Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pamięć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pamięć. Pokaż wszystkie posty

9 sierpnia 2025

Twarogowa starka

Czas biegnie, ucieka spod stóp. Kiedy wkracza się w bramę starości, rzeczy odmieniają się, choć nadal zdają się takie same pozostawać. Zmiana zachodzi w głowie i w sercu. Ciało zwalnia, wszystko nabiera innego sensu. A raczej traci poprzednie sensy i motywacje, zaś to co się spoza tej utraty wyłania istnieje jak perła osłonięta do tej pory "ziemskimi ambicjami i mniemaniami". Oczywiście motorem dotychczasowym były hormony i ich interesy. Po ich uspokojeniu się i podczas zanikania wpływu wyłania się nowy świat. 

Przypuszczam, że są staruszkowie, którzy nigdy nie dają sobie spojrzeć na świat tym nowym, a jakże odwiecznym okiem, bo ich motorem są płytkie emocje, gniew albo strach (oczywiście przed utratą wpływów i opuszczeniem tego padołu). Ale ogół ludzi starzejących się reaguje na ten tajemniczy proces podobnie (nie wliczam gwiazd estrady, które - nieszczęsne - malują się na nieśmiertelne), i jak najbardziej naturalnie. Bo Mać Natura już to wszystko zabezpieczyła i nie ma się czego bać, wszystko samo się toczy swoim starodawnym torem. Nie potrzeba też do tego wielkiego rozumu, a wręcz zdobyta wiedza musi zostać w pewien sposób przełamana i odrzucona. Mądrość życiowa bowiem wcale nie jest intelektualna, a płynie poprzez serce.
Babcie i dziadkowie zawsze mieli i jeszcze nadal mają, choć młodym wydaje się, że to nie istnieje, swoje ważne zadanie w rodzinie i społeczności. Ponieważ ich świadomość przesuwa swoją uwagę ze spraw ciała i biologii na sprawy ducha (choćby i nawet niektórzy deklarowali się materialistami), a serce otwiera się, to kwestia szczęścia najbliższych i dalszego prosperowania rodu jest w ich gestii ochronnej. Robią to przy pomocy spontanicznej modlitwy, o której czasem sami może nie wiedzą, że ją uskuteczniają. Łącząc chcąc nie chcąc ten padół z wyższym wymiarem i otwierając nad otoczeniem parasol ochronny. 
Im babcia czy dziadek starsi, tym częściej można ich spotkać na spacerze, wpatrzonych w przyrodę, na cmentarzu, albo z różańcem w kieszeni lub szufladce koło łóżka odmawianym podczas długiej bezsenności nocnej, (która też jest naturalna). 

Tak, powiecie, ale... ci sami staruszkowie wplątani w polityczne walki, głosują tak, jak nimi hasła i obietnice formułowane w cichych gabinetach - sterują, i stają się przedmiotem gry, w której są ofiarami, w żadnym razie zwycięzcami. Pomyślcie, czemu tak się dzieje? Czemu staruszkowie tak bardzo się boją i żywią gniew, plując na siebie i innych i wrzeszcząc dziwne hasła na miejskich placach i pod kościołami? Zamiast dbać o wnuki, odpoczywać w sanatoriach i hodować pomidory i kwiaty na działkach? To nie jest wina różańca w ich kieszeni. Tylko coraz bardziej nienaturalnego systemu, w którym coraz mniej dla nich miejsca, mniej sensu, mniej potrzeby istnienia i mniej szacunku, a coraz więcej samotności i drwiny.

Ten przydługi wstęp dałam po to, aby odnotować, że mamy już kolejny miesiąc za sobą. Zimnego i dość nawet wilgotnego lata. Minął już doroczny festiwal w naszej gminie, Anna udziela się co rusz na zajęciach warsztatowych w regionie, ja zaś zdołałam zrobić kilka żółtych serów (nie wszystkie wyszły z powodu nadmiernej wilgotności powietrza) i wróciłam do codziennego wyrobu bezpiecznych twarogów, chodzę na spacer z psami i czytam. Znajomy kucharz celebryta donosi, że twarogi są ostatnio, na mocy bożka Tik Toka, wielkim hitem żywieniowym w Stanach. Młodzi je odkryli, nazywając "najczystszą formą białka". Ponoć brakuje tych serów w marketach, tak są popularne. Dla Słowianina to nadal prawda codzienna i oczywista. Dla mnie w każdym razie jak najbardziej.

22 maja 2025

Tęczowe słupy

No, i maj dalej kapryśny. W Polsce zimne maje to nie nowina, tym bardziej na wschodniej flance. Czytam w Dziennikach Marii Dąbrowskiej, że w latach wojny, ale i w późniejszych takie właśnie bywały, że w maju chodziło się jeszcze w futrach, w Warszawie padały śniegi, w sadach wymarzały kwiaty, żywność od tego mocno drożała. Więc nie nowina. Ukuto też formułkę "zimny maj", która legła w tytule sławnego przeboju Kory i Maanamu. Tym niemniej lud zrobił się podejrzliwy, i teraz zimno i długo utrzymujący się niż tylko w rejonie naszego kraju na mapie Europy podsunął podejrzenie o broni pogodowej skierowanej na polskie rolnictwo. Ponadto na niebie pokazują się słupy tęczowe, które ktoś ochrzcił "tęczą Trzaskowskiego", bo wzmogły się w okolicach wyborów i ludziska przesyłają sobie zdjęcia tych cudów niebieskich nad różnymi wsiami i miastami z okrzykami "Jakie cudne!" albo opatrzone złośliwymi i wszystkowiedzącymi kpinami. Ja powiem w tej sprawie tylko jedno: "A diabli wiedzą jak to jest!" Żyć trzeba.

Nieco więcej popaduje, zdarzają się nawet ulewy, temperatura nocna podskoczyła, zatem ruszyła trawa i kozy mają co jeść podczas popasu. W suchym rejonie mojej wioseczki i tak jest jeszcze mikra i rzadka, ale to akurat przypadłość miejsca i jakości gleby. W każdym razie sianokosy na pewno będą późne w tym roku, tak czy siak.

Na spokojnie zajmujemy się ogródkiem. W tym roku długi tunel jest odkryty, uznałyśmy że szkoda naszej pracy i podlewania, bo zapasy z mniejszego areału nam dwóm wystarczają (nie wiadomo, jak wypadną z gruntu w tym roku, zawsze jest ta niepewność). Pory, pakczoj, pomidory i fasolowe zostały wysadzone w cieplicy i na grządkach przy domu. Kwiaty jabłoni zmarzły, jeśli jakiś się zawiązał i uchował to będzie cud. Podobnie śliwy, choć tu jakby nieco lepiej, bo drzewa są niewysokie i rosną w miejscach chronionych przez budynki, zobaczymy w praniu. 

Poza tym codziennie spacerujemy po drodze leśno-polnej, z psami towarzyszkami, nie zważając na kaprysy aury. Oto jedna z nich, Pasia, na zdjęciu sprzed trzech lat, (ale nic się nie zmieniła).

31 października 2022

Czas leci, obrazy znikają

Czas leci, ale co tam! To tylko czas. Iluzja wieczności. Jak fotografie, które robimy z taką pasją, aby go zatrzymać, a zasada pozostaje zawsze poza.

Tak naprawdę nie lubię zdjęć. Mój ojciec był zapalonym i utalentowanym fotografem, wywoływał zdjęcia samodzielnie w domu przy czerwonej żarówce, w czym mu towarzyszyłam jako kilkulatka. Fascynowały mnie kształty i postaci wynurzające się na białym papierze po zanurzeniu w wywoływaczu, które miałam za zadanie przenosić w porę do utrwalacza. Trzeba było wyczuć moment, żeby nie przedobrzyć, bo kontury robiły się zbyt ciemne.

Niestety, nie odkryłam w sobie jego uzdolnień. To jakieś specjalne czucie chwili. Gdy trzeba pstryknąć, i aby zdjęcie miało w sobie ducha, a nie było beztreściową kopią zewnętrznego świata. To znaczy zawsze jest kopią, w sensie filozoficznym, ale bywa że lepszą lub gorszą. No, więc mnie wychodziły zazwyczaj gorsze kopie. Może dlatego, że mam wadę wzroku? Ale mój tata też ją miał i mam ją po nim. Brakło mi zwyczajnie tego czegoś, co starożytni nazywali talentem właśnie.

Między innymi to jest przyczyna niewielkiej ilości zdjęć na tym blogu. Zresztą przeważnie nie są mojego autorstwa. Już dawno zarzuciłam aparat fotograficzny, a obsługi bardziej skomplikowanych komórek po prostu nie opanowałam, ani nawet nie mam takiego zamiaru. 

Niektóre prymitywne ludy uważają, że zdjęcie zabiera istocie sfotografowanej duszę. Może coś w tym jest. Może nie aż tak, ale poniekąd, zwłaszcza gdy się nie pojmuje -jak owe ludy - zasady mechanicznej robiącej fotografie i przypisuje jej coś, co teraz może nazwalibyśmy sztuczną inteligencją, martwą świadomością, deux ex machina. Jednak współcześnie pojawiły się wieści, prawdziwe czy nie, ty to wiesz, że technologia pracuje nad zassaniem w siebie ludzkiej duszy. Zatem gruszek w popiele nie zasypujmy, czuwajmy, bo jak zaśniemy, nie wiadomo czy się obudzimy! Tacy jak teraz, bo może coś nam odmieni świat na inny, podobny jedynie, pozbawiony "talentu", "iskry bożej", "geniuszu", "ducha" i duszy właśnie? Brr.

Dawniej słowa, opowieści służyły za medium przekazujące obrazy. A wraz ze słowami ton głosu, dźwięki, melodia mowy, powtórzenia, okrzyki i inne chrumkania, oraz miny i gesty, które z pewnością opowiadający czynił. Każdy więc odbierał przekazywany obraz w sobie, w głębi, na bazie własnych doświadczeń. Czasem więc pewnie dociekał czegoś, czego nie pojął, rozpytując opowiadającego o szczegóły, przybliżenia i była taka możliwość, aby się dogadać, a nawet razem coś odkryć.

Obecnie fotka czyni to za tysiąc słów. W całkowitym milczeniu. Czasem waląc w oczy rażącą albo prze-zachwycającą treścią ujętą w kolory i kontury, ujęcia perspektywy, a czasem znikając wraz z zamknięciem na nią oczu bezpowrotnie.

Właściwie to nie wiem o czym chciałam konkretnie powiedzieć. Ten wpis jest bezzasadny. Dlatego dam na koniec kilka fotek z gospodarstwa dla nakarmienia niczyjej uwagi.

Jesień.

Z daleka i z bliska.

3 kwietnia 2022

Drzewo życia

Zacznę od opowieści dziwnej treści. Jakieś 25 lat temu, gdy stałam dopiero na progu wielkich zmian w swoim życiu i to całkiem nieoczekiwanych (acz obliczonych zawczasu w horoskopie kiedy przypadną), rozrywałam się latem robiąc sobie wycieczki rowerowe po okolicznych wioskach. Nie muszę dodawać, że nie było to na Podlasiu, ale gdzieś w odległej galaktyce. Okolice były (i są nadal) dobrze zalesione, więc zazwyczaj moim celem był jakiś las i ulubione miejsce w nim (jeziorko, staw, szczególne drzewo). Pewnego razu wybrałam się w swoje ulubione miejsca z przyjaciółmi z wielkiego miasta. Trafiliśmy do wioski dalekiej od szosy, niewielkiej, śródleśnej, zabudowanej klasycznie drewnianymi chatami. Jedna z tych chat była niezamieszkana i moi znajomi popadli w rozmarzenie. Pustostan pozwolił im zajrzeć w zakamarki, których nie znali.
Poza tym w obejściu, na samym jego środku rosło ogromne stare drzewo. Gigantyczny dąb. Drzewo życia. Był tak wysoki, że zadarłszy głowę nie widziało się jego czubka. W trójkę ledwie objęliśmy go rękami. Przyjaciel z zamiłowania fotograf usiłował daremnie zdjąć giganta.
Tej nocy miałam szczególne sny. Dotyczyły owego drzewa. Wyśniło mi się życie tamtejszych mieszkańców i zrozumiałam, że ich dusze nadal trwają, uwięzione w owym drzewie! Zmarli mieszkańcy chaty nie odchodzili do nieba, a żyli w nim dalej w jakimś swoim codziennym udręczeniu. Postanowiłam ich uwolnić, nie miałam wyjścia, bo spać nie dawali, więc porobiłam jakieś swoje modlitwy i prośby. I nagle poczułam chłodny powiew i wreszcie mogłam spokojnie zasnąć do rana.

Minął tydzień i moi przyjaciele z wielkiego miasta znowu się zjawili. Kolega fotograf był tak zafascynowany, że znowu zażyczył sobie wizyty w owej wiosce i ujrzenia dębu. Miał ze sobą lepszy aparat. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy na miejscu zastaliśmy owo wspaniałe drzewo leżące bezsilnie jak długie na ziemi! Upadło tak, że nie zrujnowało niczego w obejściu, żadnego budynku ani nawet studni. Okazało się, że w środku było prawie puste.

Zapytaliśmy na wiosce co się stało. Jakiś staruszek z sąsiedztwa opowiedział, że w tygodniu zdarzyła się niewielka ale nagła burza, zagrzmiało, lunęło i pojawił się jakby znikąd silny wiatr, ale zakręcił się tylko tutaj, w owym obejściu. I drzewo cicho upadło...

Dlaczego o tym teraz piszę? Ano nasz stary klon, drzewo życia zasadzone przez poprzednich właścicieli długo przed wojną, sypie się. Zaczął w styczniu, gdy wielki nadłamany konar pękał kilka tygodni nad drogą na zapleczu, aż wreszcie runął na ziemię. Konar został pocięty i zagospodarowany, ale okazało się, że to nie koniec.

Na Prima Aprilis przyroda postanowiła zrobić dowcip i nagle po suchej zimie sypnęła obficie śniegiem. Białe płaty padały całe popołudnie. Było na tyle ciepło, że śnieg był mokry i ciężki. W nocy zbudził mnie szczególny huk czegoś ciężkiego przesuwającego się jak gdyby po dachu. Jeśli był to śnieg, to musiało go być dużo. Nad ranem pojawił się drugi raz podobny dźwięk. Obudzona domowniczka poszła zobaczyć. Okazało się, że pod śniegiem złamała się stara śliwa węgierka rosnąca przed tarasem, dająca nam najsłodsze śliwki, jakie w ogóle jadłam. 

Od nocy trwał brak prądu i wody, ale wodę na szczęście szybko naprawili. Do rana napadało mnóstwo śniegu, ciężkiego, wilgotnego. Brnęłam w nim po kolana, wsypywał się do kaloszy. Obrządek był wyczynem.


Potem Anna poszła odśnieżać długi tunel. Poradziłam jej wziąć szczotkę na kiju, którą unosiła folię od środka i śnieg łatwo opadł. Cieplica również ocalała. Za to mały tunel w obejściu przy drodze, z którego nie ściągnęłyśmy folii na jesień załamał się pod ciężarem śniegu, który zsunął się z dachu komórki.

I poza tym kolejny duży konar klonu upadł, ocierając się w nocy o ścianę północną domu, na szczęście nie uszkodził ani przewodu elektrycznego ani wozu, który pod nim stoi. Wielka gałąź wpasowała się idealnie w drogę tylną między domem a ziemianką.


I taki jest los wszystkich istot żywych.

Prąd włączyli po 14-tej drugiej doby. Piękny słoneczny dzień, noc była mroźna i śnieg stwardniał, w ciągu dnia zmiękł i osunął się ze wszystkich dachów z hukiem, tworząc wysokie kopce u stóp budynków. Drób wreszcie wypuszczony z kurnika, poradził sobie, przemieszczając się dróżkami przez nas wydeptanymi.

27 stycznia 2020

Trwanie

Już się pogodziłam, że w tym roku zimy po prostu nie ma i nie będzie. Z perspektywy widzę, jak czasy się zmieniają. Pamiętam zwłaszcza pierwszą zimę na Podlasiu, w roku 2005, którą spędzałyśmy w starej przewiewnej chacie z nieczyszczonymi od lat piecami... Była najzimniejsza i najdłuższa ze wszystkich, jakie tu przeżyłam. Temperatura kilka razy spadła do blisko minus 40 stopni, długo trzymała w granicach 30, a kiedy wreszcie podniosła się do minus 18 to cieszyłam się, że wiosna idzie. W kwietniu jeszcze szusowałam na nartach po polach. Woda zamarzała w kuchni w wiadrze i psiej misce. Trzeba było rąbać siekierą, żeby do czajnika nalać. W sypialni przy piecu rano bywało zaledwie kilka stopni na plusie. Pisałam  książkę rozgrzewając palce od kubka szybko stygnącej kawy lub herbaty. Ku naszemu zdumieniu, żadna z nas nie zachorowała wtedy, nawet kataru nie było! Gdzie te czasy?
Miejscowi mówili, że jak ta zima nas nie wystraszy, to już nic nas nie wystraszy. I tak się stało. Choć nie wiem, czy nie wystraszy nas upał i susza, każąc bliżej Syberii się kiedyś przenieść... kiedyś, to w przyszłym życiu oczywiście, bo w tym nie mam już zapału do pionierstwa. To nastrój właściwy ludziom młodym i w średnim wieku. Na starość człowiek się okopuje.

Usiłuję się nie lękać. Majowie opisywali nadzwyczajne ciepło poprzedzające cudowne wydarzenie cykliczne, przelot czegoś na niebie blisko Ziemi, na co czekali setkami i tysiącami lat. Podejrzewam, że jesteśmy blisko tego nadzwyczajnego wydarzenia. Choć nie będzie to jutro, czy za miesiąc, ale niektórzy z nas je pewnie zobaczą na własne oczy.

Póki co szaleją przedwiosenne zarazki. Anna przyniosła z zajęć w domu kultury, od dzieciaków, ból gardła. Dała się już bez oporu namówić na leczenie jodem. Po jednej porcyjce na noc ból minął, a rozwinął się katar. Grzeje go teraz w łóżku, z nogami na termoforze. Popijając herbatę z sokiem z czarnego bzu, latem przygotowanym. I głowę zajmując szwedzkim serialem z Netfliksa, pokazującym świat bonusowych rodzin, gdzie małżonkowie rozmawiają ze sobą w obecności terapeutów, co jakiś czas zmieniają się rolami, zdrowy wkurw jest zakazany, a niewyrażoną agresję leczy się masażem lub u lekarza, ewentualnie pijąc łyskacza. Albo rozwodzą się uprzejmie za obopólną zgodą i wchodzą w nowy związek, wychowując swoje i cudze dzieci w wielkim zgodnym lub raczej ciągle godzącym się - plemieniu. W którym inny kolor skóry, oczu, włosów, język czy wyznanie jest zabawnym urozmaiceniem, wprowadzającym resztę w przymus nieustannego rozwoju świadomości i rozszerzania serca ku wiecznie niedosięgłej tolerancji, akceptacji bliźniego i wyrozumiałości, sięgającej całkowitej unifikacji cech. Tak, coś takiego nas by czekało, gdyby Szwecja rozszerzyła swój zasięg.


Na odreagowanie można obejrzeć inny skandynawski, szwedzki czy norweski serial, kryminalny, gdzie trup ściele się gęsto i okrutnie pośród tych grzecznych i wybaczających ludzi. Skrywających w swych duszach głębie polarnego mroku.

Mnie trochę głowa boli, ale katar się nie rozwija, więc mam nadzieję, że przetrwam bez większych kłopotów.

2 czerwca 2017

Wewnętrzny świat

Życie w obejściu jest bujne i ciekawe. Dla bystrego obserwatora na pewno nie jest nudne. Wystarczy usiąść na ławeczce i trochę poczekać. Zaraz coś nawinie się pod obiektyw. Tym razem większość dzisiejszych scenek do fotografii trafiło się Majce, goszczącej u nas z siostrą przez kilka dni.
Poniżej Kolesie Dwaj, Kochaś (ten pierwszy, mini-kochin) i Łysol (gołoszyjka, takie brzydactwo wymyślili Austriacy). Trzymają się zawsze razem, co dziwne u kogutów. Ale im dwóm akurat raźniej, bo reszta zwykłych kur zwyczajnie ich lekceważy albo odgania. Dwa z czworga dziwnych kuraków, które się wykluły poprzedniej jesieni z zakupionych u hodowcy hobbysty jaj. I urozmaicają oto swoim widokiem nasz mały światek. Była jeszcze kurka gołoszyjka, która zniosła nam na Wielkanoc kilka pięknych zielonych jajeczek, niestety nie spodobała się indorowi, i musiała przedwcześnie skończyć w rosole.
  

A oto poniżej portret owego nietolerancyjnego amerykandora.


Tutaj zaś perspektywa świata, jaki rozciąga się patrząc od progu naszej chaty, na przyległy wewnętrzny dziedziniec. Jest zabawnie powiększona i zdeformowana, bo zdjęcie robione obiektywem, który najlepiej ściąga powierzchnię Księżyca i satelity Jowisza, a nie tak małe przestrzenie.


Kogut naczelny. Mix zwykłej kury z zielononóżką.


Małe zetknięcie przed oborą. Pasza robi srogą minę wobec niesfornego Michasia, którego z kolei strzeże jego matka, Amela. Nad nimi filozoficznie obojętna głowa Felicji.


Jedyne moje zdjęcie w tym wpisie. Grządka szpinaku i rzodkiewki, które już zostały dokładnie pożarte, w serii szpinaku duszonego na patelni oraz sałatki szpinakowej z serem, orzechami i miodem. W ich miejsce posiano następną dawkę zdrowia.


20 lipca 2015

Stan klęski żywiołowej

Zacząć muszę ten wpis górnolotnie i dalekosiężnie. A także filozoficznie, było nie było. Sami się za chwilę przekonacie, dlaczego.
Od jakiegoś czasu sięgnęłam z powrotem do tłumaczenia czekających na mnie cierpliwie pism Nostradamusa. Powrót po przerwie odświeżył stare lęki. Trudno się nie bać, czytając niektóre opisy i wiedząc, że dotyczą tego, co zapewne zobaczymy sami na własne oczy jeszcze w tym życiu, albo nasze dzieci czy wnuki. Nie różnią się one zbytnio od zwykłych prognoz robionych ostatnio przez specjalistów od ekonomii, socjologii, technologii, tudzież wojskowych czy politycznych strategów. Wiele z tych opisów już jest ożywionych i rozwijanych w praktyce i w Internecie przez miłośników teorii spiskowych, pisarzy i filmowców, ekologów czy preppersów itp. Wiadome to jest każdemu myślącemu trzeźwo i logicznie człowiekowi. Że obecny stan rzeczy nie może utrzymać się długo, z takich, czy innych względów. A w zamian nic dobrego nas nie czeka. Jeśli zabrać naszemu obecnemu społeczeństwu kilka podstawowych rzeczy, na których osiadło, tuczy się i rozkwita od stu lat, np. prąd, gaz, ropę naftową, środki czystości, wodę i jedzenie z pewnością oszalałoby bardzo prędko. I właśnie takie szaleństwa, ogarniające ten nasz zbytkowny świat opisuje Nostradamus. Nie okiem współczesnego prognostyka, a podglądacza tych wydarzeń żyjącego pół tysiąca lat wcześniej! To świat wstrząsany od rewolucji, zamieszek i konfliktów wewnętrznych, przeniknięty przez „nowego rodzaju wroga”, tj. Arabów i innowierczych uchodźców z trzeciego świata, okrutnych zamachów dokonywanych przez ludzkie roboty, świat oszalały od dżumy, gorączek krwotocznych, które rozłażą się mimo kwarantann i zamkniętych obszarów i sięgają coraz dalej i wyżej w głąb Europy, zdziesiątkowany zarazą kładącą pokotem zwierzęta czteronożne, bydło małe, duże i konie, a potem ludzi, pełen bandytów, złodziei i snujących się po świecie żołdaków z rozpuszczonych luzem wojsk, uderzany bezlitośnie pociskami wojennymi i w ich wyniku rozpętanymi katastrofami klimatycznymi, śmiercionośnymi upałami, całkowitym wyjałowieniem ziemi (na obszarach, gdzie uprawia się teraz rośliny GMO) żywiącej już tylko panoszące się robactwo, rozległymi pożarami, huraganami, trzęsieniami ziemi, wybuchami wulkanów, niesamowitymi burzami i wyładowaniami, wylewami rzek i ogromnymi falami morskimi wdzierającymi się w głąb wybrzeży. Oraz skażeniem radioaktywnym. Wszystko to ma się wydarzyć w obecnym stuleciu i zaprawdę, powiadam wam, cieszmy się ostatnimi chwilami szczęścia i spokoju... Bo nigdy już nie wrócą. Przynajmniej w formie, którą znamy.
O ile człowiek urodzony w 1895 roku, gdyby dane mu było spotkać się ze swoim przodkiem z 1815, nie byłby specjalnie niczym zdziwiony, bo niewiele w sposobie życia codziennego wtedy zdążyło się zmienić, a nawet człowiek z 1995 roku dogadałby się jeszcze z tym z 1915 całkiem do rzeczy, to człowiek z 2095 będzie już zupełnie kimś innym, niż my teraz. Jakby stojącym po drugiej stronie bezdennej przepaści.
No, dobrze, powiecie, po co to opowiadam, po co straszę?
Ten blog jest od spraw gospodarskich, obyczajowych, budowlanych, a nie od straszenia. Tymczasem nie mogę się z tym zgodzić. Powstał on z chęci zapisywania doświadczeń osoby, która zdecydowała się sama zmienić swoje wygodne miejskie bytowanie na wiejski prymityw, żyć w prosty i w miarę bezpieczny sposób, by właśnie owe lęki i przeczucia zbiorowe, które nie tylko ja miewam od dziecka, jakoś zrównoważyć i przerobić w aktywnym działaniu. Nieważne, czy sensownie, czy może nie. Los tym rządzi.
A teraz najnowsze wypadki poniekąd wpisały się w koloryt tych moich uruchomionych świeżo lęków i wyobrażeń. I muszę zdać z nich relację opierając się na owych przyszłych wydarzeniach, które mają się do tych wczorajszych i przedwczorajszych może nijak, choć jednak cokolwiek jakoś tak, chyba…

"Uwaga Podlasie, nadciąga czarny szkwał!" Takie ostrzeżenie, wysłane na fejsie przez znajomego meteorologa amatora dotarło do nas już po ptokach. Czyli po południu wczorajszego dnia. A dziwny burzowy żywioł rozszalał się przedwczoraj mniej więcej koło 18 godziny. Szczęściem zdążyłam zamknąć właśnie wszelkie ptactwo. I kozy już zeszły z pastwiska. Towarzyszyła temu niezmierna i nienaturalna duchota, w której nagle ożywiły się zwykłe muchy. Nagle pojawiły się całymi chmarami, rojąc się z lasu. Poprzednia generacja została przez nas bardzo skutecznie zmniejszona w oborze i kurniku dzięki chemicznemu środkowi, smarowanemu na framugach okien i drzwi. Teraz obsiadły mnie jak nigdy dotąd namolnie w wielkich ilościach, pchając mi się do twarzy i uszu niczym zwariowane. Chwilę potem silny wiatr przywiał wielkie chmury. Zrobiło się prawie ciemno. No, i oczywiście momentalnie zabrakło wody w kranie i zgasło światło.  
Drzewa tańczyły wokół, las kłaniał się i powstawał, a wiatr nosił liście i gałązki w dół i w górę, wśród błysków i w sumie niegroźnych grzmotów i pomruków niebieskich. Trwało to kilka godzin. Spędzonych przy ostatniej znalezionej w domu świeczce. Po kilku godzinach wodę włączono. Światła nie.
Kozy trzeba było wydoić już po burzy, o zmierzchu, bo nauczona doświadczeniem odłożyłam tę czynność w czasie. Mleko dojone w czas wzbierającej duchoty i błyskawic, warzy się i nie nadaje się nawet na twaróg. Zmienia smak w niemiły sposób. Podobnie działa także bliskie uderzenie pioruna na świeże mleko nawet zamknięte w zbiorniku. Ale tym razem piorunów nie było.
Rano wciąż trwał brak prądu. Trudno. Nasza chata jest całkowicie dostosowana do takiego wariantu funkcjonowania. Gorzej byłoby z wodą. W razie dłuższego jej braku trzeba by było pójść po prośbie do sąsiadów, zasobnych w studnie. Wodę na kawę ugotowałam w czajniku na gazie. Gdyby nie było gazu, wystarczyłoby skoczyć do lasu, nazbierać koszyk szyszek i napalić pod płytą. Niemniej pojawił się pewien niepokój o stan zamrożonego mięsiwa w zamrażarce. Wolałam nie otwierać i nie sprawdzać jego stanu, aby nie wypuścić na zewnątrz ducha mrozu. O dziesiątej rano miało minąć gwarantowane w instrukcji 16 godzin, gdy lód się ma trzymać. 
Jak niepokój, to najlepiej spytać się wyroczni. Rzuciłam monetami, pytając o to, co z prądem. 
- Wieczorem dopiero będzie? - zdumiałam się.
Trudno. Tak miało być. Przestałam się martwić. Zapasy w zamrażarce nie są zbyt pokaźne, jak to latem. Indora się najwyżej rozmrozi i upiecze jutro czy pojutrze. Resztę też jakoś przetworzy i znowu zamrozi. Nie problem. (Gdyby nie było prądu i piekarnika można przecież napalić w piecu chlebowym). 
Telefon 911 w elektrowni powiadomił nas kobiecym głosem, że nasza wioska jest na liście awarii nie sprawdzałam jak długiej, bo do końca wysłuchiwania szeregu miejscowości w siemiatyckiem, bielskiem i hajnowskiem nie dotrwałam i włączenia prądu należy się spodziewać za cztery godziny. To mi jednak uświadomiło rozmiar klęski żywiołowej, która padła wczoraj na łącza elektryczne w całym regionie.
Rano, mimo poburzowego cienia i lekkiego ochłodzenia wciąż było parno i muchy nie odpuszczały nawet przed siódmą. Było ich całe mnóstwo, wyroiły się i zasiedliły oborę na całość. Teraz nie dziwi mnie opis plag egipskich. Owe legendarne rojące się muchy i żaby musiały towarzyszyć jakimś zjawiskom elektryczno-magnetycznym w atmosferze, które oddziałują na ich psyche (o ile takową mają), czy też instynkt przetrwania.
Prąd włączyli rzeczywiście o 14. Ledwie jednak zasiadłam do komputera i przeczytałam owo spóźnione ostrzeżenie meteorologiczne znów zniknął. Po kilku próbach zamigotania pojawił się o 19. Ale też jeszcze nie na dobre. Tak miało być. I-Cing nie myli się nigdy.

Anna pojechała na całe popołudnie do Hajnówki. Na Jarmarku Żubra wystawiła się ze swoimi rękodziełami. Prażąc się w dusznym słońcu, które dość późno tego dnia, ale skutecznie wyjrzało zza chmur. Wróciła około 18. Gdy poszła przygonić kozy z zarośli zauważyła dziwne zachowanie naszych pszczół. 
- Roją się, albo co. Kurdę, trzeba chyba coś zrobić.
Kozy wróciły do obory, a ona wzięła pszczelarski sprzęt i poszła je obejrzeć. Pszczoły wielką gromadą kłębiły się u progu swojego ula. Odymiła je, ale nie znalazła wśród nich królowej. Na wszelki wypadek dołożyła im nową ramkę do ula, gdyby się okazało, że nie mają miejsca. Jedna pszczoła użądliła ją w nogę. Ale dym uspokoił wszystkie. Zaczęły kolejno wchodzić do ula i kłąb zniknął.  
Zaś niedługo potem znów rozpętało się osobliwe zjawisko burzowe. To żaden przypadek, że o podobnej godzinie, bo właśnie pora dnia uruchamiała w horoskopie opozycję Plutona  do Marsa i Merkurego. Ledwie włączony prąd wyłączono, chyba tym razem jednak profilaktycznie. Burza była spektakularna, choć odrobinę inaczej, niż poprzedniego wieczora. Błyskom i grzmotom nie było końca. Spadło sporo deszczu. Poszła cała butelka wina bzowego ze świeżego nastawu. Oraz żarówka w żyrandolu przy próbie włączenia światła, którego nie było już dłuższy czas. 
Po burzy, już po 22 godzinie, czyli po ponad dobie od awarii, prąd wrócił. Zajrzałam do zamrażarki. Włączyło się już czerwone światełko alarmowe (o 14 jeszcze go nie było, choć gwarantowane 16 godzin minęło z zapasem, pewnie to zasługa tego, że trzymamy w niej także stale wkłady do lodówki przewoźnej). Mięsiwa pozostały skamieniałe. Podobnie siara zamarznięta w butelkach, odłożona do mydeł, ani drgnęła. Czyli dobra jest. 
Jednak, gdy Anna pojechała dzisiaj rano do Czeremchy (po drodze mijając trochę połamanych wichurą drzew przy drodze), aby między innymi wysłać list polecony powitała ją stanowcza odmowa pani zza lady.
- Nie mamy prądu od wczoraj. Nie działa sprzęt i komputer. Nie przyjmę przesyłki, bo nie wiadomo ile to potrwa. Nie mam jak wpisać, zważyć ani zarejestrować.
Nie dała się ubłagać. Mój nieboszczyk dziadek,  jeszcze przedwojenny naczelnik poczty, w grobie się przewraca. Stan klęski trwa nadal. No, i nadchodzi codzienna niebezpieczna godzina...

19 listopada 2014

Cisza powyborcza

Wczoraj obudziłam się w zimowej ciszy. Kiedy spadnie śnieg bo, robi się cicho, to szczególny moment w przyrodzie, zauważyliście? Oczywiście był to symboliczny pierwszy śnieg, który zniknął całkowicie, gdy dzień się rozwinął, a pod jego koniec wyjrzało nawet słońce. Zza burych chemicznych chmur.

Taką ciszę mam od jakiegoś czasu w sobie i to ona jest przyczyną rzadziejących wpisów na tym blogu. Zmienia się moja prywatna pora roku, cykl istnienia. Można to astrologicznie wytłumaczyć, ale ten blog nie jest na takie tematy, więc pominę wytłumaczenie. Powiem tyle, że na takie kosmiczne zmiany w horoskopie - i co za tym idzie w życiu - nie ma mocnych. Coś zanika. W zamian jeszcze nic się nie pojawiło poza tym, że to, co zanika zaczęło zmieniać konsystencję z twardej, materialnej na papierową, w końcu wizualną, formalną, wreszcie kiedyś przestanie istnieć, odsunięte w przeszłość. Zrobiwszy miejsce nowemu. Bo jeszcze przecież nigdy nie było tak, żeby coś w zamian się nie pojawiło. Otwieram umysł i serce, czekam. Interesuję się wszystkim, co mi przychodzi do głowy i serca spontanicznie, ale nie przywiązuję się do żadnej nowej ścieżki, pomysłu, wizji. Pewnie kiełek już gdzieś zaczął rosnąć, tylko ja nie umiem go jeszcze zauważyć.
Wraca do mnie rada usłyszana od Alefa Sterna, ASa, aby zrobić z tego bloga książkę. Oczywiście nie byłby to prosty zapis dziennikowy. Materiałów jest o wiele więcej. Nagromadzonych przez dziesięć lat tego mojego życia na Podlachii. Bardzo możliwe, że się za to wezmę i wtedy skrystalizuje się pomysł, idea, osąd, wniosek, refleksja, wiedza i co tam jeszcze... Najszybciej takie rzeczy przychodzą podczas pisania. Idzie zima, taką pracę w wakacje rolnika bardzo lubię. Winko wspomagające natchnienie dojrzewa w gąsiorkach.

A póki co dzisiaj zastał mnie chłodny poranek, zmarznięte liście i powierzchnia gleby na podwórku, trza zacząć wkładać kalesony, wyciągnąć jakiś sweter z szafy. Ubita wczoraj gęś czeka na pieczyste...

6 maja 2014

Pory

Wyjrzało słońce, ruszyły pszczoły, osy i inne latawce na rozkwitający sad jabłoniowy. Wygląda już prawie tak, jak na zdjęciu powitalnym tego bloga.
Podczas dorocznego sadzenia kartofli (tym razem w ogrodzie kiedyś-permakulturowym) spojrzałyśmy nagle na siebie i parsknęłyśmy jednocześnie śmiechem.
- Wiesz jak wyglądasz?
- Tak jak ty?
- To ja też?
- Jak i ja.
Kurz lekkiej ziemi pokrył nas szarą warstwą. Aż mi się przypomniały niektóre stare twarze chłopskie, które w życiu zdarzyło mi się widzieć. Zwłaszcza kobiet, które miały kurz pola wrośnięty w pory skóry na zawsze. Mężczyznom pewnie udawało się tego w większości uniknąć dzięki codziennemu goleniu twarzy i myciu jej tym samym, albo na odwrót, dzięki zarostowi, który kurz przechwytywał..

3 maja 2014

Pracująca sobota

Wczorajsze lodowate powietrze idące z wiatrem wymieszało się z ogrzanym, wiatr ustał i dzisiaj było ździebko cieplej, choć pochmurnie, a pod koniec dnia zaczęło padać. A nam pomylił się 2 maja z 3. Święto państwowe z kościelnym.
- W narodowe można pracować, w kościelne nie - stwierdziłam fakt. Bo tak zawsze było u mnie w Piotrkowskiem, i pewnie tu także. Chłopi zawsze pilnują się świąt kościelnych i cerkiewnych, państwowe mając za wymysł miastowych, więc niech oni sobie świętują. I tak pierwszego maja np. zawsze zaczynało się sadzić kartofle i żadne przyzwoite chłopskie dziecko na pochód nie szło.
Przybył Jary, więc na obiad było pieczone udko z kurczęcia, które on najbardziej lubi. Pomógł zwieźć naszą nieocenioną furą zalegającą w starym rozebranym chlewiku nadgniłą słomę i rozładować ją na kupę w powstającym ogrodzie permakulturowym. Fur było bez liku.
- Ty wiesz do czego ona potrzebna? - spytała Anna Jarego podczas obiadu.
- Nie.
- Jak przyjdziesz następny raz do pracy to zobaczysz. Nauczysz się czegoś. Będzie z tego kiedyś gleba.
- Dobra.
Podjechał też na rowerze stary Kostia, pytać gdzie siatkę leśną kupowałyśmy. Przy okazji obejrzał altanę, grilla, piec chlebowy w chatce dla dziadka, popodziwiał nowe ogrodzenie, pasące się na lichej trawce gusie. U niego już wsio posadzone w ogródku i w cieplicy (tj. w folii), o co zawsze bardzo dba pani Marusia, truskawki kwitną.
- A my powoli. Co dzień jakaś nowa rzecz zrobiona, w końcu i w cieplicy posadzimy, a co.
- Ale widać, że się pracuje, że coś robicie. Przyjemnie patrzeć. Zuch kobiety - pochwalił.

Zakwokała ponadto biała kura, trzylatka, zbieram jaja na podłożenie. I perliczka szuka miejsca na gniazdo, bo widzę jak się kręci w obejściu pod baczną ochroną swego kogutka. Nie znalazłam jednak na razie żadnego jaja, ani miejsca, gdzie by lubiła przesiadywać.

28 lutego 2014

Kulturalna kula

I nadszedł dzień i wieczór rzadkiego w moich stronach, a jednak przecież istniejącego otwarcia okienka na kulturę. Zdziczałam już nieco na naszym odludziu przez tę zimę-nie-zimę, więc wiem co mówię. Anna zawiozła mnie na godzinę 18 do domu kultury, na koncert. Tym razem grało 2/3 z Raz Dwa Trzy i jednostka z Voo Voo. Sala była zapełniona kulturalnie, jakieś 100 osób. W ścisku zmieściłoby się dwa razy tyle, o ile nie więcej. Ale tylu nas wykupiło bilety (25 zł w przedsprzedaży, 35 zł w dniu występu). Każdy siedział.
Znalazłyśmy miejsce na końcu sali, w ostatnim rzędzie. Żeby lepiej widzieć wysunęłam swoje brzegowe krzesło na środkową przerwę między rzędami krzeseł i w ten sprytny sposób nikt mi nie zasłaniał i siedziałam sobie vis-a-vis grającego i śpiewającego Adama Nowaka.
Trzy pierwsze kawałki jakoś tak mi przeleciały mimo uszu, ale potem rozkręciłam się dość szybko. Przyszło mi do głowy pomedytować. Pewnie natchnęły mnie do tego teksty, takie czasami trochę buddyjskie, jak u W. Waglewskiego. A trochę buddystów przewinęło mi się w życiorysie, jakby przypadkiem. W moim wieku to już pracują ostro wspomnienia, ożywiające stare klimaty, przywołujące przeżycia, całe światy. No, więc pomedytowałam sobie, specjalnie oddychając i tworząc w wyobraźni kulę wibrującej radością energii. Nauczył mnie takie robić dawno temu pewien 10-letni chłopiec, który bombardował nimi kolegów i koleżanki w klasie podczas nudnych lekcji. Wypróbowałam kiedyś jego sposób podczas pewnego letniego biwaku i podczas mocno polewanego ogniska nad brzegiem mazurskiego jeziora sikaliśmy wszyscy ze śmiechu, który nagle się ze wszystkich uwolnił i nie było końca tarzaniu się po trawie i zrywaniu boków...  No, więc i teraz nadmuchałam podobną kulę, w rytm muzyki, tak dla samej satysfakcji wspomnień. Bo i sam Adam Nowak okazał się być z mojego pokolenia i gadał podobnie jak ja gadam.
To zbieg okoliczności, naprawdę zbieg, że wraz z chwilą, gdy wypuściłam luźno nadmuchany niewidzialny balon nad głowami widowni nasz koniec sali uwolnił energię i zaczął śpiewać, nie tylko klaskać, i widać było, że zespół był zauroczony, przygrywał śpiewającej pięknymi wschodnimi głosami publiczności i zawiesił się w jakichś swoich wzruszeniach.
Miło było.
Kulturalny wieczór bardzo mnie zadowolił. Umknęłam do domciu, do domorosłej napojki, kotki na kolanach, psów u stóp, cicho, wieczornie, dziko.

25 grudnia 2013

Życie poza siecią

W sam dzień Wigilii przejęłam od Ani pałeczkę i dostałam cieknącego kataru wraz z bólem zatok. Dobry znak, że ona zdrowieje. O poranku jednak poczułam się sama z siebie dużo lepiej i uznałam, że zwalczam inwazję bakterii jak trzeba. Do chwili, gdy wybiegłam na taras z telefonem, aby odebrać życzenia świąteczne, imieninowe i odrodzinowe od Rodziny, w koszulce z krótkim rękawkiem, w jakiej chodzę po mieszkaniu. Od tej chwili inwazja przybrała na sile. Nieco. No, nie panikuję. Jakoś się trzymam, dzięki kroplom do nosa i chusteczkom.
Z tym telefonem to mamy tak, że odbiera jedynie w jednym miejscu w domu, gdzie leży sobie na parapecie. Żeby porozmawiać jednak, już trzeba wyjść albo na poddasze (teraz zamknięte), albo na dwór, bo przerywa i gubi sieć. W rezultacie wieczorem, gdy ta druga część domu jest przymknięta, aby zachować oszczędnościowe zimowe ciepło w części zamieszkanej, a my zasiadamy przeważnie przed komputerami, albo jakiś film oglądamy - nikt nie jest w stanie się do nas dodzwonić. Bo nie słychać telefonu w pokoju.
Fajnie. Nie jestem telefoniczna, a z dawnego beztelefonowego pokolenia, z czasów, gdy w rodzimej wiosce było tylko kilka urzędowych telefonów i, aby gdzieś zatelefonować chodziło się na pocztę i w takiej drewnianej, trzeszczącej rozmównicy czekało na zamówioną rozmowę, łączoną przez panią telefonistkę, dyżurującą w systemie trzyzmianowym przy centralce. Przeważnie niewiele było słychać w ebonitowej słuchawce, a telefonistka czuwała i czasem pośredniczyła w rozmowach, aby pomóc się dogadać obu stronom, trzeba było krzyczeć do słuchawki, co było bardzo krępujące i w ogóle. Ludzie w tamtych czasach bali się telefonu, bo przeważnie służył do awaryjnych sytuacji, w czas choroby, śmierci w rodzinie, albo pożaru. I to mi zostało, hehe, do dzisiaj.
Wspominam o tym, bo sąsiad z Polesia własnie przechodzi odwyk od telefonu, który mu padł, i jako mieszczuch nieco to przeżywa. Jednak jak się okazuje, jego używanie na co dzień wcale nie jest takie potrzebne i można sobie radzić zupełnie bez niego. Trafił do nas pieszkom przez ciemny las o właściwej porze, zjadł, posiedział, pogadał, powspominał i tak samo o właściwej porze wyszedł w nocy na pasterkę w miasteczku, aby potem jeszcze z powrotem drałować chyba z dziesięć kilometrów owym ciemnym lasem do swojej chałupy. Telefon do tego po nic, jak widać.
Rano tylko sprawdziłyśmy na fejsie, czy żyje. No, i wszystko jest ok, odzywa się, więc żyw.
Mnie zaś katar rozkłada na dobre. W kuchni rośnie stos niezmytych naczyń i mam pociąg do łóżka, zamiast palenia w piecu.

5 października 2013

Jesienne zbiory, przetwory i potrawy, czyli leczo cygańskie

Dzień był bardzo słoneczny i w sumie ciepły. Kozy od jakiegoś czasu jak zaczarowane pasą się od rana do zaawansowanego popołudnia bez przerwy. A ponieważ panie sąsiadki już zebrały wszelkie warzywa z ogródków, przestałyśmy chodzić za nimi jako pasterki, pasą się same. W ten sposób wygospodarował się wolny czas do zagospodarowania. Tzn. wolny czas dla Anny, bo ja wciąż robię to samo codziennie. Serowarzę, rąbię drewno, palę pod płytą i gotuję obiad, czasem jakieś przetwory dorabiając.
Zatem Anna chwyciła za piłę i dalejże segregować zalegającą już od zeszłej zimy na podwórzu kupę świerkowych żerdzi. Część odpowiednio długich i grubych oraz ciężkich na przecięcie na traku, część nieco gorszych, cieńszych na inną kupkę, te w razie potrzeby będą do wyboru przy budowie ogrodzenia, część gorszych odpadów, cienkich i lekkich, czyli suchych do pocięcia na opał, a część krótszych, ale ciężkich i grubych do budowlanych celów, jeszcze słabo określonych na przyszłość. Kupek się namnożyło na podwórzu, ale jakoś tak luźniej się zrobiło wreszcie.
Anna piłowała zawzięcie całe popołudnie, a ja układałam kolejne zbiory drzewne w ścianki w różnych miejscach, jeszcze wolnych. Część zwiozłam taczką na taras, gdzie drewno ma wystawę na południe, szybko schnie, a poza tym jest pod ręką w czas śniegów i mrozów. Wystarczy wyskoczyć na chwilę, nawet w podkoszulku na taras i wnieść do domu brakujące bierwionka, aby dorzucić do piecokuchni.

Na obiad przyrządziłam kolejne danie warzywne. Ostatnio jadamy głownie warzywa. I jedno powiem. Gdybym tak miała cały boży rok robić, znudziłoby mi się szybko. Ale, że z okazji jesieni i zbiorów przeszłyśmy na jedzenie jarskie nieomal (nieomal), z przyjemnością czyszczę kiszki.
Po pasztecie z cukinii, zupie burakowej, smażonych zielonych pomidorach z sadzonym jajkiem, kolejne danie, które nauczyłam się dość dobrze przyrządzać to leczo. Jadamy teraz tego dużo. Z okazji urodzaju cukiniowo-patisonowo-dyniowo-pomidorowego. Jak przyrządzać leczo po cygańsku, gdyż jest to danie cygańskie, z regionu rumuńsko-węgierskiego nauczyłam się od rodowitych tamtejszych Cyganów, którzy gościli na festiwalu folkowym w Czeremsze.
Uwaga, podaję przepis, który z ich ust usłyszałam byłam. I stosuję wiernie.

Nie wiem, czy ktoś z Czytelników pamięta tabory cygańskie, wędrujące przez Polskę ledwie wiosna ruszyła. Ja pamiętam. Pamiętam popłoch i podniecenie, jakie budziły, nadjeżdżając znienacka i jadąc wolno przez moje miasteczko rodzinne. Wszyscy czuli się podminowani i zmobilizowani do nadzwyczajnej uwagi. Cyganie zakładali zwyczajowo obóz na polanie w naszym lesie, koło wysychającego jeziorka. Przyciągał on młodych ludzi, żądnych wieczornej zabawy przy ognisku ze strony "naszych", a z niego wyruszały "Cyganichy" na wieś, za zarobkiem lub "urobkiem" raczej. Moja babka padła raz czy kilka razy ich ofiarą, więc wiem z jej ust, jak to się odbywało. W drzwiach domu zjawiała się Cyganicha, zagajająca rozmowę "handlową". A to, że powróży, a to, że garnki sprzeda, czy co tam jeszcze. Rozmowa trwała długo, bo żadne "nie" nie docierało jakoś do jej uszu. W tym samym czasie druga Cyganicha plądrowała niepostrzeżenie obejście. I gdy moja babka wyjrzała na dwór zza ramienia okupującej drzwi rozmówczyni, zobaczyła co się dzieje, a w obejściu miała jeszcze kilka budynków gospodarczych i ogród i sad, dalejże wyganiać nieproszonych gości wielkim głosem, obcesowo. Cyganichy wrzeszcząc i kłócąc się wycofywały się krok po kroku do bramy, po czym uchodziły w te pędy. Z łupem, jak się okazało. Kilkoma kurami, czy kaczkami, oraz ogródkowymi zbiorami, schowanymi pod spódnicą, zawieszonymi na specjalnych hakach. Moja babka twierdziła, że miały kilka spódnic, i jak którąś udało jej się zmusić do podniesienia jej, to uniosła tylko wierzchnią.
Po co o tym opowiadam? Ano, żeby przybliżyć klimat i zasadę sporządzania lecza (cygańskiego wynalazku).
Nasi południowi sąsiedzi, od Węgier, Rumunii, Czech po Śląsk lubują się w używaniu specjalnych garnków żeliwnych, zawieszanych nad ogniskiem, w których przyrządza się pieczonkę, czyli danie ze wszystkiego co się da. Tak robili pierwotnie Cyganie i jest to ich wynalazek. Leczo jest takim daniem pieczonkowym
Wrzucano w jeden gar wszystko, co udało się zdobyć z ogródków odwiedzanej wioski. Pokrojone w kostkę. Podstawą był tłuszcz ze słoniny, zdobytej od jakiegoś gospodarza. Dalej szły pokrojone pomidory, papryki, marchewki, selery, pietruszki, kalafiorki też, jeśli się trafiły, i fasolka zielona także, ziemniaczki, zielenina taka czy owaka, dynia lub jak teraz cukinie i patisony. Oraz grzyby. Wszystko to kitrasiło się na ogniu często mieszane we własnym sosie, bez kropli dolanej wody. Dosmaczone solą i pieprzem, czy zielem angielskim i liściem laurowym. Jeśli zgęstniało zbyt szybko dolewano wytrawnego wina. Po czym raczono się zespołowo przy śmiechu i zabawie i muzyce. Tak to było.
Zatem przyrządzam potrawę po cygańsku, wspominając nieutuloną złość mojej babki, okradzionej ze złotodajnych kurek i kaczek, i myśląc o czasach, które nas czekają jeszcze, gdy złodziejstwa wędrownych wygłodniałych mieszczuchów staną się zmorą zwyczajnych gospodarzy ziemi.

29 sierpnia 2013

Zwierzęce problemy

Kluseczka zaczął się wybudzać około 21 godziny. Po dwóch godzinach zeskoczył sam z sofy i przyszedł na dalszą drzemkę do mojego łóżka. Nie miauczał, ani nie domagał się dramatycznie jedzenia, jak niegdyś robiła to Kicia po sterylizacji. Wytrwał do świtu, kiedy to wstaje Anna. Nakarmiła go i napoiła mlekiem, zjadł ze smakiem, po czym jeszcze jakiś czas spał ze mną. Potem jak zwykle wyszedł z domu i zniknął w sobie znanym miejscu w obejściu.

Jeszcze jeden dramacik wczoraj miał miejsce. Znów indyczka ze swą dziatwą nie pojawiła się jak zwykle w porze wieczornego karmienia i powrotu do kurnika. Obeszłam sąsiedzkie włości daleko, nie usłyszałam żadnego gulgania. Zabrałyśmy się zatem za dojenie, zrezygnowane. Gdy niespodziewanie pojawiła się na rowerze nasza pani sołtys i z daleka już woła swoim śpiewnym białoruskim akcentem:
- A u was jenduszki są?
- Nie, nie wróciły! - odkrzyknęłam.
- Bo u mnie przed domem jakieś gulgają. Ja myślała może, że to pani Marusi jenduszki, ale najpierw sprawdzam u was. Przyszły od tamtego końca wsi.
Ania zostawiła mi udój i pojechała na rowerze za naszą informatorką. Przygnała wkrótce uparte zguby. Ewidentnie zbłąkane w drugiej części wioski, gdzie tracą orientację w kierunkach świata. Ledwie doszły do drogi asfaltowej od razu ruszyły szybciutko do kurnika, rozpoznawszy gdzie są.
- To, że się gubią to jeszcze nic - śmiał się niedawno stary Mikołaj. - Kiedyś jedna kobieta trzymała u nas całe wielkie stado indyków. Siadywały często rzędem na transformatorze, blisko tam od niej. Aż razu pewnego zrobiły spięcie i ludziom wiele sprzętów się popaliło we wiosce.

18 lipca 2013

Husońki, husońki!

Gusia zasłabowała przed tygodniem. Nie chciała już wychodzić z kaczkami na wybieg za oborą. Snuła się, a raczej wysiadywała w różnych punktach podwórza, najpierw przed gankiem, potem na altanie, potem przy płocie. Przestała jeść. Miała biegunkę. Jedynie piła wodę, czasem serwatkę. Zżółkł jej dziób i obwódki oczu, z czego wnioskuję, że zapadła na jakąś wątrobową dolegliwość. W końcu nie wychodziła już z obory wcale. Co jakiś czas podsuwałam jej pod dziób jakiś smakołyk, odsuwała się ze wstrętem, piła trochę.
Dzisiaj wieczorem odeszła. Odfrunęła. Cichutko.
Przypomniał mi się sen, jaki miała moja mama, na dwa dni przed śmiercią. Była po nim niezwykle uszczęśliwiona. Przyleciały po nią białe gęsi. Wylądowały na podwórzu, gęgały. Poczuła miłość, zawołanie. Dwa dni później odleciała z nimi naprawdę.
Przepraszam cię, Gusiu, że tak długo, z egoizmu kazałam ci żyć w samotności. Bez twojego stada.

25 czerwca 2013

Sen i jawa

Anna zlitowała się nade mną i pozwala mi się wyspać. Zamiast o czwartej, piątej lub szóstej, mogę wstawać o siódmej, a ona doi w tym czasie sama kozy i wyprowadza stado na popas.
Nie potrafię długo wstawać zbyt wcześnie, mam tak od zawsze. Była to jedna z głównych przyczyn mojej ciężkiej nerwicy w pracy zależnej i jeden z powodów samo-zwolnienia się z niej. Po tygodniu wstawania o 4.30 rano bywało, że na dźwięk budzika budziłam się z taką pustką w głowie, że długo trwało zanim przypomniałam sobie jak się nazywam i co mam teraz zrobić. Do tej pory pamiętam taki moment jako jeden z największych koszmarów życia.
Jestem śpiochem i już. Na wsi zrobiło mi się tak, że już nie sypiam w ciągu dnia, żadnej sjesty ani drzemki poobiedniej, co także notorycznie praktykowałam przez lata, aby zregenerować się po dniu zależnej idiotycznej pracy biurowej, której szczerze nienawidziłam. Ale nadal wcześnie wstawać zbyt długo nie potrafię. W tych godzinach bowiem mam najciekawsze i najintensywniejsze sny.

Zamiast sjesty w dzisiejszy także upalny dzień, choć w dużej mierze zachmurzony i wietrzny, więc nie tak ciężki do zniesienia, jak inne gorące dni dotychczasowe, wyciągnęłyśmy wreszcie z Anną gnój zalegający w boksie Felicji od zeszłorocznej jesieni. Tak! Kozy chodziły już metr nad ziemią, w stosunku do innych boksów w oborze. Czemu tak? Ano ze względu na czerwcowy termin u kozy, weterynarz odradził nam zmienianie ściółki aż do wykotu (co również kontrola weterynaryjna potwierdziła i zaakceptowała taki wybór). Teraz, stwierdziłyśmy, już można. I wreszcie jest jak trzeba.
Obornik powędrował na kupę kompostową, z której trafi na pole na jesień, albo z wiosną. Zobaczymy.

Zdążyłyśmy jeszcze wziąć po prysznicu po tej robocie, przed deszczem, poprzedzanym pomrukami burzowymi dość długo. Deszcz jednak okazał się niezbyt obfity, a pomruki szybko ustały.
Powróciło gorąco i kozy poszły jeszcze na popas.

22 czerwca 2013

Dusza domu

Miał być ulewny deszcz o 14. Nic z tego. Stoi nawet do tej pory w internecie, choć już jego pora minęła. Niebo prawie czyste, stabilne, błękitne. O 16 było na tarasie stopni 31. W obejściu panowała całkowita cisza. Koty rozciągnęły się w zaciszu płota, drób skrył się w cieniu grabów w zagrodzie, kupkami wedle swego gatunku, pies ukrył się w wilczej jamie koło ziemianki, kozy nawet nie beknęły w oborze, a gdy się weszło słychać tylko było chrzęst żujących cierpliwie szczęk. Dolewałam wody, dolewałam wody, dolewałam wody.
W końcu o 17 przymusiłam kozuchy do wyjścia. Żar jeszcze był spory, ale owady nie były zbyt dokuczliwe. Poszłam z nimi na Górę i w bok. Na siedliska puste i niezamieszkane, i to jedno znajome, wciąż do sprzedania. Popadłam w zamyślenie nad naturą wymiany rzeczy.
To prawidło prastare. Ktoś odchodzi, w jego miejsce przychodzi drugi, dziedzicząc dorobek i możliwości. Czasem status. Nieco podobnie jest w zwierzęcych stadach, gdy hierarcha się zmienia. Jednak warto być świadomym pewnych zasad w tym ekonomicznym procesie.

Jeśli chodzi o miejsca osiadłe, siedliska, działki, chaty, które mają swoją historię, trzeba wiedzieć, że ich historii tak łatwo się nie wymaże, żadną gumką, ani siłą nieświadomości i ignorowania, tudzież niedowiarstwa. Niektóre siedliska dźwigają garb, którego są świadomi jego sąsiedzi i mieszkańcy wioski, i ów garb projektują na nieświadomego tej rzeczy nowego właściciela miejsca.
Jako astrolog-amator mogę rzec, że chwile, w których pierwszy właściciel danego miejsca wykopał fundamenty, położył kamienie węgielne pod podwaliny swojej chaty, wyrąbał polanę w lesie, gdzie ustanowił swoją działkę, rzutują potem na całe dzieje tego miejsca. Mimo, że mogą je zamieszkiwać zupełnie różni od siebie ludzie w bardzo różnych czasach.
Niektóre domy stawia się długo i mozolnie, "na swojej krwawicy" i nigdy nie są skończone zupełnie, nawet gdy już się zaczynają sypać i wymagają generalnego remontu, po prostu podstawowe braki mocy i energii charakteryzują na zawsze jego potencjał. Całkiem tak samo, jak niektórzy ludzie są od urodzenia silni i zdrowi, a inni chorują i niedomagają.
Inne z kolei mają wciąż zmieniających się obcych sobie mieszkańców i naznaczone są ucieczką.
Są też domy stawiane łatwo, tanio i prowizorycznie, a stoją i służą wielu ludziom bardzo długo.

Kiedy przychodzi do sprzedaży jakiegoś siedliska, reklama jest tylko pozornie dźwignią handlu. Najlepiej traktować ogłoszenie jedynie jako sygnał, że coś jest. I absolutnie nie przywiązywać się do zdjęć, reklamowanych zalet i wyobrażeń sprzedającego, co do interesów kupującego. Zwłaszcza, jeśli sprzedający pochodzi ze wsi i na reklamie słabo się zna.

Obserwuję po sąsiedzku dzieje prób sprzedaży siedliska koło Góry na naszej wiosce. Ludzie, którzy się nim wstępnie interesują mają interesy z miasta i nadzieje stamtąd. Także wymagania, których owo siedlisko nie spełnia. Bo spełniać nie może. Nie jest to działka podmiejska i domek letniskowy, tylko mający swoje spore lata stary drewniany dom, mocno zużyty i pamiętający różne skomplikowane sytuacje. Bo domy pamiętają, zwłaszcza drewniane. Nowy mieszkaniec będzie tą pamięcią otoczony i ogarnięty, i będzie musiał z nią zharmonizować swoje życie.

Mówi się, że stare domy mają dusze. Nie wiem co to dusza, nigdy nie udało mi się tego do końca zrozumieć,  wyobrażam ją sobie w tym wypadku jako niewidzialną, ale wyczuwalną aurę miejsca. Zamieszkaną przez liczne świadomości żyjących w nim kiedyś ludzi i pamięć zdarzeń, których było ono świadkiem. Zatem dość łatwo intuicyjnie wyczuwam, czy ktoś do czegoś pasuje, czy nie.

Zauważcie, że niektórzy ludzie w ogóle nie pasują do wielu miejsc, pejzaży, otoczenia, środowisk, wyglądają na ich tle dziwacznie i pewnie tak samo się czują. Pańcie miejskie lub drobnomiejskie w oborze na przykład. Itp.
Tak samo można nie pasować do domów, miejscowości, przyrody, narodowości, religii czy co tam.

Wnioskowawszy tak właśnie sobie, i pasąc stado w okolicy zaczęłam zastanawiać się nad sprawą od innej strony. Kto mógłby pasować do tego siedliska? i nie być steranym życiem menelem, który za grosik postanowił zaznawać świętego spokoju do końca życia wśród żulików podlaskich. Albo wyzbytym świadomości wirtualnym idealistą, któremu sypiąca się na głowę chata i obejście w gruzach nie będzie zupełnie przeszkadzało w zaznawaniu radości fejsbókowych przez całą dobę.

Nie ukrywam, że zależy mi na dobrym i pozytywnym przyszłym sąsiedzie. Nie ukrywam też, że duszę miejsca znam, jak wszyscy stąd. I pragnę to jakoś połączyć ze sobą, trudną przeszłość z dobrą przyszłością...

Nie ukrywam, że medytuję nad tym, w takich właśnie pasterskich chwilach, gdy moje przeżuwacze rwą skwapliwie zielsko i muszę głównie z nimi być i czuwać, czego one potrzebują dla swojego spokoju i bezpieczeństwa przeżuwania.
I dziś przyszło.

Myśl - rozwiązanie.

To miejsce wymaga lekarza. Człowieka, który ma w sobie wewnętrzne zranienie, jakie postanowił w sobie przezwyciężyć i żyć mimo niego.
To miejsce wymaga miłości i wysłuchania. I uzdrowienia go dla osowiałych, uciekających, z chorobą sierocą, dotkniętych egoizmem i życiem w nieludzkich miejskich warunkach. I ono wtedy może błysnąć i dać z siebie wszystko. Bo ma potencjał podarowania przemiany i odmienienia się wraz z nowym właścicielem, on ku przyrodzie, ono ku ludziom.

24 maja 2013

Moc ludzi i miejsc

Świat jest złudzeniem. To stare stwierdzenia filozofów. Warto o nich pamiętać. Przeglądając na przykład ogłoszenia o sprzedaży siedlisk. I decydując się na kupno tylko na podstawie zdjęcia w internecie. Jakże złudnego i zawsze oszukującego umysł. Choćby przez przycięcie horyzontu. Albo porę roku w tle, albo brak zapachu lub słuchu.
Nie ma to jak osobiście, organoleptycznie, dotykalnie, węsząco, czujnie, sensorycznie czyli zmysłowo i rozsądnie. Szukać i znajdować. 
Podlasie pełne jest Miejsc. Wspaniałych, przepięknych potencji. Ale trzeba umieć je odkryć i odważnie stanąć twarzą w twarz ze smętną, wyeksploatowaną rzeczywistością, teraźniejszością. Trzeba być gotowym na pracę i na pionierstwo.
I nie mam na myśli ludzi z wielką kasą, którzy lubią lakiery i bajery. Oraz pitbule wybiegające znienacka na przechodnia z krzaków.
Poniżej daję obrazki z jednego spaceru po sąsiedniej wiosce, opisywanej już wcześniej niedzieli. Niechaj dadzą do myślenia. Jaki potencjał istnieje. Na każdej wiosce. Niszczeje oczywiście w zgodzie ze swoją naturą i biegiem czasu, to żadne larum z mojej strony. Akurat te zdjęcia niechaj uzmysłowią niektórym jak umierają drewniane chaty i umierały zawsze, od wieków i tysiącleci na każdej wsi. Jeśli tylko w rodzinie są młodzi to budują własne nowe siedliska, stare zużywając jako wzór nowego i jako opał do pieca na zimę. Bardzo wysokiej jakości, nota bene. Na podlaskich wioskach zaczyna od dość dawna brakować młodych, którzy by tę pracę przodków podjęli i kontynuowali z miłością i dumą. Z kolei także szukający siedlisk mieszczanie mijają tego typu widoki z odczuciem niechęci. Pragną wygód, estetyki, odpowiednich dla siebie warunków, do których przyzwyczaiło ich miasto i zachodnia Polska. Nie chcą zaczynać od podstaw. Zresztą, z własnego doświadczenia "podlaskiej Robinsonicy" wiem, że naprawdę nie każdy temu jest w stanie podołać.


Ludzie z centralnej i zachodniej Polski zwiedzają Podlasie jako rodzaj żywego skansenu. Tak, taka była kiedyś cała Polska! Ja sama mogę potwierdzić wiele rzeczy jeszcze w latach 60-tych egzystujące w środkowej Polsce, poniżej Mazowsza. Drewnianą zabudowę, wychodki w podwórzu, piece kaflowe, pożydowskie czynszówki, kocie łby na drogach, furmanki zaprzężone w konie, targi wiejskie, chleb pieczony w piecach chlebowych w domu, lub piekarni wiejskiej opalanej węglem... Było, minęło.
A tu jeszcze jest!


Skansen ostał się ze względu na słabą glebę i Puszczę Białowieską, której jak dotąd nie udało się dotknąć znacząco i zwyczajnie zniszczyć różnym uzurpatorom. No, i politycznie przez wzgląd na ścianę wschodnią, wiadomo.


22 maja 2013

Wyplatanie ze słomy

Wieczorny oddech, niestety wciąż pozbawiony zbawiennej wilgoci, bo nie padało u nas od dawna, wbrew burzowo-deszczowej pogodzie w Polsce dał nam właśnie czas, aby wkleić kilka zaległych zdjęć. Z ostatniego weekendu, gdy to odbył się w naszym gospodarstwie pokaz ( i przy okazji nauka dla chętnych) plecenia ze słomy. Starej sztuki chłopskiej, która ma jeszcze po wsiach swoich przedstawicieli, ale jako rzemiosło generalnie upadła i ma się ku całkowitemu zanikowi. A szkoda, bo słomiane wyroby są i estetyczne i ekologiczne w pełni. Sami popatrzcie.
Oto nasza instruktorka demonstruje początek pracy. Zaczyna wyplatać dno naczynia, które ukaże się z czasem.


A oto i ono po kilku godzinach, już zbliża się do zakończenia. Obok gotowy już wyrób.


Pokaz został udekorowany wieloma różnymi naczyniami, "korobkami" jak zwie je tutejszy lud, aby zademonstrować plastyczność materiału i pomysłowość wytwórcy.


Na stole leżą pasy wierzbowe (mogą być także leszczynowe), służące do splatania ze sobą wiązek słomy żytniej, tradycyjnie koszonej i potem zmiękczanej (czesanej i czyszczonej). Przed pracą paski moczy się w wodzie, stąd widać na wcześniejszych zdjęciach balię z wodą. Nawleka się je na "igły", specjalnie robione z metalu i nimi operuje jak "igłą z nitką", zszywając ze sobą słomiane warstwy.


Ot, prezentacja.
Mógł przyjść kto chciał i zeszło się kilka kobiet miejscowych, przez 8 godzin pokazu powstały trzy naczynia "korobki" i każda autorka wzięła je jako swoje trofeum do domu.
Zainteresowanym posiadaniem takiej korobki mogę powiedzieć, że chętnie posłużę za skrzynkę kontaktową z rzemieślnikiem, wyrabiającym jeszcze czasem na zamówienie różne przedmioty. Naczynia nadają się do różnych celów. W kuchni dobrze się w nich przechowuje warzywa, które oddychają i nie pleśnieją tak szybko w suchym i zdrowym środowisku, cebulę, marchew, czosnek. Wielkie korobki to oczywiście kosze na pranie, albo coś podobnego, tkaniny w nich na pewno nie będą tęchnąć. Istnieją także tace, podkładki itp. zastosowania.

15 maja 2013

Niedzielne rohulki

Udało się szczęśliwie ściągnąć zdjęcia z pamięci aparatu. I daję zaledwie kilka (bo późno i w ogóle pospiech, a jutro trzeba raniutko wstawać) obiecanych zerknięć w minioną niedzielę. 
Otóż z internetu dowiedziałyśmy się, że w ramach festiwalu zainicjowanego w bielskich Studziwodach, także w naszej sąsiedniej wsi przez las odbędą się obrzędy wiosenne, kultywowane w dawniejszych czasach przez miejscowych Rusinów. Majowe śpiewania odprawiane w tydzień po Wielkanocy (prawosławnej rzecz jasna), pod nazwą Rohulki na Prowody. Zalicza się owych Rusinów przeważnie do nacji białoruskiej, ale to jest bardziej dyskusyjny temat, w którym mocna nie jestem, więc go tylko jako pewną wątpliwość sygnalizuję. To tutejsi, swoi, zawsze tu byli. Jak zwał tak zwał. Na każdej wiosce inaczej z tym bywa i inna odmiana dialektu występuje. Właściwie białorusko-ukraińskiego.
Wracając do tematu, dzień niedzielny był piękny i słoneczny, jak widać na obrazku. Zajechałyśmy drogą przez las wprost od naszej zagrody zaczynającą się i wysiadłyśmy na samym początku wsi. A i tam właśnie wysiadała z autobusu grupa obrzędowa i ruszała z muzyką przez wioskę. Muzykanci grali na dudach, harmoszce, tamburynie. Poszłyśmy za nimi.


Dotarłyśmy do gromadki akurat w chwili, gdy grupa zatrzymała się przed gospodarstwem, przed które wylegli gospodarze i na zapytanie, czy mogą zagrać i zaśpiewać, otrzymali pozwolenie. Panie z zespołu (który zjechał z białoruskiego Polesia) przywitały zatem niskim ukłonem gospodarzy, trzykrotnie nawołując:
- Christos waskresien!
I trzykrotnie otrzymując odpowiedź od witanych.
Po czym baba przewodnia błogosławiła dom i życzyła wszystkiego dobrego ludziom, zwierzętom i roli. Następnie chór zaczynał śpiewy, a muzykanci granie, zaś dzieci tańcowanie.


Chwila odpoczynku pośród zabawy słowiańskiego chłopca z zespołu, na tle zwyczajnym jak najbardziej dla podlaskiej wioski.


Przed niektórymi domostwami stał stół z tradycyjnym poczęstunkiem dla śpiewaków i tancerzy. I ciasteczka i napoje dla dzieci, i ciasto i zakąseczka do czegoś mocniejszego, polewanego przez najstarszego z rodu. Witano i goszczono się chętnie.


A jak się już artyści rozhulali to i się rozciągnęli malowniczo i zaprezentowali w całej okazałości przed szczodrymi gospodarzami. No, niestety, zdjęcia nie zanotowały dźwięku, czyli towarzyszącej całej sprawie bez przerwy pieśni na ustach.


Poniższe zdjęcie, zrobione zaglądającym ukradkiem dzieciom do starej i niezamieszkanej chaty jest właściwie wstępem do innej prezentacji zbioru fotografii z tej wioski i tego dnia. Zostawiam temat do następnego razu. Mianowicie do parady ruinek drewnianych chat, wpisanych w każdą podlaską wieś malowniczo, i naturalnie, tak jak stare drzewa wpisane są w żywy las.
Tak się miesza starość z młodością, przodkowie z następcami, i tak powinno być w życiu każdego człowieka, jego rodziny i wioski.

0