dokleiłyśmy kilka brakujących w jednym kącie kuchni płytek terakoty, na zmianę fugowanie, a w międzyczasie warzenie golonki i nóżki z wieprzkowej ćwiartki, cośmy ją kupiły przed świętami, na piecu c.o. Wyszło sporo galaretki.
21 stycznia 2011
Refleksje dalsze
Przeczytałam "Pamiętniki mieszczanina podlaskiego" wydane ostatnio ponownie w 300 egzemplarzach przez Ratusz w Bielsku Podlaskim. W sumie, jak tak patrzeć, to oprócz polityki niewiele się tutaj zmienia. I tego, że z władz zginęli Prusacy, Niemcy, Rosjanie, a z miasteczek żydzi (których pan Roch Sikorski z przyrodzonego charakteru nie lubił i ze smutkiem patrzył, jak się mnożą i wszędy wciskają). Niemcy przynieśli ze sobą ziemniaki, które wtedy zaczęto na Podlasiu uprawiać, dlatego ich kartoflarzami przezywano. Parę co celniejszych kawałków sobie wynotuję, dla spamiętania i anegdoty.
Ów mieszczanin był zbiedniałym szlachetką, który na handlu końmi się dorobił oraz na przewozie towarów do wielkich miast (prowadził wieprze i gęsi do Warszawy, woził len i konopie do Gdańska). W czasach wojen napoleońskich był enterprezerem (tj. przedsiębiorcą) i handlował z poruczenia różnych sąsiednich rządów, wożąc co trzeba i co było w cenie przez trzy granice, które tu po wsiach sąsiednich ustalono. Na koniec udał się nad Prypeć, skąd jego przodkowie przybyli na Podlasie, przepił z kim trzeba i uzyskał od pisarza miejscowego legitymizację swego szlachectwa, co skwapliwie dzieciom przekazał. Mimo to refleksje życiowe miał inne.
"Ile razy zastanawiam się nad przedmiotem, która z klas społeczeństwa jest najszczęśliwsza, wnoszę podług mego zdania, że zamożnego włościanina."
Ów mieszczanin był zbiedniałym szlachetką, który na handlu końmi się dorobił oraz na przewozie towarów do wielkich miast (prowadził wieprze i gęsi do Warszawy, woził len i konopie do Gdańska). W czasach wojen napoleońskich był enterprezerem (tj. przedsiębiorcą) i handlował z poruczenia różnych sąsiednich rządów, wożąc co trzeba i co było w cenie przez trzy granice, które tu po wsiach sąsiednich ustalono. Na koniec udał się nad Prypeć, skąd jego przodkowie przybyli na Podlasie, przepił z kim trzeba i uzyskał od pisarza miejscowego legitymizację swego szlachectwa, co skwapliwie dzieciom przekazał. Mimo to refleksje życiowe miał inne.
"Ile razy zastanawiam się nad przedmiotem, która z klas społeczeństwa jest najszczęśliwsza, wnoszę podług mego zdania, że zamożnego włościanina."
19 stycznia 2011
Eco-fiction
Zdecydowałam. Ponieważ postu ni widać, ni słychać, będę odtąd gotować postne potrawy z okazji Świąt wszelakich.
Świat się na wywrót odmienił. Post o intencji jak najbardziej religijnej, pokutnej, duchowej i oczyszczającej dzięki temu ciało w najlepszy sposób, został zdegradowany do diety wegetariańskiej świątek piątek, czyli czynnik religijny starannie wykasowany. I zamieniony w ideologię: ratujmy Ziemię, ratujmy zwierzęta, ratujmy się od miażdżycy, ratujmy swoją wątrobę, serce, srotototo. A to przecież nie to samo!
Gdyby tak spełniły się plany NWO i Nowy Człowiek (nadczłowiek), wyzwolony z okowów zabobonnej religii, wszechstronnie wyedukowany i zdrowy, osiadły w cywilizowanej ekowiosce ogrzewanej wiatrakami, elektrownią wodną lub solarami, z piękną oszkloną biblioteką, klubem internetowym, polem golfowym dla sportsmenów jadł jedynie warzywa i owoce (podlewane i podsypywane gnojówka ludzką - przez rolników uważaną obecnie za jeszcze gorszą od świńskiej, ale wegetariański gnój na pewno jest o niebo wartościowszy) to wszelkie zwierzęta hodowlane, które pod skrzydła ludzkie się w zamierzchłych czasach Abla schroniły, przepadłyby tak samo, jak giną inne gatunki dzikie, a może jeszcze prędzej... Zniknęłyby krowy, kozy, kury, świnie, cały drób różnej jakości, co mogło to by zdziczało, ale powrót do natury byłby już tylko ich degradacją. Po świecie snułyby się watahy dzikich psów robiących czystkę w stadach owych odegnanych od ludzi zwierząt, nie umiejących sobie radzić zimą, a nowy człowiek rozpocząłby kolejny etap swojej ewolucji, jakim byłoby przejście na odżywanie się energią słoneczną. Nie dałoby się bowiem uprawiać wystarczającej ilości warzyw i owoców ze względu na szkodniki, zdziczałe króliki, ptactwo dawniej przydomowe, a teraz szukające łatwej paszy, dzikie świnie, kozy itp.
O ile koty domowe potrafią sobie radzić same, to jednak psom byłoby gorzej. Z człowiekiem pozostałyby przecież jedynie mutanty ze zdegenerowanym systemem trawiennym, zdolnym trawić groch i kapustę, na ogół dla tego gatunku śmiercionośne.
Ludzie musieliby przenieść się w cieplejsze rejony świata, aby wytrwać na jarskiej diecie. Bo nawet najwięksi siłacze wśród mężczyzn, karmieni specjalnie fasolą dla wigoru nie dawaliby rady przeżyć zim nowej epoki lodowcowej, o jakiej usłyszałam byłam kilka lat temu z ust... Białorusina. Tak, tak, u ruskich głosi się od jakiegoś czasu całkiem odwrotną teorię od Al Gore`a. Teorię długich i krótszych cyklów ociepleń i oziębień, według której weszliśmy kilka lat temu w erę stopniowego wieloletniego wychładzania się klimatu.
Tajna broń Amerykanów, Haarpem zwana, umieszczona na Alasce oraz systematyczna praca mróweczek samolotowych, siejących chemiczne smugi na niebie Europy od lat bodajże już 60 pozostaje jednak w rękach jakiegoś albo złośliwego gnoma, albo podwójnego agenta Wschodu i Zachodu. Bo w Rosji upały się zaczęły na owo głoszone oziębienie klimatu, a na Zachodzie śniegi i mroźne zimy oraz deszcze i powodzie - na ocieplenie.
Ale miało być o czymś innym, bardziej realnym.
Dziś na obiad świąteczny ugotowałam czerwony barszcz. Jako dodatek do podsmażanych pierogów grzybowo-kapuścianych. I starczy nam jeszcze na jutro spokojnie, i może nawet na pojutrze... Panie Boże, odpuść grzech obżarstwa w każdy dzień roku niezależnie od pory i potrzeby organizmu! Świętuję radość uwolnienia się od przymusu zjadania wszystkiego, co produkuję. A nadwyżkę zdrowej żywności zagospodaruj Ty, o Najwyższy, bo ludzcy biurokraci i ustawodawcy zbyt się zbiesili od jakiegoś czasu.
Poza tym popracowałyśmy radośnie na poddaszu, przy sprzątaniu bałaganu pobudowlanego. Trzeba było zamieść dokładnie trociny z podłogi, pozbierać odpadki drewniane zdatne do pieca i posegregować te, które jeszcze się mogą do czegoś przydać, jak resztki desek szalunkowych czy płyt osb i gipsokartonu.
Na wieczór sama przyjemność. Pożyczyłam w gminnej bibliotece reprint z XIX wieku, książeczki pt. "Łyki i kołtuny. Pamiętnik mieszczanina podlaskiego (1790-1816)".
Świat się na wywrót odmienił. Post o intencji jak najbardziej religijnej, pokutnej, duchowej i oczyszczającej dzięki temu ciało w najlepszy sposób, został zdegradowany do diety wegetariańskiej świątek piątek, czyli czynnik religijny starannie wykasowany. I zamieniony w ideologię: ratujmy Ziemię, ratujmy zwierzęta, ratujmy się od miażdżycy, ratujmy swoją wątrobę, serce, srotototo. A to przecież nie to samo!
Gdyby tak spełniły się plany NWO i Nowy Człowiek (nadczłowiek), wyzwolony z okowów zabobonnej religii, wszechstronnie wyedukowany i zdrowy, osiadły w cywilizowanej ekowiosce ogrzewanej wiatrakami, elektrownią wodną lub solarami, z piękną oszkloną biblioteką, klubem internetowym, polem golfowym dla sportsmenów jadł jedynie warzywa i owoce (podlewane i podsypywane gnojówka ludzką - przez rolników uważaną obecnie za jeszcze gorszą od świńskiej, ale wegetariański gnój na pewno jest o niebo wartościowszy) to wszelkie zwierzęta hodowlane, które pod skrzydła ludzkie się w zamierzchłych czasach Abla schroniły, przepadłyby tak samo, jak giną inne gatunki dzikie, a może jeszcze prędzej... Zniknęłyby krowy, kozy, kury, świnie, cały drób różnej jakości, co mogło to by zdziczało, ale powrót do natury byłby już tylko ich degradacją. Po świecie snułyby się watahy dzikich psów robiących czystkę w stadach owych odegnanych od ludzi zwierząt, nie umiejących sobie radzić zimą, a nowy człowiek rozpocząłby kolejny etap swojej ewolucji, jakim byłoby przejście na odżywanie się energią słoneczną. Nie dałoby się bowiem uprawiać wystarczającej ilości warzyw i owoców ze względu na szkodniki, zdziczałe króliki, ptactwo dawniej przydomowe, a teraz szukające łatwej paszy, dzikie świnie, kozy itp.
O ile koty domowe potrafią sobie radzić same, to jednak psom byłoby gorzej. Z człowiekiem pozostałyby przecież jedynie mutanty ze zdegenerowanym systemem trawiennym, zdolnym trawić groch i kapustę, na ogół dla tego gatunku śmiercionośne.
Ludzie musieliby przenieść się w cieplejsze rejony świata, aby wytrwać na jarskiej diecie. Bo nawet najwięksi siłacze wśród mężczyzn, karmieni specjalnie fasolą dla wigoru nie dawaliby rady przeżyć zim nowej epoki lodowcowej, o jakiej usłyszałam byłam kilka lat temu z ust... Białorusina. Tak, tak, u ruskich głosi się od jakiegoś czasu całkiem odwrotną teorię od Al Gore`a. Teorię długich i krótszych cyklów ociepleń i oziębień, według której weszliśmy kilka lat temu w erę stopniowego wieloletniego wychładzania się klimatu.
Tajna broń Amerykanów, Haarpem zwana, umieszczona na Alasce oraz systematyczna praca mróweczek samolotowych, siejących chemiczne smugi na niebie Europy od lat bodajże już 60 pozostaje jednak w rękach jakiegoś albo złośliwego gnoma, albo podwójnego agenta Wschodu i Zachodu. Bo w Rosji upały się zaczęły na owo głoszone oziębienie klimatu, a na Zachodzie śniegi i mroźne zimy oraz deszcze i powodzie - na ocieplenie.
Ale miało być o czymś innym, bardziej realnym.
Dziś na obiad świąteczny ugotowałam czerwony barszcz. Jako dodatek do podsmażanych pierogów grzybowo-kapuścianych. I starczy nam jeszcze na jutro spokojnie, i może nawet na pojutrze... Panie Boże, odpuść grzech obżarstwa w każdy dzień roku niezależnie od pory i potrzeby organizmu! Świętuję radość uwolnienia się od przymusu zjadania wszystkiego, co produkuję. A nadwyżkę zdrowej żywności zagospodaruj Ty, o Najwyższy, bo ludzcy biurokraci i ustawodawcy zbyt się zbiesili od jakiegoś czasu.
Poza tym popracowałyśmy radośnie na poddaszu, przy sprzątaniu bałaganu pobudowlanego. Trzeba było zamieść dokładnie trociny z podłogi, pozbierać odpadki drewniane zdatne do pieca i posegregować te, które jeszcze się mogą do czegoś przydać, jak resztki desek szalunkowych czy płyt osb i gipsokartonu.
Na wieczór sama przyjemność. Pożyczyłam w gminnej bibliotece reprint z XIX wieku, książeczki pt. "Łyki i kołtuny. Pamiętnik mieszczanina podlaskiego (1790-1816)".
10 stycznia 2011
Zimowa wstrecza na jawie
Kolejna wstrecza ze Starymi Kobietami. Możliwa z okazji świąt i zimy, którą na wsi spędza się towarzysko i na luzie, grzejąc się przy piecu, zjadając ubite przed świętami kabany i popijając swojską naleweczką.
Opowieści były już bardziej zwyczajne, ale i tak dla mnie ciekawe. Choć jak zawsze nie nadążam kto, gdzie, z kim i kiedy.
Z dziwnej treści to dowiedziałam się, że Stare Kobiety mają często sny świadome, takie, że po obudzeniu nie wie się, czy czasem ten świat nie jest snem, a tamten śniony przed chwilą, jawą. Poza tym od zawsze zwracają uwagę na treść snów i wiele umieją zinterpretować właściwie.
- Kiedy śni się zmarły ojciec, to dobrze, na poprawę idzie. Kiedy matka, zawsze źle.
- Jak ktoś zmarły przyjdzie we śnie i coś zabierze, to może ktoś umrzeć albo będzie strata w dobytku i pieniędzy. Jak coś zostawi to dobrze, może być wyleczenie z choroby, spadek albo jakiś niespodziewany zarobek.
- Mnie raz śniło się - wspomniała jedna - że matka naszą świnię do Waśki z sąsiedniej wsi zawiozła, do knura. I niedługo z nią wróciła. Tylko, że ten Waśka już dawno wtedy nie żył. Potem nasza sąsiadka też swoją świnię zawiozła do tego Waśki, ale zostawiła ją u knura na noc. Miała pojechać po nią później. Ten sen przyszedł dla mnie w niedzielę. Tak, w niedzielę to było. Opowiedziałam mamie i ta od razu mówi: Łoj, coś bude! I nie minęło parę tygodni, jak ja wieczorem nasze świnie nakarmiła, rano do chlewa zachodzę, a kaban leży już zimny. Co ja się namęczyła, żeby go wyciągnąć, ponad sto kilo już miał! No, z sąsiadką jakoś się udało. Nasze chłopy w polu wtedy były. I znalazł się taki, co padlinę wziął dla psów, więc dobrze się skończyło, bo to lato było. Ale to nie koniec. Minęło znowu trochę czasu i u mojej sąsiadki świnia też padła. Ale dłużej to trwało. Złamała nogę w chlewie, i chociaż ją karmili i czekali, że może wydobrzeje, wdało się zakażenie i zdechła. Ich strata była większa, bo kaban już ze 300 kilo ważył. I tak sen się sprawdził co do joty.
Jeszcze jedno konstatuję z zadowoleniem. Moc naleweczki sprawiła, że Stare Kobiety przeszły gładko na swój ukraiński dialekt i wszelkie opowieści w nim się już tylko toczyły. A ja wsio rozumiała!
Choć mówić jeszcze nie umiem, to - jak orzekły Kobiety - niedługo na pewno zacznę.
Moje uszy przyzwyczaiły się już do wschodniej melodii zdań i wychwytuję każde słowo wyraźnie, i jego sens.
A na początku, rok temu, było trudno. Rozumiałam z mowy tutejszej pojedyncze wyrazy i z nich układałam sobie w głowie sens kombinowany, nie nadążając w ogóle za opowieścią.
Tak poza tym ciepło, wilgotno, mży, śnieg topnieje i woda ścieka po naszym urocznym wzgórku w dół, podjazdem ku bramie. Gusia tapla się w kałużach ochoczo. Kogut pieje. Mgła unosi się nad białą połacią pól. Kozi ząb wciąż dolega i żadne zaglądanie do pyska nie udało się. Zofija je skąpo, ale je, głównie siano, pije letnią wodę, bo zimna ją razi i czekamy na samoistną poprawę. Ekonomia rządzi losem większości zwierząt hodowlanych, to jest ich fatum. Na dowód, że żyje, nie słania się nawet i rokuje poprawę, bez szpikowania drogimi antybiotykami, które jej mleko zanieczyszczą na dłuższy czas, a dziecko skażą na sztuczne dokarmianie, zamieszczam zdjęcie zrobione przed godziną. Zofia przymierza się do świeżej wiązki siana.

Dzisiaj po popołudniowym karmieniu wypuściłyśmy wszystkie dzieci na wspólną przestrzeń w oborze, gdzie szybko stworzyły integrujące się przedszkole. Podskokom i szaleństwom zabawy nie było końca. Ponieważ koźlęta są niezwykle ruchliwe i żywe, to nie sposób im zrobić dobrego zdjęcia. Każde koźlę zmienia pozę pomiędzy naciśnięciem migawki, a rozbłyskiem lampy.
Kola robi za jeszcze jedną kozę, i za taką jest uważana przez młodzież.

A oto Jaśminka, śnieżna córcia Zofijki, w skrócie Jasia, poza maminym boksem, ukryta u mojego boku bacznie obserwuje resztę wyległej na zewnątrz dzieciarni.

Poniżej Zulus, rośnie już na maminym mleku, choć nie należy jeszcze do najsilniejszych w rankingu koźląt, ale rokuje nieźle.
Opowieści były już bardziej zwyczajne, ale i tak dla mnie ciekawe. Choć jak zawsze nie nadążam kto, gdzie, z kim i kiedy.
Z dziwnej treści to dowiedziałam się, że Stare Kobiety mają często sny świadome, takie, że po obudzeniu nie wie się, czy czasem ten świat nie jest snem, a tamten śniony przed chwilą, jawą. Poza tym od zawsze zwracają uwagę na treść snów i wiele umieją zinterpretować właściwie.
- Kiedy śni się zmarły ojciec, to dobrze, na poprawę idzie. Kiedy matka, zawsze źle.
- Jak ktoś zmarły przyjdzie we śnie i coś zabierze, to może ktoś umrzeć albo będzie strata w dobytku i pieniędzy. Jak coś zostawi to dobrze, może być wyleczenie z choroby, spadek albo jakiś niespodziewany zarobek.
- Mnie raz śniło się - wspomniała jedna - że matka naszą świnię do Waśki z sąsiedniej wsi zawiozła, do knura. I niedługo z nią wróciła. Tylko, że ten Waśka już dawno wtedy nie żył. Potem nasza sąsiadka też swoją świnię zawiozła do tego Waśki, ale zostawiła ją u knura na noc. Miała pojechać po nią później. Ten sen przyszedł dla mnie w niedzielę. Tak, w niedzielę to było. Opowiedziałam mamie i ta od razu mówi: Łoj, coś bude! I nie minęło parę tygodni, jak ja wieczorem nasze świnie nakarmiła, rano do chlewa zachodzę, a kaban leży już zimny. Co ja się namęczyła, żeby go wyciągnąć, ponad sto kilo już miał! No, z sąsiadką jakoś się udało. Nasze chłopy w polu wtedy były. I znalazł się taki, co padlinę wziął dla psów, więc dobrze się skończyło, bo to lato było. Ale to nie koniec. Minęło znowu trochę czasu i u mojej sąsiadki świnia też padła. Ale dłużej to trwało. Złamała nogę w chlewie, i chociaż ją karmili i czekali, że może wydobrzeje, wdało się zakażenie i zdechła. Ich strata była większa, bo kaban już ze 300 kilo ważył. I tak sen się sprawdził co do joty.
Jeszcze jedno konstatuję z zadowoleniem. Moc naleweczki sprawiła, że Stare Kobiety przeszły gładko na swój ukraiński dialekt i wszelkie opowieści w nim się już tylko toczyły. A ja wsio rozumiała!
Choć mówić jeszcze nie umiem, to - jak orzekły Kobiety - niedługo na pewno zacznę.
Moje uszy przyzwyczaiły się już do wschodniej melodii zdań i wychwytuję każde słowo wyraźnie, i jego sens.
A na początku, rok temu, było trudno. Rozumiałam z mowy tutejszej pojedyncze wyrazy i z nich układałam sobie w głowie sens kombinowany, nie nadążając w ogóle za opowieścią.
Tak poza tym ciepło, wilgotno, mży, śnieg topnieje i woda ścieka po naszym urocznym wzgórku w dół, podjazdem ku bramie. Gusia tapla się w kałużach ochoczo. Kogut pieje. Mgła unosi się nad białą połacią pól. Kozi ząb wciąż dolega i żadne zaglądanie do pyska nie udało się. Zofija je skąpo, ale je, głównie siano, pije letnią wodę, bo zimna ją razi i czekamy na samoistną poprawę. Ekonomia rządzi losem większości zwierząt hodowlanych, to jest ich fatum. Na dowód, że żyje, nie słania się nawet i rokuje poprawę, bez szpikowania drogimi antybiotykami, które jej mleko zanieczyszczą na dłuższy czas, a dziecko skażą na sztuczne dokarmianie, zamieszczam zdjęcie zrobione przed godziną. Zofia przymierza się do świeżej wiązki siana.

Dzisiaj po popołudniowym karmieniu wypuściłyśmy wszystkie dzieci na wspólną przestrzeń w oborze, gdzie szybko stworzyły integrujące się przedszkole. Podskokom i szaleństwom zabawy nie było końca. Ponieważ koźlęta są niezwykle ruchliwe i żywe, to nie sposób im zrobić dobrego zdjęcia. Każde koźlę zmienia pozę pomiędzy naciśnięciem migawki, a rozbłyskiem lampy.
Kola robi za jeszcze jedną kozę, i za taką jest uważana przez młodzież.

A oto Jaśminka, śnieżna córcia Zofijki, w skrócie Jasia, poza maminym boksem, ukryta u mojego boku bacznie obserwuje resztę wyległej na zewnątrz dzieciarni.

Poniżej Zulus, rośnie już na maminym mleku, choć nie należy jeszcze do najsilniejszych w rankingu koźląt, ale rokuje nieźle.
10 grudnia 2010
Nie tylko bycze jaja
Ruszyli się majstrowie. Ocieplili szczyt chaty od północy i pokryli go od wewnątrz gipsokartonem. Okno dostało parapecik oraz reszta jętek została oszlifowana. Zeszło im na to dwa dni, bo trzeba było przedrzeć się jeszcze przez podłogę z piwnicy do łazienki i strop nad łazienką na poddasze, aby zamontować rury i przewód elektryczny, prowadzące do przyszłego kącika łazienkowego.
Dzisiejszy dzień wyznaczył nową epokę w sposobie ogrzewania chaty przez c.o. Dzięki poradzie Ścibora-Agronauty, zamieszczonej na jego blogu, a którą wynalazł na pewnym forum, wypróbowałam nowy sposób rozpalania pieca. I rewelacja! Poważne spowolnienie spalania, wyszła połowa dotychczasowej dziennej dawki drewna, a temperatura na piecu stała jak mur na 60 stopniach bez żadnego kontrolowania. Zamiast dokładać średnio co pół godziny można zapomnieć o tym nawet na 2,5 godziny (pewnie uda mi się i więcej osiągnąć przy zastosowaniu bardziej kalorycznego drewna). Piec wychładza się także zdecydowanie wolniej i dłużej.
Rozsadza mnie zadowolenie. Bo ta ja jestem osobą odpowiedzialną w domu za codzienne rozpalanie i pilnowanie pieca. (Ania rąbie i targa drewno do domu).
Wczoraj podarowałyśmy pewnej miejscowej starszej pani świeżutkie "cynaderki" z koziołków, które sobie już dawno była zamówiła. Jeśli myślicie, że chodzi o nerki, to się grubo mylicie. Jest to popularna tutaj, żartobliwa nazwa... jąder, zwanych także (jakże nienaukowo) jajami. Przez wtajemniczonych smakoszy uważane są za rarytas.
Pani owa, stara rolniczka, jadała z dawien dawna tak samo bycze, jak i baranie "jaja" i teraz wyraziła chęć spróbowania koźlich.
O ile wiem (a trochę wiem, bo moja mama kilka baranów ubiła ze swojej hodowli), to w moich stronach rodzimych (Piotrkowskie) przysmak ten jest uważany za afrodyzjak i lekarstwo na potencję, zwłaszcza dla starzejących się mężczyzn.
Tutaj nikt mi o tych medycznych właściwościach nie wspominał. Za to wszyscy, co jedli podkreślają smakowitość owej potrawy.
- Łoj, wiadrami kiedyś ludzie zbierali, gdy weterynarz czyścił byki na wiosce - uśmiechnęła się wyżej opisana pani. - Chcecie? Zaraz przyrządzę, pokażę jak się robi, spróbujecie.
Ja byłam otwarta i ciekawa, ale czasu nie było, bo umówiłyśmy się na dość ścisłą godzinę ze znajomymi. Zatem pani owa zademonstrowała nam wyłuskiwanie zawartości ze "skórki" (panom nie będę psuć smaczku nazywając ją naukowo). Rzeczywiście łatwo to się robi, przeciąwszy wzdłuż ostrym nożem i wywracając zawartość na zewnątrz, skórka łatwo się sama oddziela. Niektórzy bowiem ten etap radzą obejść sposobem i rzucić jądra na żar w piecu i kiedy skórka się "zbiegnie" wtedy wydostać środek.
No, więc przekonałam się naocznie, że wewnątrz koźlich "jajek" nie ma białka i żółtka i nic się nie rozlewa, tylko jest delikatne mięsko. "Przecież najsmaczniejsze i najdelikatniejsze, bo to wszystko co samiec ma w sobie najlepszego" - jak stwierdził pewien stary cieśla, który nam parę lat temu garaż na Dąbrowie stawiał.
I też się raczył.
Dalszego etapu nie doczekałam, ale z opowieści powtarzam jak wygląda. Zawartość w kształcie mięsnej kulki kroi się na plastry grubości do 2 cm i smaży na patelni na dowolnym tłuszczu, z cebulką, lekko dusząc. Dość krótko. Aż cebulka będzie gotowa.
A wtedy MNIAM!
Dzisiaj podzieliłyśmy mięso z obu kozłów. Dużo tego. Braknie miejsca w dwóch zamrażarkach, nawet gdy dostanie się znajomym łopatka i udo, trochę żeberek i kości, a część pójdzie na kiełbasę.
Wydostałam zamrożoną wieprzowinę i słoninę, cała wielka miednica tego wyszła, i jutro startujemy do wędlin.
Dzisiejszy dzień wyznaczył nową epokę w sposobie ogrzewania chaty przez c.o. Dzięki poradzie Ścibora-Agronauty, zamieszczonej na jego blogu, a którą wynalazł na pewnym forum, wypróbowałam nowy sposób rozpalania pieca. I rewelacja! Poważne spowolnienie spalania, wyszła połowa dotychczasowej dziennej dawki drewna, a temperatura na piecu stała jak mur na 60 stopniach bez żadnego kontrolowania. Zamiast dokładać średnio co pół godziny można zapomnieć o tym nawet na 2,5 godziny (pewnie uda mi się i więcej osiągnąć przy zastosowaniu bardziej kalorycznego drewna). Piec wychładza się także zdecydowanie wolniej i dłużej.
Rozsadza mnie zadowolenie. Bo ta ja jestem osobą odpowiedzialną w domu za codzienne rozpalanie i pilnowanie pieca. (Ania rąbie i targa drewno do domu).
Wczoraj podarowałyśmy pewnej miejscowej starszej pani świeżutkie "cynaderki" z koziołków, które sobie już dawno była zamówiła. Jeśli myślicie, że chodzi o nerki, to się grubo mylicie. Jest to popularna tutaj, żartobliwa nazwa... jąder, zwanych także (jakże nienaukowo) jajami. Przez wtajemniczonych smakoszy uważane są za rarytas.
Pani owa, stara rolniczka, jadała z dawien dawna tak samo bycze, jak i baranie "jaja" i teraz wyraziła chęć spróbowania koźlich.
O ile wiem (a trochę wiem, bo moja mama kilka baranów ubiła ze swojej hodowli), to w moich stronach rodzimych (Piotrkowskie) przysmak ten jest uważany za afrodyzjak i lekarstwo na potencję, zwłaszcza dla starzejących się mężczyzn.
Tutaj nikt mi o tych medycznych właściwościach nie wspominał. Za to wszyscy, co jedli podkreślają smakowitość owej potrawy.
- Łoj, wiadrami kiedyś ludzie zbierali, gdy weterynarz czyścił byki na wiosce - uśmiechnęła się wyżej opisana pani. - Chcecie? Zaraz przyrządzę, pokażę jak się robi, spróbujecie.
Ja byłam otwarta i ciekawa, ale czasu nie było, bo umówiłyśmy się na dość ścisłą godzinę ze znajomymi. Zatem pani owa zademonstrowała nam wyłuskiwanie zawartości ze "skórki" (panom nie będę psuć smaczku nazywając ją naukowo). Rzeczywiście łatwo to się robi, przeciąwszy wzdłuż ostrym nożem i wywracając zawartość na zewnątrz, skórka łatwo się sama oddziela. Niektórzy bowiem ten etap radzą obejść sposobem i rzucić jądra na żar w piecu i kiedy skórka się "zbiegnie" wtedy wydostać środek.
No, więc przekonałam się naocznie, że wewnątrz koźlich "jajek" nie ma białka i żółtka i nic się nie rozlewa, tylko jest delikatne mięsko. "Przecież najsmaczniejsze i najdelikatniejsze, bo to wszystko co samiec ma w sobie najlepszego" - jak stwierdził pewien stary cieśla, który nam parę lat temu garaż na Dąbrowie stawiał.
I też się raczył.
Dalszego etapu nie doczekałam, ale z opowieści powtarzam jak wygląda. Zawartość w kształcie mięsnej kulki kroi się na plastry grubości do 2 cm i smaży na patelni na dowolnym tłuszczu, z cebulką, lekko dusząc. Dość krótko. Aż cebulka będzie gotowa.
A wtedy MNIAM!
Dzisiaj podzieliłyśmy mięso z obu kozłów. Dużo tego. Braknie miejsca w dwóch zamrażarkach, nawet gdy dostanie się znajomym łopatka i udo, trochę żeberek i kości, a część pójdzie na kiełbasę.
Wydostałam zamrożoną wieprzowinę i słoninę, cała wielka miednica tego wyszła, i jutro startujemy do wędlin.
8 grudnia 2010
Prawda czy sen
Ekipa miała zjawić się dzisiaj, ale coś im wypadło. Jak zawsze. Jednak już na to konto zaliczyłam 2 sny po kolei, w których przeżywałam bicie koziołka. Budziłam się przejęta i modliłam się, żeby uspokoić emocje. I różne niesamowitości z tego wynikły w mojej głowie.
To jest napięcie, które wzrasta w miarę przybliżania się nieuchronnego terminu i pewnie zawsze tak będzie. Trudno się do tego przyzwyczaić. Nie są przyzwyczajeni nawet sami bijący zwierzęta, chłopi z urodzenia, mający do tego pierwotny stosunek. Na przykład rzadko który bił bydlęta z własnej hodowli, te, które karmił i wychowywał. Przeważnie prosi wtedy o przysługę znajomego, w zamian za podobną ze swojej strony u tamtego. Wyjątkiem bywają świnie, do których mało kto się przywiązuje. Choć i taki przypadek spotkałam pewnego razu, w sąsiedniej wsi, gdy na powitanie do płota u pewnego gospodarza wyszła ku nam razem z nim na spotkanie... ogromna, czyściusieńka, oswojona maciora.
Pierwszy raz był dla nas obu ogromnym wstrząsem psychicznym i emocjonalnym. Odebrałam go jak potężną (powalająco) inicjację. I dochodziłam do siebie kilka dni. Tego się nie opowie. Można przeżyć samemu i potem już tylko milczeć. Albo nie przeżywać i nic nie wiedzieć. Na czym życie na tej planecie polega.
Kolejne razy były już mniej poruszające, wiedza, czego się spodziewać pozwala chronić siebie przed niepotrzebnymi dywagacjami i rozedrganiem nerwów. I zająć się konkretami. Stanąć na ziemi i trzymać się jej mocno.
Tym niemniej, inteligent i osiedleniec na wsi w tej delikatnej sprawie, sprawie śmierci zadawanej z własnej woli, bywa bezradny i postawiony wobec całego swego "człowieczeństwa", nabytego w toku kulturowego wyobcowania z przyrody. I albo się przewartościuje i przewartościuje cały swój stosunek do nabytej kultury, albo porzuci przyrodę jaka jest i będzie ją wielbił co najwyżej jako umysłowy fantazmat i nierzeczywisty, ckliwy ideał z kolorowego obrazka.
To, co zauważyłam. W snach, które miewam od tamtego czasu bicie koziołka stało się symbolem ofiary składanej Przeznaczeniu. W zamian za nią przychodzi niesamowita łaska losu (w snach oczywiście, bo czy w rzeczywistości też, zależy od interpretacji faktów i wiary w taki właśnie sens zbieżności wydarzeń).
W każdym razie dla mnie jest to powrót do pogaństwa, nie tylko w poglądach, bo są wytworem umysłu i koncepcją jak każda inna, ale do pierwotności stworzenia, własnej roli w nim i harmonii z naturą. Trudnej, bolesnej i przerażającej harmonii, wzajemnego bezpośredniego obcowania w roli egzekutora jej praw. Ale przez to także niosącej poprzez swoją krańcowość i głębię uczuć, niesamowite przeżycia szczęścia i zachwytu. W innych cudownych momentach, których w przyrodzie jest w zamian pełno.
To jest napięcie, które wzrasta w miarę przybliżania się nieuchronnego terminu i pewnie zawsze tak będzie. Trudno się do tego przyzwyczaić. Nie są przyzwyczajeni nawet sami bijący zwierzęta, chłopi z urodzenia, mający do tego pierwotny stosunek. Na przykład rzadko który bił bydlęta z własnej hodowli, te, które karmił i wychowywał. Przeważnie prosi wtedy o przysługę znajomego, w zamian za podobną ze swojej strony u tamtego. Wyjątkiem bywają świnie, do których mało kto się przywiązuje. Choć i taki przypadek spotkałam pewnego razu, w sąsiedniej wsi, gdy na powitanie do płota u pewnego gospodarza wyszła ku nam razem z nim na spotkanie... ogromna, czyściusieńka, oswojona maciora.
Pierwszy raz był dla nas obu ogromnym wstrząsem psychicznym i emocjonalnym. Odebrałam go jak potężną (powalająco) inicjację. I dochodziłam do siebie kilka dni. Tego się nie opowie. Można przeżyć samemu i potem już tylko milczeć. Albo nie przeżywać i nic nie wiedzieć. Na czym życie na tej planecie polega.
Kolejne razy były już mniej poruszające, wiedza, czego się spodziewać pozwala chronić siebie przed niepotrzebnymi dywagacjami i rozedrganiem nerwów. I zająć się konkretami. Stanąć na ziemi i trzymać się jej mocno.
Tym niemniej, inteligent i osiedleniec na wsi w tej delikatnej sprawie, sprawie śmierci zadawanej z własnej woli, bywa bezradny i postawiony wobec całego swego "człowieczeństwa", nabytego w toku kulturowego wyobcowania z przyrody. I albo się przewartościuje i przewartościuje cały swój stosunek do nabytej kultury, albo porzuci przyrodę jaka jest i będzie ją wielbił co najwyżej jako umysłowy fantazmat i nierzeczywisty, ckliwy ideał z kolorowego obrazka.
To, co zauważyłam. W snach, które miewam od tamtego czasu bicie koziołka stało się symbolem ofiary składanej Przeznaczeniu. W zamian za nią przychodzi niesamowita łaska losu (w snach oczywiście, bo czy w rzeczywistości też, zależy od interpretacji faktów i wiary w taki właśnie sens zbieżności wydarzeń).
W każdym razie dla mnie jest to powrót do pogaństwa, nie tylko w poglądach, bo są wytworem umysłu i koncepcją jak każda inna, ale do pierwotności stworzenia, własnej roli w nim i harmonii z naturą. Trudnej, bolesnej i przerażającej harmonii, wzajemnego bezpośredniego obcowania w roli egzekutora jej praw. Ale przez to także niosącej poprzez swoją krańcowość i głębię uczuć, niesamowite przeżycia szczęścia i zachwytu. W innych cudownych momentach, których w przyrodzie jest w zamian pełno.
26 listopada 2010
Lekcja anatomii z wybuchem albo nie
Dzień pierwszego mrozu zaczął się normalnie. Przyjechał majster drugi z pomocnikiem i wyczyścili szlifierką jętki pod malowanie, założyli kilka przyciętych płyt gipsokartonowych na suficie, a potem zajęli się szalowaniem pakamery przy kuchni (dawnej sieni), gdzie stoi lodówka i sypia Kola.
Smalec zrobiony wczoraj ładnie stężał i mimo piątku skusiłam się na pajdę swojskiego (tj. aninego) chleba razowego ze smalcem ze skwarkami. Wyszło tego 4 i pół litra. Zostało słoniny jeszcze na drugie tyle plus inne potrzeby (kiełbasiane w zamierzeniu). Zaniosłam słoiki do piwniczki, niech stoją i wychodzą w swoim czasie.
Kozy pasły się na ośnieżonym polu oziminy z wielkim zapałem. Zjadanie zielonych kiełków jest zalecane przez rolników. Korzeń trzyma się wtedy mocno ziemi, a nadgryziony od góry na wiosnę krzewi się w kilka pędów i zwiększa plony. Dlatego o tej porze roku puszcza się na pola żyta konie i krowy, co prawda po pierwszych przymrozkach, bo to zwierzęta ciężkie i dopiero wtedy nie tratują gleby i nie wgniatają zboża w głąb ziemi.
Kozy są lekkie, tak samo jak i owce. Nasz sołtys już dawno puszcza swoje owcze stado na zieloną paszę. A i ja przymykałam oko na moje kozy, bo mi ich się ganiać nie chciało. Przychodzą z pola grube i ciężkie tak, że w boksach zaraz kładą się na brzuchu, przeżuwając.
Następnie z ponownie wyostrzonym nożem zabrałyśmy się za praktyczną lekcję anatomii.
- Kurdę, gdzie ta karkówka? Potrzebuję karkówki na baleron. Nie zniszcz łopatki, bo chce pieczeń zrobić. Ostrożnie z boczkiem, nie przecinaj go po swojemu. Kości nie są połączone ze sobą na stałe, da się przeciąć, tylko trzeba manewrować nożem z wyczuciem. A co to za mięsień? Pręga? Polędwica? Muszę w internecie sprawdzić. Ok, kości pójdą do bigosu i krupniku. A te resztki do kiełbasy albo na gulasz. Ale golonkę musisz odrąbać, nie da się chyba inaczej. I nóżkę odetnij.
- Nie rządź się tak. Potrzymaj na sztorc, a teraz odwróć. O, tak. Wiesz, że jestem mańkutem, nie na tą rękę! Do diabła, jak mi palce zmarzły!
Już zrobiłyśmy wywiad tu i ówdzie. Miejscowi łopatkę zużywają przeważnie do kiełbasy, albo na mielone. Boczek wędzą bez peklowania już na drugi dzień po ubiciu. W pończosze. Razem z kiełbasami. Ja spróbuję potrzymać kilka dni w solance. I uwędzić na sznurku większy kawał.
Dzisiaj nastawiłam wywar ziołowy i gotuję baleron ze schabo-karkówki (nie udało mi się tego rozróżnić, mimo przeczytania objaśnień w Wikipedii).
Ruszyła też niemiecka machina zamrażalnicza i stopniowo dokładam do niej posegregowane części wieprzka.
A na koniec dnia postanowiłyśmy rozpalić w c.o. I się zaczęło!
Z powodu odkręcania kaloryfera w jadalnym przy szalowaniu wyciekło sporo wody z kaloryfera w pokoju serowym (tak zwanym, bo najchłodniejszy i na razie w nim sery dojrzewają). Jak się okazało w praniu. Woda zagotowała się w rurze, pompa pompowała z jękiem powietrze, z odpowietrzaczy nic nie leciało i napięcie rosło jak cholera.
Zgubiłam gdzieś cycek do odpowietrzania i biedziłam się ze zdartym śrubokrętem drżącymi ze zdenerwowania dłońmi.
I uff, Ania dała dolewanie wody na full i w końcu instalacja złapała równowagę. I pompa przestała rzęzić. I ogień zaczął dogasać. I przestałam się denerwować wyimaginowanym wybuchem.
I mnie chyba też skoczyło ciśnienie z tego wszystkiego.
Bardzo boję się wybuchów.
Od czasu, jak w "nastolęctwie" wybuchł mi w rękach syfon i tylko o kilka centymetrów od mojej głowy przeleciała jego górna część, uderzając w sufit i robiąc w nim sporą wyrwę. Skończyło się na zejściu dwóch paznokci na palcach prawej ręki.
Teraz skończyło się szczęśliwiej. Baleron się kitrasi w wywarze, Ania się kąpie, koty śpią (o nich w czas mrozu to osobna opowieść), a ja grzeję się skórą ze śp. koziołka Bombka na kolanach i dokańczam tenże post.
Smalec zrobiony wczoraj ładnie stężał i mimo piątku skusiłam się na pajdę swojskiego (tj. aninego) chleba razowego ze smalcem ze skwarkami. Wyszło tego 4 i pół litra. Zostało słoniny jeszcze na drugie tyle plus inne potrzeby (kiełbasiane w zamierzeniu). Zaniosłam słoiki do piwniczki, niech stoją i wychodzą w swoim czasie.
Kozy pasły się na ośnieżonym polu oziminy z wielkim zapałem. Zjadanie zielonych kiełków jest zalecane przez rolników. Korzeń trzyma się wtedy mocno ziemi, a nadgryziony od góry na wiosnę krzewi się w kilka pędów i zwiększa plony. Dlatego o tej porze roku puszcza się na pola żyta konie i krowy, co prawda po pierwszych przymrozkach, bo to zwierzęta ciężkie i dopiero wtedy nie tratują gleby i nie wgniatają zboża w głąb ziemi.
Kozy są lekkie, tak samo jak i owce. Nasz sołtys już dawno puszcza swoje owcze stado na zieloną paszę. A i ja przymykałam oko na moje kozy, bo mi ich się ganiać nie chciało. Przychodzą z pola grube i ciężkie tak, że w boksach zaraz kładą się na brzuchu, przeżuwając.
Następnie z ponownie wyostrzonym nożem zabrałyśmy się za praktyczną lekcję anatomii.
- Kurdę, gdzie ta karkówka? Potrzebuję karkówki na baleron. Nie zniszcz łopatki, bo chce pieczeń zrobić. Ostrożnie z boczkiem, nie przecinaj go po swojemu. Kości nie są połączone ze sobą na stałe, da się przeciąć, tylko trzeba manewrować nożem z wyczuciem. A co to za mięsień? Pręga? Polędwica? Muszę w internecie sprawdzić. Ok, kości pójdą do bigosu i krupniku. A te resztki do kiełbasy albo na gulasz. Ale golonkę musisz odrąbać, nie da się chyba inaczej. I nóżkę odetnij.
- Nie rządź się tak. Potrzymaj na sztorc, a teraz odwróć. O, tak. Wiesz, że jestem mańkutem, nie na tą rękę! Do diabła, jak mi palce zmarzły!
Już zrobiłyśmy wywiad tu i ówdzie. Miejscowi łopatkę zużywają przeważnie do kiełbasy, albo na mielone. Boczek wędzą bez peklowania już na drugi dzień po ubiciu. W pończosze. Razem z kiełbasami. Ja spróbuję potrzymać kilka dni w solance. I uwędzić na sznurku większy kawał.
Dzisiaj nastawiłam wywar ziołowy i gotuję baleron ze schabo-karkówki (nie udało mi się tego rozróżnić, mimo przeczytania objaśnień w Wikipedii).
Ruszyła też niemiecka machina zamrażalnicza i stopniowo dokładam do niej posegregowane części wieprzka.
A na koniec dnia postanowiłyśmy rozpalić w c.o. I się zaczęło!
Z powodu odkręcania kaloryfera w jadalnym przy szalowaniu wyciekło sporo wody z kaloryfera w pokoju serowym (tak zwanym, bo najchłodniejszy i na razie w nim sery dojrzewają). Jak się okazało w praniu. Woda zagotowała się w rurze, pompa pompowała z jękiem powietrze, z odpowietrzaczy nic nie leciało i napięcie rosło jak cholera.
Zgubiłam gdzieś cycek do odpowietrzania i biedziłam się ze zdartym śrubokrętem drżącymi ze zdenerwowania dłońmi.
I uff, Ania dała dolewanie wody na full i w końcu instalacja złapała równowagę. I pompa przestała rzęzić. I ogień zaczął dogasać. I przestałam się denerwować wyimaginowanym wybuchem.
I mnie chyba też skoczyło ciśnienie z tego wszystkiego.
Bardzo boję się wybuchów.
Od czasu, jak w "nastolęctwie" wybuchł mi w rękach syfon i tylko o kilka centymetrów od mojej głowy przeleciała jego górna część, uderzając w sufit i robiąc w nim sporą wyrwę. Skończyło się na zejściu dwóch paznokci na palcach prawej ręki.
Teraz skończyło się szczęśliwiej. Baleron się kitrasi w wywarze, Ania się kąpie, koty śpią (o nich w czas mrozu to osobna opowieść), a ja grzeję się skórą ze śp. koziołka Bombka na kolanach i dokańczam tenże post.
25 listopada 2010
Przygotowania do zimy
Z rana masarską robotą żeśmy się zajęły. Świeżo naostrzonym stalowym nożem rzeźnickim, kupionym parę lat temu z okazji pierwszego bicia kozła łatwo zdjęłyśmy połeć boczku i słoniny ze świńskiej ćwierci. Cała miednica tego wyszła, z połowę wagi całości. Zostawiłam zatem rąbanie siekierą nogi, golonki i żeber oraz oddzielanie łopatki, karkówki i schabu na jutro, a dziś pochłonęło mnie zagospodarowywanie tłuszczu. Co cieńsze kawałki i okrawki pokroiłam w kostkę i poszły do gara na smalec ze skwarkami (z dodatkiem cebulki i jabłek na koniec). Skórki zgromadziłam dla psów i kotów. Najgrubsze kawały zasoliłam z ziołami w kamionce i odstawiłam do śpichrza, gdzie jest teraz najchłodniej i najlepsza temperatura. Gdy się bardziej oziębi przeniosę do piwniczki albo na poddasze, zobaczę. Część kawałów słoniny zamrożę, będą do kiełbasy i na nowy smalec, gdy ten się skończy. No, a dwa połcie boczku zamierzam po zamarynowaniu w ziołach najpierw uwędzić, potem zagotować.
Dalsze plany przerobu mięs mam już w zarysie w głowie i jutro będę je realizować dalej.
W południe przyjechał kurier i dostarczył nam niedawno kupioną przez internet zamrażarkę, trochę ponad 100 litrów pojemności. Bez tego ani rusz na wsi.
Tym sposobem przechodzimy stopniowo do stylu życia, jaki prowadzą miejscowi chłopi. Po świniobiciu przerabiają kabana na wszelkiego rodzaju specjały wędzone, pieczone i gotowane, zamrażają i jedzą do następnego świniobicia. Urozmaicenie w jadłospisie dają kury, indyki, gęsi, perliczki, słowem drób.
U nas niedługo dojdzie koźlęcina.
Do zamrażarki pakuje się też farsze kapuściano-grzybowe, grzyby surowe i podduszane, koper i inne przetwory warzywne i mięsno-warzywne, wykorzystywane do robienia szybko gołąbków czy pierogów.
Tym sposobem w sklepie można już będzie kupować głównie to, czego nie wyprodukowało nasze gospodarstwo, albo któreś z naszej wsi. Bowiem ziemniaki, marchew, cebulę, kapustę plus kilka dyń i cukinii mamy miejscowe plus mleko od krowy kupowane 2 razy w tygodniu oraz osełkę masła raz na kilka tygodni. Zatem co jakiś czas trzeba będzie dokupić margarynę, cukier, mąkę (tę można będzie zorganizować własną, ale w przyszłym roku), kaszę, ryż, olej, herbatę, kawę i sól. Od czasu do czasu chleb i bułki, no i cytrusy. Bo dodam, że Ania wzmogła pieczenie chleba na zakwasie i może być go do woli w zimie (z żytniej razowej mąki kupionej w większej ilości od chłopa na targu). Sery żółte, twarde, miękkie i wędzone mamy własne. Tudzież jaja.
Tak mnie zajęła robota kucharska i palenie w piecach, że zapomniałabym zanotować, że spadło trochę śniegu i nawet nie stopniało w ciągu dnia. Kury były mocno zdziwione.
Dalsze plany przerobu mięs mam już w zarysie w głowie i jutro będę je realizować dalej.
W południe przyjechał kurier i dostarczył nam niedawno kupioną przez internet zamrażarkę, trochę ponad 100 litrów pojemności. Bez tego ani rusz na wsi.
Tym sposobem przechodzimy stopniowo do stylu życia, jaki prowadzą miejscowi chłopi. Po świniobiciu przerabiają kabana na wszelkiego rodzaju specjały wędzone, pieczone i gotowane, zamrażają i jedzą do następnego świniobicia. Urozmaicenie w jadłospisie dają kury, indyki, gęsi, perliczki, słowem drób.
U nas niedługo dojdzie koźlęcina.
Do zamrażarki pakuje się też farsze kapuściano-grzybowe, grzyby surowe i podduszane, koper i inne przetwory warzywne i mięsno-warzywne, wykorzystywane do robienia szybko gołąbków czy pierogów.
Tym sposobem w sklepie można już będzie kupować głównie to, czego nie wyprodukowało nasze gospodarstwo, albo któreś z naszej wsi. Bowiem ziemniaki, marchew, cebulę, kapustę plus kilka dyń i cukinii mamy miejscowe plus mleko od krowy kupowane 2 razy w tygodniu oraz osełkę masła raz na kilka tygodni. Zatem co jakiś czas trzeba będzie dokupić margarynę, cukier, mąkę (tę można będzie zorganizować własną, ale w przyszłym roku), kaszę, ryż, olej, herbatę, kawę i sól. Od czasu do czasu chleb i bułki, no i cytrusy. Bo dodam, że Ania wzmogła pieczenie chleba na zakwasie i może być go do woli w zimie (z żytniej razowej mąki kupionej w większej ilości od chłopa na targu). Sery żółte, twarde, miękkie i wędzone mamy własne. Tudzież jaja.
Tak mnie zajęła robota kucharska i palenie w piecach, że zapomniałabym zanotować, że spadło trochę śniegu i nawet nie stopniało w ciągu dnia. Kury były mocno zdziwione.
24 listopada 2010
Słowo o zalewaniu robaka
Przyjechał gipsokarton. Jutro chłopaki będą mieli co robić.
Oprócz tego ćwierć świni, przednia. 47 kilogramów ciepłego jeszcze mięsa. Leży teraz w pracowni na stole i odparowuje. Niemniej skusiło mnie na zrobienie świeżonki, świeże mięsko z cebulką, przysmażone na patelni. Nakarmiłam nim jeszcze całą brać domową, bo zostało. Niech się ucieszą i zwierzaki.
A propos zatem tematu świniobicia przypomniała mi się taka historia, opowiadana przez miejscowych znajomych.
Jeden mężczyzna był myśliwym. Upolował niedużego dzika, i zjadł go wespół z kilkoma kolegami zaraz po polowaniu. Wkrótce źle się poczuł i zjawił się u lekarza. Ten po badaniach stwierdził początek włośnicy.
- Co robić panie doktorze? Inni też zjedli... - na wszystkich padł blady strach.
- No, medycyna oficjalna nie zna na to skutecznego lekarstwa, ale ludowa, jak sami wiecie, i o wszem... - stwierdził lekarz. I zaordynował im ni mniej ni więcej, tylko... zalać robaka.
Chłopaki czym prędzej zabrali się do leczenia. Sam pan doktor kazał. Leczyli się tak, dzień, dwa, trzy, i więcej. Robota stała, a oni mocnym samogonem dezynfekowali swoje arterie, narządy wewnętrzne i mięśnie. W końcu pierwsza nie wytrzymała żona któregoś z nich. Gdy minął tydzień udała się do lekarza.
I już od progu zawołała:
- Panie doktorze, panie doktorze! Czy oni już mogą przestać się leczyć?!
Lekarz zbaraniał. Nie sądził, że będą tacy pilni.
Stwierdził z powagą, że mogą i kazał zrobić badania. Żaden już nie miał robali. Wszystkie szczęśliwie wytruli...
Tyle anegdoty, gwoli przemyślenia.
Oprócz tego ćwierć świni, przednia. 47 kilogramów ciepłego jeszcze mięsa. Leży teraz w pracowni na stole i odparowuje. Niemniej skusiło mnie na zrobienie świeżonki, świeże mięsko z cebulką, przysmażone na patelni. Nakarmiłam nim jeszcze całą brać domową, bo zostało. Niech się ucieszą i zwierzaki.
A propos zatem tematu świniobicia przypomniała mi się taka historia, opowiadana przez miejscowych znajomych.
Jeden mężczyzna był myśliwym. Upolował niedużego dzika, i zjadł go wespół z kilkoma kolegami zaraz po polowaniu. Wkrótce źle się poczuł i zjawił się u lekarza. Ten po badaniach stwierdził początek włośnicy.
- Co robić panie doktorze? Inni też zjedli... - na wszystkich padł blady strach.
- No, medycyna oficjalna nie zna na to skutecznego lekarstwa, ale ludowa, jak sami wiecie, i o wszem... - stwierdził lekarz. I zaordynował im ni mniej ni więcej, tylko... zalać robaka.
Chłopaki czym prędzej zabrali się do leczenia. Sam pan doktor kazał. Leczyli się tak, dzień, dwa, trzy, i więcej. Robota stała, a oni mocnym samogonem dezynfekowali swoje arterie, narządy wewnętrzne i mięśnie. W końcu pierwsza nie wytrzymała żona któregoś z nich. Gdy minął tydzień udała się do lekarza.
I już od progu zawołała:
- Panie doktorze, panie doktorze! Czy oni już mogą przestać się leczyć?!
Lekarz zbaraniał. Nie sądził, że będą tacy pilni.
Stwierdził z powagą, że mogą i kazał zrobić badania. Żaden już nie miał robali. Wszystkie szczęśliwie wytruli...
Tyle anegdoty, gwoli przemyślenia.
12 listopada 2010
Dochodzenie
Z pięciu minut zrobiła się godzina... a może więcej. Ptak był wyjątkowo wielki i długo walczył, zanim padł. Anna w końcu z trudem przewróciła go na plecy, w której to pozycji w końcu się uspokoił.
- Żałowała może? - spytała sąsiadka.
- E, nie - odparła Anna.
- Bo jak ktoś żałuje, to zwierzę dłużej dochodzi i tylko mocniej się męczy...
No, a potem trzeba było pomóc gościa oskubać, a przy okazji nowiny sobie poopowiadać.
Zostały jeszcze trzy gulguły. Roztyte, ledwie kołyszące się z tłustości z nogi na nogę.
- Jak nie zarżnąć w porę to zaczną padać na serce. Białe tak mają. Do tuczu są specjalnie wyhodowane i krótko żyją.
Zwykłe indyki, szare, są mniejsze, ale zdrowsze, odporniejsze i można je nasadzić na jajach. Poza tym mają o wiele smaczniejsze mięso. Tylko trudno je dostać. Na wiosce ma kilka takich pani Marusia, która jaja skądś na wiosnę zdobyła i podłożyła swojej gąsce do wysiedzenia.
Resztę Święta spędziłyśmy na porządkach w lamusie i stodółce. Przy okazji znalazło się kilka zaginionych rzeczy. Najbardziej jednak ucieszyło nas cudowne odkrycie w folii, do której dawno już nie zaglądałyśmy. Posiane na jesień nowalijki całkiem bowiem obrodziły i na obiad zrobiłam surówkę ze świeżej białej rzodkwi. Rośnie też sałata i koper.
No, a dzisiejszym rankiem, rozdeszczonym, zadzwonił telefon.
- Słucha, wczoraj późno wróciłem, ale zaraz już do was jedzie pomocnik. Ja dojadę, jak się pozbieram.
Pozytywne zaskoczenie, bo świniobicie to nie przelewki przecież. Trzeba zjeść świeżonki i wypić pod nią. A potem dojść do siebie. Nastawiłam się już byłam na dłuższe czekanie.
Zatem niespodziewanie praca wre. Majster drugi z pomagierem (chłopcem trzecim) szczyty ocieplają i szalują na górce.
- Żałowała może? - spytała sąsiadka.
- E, nie - odparła Anna.
- Bo jak ktoś żałuje, to zwierzę dłużej dochodzi i tylko mocniej się męczy...
No, a potem trzeba było pomóc gościa oskubać, a przy okazji nowiny sobie poopowiadać.
Zostały jeszcze trzy gulguły. Roztyte, ledwie kołyszące się z tłustości z nogi na nogę.
- Jak nie zarżnąć w porę to zaczną padać na serce. Białe tak mają. Do tuczu są specjalnie wyhodowane i krótko żyją.
Zwykłe indyki, szare, są mniejsze, ale zdrowsze, odporniejsze i można je nasadzić na jajach. Poza tym mają o wiele smaczniejsze mięso. Tylko trudno je dostać. Na wiosce ma kilka takich pani Marusia, która jaja skądś na wiosnę zdobyła i podłożyła swojej gąsce do wysiedzenia.
Resztę Święta spędziłyśmy na porządkach w lamusie i stodółce. Przy okazji znalazło się kilka zaginionych rzeczy. Najbardziej jednak ucieszyło nas cudowne odkrycie w folii, do której dawno już nie zaglądałyśmy. Posiane na jesień nowalijki całkiem bowiem obrodziły i na obiad zrobiłam surówkę ze świeżej białej rzodkwi. Rośnie też sałata i koper.
No, a dzisiejszym rankiem, rozdeszczonym, zadzwonił telefon.
- Słucha, wczoraj późno wróciłem, ale zaraz już do was jedzie pomocnik. Ja dojadę, jak się pozbieram.
Pozytywne zaskoczenie, bo świniobicie to nie przelewki przecież. Trzeba zjeść świeżonki i wypić pod nią. A potem dojść do siebie. Nastawiłam się już byłam na dłuższe czekanie.
Zatem niespodziewanie praca wre. Majster drugi z pomagierem (chłopcem trzecim) szczyty ocieplają i szalują na górce.
11 listopada 2010
Niespodzianki losu
Poranny telefon.
- Słucha, my się na dzisiaj umawiali, ale teściu właśnie zadzwonił z zagranicy. Świniak mu się źle poczuł i muszę jechać, pomóc zarżnąć i rozebrać. To i jutro wpadnę albo się jakoś umówimy, dobre?
- A mam inne wyjście? Świniak ważna sprawa, nie może się zmarnować. Poczekam.
Ale żeby się nie nudziło, zaraz sąsiadka woła od płota.
- Pani Aniu, na pięć minut zajdzie do mnie. Indora potrzymać...
- A cóż to, na Święto Niepodległości indyka będzie pani piekła? - zaśmiewa się Ania i zaraz idzie, w uśmierceniu ogromnego spasionego gulguła pomagać.
- Słucha, my się na dzisiaj umawiali, ale teściu właśnie zadzwonił z zagranicy. Świniak mu się źle poczuł i muszę jechać, pomóc zarżnąć i rozebrać. To i jutro wpadnę albo się jakoś umówimy, dobre?
- A mam inne wyjście? Świniak ważna sprawa, nie może się zmarnować. Poczekam.
Ale żeby się nie nudziło, zaraz sąsiadka woła od płota.
- Pani Aniu, na pięć minut zajdzie do mnie. Indora potrzymać...
- A cóż to, na Święto Niepodległości indyka będzie pani piekła? - zaśmiewa się Ania i zaraz idzie, w uśmierceniu ogromnego spasionego gulguła pomagać.
3 listopada 2010
Kapuściana głowa
Leniwie się porobiło.
Pogoda zeszłego znaku Wagi i niniejszego Skorpijona (tj. październikowo-listopadowa) sprzyja uspokojeniu nerwów. Pojawiła się owszem mgła, wieczorno-poranna i wilgotność powietrza wzrosła, ale jest ciepło, palić jakoś specjalnie nie trzeba, zwierzęta żerują na resztkach zielono-rudego, a i wieczory zrobiły się tak długie, że człek już gotów o północy wstawać, całkiem wyspany.
Pasąc kozy na buszowisku medytuję z drzewami (mam kilka wybranych okazów) i z nudów zbieram chrust w naszej brzezince. Naręcze starcza na dwa palenia pod płytą. Mam w ten sposób załatwione ugotowanie obiadu, karmy dla zwierząt i ogrzanie wody na kąpiel i zmywanie.
Stary Mikołaj raz przyniósł wór pełen resztek z kapusty dla kóz, drugi raz reklamówkę świeżej słoniny, a właściwie boczku. Którym to zajadamy się od kilku dni na śniadanie. Słonina zawiera nikłą ilość cholesterolu w porównaniu np. z masłem czy produktami masłopodobnymi. Big Johnny, wtajemniczony przez starego lekarza głosi to od lat, je słoninę do wszystkiego i wbrew kiepskim wynikom swoich badań ma się dobrze i pola swoje obrabia bez żadnych lekarstw (oprócz tych naturalnych). Psy i koty dostały nowy zapas skórek i tłuszczu jelitowego (z tzw. kryzki), który wytopiłam w garze na kuchni.
Wczoraj zaś zakisiłyśmy beczkę kapusty na zimę. Wioskowi już dawno to zrobili, bo kiszą zaraz po święcie Pokrowy. My zazwyczaj w okolicach Wszystkich Świętych, zwłaszcza, że pogoda jest.
Nastawiam kapustę z tartą marchwią i jabłkami, z dodatkiem kminku i soli kamiennej.
Beczka współczesna, plastikowa, 60-litrowa, za 30 złociszy kupiona na targu kilka lat temu. Kapusta szatkowana ręcznie na tarce, wkładana do foliowego worka, który jednak wygodniejszy jest w użyciu, niż jego brak, ze względu na rozwój pleśni. Za kilka dni przetoczymy beczułkę do piwniczki zewnętrznej, gdzie dotrzyma co najmniej Wielkanocy, o ile nie późniejszego czasu.
Pogoda zeszłego znaku Wagi i niniejszego Skorpijona (tj. październikowo-listopadowa) sprzyja uspokojeniu nerwów. Pojawiła się owszem mgła, wieczorno-poranna i wilgotność powietrza wzrosła, ale jest ciepło, palić jakoś specjalnie nie trzeba, zwierzęta żerują na resztkach zielono-rudego, a i wieczory zrobiły się tak długie, że człek już gotów o północy wstawać, całkiem wyspany.
Pasąc kozy na buszowisku medytuję z drzewami (mam kilka wybranych okazów) i z nudów zbieram chrust w naszej brzezince. Naręcze starcza na dwa palenia pod płytą. Mam w ten sposób załatwione ugotowanie obiadu, karmy dla zwierząt i ogrzanie wody na kąpiel i zmywanie.
Stary Mikołaj raz przyniósł wór pełen resztek z kapusty dla kóz, drugi raz reklamówkę świeżej słoniny, a właściwie boczku. Którym to zajadamy się od kilku dni na śniadanie. Słonina zawiera nikłą ilość cholesterolu w porównaniu np. z masłem czy produktami masłopodobnymi. Big Johnny, wtajemniczony przez starego lekarza głosi to od lat, je słoninę do wszystkiego i wbrew kiepskim wynikom swoich badań ma się dobrze i pola swoje obrabia bez żadnych lekarstw (oprócz tych naturalnych). Psy i koty dostały nowy zapas skórek i tłuszczu jelitowego (z tzw. kryzki), który wytopiłam w garze na kuchni.
Wczoraj zaś zakisiłyśmy beczkę kapusty na zimę. Wioskowi już dawno to zrobili, bo kiszą zaraz po święcie Pokrowy. My zazwyczaj w okolicach Wszystkich Świętych, zwłaszcza, że pogoda jest.
Nastawiam kapustę z tartą marchwią i jabłkami, z dodatkiem kminku i soli kamiennej.
Beczka współczesna, plastikowa, 60-litrowa, za 30 złociszy kupiona na targu kilka lat temu. Kapusta szatkowana ręcznie na tarce, wkładana do foliowego worka, który jednak wygodniejszy jest w użyciu, niż jego brak, ze względu na rozwój pleśni. Za kilka dni przetoczymy beczułkę do piwniczki zewnętrznej, gdzie dotrzyma co najmniej Wielkanocy, o ile nie późniejszego czasu.
2 listopada 2010
Lokalne rozwiązania a planetarny chaos
Pewien internetowy znajomy podesłał mi film twórcy "Green Beautiful" Coline Serveau, który w tłumaczeniu z francuskiego brzmi: "Lokalne rozwiązania światowego bałaganu". Leciał w tym roku we francuskich kinach.
Jest to ważne przesłanie uświadamiające wszystkich, tak rolników jak mieszkańców miast i konsumentów żywności, nad jaką przepaścią stanęła planeta. Zarządzana złodziejsko i przestępczo przez skorumpowane rządy, eksploatowana do granic przez korporacje, zatruwana chemią i nawozami sztucznymi, które "zrodziły się z wojny", czyli zaczęły być sprzedawane na siłę rolnikom po II wojnie światowej przez dawne koncerny zbrojeniowe, produkujące bomby i broń chemiczną.
Realizatorzy wędrują przez kontynenty i wszędzie widzą i słyszą to samo. Wypowiadają się ludzie z Brazylii, Afryki Północnej, Francji, Włoch, Ukrainy i Indii. Tak samo prości jak wykształceni, z wieloma fakultetami.
Ziemia jest niszczona i gwałcona. Przez zmaskulinizowany i zracjonalizowany system oparty na zysku.
Jednocześnie film skupia się na pokazaniu alternatywy, jaką jest rolnictwo organiczne. Które potrafi szybko uzdrowić zmartwiałą glebę i przywrócić w niej różnorodność życia. I smaków, które daje w obfitości. Wypowiadający się reprezentują tę właśnie ścieżkę rozwoju.
Porzucili ślepą wiarę w wyższość rolnictwa intensywnego i chemicznego i wybrali współpracę z Matką Ziemią. Czasem przeszli przez osobisty dramat przemiany z rolnika-rekordzisty (jak pewien chłop indyjski czy dyrektor ukraińskiego kołchozu), czasem oparli się namowom przejścia na nowoczesne technologie w czasach, gdy były wdrażane (jak pewien samotny rolnik francuski), niektórzy studiowali zanikłe w Europie dziedziny nauki, takie jak mikrobiologia gleb i sami zaczęli robić badania, których już od lat nie wykonują zachodnie laboratoria.
Wszyscy są do siebie podobni pod jednym względem, głębokiej troski o życie ziemi, o przyrodę, i miłość do pracy rąk, z której żyją oni i ich rodziny. Dodajmy, szczęśliwe rodziny, nie dotknięte patologiami.
Film niepokoi, ale i zostawia nadzieję. Że ludzie się ockną i zdążą uratować planetę, swoją matkę.
Wydaje mi się osobiście, że za mało niepokoju przekazał. Że tragedia, która się dzieje została zbytnio rozjaśniona uśmiechami tych szczęśliwych rolników i obrońców bio-różnorodności. Ale może lepiej zabrać się samemu do działania, bo czasu zostało niewiele, raptem kilka lat, żeby się okopać do przetrwania najgorszego? A nie gadać po próżnicy?
W przekazach rolników zwłaszcza zachodnich, ale i południowoamerykańskich było wiele myślenia o katastrofie. Francuz sprzedający bezpośrednio swoje warzywa klientom z Paryża mówi, że Paryż w razie kryzysu ma zapasy jedynie na 4 dni. Jeśli przymuszona głodem ludzka szarańcza ruszyłaby na wieś, pożarłaby całą jego pracę w jednym momencie. Żyje z tego powodu w strachu. Jest jednym z niewielu małorolnych gospodarzy w tym rejonie. A w ostatnim czasie jeszcze ich liczba się zmniejszyła.
Film nie szafuje modnymi hasłami. Wyraz permakultura nie pada tam ani razu, choć jest pean na temat rolnictwa bezorkowego (głoszony przez francuskie małżeństwo mikrobiologów gleby). Jest wzmianka o biodynamice i jego twórcy oraz piękny leśny ogród uprawiany w Indiach. I pokaz przyrządzania przez indyjskich chłopów preparatów chroniących sadzonki ryżu przed szkodnikami. Ogólnie wszyscy pracują ze ściółkowaniem, nawożeniem naturalnym, gnojem zwierzęcym i kompostem. Zbierają własne nasiona i chronią stare odmiany roślin.
Na koniec może dodam opowieść naszej pani sąsiadki. Warto słuchać starych ludzi pod tym względem. Oni nie wierzą w propagandę nawozowo-chemiczną, bo widzieli inne rzeczy na własne oczy.
Nasza wioska ma najsłabsze gleby V i VI klasy, wydarte przez karczunek lasowi kilkadziesiąt lat temu.
- Myśmy gospodarzyli tak - opowiada - Trzymało się kilkanaście świń, 3-4 krowy, konia i kury. Jak chłopy gnój z chlewa i obory wyciągali to było tego z 12 fur naraz. To wszystko szło na pole. Rzucaliśmy pod ziemniaki, co trzy lata. Po ziemniakach szedł owies, a po owsie żyto. I znowu gnój i kartofle. Wtedy ziemia rodziła, kłosy były duże, a snopy ło, takie (pokazała w objęciu). No, ale byli na wiosce i tacy, którzy mieli gorszą od nas ziemię, a większe plony. Ło, takie (pokazała znowu, rozszerzając ramiona). Ale oni więcej nawet zwierząt trzymali i nawozili ziemię co roku, bo nie mieli co z gnojem robić. Ziemia dawała zawsze, nie kaprysiła. No, a teraz? Kogo stać na saletrę? na oprysk? Tyle ile zasiejesz to i zbierzesz, a czasem nawet mniej... Tyle kabanów czy kur, które można tym utrzymać daje gnoju ledwie pod zagonek kartofli i warzywniak za stodołą. No, i starzy jesteśmy, dzieci nie chcą na wsi robić, w dyrektory poszły, ech...
Jest to ważne przesłanie uświadamiające wszystkich, tak rolników jak mieszkańców miast i konsumentów żywności, nad jaką przepaścią stanęła planeta. Zarządzana złodziejsko i przestępczo przez skorumpowane rządy, eksploatowana do granic przez korporacje, zatruwana chemią i nawozami sztucznymi, które "zrodziły się z wojny", czyli zaczęły być sprzedawane na siłę rolnikom po II wojnie światowej przez dawne koncerny zbrojeniowe, produkujące bomby i broń chemiczną.
Realizatorzy wędrują przez kontynenty i wszędzie widzą i słyszą to samo. Wypowiadają się ludzie z Brazylii, Afryki Północnej, Francji, Włoch, Ukrainy i Indii. Tak samo prości jak wykształceni, z wieloma fakultetami.
Ziemia jest niszczona i gwałcona. Przez zmaskulinizowany i zracjonalizowany system oparty na zysku.
Jednocześnie film skupia się na pokazaniu alternatywy, jaką jest rolnictwo organiczne. Które potrafi szybko uzdrowić zmartwiałą glebę i przywrócić w niej różnorodność życia. I smaków, które daje w obfitości. Wypowiadający się reprezentują tę właśnie ścieżkę rozwoju.
Porzucili ślepą wiarę w wyższość rolnictwa intensywnego i chemicznego i wybrali współpracę z Matką Ziemią. Czasem przeszli przez osobisty dramat przemiany z rolnika-rekordzisty (jak pewien chłop indyjski czy dyrektor ukraińskiego kołchozu), czasem oparli się namowom przejścia na nowoczesne technologie w czasach, gdy były wdrażane (jak pewien samotny rolnik francuski), niektórzy studiowali zanikłe w Europie dziedziny nauki, takie jak mikrobiologia gleb i sami zaczęli robić badania, których już od lat nie wykonują zachodnie laboratoria.
Wszyscy są do siebie podobni pod jednym względem, głębokiej troski o życie ziemi, o przyrodę, i miłość do pracy rąk, z której żyją oni i ich rodziny. Dodajmy, szczęśliwe rodziny, nie dotknięte patologiami.
Film niepokoi, ale i zostawia nadzieję. Że ludzie się ockną i zdążą uratować planetę, swoją matkę.
Wydaje mi się osobiście, że za mało niepokoju przekazał. Że tragedia, która się dzieje została zbytnio rozjaśniona uśmiechami tych szczęśliwych rolników i obrońców bio-różnorodności. Ale może lepiej zabrać się samemu do działania, bo czasu zostało niewiele, raptem kilka lat, żeby się okopać do przetrwania najgorszego? A nie gadać po próżnicy?
W przekazach rolników zwłaszcza zachodnich, ale i południowoamerykańskich było wiele myślenia o katastrofie. Francuz sprzedający bezpośrednio swoje warzywa klientom z Paryża mówi, że Paryż w razie kryzysu ma zapasy jedynie na 4 dni. Jeśli przymuszona głodem ludzka szarańcza ruszyłaby na wieś, pożarłaby całą jego pracę w jednym momencie. Żyje z tego powodu w strachu. Jest jednym z niewielu małorolnych gospodarzy w tym rejonie. A w ostatnim czasie jeszcze ich liczba się zmniejszyła.
Film nie szafuje modnymi hasłami. Wyraz permakultura nie pada tam ani razu, choć jest pean na temat rolnictwa bezorkowego (głoszony przez francuskie małżeństwo mikrobiologów gleby). Jest wzmianka o biodynamice i jego twórcy oraz piękny leśny ogród uprawiany w Indiach. I pokaz przyrządzania przez indyjskich chłopów preparatów chroniących sadzonki ryżu przed szkodnikami. Ogólnie wszyscy pracują ze ściółkowaniem, nawożeniem naturalnym, gnojem zwierzęcym i kompostem. Zbierają własne nasiona i chronią stare odmiany roślin.
Na koniec może dodam opowieść naszej pani sąsiadki. Warto słuchać starych ludzi pod tym względem. Oni nie wierzą w propagandę nawozowo-chemiczną, bo widzieli inne rzeczy na własne oczy.
Nasza wioska ma najsłabsze gleby V i VI klasy, wydarte przez karczunek lasowi kilkadziesiąt lat temu.
- Myśmy gospodarzyli tak - opowiada - Trzymało się kilkanaście świń, 3-4 krowy, konia i kury. Jak chłopy gnój z chlewa i obory wyciągali to było tego z 12 fur naraz. To wszystko szło na pole. Rzucaliśmy pod ziemniaki, co trzy lata. Po ziemniakach szedł owies, a po owsie żyto. I znowu gnój i kartofle. Wtedy ziemia rodziła, kłosy były duże, a snopy ło, takie (pokazała w objęciu). No, ale byli na wiosce i tacy, którzy mieli gorszą od nas ziemię, a większe plony. Ło, takie (pokazała znowu, rozszerzając ramiona). Ale oni więcej nawet zwierząt trzymali i nawozili ziemię co roku, bo nie mieli co z gnojem robić. Ziemia dawała zawsze, nie kaprysiła. No, a teraz? Kogo stać na saletrę? na oprysk? Tyle ile zasiejesz to i zbierzesz, a czasem nawet mniej... Tyle kabanów czy kur, które można tym utrzymać daje gnoju ledwie pod zagonek kartofli i warzywniak za stodołą. No, i starzy jesteśmy, dzieci nie chcą na wsi robić, w dyrektory poszły, ech...
14 października 2010
Koniec i początek
Wczoraj przyszedł Kościk i posprzątał to, czego Jarko nie zdążył. A więc wywiózł do dołu zalegające za chatą resztki ze ścianówki (lasujące się cegły, popękane kafle, glinę i kamienie), czyli to, co zostało po wybraniu wszystkiego, co nie uszkodzone i zdatne do przetworzenia w inną formę. Oraz przewiózł na inną kupę, w rogu podwórza pozostałości żwiru po budowie. Okazało się być tego dość sporo. Zwierzęta udeptały sobie tę kupę i zrobiły tam plażowisko i grzebalisko, dlatego wydawało się mniej, niż w istocie. Woził taczki całe popołudnie. Ale, na szczęście dla nas, zawziął się skończyć i zrobił to!
W tej chwili więc mamy podwórze uporządkowane, zapasy zimowe zgromadzone i pozostaje już tylko kilka drobnych prac do wykonania. Przed nadejściem pory rolniczych wakacji, czyli Pani Zimy.
Wpadła też z wizytą pani Hela i dalejże wspominać dawne dzieje. Jak to ludzie na wsi musieli kiedyś ciężko pracować, dorabiać się od zera, bez żadnych pożyczek czy zapomóg. Jej rodzice sprowadzili się tu z jedną krową, mieszkali w niziutkiej komórce, zanim tę chatę odkupili od kogoś w Puszczy i na tę piaszczystą górę przenieśli. Teście naszej sąsiadki mieszkali w tym samym czasie w "ziemlance" wygrzebanej na karczowisku. Kiedyś wąż tam wpełzł i wsunął się do dziecka uśpionego w kołysce w czasie, gdy pracowali w polu. W ziemiance także trzymali świnie, które były ich jedynym źródłem jedzenia przez jakiś czas. To miejsce jest już niezamieszkane, znowu porośnięte lasem. Pomiędzy drzewami istnieją jeszcze fundamenty budynku gospodarczego, który sobie później wystawili.
Opowiedziała też o dziejach nieistniejącej już dawno wsi Borki, sąsiadującej z naszą. Jej mieszkańcy sprowadzili się do niej przed wojną, bo ziemia była tania i mogli stać się rolnikami pełną gębą w zamian za poletko gdzieś indziej. Kilka lat karczowiska dawały plony, ale dość szybko gleba wyjałowiła się i przestała rodzić. Z ludnej wsi posiadającej nawet szkołę i przystanek pociągu pozostało z czasem kilku gospodarzy, a potem już nawet ostatni, obrabowany przez Cyganów w jeden dzień stamtąd uciekł do miasteczka. Jego ziomkowie ruszyli po wojnie na Ziemie Odzyskane i zapomnieli o tej wiosce, która wciąż wraca we wspomnieniach starszych okolicznych mieszkańców. Istnieją jeszcze ślady budynków pomiędzy drzewami w lesie, no, i przystanek na linii Nurzec-Stacja - Czeremcha. Wysiadają na nim zawsze gromadnie grzybiarze. I nazwa na tablicy widnieje: Borki. Taka to historia.
- Jak zamknę oczy to jeszcze widzę tę wioskę, wszystkie chałupy i budynki - opowiadała pani Hela - Światła w domach wieczorem i głosy ludzi i zwierząt słyszę. Ja tam nawet przez rok do szkoły przez las chodziła. Ech, przeminęło, nie ma, nie będzie.
W tej chwili więc mamy podwórze uporządkowane, zapasy zimowe zgromadzone i pozostaje już tylko kilka drobnych prac do wykonania. Przed nadejściem pory rolniczych wakacji, czyli Pani Zimy.
Wpadła też z wizytą pani Hela i dalejże wspominać dawne dzieje. Jak to ludzie na wsi musieli kiedyś ciężko pracować, dorabiać się od zera, bez żadnych pożyczek czy zapomóg. Jej rodzice sprowadzili się tu z jedną krową, mieszkali w niziutkiej komórce, zanim tę chatę odkupili od kogoś w Puszczy i na tę piaszczystą górę przenieśli. Teście naszej sąsiadki mieszkali w tym samym czasie w "ziemlance" wygrzebanej na karczowisku. Kiedyś wąż tam wpełzł i wsunął się do dziecka uśpionego w kołysce w czasie, gdy pracowali w polu. W ziemiance także trzymali świnie, które były ich jedynym źródłem jedzenia przez jakiś czas. To miejsce jest już niezamieszkane, znowu porośnięte lasem. Pomiędzy drzewami istnieją jeszcze fundamenty budynku gospodarczego, który sobie później wystawili.
Opowiedziała też o dziejach nieistniejącej już dawno wsi Borki, sąsiadującej z naszą. Jej mieszkańcy sprowadzili się do niej przed wojną, bo ziemia była tania i mogli stać się rolnikami pełną gębą w zamian za poletko gdzieś indziej. Kilka lat karczowiska dawały plony, ale dość szybko gleba wyjałowiła się i przestała rodzić. Z ludnej wsi posiadającej nawet szkołę i przystanek pociągu pozostało z czasem kilku gospodarzy, a potem już nawet ostatni, obrabowany przez Cyganów w jeden dzień stamtąd uciekł do miasteczka. Jego ziomkowie ruszyli po wojnie na Ziemie Odzyskane i zapomnieli o tej wiosce, która wciąż wraca we wspomnieniach starszych okolicznych mieszkańców. Istnieją jeszcze ślady budynków pomiędzy drzewami w lesie, no, i przystanek na linii Nurzec-Stacja - Czeremcha. Wysiadają na nim zawsze gromadnie grzybiarze. I nazwa na tablicy widnieje: Borki. Taka to historia.
- Jak zamknę oczy to jeszcze widzę tę wioskę, wszystkie chałupy i budynki - opowiadała pani Hela - Światła w domach wieczorem i głosy ludzi i zwierząt słyszę. Ja tam nawet przez rok do szkoły przez las chodziła. Ech, przeminęło, nie ma, nie będzie.
4 lipca 2010
Ruska słonina
Po pracowitej niedzieli nastał wieczór. Wpadła sąsiadka. I z jej ust wyjęłam przepis, który wam tu zamieszczam.
Zarżniętego wieprza opala się wiechciami słomy, broń Boże nad gazem (bo skórka wtedy śmierdzi, zamiast dawać aromat). Skóra wtedy sama odchodzi od tłuszczu.
Słoninę po odparowaniu połci w stodole przycina się do kształtu naczynia, w którym ma być ułożona, a układa warstwami jedna na drugiej. Niektórzy jeszcze wkładają ją, jako dawniej bywało, do specjalnej dębowej lub jesionowej skrzynki. Można też do kamionki albo zwykłego garnka lub wiadra.
Przycięte połcie słoniny soli się z każdej strony sowicie solą kamienną niejodowaną wymieszaną z ulubionymi ziołami. Może być to czosnek, majeranek, pieprz albo czerwona papryka (byle nie za ostra). Układa jeden na drugim i na koniec przykrywa ściereczką lnianą, żeby słonina oddychała.
Przechowuje się całość w chłodnej komorze (na zachodzie spiżarnią zwanej), albo w sklepie (to piwnica zewnętrzna, ziemią osypana, z dobrą wentylacją). Po dwóch-trzech tygodniach słonina jest zdatna do jedzenia. Choć w dobrych dla siebie warunkach potrafi przetrwać wiele miesięcy, a im starsza tym smaczniejsza się robi. W pełni dojrzała daje się nieomal rozsmarowywać na chlebie!
Kroić w cieniutkie plastry, podawać na talerzyku, w sąsiedztwie kromek swojskiego chleba. Oczywiście do swojskiej nalewki, zagryzając kiszonym ogórkiem, we własnym warzywniaku uchowanym.
Jedna uwaga: jeśli zacznie się już kroić połeć słoniny, to trzeba później napoczętą resztę wsadzić do lodówki lub zamrozić, bo w komorze lub piwnicy przejmuje w siebie dziwne zapachy.
Solona słonina
Kupić na targu prosiaczka, najlepiej dwa, bo się wtedy dobrze chowają. Tuczyć kabana przez rok. Osypką z owsa i żyta, kartoflami z parnika i innymi resztkami (np. serwatką i maślanką). Od czasu do czasu przepędzać go, żeby miał ruch.
Od ruchu słonina przerasta mięsem i daje smakowity boczek. Ale my tu o słoninie, a nie o boczku...
Roczny kaban ma 300-400 kg wagi i słoninę na palec grubą (ok. 10 cm). Takiej nie da się kupić w sklepie. Rynek polski zdominowały wieprze modyfikowane, które w słoninę wcale nie obrastają. Żeby spróbować trzeba przyjechać na wschód.Zarżniętego wieprza opala się wiechciami słomy, broń Boże nad gazem (bo skórka wtedy śmierdzi, zamiast dawać aromat). Skóra wtedy sama odchodzi od tłuszczu.
Słoninę po odparowaniu połci w stodole przycina się do kształtu naczynia, w którym ma być ułożona, a układa warstwami jedna na drugiej. Niektórzy jeszcze wkładają ją, jako dawniej bywało, do specjalnej dębowej lub jesionowej skrzynki. Można też do kamionki albo zwykłego garnka lub wiadra.
Przycięte połcie słoniny soli się z każdej strony sowicie solą kamienną niejodowaną wymieszaną z ulubionymi ziołami. Może być to czosnek, majeranek, pieprz albo czerwona papryka (byle nie za ostra). Układa jeden na drugim i na koniec przykrywa ściereczką lnianą, żeby słonina oddychała.
Przechowuje się całość w chłodnej komorze (na zachodzie spiżarnią zwanej), albo w sklepie (to piwnica zewnętrzna, ziemią osypana, z dobrą wentylacją). Po dwóch-trzech tygodniach słonina jest zdatna do jedzenia. Choć w dobrych dla siebie warunkach potrafi przetrwać wiele miesięcy, a im starsza tym smaczniejsza się robi. W pełni dojrzała daje się nieomal rozsmarowywać na chlebie!
Kroić w cieniutkie plastry, podawać na talerzyku, w sąsiedztwie kromek swojskiego chleba. Oczywiście do swojskiej nalewki, zagryzając kiszonym ogórkiem, we własnym warzywniaku uchowanym.
Jedna uwaga: jeśli zacznie się już kroić połeć słoniny, to trzeba później napoczętą resztę wsadzić do lodówki lub zamrozić, bo w komorze lub piwnicy przejmuje w siebie dziwne zapachy.
30 czerwca 2010
Lewica pracująca
Pieca nie udało się ukończyć w standardowych trzech i pół dniach. Stoi już 14 rządków kafli, brakuje piętnastego wieńczącego dzieło. Zdun walczy pilnie, choć to człowiek starszy i schorowany. Pracuje po 12 godzin na dzień, od siódmej do siódmej. Je bardzo mało, bo mu szkodzi. Ale wypala paczkę papierosów. Co rano wypija na czczo jedno lub dwa jaja od kur, które hoduje. Twierdzi, że jaja od zielononóżek to reklama, bo jaja od wszelkich kur chodzących swobodnie po świecie nie mają cholesterolu, tylko te z fermy. (Podobne przekonanie mają tutejsi chłopi co do słoniny ze swojskiego kabana, którą zajadają się w formie marynaty w soli i ziołach). Pije kozie mleko bez obrzydzenia, z przyjemnością.
- Zakuricie? - pyta chłopaków pracujących przy szalowaniu i ci mówią: "Zakurzym, szczo nie?" i przystają w robocie, wchłaniając dym w ponad 30-stopniowym upale. Gładko przechodzi z polskiego na gwarę ruską tutejszą i rozmawia z każdym jego miejscowym dialektem, nawet tego za bardzo nie zauważając.
Interesuje się polityką i historią. Lewicowiec. Ogląda białoruską telewizję i stwierdza:
- Oni tam mówią całkiem co innego, niż w naszej. Co innego i inaczej. Albo rzeczy, o jakich u nas nikt nie mówi. Ciekawe programy mają. U nas ciągle jakieś amerykańskie filmy, wybuchy, strzały, przewrotki samochodem, a u nich dokumenty co się dzieje na wioskach, w Moskwie, albo co to ludzie nie wymyślą.
Będzie głosował na Komorowskiego.
- My tu nie damy przejść Kaczyńskiemu. To fanatyk. Co prawda, nie głosował by ja tak, ale mój kandydat nie żyje. Szmajdziński znaczy. No, to wybieram przeciw fanatykowi.
Chłopcy oszalowali dzisiaj cztery ściany do połowy, licząc od dołu. Ja pomalowałam kilkadziesiąt desek drewnochronem. Dom nabiera z wolna projektowanego wyglądu, choć jeszcze wymaga obróbki okien, drzwi i pomalowania tarasu i ganku.
- Zakuricie? - pyta chłopaków pracujących przy szalowaniu i ci mówią: "Zakurzym, szczo nie?" i przystają w robocie, wchłaniając dym w ponad 30-stopniowym upale. Gładko przechodzi z polskiego na gwarę ruską tutejszą i rozmawia z każdym jego miejscowym dialektem, nawet tego za bardzo nie zauważając.
Interesuje się polityką i historią. Lewicowiec. Ogląda białoruską telewizję i stwierdza:
- Oni tam mówią całkiem co innego, niż w naszej. Co innego i inaczej. Albo rzeczy, o jakich u nas nikt nie mówi. Ciekawe programy mają. U nas ciągle jakieś amerykańskie filmy, wybuchy, strzały, przewrotki samochodem, a u nich dokumenty co się dzieje na wioskach, w Moskwie, albo co to ludzie nie wymyślą.
Będzie głosował na Komorowskiego.
- My tu nie damy przejść Kaczyńskiemu. To fanatyk. Co prawda, nie głosował by ja tak, ale mój kandydat nie żyje. Szmajdziński znaczy. No, to wybieram przeciw fanatykowi.
Chłopcy oszalowali dzisiaj cztery ściany do połowy, licząc od dołu. Ja pomalowałam kilkadziesiąt desek drewnochronem. Dom nabiera z wolna projektowanego wyglądu, choć jeszcze wymaga obróbki okien, drzwi i pomalowania tarasu i ganku.
3 czerwca 2010
Na Manhatanie
Wylewka dokończona. Poszło nieco prędzej, niż pierwszego dnia. Brygada umówiona do szalowania za niedługi czas, a potem może do podłóg w dwóch nowych pokojach i poddasza (no, zobaczymy jak z cenami będzie).
Spróbowali sera. Dwóm bardzo smakował, ale trzeci, starszy pan, za nic nie chciał przełknąć koziego produktu. To dość częste. Niektórzy w ogóle nie mają oporów ("a szczo to!" - jak mówi Wiera), a niektórzy krzywią się ze wstrętem na samą myśl, a jako uzasadnienie podają, że "koza byle co je", co w ich pojęciu oznacza, że zjada jakieś straszne badziewie i śmierdzące śmieci. Zawsze zastanawia mnie absurdalność ludzkich przekonań na różne tematy, to jedno z nich. Bo przecież świni, która w brudnym chlewie żyje i rzeczywiście pożera odpadki nie brzydzą się zjeść...
Mikołaj też buduje. Mianowicie wymienia stare poszycie dachowe na nowoczesną blachę w zielonym kolorze. Chce córce po sobie porządną schedę zostawić, "bo ona sama tego nie zrobi, przy dzieciach nie stać jej będzie i dom szybko podupadnie"... Zatem wjazd do wsi prezentuje się już porządnie. Nie tak, jak jeszcze w zeszłym roku, gdy osiedliłyśmy się w zrujnowanym obejściu. Wioskowi już mają pewne podstawy nazywać ten koniec (a właściwie początek) wsi - Manhatanem (a może Manchatanem?).
Po południu zaniosło się na burzę, która długo nadchodziła, najpierw od zachodu, potem od południa. Siedziałam na tarasie, z kolanami okrytymi przeciw-komarzo skórą z ukochanego koziołka Bombka i długo patrzyłam w niebo. Ale w sumie niewiele z tego było. Kilka błysków, grzmotów, mały deszczyk i na tym koniec.
Spróbowali sera. Dwóm bardzo smakował, ale trzeci, starszy pan, za nic nie chciał przełknąć koziego produktu. To dość częste. Niektórzy w ogóle nie mają oporów ("a szczo to!" - jak mówi Wiera), a niektórzy krzywią się ze wstrętem na samą myśl, a jako uzasadnienie podają, że "koza byle co je", co w ich pojęciu oznacza, że zjada jakieś straszne badziewie i śmierdzące śmieci. Zawsze zastanawia mnie absurdalność ludzkich przekonań na różne tematy, to jedno z nich. Bo przecież świni, która w brudnym chlewie żyje i rzeczywiście pożera odpadki nie brzydzą się zjeść...
Mikołaj też buduje. Mianowicie wymienia stare poszycie dachowe na nowoczesną blachę w zielonym kolorze. Chce córce po sobie porządną schedę zostawić, "bo ona sama tego nie zrobi, przy dzieciach nie stać jej będzie i dom szybko podupadnie"... Zatem wjazd do wsi prezentuje się już porządnie. Nie tak, jak jeszcze w zeszłym roku, gdy osiedliłyśmy się w zrujnowanym obejściu. Wioskowi już mają pewne podstawy nazywać ten koniec (a właściwie początek) wsi - Manhatanem (a może Manchatanem?).
Po południu zaniosło się na burzę, która długo nadchodziła, najpierw od zachodu, potem od południa. Siedziałam na tarasie, z kolanami okrytymi przeciw-komarzo skórą z ukochanego koziołka Bombka i długo patrzyłam w niebo. Ale w sumie niewiele z tego było. Kilka błysków, grzmotów, mały deszczyk i na tym koniec.
Subskrybuj:
Posty (Atom)