Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jastrząb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jastrząb. Pokaż wszystkie posty

6 lipca 2025

Podsumowanie czerwcowych dokonań

Krótko o dokonaniach. Dokonały się sianokosy, na naszej łące przy ścianie. Skosił jeden, skostkował drugi, zwiozła Anna na przyczepie, ktoś dopomógł wrzucić część urobku na strych obory. Ponad 320 ciuków, starczy, bo zostało sporo jeszcze z zeszłego roku.

Teraz zaczynają się zbiory porzeczek. Najpierw czarne. Warzę właśnie dżemidło i nieco soku do buteleczek. Jutro następna partia. Czerwone i białe mogą jeszcze wytrzymać do następnego weekendu. 

Świdośliwa zerwana, częściowo zjedzona, częściowo zamrożona, służy do gotowania kompotu letniego z domieszką porzeczek, dobrze słodzi ich kwaskowość. Kompot uzupełniamy wodą i tak pijemy przez cały dzionek. Zamiast szkodliwych letnich napojów sklepowych.

Wiatry wysuszają pastwisko. Upały je wypalają. Kozy pasą się dość krótko o poranku ze względu na upał i muchole, których nie znoszą i z zadowoleniem wracają do boksów. Potem jeszcze wycieczkują na chwilę do lasu za chatą, gdzie w cieniu żywią się liśćmi krzewów i drzewnych odrostów, a Anna w tym czasie podlewa ogródek i rośliny w cieplicy.

Ponadto jastrząb upolował ostatnią kurę nioskę i pod naszą nieobecność zjadł z niej wszystko, co dla niego najlepsze, ozdabiając miejsce stosem pierza. "To bóg Mars wziął swoją ofiarę i oby nią się zadowolił!" - orzekłam na ten widok. Trudno, i tak właziła nieposłusznie do ogródka rozgrzebując podlane grządki, i za nieposłuszne oddalenie się za ogrodzenie została ukarana przez los (las).

Po zgryzionym pastwisku przechadzają się codziennie ze spokojem dwa wioskowe bociany, wojtusie. To już dobra wróżba. Wyszukują świerszcze, myszy i różne owady, bo ropucha i ogromny zaskroniec żyją sobie bezpiecznie w cieniu naszej chaty i w zaciszu ogródka przydomowego, gdzie w zbiornikach gromadzi się zawsze deszczówka.

Od tygodnia mamy też kolektor na słońce do podgrzewania wody. Testujemy skuteczność i jak na razie sprawdza się. Choć nie wiadomo jak by się rzeczy miały w ciągu wielodniowych skwarów. Na razie duże wahania pogody od upału do zimnych nocy utrzymują temperaturę wody w znośnym zakresie stopni.

Zaopatrzyłyśmy się także w tegoroczny miód leśny, prawdziwie wiarygodny, u naszego sąsiada, który od jakiegoś czasu bawi się z powodzeniem w przydomową pasiekę, ma chłop rękę do pszczół, nie to co my. I błogosław mu, Panie!

Ceramika się kręci. Głownie podczas warsztatów i imprez letnich dla dzieci (wycieczka dzieci na rowerach do naszej altany, aby zrobić mydełka, zjeść świeżo przyrządzoną pizzę i przejechać się po wsi). 

19 sierpnia 2014

Stwory, twory i przetwory

Pogoda siadła i dobrze, upały się skończyły, mogłam wrócić do robienia serów podpuszczkowych (które nie wychodzą, gdy temperatura na zewnątrz przekracza 25 stopni). Kilka nieudanych prób przekonało mnie o tej zasadzie, sery rosły w oczach, pełne oczek takich i owakich, mimo zachowywania wszelkich zasad higieny. Na szczęście trafili się letnicy chętni jeść twarogi i pić mleko, więc straty dużej nie było. Teraz nadrabiam stracony okres, aby zrobić zapas żółtych serów na jesień i zimę.
Poza tym sadowe nadmiary też już dają w kość. A to dopiero pierwsze spady, większość jabłoni dopiero dochodzi do dojrzałości owoców, które w większości wiszą jeszcze na drzewach. Codziennie muszę zanieść do ziemianki kolejne, wyprodukowane przetwory. Nie spieszę się, nie pędzę, nie dramatyzuję. Ot, pięć-sześć słoiczków dżemu, albo 2,5 litra soku, albo baniaczek świeżego soku ukręconego w sokowirówce na cydr, lub butla z nastawem octowym. Jeśli tylko codziennie coś z tego powstaje, to do końca jesieni będzie wszystkiego w bród (niektóre zapasy mają nam starczyć na dwa lata, bo co tyle owocuje nasz stary sad).
Dwa lata temu zrobiłyśmy 15 litrów octu, który właśnie się skończył. Używałam go do wszystkiego, mycia, sałatek i przetworów i muszę stwierdzić, że jego moc tylko z czasem wzrastała w pozytywnym sensie, a smak był wyśmienity. W każdym razie wszelkie octy sklepowe, nawet jabłkowe szkodziły mojej wątrobie, po naszym nie czułam żadnych skutków ubocznych. Zatem teraz trzeba zrobić więcej, tyle wiem.
Anna specjalizuje się w sałatkach warzywnych, i sekunduje mi w wytwarzaniu. Trwają zbiory pomidorów w folii. Część już poszła na sok pomidorowy (bo trudno go nazwać koncentratem), który zużywam zimą do zupy pomidorowej na rosole, albo wypijam duszkiem z odrobiną soli. Dar od sąsiadów, torbę ogórków gruntowych też trzeba było zagospodarować. Idzie czas buraczków, naszych i dyni. Pierwsze leczo na naszych cukiniach trafiło już do zamrażarki.

Poza tym znów była strata i zysk. Zamieniłyśmy się ze znanym nam już hodowcą spod Bielska na indyki, on wziął dwa nasze, czarnej rasy, my dostałyśmy za nie dwa z rasy czerwonej. Niestety, reszta naszych indycząt nie zważała na żadne zakazy i perswazje, zabrnęła w łąki za daleko, gdzie dopadły je drapieżniki. Tylko jeden z piątki wrócił następnego dnia w południe do domu i matki.
Poza tym Anna dokupiła naszemu Kubie, który rozwija się znakomicie i jest już prawie cały opierzony, dwie młode siodłate gęsi. Nie są to pełnej krwi kubanki, bo i zresztą, jak nam nasz hodowca wyłożył, także i Kuba wcale w pełni kubański nie jest. To krzyżówki z białą gęsią hodowlaną, co można poznać po jasnych nogach i częściowo jasnym dziobie. Zaletą krzyżówek jest jednak to, że znoszą o wiele większe jaja, niż inne gęsi. Ich mięso jest mniej tłuste i bardzo smaczne.
Balbinki, jak je nazwałam (choć to podobno parka, samiec i samica) adaptują się właśnie do stada białych gęsi i drepczą za nimi z pokorą, choć śpią jeszcze osobno, w miejscu, które zwolniły tuczone koguty, przechodząc w inny stan skupienia i w ręce klienta.

No, a budowa wciąż trwa. Nie chce mi się o tym szczegółowo opowiadać, bo to nic nowego... Coś co miało trwać trzy dni właśnie trwa już miesiąc i końca nie widać pierwszego etapu, czyli postawienia ścian i sufitu. Ot, efekty podlaskiej maniany.

20 lutego 2014

Wieści z kurnika

Sufit w kuchni wreszcie skończony, dwukrotnie pomalowany farbą. Dzisiaj posprzątałam dokładnie pył, kurz i co się dało wyszorowałam, piec, zlew, kafelki. Zajęło mi to pół dnia, Anna bawiła się trzy dni. Ale wreszcie widać postęp w chacie. Zaczynamy otwierać się na ozdabianie i gadżety, choć żadnego pomysłu jeszcze nie ma, ale jest otwarcie głowy na napływ inspiracji.

Poza tym jastrząb zabił białą kokoszkę. Co prawda starą, już 4-latkę, ale niosła się całą zimę i teraz też. Szkoda. Laba szczekała zajadle w kierunku ataku ptaka, ale nie pobiegła go spłoszyć. Niemniej zainteresowało to Annę i poszła sprawdzić, co się dzieje w lesie. Na jej widok jastrząb odfrunął. Kura trafi do psiego garnka, będą co najmniej trzy rosoły. Wątroba i żołądek były idealnie zdrowe. Wielka różnica z kurami naszych sąsiadów, które czasem trafiały się - padłe, czy zabite przez drapieżnika - naszym  psom. Kurami, mimo wolnego wybiegu karmionymi do oporu paszą treściwą i pszenicą. Po roku życia padają na wątrobę, która jest dosłownie w strzępach, lub otłuszczone serce, zdarzało się też Annie znaleźć podczas patroszenia  coś w rodzaju wodnego raka na jajowodzie. Mięso śmierdziało paszą tak, że zdarzało się, iż nawet pies nie chciał jeść z nich rosołu.
Starzy rolnicy jednak, a w tym wypadku gospodynie, bo to kobiety przeważnie hodują i dbają o swoje stadko drobiu, są uparci. Czego nauczyli się za młodu, tak i robią ciągle. Nawet nie liczą kosztów takiego przekarmiania (po co liczyć, jak emerytura co miesiąc spływa do kieszeni), bo to może by ich otrzeźwiło, jeśli już tego nie potrafi dokonać kiepski smak mięsa. Jajo od ich kury jest pewnikiem "droższe pieniędzy". Poza tym rzadko kiedy pozwalają usiąść kwoce na jajach i wysiedzieć młode. Uzupełniają stado co roku na wiosnę w wylęgarni. Kolejny koszt i kolejny kłopot, bo jednodniowe pisklęta trzeba ogrzewać i specjalnie karmić. O co najlepiej i bezproblemowo zadbałaby przecież zwykła kwoka.
Nasze kury żyją długo, szczęśliwie, niosą się ile chcą i mnożą ile chcą. W zeszłym roku wysiedziane maleństwa dały stosunkowo duży przychód i pokryły z nawiązką koszty rocznego karmienia całego stada. Niewiele jaj sprzedajemy (bo i stado jest mało liczne, średnio ok. 15 sztuk), większość same zjadamy bądź oferujemy gościom, ale dzieje się to cały rok i jest to pyszna baza codziennego bezpieczeństwa żywieniowego. Doliczając zdrowe mięso (kogutki albo stare kury), o wspaniałym smaku można powiedzieć, że hodowla kur (nie licząc innego drobiu) stanowi mocne oparcie dla domowego gospodarstwa.
Poza tym indyki mają właśnie coś w rodzaju godów. Indor się puszy, a indyczki krążą wokół niego w swojej hierarchicznej kolejności.
Anna, która wczoraj pojechała do Bielska w kwestii mojego nowego starego komputera, wstąpiła także do wylęgarni i zapisała się na gęsi jednodniowe. W tym roku będą u nas gusie, zamiast kaczek.
A komputer już działa, co widzicie na własne oczy, bo piszę na nim.

3 lipca 2012

Na gorąco

Upały wróciły. Wewnątrz ocieplonej chaty jest całkiem znośnie (24 stopnie), nawet, jeśli muszę przez dwie godziny palić pod płytą co dwa-trzy dni. Robię wtedy twaróg, a żaden się tak nie udaje jak w kamionce podgrzewanej powoli na kuchni opalanej drewnem. No, i grzeję wodę na mycie.
Za to na zewnątrz w godzinach południowych obejście zdaje się zamierać. Zwierzęta kryją się w cieniu. Kozy w ogóle się nie pasą, jedynie w swojej zacienionej zagrodzie przeżuwają owsiane śniadanie i poranne jabłkowe guguły pracowicie wywąchane w trawie pod drzewami w sadzie. Najgorętszy czas spędzają wysiadując zagrzebane w piaskowym grajdole. Zaczynają się paść właściwie dopiero około 17, gdy upał staje się lżejszy. Jednak są przy tym flegmatyczne, rozlazłe i zmęczone oganianiem się od gzów, bąków i komarów.
Kaczki zalegają swoim stadkiem w zielonych szuwarach koło dającej chłód ziemianki, z Gusią czuwającą z boku na żelaznej klapie od zbiornika oczyszczalni.
Kwoki prowadzają kurczęta zacienionymi i osłoniętymi zakamarkami, patrząc ciągle lękliwie w górę. Przeżyły już dwa naloty krogulca. Dzięki szybkiej reakcji nadbiegającej Koli jak na razie skończyło się tylko utratą jednego młodszego pisklaka, za pierwszym zaskoczeniem.
Raz zdążyłam też odgonić lisa, który zaatakował dorosłą kurkę przy jaworze tuż za chatą. Kura zdołała mu uciec i ma się dobrze, choć straciła wszystkie pióra z ogona.
U sąsiadów grasują gorsi bandyci, jastrzębie. Prawie codziennie ginie jakaś kura.

Poza tym lęgną się nam kolejne pisklęta zielononożne, spod naszej białej kwoki.

Ogródek zaczyna dawać już niewielkie zbiory, oprócz ziół, zieleninki, koperku i szczypioru, które są od dawna. Buraki wyglądają dorodnie. Jemy zatem botwinkę z tych, które trzeba wyrwać, aby dać więcej miejsca najdorodniejszym. Oraz jajecznicę ze szpinakiem. Sałata już się kończy. Zostawiłam kilka przerośniętych główek na nasiona. Nastawiam też stale ogórki małosolne w kamionce, co prawda są ze sklepu, ale zawsze własnej roboty. Z innych darowanych za darmo, bo przez las potraw, to oczywiście grzyby, głównie kurki, ale i zaczynające się inne (kanie, czerwonogłowce, koźlarze), z których przyrządzam zalewajkę z grzybami (zupa nieznana kompletnie na Podlasiu, aż zdumiewające!), albo jajecznicę na kurkach, lub kotlet z kani. No, i jagody w różnej postaci, do domowego makaronu albo pierożków ze śmietaną.
Mój ojciec-lekarz, który wiele nauczył się z naturalnej medycyny lecząc chłopów, mawiał zawsze, że każdy powinien co roku najeść się w sezonie "ile się da" jagód. Bo to czyści organizm z robaków. A potem grzybów, bo to uzupełnia mikroelementy. W ogóle był zwolennikiem jedzenia do syta tego, co akurat dojrzewa w okolicy, choć z makrobiotyką nie miał nic wspólnego. Bo to samo obowiązuje z nowalijkami na wiosnę i z owocami, począwszy od truskawek, przez porzeczki, agrest, maliny po winogrona, jabłka, śliwki i gruszki.
No, staram się założyć tak ogródek, aby w przyszłości zaspokajał wszystkie te kolejne potrzeby. Czosnek niedźwiedzi, truskawki, poziomki, porzeczki i jagody już rosną, ale jeszcze nie dają plonu. Nic to. Poczekamy. I dodamy jeszcze innych krzaczków owocowych na jesieni. Za to szykuje się wielki zbiór jabłek, bo jabłonie - po zeszłorocznej przycince - obsypane są bogato owocami. I czeremchy również chwalą się kiściami zielonych wisienek.

Z innych, mniej ospałych wydarzeń, to wczoraj ganiałyśmy z A. i dwiema sąsiadkami... dwie świnki, które uciekły z chlewa. Były tak zachwycone świeżym powietrzem i zieloną trawą, że za nic nie chciały z powrotem do zamknięcia. Cała akcja przypominała mecz finałowy na mistrzostwach piłkarskich. Ganianinie nie było końca. W końcu prosięta zmęczyły się bieganiem i same pokornie weszły do siebie, ciężko zasapane (tak samo jak i my).

14 marca 2012

Przedwiosenne zajęcia

Kontynuujemy stawianie płota. Udało się nam cztery długości świerkowych przęseł od frontu przy drodze zapełnić sztachetami. Jeszcze na jesieni pomalowałam je zielonym drewnochronem. Robota jednak już staje, z braku odpowiedniej ilości sztachet (zdecydowałyśmy się ogrodzić większy teren, niż było zamierzone na początku) oraz siatki leśnej, która ma pójść od strony lasu. Trzeba zamówić brakującą ilość w tartaku i sprowadzić siatkę. Ale w tej koniecznej przerwie czeka mnóstwo innych pilnych prac przedwiosennych i wiosennych do wykonania. Nawet nie wyliczę każdej, bo codziennie sytuacja, pogoda, wolna chwila, humor i samopoczucie decydują, co akurat brane jest do ręki.
Kozy wychodzą codziennie na krótkie spacery po obejściu. Dzieciarnia szaleje, stare zajmują się skubaniem gałęzi albo siana, które im dla zajęcia podrzucamy.
Trzebieńcy z wolna odzyskują dobry humor. Tzn. Czart Dytkiem zwany już na drugi dzień był jak nowy, lecz Jacek i Placek od Zofiji niestety przechodzą zdrowienie o wiele gorzej i wolniej. Wręcz popadli w takie przygnębienie i osowiałość, że stracili apetyt i czym prędzej dostali matkę do boksu, aby ich jej obecność pocieszyła. To było dobre rozwiązanie. Wrócili do picia mleka i poczuli się lepiej. Dziś już chodzili na wybiegu, choć z dużą ostrożnością. Białe kozy jednak mają inne geny, są delikatniejsze pod każdym nieomal względem, także gorzej się regenerują, jak widać. Mają jednak jedną cechę, której brak kozom burym. Inteligencję. Ale, tak z punktu widzenia hodowcy, po co kozie lepsze porozumienie z człowiekiem i wrażliwość? No, po co?
Ania sieje i podlewa w kuchni różne zioła i warzywka, do wiosennej rozsady.
A poza tym zlatują się gromadami przeróżne ptaki, "co nie sieją i nie żną", zapełniając las wielkim świergotem, gwizdaniem, kląskaniem, świstem i skrzeczeniem. Pojawił się też jastrząb (lub krogulec, z dala trudno było rozpoznać), który tak mocno przestraszył kurę, że uciekając utknęła pomiędzy sztachetami płota. I trzeba było ją z tej pułapki wydłubać ręcznie. Na szczęście spłoszyłyśmy "bandytę".
Padł w tym czasie samochód. Po prostu nie wyjechał z garażu, wcale nie zapalił. Trzeba przeprosić się z rowerem.

25 listopada 2011

Koniec i początek w wiecznym tańcu

Zginął uratowany spod dzioba koguta kurczak... od tamtego czasu pasł się zawsze w pewnym dystansie do stada. Zniknięcie bez krzyku i śladu wygląda na pojawienie się psa... brak jednak jakichkolwiek dowodów ani świadków, żeby interweniować u właściciela.
A dla odmiany Gusia znów uniknęła końca swego świata. Anię już zaczęło mocno denerwować to wrzaskliwe i brudzące ptaszysko, wtrącające się w każdą rozmowę na podwórzu, czy to z kimś przybyłym, czy z komórkowym rozmówcą. A że ładnie przytyła i wygląda na tłuściutką gąskę, z której można by garniec leczniczego smalcu utoczyć, to się i apetyt znalazł na rosół i pasztet. Trochę kwękałam, ale w końcu już prawie ustąpiłam. Tylko jakoś tak prosiłam w sobie po cichutku Los, aby jednak to się nie stało, co ma się stać. Zjeść łatwo i szybko, ale wychować tak zabawną ptasią istotę trudno. Hm, no, i... klasyka.
Gusia zaczęła się nieść! Wczoraj zniosła pierwsze jesienne jajo. Egzekutorka zmiękła, bo z gęsich jaj robi ciasta i naleśniki, a wydmuszki ozdobia na wielkanocny stół. Do tego z jajami krucho się teraz zrobiło, bo tylko jedna kokoszka się niesie i to co dwa-trzy dni. Reszta zmienia upierzenie. Więc te gęsie jak znalazł zaspokoją nasze przedświąteczne potrzeby.
Znakiem tego będzie jeszcze ciepło. I drugim znakiem, wyrok odroczono. Na święty nigdy. (No, chyba, że kryzys nagły się zrobi i głodem będziemy przymierać).

Poza tym Ania wywiozła na nowe poletko ostatnią już przyczepkę gnoju, z czwartego koziego boksu, i rozrzuciła go przy pomocy taczki i wideł. Trafił się także majster, który podjął się nam stary wóz konny zreperować, i załadowaliśmy w czwórkę z sąsiadami przodek na przyczepkę, przedtem stary dyszel obciąwszy od niego piłą.
- He, jak wóz będzie to może i kuń się znajdzie? - zaśmiałam się.
I pajechali!

19 października 2011

Los Ancymona

Od chwili, kiedy wczoraj pikujący jastrząb napędził niezłego stracha kurom, i oczom nie wierzyłam w jakim tempie i jak wysokim lotem uciekały z pola, gdzie przedtem żerowały, kogutowi coś z głową się porobiło. Grzebień z czerwonego zrobił mu się buraczkowy, adrenalina mu trwale podskoczyła, i dzisiaj z rana jednym uderzeniem dzioba powalił i obezwładnił białą leghornkę. Trafiony w oko kurczak zalał się krwią, stracił równowagę i zaniosłam go w tym stanie do lamusa na kwarantannę.
Najpierw deliberowałyśmy, czy go od razu nie zdekapitować, żeby się nie męczył, ale w końcu postanowiłyśmy dać mu szansę. Może się odpichci na osobności, jak kiedyś pamiętny Tancerzyk.
Dzisiejszego rana, dość niespodziewanie, bo ledwie z 2-dniowym opóźnieniem zjawili się wreszcie, obiecujący się już od wiosny, panowie dwaj do postawienia brakującej części ogrodzenia z tyłu domu i od strony tarasu.
Rozmierzyli, wyznaczyli, osmalili dębowe słupki w ognisku, co jest ponoć najlepszą impregnacją przed ich butwieniem w ziemi, rozmieścili je w odpowiednich miejscach, wykopali dołki i wkopali.


Po południu Ancymon znów zaczął demonstrować nadzwyczajną agresywność wobec kurczaków. Jednemu, który mu się nawinął wyrwał z szyi garść piór.
- No, cóż, przyszła na ciebie kryska - stwierdziłam bez serca.
Korzystając z obecności znających się na rzeczy mężczyzn, Ania schwytała w kurniku Ancymona, a jeden z nich na pieńku skrócił wściekusa o głowę już chwilkę potem...
No, i tak będzie czym robotników nakarmić...

4 października 2011

Siła przetrwania

Zwierzęcych przygód nigdy dość.
W sobotę Jerzy odebrał od nas cztery kurczaki zielononożne, na zaczątek swego pierwszego w życiu stada (oby mu się powiodło!). Pozostaję w pewnym niedowierzaniu co do sensu wegetariańskiej hodowli kur, ale może wszystko pójdzie po myśli niedoświadczonych jeszcze hodowców i nauczą się prowadzić stado odpowiednio do swoich przekonań.
Było trochę zamieszania w lamusie, gdzie je wcześniej przymknęłam, aby je wyłapać do pudeł. I w tym zamieszaniu, jak się potem okazało na drugi dzień rano zaginął jeden kogutek. Z sześciokurczakowego stadka, po odjęciu czterech powinno zostać dwóch (kurczaków, czyli kuraków). Tymczasem wyszedł ku mnie tylko jeden, i to dość ogłupiały samotnością. Stadko maluchów, czyli dzieci naszej kwoki i Ancymona trzymały się razem i nie były jeszcze dobrze zintegrowane ze starszymi kurami, choć już od jakiegoś czasu sypiały w kurniku. Gdzie jeszcze jeden? O ksywce Kurdupel, bo był z nich najmniejszy?
- Przysięgłabym, że zamknęłam wszystkie maluchy, trzy kokoszki i trzy kogutki. Kurdupel wbiegł na końcu, pamiętam! - zamyśliłam się. Mógł ze strachu zaszyć się gdzieś wśród lamusowych klamotów i przyczaić, bo operacja wyłapywania była mocno dramatyczna i histeryczna. Sprawdziłam kąty, zawołałam kilka razy, ale żaden głos się nie odezwał i odeszłam. Myśląc z żalem, że mi się zdawało i znowu coś nam porwało kurczaka pod nieobecność.
Dzisiaj dopiero, czyli we wtorek rano, szykując jedzenie dla kóz w lamusie usłyszałam ciche gdaknięcie. Wyostrzyłam uszy. Powtórzyło się jeszcze raz. Więcej nie.
- Szukajmy! - zawołałam - Bo mi się zdaje, że się kurdupel odezwał i gdzieś tu żyje, może już ledwie dycha!
Ania weszła na stos kostek słomy, zmagazynowanych w lamusie i zaczęła penetrować zakamarki przy pomocy długiego kija. Ja nasłuchiwałam obok. I kiedy już miałyśmy odchodzić, odezwało się coś!
- Jest! O, masz ci los...
Zdjęłyśmy trzy kostki ze stosu i spoza nich wystrzelił jak rakieta ucieszony i całkiem żywy Kurdupelek. Prosto w otwarte drzwi na podwórko, pomiędzy kury, rzucając się z ogromnym apetytem na jedzenie i picie...
Przetrwał trzy dni w zupełnej ciszy, bez wody, mógł się żywić co najwyżej jakimiś kłosami żytnimi pośród słomy pozostałymi, i tyle.

2 września 2011

Tradycja bez nowoczesności

Przed południem przyszła umówiona wcześniej pani Marusia z mężem. Na naukę warzenia bundzu i sera topionego z kminkiem. Do tego drugiego przyniosła własne składniki, tj. twaróg z krowiego mleka, jajo i masło własnej roboty. Łoj, pogadało się przy okazji. Z czasem już językiem mieszanym, polsko-ruskim, rusko-polskim. O wszystkim, co na dierewni ważne jest. Czyli o krowach, jak wodzą jedna drugą w lies, o psach, co sjeli husońku, i nasze kurczaki w zeszłym roku przy okazji, o jastrzębiach i świniach, i koniach tak samo. Także o kartoszkach, co w tym roku obrodziły (z dziesięciu worków wyrosło 42). o pomidorach i pomidorowych przetworach, o kapuście i czeremchowym winie. Starsi ludzie mają tak wielkie doświadczenie, tylko słuchać! Przy tym oboje, pani Marusia s diedom, mimo, że osiemdziesięcioletni, niejednego mogliby obdzielić radością życia i umiejętnością cieszenia się nim.
Ja za swoją naukę dostałam osełkę pysznego masła. Ale za przyjemność bycia z nimi chyba niczym się nie umiem wypłacić...
Zresztą, nie tylko oni sami tryskają wewnętrznym spokojem i rozwojem. Wcale na naszej wiosce i w okolicy nie są żadnym wyjątkiem. Większość ze znanych mi tutaj starszych osób zachowuje do końca jasność umysłu, pogodę ducha, harmonię, zainteresowanie światem, poznawaniem go, zdolność zdumiewania się stworzeniem i chęć przekazywania doświadczeń młodszym pokoleniom. Są normalnymi ludźmi, takimi, jak zawsze byli starsi wobec młodszych, spełnieni i pewni swojej niezbywalnej wartości. Nie są zastraszonymi miejskimi emerytami, wyżywającymi się jedynie w kolejkach do lekarza albo do spowiedzi, o nie!
Nie są też jakoś specjalnie chorzy, a jeśli nawet mają poważną chorobę, to nie użalają się nad sobą i żyją z nią latami, albo nawet potrafią ją przezwyciężyć! (jak np. mąż p. M., który ziołami wyleczył się z choroby Bergera i uratował stopę przed amputacją). I nie wywarło na nich żadnego niedobrego wpływu, z taką lubością opisywanego przez "naukowców-dietetyków", ani jedzenie mięsa, ani nabiału w dużych, codziennych ilościach, ani nawet popijanie tego wszystkiego spirytusową trucizną!!!!
Daję to pod szczególną rozwagę osobom bojącym się pić mleko, świeże i kwaśne, jeść tłusto i mięśnie oraz pić alkohol.
Warunkiem długowieczności i zdrowia na starość jest jednak, aby jeść naturalne i świeże produkty oraz pracować fizycznie na świeżym powietrzu. Tylko tyle. I aż tyle, dla współczesnych mieszczuchów! Z zanikającą z pokolenia na pokolenie świadomością i wiedzą, co jest prawdą, a co kłamstwem tego świata, czym jest człowiek, a czym maszyna, czym jest ziemska przyroda, a czym miejskie więzienie.
Kiedy odjechali na rowerach, zostawiając produkt w fazie zastygania w formach do wieczora u nas, zabrałam się z mocą do warzenia soku z czeremchy (tym razem w wersji z dodatkiem winogron i bez cukru) oraz twarogu. Ania zaś pomknęła do drugiej wsi dzikiej róży nazrywać...

28 sierpnia 2011

Kurza ofiara

Wielką prawdą jest to, co stwierdziła kiedyś któraś z komentatorek tego bloga, przytaczając pogląd swojej znajomej gospodyni, że grzechem jest zaciąć szczęśliwą kurę, bo robi się to dopiero wtedy, gdy staje się smutna...
Wszystkie zwierzęta to mają. Gdy są chore wpadają w depresję i izolują się, intuicyjnie gotując się na śmierć.
Ale od początku.
Około południa oderwał mnie od komputera wielki alarm koguta. Nawet kapci nie szukałam tylko wypadłam boso na taras, puszczając przed sobą psy. Spłoszyły natychmiast powietrznego bandytę, ktory oderwał się od ziemi przy drodze koło sadu i odfrunął. Kury, prowadzone przez uciekającego najżwawiej i rozwrzeszczanego szefa ewakuowały się gromadnie z pastwiska i ukryły czym prędzej w różnych zakamarkach. Tak, że już po chwili żadnej nie było widać na podwórzu.
Poszłam sprawdzić (włożywszy przedtem kapcie wyjściowe) i znalazłam kilka piórek wyszarpanych z zielononożnego kogutka, a sąsiadki stojące przy płocie opowiadały mi z daleka, jak to "ten, wiadomo co" wylądował, a one krzyczały, żeby go spłoszyć, ale dopiero pies go odgonił.
Wróciłam do domu, a tam na progu, w otwartych drzwiach na taras stała niedoszła ofiara drapieżcy, kogutek średniak, tak zszokowany, że chętnie by się chyba do mnie przytulił, w każdym razie przynajmniej może posiedział sobie ze mną przy komputerze.
Kiedy już go miałam wziąć do ręki ocknął się z transu i wziął nogi za pas.

Nie był to koniec dnia. Kurza kostusia po prostu zasadziła się na nasze obejście.
Podczas zamykania kóz w boksach Zofija otworzyła uderzeniem rogów wejście od swojego, Ania zatrzasnęła je mocno i przy okazji trafiła w głowę przebywającą tam dorosłą nioskę, brązową, trzylatkę. Ta poczuła się z miejsca nieswojo... Tu trzeba wyjaśnić, że zachowywała się podobnie już jakiś niedawny czas temu. Czym zwróciła naszą uwagę. Towarzyszyło temu zniesienie jaja bez skorupki. Znaczy - zaczyna być smutna. Bo ma poważny defekt. No, to teraz od walnięcia furtką od razu posmutniała na amen.
Decyzja zapadła właściwie od razu.

Po dojeniu, o nadchodzącym zmierzchu, gdy grzeczne kury już powinny wejść na grzędy, ale były niegrzeczne i rozlazły się jeszcze po obejściu, krogulec znowu zaatakował... Nie najadł się dzisiaj najwyraźniej i nie chciał odpuścić. Znów alarm koguta wywołał nas na dwór i psy spłoszyły rozbójnika. Znów odleciał znad kogutka zielonożnego. Bo znów nie zdołał go dopaść.

Zostawiłam psy na dworze, poczekałam, aż kury wejdą do kurnika i z latarką w ręku wyciągnęłam smutną kurę (skrytą w kącie pod grzędami) na dwór. Zjeżyła się ze strachu, gdy ją wzięłam do ręki, ale tylko przez chwilę.
Ania w tym czasie przygotowała miejsce i siekierę.
Zanim zdążyłam skończyć zmawiać pacierz kura już przeszła na drugą stronę.

Dorodna, zdrowa. Będą z niej co najmniej dwa sute rosoły.

27 sierpnia 2011

Stan obejścia

Upał od wczoraj, nie wysypiam się z tego powodu.
Ubyło jeszcze jednego kurczaczka z maluchów, jest teraz sześć.
Gusia nabrała dawnej werwy i zaczyna trenować odlatywanie. To zabawny widok na podwórzu, startującego na rozbiegu samolotu, choć przy tym osypuje się jeszcze puchem i nie wszystkie lotki są już wykształcone.
Wciąż jeszcze przerabiam pomidory na przeciery. Nastawiłam nalewki i zrobiłam dwie butelki soku z czeremchy. Lekko gorzkawy, ale słodki, z nutą wiśniową w tle. Można polubić, bo nie otrząsa kwachem, jak np. soki z porzeczek. Poeksperymentuję jeszcze i dodam następnym razem winogron, powinno to usunąć goryczkę. Ania nazbierała dzisiaj owoców dzikiego bzu, również na sok.
W tym roku jabłek w sadzie na lekarstwo, spady załatwiają w całości kozy, ale za to zapasy innych soków są równie bogate, jak w zeszłym stanowiły jabłkowe. Jest sok malinowy, z czarnej porzeczki, czeremchowy i będzie z czarnego bzu.
W piwniczce zewnętrznej prace nie posunęły się ani o jotę. Majster oczywiście zajęty innymi pracami. I poradziłyśmy sobie inaczej. Sklepiszcze ma zresztą mieszkańców. Na razie gryzoni nie zauważyłam, już posadzka je przystopowała, ale bywają czarne ślimaki bez skorupek, pomrowami zwane i polująca na nie... ropucha szara. Odkąd się ujawniła, wysiadując bardzo często na stopniach schodów prowadzących w głąb piwnicy stąpam z wielką ostrożnością, aby nie rozdeptać jej przypadkiem, jak suchy liść, który do złudzenia przypomina. W sumie cieszę się, że tam mieszka i dba o równowagę ekologiczną wewnątrz naszego schronu.

16 sierpnia 2011

Taka karma

Pogoda spochmurniała, a nawet nieco dżdżu zesłała, więc pranie zwolniło tempo schnięcia i dziś stieralnaja maszyna miała wolne. Za to pojechałyśmy do drugiej wsi i zakupiłyśmy nieco worków owsa (po 60 zł za kwintal) dla naszego stada. Żytkiem to one się nie napasą zimą zbytnio, choć mam zamiar je skarmić w zupełności i wykorzystać skąpe (ale za to ekologiczne!) dary naszego poletka. Trochę na mąkę i chleb też stanie.
Po powrocie nie doliczyłam się jednego malucha z zielononożnych kurcząt od kwoki. Zostało siedem. Pewnikiem jastrząb albo krogulec sobie zaszalał.

6 sierpnia 2011

Po żniwach


Żniwa pomyślnie, acz nie bez przygód typu wymiana pasów, spawanie pękniętego w trakcie koszenia łańcucha, przykręcanie śruby i przerwy na jedną noc się nie obyło. Kombajnował Big Johnny. Z pomocą syna i Kościka. Jak widać: konsekwentnie wspieramy swoich z wioski w każdej możliwej sprawie.
Zbiory marne. Mniej, niż jedna tona. Ziarno dobre, twarde, zdrowe i duże. Tylko mało.
Ruja: Luba, Mała Kazia, Misia i Zosia.
Po cieczce Koli przyszła cieczka Miłej. Wizyty okolicznych psów trwają notorycznie.
Jastrząb zabił i częściowo zjadł białego kurczaka, leghorna. Zostały cztery.

14 lipca 2011

Parno i lotnie

Duszny skwar zakończył się niewielką burzą z jednym, pierwszym tego roku piorunem. Która niewiele ulgi przyniosła, bo parno zrobiło się wkrótce znowu. Kościk jechał do miasteczka cały mokry.
- Myłeś się, zmokłeś na deszczu?
- Nie. Ja się tak pocę, gdy gorąco.

W ciągu dnia moje kury przeżyły dwa naloty z powietrza, srebrzystoszarego myszołowa (krogulca, jak ustaliłam w komentarzach nieco później). Skończyło się na strachu i wielkim krzyku koguta i kwoki. Kurczaki ukryły się natychmiast pośród gałęzi jabłoniowych zalegających podwórze. To jeszcze jeden dowód na to, że poprzednie ofiary wpadły w zęby psa. Bo znikały cichutko, zawsze po wizycie Ufa. Dziś drapieżny ptak mimo szarży na środku podwórza nic nie wskórał, za to spowodował długotrwały alarm i hałas na pół wsi.

8 lipca 2011

Awarie i naprawy

Poranek znów pod podobnymi gwiazdami. Ania, wchodzi z podwórka, prawie płacząc z bezsilności:
- Karczer mi się popsuł. Nie ma ciśnienia.
Ja na to:
- Zlew się zatkał. Kapie. Podstawiłam garnek...
Oba sprzęty niezbędne w naszej codziennej pracy.
Na szczęście okazało się, że popsuła się wtyczka przejściowa, a myjka jest w porządku. Była w domu druga przejściówka, do innego urządzenia z Wielkiej Brytanii rodem i kłopot dał się rozwiązać.

Z innych awarii: poszłam paść kozy na ugór i kiedy zanurkowały w busz czeremchowy odwiedziłam grobik Kici w brzezince. Leżą na nim dwa rozłupane kamienie symbolizujące moje złamane serce po jej nagłym odejściu. Ze zdziwieniem odkryłam, że porasta je teraz dziki bluszcz z liśćmi w kształcie serca. Nigdzie w pobliżu taki nie rośnie... Uroniłam łzę na wspomnienie...
A po powrocie okazało się, że w obejściu mieszka uparcie podrzutek. I wystraszony łypie świecącymi oczyskami ze skrytki pod żerdziami albo pod daszkiem drewutni. Budząc co rusz ogromne zdenerwowanie koguta i kwoki z kurczętami oraz pasję szczekania u Koli.
Niestety, to nie pierwszy raz. Ludziska co roku w sezonie wyrzucają młode koty i psy na obrzeża różnych wsi. Podjadą ukradkiem, myk zwierzaka do lasu i niech martwi się kto inny. A, że my mieszkamy na skraju wioski, to na nas najczęściej spada cały kłopot...
Dzikie psy, w tym szczenne suki, które notorycznie szczeniły się na opuszczonym siedlisku przestały się zjawiać, przez wzgląd na nowych psich mieszkańców obejścia. W zeszłym roku płaczliwego podrzuconego kociaka wzięła i osobiście przepędziła Kicia. Trafił tym sposobem dalej na wieś i nawet znalazł sobie dom. Jeszcze na Dąbrowie wyszła ku nam z lasu zapchlona młodziutka suczka, kompletnie przerażona i wygłodzona... Na szczęście nasi znajomi akurat myśleli o psie dla swej córeczki i znajda szybko znalazła dom w wielkim Mieście, i ma się tam bardzo dobrze. Inaczej, nie wiem co byśmy z nią zrobiły. No, i Łacio to przecież też znajdek...
A teraz...
Może, gdybym nie zajrzała do Kici to byłabym sroższa. Ale uruchomiona świeżo tęsknota za kotką kazała mi nakarmić głodnego przybłędę. Przypiął się do mleka tak mocno, że wypił całą miseczkę jednym tchem i potem starannie ją wylizał. Wzięłam do ręki, sprawdziłam płeć. Koteczka...

Młoda, na oko ma najwyżej 7-8 miesięcy, ledwie co wyrośnięta. Reaguje na wołanie, lgnie do człowieka, nie umie polować. Na pewno zatem nie jest to potomstwo kotów oborowych, które najczęściej uciekają od ludzi i nie dają się nikomu wziąć do ręki, gryzą i drapią oraz polują, w tym także na kurczęta. Taaak, podrzucona z premedytacją.

Poza tym Ania odkryła w lesie za chatą białe piórka... które jedynie pozostały z naszego białego leghorna. Trudno powiedzieć, co go pożarło. Jastrząb, lis czy pies. Włóczy się taki jeden spory kundel wędrowny, wabiący się Ufo i właśnie od tej strony zagląda do naszego obejścia. Znany jest na wiosce, wraz ze swym bratem Nolem, z polowania na młody drób. Zatem Ania z rozpędu pomaszerowała do właściciela i ustaliła z nim, że Ufo będzie wiązany na dzień przy budzie. Nol jest już stary i nie widzi, więc nie wychodzi za daleko.
Ustalimy może w ten sposób winowajcę.

A oto nasza kwoczka z potomstwem wysiedzianym przez siebie i Usię. Już zdążyła zresztą gdzieś zgubić jednego kurczaczka. Przepadł bez wieści kilka dni temu.



I na koniec dnia pracy krótka chwila wytchnienia i zabawy. Gusia po raz pierwszy w swoim długim już, jak na gęś hodowlaną, życiu zaznała pływania. Co prawda w balii, ale zawsze...

20 kwietnia 2011

Napięcia wiosenne

W nocy, niezwykle jasnej od pełni księżyca, przymrozek z zamarzniętą wodą w pojemniku, zaś w dzień ostre słońce pozwalające mi chodzić w krótkim rękawku. Porządkowanie obejścia trwa, także tworzenie grządek pod kolejne zasiewy. Choć, jeśli ogrodzenie nie zdoła powstać odpowiednio wcześnie marnie widzę plony. Kurki i gęś już zwęszyły sprawę.
Niestety, z ogrodzeniem są opóźnienia. Majstrowie mają inne roboty poprzyjmowane, a my jeszcze nie zgromadziłyśmy materiałów (słupki, i siatka leśna na północno-wschodni bok oddzielający nas od lasu, gdzie złe czyha). Już sobie odpuściłam napięcie w tej kwestii. I tak ziemia w ogródku przydomowym na razie nie jest najlepsza (piasek pod 3-4centymetrową warstwą humusu), nawóz musi się przegryźć, jest zbyt świeży i pewnie dopiero za rok-dwa będą jakieś konkretne efekty z glebą, gdy dobrego kompostu się dorobimy, a wrzucony w ziemię obornik "przegryzie się".

Około 17 godziny, gdyśmy sobie na tarasie herbatę popijały układając plan zasiewów nagle zaszumiało, podniósł się krzyk koguci w krzakach za chatą, pośród akacji i zamigotał nam w oczach szarosrebrny duży ptak drapieżny usiłujący wylądować na jednej z kokoszek, grzebiących z zapałem w kompostowniku. Krzyknęłyśmy obie jednocześnie zrywając się na nogi, pierwsza ruszyła na wroga Kola i odpędziła łupieżcę ("bandytę", jak mawia Wiera). Kurki wystraszone odfrunęły w stronę kurnika i w kilka sekund były już ukryte w oborze. Poszłam je przeliczyć. Żywe wszystkie, uff, dzięki Bogu. Czym prędzej zamknęłam je w kurniku.
A dzisiaj właśnie zauważyłam, że jedna z Zielonych Nóżek, moja ulubiona Usia (ma białe uszy, czym się wyróżnia ze stada) posiaduje to tu to tam, po czym schodzi z gniazda głośno gdacząc jak po zniesieniu jajka, a tu jajka niet. Znaczy, dziewczyna będzie chciała niedługo siadać i trzeba jej gniazdo przygotować i jaja zebrać do koszyczka, żeby miała na czym usiąść.

23 grudnia 2010

Bęc, i już!

Dzień zaczął się od skontrolowania stanu stada. W porzo. Nic nie przybyło, a Król, najedzony zwiedza już samodzielnie boks i próbuje pierwszych, niezdarnych jeszcze kozich podskoków. Słyną z nich nie tylko koźlęta, ale i afrykańskie antylopy. Dostaje od pierwszych chwil życia regularne bęcki od swojej babki, Zofiji, która uczy go, gdzie jest jego miejsce w stadzie. Znaczy, na końcu. I niech nie zagląda gdzie nie trzeba, nie przymierza się do nie swojego cyca i nie przeszkadza przy żłobie.
Taki cios znienacka z tzw. byka prosto w dopiero narodzone czółko wygląda dość strasznie, ale już wiem, że tak naprawdę kozy krzywdy sobie nie robią i to jest ich podstawowy język komunikowania oczywistości, bęc i kropka. Król mocno zdumiony aż siada z wrażenia, po czym grzecznie ustawia się za mamą tak, żeby go było jak najmniej widać.
Kiedyś będzie przywódcą stada. Teraz uczy się pokory. Przyroda jest bardzo mądra i szkoda, że ludzie już tak mocno zatracili związki ze zwierzętami i nie obserwują tego, co dla pasterza jest niepodważalną prawdą. Społeczeństwo ludzkie rządzi się dokładnie tymi samymi prawami i odruchami, co wszelkie stada zwierząt. Niektóre z nich zostały już w Miastach skarykaturowane, przekręcone, lecz nieustająco warte są reaktywacji poprzez choćby uważną obserwację i naukę czerpaną od naszych braci mniejszych. Dodatkowo niektóre gatunki mają specjalne podobieństwa do różnych ludzkich nacji. Na przykład jestem pewna, że starożytni Chińczycy zaczerpnęli swe poligamiczne obyczaje od... kóz.

Ale, żeby nie było aż tak rozkosznie, to zaraz w południe okazało się, że... stado kur pomniejszyło się o jedną, starą nioskę. I to na razie tę jedyną znoszącą jaja. Wypuszczona w ciepły dzień z kurnika powędrowała pod bramę, gdzie dorwał ją powietrzny drapieżca. Kola nie zareagowała (za co potem została skarcona, ale co z tego, jak już po ptokach), choć przebywała w tym momencie na podwórku. Ania zauważyła odlatującego spokojnie na Górę jastrzębia i podeszła bliżej. Odkrywając przykry fakt.

No, cóż... Hinduskie Purany twierdzą, że dusza zwierzęcia transformuje się po śmierci w tę istotę, w której zębach zginęło. Dlatego pewnie moja kura odrodzi się jastrzębiem.
Idąc logicznie po linii tego poglądu, jeśli zwierzę ginie z ręki człowieka, odradza się człowiekiem i jest to dla niego niebywały awans. A jeśli człowiek przy tym robi to w odpowiednim stanie świadomości i prowadzi sytuację, duszyczka mniejsza trafia całkiem niezgorzej w rankingu ludzkich przypadków.
Czemu wydaje mi się to z grubsza prawdopodobne?
Ponieważ moment gwałtownej śmierci wiąże się z niesamowitym zastrzykiem adrenaliny i w pamięci istoty koduje się głęboko traumatyczny obraz. Który potem może pchnąć ją do wejścia w ciało właśnie tej zapamiętanej pod wrażeniem istoty.

Nie mam zamiaru dyskutować na tematy reinkarnacji (a tym bardziej reinkarnacji zwierzęcej) na tym, ani na żadnym innym blogu zbyt szczegółowo, bo większość ludzi zna temat głównie z teorii, a nie z praktyki. Dlatego uważam, że lepiej milczeć, co do szczegółów, aby prawda pozostała otulona stosownym szacunkiem. I niedopowiedzeniem.

W każdym razie resztki kury zostały na tyle odzyskane, że psy zyskały trzy porcje rosołowe i kilka jajek, gotowych już do zniesienia i dorastających do niego.

Ech...

Żeby się pocieszyć powędrowałyśmy z siekierką pod naszą ugorną brzezinkę i nacięłyśmy naręcze dolnych gałęzi świerkowych ze świerczków rosnących na jej obrzeżach. Będą robić za choinkę w jadalnym pokoju, po specjalnym przystrojeniu. Stwierdziłyśmy, że nie warto niszczyć drzewka, które w cieple kaloryferów zacznie się szybko sypać i dołoży nam jeszcze pracy przy niekończącym się sprzątaniu wiecznego bałaganu w mieszkaniu.
Po drodze obserwowałam śnieg, ale nie było żadnych ludzkich śladów. Znaczy, pełen szacunek własności i nikt nie przydreptał po świąteczną choinkę na cudze.
Jestem zbudowana.

Przy popołudniowym karmieniu zauważyłam silne objawy zbliżającego się porodu u Dziuni. Nabrzmiałe pękate od mleka wymię, podniesiony stale ogonek. Trzeba zaglądać zatem. Późnym wieczorem i wczesnym rankiem.
Kozy przeważnie rodzą nad ranem, ale zdarza się, że dopiero po śniadaniu, przed południem. Raz tylko jedna Masza urodziła koźlęta wieczorem, w bólu, martwe, miesiąc przed czasem. Naturalnie więc, to okolice świtu i przedpołudnie.

Co do kulinariów, to coś tam pichcimy. Jak się należy. Na dzisiaj jednak najważniejsze to słanie życzeń. Nasi znajomi Warszawiacy już się odezwali. Tak mają. Zawsze zczynają święta od rozsyłania świątecznych mejli (no, kartka też się trafiła!) i smsów tudzież telefonów osobistych. No, to gorsza nie będę.

23 października 2010

Mądrość na przyszłość

Czasem słyszę pytanie, zdziwione, różnych przygodnych i znajomych ludzi, dlaczego akurat wywiało mnie na wschód? A nie w jakieś szczęśliwsze, bardziej cywilizowane, ludniejsze i bogatsze rejony, bliżej jakiejś wielkiej metropolii.
Skąd my tutaj? Po kiego licha?
Tu Pan Bóg mówi dobranoc, tu mieszkają ludzie z lasu, nie ceniący terminów, obietnic, z brakiem poczucia czasu, o innej religii i z dziwną historią, nieznaną w reszcie kraju, tu ziemia lekka, plony marne, zjadane w dodatku przez dziki i żubry, a dobytek żywy szabrowany przez lisy, kuny, jastrzębie, sokoły i wilki niekiedy też.
Trudno mi na to odpowiedzieć bez poruszenia spraw nieomal paranormalnych, zatem w większości milczę lub zbywam ciekawość jakimiś zrozumiałymi (zracjonalizowanymi) opowieściami. Niemniej, tyle teraz wyjaśnię. Najistotniejszą rolę w obraniu tego, a nie innego kierunku poszukiwań miejsca, bazy i ziemi odegrała moja intuicja, przeczucia i sny.
Mapę okolic z nazwą miejscowości (niestety przekręconą po obudzeniu) ujrzałam w półśnie kilka lat przed ich odkryciem. Mam ją narysowaną w notatniku, także dom (po przebudowie) i jego położenie, opatrzone datą mogącą powalić niedowiarków.

Mogę powiedzieć, że kierował mną jakiś atawizm i sentyment. Choćby stąd się biorący, że mój tata był fanatykiem Trylogii Sienkiewicza i miał za znajomych dwa małżeństwa przesiedleńców ze Lwowa. W rozmowie z nimi zawsze z rozkoszą przechodził na ruski akcent.
Pamiętam ich. Choć już dawno temu odeszli w nieskończoność. Byli to prości i niezwykle serdeczni ludzie, odbijający na tle innych czymś, co mój ojciec kochał, a ja od niego to przejęłam. Pan U. na przykład był namiętnym grzybiarzem. Takim, co skoro świt wychodził do lasu, a gdy znalazł grzyb siadał przy nim i patrzył pilnie... Twierdził po tych obserwacjach, że grzyby rosną skokowo. Widział, jak rosną grzyby!
Ale mniejsza o to.
Mną powodował głównie lęk. Wywołany długotrwałą serią apokaliptycznych snów. Które niestety zaczęły się już spełniać.
Strach przed głodem i chłodem mam zresztą po biednych chłopskich przodkach ze strony mamy, dotkniętych różnymi klęskami dawno temu. Nadwrażliwość po schłopiałych szlacheckich przodkach ze strony ojca.
Powodował mną lęk przed kryzysem i chęć zaradzenia mu w porę. Umoszczenia sobie gniazda i sprawienia, że głód mi nie zagrozi. Ani mnie, ani moim bliskim (którzy zresztą nadal nie mają pojęcia, co mnie wywiało, ani tym bardziej nie podzielają moich obaw).
Pchanie się na wschód, tyle razy dotknięty przez historię, biedny, zapomniany przez cywilizację... dość dziwnie wygląda. Jednak posłuchałam w tym swoich przeczuć, a nie logiki.
- Ach, to wielki trójkąt radiestezyjny z uśpioną białą energią czakramu! - ktoś mi na to rzekł - Rozumiem. On się ma obudzić. Sięga czubkiem aż do Rygi i zajmuje obszar co najmniej połowy Białorusi i część Podlasia. Świadczą o tym choćby nazwy zawierające człon "biały".
Ale ja nic o tym nie wiem. Oprócz tego, że na dzisiejszej Białorusi dziwnym zbiegiem okoliczności przyszli na świat wszyscy nasi wielcy wieszcze! I tego, że mój duchowy mistrz prawie pół tysiąca lat temu napisał, że wielkie światło obudzi się tam, gdzie jest granica kalendarzy i różne terminy postu i świąt.

W ciągu ponad dwóch lat w trakcie mieszkania na cudzym, czyli na Dąbrowie, zajęłam się tłumaczeniem tekstów Nostradamusa z francuskiego na polski. Nie tylko z nudów, ale przede wszystkim po to, aby zrozumieć co mnie naprawdę prześladuje, i co z tego może się rzeczywiście spełnić.
Wiele zrozumiałam, odkryłam, lecz nadeszła jakiś czas temu pora, aby przetłumaczyć też oprócz czterowierszy, także teksty prozą Proroka z Salon.
Kilka dni temu dopiero zrozumiałam jeden z nich. I odkryłam w nim dzieje konfliktu bliskowschodniego oraz coś, co wydaje się poruszać kwestie chaosu politycznego, który dopiero zaczyna się bujać w Polsce.
Posuwam się zdanie po zdaniu w głąb zrozumienia i nie jest to łatwe. Jednak dotarłam już do akcji Pustynna Burza, ugaszenia wielkiego dymu i egzekucji przywódcy i jego dworu, po wyjawieniu wszystkim ich wielkich zbrodni. W tym samym czasie w Europie "owczarnia miała zostać powierzona wilkom porywającym". I rozpoczęło się wielkie sprzeniewierzenie wartości duchowych i upadek autorytetu KK i jego kapłanów.
Co dalej?
Wspominam o tym, ponieważ panowie współ-blogujący na zalinkowanych na Kresowej blogach zajęli się projektowaniem funkcjonowania świata po przekroczeniu Peak Oil i wobec narastającego kryzysu paliwowego. Posługują się logiką i racją. A ponieważ brakuje w tym uwzględnienia tego, czego nie da się nijak uwzględnić bez jasnowidzenia i uruchomienia intuicyjnej półkuli mózgu, to dopowiem coś ze swej działki. Słowami Nostradamusa (zresztą jest ich więcej na ten temat, ale pozostawiam to sobie jeszcze do przemyślenia). Brzmią one tak w tłumaczeniu uwzględniającym styl epoki:

"Następnie, ponieważ omawiane zaćmienie przypadnie w okolicach początku pierwszego niebiańskiego domu, da ono złej partii jedną nieszczęsną przepowiednię, a to mianowicie wielkiej drożyzny żywności: przywódcom nastać w najwyższym podniesieniu, wraz z dobrowolną i niedobrowolną klęską głodu, jednak w większości z powodu uchybienia tego, którego pola nie wydadzą tyle swej powinności, ile będzie się miało nadziei. Mądry, kto się zaopatrzy."

Klęska spowodowana przez GMO, przyjmowane dobrowolnie i rozsiewane niedobrowolnie...
Owo "następnie", o jakim jest mowa w tym zdaniu, ma nastać po czasie chaosu politycznego spowodowanego wielkim śledztwem i wielkich zamachów terrorystycznych w Europie (nie było ich jeszcze) oraz coraz częstszych atakach epidemii różnych dziwnych chorób.
Do końca jednak jeszcze trochę...

Ha, każdy ma swój mit, który go wiedzie tam i gdzie indziej przez życie.
Ja mam właśnie ten.

3 września 2010

Pełna moc

Wychodzi słońce, ale na zmianę z przelotnymi ulewami. W praktyce kozy krążą między polem a oborą wielokrotnie. Same wracają, uciekając przed deszczem i same wchodzą do boksów w odpowiednich grupach. Rozmieszczam je teraz inaczej, dziewczynki osobno, koziołki odpowiednio do dwóch dominujących samic w dwóch boksach i jest wreszcie spokój przy karmieniu.Kiedy koło południa wracałam z nimi z pastwiska znalazłam na polu rozszarpaną kokoszkę zieloną nóżkę... Pełno piór, zjedzona wątroba i część wnętrzności. Zabrałam resztkę z uczty jastrzębia, Ania oprawiła mięso i Kola będzie miała jedzenia na tydzień. Smutne pocieszenie.
Przyszło mi potem do głowy napalić zamiast pod płytą, to w ścianówce i wreszcie wypróbować pełną moc pieczki. Wyschła już dokładnie. Złapała cug momentalnie i przez godzinę paliłam w niej starymi, na pół spróchniałymi kawałkami drewna, nawet nic porządnego. Po dwóch godzinach piec był już w pełni rozgrzany, a temperatura podskoczyła w domu prawie o 5 stopni. Kafle są tak gorące, że na wysokości paleniska można się oparzyć.
Obrałyśmy zatem nową porcję jabłek i suszymy na brytfance postawionej na pieczce. To najlepszy sposób (oprócz kaloryfera).
Ania skoczyła do lasu na grzyby, nie było jej z godzinę. Znalazła trochę kurek i dwa koźlarze. Będzie jutro na zalewajkę z grzybami.

19 lipca 2010

Ofiara czy strata

Wczoraj doliczyłam się jeszcze jednego kogutka, który poszedł na ofiarę dla nie wiadomo czego. Gdyby był to jastrząb bądź inny powietrzny drapieżnik mogłabym wysnuć wnioski dobrej wróżby dla siebie. Augurowie greccy i rzymscy przewidywali bieg spraw z ptaków nieba. Orły, sokoły, jastrzębie, kruki należą według nich do szlachetnych reprezentantów bogów, Apolla, Zeusa, Ateny i zapowiadają powodzenie wielkich planów. To oczywiście przypadek, ale ilekroć na Dąbrowie jastrząb zabierał mi kurę dochodziło do ważnych rozstrzygnięć biurokratyczno-urzędowych, na które nieraz długo czekałam. Rejestracja firmy, sądowa pieczęć (w sprawach spadkowo-podatkowych sprawdzały się przelatujące kruki), podpis u notariusza i zakup Kresowej... Zatem nie było aż tak żal straty. Tymczasem teraz cholera wie, co łupi kurczaki... Czy dobre to, czy złe, czy leśne czy od ludzi się biorące (np. wałęsające się psy pewnego człowieka z wioski).
Udało nam się zebrać wczoraj wszystkie pozostałe kurczaki, o zmierzchu, gdy usadowiły się na żerdziach (zamiast w stodółce) i zanieść je do kurnika. Przenocowały tam szczęśliwie aż do rana, nawet nie było zbyt wielkiego rabanu w dzień ze strony dorosłych kur. Przez cały dzień potem cała szósteczka wyraźnie była już lepiej zintegrowana ze stadem i zwiedzała podwórze tam, gdzie do tej pory bała się zajrzeć.
Wieczorem jednak weszła do... stodółki. Wygarnęłyśmy je stamtąd podobnym sposobem, co wczoraj. Kury wieczorem i w nocy prawie nic nie widzą i zamierają w bezruchu, łatwo jest je wziąć do ręki. Nawet Zieloną Nóżkę, jak się okazuje.
I smutny wniosek. Jest już ich pięć.
Ech.