Zima trwa choć się zmywa. Niż i ocieplenie sprawiły, że śniegi zalegające z hukiem pospadały jednej nocy z dachu. Dopadały jednak zaraz nowe, gęste i lepkie. Wokół zalega biała mgła. A my przechodzimy doroczną zarazę. Jak zawsze drogą obsmarkania przez jakieś chore dziecko przyprowadzone przez beztroskich rodziców na warsztaty w domu kultury.
Anna pierwsza weszła na jej ścieżkę, ja się trzymałam. Przynajmniej ułatwia to funkcjonowanie pośród codziennych obowiązków.
Po trzech dniach poczuła się lepiej, a mnie zmogło. I jak zawsze przyszpiliło do łóżka mocniej. Objawy trudne do zaklasyfikowania i nazwania. Grypa? Katar? Przeziębienie? Cowid? Po prostu nazwę tę chorobę katarem z gorączką i brakiem smaku. Tylko brakiem, a nie zniekształceniem, jak miałam przy znamiennej zarazie. Niemniej apetyt stał się minimalny, kawa poszła w odstawkę, a wszelkie jadło stało się mdłe. Przychodzi mi jeszcze jedna nazwa do głowy: koffit. Bo jakoś zawsze na tę kawę pada niesmak.
Gorączka nie była jakaś niebotyczna, choć pewna nie jestem. Zwyczajnie w termometrze padła bateria i nie ma jak sprawdzić. Powtórzyła się we dwie noce. Pierwszej po wstaniu z łóżka zakręciło mi się w nogach i o mało nie upadłam, zaskoczona osłabieniem. Ratuję się używaniem koca elektrycznego, w przypadku pojawienia się dreszczy i wychłodzenia, które zapowiada nawrót gorączki. Z lekarstw podstawowe witaminy, Ibuprom na ból głowy, krople do nosa (oj, bez nich byłoby trudno sprawę przejść), kilka kropel jodu na dzień. No, i 2-3 kieliszeczki jakiejś nalewki, pigwówki, aroniówki albo malinówki.
Siła wraca powoli i w systemie dwa kroki do przodu, jeden do tyłu. Już mi tęskno za kaczusiami i kozami, ale jeszcze nie mam siły wyjrzeć na świat dzienny zewnętrzny. Zajmuję się tylko wewnętrznymi obowiązkami, szykowaniem karmy dla zwierzyny i paleniem w piecu. Póki co ratuję się oglądaniem na ekranie komputera układu Tai ci zwanego bodajże, o ile dobrze pamiętam, Tańcem Smoka, w różnych wykonaniach chińskich mistrzów i mistrzyń. Działa nawet tylko przez oczy. Regulując energię życiową i ustawiając wszystko ku życiu i zdrowiu.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
12 grudnia 2023
Ukryty smok
3 sierpnia 2023
Niewidzialna pełnia
Warsztat nie odbierał telefonów kilka dni, aż Anna kazała mi sprawdzić układ gwiazd i wyznaczyć dzień kolejnej próby. Przeczekałyśmy dwa dni i w porze pełni w powietrznym znaku Wodnika (komunikowanie się) udało się z rana od pierwszego razu. Mechanik odebrał telefon i oznajmił z punktu, że auto jest naprawione i można je zabierać. Wymieniono czujnik paliwa. Zatem i Księga I-Cing miała rację, bo wcześniej odpowiedziała, że samochód jakiś czas postoi zaparkowany, po czym wymieni się w nim jakąś część z pomyślnym skutkiem. Ta odpowiedź zawczasu sprawiła, że Anna nie wpadała w niepotrzebne rozterki, gorączkowe histerie czy niepokoje i zdała się spokojnie na los.
- Pełnia wszystko wcześniejsze wypełnia - mówię - Teraz następuje zwrot spraw. I rozstrzygnięcie.
- Jechać dziś czy jutro?
- Jutro. Teraz Księżyc wchodzi pod promienie słońca, coś może zaszwankować.
Jednak Anna uparła się, lekceważąc uczoną opinię i przygotowywała się na wyjazd pociągiem do powiatu, żeby odebrać samochód przed fajrantem. Ale pół godziny przedtem nagle przypomniała sobie, że umówiła się na wizytę znajomego, dawno nie widzianego, który miał wpaść w ramach wycieczki rowerowej. I tak oto zrezygnowała z wyjazdu, przekładając ją na jutro.
- Ciekawe co jeszcze pokaże pełnia, a raczej nie pokaże, bo Księżyc jest w złych godzinach - stwierdziłam.
Ano, zaczął padać deszcz i znajomy odwlókł wycieczkę. Pojawił się akurat kwadrans przed wieczornym obrządkiem.
- Mamy niestety pracę - mówię wychodząc z domu - dostałeś SMSa? O tej porze nie ma zmiłuj się. Obrządek, święta rzecz. Nie mamy czasu, zwyczajnie.
- A co to obrządek? - zapytał z głupia frant miejsko-wiejski inteligent. Wytłumaczyłam, bo zapewne jakąś agnihotrę sobie wyobrażał albo inne czarodziejskie rytuały przy pełni, kto go wie!
Anna ganiała wtedy kozy, które na wielkim gigancie z wyschłego i obgryzionego pastwiska zawiesiły się na łące u sąsiadki pod lasem.
Pogadaliśmy chwilę, omawiając ogrodnicze kwestie, tudzież magazynowanie wody i podlewanie tunelu, jak i elektryczność ze słońca. I rowerzysta odjechał, nim kozy przybyły na podwórko, a ja zajęłam się zaganianiem ptactwa pod dach. Anna wróciła, dziwiąc się, że wizyta się nie odbyła.
- Ależ odbyła - mówię - ale nie było jej pisane ujawnienie się, bo Księżyc stanął w promieniach słońca, czyli stracił siłę i władność. Wniosek: nie należy nic zaczynać w samą pełnię. Można kończyć, ale lepiej chwilę przed lub chwilę po niej.
Następnego dnia rano Anna najwcześniejszym pociągiem zajechała do miasta, odebrała samochód i szybciutko wróciła. Zdążyła dokładnie na porę porannego obrządku.
Pojawił się też sam z siebie Andriusza i pomógł przez dwie dniówki uporządkować kwestie drewna na podwórzu, posortować deski i obrzynki kupione w tartaku, na te zdatne na materiał budowlany i na te do porżnięcia i spalenia. W planie naprawa i budowa nowych grządek wzniesionych.
Póki co trwają zbiory ogórka i pomidora. Przetwarzam. Ot, czas prac wszelakich.
18 sierpnia 2022
Ogarnianie
Jest tyle pracy, że nie nadążam z zapisywaniem bieżących wydarzeń na tym blogu. Sypnęły zbiory owoców, trzeba je przerabiać, nie ociągać się, bo nas zasypią i zmarnują się. Jabłka, czyli dżemy, soki, teraz wyciskane nastawy na cydr. Pomidory, czyli sok pomidorowy i sprzedaż nadwyżek. Ogórek już szczęśliwie się skończył, właśnie pasteryzuję ostatnie słoiki sałatki w zalewach miodowej i meksykańskiej. Trochę też zakisiłam, a małosolne są w codziennym użyciu od dawna. Resztę zjadają kozy. I kaczusia, która je uwielbia. Przy tym cały czas trwa codzienny przerób mleka, sery takie i śmakie oraz jogurt.
Dopiero wieczór, po obrządku i drugim udoju daje chwilę spokojnego oddechu. Spędzamy ją na tarasie, tak od 19 do 21, pijąc herbatkę kwiatową albo domowego cienkusza, z psami u stóp. I czasem rozpytując kart lub Księgę I-Cing o najlepsze rozwiązania problemów, które się ostatnio międlą. Ale po kolei.
W zeszłą niedzielę Anna wybrała się na wyprawę do Ciechanowca, gdzie urządza się co roku w tamtejszym skansenie "Święto chleba", jarmark z wielką pompą.
Rozłożyła tam stoisko na spółkę z internetowo poznaną koleżanką rękodzielniczką.
Impreza trwała cały boży dzień. Przywiozła z niej jeden z takich ciekawie zdobionych kubków kupionych zadziwiająco tanio od bułgarskich ceramików. Oraz kolejne doświadczenie "młodego wystawcy".
Niestety był to dzień, gdy na niebie uściślała się opozycja Słońca z Saturnem z kwadraturą ogniskową czynioną przez Marsa z Uranem, co skwitowałam już tydzień wcześniej, gdy Anna podejmowała decyzję o wyjeździe, że bez denerwującego opóźnienia się nie obejdzie. I stało się.
W drodze z powrotem, wieczorem, samochód zaczął stawiać opór. Pękła zdaje się miska olejowa i maszyna nie dojechała do domu, stanęła w sąsiedniej gminie. Na amen. Trzeba było wzywać lawetę, co szczęśliwie się udało. I Anna wróciła ciemną nocą, wieziona za kierownicą na przyczepie.
Od tej pory ogarniamy problem. Po naradzie z mechanikiem wiemy już, że trzeba kupić nowy wóz. Zatem dyskutujemy jaki i na ile nas stać. Samochody dostawcze bowiem podrożały, i starsze od naszej renówki, z dużo większym przebiegiem, kosztują 1/3 drożej niż nasza przed kilku laty. Jest o czym gadać letnimi wieczorami na tarasie.
6 czerwca 2021
3 dni
Trzy ostatnie dni przyniosły natężenie wysiłku logistycznego i fizycznego. Szło na pogodę, trzeba było sprawę wykorzystać, bo ponoć lato ma być zimne i mokre w ogólności.
Najpierw należało skonsultować się oczywiście z wróżbą. Pierwszy rozkład kart pokazał 3 Kije.
- Uda się i to nawet szybko i sprawnie - oznajmiłam.
- Ale czy pogoda wytrzyma? - wątpiła pytająca.
Karty wyrzuciły 3 Kielichy i Cesarzową, noszącą numer 3.
- Wytrzyma, choć trochę pokropi, ale uda się zebrać pod dach. W trzy dni.
- Niemożliwe - wątpiła dalej poddenerwowana pytająca. - Kosić czy nie kosić?
No, to jeszcze Księgę zapytałam i odpowiedź wyszła podobna, będzie zwózka.
Zadzwoniła zaraz do znajomego rolnika. Ten akurat był na chodzie i zaraz na drugi dzień skosił łąkę. Drugiego dnia znalazł się chętny inny miejscowy rolnik i swoją maszyną pokos obrócił. Trzeciego dnia pogoda zaczęła chmurnieć. A w południe zagrzmiało, ale rozeszło się. Trawa została skostkowana i po 16 Anna z Andriuszą przywieźli pierwszy transport z łąki na pace i przyczepce. Obracali 6 razy, a z rana jeszcze 3.
W trzy dni się wypełniło. A mogło dłużej trwać, bo prognozy się zmieniły, upał ma być równy aż do czwartku, czyli pory zaćmienia słońca.
28 lipca 2018
Wiejskie odpoczywanie
Ja odpoczywam przy lekturze pouczających książek, pisaniu "pierdół", zaglądaniu w Księgę I-Cing lub karty, ot, dla wprawy lub, aby pogadać ze sobą. Anna odkryła zaś w lesie kolejną sezonową pasję. Zaczęły się grzyby. Nie wiem jak jest w Polsce, ale u nas jest parno, wilgotno i gorąco od dawna, tak bardzo, że człowiek chodzi zlany potem jakby spod prysznica wyszedł, pranie na dworze prawie nie schnie i trzeba je dosuszać na nowej ściance kuchennej, jak w tropikach. Trawy i zioła rosną na potęgę, jabłka są smaczne i soczyste, kozy zadowalają się ciągle (znaczy nie uciekają) odnowionym pastwiskiem i jabłkowiskiem w sadzie, i pojawił się istny wysyp kurek. Są też prawdziwki, ale one w skupie słabo stoją. Zatem Anna, po kilku latach buszowania po okolicznych lasach poznała już "swoje miejsca", znane dotąd tylko miejscowym. A że miejscowi są już za starzy, by chodzić do lasu, albo ci młodsi zbyt zajęci piciem taniego "durnowatego piwa" w "barze pod świerkiem", zadowalając się zasiłkami z gminy i rentami z powodu "żółtych papierów", a przyjezdni zbieracze wykruszyli się z powodu 500+, to zbiory bywają imponujące. Wczoraj przez godzinę nazbierała 1,2 kg kurek (w skupie stały po 16). Dzisiaj zaś 8,5 kg! Niestety zdążyły stanieć do 12 złotych za kilogram. Dwa razy zawracała do domu po nowe pojemniki, bo brakowało jej wiader, zbierała w końcu nawet do czapeczki i w koszulkę... Pewnie zawiesiłaby się w lesie na dłużej, ale wygoniła ją stamtąd nadchodząca burza.
No, właśnie, burze są teraz częste, choć raczej symboliczne. Nieraz zanoszą się od rana, i wloką się z przerwami przez całe popołudnie i wieczór. To raczej pomrukiwania z oddali, czasem jakieś błyski (małanki). Towarzyszy im krótki, rzęsisty, ciepły deszcz, który zasila nasze piaszczyste łączki doskonale, szybko paruje i opada gęstą poranną rosą. Zazwyczaj jest tak, że grzmi, pada i świeci jasne słońce jednocześnie. Kozy pasą się w tym czasie bez najmniejszego lęku. A tak poza tym stado ma ruję i Bruno przechodzi sam siebie, miłośnie chrumkając co rusz do innej kozy i odpędzając młodzików.
Przetwory robimy sukcesywnie, codziennie trochę. W ten sposób dorobimy się zimowego majątku niechybnie. Powstało 11 słoików powideł śliwkowych, ze śliwek podarowanych przez zduna. Nasze jeszcze dojrzewają na trzech drzewach i będą w późniejszym terminie, a urodzaj ich jest wielki. Takoż zakisiłam 15 litrów ogórków i powstało 6 dużych słoików sałatki ogórkowej z curry. To też dary od pana zduna, bo my ogórków nawet nie posiałyśmy z braku odpowiednich warunków. Starczyło też na małosolne i mizerię zjadane na bieżąco. Teraz przerabiamy cukinię na słodko-kwaśno i będzie tego sporo. Czemu sprzyja jej urodzaj w ogródeczku, wielkość i duże zapasy octu jabłkowego domowej roboty. Zjadamy także fasolkę szparagową.
Wczorajsze nocne zaćmienie księżycowe, któremu towarzyszyła męcząca burza z lekkimi opadami spowodowało awarię internetu w rejonie gminy. Na szczęście, jak sami możecie się przekonać, została szczęśliwie naprawiona w kilka godzin później. Aby jednak móc odpalić komputer i zobaczyć, co się na świecie działo w tym czasie trzeba było odczekać aż do wieczora, z powodu męczących grzmotów z oddali. Już raz takie grzmoty "zepsuły" nam router, który trzeba było wymienić, dlatego nie ryzykujemy już dodatkowej awarii. Ot, takie są warunki wiejskie.
28 września 2017
Zrównoważony czwartek
W każdym razie oprócz ćwiczeń z astrologii staram się (wespół zespół) jeszcze przetworzyć na zapasy to, co się da przetworzyć. Najpierw poszły do gara buraki z ogródka, wyszła pyszna sałatka i wylądowała w piwniczce. Ostatnia porcja keczupu, dość spora. Oraz cukinia na słodko-kwaśno, pyszna. Postaram się dać wkrótce szczegółowy przepis, bo dziś po raz pierwszy spróbowałam przy obiedzie i rzeczywiście, rewelka.
Na koniec spodziewana niespodzianka. Santa Klaus zajechał dziś na stację i został zdiagnozowany. Nie obyło się bez wskazówek, co koniecznie trzeba w nim zrobić, aby przeszedł egzamin na drugi rok, ale szef podbił kartę. Niemniej, wiedząc już, że dni naszego auta są krótsze, niż dłuższe musimy się sprężyć z zakupem nowego. I o tym Księga również wspomniała.
- Patrz, jak to miło załatwiać sprawy w dniu, gdy ma się harmonijny Księżyc. Nawet w kłopotach znajdzie się rozwiązanie i dobra rada, a urzędnicy są mili - stwierdziłam, wsiadając do samochodu.
- Niby tak - odpowiedź. Zawsze nie do końca przekonanej sceptyczki.
26 września 2017
Dziwna radość wróżbity
- Mam tydzień czasu, żeby załatwić przegląd samochodu. Powróż mi, jak pójdzie. I kiedy najlepiej jechać na przegląd.
Zaglądam w uczoną księgę, czyli efemerydy planetarne i widać tego dnia kwadraturę Merkurego do Saturna, następnego Księżyc w Strzelcu w kwadraturowych układach prywatnych.
- Dziś i jutro odpada. Same kłopoty. Wstrzymaj się do czwartku.
- Dobrze, ale czy się uda. Od tego zależy kilka rzeczy.
- Rzuć monetami.
Rzut, sześciokrotny, trzema.
- Hm. 35.1.2 na 38. Dziwne. Pojedziesz, ale nie dojedziesz? Jakaś stara babcia ci pomoże.
- Gadasz od rzeczy.
- To rzuć jeszcze raz. Przegląd się uda, czy nie. Konkretnie.
Rzut znowu trzema, sześciokrotnie.
- O, pięknie, 21.4.5 na 42. Przegryziesz się pomyślnie przez procedury i będzie można zainwestować... Ale o czym w takim razie była pierwsza wróżba? Pierwsza linia się zmienia, pewnie dowiemy się bardzo szybko.
- Uff, dzięki. Od tego zależy, czy włożę pieniądze w tego grata, czy w nowego. A teraz jadę do skupu z grzybami.
Wyjeżdża z garażu, staje za bramą, aby ją zamknąć. Ale widzę przez okno, że wysiada i zagląda pod maskę. Wyskakuję z domu. Co się stało?
- Pasek poszedł, patrz, jak wiruje. Zawracam.
Wjechała z powrotem do garażu. Wypakowała skrzynię grzybów. Zapakowała do torby. Wyciągnęła stary rower, przymocowała torbę do bagażnika.
Radość wróżbity w nieszczęściu taka oto:
- Wniosek taki, że przy kwadraturze Merkurego do Saturna nie należy w ogóle wyjeżdżać z garażu. Oraz to, że nasze wioskowe babcie mają najlepsze rozwiązanie w takim wypadku, gdy trzeba do skupu. Wielocyped!
Co pokazała jeszcze Księga? Jakim cudem nasz stary rzęch przejdzie egzamin w czwartek?
Jednak wszystko ma się rzeczywiście ku dobremu. Miejscowy mechanik, dzięki tej samej kwadraturze miał przestój z braku klientów. Zreperował Santa Klausa w ciągu kilku godzin. Poszedł pasek rowkowy, nic strasznego na szczęście...
4 lipca 2017
Powściągająca siła ogrodzenia
W końcu, dopiero pod koniec dnia, po 8 godzinach! znalazła się tam, gdzie przechodziłam dwa razy, nic nie zauważywszy. Tym razem uwagę Anny, mającej lepsze oczy, zwrócił dziwnie wystający zza siatki ogrodzenia pastwiska "patyk". Była to przednia noga Frani, która wplątała się w siatkę przy nieudanym przeskoku (reszcie stada się udało). Na własnym pastwisku. Zmęczona, zbolała, smutna i głodna przyjechała na podwórze w bagażniku samochodu. Rzuciła się jednak do owsa z apetytem, co mocno mi ducha podniosło. Dzisiaj kozucha jeszcze lekko kuleje, ale chodzi już ze stadem
25 lutego 2017
Trudne narodziny
- Powróż, co będzie.
- Ty rzuć monetami. Jesteś bardziej przejęta.
- I co wyszło?
- 43 na 1.
- To znaczy?
- Hm... Ryk będzie trwał dotąd, aż trzeba będzie użyć siły do pomocy. Ale sprawy idą już do rozwiązania i dobrze się zakończą.
Rozłożyłam też karty. Piątka pik i Królowa kier.
- Ból, krzyk i szczęśliwa mama na koniec.
W końcu nastała cisza. I z nią urodzona samodzielnie brązowa córcia.
Na umyte i odkażone jak do operacji ręce, Anna wylała sobie nieco oleju jadalnego i zabrała się do zabiegu, nie zwlekając. Trzymałam kozę za rogi z całej siły, aby nie odbiegła. Ryczała wniebogłosy. Po dłuższej chwili udało się przeprowadzić całą rzecz, znalazła się druga nóżka. Nie mając pewności, czy właściwa, przednia, bo może tylna, Anna rozpoczęła ciągnięcie płodu.
28 kwietnia 2016
Czas płynie zasiadając
Takoż piszę swoje, tłumaczę, nawet za łacinę się chwytam, kombinuję, hobby swoje rozwijając.
Teraz już tylko siedzieć i czekać..
20 stycznia 2016
Ważny zakup
Kilka dni temu Anna podjęła wreszcie decyzję, że już grymasić ani zwlekać z zakupem samochodu nie będzie. Trudno w taki czas jeździć do miasteczka na rowerze, po zakupy, albo na warsztaty w GOKu. Tym bardziej wracać po ciemaku przez las. W niedzielę namierzyła egzemplarz wybranej firmy, typu i ceny, sprzedawany w mieście, do którego mamy dobry dojazd pociągiem. Następnego dnia podjechała na dworzec porannym autobusem szkolnym, który zabiera trójkę dzieci z naszej wioski i po półtorej godzinie była na miejscu.
Wcześniej oczywiście musiałam powróżyć. I to wiele razy, zawsze, gdy znalazła wśród ogłoszeń jakieś interesujące auto. Za każdym razem Księga odpowiadała, że to jeszcze nie teraz, że nawet nie wyjedzie po nie, że idzie o coś innego, żeby czekać. Do tego też układy gwiazd nie były najlepsze na horoskop zakupu, który potem przecież ma działać przez całą eksploatację sprzętu. Czyli czekałyśmy, zabrawszy się powoli za robienie ściany w głównym pokoju.
Tym razem jednak karty zapowiedziały, że znajdzie rzeczony sprzęt poprzez internet w ciągu trzech dni, najpewniej w niedzielę. I tak się stało. Znalazła ogłoszenie, świeżo wstawione, dokładnie w niedzielę i zaraz nawiązała kontakt telefoniczny z właścicielem. Umówili się. W poniedziałek Księga (jak i gwiazdy) była przychylna. Kupi i samochód będzie jeździł, nie rozkraczy się po starcie, jak to bywa z takimi zakupami. Co do gwiazd podałam jej przedział czasu, od którego ma zacząć rozliczenie i wszelkie podpisywanie. Wcześniej, jak stwierdziła moja znajoma, silnik może się zatrzeć, albo co, bo Mars przez Descendent przechodził.
Tego dnia wszelkie obowiązki domowe, obrządki, przywóz drewna, palenie w dwóch piecach, gotowanie spoczęły na mnie. Doszło jeszcze odśnieżanie, bo zapuściłyśmy tę kwestię, nie mając potrzeby.
- Uwaga, jadę! Otwórz bramę - dostałam telefon.
Zdążyła zrobić zakupy po drodze i wrócić przed zmierzchem. Nasz nowy stary niemiecki czołg, poradził sobie z podjazdem pod ośnieżoną górkę bez problemu. Stanął przed garażem.
Oczywiście wsiadłam, żeby zobaczyć, jak mi się będzie siedziało i jeździło na moim miejscu przy kierowcy.
- Jakiej jest płci? - spytałam.
- On, zdecydowanie to samiec - stwierdziła po chwili namysłu Anna.
- Jak się nim jechało?
- Dobrze. Choć trochę dziwnie. I nie szalałam, bo ślisko. Warczy, jak to stary diesel.
Volksvagen Passat kombi, ciemnoniebieski, dwudziestolatek.
Tego dnia, a raczej nocy, jak się okazało zmarł w swoim domu stary Mikołaj... Niech mu ziemia lekką będzie.
Na pamiątkę którego nasze nowe stare auto dostało imię Santa Claus, czyli świętego Mikołaja.
20 lipca 2015
Stan klęski żywiołowej
Telefon 911 w elektrowni powiadomił nas kobiecym głosem, że nasza wioska jest na liście awarii nie sprawdzałam jak długiej, bo do końca wysłuchiwania szeregu miejscowości w siemiatyckiem, bielskiem i hajnowskiem nie dotrwałam i włączenia prądu należy się spodziewać za cztery godziny. To mi jednak uświadomiło rozmiar klęski żywiołowej, która padła wczoraj na łącza elektryczne w całym regionie.
Anna pojechała na całe popołudnie do Hajnówki. Na Jarmarku Żubra wystawiła się ze swoimi rękodziełami. Prażąc się w dusznym słońcu, które dość późno tego dnia, ale skutecznie wyjrzało zza chmur. Wróciła około 18. Gdy poszła przygonić kozy z zarośli zauważyła dziwne zachowanie naszych pszczół.
14 czerwca 2015
Sianokosy
Na naszej wiosce Ania zmobilizowała młodego Miraska i Wanię do pomocy przy zwózce. Drugiego dnia po skoszeniu cały dzień przewracała i wałkowała siano z Mirkiem, który niestety do prędkich pracowników nie należy. Po południu dostała sms-a od naszej dzielnej rowerzystki, że właśnie jest w pobliżu. Tak jej się Podlasie spodobało, że korzystając z urlopu znowu ruszyła w trasę, tym razem przez Janów Podlaski i promem w Wasilkowie przez Bug ku naszym stronom. Tym cudownym sposobem trafił się dodatkowy pomocnik. I miły wieczór potem przy pogaduszkach. Bo rowerzystka jest starą przyjaciółką Ani ze studiów i niejedno mają sobie do opowiadania, gdy się spotkają. Następnego dnia rano niespodziewany gość został za pomoc wynagrodzony podwózką do Orli, do szeptunki rzecz jasna. I zaczął się pracowity dzionek z Miraskiem i Wanią.
O świcie trochę popadało, ale tak krótko, że zaraz woda wsiąkła w suchą glebę i nie było żadnego śladu. Rozważałyśmy jednak opóźnienie sianokosów, gdyby jednak w dzień znów były opady. Dość długo zresztą się chmurzyło. Rzuciłam wróżebne monety. Księga I-Cing jednak jasno powiedziała, że pogoda wytrzyma i zwózka odbędzie się z sukcesem. Anna umocniona w ten sposób w działaniu ściągnęła rolnika z maszyną i kazała mu skostkować całe siano.
Zeszłoroczny przywóz siana traktorem wyniósł tak dużo, i czasu i pieniędzy, że w tym roku postanowiła sama sobie poradzić. Wykorzystując fakt, że rzeczona łąka ma łatwy dojazd i jest wyjątkowo równa. W rezultacie zaoszczędziła, już po odliczeniu kosztów paliwa, 150 złotych.
Z chłopakami ładowała kostki na pakę samochodu oraz na przyczepkę i w ten sposób przywoziła do domu. Tu rozładowywała kostki, a ja wnosiłam je i układałam w nowej paszarni koło kurnika. Za jednym razem mieściło się wszystkiego ok. 30 kostek, więc miałam chwile odpoczynku. Obracała w ten sposób do samej nocy. Gdy paszarnia została napełniona przywiozła Miraska z pola i ten ładował kostki na poddasze obory. W końcu przybył także Wania i razem poszło im dość sprawnie w tej czynności. Chłopcy rozeszli się już po ciemku.
A dzisiaj Anna zerwała się o bladym świcie, kawkę wypiła i pojechała zwozić sama to, co jeszcze zostało na łące. Jakieś 70 kostek. Znowu tak jakoś się chmurzy, nie ma co zwlekać. O, już trochę kropi...
23 listopada 2014
Zimowe pielesze
Prąd włączyli po południu, tuż przed zmierzchem, czyli po ponad dwunastu godzinach awarii. Zatem było już czym zapełnić wieczór, po obrządku. Najpierw sprawdzam co się dzieje w Polsce i na świecie, czytając wieści fejsbukowych znajomych, których mam z bardzo różnych, czasem kosmicznie sprzecznych ze sobą parafii i dzięki temu dają mi wgląd w przeróżne światy. Dalekie i bliskie, po sąsiedzku też. Czasem z kimś się wymieni kilka słów, gdy humor dopisuje. Jakiś czas oglądam filmiki i czytam artykuły podsyłane przez ludzi, żeby się dokształcić albo pośmiać. Po czym zagłębiam się w świat sztuki. Ostatnio oglądam polskie filmy, Kolskiego, Kondratiuka, ale bywają też starocie przed i około-wojenne, hollywoodzkie i gwiazdorskie, czasem wciągają mnie koncerty albo klipy muzyczne, Sinead O`Connor czy Marii Peszek, tudzież musicale, jak np. "Katedra Notre-Dame w Paryżu". Bywa również, że trafię na jakiś ciekawy tekst do czytania, jak np. XIX-wieczne opowiadanie Klemensa Junoszy na podlaskie tematy, albo odsłuchuję wywiady z polskimi współczesnymi pisarzami i pisarkami, nadrabiając wieloletnie i wielomiesięczne kulturalne opóźnienia. I tak mi schodzi wieczór, jeden po drugim. Przy strzelającym w piecu ogniu, w ciszy listopadowego śniegu i samotności wiejskiej.
Anna zabawia się niewiele bardziej inaczej. Właściwie nie ma już co robić na dworze, bo resztki nieporżniętego drewna śnieg zasypał, wszystko, co trzeba było dokończyć przed zimą zostało zrobione, i oprócz porannego i popołudniowego obrządku nie ma tam żadnego interesu, zatem lepi z gliny w swoim pokoju różne naczynia i naczyńka, szyje, dzierga, tka i w międzyczasie słucha radia lub ogląda tv. Niekiedy spędza całe popołudnia na zajęciach w GOK-u (tkackich, plecionkarskich, witrażowych , no i ceramicznych). Noce długie, więc bywa, że budzi się w środku ciemności i przy latarce czyta jakieś biblioteczne zdobycze.
- Może byśmy coś zaplanowały na przyszły sezon? - chodzi jej już po głowie.
Ale ja wciąż jestem jesiennie odleciana i naprawdę nie w temacie.
18 maja 2014
Wichry i burze
Ja tymczasem wciąż robię to samo, chyba, że mnie wicher porwie na chwilę ze sobą. Tak jak wczoraj.
Najpierw Anna całe przedpołudnie reperowała wraz z Jarym i Andriuszą nasze trzy zdechłe rowery. Andriusza okazał się całkiem niezłym specjalistą od tego pojazdu i ku naszemu zaskoczeniu, wszystkie postawił na nogi. Albo wymieniając dętki, czy zardzewiały łańcuch, albo regulując przerzutki. I nawet niewiele za to wziął, dwa mocne piwa.
Po obiedzie odbyła podróż do umówionego pszczelarza i zawiozła do niego nasze nowe ule. Za tydzień ma się zgłosić po odbiór odsadników. Przy okazji omówiła pewien stolarski projekt z poznanym w owej wiosce młodym stolarzem, aby się zastanowić, czy go realizować, czy nie.
Ledwie wróciła i szybko zrobiłyśmy wspólnie obrządek, przy zapowiadającej się na niebie burzy, wyruszyłyśmy do Mielnika. Wyminęłyśmy burzę po drodze i zostawiłyśmy ją za sobą. W Mielniku wpadłyśmy na chwilę do kina, gdzie urządzono uroczyste seanse trzech filmów dokumentalnych o Bugu, aby podrzucić świeżo uwędzone serki koledze, który zjechał na swoje nadbużańskie włości na łykend, a potem zaraz ruszyć z powrotem, zahaczając o pewną wioskę po drodze. Tam obejrzałyśmy pewien drewniany budynek gospodarczy do sprzedania. Nawet nam się spodobał, mimo pewnego zużycia i wstępnie umówiłyśmy się z właścicielem na dalszy ciąg targu. Choć decyzje wciąż tylko wiszą w powietrzu, są różne i trzeba spośród nich wybrać najlepszą.
W drodze powrotnej wyminęłyśmy jedną burzę z urwaniem chmury, a druga pożegnała nas już w domu, właśnie odeszła była na białoruską stronę wraz z deszczem.
Ponieważ jeszcze jakiś czas błyskało się malowniczo na niebie, nie otwierałam już komputera, tylko przy przedostatniej butelce swojego wina porzeczkowego wypytywałam wraz z Anną Księgę I-Cing, co tak naprawdę przedsięweźmiemy, a z czego zrezygnujemy. No, i już wiem. Oczywiście, trzeba czekać, co czas pokaże. Ale ja już to widzę okiem wyobraźni.
Wraz z burzami odeszła deszczowa pogoda i dzisiejszy dzień okazał się słoneczny i ciepły. Na wieść, że znajomi maratończycy dobiegli wczoraj szczęśliwie do mety hajnowskiego maratonu zapragnęłam chociaż zacząć chodzić na co dzień boso, jeśli z powrotem nie zacząć biegać-podbiegać sobie drogą przyleśną każdego ranka. Bo nie tyle chodzi o rozwój mięśni, ale o sprowokowanie organizmu do głębokiego oddychania, które to oddychanie wraz z szybszym krążeniem krwi pozytywnie pobudza procesy odmładzająco-uzdrawiające. Oraz wyobraźnię. Bo jakoś, niestety, na tle podkręcenia u Anny wypadam miałko i leniwie. Mimo, że zawsze tak mam latem, gdy jestem przemęczona i zmęczona monotonią codziennych prac to w tym roku paraduje mi przez ascendent istne przeciwieństwo Urana, planeta Saturn, ciężka, zasadnicza i rozpoczynająca tym samym nowe spojrzenie na swoje życie, nieco podobnie przynosząca nowe cele i rozwiązania, jednak na bardzo długą metę i tak powoli, choć nieodwołalnie, że nijak się to ma do rewolucji Urana. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
6 lipca 2013
Księga i życie
Na bobrowej łące, skąd siano miało być zbierane, jeszcze nie kapnęło, ale zagrzmiało. Anna zadzwoniła i kazała I-Cing pytać co robić. Próbować ciukować i zbierać, czy odpuścić sobie dzisiaj?
Księga odpowiedziała: odpuścić, będzie ulewa, a siano zbierze się w ciągu dni trzech za drugim podejściem.
Posłuchała, lunęło i na bobrowej łące, choć nieco później.
Pojechała zatem na zajęcia ceramiczne do domu kultury, bo się szybko przejaśniło po tym oberwaniu chmury. I znów ciepło i w miarę słonecznie zrobiło. Chmura jednak ponura stała wciąż nad naszą wioską, ciśnienie piszczało w uszach i w sen mnie rzucało. Przetrzymałam ptactwo i kozy dość długo pod dachem, ale w końcu coś trzeba było zrobić.
Spytałam Księgę, czy pogoda wytrzyma jeszcze do dojenia i obrządku. Tak, odparła Księga, dzień będzie pogodny do końca. Wypuściłam zatem zwierzęcych więźniów na wolność, aby się popasły.
I rzeczywiście, lunęło dopiero głęboką nocą, znów sążniście i mocno, a gdy deszcz ustał przyszła burza i znów popadało. Bez piorunów.
Tym samym zaplanowana zwózka na dzisiaj znów się nie odbyła. Siano zmokło. Chłopci wioskowi byli niepocieszeni, akurat liczyli na kasę przed św. Janem prawosławnym, bo Iwan imieniny obiecał wyprawić. Obyli się smakiem.
Anna odbyła wycieczkę rowerową z dzieciakami z GOK-u, a potem jeszcze dwie nasze furki siana z dzikiej łąki skoszonej przez Big Johna zwiozła. Zdołało wyschnąć w upalny dzisiejszy dzień całkowicie po nocnym laniu. Upchnęłyśmy je na stryszku obory, do kolekcji. Dobre, pachnące, kozy były zachwycone tym, co w żłób dostały.
Takim oto sposobem dzień pracy zaczął się mnie o siódmej (Annie o piątej), a skończył o 21-ej.
23 lipca 2012
Zjazd w codzienność
W gościach o poranku zjawił się Gieno M. i żeśmy sobie trochę pogadali nie tylko o serach i przyrządzaniu koźlęciny. W każdym razie dostał ode mnie w prezencie moją książkę "I-Cing - Księga Źródła". Bo Księga była właśnie molestowana w kilku tematach. Pozytywnie dla przyszłości polskich serów zagrodowych, jak myślę.
Koncert niedzielny skończył się dość wcześnie, niedługo po zachodzie słońca, ze względu na odjazd darmowego pociągu festiwalowego do Warszawy. Niestety, nie mogłyśmy posłuchać Słomy i Przedwietrza, podobno było świetnie, ale grali akurat w porze obrządku. Wieczór muzyczny zakończył Todar z WZ Orkiestrą. Wprowadził nastrój, melodię, rosyjskość, poezję, piękny, mocny, dźwięczny głos, harmonię i dowcip. I było bardzo przyjemnie. Bisował i bisował. Publiczność czeremszańska bardzo go lubi i zna, jest tu częstym gościem.
I w ten sposób następuje powrót do codzienności. Co prawda w zwolnionym tempie, bo trwają jeszcze warsztaty, białego śpiewu, no, i nie wszyscy znajomi już wyjechali.
2 lipca 2012
Sianokosy
Posiedzieliśmy potem trochę na tarasie przy zwyczajowym poczęstunku do buteleczki, słuchając żartobliwo-fantazyjnych opowieści "dziadka", który pomagał zwozić i okazał się najwytrwalszym i najsilniejszym pracownikiem (mimo niewielkiej postury oraz wiekowości). I miałam okazję przekonać się, że komary jednak zdołały się odrodzić i kąsają jak dawniej.
Pogoda wytrzymała do wczorajszego wieczora. Ania zdążyła, przy pomocy Sławka z naszej wioski zwieźć jeszcze na pace samochodu resztę pozostawionego na łące siana, które się rozsypało przy ładowaniu i zmagazynować w garażu.
Uff, udało się znowu bez kropli wody niebieskiej w trakcie, dzięki ci Panie Boże.
26 czerwca 2012
Koszt odwodnienia
No, to już wiadomo, że wylęgły się kolejne pisklęta, jeszcze przed Przesileniem Letnim. Z 17 jaj wykluło się 15 "ciplonek" zielonej nóżki. Kwoka jest pożyczona, od pani Mikołajowej. W pogodne dni prowadza swoją dzieciarnię na dworze, ale tak jak dzisiaj, wysiaduje z nimi w lamusie. Zasiadła niedawno jeszcze jedna kwoka, tym razem z naszego stada, choć wcale nie zielona nóżka, tylko leghornka. Nie wiem co z tego wyjdzie, bo się denerwowała na początku zmianą miejsca, wyrzucała jaja z gniazda, stłukła kilka. Przeniosłyśmy ją więc z resztą jaj do kurnika i tam siedzi od jakiegoś czasu spokojnie.
W niepogodę pchamy remontowe czynności do przodu. Maleńkimi kroczkami. Dwa słupy gankowe zostały wyczyszczone, wygładzone i pomalowane. I także założona przez nas osobiście (no, Ania była główną mistrzynią, ja przede wszystkim podawałam narzędzia jako "młotkowy" i podtrzymywałam to i owo) podłoga w łazience na górze, z resztek desek podłogowych, które zostały. Wyszły co do jednej. Zjechał już kurierem kupiony internetowo brodzik, kibelek i insze akcesoria. Powoli przymierzamy się do skoku tygrysa.
No, i jeszcze lodówkowy zbieg okoliczności... nie tylko z dzisiejszym wpisem pana Jacka... he. Trzy dni temu odmrażałam lodówkę, aby mogła przyjąć w siebie kolejny zapas mięsiwa na dłużej. Umyta, wysuszona, ustawiona i włączona do prądu zadziałała, ale na drugi dzień okazało się, że spływa wodą we wnętrzu. Przetarłam, wyczyściłam tak, jak umiałam i zdecydowałam się poczekać z konkluzjami co jest. Dzisiaj znowu zgromadziła się woda w dołku odpływowym. Ale jednocześnie coś się wydarzyło samo. Rano przy dojeniu, podeszła do płota nasza sąsiadka i przekazała Ani wiadomość, że pani Hela ma kłopot ze swoją lodówką, woda nie odpływa, zadzwoniła zatem do serwisu w Bielsku i tam powiedziano jej, że jest to drobna naprawa, najwyżej coś trzeba wymienić, ale że przyślą pracownika do domu, jeśli znajdzie innych klientów na usługę, bo inaczej nie opłaci mu się jechać (tu dzwonek!). Dostałyśmy numer i po obrządku Ania wykonała telefon do nadmienionej firmy. Najpierw nie zdradzając się, że w porozumieniu z drugą osobą. Padła kwota 50 złotych za dojazd (80 km w dwie strony). Wtedy wspomniała o drugiej osobie i pan raczył zniżyć kwotę do 40.
- Halo, ale chyba na pół wychodzi po 25 złotych! - upomniała się o swoje.
- Powiedzmy 30.
Nie dało się wynegocjować mniej, to nie te klimaty. Na Podlasiu coś takiego jak rywalizacja o klienta NIE ISTNIEJE! Za to polowanie na jelenia jak najbardziej!
- To kiedy mam się spodziewać kogoś od państwa? - spytała Ania. Nie wiedzieli.
- Teraz czy koło trzeciej?
- Tak, koło trzeciej.
15 minęła nam spokojnie na zakładaniu podłogi w łazience. I 16, i 17, i 18 też. W końcu zaczęło się trochę przejaśniać i kozy wyskoczyły na szybką przekąskę do lasu i sadu, tak samo kaczki i gęś. Odpuściłam sobie czekanie na naprawiacza lodówek, tylko wzięłam się w końcu za dojenie.
Zajechał po 19, gdy już kończyłam obrządek.
I wyjechał ledwie 10 minut później.
Przeczyścił rurkę odpływową. Zainkasował 20 złociszy za czynność i 30 za dojazd.
27 września 2011
I Cing
Wspominałam kiedyś na tym blogu, że są książki, które czytane pasjami w dzieciństwie wróżyły nam przeznaczenie późniejsze... Tej nie poznałam w dzieciństwie, bo nieco potem. Ale właśnie tę księgę, jedyną, mogłabym zabrać ze sobą na bezludną wyspę. Bo nigdy nie można się nią znudzić.



