Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ptaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ptaki. Pokaż wszystkie posty

20 września 2026

Jesień tuż

I lato za nami. Nie było najgorsze. Ani za gorące, ani za zimne, ani za mokre, ani za suche, burze i wiatry okazały się szczęściem słabowate. Kozy postanowiły zaciążyć już w sierpniu, czyli przynajmniej miesiąc wcześniej niż zwykle przyroda ustaliła (bydełko domowe i dzikie jednakowo odprawia gody na wrześniową pełnię). Jelenie trzymają się w każdym razie tradycji i słyszę z tarasu ich męskie ryki dobiegające z pobliskiego lasu.

Bociany odleciały, sterczą zewsząd puste gniazda. Takoż jaskółki i letnie ptaszęta, które umilały mi żywot codziennie śpiewem i bliskością. Pojawiają się już sikorki, więc trzeba pomyśleć o zapasie karmy zimowej dla nich. I to one teraz ćwierkają znajomo z gałęzi przydomowego dębu i klonu.

Stare jabłonie (znów któraś się złamała pod ciężarem owoców) obrodziły i dały smaczne, duże jabłka. Przerobiłam dużą ilość na dżemy oraz susz i codziennie wypijane ze smakiem kompoty. 
Dynie i niektóre cukinie jeszcze w ogrodzie zalegają. Nie ma ich wiele, co roku zmniejszamy zasiew, ale i on sam z siebie się zmniejsza, czasem z powodu chłodów wiosennych.
Pomidorów starczyło na trochę butelek soków i na bieżąco do jedzenia. Jeszcze trochę ich dojrzewa w pudle na poddaszu, bo w tunelu za zimno im nocami. No, tak, tego lata było raptem kilka dość ciepłych nocy.
Przerabiam teraz śliwki węgierki, których pokazało się i dojrzało bardzo dużo, na powidła oczywiście, które obie uwielbiamy.
I kapkę soczków malinowych do herbaty.
Codzienne spacery drogą przy chacie nie pozwalają ominąć obojętnie krzewów czeremchy rosnących i owocujących obficie. Zajadamy się obie na bieżąco, ale i nalewka się wyprosiła.
Ekstrakty ziołowe, które zwykle mam w domu w razie potrzeby, zrobione. Na goździkach, na piołunie, na glistniku, na orzechu, to w razie potrzeby służy za doraźną pomoc.
Grzybów niewiele. Kurki bywały i znudziły się, nie przerabiam, bo mam w occie jeszcze zeszłoroczne. Z kolei podgrzybków i prawdziwków mało, jak się jakiś trafi to robaczywy, więc obejdziemy się bez suszu. Będzie zupa jagodowa na wigilię. Bo jagód było wiele i udało się kupić kilka litrów. 

Opałowe drewno kupione ma zjechać na dniach na podwórze. To zapas na któryś rok do przodu. Trzymamy się sprawdzonej przez wieki tradycji i zawsze palimy wyleżakowanym drewnem, przynajmniej dwuletnim, a w kuchni chrustem. 

Zapas żółtych serów po lecie dojrzewa w chłodziarce, ostatnie twarogi zjadamy, a nadmiarowe wędrują do zamrażarki. Kozy zaczynają zmniejszać mleczność, a nam się już znudziły obfite udoje, idzie czas odpoczynku. 
Kaczuszki mają się wesoło wraz ze swą bonne maman, czyli przybraną mamuśką, indyczką-induszką. Ponieważ parluję z moimi zwierzątkami po francusku, to i kaczuszki zostały kanarkami (po francusku canards), indyczka została dęduszką (francuska nazwa dinde, jak i polska nawiązuje do Indii, a nie do Turcji, jak angielska), a Pasza została małą hienką (bo pies we Francji to chien).

Jednym słowem rolnictwo przycięte nieco do potrzeb. I pracy dzięki temu kapkę mniej i bez nerwów. A spokój jest, bo nie boimy się nadchodzącego kryzysu cenowego i jakościowego żywności. O którym przelatujące gawrony już coraz głośniej kraczą.
Anna rozwija hobby ceramiczne i przędzalnicze (kupiła sobie tradycyjne kółko do przędzenia i turkocze teraz wieczorami, przerabiając zgromadzone zapasy owczej wełny). Ja opracowuję przy pomocy AI dawne teksty astrologiczne tłumaczone z francuskiego i łaciny i czytam poważne i mniej poważne książki. I tak się plecie...

1 sierpnia 2026

Letnie smaki i uwagi

Lato w rozkwicie, czy we lwim ogniu kolejnych upałów. Kręcący się wciąż po wodnym znaku Raka Merkury napędza wilgoć, więc lew co najwyżej powarkuje potrząsając burzową grzywą i waląc leniwie ogonem tu i tam, bez żadnej grozy poważniejszych piorunów. Parny ukrop.
W sadzie lecą już z pozostałych jeszcze przy życiu starych jabłoni owoce, pierwsze papierówki. Robię z nich codziennie garnek kompotu, z dodatkiem rabarbaru i kilku listków mięty, z łyżką cukru i cynamonu, przepyszny. Żaden sok czy napój sklepowy nie umywa się do tego wychładzającego letniego napoju! Czasem wrzucam do niego garść porzeczek albo pierwszych śliweczek, bo świdośliwa już się była obyła (najbardziej przy pomocy pewnego grubiutkiego nisko latającego ptaszka, z którym się wręcz ścigałyśmy, aby zdążyć cokolwiek zjeść z pierwszego wiosennego owocu). Będą jeszcze maliny i węgierki, ale to z czasem. 

Z ptaszkami jest tak, że aż do następującej rozmowy doszło:
-"Spójrz, prawie wcale nie ma much w oborze i wokół! To wręcz niemożliwe o tej porze roku!"
-"A czemu, jak myślisz?"
-"To zasługa dokarmiania ptaków. Tyle ich się po zimie sprowadziło do nas, i tak pięknie pracują, że mamy spokój z owadami! Poszła fama po całym lesie! Ptasie radio działa. W kurniku zaś kaczuszki biegające pięknie czyszczą otoczenie!"

Oj, tak, wciąż jakieś ptaszę kręci się nisko nad podwórzem, ćwierka, kląska i gwiżdże z pobliskich drzew i mam wrażenie, że to na mój widok, gdy ledwie próg domu przekroczę. Nad głową w koziarni śmigają jaskółki, wiercą się i zaglądają śmiało prześmieszne pliszki i pleszki, w ogródku migają derkacze, kowaliki, sikorki i rudziki, po pastwisku przechadzają się bociany towarzysząc dostojnie kozom.

Zatem zapasy porzeczkowego dżemu zostały uzupełnione. Jak i spory zapas pasteryzowanych czarnych jagód zrobiony, robię go co roku. Mam ten nawyk od mamy, i przekonałam się, że należy słuchać głosu przodków w tej materii. Nie ma lepszego i skuteczniejszego oraz prędzej działającego lekarstwa na biegunkę jak tak przyrządzone jagody. Sprawdzone! A nadają się w tej formie zimą i do jagodzianek, i do pierożków, i do makaronu z serem i jagodami (jedliście kiedykolwiek?) albo zupy jagodowej z makaronem, czy jako słodki dodatek do jogurtu. 

Latoś ogórków w ogrodzie jak na lekarstwo, ale ponieważ mam jeszcze zapas z zeszłego roku sałatek, to zadowalamy się małosolnymi, sosem jogurtowym tzaziki, ogórkami po koreańsku lub mizerią na kozim jogurcie. I starczy. Za to szykuje się dobry zbiór pomidorów, pierwsze już się czerwienią. Dokańczam zatem zapasy soków zeszłorocznych, nie do przechwalenia w zupie, sosie czy po prostu jako napój.

Poza tym Anna pozostaje w letnich rozjazdach na różne zajęcia, jarmarki, festiwale, kursy, warsztaty, które prowadzi lub im się poddaje, ja zaś obczajam sprawy domowe, przetwórcze i dokarmiam zwierzynę domową. Bieguski już są prawie dorosłe, część znalazła nowych właścicieli.  I tak schodzi nam lato.

27 kwietnia 2026

Ptasie figle

Wczesna, ale zimna ta wiosna. Wczorajszej nocy obudził mnie wielki wiatr i deszcz jak z rynny, spadł też grad, a rano znów zawiało i spadł śnieg. Zniknął do wieczora, ale zmartwienie jest, bo czeremcha, świdośliwa i grusza już kwitną, a jabłonie szykują się z kwiatami. Dziś wyszło słońce, przydaje się mimo oziębionego powietrza, bo można zrobić pranie i zmywanie za darmo oraz nagrzewa się woda w zbiorniku, wczoraj już wystygła. Pewnie potrwa to do pełni, która to, na zmianę z nowiem, potrafi zmienić pogodę na przeciwną.

Kozy wychodzą prawie codziennie na trawę w sadzie. Mają już wyczyszczoną obórkę, obornik rozwieziony na pryzmy. Młodzież hasa na swobodzie jak wszelkie dzieci. To zawsze co roku nasza wiosenna radość życiowa. 

Ptaszki przechodzą same siebie ze śpiewami na różne głosy. Migają mi na podwórku przezabawne pleszki (uwielbiam je za dowcip i wesołość). Takie potrafią robić kawały, siadają kozie na plecach, i trzymają się jak na ujeżdżanym koniu, gdy ta próbuje obracaniem się strącić jeźdźca. Albo prowokują kota do ataku i zmykają, są naprawdę bez lęku. Staje taka przede mną i kiwa ogonkiem, prawie słyszę w duchu jak się śmieje. Pogwizdujemy do siebie na wyrywki.
Sikorki też daleko nie odbiegły, bo widuję parkę przez okno w kuchni, skaczą po gałązkach akacjowych, pamiętają, choć już ptaków nie dokarmiam. Kowaliki, dzięcioł, milczące derkacze przemykające po ziemi jak małe kurki, barwne rudziki i inne kląskacze i gwizdacze. Słyszę czasem dudka, ale tego podejrzeć jest dość trudno.  

Czytam z zapałem kolejne książki Stanisława Lema. Dużo rozmyślam, próbując ogarnąć ten świat i to, co już wiem o nim, z książek i własnych snów. Jedno jest pewne, świat jest niezmienny w swoich zmianach. Teraz też czeka nas ogromne szast-prast, w ciągu kilku lat znajdziemy się w innym filmie, a to jeszcze nie koniec. Przed kilkudziesięciu laty odwiedził mnie zmarły ojciec, przepowiedział mi kilka rzeczy w życiu, które się spełniły (np. że zamieszkam "za rzeką, w kraju krasnoludków"), a gdy pytałam go co będzie dalej, odparł: "przeżyjesz tyle i tyle lat po wojnie. Więcej nie pozwolono mi powiedzieć". Był wtedy ubrany w mundur polskiego żołnierza z rogatywką.
Poza tym wreszcie siatki w kilku oknach zostały zamontowane i do tego rolety, przygotowania do pory letniej rozwijają się.

11 kwietnia 2026

Taki ptak

I wiosna przyszła, a wraz z nią nowe ptaszki przyleciały. Inaczej już od sikorek śpiewające, ćwierkające, świergoczące, kląskające, gwiżdżące, gruchające, a także te klekoczące, gęgające i podnoszące wielki poranny czy wieczorny klangor. Jak i zdarzają się te skrzeczące, kraczące i pohukujące, ale już naprawdę dużo rzadziej niż zimową porą. Sikorki gdzieś zniknęły, ale tylko się przemieściły w głąb leśnych ostępów.
Wczoraj raniutko usłyszałam znajome pukanie w okno w kuchni, cisza i znów, i znów. O! Cóż to za natręt? Przy porannych zajęciach ujrzałam za szybą dwóch sikorków :) na gałęzi klonu, pilnie i z ciekawością usiłujących mnie podejrzeć. Wypasione tłuścioszki! To najpewniej moi zimowi goście ptasiej stołówki... Poprawili mi humor na cały dzień.
Dzisiaj uaktywnił się towarzysko kowalik-sąsiad, w podobny sposób. Puka w okno od kuchni, po czym widzę jak sfruwa na taras do karmnika i główką w dół pozostając dziobie chwilę karmę mocno jak mini-dzięciołek, zerkając co chwila na szybę, jakby mnie widział, choć raczej nie widzi. Mam wrażenie, że czuje jakoś moją obecność i wzrok, stąd taka czujność. Bywa, że zamiera nieruchomo na długie chwile, jakby udając że go tu nie ma. I tak na siebie patrzymy każde ze swej prywatnej "niewidzialności".

Poza tym przyszły na świat nowe dzieci, niedługo będziemy je odstawiać od cyca, bo mleko już się marzy. To znaczy udaje się udoić po kubeczku dziennie, stąd jest "śmietanka" do kawy czy dolewka do jaglanki, ale to zdecydowanie za mało na twarożek czy jogurt. 

Anna chucha na roślinki, codziennie wynosi z domu siewki pomidorów i kapustek do cieplicy, a wieczorem wnosi je z powrotem. 

Poza spacerowaniem, obrządkami, gotowaniem i domowymi obowiązkami, rozprawianiem ze zwierzętami, które są najmilszymi słuchaczami, bo przecież nieważna jest treść, a ton głosu, a mam wrażenie, że mój ton bardzo jest dla nich przyjemny, bo są odprężone, strzygą uszami, pokwakują radośnie, gulgają, drepczą przy nodze, zbiegają się, chcą głasków i smakołyków. A to wszystko podnosi serce i umysł, po prostu uszczęśliwia.
I czytam. Teraz głównie fantastykę, ale nie tylko. Obserwuję także amatorsko różne zjawiska w sferze mentalnej naszego narodu, Europejczyków i Amerykanów, ale nie tylko. Przede wszystkim zdążając za filmikami na YT, prowadzona często algorytmem, ale nie tylko. 

Człowiek uczy się wtedy, gdy jest konfrontowany z tym, czego nie zna, widzi lub słyszy po raz pierwszy. Szukam zatem relacji cudzoziemców zwiedzających Polskę, lub Polaków zwiedzających inne kraje. Słucham wykładów językoznawców i tłumaczy z różnych narzeczy ziemskich. Aby zdobyć wyższy pułap (dystans) pozwalający na szerszy ogląd spraw i świata, w którym tkwię i żyję fizycznie, ciałem swoim. Umysł pozwala przecież fruwać dowolnie, jako ten "duch co dmie kędy chce i dokąd chce". Wysłuchuję opowieści o życiu albo ich spojrzeniu na świat z ust mormonów, żydów ortodoksyjnych, Indian, muzułmanów, hinduistów, buddystów czy taoistów. Czytam święte pisma z różnych rejonów świata, mitologie, kroniki historyczne. Po wędrówkach Ossendowskiego przez bolszewicką Syberię i buddyjsko-magiczną Mongolię, po Herodocie (Egipt, Grecja, Persja, Scytia) i Marku Polo (Azja od Bagdadu do Pekinu, przez rejon polarny, Cejlon, po tatarskie stany i z powrotem), po Bitwie na polu Kuru na półwyspie indyjskim, przeniosłam się do Persji, gdzie spędzam tysiąc nocy z Szeherezadą, czytam listy perskie Monteskiusza, ale i studiuję dziwne rytuały zaratusztriańskie wraz z Awestą. Dowiedziałam się tak, że była ona przetłumaczona na polski przez prof. Pietraszewskiego w połowie XIX wieku, ten dopatrzył się w niej źródła słowiańszczyzny (z tej racji, żeśmy jako Słowianie ludem indoeuropejskim), a tym samym wywarła pewne wpływy kulturowe. Jakie? Ano polski autor fantastyczny, Stefan Grabiński wydał tom opowiadań poświęconych kultowi ognia pt. "Księga ognia". I ten właśnie też sobie przyswoiłam. A ponieważ utwory Grabińskiego chwalił jako jedne z ulubionych w młodości mistrz Stanisław Lem, to ruszyłam następnie w jego kierunku i tym samym w przyszłość. Okazało się, że nie znam wielu jego pierwszych książek, zatem zaczęłam od początku studia lemowskie. "Astronauci", "Powrót z gwiazd", jeszcze sporo przede mną, nawet pomijając to co już dobrze znam. Ponadto, aby nie zdziadzieć w tej Europo-Azji powracam do Ameryki Łacińskiej, Majów i Azteków.

Kultura obrazkowa, przeniesiona na ekrany telewizyjne, w postaci filmów i seriali kompletnie przestała mnie pociągać i interesować. Najnowsze produkcje hollywoodzkie, przy pomocy narzędzi AI robione łącznie ze scenariuszami, nie mówiąc o podrasowywanych aktorach, wydaje się obrzydliwością, zmaszynieniem, odczłowieczeniem, "nuuudą, panie nuuuuudą!". Mistrz Lem wystartował w świat maszyn i cyber-tworów, pogrążając się w zamian w awersję i wstręt wobec biologicznych bladawców, oślizgłych i wilgotnych, ale też wskazując do czego prowadzi owa droga. Zdaje mi się, że stoimy jako ludzkość na progu, a jak próg - to jest i wybór. Jeśli wybór to niezbędna jest świadomość. By ją mieć, trzeba posiąść wiedzę i dystans, Dlatego już głównie czytam, a nie oglądam (lub raczej: dużo mniej oglądam, a widzę z pomocą swego umysłu).
Wybór między czym a czym? 

Byciem człowiekiem albo nie-człowiekiem. Proste. 

Większość na razie daje się prowadzić jak cielęta, myśląc że świat jest jaki był i będzie jaki jest. Tymczasem Ten Próg stoi między jakościami, i jeśli go przekroczymy nie będzie już żadnego odwrotu. Nadchodzi ten czas, z dawien dawna zaplanowany. Chcesz być nie-człowiekiem? Uświadom sobie z czym to się wiąże, do czego zmierza, co daje i co zabiera, bo to będzie raz na zawsze! Nie wrócisz już do biologii ciała, będziesz się od niej coraz bardziej oddalał, wchodząc w świat z metalu i plastiku, fal i praw matematyki, stając się jego podległą częścią. W świat wymagający posiadania niewolników, a od ciebie bycia wyższą rasą. Posiadanie niewolników zaś najbardziej zniewala panujących, jak pokazuje Historia - nasza ludzka nauczycielka. Cóż wart pan bez raba? Mniej niż psia kupa, zapewniam.

Chcesz być człowiekiem? Uświadom sobie z czym to się wiąże, czego masz się trzymać, w którą stronę zmierzać, a którą omijać, bo nie twoja jest, tam stracisz to, co masz, raz na zawsze.
Tak przedstawiony wybór, dla kogoś inteligentnego daje proste wytyczne. Jeśli wyborem jest nie-człowieczeństwo - wybierasz ciągłą gonitwę za czymś nowym, innym, która łatwo przerodzi się w ucieczkę przed konsekwencjami, których ostatecznością jest wielkie splątanie, węzeł gordyjski, piekłem zwany. I tak czy siak koniec świata, choćby w jego wersji rozszerzonej do wszechświata i Big Bangu. Jeśli postanowisz pozostać człowiekiem, masz i drogę i trwanie, bowiem ciało kontaktuje cię z Matką, Matka z Ojcem, Ojciec z Synem, którym to ty, Człowieku jesteś, nikt inny. 

Ech, tyle myśli, tyle wrażeń, tyle spostrzeżeń... I o! puka ptaszek w okno. Och, och, och, taki ptak - dobry znak! (Nie-ludziu, pamiętaj, wchodząc na tę ścieżkę, będziesz musiał sobie ptaszka narysować, a jak ci się znudzi - skarykaturyzować, potem spotwornić, potem zabazgrać, i wycierać gumką aż do wessania przez kosmiczną czarną dziurę). Nam ludziom, tak mało naprawdę potrzeba do szczęścia! :) Tylko Ziemi, tylko nieba, tylko wody, zwierząt, roślin, pór roku. I opowieści, modlitwy, wspólnoty, śnienia, smutku i wesela. I na koniec: Papapa! Dziękujemy za teatrzyk!

7 marca 2026

Wielka zmiana

I mamy wiosnę. W zgodzie z przepowiedniami naszego narodowego wieszcza, tudzież astrologów i meteorologów zima postraszyła i odeszła ostatecznie "za morze" nader wcześnie. Stało się to bardzo szybko, w ciągu kilku dni, gdy śnieg skruszał, lody rozpuściły się i zostały wchłonięte przez glebę. Jeszcze na cienistych ścieżkach leśnych i w cieniu dachów od północy zalegają resztki hałd na obrzeżach, te na podwórzu zjadają kaczki i psy, które uwielbiają lody. Słońce pokazuje się codziennie i zleciały już nowe ptaszki. Wciąż dokarmiam je niezmiennie, bo zostały zapasy w pudle i chcę je skarmić, nie zmarnować. Przylatują w mniejszych stadkach, ale wciąż zaglądają, w tym są też nowe gromadki innych - bardziej rozśpiewanych gatunków niż sikorki. Spacer i pobyt na powietrzu jest niezwykle przyjemny. Obserwuję ruch obudzonych już mrówek, naprawiających mrowiska przy drodze, nieco naruszone kopytami jakiegoś biegnącego zwierza w typie sporego jelenia, albo młodego łosia. Pojawiły się też już pierwsze pszczoły.

Wczoraj o świcie przebudziłam się i w półśnie długo słyszałam dziwny dźwięk, który skojarzył mi się z grającą kapelą celtyckich czy szkockich dudziarzy. Co jest grane? - zdumiewałam się, wymyśliwszy sobie, że słyszę muzykę ze ścierających się na morzu okrętów wojennych. Odkryłam prawdę dopiero w dzień, gdy zza lasu rozległ się głośny krzyk żurawia. Ach, to wy! Przyleciały niedawno, i już odprawiają swoje wiosenne rytuały, zaraz będą jajka i młode... Mój kaczor też już się starał, choć kaczuszka jeszcze się nosi z jajem. Czekam pilnie, bo już mi się zapas zeszłorocznych jaj skończył. 

Mam ataki dobrego humoru tak zabawne, że Anna fuka i nieomal tupie ze zniecierpliwienia. Zamiast się śmiać! Też kiedyś taka byłam zbyt poważna, ale zmieniam się. Zmienia mi się. Kiedy wychodzę na taras, żeby przywitać ptaszki, wołam na nie: "Cip cip tłuścioszki! A gdzie dzień dobry? Gdzie furkotanie? Tiu tiu tiu! Gwiżdżę na was, nie słychać?!" Odpowiadają mi z "płota" i gałęzi pobliskich drzew serdecznym zaśpiewem.

Anna w ciągu zimy przeszła i nadal jeszcze przechodzi fazę wzmożonego zainteresowania robótkami na drutach i przędzalnictwem. "Przędzie sobie, przędzie jak anioł dzieweczka...", oglądając przy tym instruktażowe filmiki na YT. Kręcą je kobiety młode i starsze, i mogą gadać o swych pracach i doświadczeniach godzinami, to cały świat! Przypomina mi to dzieciństwo, gdy mama po ciężkiej pracy na trzy zmiany znajdowała jeszcze czas na robótki i krawiectwo, którymi dorabiała sobie do pensji. I w domu usypiał mnie i budził stukot maszyny do szycia, maszyny dziewiarskiej albo kołowrotka.
Teraz Anna wyciągnęła z szafy maszynkę przędzalniczą produkcji białoruskiej, którą dostała lata temu od byłej właścicielki siedliska i stukot usypia mnie znowu. W każdym razie nauczyła się na niej, po kilku dniach wściekłych prób i oglądania filmików wyciągać nitkę ze zgręplowanej wełny, i nawinęła już wiele kłębków z tego, co czekało latami w workach na poddaszu. Na chińskich  drutach zaś udziergała dwie czapki, kilka par ciepłych skarpet, szalik, i mitenki dla mnie. Które przydały się i przydają, bo wciąż duże różnice temperatur między dniem i nocą dokuczają mi reumatycznymi bólami w lewym przedramieniu.

Poza tym czytam wielotomową hinduską "Mahabharatę", postanowiłam sobie przeczytać całość uważnie w ramach pielgrzymki do miejsca świętego, którą choć raz w życiu każdy człowiek powinien odbyć na tym padole łez. Podróżuję więc w głowie i wyobraźni (cieleśnie pielgrzymując co roku na Grabarkę). Tematem tego wspaniałego eposu jest potężna bitwa na polu Kurukszetra. Sama w sobie cudowna,  przy użyciu strzał spotykających się i neutralizujących w powietrzu niczym współczesne rakiety, dysków czekających za chmurami na gest wojownika, podkręcanych maczug zabijających słonie, które specjalnie tresowano do boju i pojono winem przed walką, aby nabrały animuszu, czy dzid obcinających głowy kilku walczącym naraz. Oraz tajemnych broni promieniotwórczych, wprowadzających w przerażenie całe armie i ludność okoliczną i zamierającą ze strachu przyrodę.

A teraz, śledząc w doniesieniach i komentarzach z radia, FB i YT wojenną akcję na Bliskim Wschodzie dotarłam do opisu pola bitwy po bitwie, pełnego pokawałkowanych trupów bohaterów zżeranych przez drapieżne ptaki i zwierzęta, odwiedzanego przez zrozpaczone wdowy i matki, piękne i wymuskane luksusowym życiem panie. Obraz pełen żalu, płaczu, żałoby, omdleń, bezradnych okrzyków nad biologią rozkładających się ciał wspaniałych herosów, mężów, synów, mistrzów walki i doświadczonych wodzów, których losy opowiadała wcześniej ta święta księga, porusza wyobraźnię i jest adekwatny do tego co już się dzieje i dziać będzie w Iranie i wokół niego.
Zaczęło się. Wielka bitwa przed końcem kolejnego okresu czasu, zwanego żelazną erą także u proroka Daniela w Biblii, jeszcze przed nami, ale już niedługo (w skali mniej niż 10 lat) wielu z nas dotknie osobiście. Szykujcie serca i  dusze, bo opadające jak liście ciała na pewno sobie poradzą.

25 lutego 2026

Zaśpiewanie

I po kilku dniach wzmożonego mrozu w okolicach dziesięciu stopni nagle przyszła odwilż, i oto piękno białego świata spływa jak makijaż na twarzy klauna. Hm, no, tak nagle to się nie odbyło, bo dwie noce wcześniej trapił mnie przeszywający ból w kości ręki, aż zaczęłam się bać zawału. W dzień ból zniknął zupełnie, powtórzył się słabiej kolejnej nocy i wraz z przenikliwym wiatrem przyszło uspokojenie: to meteoropatia. 

Makijaż spływa też nie tak hop siup, kupy śniegu więdną powoli, ale daje się już chodzić po podwórzu bez lęku, że się wywinie koziołka za każdym kolejnym krokiem. Ptaszki już nie zlatują do karmnika aż takimi gromadkami, jak dotąd, a moje rozmowy z nimi mają się tak. Gdy rano wychodzę na taras w swoich gospodarskich czynnościach i widzę, że nic nie odfruwa mi spod nóg i sprzed oczu na krzaczki, głośno wyrażam swoje zdanie:
- Hej ptaszkowie rostomili, a gdzieście wy się podziali? Już ciepełko wam zagrało? Już o mnie nie pamiętacie? Jak tak można tyle czasu korzystać z gościny, a teraz nawet dzień dobry nie powiedzieć?
I nagle z akacji przy domu rozlega się znajome ćwierkanie.
- Jestem tutaj! Słyszę, widzę cię! Witaj!
- O, zmieniam zdanie! Miejcie się dobrze, niech się wam wiedzie, wiosna idzie, cieszmy się! 

Idąc do kurnika wołam śpiewnie:
- Hej, kaczusie Kasie! Śniadanko idzie do was. Kasie jak się masie?
I kaśki odpowiadają radosnym kwakaniem, szykując dzioby do pełnej michy. Utuczyły się w zamknięciu i muszą odzyskać dawną ruchliwość. Wypuszczam je już na dzień, taplają się w kałużach z topniejącego lodowca i zwiedzają kąty, w tym ogródek, z wielkim zapałem.
- A, cóż to? Patrzycie czy już rośnie? 

Ach, ten zwierzęcy świat! Jest z kim porozmawiać, pośmiać się, pogwizdać, pośpiewać albo powściekać się na kogo, gdy nieposłuszny czy uparty. 

30 stycznia 2026

Zimna podróbka

 Cały styczeń przeleciał bez wpisu. Było zimno i zimowo, las przepiękny, ośnieżony, poważny, codziennie go odwiedzam, spacerując. 

Mimo to dopadło mnie przygnębienie. Wraz z krótkotrwałą odwilżą, mokrym śniegiem, które już odchodzą szybkim krokiem poganiane przez kolejną, silniejszą falę mrozów. W sercu i głowie jawi się pustka. Film amerykański polecony przez znajomego, zachwycającego się tym razem muzyką (komputerową - jak sądzę po próbie obejrzenia) znowu okazał się komputerowym nieludzkim zgniotem. Zdumiewają mnie ludzie idący z zachwytem w ciemno za tym, co wymieli maszyna w przepaściach swej nieludzkiej obojętności i nieludzkiej logiki. Nie ma w tym sztuki, artyzmu, wyobraźni, czucia i serca, jest wielka podróba. W tej pustce trudno o jakąś radosną myśl, nadzieję, czystość (chyba że za czysty uznać mechaniczny metal połyskujący zafoliowanym plastikiem).
Gadające głowy prześcigające się w wymądrzaniach na każdy temat z komentatorami AI są równie puste. Donoszą już stąd i zowąd, że AI podsłuchuje przy pomocy cipów w aparatach i urządzeniach w całym domu, korzystając z wi-fi. Krążą filmiki, gdzie ludzie gadający z maszyną są już na skraju schizofrenii, albo ogłaszają AI nowym Bogiem, a siebie jego kapłanami.
Inni donoszą z dumą do urzędów na właścicieli psów trzymanych klasycznie w budach na zewnątrz, oskarżając ich o to, że pies czy inne zwierzę nie ma świeżej wody na zewnątrz stojącej, z której mógłby korzystać w każdej chwili. I to teraz, w temperaturach poniżej 10 stopni! Są młodymi "gniewnymi" „ormowcami”, wierzącymi w doskonały system, który zbawi ludzkość i zamieni nasze życie w raj. Doświadczenia przodków dla nich nie istnieją. Przecież maszyna to nie to, co dawna ludzka biurokracja i tyrania. Dawne sposoby życia, jedzenia, ogrzewania się odejdą w zapomnienie, wyśmiewane i ostatecznie potępione. Nowi tyrani już rosną, mają miłe buzie, płaczą na widok głodnego kota, karmiąc go chemiczną trucizną, nie umieją pisać długopisem ani rysować ołówkiem, nie wiedzą co to pieniądz, zmęczenie, głód, cudza własność.
Będzie ich więcej, wiele razy już ich śniłam. Nowi panowie świata, wychowani bezstresowo, dla których inni, zwykli ludzie będą pełnić rolę nowoczesnych niewolników. Wejdą do przypadkowego domu, rozgoszczą się, najedzą, prześpią, zostaną, albo pójdą, czasem to ty albo ty pierwsza opuścisz własne mieszkanie, bo tylko to cię uwolni od niechcianej gościny. Jakże uprzejmego, inteligentnego, zabawnego "państwa", tworu nowoczesnego nad-człowieczego komunizmu, "nowych ludzi".
Śniłam też koniec tego procesu, marny i żałosny, tego co się dopiero nieśmiało zaczyna, co podnosi metaliczną główkę i migocze kolorowymi obrazkami na ekranie. Rozsypie się na części, odpadną mu kończynki, rączki, nóżki, główka. Zostanie potłuczonym śmieciem, zalegającym kopce, albo rozżarzoną surówką w piecu wulkanicznym. Wszystko, co powiedziane na początku, zapisane i starannie przeniesione przez czas w starannie przepisywanych księgach, spełni się. "Nie może glina połączyć się z żelazem"... to już prorok Daniel zapisał.

Jedząc poranną jaglankę z żurawiną i masłem przyglądam się przez okno z miłością sikorkom, sąsiadom kowalikowi i dzięciołowi, rudym sójkom korzystającym z ptasiej stołówki na tarasie. „Częstujcie się, kochane dzieci! Niech was Opatrzność chroni! Uważajcie na siebie... zimno znowu idzie”. Ćwierkają do mnie z daleka, gdy wychodzę na dwór, las skrzypi wieloznacznie, gdy idę, jakby witał się i wymieniał najświeższe wiadomości.
Jak to zrobić, aby ignorować technologię? Nie brać pod uwagę ludzkiego szaleństwa, które nadchodzi? Pamiętam głos sprzed lat, który mnie obudził pewnej nocy: „Ufajcie! Pułapka jest mądrze zastawiona... siedem razy siedem...” Zrozumiałam potem zagadkę tych liczb i znalazłam ją w zapisie Nostradamusa w pewnym almanachu. I obliczyłam. Przed nami jeszcze przynajmniej 40 lat zwiększającego się „wielkiego ucisku”, „który gdyby nie został wcześniej zdjęty, nikt by nie przeżył, i to na całej Ziemi”. W nocy nie mogąc spać, po zakończeniu lektury „Dziejów” Herodota wzięłam się za „Rozmyślania” Marka Aureliusza. I natychmiast chłodna czystość starorzymskich cnót, ludzkiej szlachetności i filozofii owiała mnie chłodnym boskim powiewem, co za ulga!

31 grudnia 2025

Szczęść Boże i Do siego roku!


I po świętach wyszło ostre słońce i spadł śnieg. Mróz zmienny. Było już pewnej nocy mniej niż piętnaście stopni, na dzisiejszą zaś zapowiadają ponad dziesięć na minusie. Obserwuję przez okno chmary sikorek zlatujących się do karmnika zawieszonego na tarasie, który codziennie uzupełniamy. Prócz nich pojawia się codziennie mały dzięciołek z czerwoną czapeczką, którego stukanie zawsze słyszę podczas spaceru tuż za domem, podkradają spore porcje jedzenia również dwie duże rude sójki.

O ile dzięciołek żywi się zgodnie wraz z sikorkami, to ta chmara drobiazgu odfruwa z respektem przy pojawieniu się sójek, które są w ciepłym sezonie drapieżne wobec ich jajek i piskląt. Przeczekują obsiadłszy krzaczki i płot obok, po czym znów się zlatują, żerując każda po kolei, w całkowitej zgodzie ze sobą. Dziennie bywa ich pewnie więcej niż kilkanaście, kilkadziesiąt, poruszają się bowiem rodzinnymi gromadkami. Odróżniam rodziców od zeszłorocznej młodzieży, która jest drobniejsza od starszyzny.
Znają doskonale moje zwyczaje i porę, gdy rano przynoszę im w miseczce smakołyki (twaróg, smalec, siemię), i dorzucam kulki z ziarnem do wiszącego karmnika, mniej się boją i ćwierkają z dala, zwołując siebie nawzajem. "Już, już jest!". Pozdrawiam je serdecznie: „Szczęść Boże, ptaszęta, miejcie się dobrze i mnie szczęście przynoście!” A one w dzień przelatując nad obejściem głośno zagajają same rozmowę: „Ćwir ćwir ćwir, jak się masz? Wszystko dobrze?” „Do siego roku!” - odćwierkuję po swojemu, co one nauczyły się uprzejmie rozumieć jako moją ich para-mowę.

I tego także Czytelnikom tego bloga z serca życzę.

13 listopada 2025

Nowinki z rezerwatu ścisłego i nieścisłego

Aby uczcić święto narodowe Anna wybrała się 11 listopada na kilkugodzinną wycieczkę zorganizowaną w rezerwacie Puszczy Białowieskiej. Za jedyne 10 złotych bilet. Musiała wyruszyć o wczesnym mglistym poranku, by zdążyć dojechać na czas pod Muzeum. Zebrała się tam grupa około dziesięciu osób przybyłych z różnych miejsc, Warszawy, Białegostoku i mniejszych miejscowości, jak nasza, w przewadze żeńskiej trzeba dodać. Rodzina z dziećmi i reszta dorosłych. Pod przewodem starszej pani pełniącej rolę przewodniczki przeszli trasę około 7-kilometrową. Takich grup było oczywiście więcej i każda osobno i w nieco innym czasie wychodziła na ścieżkę.

Doświadczenie było dość powolne. Z racji listopada nie było nadmiaru pięknych okoliczności przyrody, susza zniweczyła pewne atrakcje błotne, które tam na ogół do tej pory bywały, więc przewodniczka zabawiała uczestników informacjami o historii puszczy, czasach królewskich, carskich i wojennych. Posiadała także w torebeczce malutką, zgrabną książeczkę, którą często wyciągała, ze zdjęciami i opisami okazów możliwych do napotkania w lesie, grzybów, porostów, ptaków, zwierząt, drzew i roślin, aż Annie się westchnęło z zazdrości. Wydawnictwo musiało mieć już swoje lata. Obecnie trudno coś takiego znaleźć w ofercie księgarskiej.

Niedawno kupiłyśmy sobie trzy atlasy ptaków i owadów, aby umieć rozróżniać to, co nam się ukazuje codziennie przy domu. I jakież było moje rozczarowanie! W dwóch różnych atlasach ptasich zostały dokładnie te same ptaki ukazane, z innymi opisami, równie mało wartościowymi, zdjęcia różnej wielkości nie oddające dobrze ani kolorystyki danego gatunku, ani wyglądu samca czy samiczki. Strata pieniędzy! Nawet sikorki bogatki w nich nie uświadczysz, jedynie jedna, nader uboga.
Natychmiast doceniłam moje sfatygowane już dość, dwa małe atlasy, ptaków i chrząszczy, które kupiłam sobie jeszcze w czasach liceum, czyli w latach 70-tych. W tych małych książeczkach zmieszczono całą podstawę gatunków występujących w Polsce, pięknie barwnie narysowaną i opisaną ornitologicznie i entomologicznie z naukową dokładnością, ptaki są podobne do siebie jak najbardziej, i wszystkie sikoreczki, bogatka, modra, uboga, czubatka, sosnówka są w nim uwiecznione, podobnie chrząszcze i chrząszczyki. Wielkość tych atlasików naprawdę nieduża, poręczna, łatwo mieszczą się w torebce i nie obciążają plecaka podczas wycieczki, jak owe najnowsze wydawnictwa psudo-naukowe. Będą mi służyć do końca.

Bożesz właśnie, muszę zapisać, gdyż nie opisałam byłam na blogu, radości jednego dnia wrześniowego (chyba), gdy we wszystkich oknach w domu pojawiły się nagle gromadki furkoczących radośnie powietrznych gości, sikorek, które prosto z drogi przyleciały się pokazać. Rozćwierkane, uśmiechnięte, siadały na parapetach, stukały w szybę, furkotały pod dachem tarasu. "Jesteśmy już! Witajcie! Pamiętamy o was! I wy o nas nie zapominajcie!". No, więc nie zapominam i coś tam im zawsze podsypuję, szykując codziennie karmę dla hodowlanych ptaków, czyli dwóch kaczek i indyczki (Igor właśnie kilka dni temu czmychnął do nieba, naturalnie, ze starości). Sikorki często okupują sąsiednie drzewa, lipę i akacje i podczas spaceru zawsze słyszę ich wzmożone ćwierkanie. Mam wrażenie, że się ze mną komunikują, więc odpowiadam niezdarnym pogwizdywaniem w ich stylu. I tak sobie gwarzymy. Zimą oczywiście dostają stałe mocne porcje przetrwaniowe z ziaren różnego rodzaju zlepionych smalcem, (nie tak jak teraz), a Anna postanowiła ulepić im z gliny specjalny karmniczek.

Poza tym na wycieczce wreszcie uwierzyła, że nasz przydomowy dąb, świeżo niedawno przystojnie podgolony na Kmicica, w porównaniu z tym uwiecznionym na powyższym zdjęciu, to żaden gigant, ledwie stuletni nastolatek. "Tak, to on nas ma, a nie my jego, fakt"...

Ponoć tysiącletnie dęby już nie istnieją, orzekła pani przewodniczka. Jak mają istnieć, pytam. Gdy są wycinane w pień w ich młodości? Dawno poszły na klepki do beczek handlarzy winem, podobnie jak wiekowe sosny na maszty statków takich Kolumbów i Amerigów Wespółcich. Jeszcze kilka lat, a młodzież będzie się uczyć za pośrednictwem AI, że tysiącletnie dęby to jeno słowiański mit był i nigdy takowe nie istniały. No, może 500-latki, najwyżej.

6 lipca 2025

Podsumowanie czerwcowych dokonań

Krótko o dokonaniach. Dokonały się sianokosy, na naszej łące przy ścianie. Skosił jeden, skostkował drugi, zwiozła Anna na przyczepie, ktoś dopomógł wrzucić część urobku na strych obory. Ponad 320 ciuków, starczy, bo zostało sporo jeszcze z zeszłego roku.

Teraz zaczynają się zbiory porzeczek. Najpierw czarne. Warzę właśnie dżemidło i nieco soku do buteleczek. Jutro następna partia. Czerwone i białe mogą jeszcze wytrzymać do następnego weekendu. 

Świdośliwa zerwana, częściowo zjedzona, częściowo zamrożona, służy do gotowania kompotu letniego z domieszką porzeczek, dobrze słodzi ich kwaskowość. Kompot uzupełniamy wodą i tak pijemy przez cały dzionek. Zamiast szkodliwych letnich napojów sklepowych.

Wiatry wysuszają pastwisko. Upały je wypalają. Kozy pasą się dość krótko o poranku ze względu na upał i muchole, których nie znoszą i z zadowoleniem wracają do boksów. Potem jeszcze wycieczkują na chwilę do lasu za chatą, gdzie w cieniu żywią się liśćmi krzewów i drzewnych odrostów, a Anna w tym czasie podlewa ogródek i rośliny w cieplicy.

Ponadto jastrząb upolował ostatnią kurę nioskę i pod naszą nieobecność zjadł z niej wszystko, co dla niego najlepsze, ozdabiając miejsce stosem pierza. "To bóg Mars wziął swoją ofiarę i oby nią się zadowolił!" - orzekłam na ten widok. Trudno, i tak właziła nieposłusznie do ogródka rozgrzebując podlane grządki, i za nieposłuszne oddalenie się za ogrodzenie została ukarana przez los (las).

Po zgryzionym pastwisku przechadzają się codziennie ze spokojem dwa wioskowe bociany, wojtusie. To już dobra wróżba. Wyszukują świerszcze, myszy i różne owady, bo ropucha i ogromny zaskroniec żyją sobie bezpiecznie w cieniu naszej chaty i w zaciszu ogródka przydomowego, gdzie w zbiornikach gromadzi się zawsze deszczówka.

Od tygodnia mamy też kolektor na słońce do podgrzewania wody. Testujemy skuteczność i jak na razie sprawdza się. Choć nie wiadomo jak by się rzeczy miały w ciągu wielodniowych skwarów. Na razie duże wahania pogody od upału do zimnych nocy utrzymują temperaturę wody w znośnym zakresie stopni.

Zaopatrzyłyśmy się także w tegoroczny miód leśny, prawdziwie wiarygodny, u naszego sąsiada, który od jakiegoś czasu bawi się z powodzeniem w przydomową pasiekę, ma chłop rękę do pszczół, nie to co my. I błogosław mu, Panie!

Ceramika się kręci. Głownie podczas warsztatów i imprez letnich dla dzieci (wycieczka dzieci na rowerach do naszej altany, aby zrobić mydełka, zjeść świeżo przyrządzoną pizzę i przejechać się po wsi). 

22 czerwca 2025

Początek lata

I minął pierwszy dzień lata. Spokojnie, jak dawno już nie, bo przeważnie w tym dniu zaczynały szaleć zjawiska atmosferyczne w rodzaju gwałtownego wiatru i burzy z piorunami i obfitymi opadami. Pewnie to się obudzi na dniach, gdy Słońce będzie mijało Gromowładnego Jowisza, w znakach wodnych noszącego przydomek Pana Deszczów.

Bociany już hodują swą młodzież, jaskółki - dopiero niedawno - założyły sobie gniazdko pod okapem budynku gospodarczego, blisko obserwuję i słyszę wilgi, derkacze, dudka, słowika, stukanie dzięcioła. Rozkoszą jest siedzieć popołudniami na tarasie popijając wodę albo herbatkę z chabrów nazbieranych podczas porannego spaceru.

Ogródek wciąż w powijakach. Ogórki i buraki nie wykiełkowały, pomidory są niskie i dopiero niektóre zakwitły. Zjadamy szczypior, bazylię, nać pietruszki, rukolę i dziki brokuł.

Kozy zgryzły oba pastwiska, których ukrócone trawy marzą teraz o niebiańskim podlaniu. Szykuje się do spożycia owoc świdośliwy. Zjadam go z jogurtem domowym.


A w ogródku przekwita peonia. A może piwonia? Kto to wie...


Oraz cudownie wyrosła poprzez siatkę klatki dla kurcząt - trująca, ale jakże piękna naparstnica. (Kozy, także małe, nawet jej nie chcą powąchać, i dobrze).

8 marca 2025

Przedwiosenne istnienie

Przyleciały żurawie, świetnie, bo już się o nie martwiłam, o tę rodzinę, która stale zza lasu południowego nadaje z rana i wieczora, a czasem przelatuje nad chatą. Nieco wcześniej zleciało się trochę wędrownych mniejszych ptaszków, i wreszcie słychać z okolicy i drzew wokół obejścia pocieszne kwilenia i kląskania, zamiast krakania, skrzeczenia, pohukiwań i chichotów zimowych ptaszydeł.
Po mroźnym okresie, dość długim, ale w przewadze suchym, bo rzadko spadała odrobina śniegu, zaczyna się suche przedwiośnie. Słońce wysoko i ostro świeci, dając tym radośniejszy nastrój światu, ale deszczu ni widu ni słychu.
Wykonuję codziennie poranny spacer drogą koło chaty, słuchając nowin leśnych, razem z węszącymi psami i przezwyciężając przedwiosenne niedomagania, które mnie dopadły, w tym nawrót kamicy po roku zupełnego spokoju w tym względzie. Leczę się domowymi sposobami, powoli wychodzę z zapaści, ale pewnie jeszcze to potrwa, bo ledwie się snuję, taki brak siły.
Zadałam sobie także dotrzymanie wielkiego postu, 3 dni całkowitej głodówki mam za sobą, teraz jem tylko zupę warzywną z odrobiną oleju i piję dużo wody z cytryną dla oczyszczenia organizmu. Zero mięsa, mąki, potraw smażonych, tłuszczu zwierzęcego, kawy i alkoholu. Nawet nieźle mi idzie. A to już piąty dzień.

Misia się rozpędziła i daje już 1,5 litra mleka dziennie, które zbieram, kwaszę i zamieniam w twaróg, a potem go gliwię i robię z niego pyszny serek topiony z kminkiem. Właśnie pierwsza porcja dojrzewa, musi to robić kilka dni, bo przekonałam się, że zesmażony zbyt wcześnie wychodzi za rzadki i mniej smaczny. Musi w tym swoim gliwieniu nieco wyschnąć i zacząć lekko charakterystycznie "pachnieć".

Poza tym drukarnia się wreszcie ogarnęła i po kilku dyskusjach i korektach dała termin realizacji, 19 marca. Kiedy zobaczę książkę w ręku i sprawdzę, czy nie ma błędów dopiero będę mogła zacząć fazę dystrybucji. Niewiele egzemplarzy, bo sto. Nie lubię szaleć, a szybki dodruk jest zawsze możliwy. Książka jest o niszowej treści i mało kto jest w stanie ją przeczytać, choć wszelkie trudności w niej są objaśnione. Nie spodziewam się cudów po ewentualnych czytelnikach. To rzecz dla znawców i miłośników tematu proroczego, historii, symbolizmu i boskich tajemnic istnienia.

15 lutego 2025

Zimowanie

Minął styczeń, mija luty. Niespodziewanie nadeszły mrozy, większe niż około-zerowe przymrozki, nocą dochodzące nawet dwunastu stopni. Sucho przy tym, śniegu jak na lekarstwo. Ptaki domowe snują się zmarznięte po obejściu, dwie kury już zostały pożarte przez las, więc nie spodziewamy się niczego innego, niż zaofiarowała nam wiosna zeszłoroczna, gdy trzeba było wybić prawie całe stado drobiu w wyścigu z drapieżnikami.

Nabrałam nowego pro-zdrowotnego zwyczaju, wychodzenia o poranku na krótki spacer (w sumie jakiś kilometr) traktem koło chaty. Z psami, które to uwielbiają. Obserwacja przyrody codzienna otwiera zmysły lepiej,  niż jakiekolwiek inne rozważania. Namierzyłam dzięcioła-sąsiada, raz słyszałam już nawet głos pojedynczego żurawia zza lasu, było to przed mrozami, więc mam nadzieję, że zawrócił do swoich. Poza tym głównie aktywne są gawrony i para kruków mieszkająca opodal przez okrągły rok, która właśnie rano, gdy sobie chodzę, kończy swoje obloty po terenie i zwołuje się krakliwie do gniazda. W nocy pohukują sowy, odzywa się też ptak, którego nazywam "śmiszkiem", bo jego głos przypomina rechotliwy śmiech, albo też "gwizdacz", z którym już umiem pogadać, naśladując jego gwizdy całkiem zgrabnie. Widuję również w dzień na tarasie jak zawsze małe ptactwo w typie sikorek, w te mrozy podrzucam im trochę karmy. 

Mimo tej spacerowej nowej tradycji dopadła mnie zaraza przedwiosenna, zwleczona przez Annę z warsztatów z dziećmi, jak zawsze to bywa. Najpierw ona, teraz ja. Na szczęście nic poważnego, raptem katar, zrazu nieco gardło, i potem pokasływanie, gorączka malutka albo wcale. Uruchomiłam materac elektryczny i pokonałam atak dreszczy jednego popołudnia. Biorąc tylko witaminy i krople do nosa. Przez ten czas jedna z kóz poroniła, (zdarzało się i to w naszej hodowli, choć na kilku palcach można zliczyć przypadki), nie jest najmłodsza, poza tym ma agresywną bodącą siostrę dominatorkę. Zatem zaczyna się dojenie, na razie tyle co do kawy, ale w sumie w samą porę. Bo już trzeba było raz dokupić mleko sklepowe do śniadaniowej jaglanki i do kawy właśnie.

Zimowe wieczory zaś i noce częściowo w czas przebudzeń spędzam na lekturze. Och, co radość mieć takie przestrzenie do penetracji wyobraźnią. Głównie czytam fantastykę, począwszy od najstarszych dzieł, ale i nieco filozofów i ksiąg świętych różnych kultur, oraz ufologów. Moje dzieło życia wreszcie żmudnie złożone, pofrunęło do drukarni i czeka na egzemplarz próbny.

12 sierpnia 2024

Ptasie rozmowy


Czas płynie. Lubię to obserwować, płynąć razem z nim. Takim swoim dziecinnym stylem żabki, czasem na pieska.

Po drugim obrządku, gdy wszystkie dzienne czynności już zostały wykonane, zasiadamy na tarasie. Popijam wtedy prozdrowotnie wodę z cytryną z niewielką domieszką zeszłorocznego cydru i soku jabłkowego z tegorocznych zbiorów, który od jakiegoś czasu warzę codziennie. Aby zebrać go tyle, by starczyło na dwa sezony, bo co tyle owocują drzewa w sadzie. I przyglądam się światu, jego stałemu widokowi. W jego zakres wchodzi kawałek ogródka przydomowego mocno zarośniętego teraz wielkimi liśćmi dyni i cukinii, cieplica, płot, za nim za drogą ogrodzenie pastwiska i pastwisko, już wyschłe nieomal i przy nim obumierający stary sad, długi tunel i jeszcze kilka grządek. Po prawej osłonę stanowi gąszcz wysokich robinii akacjowych, w których gnieżdżą się różnorakie ptaki.
O tej porze lata już odchowały swoje młode i opuściły gniazda, ale buszują niedaleko i właśnie popołudniami zlatują się w nasze pobliże, jak dobrzy sąsiedzi, żeby usiąść na płocie albo blisko tarasu i delikatnym świergotem zagadać, popytać jak się wiedzie, itd. Nie znam się na gatunkach ptasich, rozróżniam wśród nich pleszki, które kocham za ruchliwość, uczuciowość, towarzyskość i pliszki, równie ciekawskie i wesołe. Mamy też mieszkającego wśród koron akacji dzięcioła, którego rzadko widać, ale słychać codziennie. Są też takie szare, większe od pliszek ptaszki, które biegają po ziemi, wygrzebując z niej owady, trochę jak kury, czasem widuję śmigającego głową w dół po pniu kowalika. Inne, wydające różne dziwne dźwięki słychać z większego oddalenia, szczytu dębu, albo z klonu. Lub przesuwają się z południa ku domowi i dalej gromadki kupiących się już przed odlotem bocianów.
Pod dach tarasu codziennie o stałej porze zalatuje także szerszeń samotnik, milkniemy wtedy, nieruchomiejemy i czekamy aż zbada teren i odleci spokojnie. Pojedyncze egzemplarze, żywiące się pośród drzew owocowych nie są agresywne, a groźne mogą się stać tylko przez przypadek, którego zawsze lepiej mądrze unikać.
Czasem z braku tematów do rozmowy, bo o czymże ciągle można gadać, odsłuchujemy jakąś audycję czy podcast. Np. pana Jackowskiego, którego słucham-nie-słucham i który wtapia się w spokój otoczenia swoimi przydługimi opowieściami politykierskimi, z których na ogół dowiaduję się co się w ogóle w świecie dzieje (telewizora nie mamy od lat blisko 20). Kiedy nagle zapada cisza pytam:

- Co to? Zasięg padł?

- Nie. Tylko patrzy sobie w głowę - odpowiada Anna, zerknąwszy na ekranik smartfona i parafrazując Sienkiewicza.

- Aha. A ty co o tym myślisz? Będzie wojna? Będzie krach?

- Będzie, niewątpliwie. Tylko kiedy?

- Ptaków by trzeba zapytać. Zresztą po co wiedzieć? I tak będzie co będzie. Cieszmy się życiem, póki zdrowie i cisza dopisują, a zapasy spokojnie rosną na zimę. Na wszystko jest właściwa pora.

Z innych spraw: zaczęłam robić żółte sery, niewielkie, z racji mniejszej niż dawniejszymi laty ilości mleka. Anna jeździ co rusz na jakiś okoliczny jarmark lub warsztaty wakacyjne dla dzieci. Jedna impreza odbyła się u nas w gospodarstwie. Wycieczka rowerowa dzieci spędziła trochę czasu na robieniu mydła w foremkach, przyrządzaniu i zjadaniu pizzy, oraz oglądaniu naszego bydełka, robiącego za dziką przyrodę na stepie.

Poza tym zbieramy jabłka, systematycznie opadające z drzew, cukinie i kabaczki, resztki ogórków, zaczątek pomidorów. 

- Co jutro na obiad?

- Leczo?

- Może być leczo, czemu nie?

8 maja 2024

Zimno i sucho


Zeszło się z wpisami, przepraszam. Długo była zimna wiosna, noce chłodne, trawa po prostu nie rosła, kozy stały w oborze, czasem jedynie wypuszczane na wypas. Uciekały z niego szybko, już po pół godzinie gonione przez chmary meszek, a później komarów. Deszczu prawie brak. 
Niedawno się ociepliło, kilka słonecznych dni z powiewami wiatru wysuszyły glebę jeszcze bardziej. I trawa nadal kiepska. Owady odpuściły i kozy wytrzymują już na pastwisku kilka godzin, jednak co to za pastwisko! Tylko się nachodzą, i tyle.
Anna pracuje w ogrodzie, podlewa co może i ile się da. Jemy już nowalijki, rzodkiewkę, szczypior i rukolę. Mleka niewiele. Ale dla nas dwóch starcza. Na jogurt co kilka dni, serek świeży (opracowałam nowy sposób przyrządzania, prędki, bez podpuszczki), zdatny na kanapkę i na pizzę, bo jest w praktyce lepszy niż mozzarella z Biedronki, oraz twaróg.
Ten zjadamy w formie klusek leniwych raz w tygodniu oraz sernika, który przyrządzam według najbardziej smakującego nam i najmniej pracy wymagającego przepisu na sernik gotowany w polewie czekoladowej. Przepis po kilku próbach zmodyfikowałam "pod nasz smak", tak aby nie wchłaniać niepotrzebnie nadmiaru cukru i tłuszczu, które królują w popularnych przepisach. Aż mi dziw, ile ludzie potrafią słodzić, a potem to jeszcze pożerać w ogromnych ilościach! Dwoje znajomych, którzy wpadli w drodze powrotnej z Podlasia z wizytą, poczęstowani, byli mile zaskoczeni smakiem, co mi dodało skrzydeł. Zamieszczę go wkrótce na blogu dla pamięci. Bo mi się takie rzeczy przydają, zwłaszcza gdy ruszam z czymś w sezonie po kilkumiesięcznej przerwie i po prostu nie pamiętam szczegółów.

Poza tym po ostatnich stratach w ptactwie (w kilka dni lis porwał nam trzy nieśne kury i kaczkę) uprosiłam Annę, aby zmniejszyć ich hodowlę. Jaja wysypują się z lodówki, nie ma klientów, ja kurzych jaj nie jem, a indyczych i kaczych mam zapas na wiele miesięcy naprzód. Zatem dzisiaj stracił głowę jeden z indorów i kaczor. Tak na początek, na nowiu w znaku Byka. Nie ma więc straty, tylko zysk na karmie i zdrowym jedzeniu.

1 stycznia 2024

Ciepła zima


Jak pokazują powyższe i poniższe zdjęcia, robione wczoraj, czyli w dzień sylwestrowy, zima odeszła wraz z końcem roku i przyczaiła się za przebraniem jesieni. Temperatury oscylują plus minus blisko zera Celsjusza, nocą i za dnia, więc piece chodzą oszczędnie po kilka godzin w ciągu doby i dobrze jest. Kozy w taki ciepły czas wychodzą pod naszą kontrolą na przechadzkę i skubią co tam znajdą, gałązki zakrzaczeń, zielone igliwie sosen i jałowców oraz kępki traw. Są już mocno brzuchate. Bardzo spokojne i powolne.
Z brakiem mleka na razie poradziłyśmy sobie tak, że raz w tygodniu Anna przywozi kilka litrów świeżego mleka krowiego kupione na miejscowym targu. Od razu stawiam jeden litr w jogurtownicy, wymieszany z kilkoma łyżkami ulubionego jogurtu Activia (okazuje się być najsmaczniejszy i najefektywniejszy). I w ten sposób zdobywamy smaczny naturalny jogurt na codzienną przekąskę albo śniadanie. Mleko jest od zdrowej wiejskiej Mućki, kwaśnieje i wydziela śmietanę jak należy. Podkreślam sprawę, bo w rejonie gdzie są większe hodowle krów mlecznych można się naciąć na "mleko antybakteryjne", które zamiast kisnąć gnije. Krowy są przerasowione (nierzadko o chorych parametrach), specjalnie karmione antybiotykami, aby dawały mleko jałowe, które dopiero w mleczarni sztucznie się zakwasza co wola producenta sobie zażyczy. 
Pozostała z dostawy reszta idzie do zabielania porannej jaglanki czy owsianki, do kawy i na smaczek dla psów. Gdy braknie, wyciągam butelkę zamrożonego koziego  mleka i ono służy w międzyczasie do następnego zakupu.
Awaryjne mleko w kartonie czy nawet to w butelce robiące za naturalne, ze sklepu jest tak nam obu niesmaczne, że szło najwyżej dla psów, Anna dolewała je sobie do kawy, ale za każdym razem głośno wyrzekając.


Ptaszydła mają się dobrze. Gąska Pulcheria, mimo wdowieństwa i sporej już wiekowości, ma dobry humor. Zakolegowała się z kaczusią Kasią i resztą stadka kaczego, zarządza także sprawnie kilkoma kurami, które nam pozostały. Kury niosą się cały czas, choć niecodziennie, a Pulcia w ten prawie wiosenny czas zniosła mi już 4 wielkie gęsie jaja. Które skrzętnie zbieram, jako dotknięta alergią na kurze białko i stosuję do lanych klusek czy placków. 


Psiska pełnią swą podwórkową wartę pilnie obwąchując wszelkie ślady.

A indyki, już ładnie podrośnięte wyfruwają z rumorem ze swojej indyczarni i łapią ciepło i słońce w każdej suchej chwili dnia. Gdy zaczyna padać wracają pod dach. Jak się okazuje, jest wśród nich kilka indorów i trzeba będzie je pod wiosnę albo sprzedać albo ubić. Bo zgody w stadzie nie będzie, tylko rywalizacja o samice i krwawe, mordercze bitwy.

23 listopada 2023

Rozgrzewki czas

Nasilające się zimno i nocne mrozy kazały nam przedwczoraj uruchomić piec c.o. To zawsze dzień napięcia. Bo trzeba najpierw wyczyścić piec i przewód kominowy wiodący do pieca (udało się w oparach pyłu, który trafił na kompostownik jako zasilacz gleby) i wyrównać wodę w grzejnikach oraz ciśnienie czyli wykonać stosowne odpowietrzenie. Tym razem, gdy już wszystko się dokonało jak trzeba, zaczął szwankować sterownik do pompy wspomagającej obieg. Nie jest to awaria uniemożliwiająca grzanie, bowiem mamy system postawiony hydraulicznie, więc jedynie obieg ciepła w kaloryferach zwolnił i dom ogrzewa się jakąś godzinę później.

Kolejnego dnia sterownik "odpoczął" i zadziałał jak zawsze. Na koniec padł, gdy już piec stygł. Zatem jest sprawa do załatwienia. Trudno, urządzenie działało bez szwanku całe 12 lat, ma prawo zasłabnąć.

Dzisiaj piździ zimny wiatr, zawiewając lodowatym deszczo-śniegiem, po którym zapewne pozostanie wielka gołoledź, i nawet ptactwo pozostało w swoich zamknięciach. A kozy, które od chwili pierwszych opadów śniegu uznały, że czas zimować pod dachem są zabezpieczone zamkniętymi wrotami do koziarni. Mają w środku zacisznie i cieplutko, wylegują się na ściółce żując siano i ledwie odpowiadając pojedynczym zdawkowym beknięciem na powitanie, gdy się do nich zajdzie, nakarmić czy napoić.
Już tylko dwie kozy są dojone co dwa dni, reszta zasuszona. Magazynuję te resztki w zamrażarce, w butelkach. W ten sposób Anna ma w zimie swoje mleko do kawy, ja zabielacz do zupki porannej, a koźlątka awaryjne dokarmianie na przedwiośniu w czasie, gdy jakaś matka wraca do mleczności dłużej niż szybciej.

Niedawno jeszcze udało się nam zwieść od ziomków ze wsi zalegającą u kogoś w stodole słomę żytnią. Było tego kilka obróceń przyczepką (plus pełna paka) przez dwa dni. Słoma za stara na skarmianie, ale nadaje się w zupełności na podściółkę w kurniku i koziarni, reszta zaś trafiła na wały dyniowe w sadzie i kilka grządek wzniesionych. 

Ponadto spróbowałam nastawioną 2 miesiące temu czeremchówkę, i powiem wam, nie ma lepszego lekarstwa na rozgrzewkę w ten zimny i przewiewny czas! 

27 października 2023

Podsumowania sezonowe

Mama z córciami, bardzo krzykliwymi. Córcie co prawda innego gatunku, ale to się nie liczy. Indyki mają wielkie serca. Perliczki zaś, czyli kurki afrykańskie, mimo że z innego kontynentu, akurat świetnie się wpisują charakterem i wyglądem w indycze stado. Nie odstępują mamusi.
Poniżej dalsze inne dzieci mamy indyczki. Już trochę ich mniej, bo zaczął się sezon na kaczynę. Zostawiamy parkę na rozmnożenie w przyszłym roku. Plus Kaczusię Kasię, która niedawno zniosła mi zapas jaj na zimę.


I drugie stadko. Tu wszystko po Bożemu. Same indyki. Nastolatki kilkumiesięczne wzrostem już dorównują matce, ale reszta wiadomo, długie nogi, długi ogon i wielki apetyt. Jak u dorastających młodych ludzi.

17 października 2023

Ochłodzenie

I przyszedł nów z zaćmieniem i pogoda (jak i nasz rząd, który umyślił sobie w tym terminie wybory i go zaćmiło na amen) ma się ku diametralnej zmianie. Dawni astrologowie logiką swoją doszli prawa, że cień, jaki podczas zaćmienia rzuca glob księżycowy na Ziemię wychładza atmosferę, stąd spodziewać się należy zmian pogody i anomalii trwających od kilku miesięcy po czasem nawet rok i więcej (zależnie od położenia w znaku i ważności zaćmienia). Niedługo, podczas pełni czeka nas kolejne, tym razem księżycowe, a w przyszłym roku 3 kolejne zaćmienia na wiosnę i 3 na jesień! Tak zaćmieniowy rok jest bardzo rzadki, dlatego zapowiada się duże pogorszenie i wychłodzenie klimatu, zimno, wiatr, deszcze, nie ma co ukrywać. Zapasy mogą się przydać, czy to nasion czy przetworów, na dłużej.
Na razie wyraźnie spadła temperatura w nocy, zbliżając się do granicznego dla resztek upraw zera. Nocami leje zimny deszcz. W dzień pojawia się zza chmur nieco słońca, ale ociepla już ono nieznacznie powietrze, choć pozwala jeszcze żerować ptakom i zwierzynie na pastwisku.
Ściągnęłyśmy dynie z pola i ogrodu. Mikre to zbiory w porównaniu z ubiegłymi latami, większość owoców niedojrzała. Nic to, te najmniejsze skarmiam na bieżąco, trąc dziobatym i krojąc paszczatym do jedzenia, więc nic się nie ma prawa zmarnować. Te większe i duże warzywa powędrowały na poddasze, gdzie będą leżakować ile się da.
Ważną sprawą jest wyczyszczenie koziarni i kurnika z obornika. Jeden boks już jakiś czas temu udało się samodzielnie obrobić. Tym razem pomagier skrewił (jak zawsze, już się nie dziwimy, dnia 15 miał odbiór pieniędzy z kasy państwowej, a to oznacza co oznacza), zaś traktor nie zechciał ruszyć, coś padło w systemie zapalania, akumulator czy podobne i trzeba się przeprosić z taczką. To oczywiście przedłuża zaplanowane prace.
Jeśli chodzi o chłody, to palenie pod płytą w kuchni raz dziennie podczas obiadu na razie wystarcza.

25 lipca 2023

Lato w pełni

I przeminęły doroczne trzy dni festiwalowe. Z których zaliczyłam osobiście jeden, pierwszy. Zakończył się pechowo, ale i szczęśliwie, bowiem samochód zaparkowany blisko domu kultury nagle zaparł się i nie odpalił mimo prób odpowietrzenia pompy, a działo się to blisko północy. Pomógł życzliwie kolega Jerzy, który podpiął naszego zdechlaka pod swój samochód i zaholował nas do domu. Za co dostał sera i jajek w nagrodę.
Anna przez dwa następne dni dojeżdżała na zajęcia warsztatowe i do swego stoiska rowerem, starą holenderką nie do zdarcia. Ja zaś pilnowałam domu i karmiłam ptactwo co 2 godziny, jak co dzień. Oglądając co najwyżej niektóre koncerty w relacjach bieżących transmitowanych przez FB. 
Na koniec koleżanka przywiozła nasze klamoty na miejsce swoim autem i tak to się skończyło. Choć nie, bo teraz trzeba uruchomić kwestię naprawy zdechlaka, wziąć lawetę itp. i zależnie od opinii mechanika zdecydować co dalej.
Póki co uwagę znowu zajęły sprawy ogrodnicze, zbiory cukinii i patisona (idą sukcesywnie na leczo i w gębusie naszych kózencji), ogórka (trochę na sprzedaż, trochę na przetwory), pierwsze pomidory, buraki czerwone, kapustne, jarmuż, cebula. 

Wieczorem, gdy już ptaszki i kozy są zapakowane pod dach, siedzimy gadając albo i nie - na tarasie, popijając cienkusza albo rozcieńczone wodą soki czy rabarbarowy kompot w celu nawodnienia organizmu i jak przystało na każdego rolnika "patrzymy jak samo rośnie". Nie wiemy już co to ekran TV, długie siedzenie przed monitorem. Czasem radio w tle pracy leci, a wieczorem biorę czytnik do ręki i sunę przez literackie historie aż oczy zaczynają się same zamykać.