Pokazywanie postów oznaczonych etykietą I-Ching. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą I-Ching. Pokaż wszystkie posty

12 grudnia 2023

Ukryty smok

Zima trwa choć się zmywa. Niż i ocieplenie sprawiły, że śniegi zalegające z hukiem pospadały jednej nocy z dachu. Dopadały jednak zaraz nowe, gęste i lepkie. Wokół zalega biała mgła. A my przechodzimy doroczną zarazę. Jak zawsze drogą obsmarkania przez jakieś chore dziecko przyprowadzone przez beztroskich rodziców na warsztaty w domu kultury.
Anna pierwsza weszła na jej ścieżkę, ja się trzymałam. Przynajmniej ułatwia to funkcjonowanie pośród codziennych obowiązków. 
Po trzech dniach poczuła się lepiej, a mnie zmogło. I jak zawsze przyszpiliło do łóżka mocniej. Objawy trudne do zaklasyfikowania i nazwania. Grypa? Katar? Przeziębienie? Cowid? Po prostu nazwę tę chorobę katarem z gorączką i brakiem smaku. Tylko brakiem, a nie zniekształceniem, jak miałam przy znamiennej zarazie. Niemniej apetyt stał się minimalny, kawa poszła w odstawkę, a wszelkie jadło stało się mdłe. Przychodzi mi jeszcze jedna nazwa do głowy: koffit. Bo jakoś zawsze na tę kawę pada niesmak. 
Gorączka nie była jakaś niebotyczna, choć pewna nie jestem. Zwyczajnie w termometrze padła bateria i nie ma jak sprawdzić. Powtórzyła się we dwie noce. Pierwszej po wstaniu z łóżka zakręciło mi się w nogach i o mało nie upadłam, zaskoczona osłabieniem. Ratuję się używaniem koca elektrycznego, w przypadku pojawienia się dreszczy i wychłodzenia, które zapowiada nawrót gorączki. Z lekarstw podstawowe witaminy, Ibuprom na ból głowy, krople do nosa (oj, bez nich byłoby trudno sprawę przejść), kilka kropel jodu na dzień. No, i 2-3 kieliszeczki jakiejś nalewki, pigwówki, aroniówki albo malinówki.
Siła wraca powoli i w systemie dwa kroki do przodu, jeden do tyłu. Już mi tęskno za kaczusiami i kozami, ale jeszcze nie mam siły wyjrzeć na świat dzienny zewnętrzny. Zajmuję się tylko wewnętrznymi obowiązkami, szykowaniem karmy dla zwierzyny i paleniem w piecu. Póki co ratuję się oglądaniem na ekranie komputera układu Tai ci zwanego bodajże, o ile dobrze pamiętam, Tańcem Smoka, w różnych wykonaniach chińskich mistrzów i mistrzyń. Działa nawet tylko przez oczy. Regulując energię życiową i ustawiając wszystko ku życiu i zdrowiu.

3 sierpnia 2023

Niewidzialna pełnia

Warsztat nie odbierał telefonów kilka dni, aż Anna kazała mi sprawdzić układ gwiazd i wyznaczyć dzień kolejnej próby. Przeczekałyśmy dwa dni i w porze pełni w powietrznym znaku Wodnika (komunikowanie się) udało się z rana od pierwszego razu. Mechanik odebrał telefon i oznajmił z punktu, że auto jest naprawione i można je zabierać. Wymieniono czujnik paliwa. Zatem i Księga I-Cing miała rację, bo wcześniej odpowiedziała, że samochód jakiś czas postoi zaparkowany, po czym wymieni się w nim jakąś część z pomyślnym skutkiem. Ta odpowiedź zawczasu sprawiła, że Anna nie wpadała w niepotrzebne rozterki, gorączkowe histerie czy niepokoje i zdała się spokojnie na los.
- Pełnia wszystko wcześniejsze wypełnia - mówię - Teraz następuje zwrot spraw. I rozstrzygnięcie.
- Jechać dziś czy jutro?
- Jutro. Teraz Księżyc wchodzi pod promienie słońca, coś może zaszwankować.
Jednak Anna uparła się, lekceważąc uczoną opinię i przygotowywała się na wyjazd pociągiem do powiatu, żeby odebrać samochód przed fajrantem. Ale pół godziny przedtem nagle przypomniała sobie, że umówiła się na wizytę znajomego, dawno nie widzianego, który miał wpaść w ramach wycieczki rowerowej. I tak oto zrezygnowała z wyjazdu, przekładając ją na jutro.
- Ciekawe co jeszcze pokaże pełnia, a raczej nie pokaże, bo Księżyc jest w złych godzinach - stwierdziłam.
Ano, zaczął padać deszcz i znajomy odwlókł wycieczkę. Pojawił się akurat kwadrans przed wieczornym obrządkiem.
- Mamy niestety pracę - mówię wychodząc z domu - dostałeś SMSa? O tej porze nie ma zmiłuj się. Obrządek, święta rzecz. Nie mamy czasu, zwyczajnie.
- A co to obrządek? - zapytał z głupia frant miejsko-wiejski inteligent. Wytłumaczyłam, bo zapewne jakąś agnihotrę sobie wyobrażał albo inne czarodziejskie rytuały przy pełni, kto go wie!
Anna ganiała wtedy kozy, które na wielkim gigancie z wyschłego i obgryzionego pastwiska zawiesiły się na łące u sąsiadki pod lasem.
Pogadaliśmy chwilę, omawiając ogrodnicze kwestie, tudzież magazynowanie wody i podlewanie tunelu, jak i elektryczność ze słońca. I rowerzysta odjechał, nim kozy przybyły na podwórko, a ja zajęłam się zaganianiem ptactwa pod dach. Anna wróciła, dziwiąc się, że wizyta się nie odbyła. 
- Ależ odbyła - mówię - ale nie było jej pisane ujawnienie się, bo Księżyc stanął w promieniach słońca, czyli stracił siłę i władność. Wniosek: nie należy nic zaczynać w samą pełnię. Można kończyć, ale lepiej chwilę przed lub chwilę po niej.

Następnego dnia rano Anna najwcześniejszym pociągiem zajechała do miasta, odebrała samochód i szybciutko wróciła. Zdążyła dokładnie na porę porannego obrządku.

Pojawił się też sam z siebie Andriusza i pomógł przez dwie dniówki uporządkować kwestie drewna na podwórzu, posortować deski i obrzynki kupione w tartaku, na te zdatne na materiał budowlany i na te do porżnięcia i spalenia. W planie naprawa i budowa nowych grządek wzniesionych.

Póki co trwają zbiory ogórka i pomidora. Przetwarzam. Ot, czas prac wszelakich.

18 sierpnia 2022

Ogarnianie

Jest tyle pracy, że nie nadążam z zapisywaniem bieżących wydarzeń na tym blogu. Sypnęły zbiory owoców, trzeba je przerabiać, nie ociągać się, bo nas zasypią i zmarnują się. Jabłka, czyli dżemy, soki, teraz wyciskane nastawy na cydr. Pomidory, czyli sok pomidorowy i sprzedaż nadwyżek. Ogórek już szczęśliwie się skończył, właśnie pasteryzuję ostatnie słoiki sałatki w zalewach miodowej i meksykańskiej. Trochę też zakisiłam, a małosolne są w codziennym użyciu od dawna. Resztę zjadają kozy. I kaczusia, która je uwielbia. Przy tym cały czas trwa codzienny przerób mleka, sery takie i śmakie oraz jogurt.
Dopiero wieczór, po obrządku i drugim udoju daje chwilę spokojnego oddechu. Spędzamy ją na tarasie, tak od 19 do 21, pijąc herbatkę kwiatową albo domowego cienkusza, z psami u stóp.  I czasem rozpytując kart lub Księgę I-Cing o najlepsze rozwiązania problemów, które się ostatnio międlą. Ale po kolei.

W zeszłą niedzielę Anna wybrała się na wyprawę do Ciechanowca, gdzie urządza się co roku w tamtejszym skansenie "Święto chleba", jarmark z wielką pompą. 

Rozłożyła tam stoisko na spółkę z internetowo poznaną koleżanką rękodzielniczką.

Impreza trwała cały boży dzień. Przywiozła z niej jeden z takich ciekawie zdobionych kubków kupionych zadziwiająco tanio od bułgarskich ceramików. Oraz kolejne doświadczenie "młodego wystawcy".


Niestety był to dzień, gdy na niebie uściślała się opozycja Słońca z Saturnem z kwadraturą ogniskową czynioną przez Marsa z Uranem, co skwitowałam już tydzień wcześniej, gdy Anna podejmowała decyzję o wyjeździe, że bez denerwującego opóźnienia się nie obejdzie. I stało się.
W drodze z powrotem, wieczorem, samochód zaczął stawiać opór. Pękła zdaje się miska olejowa i maszyna nie dojechała do domu, stanęła w sąsiedniej gminie. Na amen. Trzeba było wzywać lawetę, co szczęśliwie się udało. I Anna wróciła ciemną nocą, wieziona za kierownicą na przyczepie.

Od tej pory ogarniamy problem. Po naradzie z mechanikiem wiemy już, że trzeba kupić nowy wóz. Zatem dyskutujemy jaki i na ile nas stać. Samochody dostawcze bowiem podrożały, i starsze od naszej renówki, z dużo większym przebiegiem, kosztują 1/3 drożej niż nasza przed kilku laty. Jest o czym gadać letnimi wieczorami na tarasie. 

6 czerwca 2021

3 dni

Trzy ostatnie dni przyniosły natężenie wysiłku logistycznego i fizycznego. Szło na pogodę, trzeba było sprawę wykorzystać, bo ponoć lato ma być zimne i mokre w ogólności. 

Najpierw należało skonsultować się oczywiście z wróżbą. Pierwszy rozkład kart pokazał 3 Kije.
- Uda się i to nawet szybko i sprawnie - oznajmiłam.
- Ale czy pogoda wytrzyma? - wątpiła pytająca.
Karty wyrzuciły 3 Kielichy i Cesarzową, noszącą numer 3.
- Wytrzyma, choć trochę pokropi, ale uda się zebrać pod dach. W trzy dni. 

- Niemożliwe - wątpiła dalej poddenerwowana pytająca. - Kosić czy nie kosić?
No, to jeszcze Księgę zapytałam i odpowiedź wyszła podobna, będzie zwózka.

Zadzwoniła zaraz do znajomego rolnika. Ten akurat był na chodzie i zaraz na drugi dzień skosił łąkę. Drugiego dnia znalazł się chętny inny miejscowy rolnik i swoją maszyną pokos obrócił. Trzeciego dnia pogoda zaczęła chmurnieć. A w południe zagrzmiało, ale rozeszło się. Trawa została skostkowana i po 16 Anna z Andriuszą przywieźli pierwszy transport z łąki na pace i przyczepce. Obracali 6 razy, a z rana jeszcze 3.

W trzy dni się wypełniło. A mogło dłużej trwać, bo prognozy się zmieniły, upał ma być równy aż do czwartku, czyli pory zaćmienia słońca.

28 lipca 2018

Wiejskie odpoczywanie

Po ciężkiej codziennej pracy, mimo, że daleko jeszcze do jej zakończenia tak naprawdę, raczymy się teraz odpoczywaniem. Czyniąc jedynie to, co konieczne. (I tak jest tego dostatecznie dużo, aby komuś nieobznajomionemu z rolniczym zawodem wydało się to przesadą, bo dwa obrządki plus karmienie brojlerów co 3 godziny, przeróbka mleka, oraz warzyw i owoców na przetwory zimowe, z czym wiąże się palenie w dwóch piecach kuchennych, odchwaszczanie ogródeczka, wypas kóz, do tego częste wyjazdy po to i tamto zajmuje cały boży dzień).
Ja odpoczywam przy lekturze pouczających książek, pisaniu "pierdół", zaglądaniu w Księgę I-Cing lub karty, ot, dla wprawy lub, aby pogadać ze sobą. Anna odkryła zaś w lesie kolejną sezonową pasję. Zaczęły się grzyby. Nie wiem jak jest w Polsce, ale u nas jest parno, wilgotno i gorąco od dawna, tak bardzo, że człowiek chodzi zlany potem jakby spod prysznica wyszedł, pranie na dworze prawie nie schnie i trzeba je dosuszać na nowej ściance kuchennej, jak w tropikach. Trawy i zioła rosną na potęgę, jabłka są smaczne i soczyste, kozy zadowalają się ciągle (znaczy nie uciekają) odnowionym pastwiskiem i jabłkowiskiem w sadzie, i pojawił się istny wysyp kurek. Są też prawdziwki, ale one w skupie słabo stoją. Zatem Anna, po kilku latach buszowania po okolicznych lasach poznała już "swoje miejsca", znane dotąd tylko miejscowym. A że miejscowi są już za starzy, by chodzić do lasu, albo ci młodsi zbyt zajęci piciem taniego "durnowatego piwa" w "barze pod świerkiem", zadowalając się zasiłkami z gminy i rentami z powodu "żółtych papierów", a przyjezdni zbieracze wykruszyli się z powodu 500+, to zbiory bywają imponujące. Wczoraj przez godzinę nazbierała 1,2 kg kurek (w skupie stały po 16). Dzisiaj zaś 8,5 kg! Niestety zdążyły stanieć do 12 złotych za kilogram. Dwa razy zawracała do domu po nowe pojemniki, bo brakowało jej wiader, zbierała w końcu nawet do czapeczki i w koszulkę... Pewnie zawiesiłaby się w lesie na dłużej, ale wygoniła ją stamtąd nadchodząca burza.
No, właśnie, burze są teraz częste, choć raczej symboliczne. Nieraz zanoszą się od rana, i wloką się z przerwami przez całe popołudnie i wieczór. To raczej pomrukiwania z oddali, czasem jakieś błyski (małanki). Towarzyszy im krótki, rzęsisty, ciepły deszcz, który zasila nasze piaszczyste łączki doskonale, szybko paruje i opada gęstą poranną rosą. Zazwyczaj jest tak, że grzmi, pada i świeci jasne słońce jednocześnie. Kozy pasą się w tym czasie bez najmniejszego lęku. A tak poza tym stado ma ruję i Bruno przechodzi sam siebie, miłośnie chrumkając co rusz do innej kozy i odpędzając młodzików.
Przetwory robimy sukcesywnie, codziennie trochę. W ten sposób dorobimy się zimowego majątku niechybnie. Powstało 11 słoików powideł śliwkowych, ze śliwek podarowanych przez zduna. Nasze jeszcze dojrzewają na trzech drzewach i będą w późniejszym terminie, a urodzaj ich jest wielki. Takoż zakisiłam 15 litrów ogórków i powstało 6 dużych słoików sałatki ogórkowej z curry. To też dary od pana zduna, bo my ogórków nawet nie posiałyśmy z braku odpowiednich warunków. Starczyło też na małosolne i mizerię zjadane na bieżąco. Teraz przerabiamy cukinię na słodko-kwaśno i będzie tego sporo. Czemu sprzyja jej urodzaj w ogródeczku, wielkość i duże zapasy octu jabłkowego domowej roboty. Zjadamy także fasolkę szparagową.

Wczorajsze nocne zaćmienie księżycowe, któremu towarzyszyła męcząca burza z lekkimi opadami spowodowało awarię internetu w rejonie gminy. Na szczęście, jak sami możecie się przekonać, została szczęśliwie naprawiona w kilka godzin później. Aby jednak móc odpalić komputer i zobaczyć, co się na świecie działo w tym czasie trzeba było odczekać aż do wieczora, z powodu męczących grzmotów z oddali. Już raz takie grzmoty "zepsuły" nam router, który trzeba było wymienić, dlatego nie ryzykujemy już dodatkowej awarii. Ot, takie są warunki wiejskie.

28 września 2017

Zrównoważony czwartek

Słońce w znaku Wagi, jak widać i czuć niesie bardziej suchą i ciepłą pogodę, niż przyniosła była Panna. Przyglądałam się owej kwadraturze Merkurego do Saturna, która tak nam namieszała mechanicznie, pod względem pogody, ale nie spowodowała klimatycznej awarii, oprócz tego, że dzień wtedy spochmurniał i ochłódł, ale znośnie. Niemniej już Mars szykuje się następny do kwadratury z Saturnem, kulminacja będzie od 10-11-12 października i spodziewam się wtedy przymrozków nocnych i ogólnie spadku temperatury, bo to planeta ekstremalna. Pożywjom obaczym.
W każdym razie oprócz ćwiczeń z astrologii staram się (wespół zespół) jeszcze przetworzyć na zapasy to, co się da przetworzyć. Najpierw poszły do gara buraki z ogródka, wyszła pyszna sałatka i wylądowała w piwniczce. Ostatnia porcja keczupu, dość spora. Oraz cukinia na słodko-kwaśno, pyszna. Postaram się dać wkrótce szczegółowy przepis, bo dziś po raz pierwszy spróbowałam przy obiedzie i rzeczywiście, rewelka.

Na koniec spodziewana niespodzianka. Santa Klaus zajechał dziś na stację i został zdiagnozowany. Nie obyło się bez wskazówek, co koniecznie trzeba w nim zrobić, aby przeszedł egzamin na drugi rok, ale szef podbił kartę. Niemniej, wiedząc już, że dni naszego auta są krótsze, niż dłuższe musimy się sprężyć z zakupem nowego. I o tym Księga również wspomniała.
- Patrz, jak to miło załatwiać sprawy w dniu, gdy ma się harmonijny Księżyc. Nawet w kłopotach znajdzie się rozwiązanie i dobra rada, a urzędnicy są mili - stwierdziłam, wsiadając do samochodu.
- Niby tak - odpowiedź. Zawsze nie do końca przekonanej sceptyczki.

26 września 2017

Dziwna radość wróżbity

Taka wczoraj rozmowa.
- Mam tydzień czasu, żeby załatwić przegląd samochodu. Powróż mi, jak pójdzie. I kiedy najlepiej jechać na przegląd.
Zaglądam w uczoną księgę, czyli efemerydy planetarne i widać tego dnia kwadraturę Merkurego do Saturna, następnego Księżyc w Strzelcu w kwadraturowych układach prywatnych.
- Dziś i jutro odpada. Same kłopoty. Wstrzymaj się do czwartku.
- Dobrze, ale czy się uda. Od tego zależy kilka rzeczy.
- Rzuć monetami.
Rzut, sześciokrotny, trzema.
- Hm. 35.1.2 na 38. Dziwne. Pojedziesz, ale nie dojedziesz? Jakaś stara babcia ci pomoże.
- Gadasz od rzeczy.
- To rzuć jeszcze raz. Przegląd się uda, czy nie. Konkretnie.
Rzut znowu trzema, sześciokrotnie.
- O, pięknie, 21.4.5 na 42. Przegryziesz się pomyślnie przez procedury i będzie można zainwestować... Ale o czym w takim razie była pierwsza wróżba? Pierwsza linia się zmienia, pewnie dowiemy się bardzo szybko.
- Uff, dzięki. Od tego zależy, czy włożę pieniądze w tego grata, czy w nowego. A teraz jadę do skupu z grzybami.
Wyjeżdża z garażu, staje za bramą, aby ją zamknąć. Ale widzę przez okno, że wysiada i zagląda pod maskę. Wyskakuję z domu. Co się stało?
- Pasek poszedł, patrz, jak wiruje. Zawracam.
Wjechała z powrotem do garażu. Wypakowała skrzynię grzybów. Zapakowała do torby. Wyciągnęła stary rower, przymocowała torbę do bagażnika.
Radość wróżbity w nieszczęściu taka oto:
- Wniosek taki, że przy kwadraturze Merkurego do Saturna nie należy w ogóle wyjeżdżać z garażu. Oraz to, że nasze wioskowe babcie mają najlepsze rozwiązanie w takim wypadku, gdy trzeba do skupu. Wielocyped!
Co pokazała jeszcze Księga? Jakim cudem nasz stary rzęch przejdzie egzamin w czwartek?
Jednak wszystko ma się rzeczywiście ku dobremu. Miejscowy mechanik, dzięki tej samej kwadraturze miał przestój z braku klientów. Zreperował Santa Klausa w ciągu kilku godzin. Poszedł pasek rowkowy, nic strasznego na szczęście...

4 lipca 2017

Powściągająca siła ogrodzenia

Wczorajszy dzień był Dniem Szukania Kozy. Zginęła. Stado wróciło z ucieczki w najbliższe okolice pastwiska bez jednej. Tej, która zawsze odstawała i nie umie beczeć, jest prawie niema od urodzenia, dwulatki Frani, córki Felicji, matki Flory. Zaczęłam rzecz od zapytania wyroczni. Pierwszą odpowiedź Księgi I-Cing zinterpretowałam - jak się okazało - właściwie. Utknęła w niebezpiecznej sytuacji, nie może się ruszyć, znajdzie się za jakimś ogrodzeniem, którego nie może przeskoczyć. Obeszłam jednak kilka gospodarstw najbliższych, łąk i pól, opłotków, wołając, rozpytując sąsiadów, daremnie. Odpowiadała mi cisza i bezruch. Mijały godziny, czekania, bez rezultatu. Popadłam w zwątpienie i niewiarę. Snując wizje ataku dzikiego psa, wilka (których u nas nie bywajet jednak, ale a nuż jakiś głodny się trafił samotnik?), albo i popadnięcia w jakąś kłusowniczą pastkę, czy zabłąkania się w lesie.
W końcu, dopiero pod koniec dnia, po 8 godzinach! znalazła się tam, gdzie przechodziłam dwa razy, nic nie zauważywszy. Tym razem uwagę Anny, mającej lepsze oczy, zwrócił dziwnie wystający zza siatki ogrodzenia pastwiska "patyk". Była to przednia noga Frani, która wplątała się w siatkę przy nieudanym przeskoku (reszcie stada się udało). Na własnym pastwisku. Zmęczona, zbolała, smutna i głodna przyjechała na podwórze w bagażniku samochodu. Rzuciła się jednak do owsa z apetytem, co mocno mi ducha podniosło. Dzisiaj kozucha jeszcze lekko kuleje, ale chodzi już ze stadem

25 lutego 2017

Trudne narodziny

Tynia dała nam jednak popalić Zaczęło się przed południem. Porykiwała boleśnie przy każdym skurczu. Długo szło. Zostawiona w zamkniętej oborze i boksie, dla spokoju. Anna chodziła tylko co jakiś czas posłuchać, czy jeszcze jęczy, czy już cisza. 
- Powróż, co będzie.
- Ty rzuć monetami. Jesteś bardziej przejęta.
- I co wyszło?
- 43 na 1.
- To znaczy?
- Hm... Ryk będzie trwał dotąd, aż trzeba będzie użyć siły do pomocy. Ale sprawy idą już do rozwiązania i dobrze się zakończą.
Rozłożyłam też karty. Piątka pik i Królowa kier.
- Ból, krzyk i szczęśliwa mama na koniec.
W końcu nastała cisza. I z nią urodzona samodzielnie brązowa córcia.
- Zapasłam kozuchę - robiłam sobie wyrzuty - za dużo owsa dostawała. I stąd problem.
- Niekoniecznie - uznała Anna - Dziecko jest duże, a Tynia miała jakiś czas temu kłopot z kośćmi miednicy, pamiętasz?
Nie był to jednak koniec kłopotu, co była zapowiedziała Księga I-Cing, a raczej tylko jego lekki zwiastun. Po kilkunastu minutach zaczęło się znowu parcie. Na świat chciało wyjść kolejne koźlątko. Znów zaczęły się ekspresyjne jęki. Tym razem dość szybko pokazała się na zewnątrz nóżka i pyszczek. Co robić?
Ano, Bozia telefon po coś stworzyła. Najpierw kontakt ze znajomą hodowczynią, która też taki przypadek już kiedyś rozwiązywała. Wniosek: ciągnąć! Nie ociągać się.
Poszłam do pomocy. Kozę trzeba było unieruchomić i mocno trzymać za rogi. Bardzo prędko jednak Anna straciła pewność siebie. I w tej niepewności swojej zadzwoniła do weterynarza. Akcja była już zaawansowana, zanim by dojechał ze swojej gminy upłynęłoby dużo cennego czasu. Dał więc kilka ważnych instrukcji przez telefon. Ciągnąć, ale nie za głowę i nogę, ale za dwie nóżki. Głowę trzeba wepchnąć z powrotem i znaleźć drugą nóżkę.

Na umyte i odkażone jak do operacji ręce, Anna wylała sobie nieco oleju jadalnego i zabrała się do zabiegu, nie zwlekając. Trzymałam kozę za rogi z całej siły, aby nie odbiegła. Ryczała wniebogłosy. Po dłuższej chwili udało się przeprowadzić całą rzecz, znalazła się druga nóżka. Nie mając pewności, czy właściwa, przednia, bo może tylna, Anna rozpoczęła ciągnięcie płodu. 
Koza zwijała się z bólu. Parła w skurczach, Anna ciągnęła, choć w ferworze pierwszego razu trudno było poznać kiedy przebiega skurcz, a kiedy rozkurcz. W końcu biedna koza upadła na kolana, i położyła się na boku. Rycząc oczywiście. Paradoksalnie ułatwiło to nagle sytuację. Anna zaparła się mocniej i przy użyciu całej swej siły wyciągnęła koźlątko na świat. 
Ryk umilkł. 
Obrane z błonki porodowej dziecko okazało się żywe, więcej, nawet nieuszkodzone! Wkrótce zaczęło wstawać na nóżki i zostało podstawione do zassania. Bo Tynia natychmiast po porodzie podniosła się na nogi i zajęła ogarnianiem swoich matczynych spraw.
Dostała gar posłodzonej wody na wzmocnienie, którą wypiła ze smakiem. Nadstawiła wymię nowonarodzonym córeczkom, bo druga też się okazała córcią, i można było wreszcie odetchnąć od nadmiaru emocji.
Gdzie tam!
- Patrz! Kropa zaraz urodzi...

Na szczęście nie było z nią problemów. W ciągu pół godziny w sąsiednim boksie pojawili się na świecie dwaj brązowi żwawi malcy. 

28 kwietnia 2016

Czas płynie zasiadając

Noce wciąż zimne, w granicach 1-2 stopni, zatem wiadomo, zieleń się ociąga. Trawa mikroskopijna, listeczki na drzewach nadal dziecinne. Niemniej w jednym oknie kwitnie już śliwa węgierka, a w drugim klon. Wokół obu drzew, nawet w mało pogodne i wietrzne dni kręcą się pracowicie pszczoły. Anna zajrzała do ula jakiś czas temu, żeby podejrzeć jak się mają. I czy nie wymagają dokarmienia. Ale nie wymagają. Miały jeszcze całą jedną ramkę miodu zeszłorocznego, a na sobie, w swoich nożnych zbiorniczkach dużo żółtego pyłku. Królowa żyje. Rój zatem sobie radzi. 
Praca i nas pogania, czy też my pracę, trudno rzec. Ale bez niej nie da się na wsi żyć bezpiecznie i spokojnie. Trzeba było wyrównać i przygotować pastwisko, zaorane jesienią, pod zasiew trawy, co się udało. Potem Anna własnoręcznie przez dwa dni, na półtora hektarze rozsiała kilka worków mieszanki traw. I na razie sprawy stoją, czekając na cieplejsze noce. Trawa bowiem rusza dopiero, gdy temperatura spada najwyżej do 5 stopni w nocy. 
Na dokładkę rozchorowała się jedna z młodych kóz, całkiem niespodziewanie. Ot, zeszła ze spaceru jakaś skwaszona, jeść nie chciała, ani pić. Zrobiłam jej odczarowywanie na wszelki wypadek, przy zabiegu reiki upadła nagle z osłabienia na kolana. Źle. Zaaplikowałyśmy jej z punktu kieliszek wódki, poszła z tego wszystkiego spać. Po kilku godzinach lepiej nie było. Rano zatem Anna zapakowała delikwentkę do samochodu i zawiozła do bielskiego weterynarza, bo nasz był akurat zajęty w terenie. Wróciły szybko, koza dostała dwa zastrzyki na poprawienie pracy żwacza. Nie miała wzdęcia. 
Rzuciłam monetami i Księga odpowiedziała mi, że sprawa potrwa dłużej, ale dobrze się skończy. Przez dwa dni poiłyśmy kozę ze strzykawki, siłą, bo nie chciała pić. Miała jakieś dziwne trudności z przełykaniem, krztusiła się, beczała z udręki. Szczęście, że Anna nie lubi się cackać, bo w końcu taki ostatni przymusowy wlew niespodziewanie jej pomógł! Wyszła po południu na karmienie sama, chętnie i wreszcie spróbowała owsa, a potem napiła się z wiadra już bez tortur. Smętki trwały prawie tydzień, ale jest już dobrze. Dawny apetyt wrócił i krztuszenie się minęło. 
Ponadto przez trzy dni byli goście, mimo chłodu i tego, że nie ogrzewamy poddasza, nie narzekali. Mieli rowery i rowerami śmigali po puszczy, a słońce jak na życzenie akurat wyjrzało zza chmur, i przenikliwy wiosenny wiatr ustał. 
Przy pomocy Sławka udało się złożyć drewno w lesie na kupy i czeka teraz na pomiar leśniczego. My zaś obsiałyśmy jeszcze jedną grządkę w ogrodzie permakulturowym, i sprzątamy porżnięte drewno na podwórku pod daszki, aby zrobić miejsce na nowo zwiezione. 
W pełnię Księżyca, a raczej dzień po, nasadziłyśmy trzy indyczki na jajach. Trzeba było przytaszczyć z nowego kurnika ciężkie stare koryto, drugie lżejsze, wymościć je słomą, ułożyć każdej porcję jaj (po 16 sztuk) i zmusić ptaki do zasiądnięcia. Udało się sposobem. Każda została nakryta pudłem tekturowym i w ten sposób rozsiadła się grzecznie, już na drugi dzień można było im te kaptury ściągnąć. Siedzą w transie. Zrzucane raz dziennie pod wieczór, aby się wykupkały, napiły wody i zjadły cokolwiek, czasem jeszcze biorą szybką kąpiel w piasku. Po czym bezbłędnie wracają każda na swoje gniazdo.
Nadto kilka dni temu przybyło nam ptaszków, jak co roku  tej porze. Przyjechały z bielskiej wylęgarni, 10 jednodniowych kogutków (po złotówce) na wypas i powiedzmy-tucz, czyli żer, oraz 10 kokoszek (po 4 złocisze każda). Mieszkają w kuchni, w tekturowym pudełku, w dzień pod lampą-kwoką, w nocy na ciepłej jeszcze blasze pieca, przy nagrzanym paleniem w dzień kominie. Jedzą same dobre, jajeczko na twardo z twarożkiem, płatkami owsianymi i osypką, a popijają domowym jogurtem na kozim mleku. Tak będzie do czasu, aż się opierzą i pójdą na swoje.
Z innych rzeczy, kilkoro młodzieży koziej znalazło już swoje domy i przystanie. W oborze robi się jaki taki porządek.
A ja jak zwykle, co dzień ser, czasem dwa, dzisiaj zaś ciućki kozie warzyłam, bo goście do cna wyjedli, jako przekąskę rowerową zabierając. Tak to jest, jak się człek upiera wegetarianinem być i forsować mięśnie na świeżym powietrzu.
Takoż piszę swoje, tłumaczę, nawet za łacinę się chwytam, kombinuję, hobby swoje rozwijając.
Zasię również drugi nasz kogut, zielononożny powędrował na drugą stronę. I miejsca królewskiego w kurniku ciapatemu ustąpił. A to z tej przyczyny, że po walce koguciej zostało mu opętanie. Opętał go mianowicie duch pokonanego koguta. I w naszym kolorowym kurduplu zaczął mnie ścigać na podwórzu! Do tego stopnia, że ten musiał wylądować na pieńku. Skończył jako pieczyste, dzisiaj trzeci dzień jedzony, w towarzystwie szparagów z wody z masełkiem. Jego dusza zaś wybiegła głównym kominem i pieje rozgłośnie, trzepiąc i bijąc czupurnie skrzydłami. Księga mówi, że coś przywoła... oby dobrego i ciekawego...
Teraz już tylko siedzieć i czekać..

20 stycznia 2016

Ważny zakup

Trochę śnieży, trochę ziębi, świat jest biały, czysty i piękny. Ptactwo trzyma się kurników, stroszy pióra. Wczoraj padła ze starości jedna z zielonych nóżek emerytek. Miała jakieś 6-7 lat.
Kilka dni temu Anna podjęła wreszcie decyzję, że już grymasić ani zwlekać z zakupem samochodu nie będzie. Trudno w taki czas jeździć do miasteczka na rowerze, po zakupy, albo na warsztaty w GOKu. Tym bardziej wracać po ciemaku przez las. W niedzielę namierzyła egzemplarz wybranej firmy, typu i ceny, sprzedawany w mieście, do którego mamy dobry dojazd pociągiem. Następnego dnia podjechała na dworzec porannym autobusem szkolnym, który zabiera trójkę dzieci z naszej wioski i po półtorej godzinie była na miejscu.

Wcześniej oczywiście musiałam powróżyć. I to wiele razy, zawsze, gdy znalazła wśród ogłoszeń jakieś interesujące auto. Za każdym razem Księga odpowiadała, że to jeszcze nie teraz, że nawet nie wyjedzie po nie, że idzie o coś innego, żeby czekać. Do tego też układy gwiazd nie były najlepsze na horoskop zakupu, który potem przecież ma działać przez całą eksploatację sprzętu. Czyli czekałyśmy, zabrawszy się powoli za robienie ściany w głównym pokoju.
Tym razem jednak karty zapowiedziały, że znajdzie rzeczony sprzęt poprzez internet w ciągu trzech dni, najpewniej w niedzielę. I tak się stało. Znalazła ogłoszenie, świeżo wstawione, dokładnie w niedzielę i zaraz nawiązała kontakt telefoniczny z właścicielem. Umówili się. W poniedziałek Księga (jak i gwiazdy) była przychylna. Kupi i samochód będzie jeździł, nie rozkraczy się po starcie, jak to bywa z takimi zakupami. Co do gwiazd podałam jej przedział czasu, od którego ma zacząć rozliczenie i wszelkie podpisywanie. Wcześniej, jak stwierdziła moja znajoma, silnik może się zatrzeć, albo co, bo Mars przez Descendent przechodził.

Tego dnia wszelkie obowiązki domowe, obrządki, przywóz drewna, palenie w dwóch piecach, gotowanie spoczęły na mnie. Doszło jeszcze odśnieżanie, bo zapuściłyśmy tę kwestię, nie mając potrzeby.

- Uwaga, jadę! Otwórz bramę - dostałam telefon.

Zdążyła zrobić zakupy po drodze i wrócić przed zmierzchem. Nasz nowy stary niemiecki czołg, poradził sobie z podjazdem pod ośnieżoną górkę bez problemu. Stanął przed garażem.
Oczywiście wsiadłam, żeby zobaczyć, jak mi się będzie siedziało i jeździło na moim miejscu przy kierowcy.
- Jakiej jest płci? - spytałam.
- On, zdecydowanie to samiec - stwierdziła po chwili namysłu Anna.
- Jak się nim jechało?
- Dobrze. Choć trochę dziwnie. I nie szalałam, bo ślisko. Warczy, jak to stary diesel.

Volksvagen Passat kombi, ciemnoniebieski, dwudziestolatek.

Tego dnia, a raczej nocy, jak się okazało zmarł w swoim domu stary Mikołaj... Niech mu ziemia lekką będzie.

Na pamiątkę którego nasze nowe stare auto dostało imię Santa Claus, czyli świętego Mikołaja.

20 lipca 2015

Stan klęski żywiołowej

Zacząć muszę ten wpis górnolotnie i dalekosiężnie. A także filozoficznie, było nie było. Sami się za chwilę przekonacie, dlaczego.
Od jakiegoś czasu sięgnęłam z powrotem do tłumaczenia czekających na mnie cierpliwie pism Nostradamusa. Powrót po przerwie odświeżył stare lęki. Trudno się nie bać, czytając niektóre opisy i wiedząc, że dotyczą tego, co zapewne zobaczymy sami na własne oczy jeszcze w tym życiu, albo nasze dzieci czy wnuki. Nie różnią się one zbytnio od zwykłych prognoz robionych ostatnio przez specjalistów od ekonomii, socjologii, technologii, tudzież wojskowych czy politycznych strategów. Wiele z tych opisów już jest ożywionych i rozwijanych w praktyce i w Internecie przez miłośników teorii spiskowych, pisarzy i filmowców, ekologów czy preppersów itp. Wiadome to jest każdemu myślącemu trzeźwo i logicznie człowiekowi. Że obecny stan rzeczy nie może utrzymać się długo, z takich, czy innych względów. A w zamian nic dobrego nas nie czeka. Jeśli zabrać naszemu obecnemu społeczeństwu kilka podstawowych rzeczy, na których osiadło, tuczy się i rozkwita od stu lat, np. prąd, gaz, ropę naftową, środki czystości, wodę i jedzenie z pewnością oszalałoby bardzo prędko. I właśnie takie szaleństwa, ogarniające ten nasz zbytkowny świat opisuje Nostradamus. Nie okiem współczesnego prognostyka, a podglądacza tych wydarzeń żyjącego pół tysiąca lat wcześniej! To świat wstrząsany od rewolucji, zamieszek i konfliktów wewnętrznych, przeniknięty przez „nowego rodzaju wroga”, tj. Arabów i innowierczych uchodźców z trzeciego świata, okrutnych zamachów dokonywanych przez ludzkie roboty, świat oszalały od dżumy, gorączek krwotocznych, które rozłażą się mimo kwarantann i zamkniętych obszarów i sięgają coraz dalej i wyżej w głąb Europy, zdziesiątkowany zarazą kładącą pokotem zwierzęta czteronożne, bydło małe, duże i konie, a potem ludzi, pełen bandytów, złodziei i snujących się po świecie żołdaków z rozpuszczonych luzem wojsk, uderzany bezlitośnie pociskami wojennymi i w ich wyniku rozpętanymi katastrofami klimatycznymi, śmiercionośnymi upałami, całkowitym wyjałowieniem ziemi (na obszarach, gdzie uprawia się teraz rośliny GMO) żywiącej już tylko panoszące się robactwo, rozległymi pożarami, huraganami, trzęsieniami ziemi, wybuchami wulkanów, niesamowitymi burzami i wyładowaniami, wylewami rzek i ogromnymi falami morskimi wdzierającymi się w głąb wybrzeży. Oraz skażeniem radioaktywnym. Wszystko to ma się wydarzyć w obecnym stuleciu i zaprawdę, powiadam wam, cieszmy się ostatnimi chwilami szczęścia i spokoju... Bo nigdy już nie wrócą. Przynajmniej w formie, którą znamy.
O ile człowiek urodzony w 1895 roku, gdyby dane mu było spotkać się ze swoim przodkiem z 1815, nie byłby specjalnie niczym zdziwiony, bo niewiele w sposobie życia codziennego wtedy zdążyło się zmienić, a nawet człowiek z 1995 roku dogadałby się jeszcze z tym z 1915 całkiem do rzeczy, to człowiek z 2095 będzie już zupełnie kimś innym, niż my teraz. Jakby stojącym po drugiej stronie bezdennej przepaści.
No, dobrze, powiecie, po co to opowiadam, po co straszę?
Ten blog jest od spraw gospodarskich, obyczajowych, budowlanych, a nie od straszenia. Tymczasem nie mogę się z tym zgodzić. Powstał on z chęci zapisywania doświadczeń osoby, która zdecydowała się sama zmienić swoje wygodne miejskie bytowanie na wiejski prymityw, żyć w prosty i w miarę bezpieczny sposób, by właśnie owe lęki i przeczucia zbiorowe, które nie tylko ja miewam od dziecka, jakoś zrównoważyć i przerobić w aktywnym działaniu. Nieważne, czy sensownie, czy może nie. Los tym rządzi.
A teraz najnowsze wypadki poniekąd wpisały się w koloryt tych moich uruchomionych świeżo lęków i wyobrażeń. I muszę zdać z nich relację opierając się na owych przyszłych wydarzeniach, które mają się do tych wczorajszych i przedwczorajszych może nijak, choć jednak cokolwiek jakoś tak, chyba…

"Uwaga Podlasie, nadciąga czarny szkwał!" Takie ostrzeżenie, wysłane na fejsie przez znajomego meteorologa amatora dotarło do nas już po ptokach. Czyli po południu wczorajszego dnia. A dziwny burzowy żywioł rozszalał się przedwczoraj mniej więcej koło 18 godziny. Szczęściem zdążyłam zamknąć właśnie wszelkie ptactwo. I kozy już zeszły z pastwiska. Towarzyszyła temu niezmierna i nienaturalna duchota, w której nagle ożywiły się zwykłe muchy. Nagle pojawiły się całymi chmarami, rojąc się z lasu. Poprzednia generacja została przez nas bardzo skutecznie zmniejszona w oborze i kurniku dzięki chemicznemu środkowi, smarowanemu na framugach okien i drzwi. Teraz obsiadły mnie jak nigdy dotąd namolnie w wielkich ilościach, pchając mi się do twarzy i uszu niczym zwariowane. Chwilę potem silny wiatr przywiał wielkie chmury. Zrobiło się prawie ciemno. No, i oczywiście momentalnie zabrakło wody w kranie i zgasło światło.  
Drzewa tańczyły wokół, las kłaniał się i powstawał, a wiatr nosił liście i gałązki w dół i w górę, wśród błysków i w sumie niegroźnych grzmotów i pomruków niebieskich. Trwało to kilka godzin. Spędzonych przy ostatniej znalezionej w domu świeczce. Po kilku godzinach wodę włączono. Światła nie.
Kozy trzeba było wydoić już po burzy, o zmierzchu, bo nauczona doświadczeniem odłożyłam tę czynność w czasie. Mleko dojone w czas wzbierającej duchoty i błyskawic, warzy się i nie nadaje się nawet na twaróg. Zmienia smak w niemiły sposób. Podobnie działa także bliskie uderzenie pioruna na świeże mleko nawet zamknięte w zbiorniku. Ale tym razem piorunów nie było.
Rano wciąż trwał brak prądu. Trudno. Nasza chata jest całkowicie dostosowana do takiego wariantu funkcjonowania. Gorzej byłoby z wodą. W razie dłuższego jej braku trzeba by było pójść po prośbie do sąsiadów, zasobnych w studnie. Wodę na kawę ugotowałam w czajniku na gazie. Gdyby nie było gazu, wystarczyłoby skoczyć do lasu, nazbierać koszyk szyszek i napalić pod płytą. Niemniej pojawił się pewien niepokój o stan zamrożonego mięsiwa w zamrażarce. Wolałam nie otwierać i nie sprawdzać jego stanu, aby nie wypuścić na zewnątrz ducha mrozu. O dziesiątej rano miało minąć gwarantowane w instrukcji 16 godzin, gdy lód się ma trzymać. 
Jak niepokój, to najlepiej spytać się wyroczni. Rzuciłam monetami, pytając o to, co z prądem. 
- Wieczorem dopiero będzie? - zdumiałam się.
Trudno. Tak miało być. Przestałam się martwić. Zapasy w zamrażarce nie są zbyt pokaźne, jak to latem. Indora się najwyżej rozmrozi i upiecze jutro czy pojutrze. Resztę też jakoś przetworzy i znowu zamrozi. Nie problem. (Gdyby nie było prądu i piekarnika można przecież napalić w piecu chlebowym). 
Telefon 911 w elektrowni powiadomił nas kobiecym głosem, że nasza wioska jest na liście awarii nie sprawdzałam jak długiej, bo do końca wysłuchiwania szeregu miejscowości w siemiatyckiem, bielskiem i hajnowskiem nie dotrwałam i włączenia prądu należy się spodziewać za cztery godziny. To mi jednak uświadomiło rozmiar klęski żywiołowej, która padła wczoraj na łącza elektryczne w całym regionie.
Rano, mimo poburzowego cienia i lekkiego ochłodzenia wciąż było parno i muchy nie odpuszczały nawet przed siódmą. Było ich całe mnóstwo, wyroiły się i zasiedliły oborę na całość. Teraz nie dziwi mnie opis plag egipskich. Owe legendarne rojące się muchy i żaby musiały towarzyszyć jakimś zjawiskom elektryczno-magnetycznym w atmosferze, które oddziałują na ich psyche (o ile takową mają), czy też instynkt przetrwania.
Prąd włączyli rzeczywiście o 14. Ledwie jednak zasiadłam do komputera i przeczytałam owo spóźnione ostrzeżenie meteorologiczne znów zniknął. Po kilku próbach zamigotania pojawił się o 19. Ale też jeszcze nie na dobre. Tak miało być. I-Cing nie myli się nigdy.

Anna pojechała na całe popołudnie do Hajnówki. Na Jarmarku Żubra wystawiła się ze swoimi rękodziełami. Prażąc się w dusznym słońcu, które dość późno tego dnia, ale skutecznie wyjrzało zza chmur. Wróciła około 18. Gdy poszła przygonić kozy z zarośli zauważyła dziwne zachowanie naszych pszczół. 
- Roją się, albo co. Kurdę, trzeba chyba coś zrobić.
Kozy wróciły do obory, a ona wzięła pszczelarski sprzęt i poszła je obejrzeć. Pszczoły wielką gromadą kłębiły się u progu swojego ula. Odymiła je, ale nie znalazła wśród nich królowej. Na wszelki wypadek dołożyła im nową ramkę do ula, gdyby się okazało, że nie mają miejsca. Jedna pszczoła użądliła ją w nogę. Ale dym uspokoił wszystkie. Zaczęły kolejno wchodzić do ula i kłąb zniknął.  
Zaś niedługo potem znów rozpętało się osobliwe zjawisko burzowe. To żaden przypadek, że o podobnej godzinie, bo właśnie pora dnia uruchamiała w horoskopie opozycję Plutona  do Marsa i Merkurego. Ledwie włączony prąd wyłączono, chyba tym razem jednak profilaktycznie. Burza była spektakularna, choć odrobinę inaczej, niż poprzedniego wieczora. Błyskom i grzmotom nie było końca. Spadło sporo deszczu. Poszła cała butelka wina bzowego ze świeżego nastawu. Oraz żarówka w żyrandolu przy próbie włączenia światła, którego nie było już dłuższy czas. 
Po burzy, już po 22 godzinie, czyli po ponad dobie od awarii, prąd wrócił. Zajrzałam do zamrażarki. Włączyło się już czerwone światełko alarmowe (o 14 jeszcze go nie było, choć gwarantowane 16 godzin minęło z zapasem, pewnie to zasługa tego, że trzymamy w niej także stale wkłady do lodówki przewoźnej). Mięsiwa pozostały skamieniałe. Podobnie siara zamarznięta w butelkach, odłożona do mydeł, ani drgnęła. Czyli dobra jest. 
Jednak, gdy Anna pojechała dzisiaj rano do Czeremchy (po drodze mijając trochę połamanych wichurą drzew przy drodze), aby między innymi wysłać list polecony powitała ją stanowcza odmowa pani zza lady.
- Nie mamy prądu od wczoraj. Nie działa sprzęt i komputer. Nie przyjmę przesyłki, bo nie wiadomo ile to potrwa. Nie mam jak wpisać, zważyć ani zarejestrować.
Nie dała się ubłagać. Mój nieboszczyk dziadek,  jeszcze przedwojenny naczelnik poczty, w grobie się przewraca. Stan klęski trwa nadal. No, i nadchodzi codzienna niebezpieczna godzina...

14 czerwca 2015

Sianokosy

Sianokosy udane. Z cudzej 1,6 hektarowej łąki, bo nasza tak zryta, że nie nadaje się do koszenia, tylko zbicia. Tak swoją drogą koniec świata bliski, bo wszyscy na wiosce bobrowej tylko siedzą i patrzą. Prawie nikt nie kosi, nie zbiera. Trudno też o jakąkolwiek usługę. Z roku na rok jest gorzej. Rolnicy przestają dbać o ziemię i gospodarować. Biorą kasę unijną, czasem zasieją unijne żytko, które idzie pod pług i w następnym roku samo odrasta, trawę skoszą, a potem leży niezebrana, bo do niczego niepotrzebna. Krowy i konie wyprzedane, traktory i maszyny rdzewieją na podwórkach, co najwyżej drób biega po obejściu, a i to nie wszędzie. Bo sra i w ogródkach grzebie.
Na naszej wiosce Ania zmobilizowała młodego Miraska i Wanię do pomocy przy zwózce. Drugiego dnia po skoszeniu cały dzień przewracała i wałkowała siano z Mirkiem, który niestety do prędkich pracowników nie należy. Po południu dostała sms-a od naszej dzielnej rowerzystki, że właśnie jest w pobliżu. Tak jej się Podlasie spodobało, że korzystając z urlopu znowu ruszyła w trasę, tym razem przez Janów Podlaski i promem w Wasilkowie przez Bug ku naszym stronom. Tym cudownym sposobem trafił się dodatkowy pomocnik. I miły wieczór potem przy pogaduszkach. Bo rowerzystka jest starą przyjaciółką Ani ze studiów i niejedno mają sobie do opowiadania, gdy się spotkają. Następnego dnia rano niespodziewany gość został za pomoc wynagrodzony podwózką do Orli, do szeptunki rzecz jasna. I zaczął się pracowity dzionek z Miraskiem i Wanią.
O świcie trochę popadało, ale tak krótko, że zaraz woda wsiąkła w suchą glebę i nie było żadnego śladu. Rozważałyśmy jednak opóźnienie sianokosów, gdyby jednak w dzień znów były opady. Dość długo zresztą się chmurzyło. Rzuciłam wróżebne monety. Księga I-Cing jednak jasno powiedziała, że pogoda wytrzyma i zwózka odbędzie się z sukcesem. Anna umocniona w ten sposób w działaniu ściągnęła rolnika z maszyną i kazała mu skostkować całe siano.
Zeszłoroczny przywóz siana traktorem wyniósł tak dużo, i czasu i pieniędzy, że w tym roku postanowiła sama sobie poradzić. Wykorzystując fakt, że rzeczona łąka ma łatwy dojazd i jest wyjątkowo równa. W rezultacie zaoszczędziła, już po odliczeniu kosztów paliwa, 150 złotych.
Z chłopakami ładowała kostki na pakę samochodu oraz na przyczepkę i w ten sposób przywoziła do domu. Tu rozładowywała kostki, a ja wnosiłam je i układałam w nowej paszarni koło kurnika. Za jednym razem mieściło się wszystkiego ok. 30 kostek, więc miałam chwile odpoczynku. Obracała w ten sposób do samej nocy. Gdy paszarnia została napełniona przywiozła Miraska z pola i ten ładował kostki na poddasze obory. W końcu przybył także Wania i razem poszło im dość sprawnie w tej czynności. Chłopcy rozeszli się już po ciemku.
A dzisiaj Anna zerwała się o bladym świcie, kawkę wypiła i pojechała zwozić sama to, co jeszcze zostało na łące. Jakieś 70 kostek. Znowu tak jakoś się chmurzy, nie ma co zwlekać. O, już trochę kropi...

23 listopada 2014

Zimowe pielesze

Wczoraj pośród cichej nocy, gdy śnieg w milczeniu pokrywał podlechickie połacie leśne i wyzbyte lasu, światełko od komputera pomigotało i zgasło kilka razy. Rano okazało się, że nie ma prądu. No, cóż, trudno. Większość czynności domowych mam od prądu niezależnych, więc taki tylko był szkopuł, że nie mogłam rano sprawdzić wiadomości na fejsie, reszta szła zwykłym trybem. Kawa w maszynce na gazie zagotowana (tak, wróciła mi zdolność picia jednej kawy dziennie, ale tylko mielonej z ziaren ręcznie w młynku i parzonej w maszynce), w c.o. napalone i raptem tylko pół godziny dłużej rozgrzewane kaloryfery bez elektrycznego wspomagania funkcjonujące. Zamiast internetu zaczęłam czytać pożyczoną z gminnej biblioteki książkę Stasiuka, a po obiedzie (na pierwsze rosół z gęsi, na drugie kasza gryczana nieprażona z grzybami suszonymi plus wątróbka gęsia z cebulką) rzucałam monety, gadając z księgą I-Cing.
Prąd włączyli po południu, tuż przed zmierzchem, czyli po ponad dwunastu godzinach awarii. Zatem było już czym zapełnić wieczór, po obrządku. Najpierw sprawdzam co się dzieje w Polsce i na świecie, czytając wieści fejsbukowych znajomych, których mam z bardzo różnych, czasem kosmicznie sprzecznych ze sobą parafii i dzięki temu dają mi wgląd w przeróżne światy. Dalekie i bliskie, po sąsiedzku też. Czasem z kimś się wymieni kilka słów, gdy humor dopisuje. Jakiś czas oglądam filmiki i czytam artykuły podsyłane przez ludzi, żeby się dokształcić albo pośmiać. Po czym zagłębiam się w świat sztuki. Ostatnio oglądam polskie filmy, Kolskiego, Kondratiuka, ale bywają też starocie przed i około-wojenne, hollywoodzkie i gwiazdorskie, czasem wciągają mnie koncerty albo klipy muzyczne, Sinead O`Connor czy Marii Peszek, tudzież musicale, jak np. "Katedra Notre-Dame w Paryżu". Bywa również, że trafię na jakiś ciekawy tekst do czytania, jak np. XIX-wieczne opowiadanie Klemensa Junoszy na podlaskie tematy, albo odsłuchuję wywiady z polskimi współczesnymi pisarzami i pisarkami, nadrabiając wieloletnie i wielomiesięczne kulturalne opóźnienia. I tak mi schodzi wieczór, jeden po drugim. Przy strzelającym w piecu ogniu, w ciszy listopadowego śniegu i samotności wiejskiej.
Anna zabawia się niewiele bardziej inaczej. Właściwie nie ma już co robić na dworze, bo resztki nieporżniętego drewna śnieg zasypał, wszystko, co trzeba było dokończyć przed zimą zostało zrobione, i oprócz porannego i popołudniowego obrządku nie ma tam żadnego interesu, zatem lepi z gliny w swoim pokoju różne naczynia i naczyńka, szyje, dzierga, tka i w międzyczasie słucha radia lub ogląda tv. Niekiedy spędza całe popołudnia na zajęciach w GOK-u (tkackich, plecionkarskich, witrażowych , no i ceramicznych). Noce długie, więc bywa, że budzi się w środku ciemności i przy latarce czyta jakieś biblioteczne zdobycze.
- Może byśmy coś zaplanowały na przyszły sezon? - chodzi jej już po głowie.
Ale ja wciąż jestem jesiennie odleciana i naprawdę nie w temacie.

18 maja 2014

Wichry i burze

Wczoraj był zakręcony dzień. To z przyczyny tranzytu jaki przechodzi Anna od jakiegoś czasu, a jest on dla astrologów znamienny. Mianowicie Uran, planeta inspiracji i rewolucji zawitał na jej ascendencie (czyli w punkcie wschodu słońca) w jej horoskopie. Zapowiadałam jej to już jakiś czas temu, w zimie, gdy zaledwie podmuchy tego przejścia wstrząsały lekko jej system nerwowy. W pozytywnym sensie, choć dla mnie trochę męcząco. No, to teraz miewam zwiastuny wichru uranicznego na co dzień. W praktyce oznacza to, że wciąż nie ma jej w domu, bo buszuje po okolicy i odbywa różne bardzo ważne podróże. Co chwila wpada na nowy pomysł twórczo-biznesowy i od razu chce go sprawdzić, jak działa. Wyciąga wnioski równie szybko i zmienia opcje, profile, kierunki, rozwiązania, dostosowując je do rzeczywistości.
Ja tymczasem wciąż robię to samo, chyba, że mnie wicher porwie na chwilę ze sobą. Tak jak wczoraj.
Najpierw Anna całe przedpołudnie reperowała wraz z Jarym i Andriuszą nasze trzy zdechłe rowery. Andriusza okazał się całkiem niezłym specjalistą od tego pojazdu i ku naszemu zaskoczeniu, wszystkie postawił na nogi. Albo wymieniając dętki, czy zardzewiały łańcuch, albo regulując przerzutki. I nawet niewiele za to wziął, dwa mocne piwa.
Po obiedzie odbyła podróż do umówionego pszczelarza i zawiozła do niego nasze nowe ule. Za tydzień ma się zgłosić po odbiór odsadników. Przy okazji omówiła pewien stolarski projekt z poznanym w owej wiosce młodym stolarzem, aby się zastanowić, czy go realizować, czy nie.
Ledwie wróciła i szybko zrobiłyśmy wspólnie obrządek, przy zapowiadającej się na niebie burzy, wyruszyłyśmy do Mielnika. Wyminęłyśmy burzę po drodze i zostawiłyśmy ją za sobą. W Mielniku wpadłyśmy na chwilę do kina, gdzie urządzono uroczyste seanse trzech filmów dokumentalnych o Bugu, aby podrzucić świeżo uwędzone serki koledze, który zjechał na swoje nadbużańskie włości na łykend, a potem zaraz ruszyć z powrotem, zahaczając o pewną wioskę po drodze. Tam obejrzałyśmy pewien drewniany budynek gospodarczy do sprzedania. Nawet nam się spodobał, mimo pewnego zużycia i wstępnie umówiłyśmy się z właścicielem na dalszy ciąg targu. Choć decyzje wciąż tylko wiszą w powietrzu, są różne i trzeba spośród nich wybrać najlepszą.
W drodze powrotnej wyminęłyśmy jedną burzę z urwaniem chmury, a druga pożegnała nas już w domu, właśnie odeszła była na białoruską stronę wraz z deszczem.
Ponieważ jeszcze jakiś czas błyskało się malowniczo na niebie, nie otwierałam już komputera, tylko przy przedostatniej butelce swojego wina porzeczkowego wypytywałam wraz z Anną Księgę I-Cing, co tak naprawdę przedsięweźmiemy, a z czego zrezygnujemy. No, i już wiem. Oczywiście, trzeba czekać, co czas pokaże. Ale ja już to widzę okiem wyobraźni.
Wraz z burzami odeszła deszczowa pogoda i dzisiejszy dzień okazał się słoneczny i ciepły. Na wieść, że znajomi maratończycy dobiegli wczoraj szczęśliwie do mety hajnowskiego maratonu zapragnęłam chociaż zacząć chodzić na co dzień boso, jeśli z powrotem nie zacząć biegać-podbiegać sobie drogą przyleśną każdego ranka. Bo nie tyle chodzi o rozwój mięśni, ale o sprowokowanie organizmu do głębokiego oddychania, które to oddychanie wraz z szybszym krążeniem krwi pozytywnie pobudza procesy odmładzająco-uzdrawiające. Oraz wyobraźnię. Bo jakoś, niestety, na tle podkręcenia u Anny wypadam miałko i leniwie. Mimo, że zawsze tak mam latem, gdy jestem przemęczona i zmęczona monotonią codziennych prac to w tym roku paraduje mi przez ascendent istne przeciwieństwo Urana, planeta Saturn, ciężka, zasadnicza i rozpoczynająca tym samym nowe spojrzenie na swoje życie, nieco podobnie przynosząca nowe cele i rozwiązania, jednak na bardzo długą metę i tak powoli, choć nieodwołalnie, że nijak się to ma do rewolucji Urana. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

6 lipca 2013

Księga i życie

Siano, siano, siano, gdy pogoda figle płata. W dzień jasny i gorący według prognozy zachmurzyło się nagle jasne niebo i zawisła nad wioską chmura, bura i ponura. Ciśnienie spadło, fiuuuuut, w głowie i spać by tylko. W końcu kropnęło. Łudziłam się jeszcze, że za chwilę przejdzie, więc kaczki zagnałam pod drzewa, aby przeczekały. I tak sobie dłuższą chwilę staliśmy wszyscy w zagrodzie. Kozy pod grabami, kaczki pod klonem, a kury pod dębem zgromadzone. Ale szybko nawet dach z liści i gałęzi nie wystarczał, lało się na głowę i po plecach ciurkiem. Zdecydowałam się działać. Kaczusie pognałam pośród potopu do obórki, udało się, kozy też pobiegły za mną i jakoś udało się je szybko poupychać w boksach. Kury zostały na pastwę losu, ale one tak zawsze. Zmokłe kury.
Na bobrowej łące, skąd siano miało być zbierane, jeszcze nie kapnęło, ale zagrzmiało. Anna zadzwoniła i kazała I-Cing pytać co robić. Próbować ciukować i zbierać, czy odpuścić sobie dzisiaj?
Księga odpowiedziała: odpuścić, będzie ulewa, a siano zbierze się w ciągu dni trzech za drugim podejściem.
Posłuchała, lunęło i na bobrowej łące, choć nieco później.
Pojechała zatem na zajęcia ceramiczne do domu kultury, bo się szybko przejaśniło po tym oberwaniu chmury. I znów ciepło i w miarę słonecznie zrobiło. Chmura jednak ponura stała wciąż nad naszą wioską, ciśnienie piszczało w uszach i w sen mnie rzucało. Przetrzymałam ptactwo i kozy dość długo pod dachem, ale w końcu coś trzeba było zrobić.
Spytałam Księgę, czy pogoda wytrzyma jeszcze do dojenia i obrządku. Tak, odparła Księga, dzień będzie pogodny do końca. Wypuściłam zatem zwierzęcych więźniów na wolność, aby się popasły.
I rzeczywiście, lunęło dopiero głęboką nocą, znów sążniście i mocno, a gdy deszcz ustał przyszła burza i znów popadało. Bez piorunów.
Tym samym zaplanowana zwózka na dzisiaj znów się nie odbyła. Siano zmokło. Chłopci wioskowi byli niepocieszeni, akurat liczyli na kasę przed św. Janem prawosławnym, bo Iwan imieniny obiecał wyprawić. Obyli się smakiem.
Anna odbyła wycieczkę rowerową z dzieciakami z GOK-u, a potem jeszcze dwie nasze furki siana z dzikiej łąki skoszonej przez Big Johna zwiozła. Zdołało wyschnąć w upalny dzisiejszy dzień całkowicie po nocnym laniu. Upchnęłyśmy je na stryszku obory, do kolekcji. Dobre, pachnące, kozy były zachwycone tym, co w żłób dostały.
Takim oto sposobem dzień pracy zaczął się mnie o siódmej (Annie o piątej), a skończył o 21-ej.

23 lipca 2012

Zjazd w codzienność

No, i wkraczamy w strefę uspokojenia. Jeszcze nie ciszy. Festiwal sprowadził ludzi, znajomych, nakręca spotkania, rozmowy, i to teraz się jeszcze wciąż dzieje. Dwa kolejne wieczory koncertowe odbyły się w swoistym nastroju, inaczej, niż zawsze. Drugi koncert odbyłam na stojąco, w grupie śląsko-warszawskiej, popijając słowackie wino. Które zaszumiało mi w głowie, do tego stopnia, że dałam się Michałowi "porwać" do tańca. Na drugi dzień zaś odlotowy nastrój utrzymywał się aż do wieczora. Winowy kac dobrze mi robi na... jasnowidzenie i intuicję. Czego zwykli ezoterycy, ćwiczący swe ciała i umysły jogą, medytacjami, głodówkami i dietami bezalkoholowymi, nigdy nie doświadczają, twierdząc, że trzeba być czystym jak szkło, by duchowe oko się otworzyło. Hm, jestem zwyczajnym człowiekiem. W moich żyłach płynie krew chłopsko-szlacheckich, słowiańsko-germańskich przodków o dość ponurej pokoleniowej pamięci zaklętej w genach. Owóż, nie potrza mi być czystą lśniącą jak szkło. Ale dobrze najedzoną i napitą, owszem. Zresztą wieduni tak mają. Jedzą, piją, lulki palą, zakazy łamią, jako ten Rasputin także. I nie szkodzi to ich trzeciemu oku. Ale zejdźmy na ziemię.
W gościach o poranku zjawił się Gieno M. i żeśmy sobie trochę pogadali nie tylko o serach i przyrządzaniu koźlęciny. W każdym razie dostał ode mnie w prezencie moją książkę "I-Cing - Księga Źródła". Bo Księga była właśnie molestowana w kilku tematach. Pozytywnie dla przyszłości polskich serów zagrodowych, jak myślę.
Koncert niedzielny skończył się dość wcześnie, niedługo po zachodzie słońca, ze względu na odjazd darmowego pociągu festiwalowego do Warszawy. Niestety, nie mogłyśmy posłuchać Słomy i Przedwietrza, podobno było świetnie, ale grali akurat w porze obrządku. Wieczór muzyczny zakończył Todar z WZ Orkiestrą. Wprowadził nastrój, melodię, rosyjskość, poezję, piękny, mocny, dźwięczny głos, harmonię i dowcip. I było bardzo przyjemnie. Bisował i bisował. Publiczność czeremszańska bardzo go lubi i zna, jest tu częstym gościem.
I w ten sposób następuje powrót do codzienności. Co prawda w zwolnionym tempie, bo trwają jeszcze warsztaty, białego śpiewu, no, i nie wszyscy znajomi już wyjechali.

2 lipca 2012

Sianokosy

I pojawiło się okienko w chmurach na trzy dni, i sianokosy zostały dokonane (dzięki sołtysowi bobrowej wsi), a na drugi dzień siano zebrane, skostkowane i zwiezione pod dach, już przy pomocy innych rolników i ich maszyn (jeden z nich sam się zgłosił do pomocy, kolejny powód do wdzięczności). Nie szło skosić całej łąki, tak jak dwa lata temu, ale mała strata, bo rosnąca w okolicy Brodźca trawa, pełna bagiennej roślinności i kaczeńców nie smakuje kozom, w większości to siano wyrzucały ze żłoba sobie pod nogi. Swoich sił przy zwózce (załadunku i rozładunku) popróbował też nasz nowy sąsiad z wioski za lasem, i przeżył małą traumę. Ale wytrwał do końca, czyli samego wieczora, i to się liczy.
Posiedzieliśmy potem trochę na tarasie przy zwyczajowym poczęstunku do buteleczki, słuchając żartobliwo-fantazyjnych opowieści "dziadka", który pomagał zwozić i okazał się najwytrwalszym i najsilniejszym pracownikiem (mimo niewielkiej postury oraz wiekowości). I miałam okazję przekonać się, że komary jednak zdołały się odrodzić i kąsają jak dawniej.
Pogoda wytrzymała do wczorajszego wieczora. Ania zdążyła, przy pomocy Sławka z naszej wioski zwieźć jeszcze na pace samochodu resztę pozostawionego na łące siana, które się rozsypało przy ładowaniu i zmagazynować w garażu.
Uff, udało się znowu bez kropli wody niebieskiej w trakcie, dzięki ci Panie Boże.

26 czerwca 2012

Koszt odwodnienia

Deszczowa pogoda z jednej strony wygodna jest. Bo zwierzęta już tak nie absorbują nas swoimi potrzebami, stoją i siedzą w oborze, kurniku i innych zamknięciach (jak dwie kwoki z pisklętami - w sumie 22 + 1 perliczątko "czerwona nóżka"). A my możemy się zająć sprawami wewnętrznymi albo spotkaniami z ludźmi we wnętrzu. Ale z drugiej strony niepokój z tego narasta z dnia na dzień większy. Bo sianokosy odwlekają się w nieskończoność... Bobrowa łąka jest w połowie chłonna jak gąbka i nie daje się na nią wjechać traktorem, nawet po kilku słonecznych i upalnych dniach. Zatem nie da rady ściąć, wysuszyć i zebrać siano z doskoku, w jakiejś krótkiej przerwie między deszczowymi dniami. Musi przyjść naprawdę ocieplenie, lub chociaż susza, aby udało się przedsięwzięcie. Ostatecznie trzeba będzie kilka dni ciepłych wymodlić i skosić tylko tę mniej podmokłą część łąki, tak jak to było zrobione w 2010 roku. Wtedy jednak musimy myśleć o zakupie dodatkowego siana od kogoś innego. Ech, jakoś to będzie. Księga I-Cing pociesza mnie, że nasz pomocny sołtys bobrowy zrobi pokos odważnie z doskoku w przerwie międzydeszczowej i zwieziemy siano, choć po dłuższym czasie zestresowanego oczekiwania. Ostatecznie można jeszcze poczekać. Kozy są o tyle wdzięcznymi zwierzętami, że lubią przejrzałą trawę, nasiona i owocki. Jeszcze na Dąbrowie, pierwszego roku naszej hodowlanej przygody skosiłyśmy trawę we wrześniu i kozy spokojnie na nim przetrwały zimę. Nie grymasząc.
No, to już wiadomo, że wylęgły się kolejne pisklęta, jeszcze przed Przesileniem Letnim. Z 17 jaj wykluło się 15 "ciplonek" zielonej nóżki. Kwoka jest pożyczona, od pani Mikołajowej. W pogodne dni prowadza swoją dzieciarnię na dworze, ale tak jak dzisiaj, wysiaduje z nimi w lamusie. Zasiadła niedawno jeszcze jedna kwoka, tym razem z naszego stada, choć wcale nie zielona nóżka, tylko leghornka. Nie wiem co z tego wyjdzie, bo się denerwowała na początku zmianą miejsca, wyrzucała jaja z gniazda, stłukła kilka. Przeniosłyśmy ją więc z resztą jaj do kurnika i tam siedzi od jakiegoś czasu spokojnie.
W niepogodę pchamy remontowe czynności do przodu. Maleńkimi kroczkami. Dwa słupy gankowe zostały wyczyszczone, wygładzone i pomalowane. I także założona przez nas osobiście (no, Ania była główną mistrzynią, ja przede wszystkim podawałam narzędzia jako "młotkowy" i podtrzymywałam to i owo) podłoga w łazience na górze, z resztek desek podłogowych, które zostały. Wyszły co do jednej. Zjechał już kurierem kupiony internetowo brodzik, kibelek i insze akcesoria. Powoli przymierzamy się do skoku tygrysa.
No, i jeszcze lodówkowy zbieg okoliczności... nie tylko z dzisiejszym wpisem pana Jacka... he. Trzy dni temu odmrażałam lodówkę, aby mogła przyjąć w siebie kolejny zapas mięsiwa na dłużej. Umyta, wysuszona, ustawiona i włączona do prądu zadziałała, ale na drugi dzień okazało się, że spływa wodą we wnętrzu. Przetarłam, wyczyściłam tak, jak umiałam i zdecydowałam się poczekać z konkluzjami co jest. Dzisiaj znowu zgromadziła się woda w dołku odpływowym. Ale jednocześnie coś się wydarzyło samo. Rano przy dojeniu, podeszła do płota nasza sąsiadka i przekazała Ani wiadomość, że pani Hela ma kłopot ze swoją lodówką, woda nie odpływa, zadzwoniła zatem do serwisu w Bielsku i tam powiedziano jej, że jest to drobna naprawa, najwyżej coś trzeba wymienić, ale że przyślą pracownika do domu, jeśli znajdzie innych klientów na usługę, bo inaczej nie opłaci mu się jechać (tu dzwonek!). Dostałyśmy numer i po obrządku Ania wykonała telefon do nadmienionej firmy. Najpierw nie zdradzając się, że w porozumieniu z drugą osobą. Padła kwota 50 złotych za dojazd (80 km w dwie strony). Wtedy wspomniała o drugiej osobie i pan raczył zniżyć kwotę do 40.
- Halo, ale chyba na pół wychodzi po 25 złotych! - upomniała się o swoje.
- Powiedzmy 30.
Nie dało się wynegocjować mniej, to nie te klimaty. Na Podlasiu coś takiego jak rywalizacja o klienta NIE ISTNIEJE! Za to polowanie na jelenia jak najbardziej!
- To kiedy mam się spodziewać kogoś od państwa? - spytała Ania. Nie wiedzieli.
- Teraz czy koło trzeciej?
- Tak, koło trzeciej.
15 minęła nam spokojnie na zakładaniu podłogi w łazience. I 16, i 17, i 18 też. W końcu zaczęło się trochę przejaśniać i kozy wyskoczyły na szybką przekąskę do lasu i sadu, tak samo kaczki i gęś. Odpuściłam sobie czekanie na naprawiacza lodówek, tylko wzięłam się w końcu za dojenie.
Zajechał po 19, gdy już kończyłam obrządek.
I wyjechał ledwie 10 minut później.
Przeczyścił rurkę odpływową. Zainkasował 20 złociszy za czynność i 30 za dojazd.

27 września 2011

I Cing

Oto rzecz, którą wyjęłyśmy z wielkiej paczki, przywiezionej przez kuriera i potem taczką do domu. Efekt moich przemyśleń z okresu co najmniej 30 lat i pracy zapisującej je przez 3 ostatnie jest już gotów do pójścia w świat.
Wspominałam kiedyś na tym blogu, że są książki, które czytane pasjami w dzieciństwie wróżyły nam przeznaczenie późniejsze... Tej nie poznałam w dzieciństwie, bo nieco potem. Ale właśnie tę księgę, jedyną, mogłabym zabrać ze sobą na bezludną wyspę. Bo nigdy nie można się nią znudzić.