Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdrowie. Pokaż wszystkie posty

20 maja 2026

Wiosna po francusku

 Wiosna przyjemna, nawet od czasu do czasu pada deszcz i zasila tą naszą piaszczystą glebę. Kozy są już dojone raz dziennie, bo synkowie chodzą spać do osobnego pokoiku dla młodzieży. Stąd poranne mleko jest dla nas. Na twaróg, jogurt, do zupki porannej i kawy lub kakao.

Właśnie, nauczyłam się pić często kakao. Kupuję najlepszej jakości, nieodtłuszczane, nie żałuję sobie akurat przyjemności dla zdrowia. Najczęściej naturalne w kostkach sprowadzane z Ameryki Środkowej. Wypróbowałam już różne kraje, Peru, Honduras, Kolumbię, Ekwador, dobre, każde ma jakiś inny odcień smaku, ale najlepiej "mi wchodzi" afrykańskie z Sierra Leone. Dodaję dużo cynamonu, kardamon, goździk, trochę mleka, słodzę lekko (pół łyżeczki) cukrem trzcinowym. Kiepskie wyniki krwi w zeszłym roku po niespełna dwóch tygodniach skoczyły w górę i mają się dobrze. Samopoczucie bez porównania lepsze, jak nigdy dotąd. Dobry sen, brak koszmarów, świetny humor. Z tego humoru nie tylko spaceruję codziennie leśną drogą i gadam z lasem i ptakami, to jeszcze uczę się mówionego francuskiego, wkuwam słówka, powtarzam i toczę rozmowy po francusku z psami, kozami, drobiem, ptakami, drzewami, mrówkami itd. itp. Psy już rozróżniają nową melodię mojej mowy i reagują dość dobrze na kilka nowych stałych haseł. Idziemy na spacer, wracać, biegać, zostać, jeść, spokój, bon appetit! Ponieważ nigdzie mi się nie spieszy robię niewielkie postępy, ale za to utrwalam nowe ścieżki neoronowe w mózgu, co sprzyja aktywnej głowie na starość. Francuski ma w sobie nie tylko muzyczność, łatwo się rymuje i śpiewa, ale akcentacja na ostatnią sylabę i podnoszenie tonu pozwala podnieść nastrój, to zadziwiające.

Rozważałam jeszcze naukę chińskiego, bo ma niesamowicie prostą gramatykę, ale wymowa wydała mi się nie do powtórzenia. Podobnie niewymawialny dla mnie jest angielski, a chrapliwość niemieckiego odstręcza. Po prostu i zwyczajnie kocham się tylko w językach romańskich, a czasem odsłuchuję jakichś lekcji łaciny, dla wprawy i świadomości.

Dodatkowo czytam codziennie po kilka książek na raz. Tych klasycznych, papierowych i na czytniku. Od dwóch lat zgłębiam ukochaną literaturę fantastyczną i zrobiłam już spore postępy w nowym spojrzeniu na tę dziedzinę. Zaczęłam od klasyki, polskiej i światowej, ostatnio doczytuję wszystkie powieści Lema, te które ominęłam dawniej. Zaliczyłam więc jak dotąd całego Verne`a, Wellsa, Philipa K. Dicka, Stapletona, Zajdla, Oramusa, Jacka Dukaja, i pojedynczo wybierane i na razie wąchane opowieści wielu innych autorów. 

Koleżanki pomogły nam zaciągnąć nową folię na duży tunel, Anna zgryzła glebę i posadziła już pomidory, posiała ogórki, cukinie, fasolkę. Tu i tam. Ja zaś wydałam sennik, dawny z nowymi uzupełnieniami i poprawkami w treści. Można znaleźć na allegro pt. "Język snu".

7 marca 2026

Wielka zmiana

I mamy wiosnę. W zgodzie z przepowiedniami naszego narodowego wieszcza, tudzież astrologów i meteorologów zima postraszyła i odeszła ostatecznie "za morze" nader wcześnie. Stało się to bardzo szybko, w ciągu kilku dni, gdy śnieg skruszał, lody rozpuściły się i zostały wchłonięte przez glebę. Jeszcze na cienistych ścieżkach leśnych i w cieniu dachów od północy zalegają resztki hałd na obrzeżach, te na podwórzu zjadają kaczki i psy, które uwielbiają lody. Słońce pokazuje się codziennie i zleciały już nowe ptaszki. Wciąż dokarmiam je niezmiennie, bo zostały zapasy w pudle i chcę je skarmić, nie zmarnować. Przylatują w mniejszych stadkach, ale wciąż zaglądają, w tym są też nowe gromadki innych - bardziej rozśpiewanych gatunków niż sikorki. Spacer i pobyt na powietrzu jest niezwykle przyjemny. Obserwuję ruch obudzonych już mrówek, naprawiających mrowiska przy drodze, nieco naruszone kopytami jakiegoś biegnącego zwierza w typie sporego jelenia, albo młodego łosia. Pojawiły się też już pierwsze pszczoły.

Wczoraj o świcie przebudziłam się i w półśnie długo słyszałam dziwny dźwięk, który skojarzył mi się z grającą kapelą celtyckich czy szkockich dudziarzy. Co jest grane? - zdumiewałam się, wymyśliwszy sobie, że słyszę muzykę ze ścierających się na morzu okrętów wojennych. Odkryłam prawdę dopiero w dzień, gdy zza lasu rozległ się głośny krzyk żurawia. Ach, to wy! Przyleciały niedawno, i już odprawiają swoje wiosenne rytuały, zaraz będą jajka i młode... Mój kaczor też już się starał, choć kaczuszka jeszcze się nosi z jajem. Czekam pilnie, bo już mi się zapas zeszłorocznych jaj skończył. 

Mam ataki dobrego humoru tak zabawne, że Anna fuka i nieomal tupie ze zniecierpliwienia. Zamiast się śmiać! Też kiedyś taka byłam zbyt poważna, ale zmieniam się. Zmienia mi się. Kiedy wychodzę na taras, żeby przywitać ptaszki, wołam na nie: "Cip cip tłuścioszki! A gdzie dzień dobry? Gdzie furkotanie? Tiu tiu tiu! Gwiżdżę na was, nie słychać?!" Odpowiadają mi z "płota" i gałęzi pobliskich drzew serdecznym zaśpiewem.

Anna w ciągu zimy przeszła i nadal jeszcze przechodzi fazę wzmożonego zainteresowania robótkami na drutach i przędzalnictwem. "Przędzie sobie, przędzie jak anioł dzieweczka...", oglądając przy tym instruktażowe filmiki na YT. Kręcą je kobiety młode i starsze, i mogą gadać o swych pracach i doświadczeniach godzinami, to cały świat! Przypomina mi to dzieciństwo, gdy mama po ciężkiej pracy na trzy zmiany znajdowała jeszcze czas na robótki i krawiectwo, którymi dorabiała sobie do pensji. I w domu usypiał mnie i budził stukot maszyny do szycia, maszyny dziewiarskiej albo kołowrotka.
Teraz Anna wyciągnęła z szafy maszynkę przędzalniczą produkcji białoruskiej, którą dostała lata temu od byłej właścicielki siedliska i stukot usypia mnie znowu. W każdym razie nauczyła się na niej, po kilku dniach wściekłych prób i oglądania filmików wyciągać nitkę ze zgręplowanej wełny, i nawinęła już wiele kłębków z tego, co czekało latami w workach na poddaszu. Na chińskich  drutach zaś udziergała dwie czapki, kilka par ciepłych skarpet, szalik, i mitenki dla mnie. Które przydały się i przydają, bo wciąż duże różnice temperatur między dniem i nocą dokuczają mi reumatycznymi bólami w lewym przedramieniu.

Poza tym czytam wielotomową hinduską "Mahabharatę", postanowiłam sobie przeczytać całość uważnie w ramach pielgrzymki do miejsca świętego, którą choć raz w życiu każdy człowiek powinien odbyć na tym padole łez. Podróżuję więc w głowie i wyobraźni (cieleśnie pielgrzymując co roku na Grabarkę). Tematem tego wspaniałego eposu jest potężna bitwa na polu Kurukszetra. Sama w sobie cudowna,  przy użyciu strzał spotykających się i neutralizujących w powietrzu niczym współczesne rakiety, dysków czekających za chmurami na gest wojownika, podkręcanych maczug zabijających słonie, które specjalnie tresowano do boju i pojono winem przed walką, aby nabrały animuszu, czy dzid obcinających głowy kilku walczącym naraz. Oraz tajemnych broni promieniotwórczych, wprowadzających w przerażenie całe armie i ludność okoliczną i zamierającą ze strachu przyrodę.

A teraz, śledząc w doniesieniach i komentarzach z radia, FB i YT wojenną akcję na Bliskim Wschodzie dotarłam do opisu pola bitwy po bitwie, pełnego pokawałkowanych trupów bohaterów zżeranych przez drapieżne ptaki i zwierzęta, odwiedzanego przez zrozpaczone wdowy i matki, piękne i wymuskane luksusowym życiem panie. Obraz pełen żalu, płaczu, żałoby, omdleń, bezradnych okrzyków nad biologią rozkładających się ciał wspaniałych herosów, mężów, synów, mistrzów walki i doświadczonych wodzów, których losy opowiadała wcześniej ta święta księga, porusza wyobraźnię i jest adekwatny do tego co już się dzieje i dziać będzie w Iranie i wokół niego.
Zaczęło się. Wielka bitwa przed końcem kolejnego okresu czasu, zwanego żelazną erą także u proroka Daniela w Biblii, jeszcze przed nami, ale już niedługo (w skali mniej niż 10 lat) wielu z nas dotknie osobiście. Szykujcie serca i  dusze, bo opadające jak liście ciała na pewno sobie poradzą.

25 lutego 2026

Zaśpiewanie

I po kilku dniach wzmożonego mrozu w okolicach dziesięciu stopni nagle przyszła odwilż, i oto piękno białego świata spływa jak makijaż na twarzy klauna. Hm, no, tak nagle to się nie odbyło, bo dwie noce wcześniej trapił mnie przeszywający ból w kości ręki, aż zaczęłam się bać zawału. W dzień ból zniknął zupełnie, powtórzył się słabiej kolejnej nocy i wraz z przenikliwym wiatrem przyszło uspokojenie: to meteoropatia. 

Makijaż spływa też nie tak hop siup, kupy śniegu więdną powoli, ale daje się już chodzić po podwórzu bez lęku, że się wywinie koziołka za każdym kolejnym krokiem. Ptaszki już nie zlatują do karmnika aż takimi gromadkami, jak dotąd, a moje rozmowy z nimi mają się tak. Gdy rano wychodzę na taras w swoich gospodarskich czynnościach i widzę, że nic nie odfruwa mi spod nóg i sprzed oczu na krzaczki, głośno wyrażam swoje zdanie:
- Hej ptaszkowie rostomili, a gdzieście wy się podziali? Już ciepełko wam zagrało? Już o mnie nie pamiętacie? Jak tak można tyle czasu korzystać z gościny, a teraz nawet dzień dobry nie powiedzieć?
I nagle z akacji przy domu rozlega się znajome ćwierkanie.
- Jestem tutaj! Słyszę, widzę cię! Witaj!
- O, zmieniam zdanie! Miejcie się dobrze, niech się wam wiedzie, wiosna idzie, cieszmy się! 

Idąc do kurnika wołam śpiewnie:
- Hej, kaczusie Kasie! Śniadanko idzie do was. Kasie jak się masie?
I kaśki odpowiadają radosnym kwakaniem, szykując dzioby do pełnej michy. Utuczyły się w zamknięciu i muszą odzyskać dawną ruchliwość. Wypuszczam je już na dzień, taplają się w kałużach z topniejącego lodowca i zwiedzają kąty, w tym ogródek, z wielkim zapałem.
- A, cóż to? Patrzycie czy już rośnie? 

Ach, ten zwierzęcy świat! Jest z kim porozmawiać, pośmiać się, pogwizdać, pośpiewać albo powściekać się na kogo, gdy nieposłuszny czy uparty. 

18 listopada 2025

Wszystko się może zdarzyć...

A zdarzyło się... marchewkowe pole. Prawdziwe, całe w marchewkach! Kombinat rolny dwie czy trzy wioski dalej, który je obsiał i zebrał kombajnem zostawił resztki dla chętnych. Chętni skrzyknęli się, a jakże. Także i Anna dostała cynk i któregoś niedawnego dnia wyjechała po porannym obrządku naszą francuską paką na warzywobranie. Kilka godzin później przywiozła tyle, ile zdołała własnoręcznie zebrać z tego, co zostało po maszynie w bruzdach, i ile się zmieściło w samochodzie. Oraz trochę naci, która dostała się od razu kozom i drobiowi. Zjadły ze smakiem. 

Następnego dnia stanęłyśmy obie do kolejnej parogodzinnej pracy. Trzeba było marchew przebrać i posegregować do skrzynek. Trudno mi powiedzieć ile ich było. Dużo. Marchew będąca w całości trafiła do ziemianki, ta naruszona, spękana i połamana do sieni, skąd na bieżąco pobieramy ją do jedzenia. Krojona pędzi do kozich brzuchów dwa razy dziennie, ponadto Anna reaktywowała sokowirówkę i tak oto codziennie wypijamy po dużym kubku świeżego soku marchwiowego. Ja z dodatkiem soku z cytryny (jabłko wolę pogryźć osobno). Zresztą kombinat zebrał warzywa krótko przed przymrozkami, umiejętnie wyczekując chwili, gdy są najsłodsze. I to jest prawda, są słodkie i nie potrzebują dosmaczania owocami. Tym sposobem przeszłyśmy naturalnie na dietę z wysoką ilością błonnika, co ma swoje duże zalety zdrowotne.

W takim razie śpiewamy sobie zgodnie:

Marchewkowe pole rośnie wokół mnie
W marchewkowym polu, jak warzywo tkwię
Głową na dół, zakopany niczym struś
Chcesz mnie spotkać, głowę obok w ziemię wpuść!

Mało tego... przyszedł cynk, że zostało trochę buraków po kombajnie. Dwa dni Anna biła się ze sobą, aż nie wytrzymała i pojechała. I znów skrzynek przybyło... na kuchni pitraszę zupę burakową i buraki do sałatki z chrzanem, do marchewki doszedł mocniejszy czerwony kolorek, a Anna szykuje zakwas.

21 sierpnia 2025

Kryniczny chłód

Trochę ciepła przeplatanego chłodnymi nocami, które robią się coraz zimniejsze. Rano o poranku trzeba już wkładać katankę do dojenia, bo dreszcz przechodzi przez ciało. A okno w sypialni zamykać wieczorem, bo obudzić się można z chrypką i pokasływaniem mimo ciepłej kołdry. Kiedy się mieszka przy lesie powietrze nad ranem jest wilgotne i mgliste, o tym trzeba pamiętać (albo się przekonać na swojej skórze).

Taka temperatura sprzyja jednakże robieniu serów, raczej wtedy nie puchną i dojrzewają spokojnie na powietrzu, zamiast się pocić i lepić w upale. Wykorzystuję ją zatem jak i porę sezonu, gdy mleka jest dostatek, aby zrobić zapas żółtych na jesień, a z czasem na zimę. Pizza się szykuje.

Anna zaś w rozjazdach, również jak najbardziej sezonowych. Bo imprez w regionie sporo, jarmarki, święta, koncerty i warsztaty urządzane w domach kultury tu i tam. Właśnie odbyła dwudniowe warsztaty balwierskie w Korycinach, gdzie instruktorka z Łodzi uczyła barwić tkaniny naturalnymi barwnikami, w tym wypadku indygiem wytwarzanym w Indiach. 

Odbyłyśmy także wieczorny doroczny wyjazd pielgrzymkowy na święto Spasa na górze Grabarce. Pomodliłam się, zapaliłam świece wotywne w intencji zdrowia naszego i rodziny, obmyłam się w strudze, zostawiłam chorobę do spalenia w specjalnym piecu przez siostrzyczki, napiłam świętej wody i nabrałam trochę zapasu do butelki (który wypiłam w całości już w nocy). Zimna, kryniczna woda ze studni jest najsmaczniejsza. 

Poza tym ogród karmi nas już co dzień, dając: cukinie, patisony, buraki, czosnek, ogórki, pomidory, fasolkę oraz wszelkie zielone smakowe zioła przyprawowe do herbatek, zup, sosów, sałatek albo kanapek. Mnie zaś wziął i chwycił apetyt na kakao! Piję je wieczorami - niealkalizowane, gotowane na świeżo udojonym mleku kozim, z cynamonem, kardamonem i posłodzone łyżeczką miodu z pasieki sąsiada (sto procent miodu w miodzie). Ot, taki mam odlot w kierunku słodkiego ciepła.

9 sierpnia 2025

Twarogowa starka

Czas biegnie, ucieka spod stóp. Kiedy wkracza się w bramę starości, rzeczy odmieniają się, choć nadal zdają się takie same pozostawać. Zmiana zachodzi w głowie i w sercu. Ciało zwalnia, wszystko nabiera innego sensu. A raczej traci poprzednie sensy i motywacje, zaś to co się spoza tej utraty wyłania istnieje jak perła osłonięta do tej pory "ziemskimi ambicjami i mniemaniami". Oczywiście motorem dotychczasowym były hormony i ich interesy. Po ich uspokojeniu się i podczas zanikania wpływu wyłania się nowy świat. 

Przypuszczam, że są staruszkowie, którzy nigdy nie dają sobie spojrzeć na świat tym nowym, a jakże odwiecznym okiem, bo ich motorem są płytkie emocje, gniew albo strach (oczywiście przed utratą wpływów i opuszczeniem tego padołu). Ale ogół ludzi starzejących się reaguje na ten tajemniczy proces podobnie (nie wliczam gwiazd estrady, które - nieszczęsne - malują się na nieśmiertelne), i jak najbardziej naturalnie. Bo Mać Natura już to wszystko zabezpieczyła i nie ma się czego bać, wszystko samo się toczy swoim starodawnym torem. Nie potrzeba też do tego wielkiego rozumu, a wręcz zdobyta wiedza musi zostać w pewien sposób przełamana i odrzucona. Mądrość życiowa bowiem wcale nie jest intelektualna, a płynie poprzez serce.
Babcie i dziadkowie zawsze mieli i jeszcze nadal mają, choć młodym wydaje się, że to nie istnieje, swoje ważne zadanie w rodzinie i społeczności. Ponieważ ich świadomość przesuwa swoją uwagę ze spraw ciała i biologii na sprawy ducha (choćby i nawet niektórzy deklarowali się materialistami), a serce otwiera się, to kwestia szczęścia najbliższych i dalszego prosperowania rodu jest w ich gestii ochronnej. Robią to przy pomocy spontanicznej modlitwy, o której czasem sami może nie wiedzą, że ją uskuteczniają. Łącząc chcąc nie chcąc ten padół z wyższym wymiarem i otwierając nad otoczeniem parasol ochronny. 
Im babcia czy dziadek starsi, tym częściej można ich spotkać na spacerze, wpatrzonych w przyrodę, na cmentarzu, albo z różańcem w kieszeni lub szufladce koło łóżka odmawianym podczas długiej bezsenności nocnej, (która też jest naturalna). 

Tak, powiecie, ale... ci sami staruszkowie wplątani w polityczne walki, głosują tak, jak nimi hasła i obietnice formułowane w cichych gabinetach - sterują, i stają się przedmiotem gry, w której są ofiarami, w żadnym razie zwycięzcami. Pomyślcie, czemu tak się dzieje? Czemu staruszkowie tak bardzo się boją i żywią gniew, plując na siebie i innych i wrzeszcząc dziwne hasła na miejskich placach i pod kościołami? Zamiast dbać o wnuki, odpoczywać w sanatoriach i hodować pomidory i kwiaty na działkach? To nie jest wina różańca w ich kieszeni. Tylko coraz bardziej nienaturalnego systemu, w którym coraz mniej dla nich miejsca, mniej sensu, mniej potrzeby istnienia i mniej szacunku, a coraz więcej samotności i drwiny.

Ten przydługi wstęp dałam po to, aby odnotować, że mamy już kolejny miesiąc za sobą. Zimnego i dość nawet wilgotnego lata. Minął już doroczny festiwal w naszej gminie, Anna udziela się co rusz na zajęciach warsztatowych w regionie, ja zaś zdołałam zrobić kilka żółtych serów (nie wszystkie wyszły z powodu nadmiernej wilgotności powietrza) i wróciłam do codziennego wyrobu bezpiecznych twarogów, chodzę na spacer z psami i czytam. Znajomy kucharz celebryta donosi, że twarogi są ostatnio, na mocy bożka Tik Toka, wielkim hitem żywieniowym w Stanach. Młodzi je odkryli, nazywając "najczystszą formą białka". Ponoć brakuje tych serów w marketach, tak są popularne. Dla Słowianina to nadal prawda codzienna i oczywista. Dla mnie w każdym razie jak najbardziej.

19 lipca 2025

Żniwa porzeczkowe i dieta nie tylko lipcowa

Pogoda lipcowa zmienna, słabo przewidywalna. Nagłaśniane przez media upały (które trapią całą resztę Europy, łącznie z Anglią i Skandynawią) zamieniają się w najwyżej dwa dni ciepłe i słoneczne, po których zawsze przychodzi więcej niż tydzień dni chmurnych, ze słabym słońcem, z deszczami i burzowymi pomrukiwaniami. Kozy lubią tę pogodę, a że oba pastwiska już szczegółowo wygryzły, prędko zmykają każdą dostępną dziurą w świat zewnętrzny („do wilka”) i kończy się na bieganinie Anny po krzakach i lesie z wielkim krzykiem i gniewem. Tym niemniej przy okazji znosi do domu znalezione przy gonitwie kurki, które idą na marynatę w domowym occie jabłkowym.

Porzeczkowe żniwo dotychczasowe: 18 dżemów z czarnej i czerwonej, 10 buteleczek soku z nich, plus 3 i pół litra soku z sokownika oraz zapas mrożonych surowych owoców na kompoty, które pijemy przez cały dzień. Pozostaje jeszcze kilka krzaczków nieobranych, a zroszonych deszczem, więc czekają na słońce, te pójdą do gąsiora. Oraz 3 krzaki białych porzeczek, które dojrzewają najpóźniej. Z nich robię dżem, który przypomina w smaku i konsystencji żurawinę i można go używać jako dodatek do mięs na słodko. Mój ulubiony. 

Mam ostatnio istny odjazd na twaróg i kozie mleko. W ogóle z powodu szwankującego woreczka i innych starczych dolegliwości zmieniłam dietę na wysokobiałkową, niskotłuszczową i niesmażoną, łatwostrawną, niskosłodzoną, bezglutenową jak zawsze, bezjajeczną w praktyce i bezalkoholową. Odpadły z niej warzywa wzdymające: fasola, groszek, cebula, czosnek, brokuł, kalafior, kapustne, jedzona na surowo zielenina oraz potrawy smażone. Uprawiam także od kilku miesięcy post przerywany typu: 8-godzinne okienko żywieniowe (od 9.00 do 17.00) i 16 godzin niejedzenia. Piję w ciągu dnia 1,5 litra wody z dodatkiem kompotu, do tego jedna kawa o poranku, a po południu kakao. Na śniadanie i obiad zupa, mleczna z kaszką jaglaną albo kukurydzianą bądź ryżem, i na obiad jakaś zupa warzywna z wkładką mięsną, czasem ryba pieczona z warzywami i jogurtowym dodatkiem. Na kolację twaróg z odrobiną miodu lub chrzanu, pieczona wątróbka, befsztyk z frytkownicy albo kanapki. Z surowizny: arbuz, banan, jabłko, marchew tarta, zielona posypka do potraw z ziół ogródkowych, ogórek. I kiszonki: małosolne ogórki albo buraki. Z tłuszczy używam głównie masła i olejów z zimnego tłoczenia, lnianego, z ostropestu, z czarnuszki (odrobinę na smaczek) albo rydzowego, wszystkich na surowo do polewania zupy albo warzyw i sałatek. Wyzbyłam się sporą ilość kamieni, które jeszcze czasem doskwierają uciskiem pod żebrem, w dołku lub lekką kolką w boku, ale coraz to mniej. Od czasu, gdy się ważyłam ostatni raz przedtem (może 2 lata temu) schudłam prawie 10 kilogramów i poszło to teraz nadzwyczaj łatwo. I może trochę za szybko. Więc choć zostaje jeszcze kilka do zrzucenia nadwyżki dokarmiam się swobodnie w odpowiedniej porze, aby zachować równowagę i pełnię.

Spacerem delektuję się powolnym co dzień, w towarzystwie obu psów,  z lasem z jednej, a polami kwitnącej obecnie gryki, huczącej od pszczół i innych owadów zapylających - z drugiej strony.

8 marca 2025

Przedwiosenne istnienie

Przyleciały żurawie, świetnie, bo już się o nie martwiłam, o tę rodzinę, która stale zza lasu południowego nadaje z rana i wieczora, a czasem przelatuje nad chatą. Nieco wcześniej zleciało się trochę wędrownych mniejszych ptaszków, i wreszcie słychać z okolicy i drzew wokół obejścia pocieszne kwilenia i kląskania, zamiast krakania, skrzeczenia, pohukiwań i chichotów zimowych ptaszydeł.
Po mroźnym okresie, dość długim, ale w przewadze suchym, bo rzadko spadała odrobina śniegu, zaczyna się suche przedwiośnie. Słońce wysoko i ostro świeci, dając tym radośniejszy nastrój światu, ale deszczu ni widu ni słychu.
Wykonuję codziennie poranny spacer drogą koło chaty, słuchając nowin leśnych, razem z węszącymi psami i przezwyciężając przedwiosenne niedomagania, które mnie dopadły, w tym nawrót kamicy po roku zupełnego spokoju w tym względzie. Leczę się domowymi sposobami, powoli wychodzę z zapaści, ale pewnie jeszcze to potrwa, bo ledwie się snuję, taki brak siły.
Zadałam sobie także dotrzymanie wielkiego postu, 3 dni całkowitej głodówki mam za sobą, teraz jem tylko zupę warzywną z odrobiną oleju i piję dużo wody z cytryną dla oczyszczenia organizmu. Zero mięsa, mąki, potraw smażonych, tłuszczu zwierzęcego, kawy i alkoholu. Nawet nieźle mi idzie. A to już piąty dzień.

Misia się rozpędziła i daje już 1,5 litra mleka dziennie, które zbieram, kwaszę i zamieniam w twaróg, a potem go gliwię i robię z niego pyszny serek topiony z kminkiem. Właśnie pierwsza porcja dojrzewa, musi to robić kilka dni, bo przekonałam się, że zesmażony zbyt wcześnie wychodzi za rzadki i mniej smaczny. Musi w tym swoim gliwieniu nieco wyschnąć i zacząć lekko charakterystycznie "pachnieć".

Poza tym drukarnia się wreszcie ogarnęła i po kilku dyskusjach i korektach dała termin realizacji, 19 marca. Kiedy zobaczę książkę w ręku i sprawdzę, czy nie ma błędów dopiero będę mogła zacząć fazę dystrybucji. Niewiele egzemplarzy, bo sto. Nie lubię szaleć, a szybki dodruk jest zawsze możliwy. Książka jest o niszowej treści i mało kto jest w stanie ją przeczytać, choć wszelkie trudności w niej są objaśnione. Nie spodziewam się cudów po ewentualnych czytelnikach. To rzecz dla znawców i miłośników tematu proroczego, historii, symbolizmu i boskich tajemnic istnienia.

15 lutego 2025

Zimowanie

Minął styczeń, mija luty. Niespodziewanie nadeszły mrozy, większe niż około-zerowe przymrozki, nocą dochodzące nawet dwunastu stopni. Sucho przy tym, śniegu jak na lekarstwo. Ptaki domowe snują się zmarznięte po obejściu, dwie kury już zostały pożarte przez las, więc nie spodziewamy się niczego innego, niż zaofiarowała nam wiosna zeszłoroczna, gdy trzeba było wybić prawie całe stado drobiu w wyścigu z drapieżnikami.

Nabrałam nowego pro-zdrowotnego zwyczaju, wychodzenia o poranku na krótki spacer (w sumie jakiś kilometr) traktem koło chaty. Z psami, które to uwielbiają. Obserwacja przyrody codzienna otwiera zmysły lepiej,  niż jakiekolwiek inne rozważania. Namierzyłam dzięcioła-sąsiada, raz słyszałam już nawet głos pojedynczego żurawia zza lasu, było to przed mrozami, więc mam nadzieję, że zawrócił do swoich. Poza tym głównie aktywne są gawrony i para kruków mieszkająca opodal przez okrągły rok, która właśnie rano, gdy sobie chodzę, kończy swoje obloty po terenie i zwołuje się krakliwie do gniazda. W nocy pohukują sowy, odzywa się też ptak, którego nazywam "śmiszkiem", bo jego głos przypomina rechotliwy śmiech, albo też "gwizdacz", z którym już umiem pogadać, naśladując jego gwizdy całkiem zgrabnie. Widuję również w dzień na tarasie jak zawsze małe ptactwo w typie sikorek, w te mrozy podrzucam im trochę karmy. 

Mimo tej spacerowej nowej tradycji dopadła mnie zaraza przedwiosenna, zwleczona przez Annę z warsztatów z dziećmi, jak zawsze to bywa. Najpierw ona, teraz ja. Na szczęście nic poważnego, raptem katar, zrazu nieco gardło, i potem pokasływanie, gorączka malutka albo wcale. Uruchomiłam materac elektryczny i pokonałam atak dreszczy jednego popołudnia. Biorąc tylko witaminy i krople do nosa. Przez ten czas jedna z kóz poroniła, (zdarzało się i to w naszej hodowli, choć na kilku palcach można zliczyć przypadki), nie jest najmłodsza, poza tym ma agresywną bodącą siostrę dominatorkę. Zatem zaczyna się dojenie, na razie tyle co do kawy, ale w sumie w samą porę. Bo już trzeba było raz dokupić mleko sklepowe do śniadaniowej jaglanki i do kawy właśnie.

Zimowe wieczory zaś i noce częściowo w czas przebudzeń spędzam na lekturze. Och, co radość mieć takie przestrzenie do penetracji wyobraźnią. Głównie czytam fantastykę, począwszy od najstarszych dzieł, ale i nieco filozofów i ksiąg świętych różnych kultur, oraz ufologów. Moje dzieło życia wreszcie żmudnie złożone, pofrunęło do drukarni i czeka na egzemplarz próbny.

7 grudnia 2024

Troiście

Zdjęcie okolicznościowe, ot z jakiejś drogi. U nas Mikołaj jeszcze na biegunie dobrze chrapie. 

Szczęściem, poprzednio opisana awaria skończyła się po czterech dniach ciurkania, a nie po siedmiu, jak żem sobie pożartowała. Od tej pory nastrajam się do przedświątecznych porządków i przede wszystkim mycia lodówki, którego najbardziej nie lubię i zawsze trzeba mnie gonić batem. Tym razem mikołajowym, tym na renifery... 

Anna już się rozpędziła i wieczorami spędza czas na robieniu choinkowych ozdób ze słomy i kolorowej bibułki przy świątecznych filmach na Netfliksie lecących. Ja się na razie skusiłam na obejrzenie w ciągu trzech wieczorów trzech części "Hobbita", pewnie dzięki skojarzeniu krasnali z atmosferą świąteczną. Przed nami jeszcze "Władca pierścieni" też w trzech odsłonach. Nabrałam smaku po przeczytaniu całej trylogii Tolkiena po raz trzeci (i pewnie ostatni) w życiu, wziąwszy ponad dwudziestoletnie przerwy wymagane, aby zapragnąć tego po raz kolejny.

Z atrakcji ostatnich była konieczna wizyta w gabinecie dentystycznym i dzisiejsze jajo, które zniosła stara Pulcheria, może w ramach podarunku świątecznego dla mnie? bo już zapas kaczych i indyczych wziął mi się i wyczerpał... Co prawda, odkryłam niedawno, próbując wszystkiego wpierw z wielką ostrożnością, eksperymentalnie, że moje alergie cudownie zniknęły. Hurra! Mogę jeść glutenowe specjały, fasolę i groch oraz jaja kurze, curry i kurkumę, cieciorkę i ciecierzycę, zupełnie bez efektów ubocznych. Kupiłam więc sobie zapas mąki orkiszowej, i Anna na dobry początek ulepiła nam pierogi z kapustą i grzybami. Kiedy ich spróbowałam dopiero poczułam, czego mi brakowało tyle lat! Jem już też chleb, ale bez przesady i tylko domowego wypieku.

6 września 2024

Koniec lata



Lato kończy się dość upalną suszą. Piszę dość, choć temperatura codziennie sięga 30 stopni, zaś niebo bywa bezchmurne, ale trwa to krótko, a późniejsze poranki i wcześniejsze wieczory zrównują odczucia do przyjemnego ciepła. Cienia ci u nas dostatek, jak widać na powyższym zdjęciu. Drzewa swoje robią.
Powoli dobiega końca przetwarzanie ogrodowych zbiorów, mniejszych niż w latach ubiegłych. To nie jest wynik jakiejś katastrofy, a zamierzony efekt. Po prostu świadomie zmniejszamy nadmiary, nam osobiście niepotrzebne, słabo sprzedawalne albo wcale, które nie przynosiły żadnej satysfakcji z nijakich zysków, a raczej wkład pracy i czasu, aby je uzyskać.
Ogórek już się skończył, ale dał nam siebie tyle, że uzupełniłam braki w zeszłorocznych kiszonych zapasach, głównie w postaci krojonych sałatek o kilku smakach i paru słoiczków korniszonów na domowym occie. Służyły też oczywiście na surowo do mizerii i tza-tziki.
Papryki nie było wcale, bo tej ostrej mam jeszcze mrożony zapasik na tę zimę i Anna wiosną stwierdziła, że w ten sezon zrobi sobie z nią przerwę i przyoszczędzi na podlewaniu.
Teraz kończą się pomidory, w tym roku szybko psujące się i mało słodkie. Uzupełniłam zasób soku pomidorowego, który piję i zjadamy często. Zawiera ważny dla zachowania zdrowia i odporności składnik, likopen, więc czemu go sobie żałować? Wyciskarka wolnoobrotowa daje radę dokładnie oddzielić sok od skórki i ziarenek, potem stawiam sok w garze na ogniu, dosmaczam nieco solą kamienną, pieprzem czarnym albo odrobiną ostrej papryki i wrzący przelewam do butelek. Nie trzeba już pasteryzować. Mniam! Nie ma pyszniejszej zupy czy sosu jak z takiego właśnie soku. Niech się wszystkie koncentraty fabryczne schowają. Butelki przechowuję w ziemiance i nic złego się nie dzieje ich zawartości.
Anna ściągnęła już z ogrodu cukinie. Trzech różnych odmian. Ładnie wyrosły na wzniesionych grządkach i wałach, część leżakuje w ziemiance, część na tarasie, na bieżąco używam je do naszych potraw oraz karmię nimi kozy, robią za dodatek warzywny dla nich, podobnie dzieje się z burakiem liściowym. 
Kapustne i jarmuż tudzież fasolkę szparagową zjadamy na bieżąco. Z ziół skończyła się mięta i kocimiętka, bo zrobiłam z nich syrop, którym dosładzamy napoje. Czeka jeszcze nać pietruszki i selera oraz bazylia do ususzenia na przyprawę.
Buraczków czerwonych było mniej niż w tamtym roku, zrobiłam z nich kilka słoików ćwikły.
Jabłka już się kończą. Spadają resztki, owoce duże i słodkie, w większości nadgryzione przez osy i szerszenie. Dały trochę pysznych dżemów i kilkadziesiąt butelek (małych i dużych) soku z sokownika. Musi starczyć na kolejne 2 lata, do następnego kwitnienia drzew. Co roku zresztą przezimowuje ich mniej, więc i sad minimalizuje nasze uzyski i pracę, sam z siebie.
Kilka późnych śliwek węgierek da pewnie kilka słoiczków dżemu. I jeszcze jakiś kompot z dodatkiem rabarbaru i słodkiego jabłka.
Ziemniaki, przywiezione od znajomego rolnika w dużo mniejszej ilości, bo starzejące się resztki przetrzebionego drobiu są na odchodnym, leżą już złożone w piwnicy, sięgam kiedy i po ile chcę. Zakupiłyśmy beztłuszczową frytkownicę i dość często wrzucamy do niej trochę krojonych kartofelków, cukinię czy pierwszą dynię, cebulkę, czosnek, kilka liści jarmużu, aby mieć szybki obiad albo kolację. Pokropioną na talerzu olejem tłoczonym, lnianym czy z ostropestu. Z dodatkiem sałatki ze świeżych pomidorów i cebulki na przykład.
Do codziennego przetwarzania należy oczywiście serowarzenie, potrwa to jeszcze przez jesień, acz stanie się stopniowo rzadsze i mniejsze. Teraz dopiero robię żółte sery, nawet wychodzą mimo upału, bo zrobiło się sucho, tworzą się więc pewne zapasy na tygodnie i miesiące do przodu. Używamy do kanapek, zapiekanek i pizzy. Co kilka dni zaczyniam w jogurtownicy kolejną dawkę świeżego jogurtu, który zjadamy na śniadanie z dodatkiem dżemu domowego i tak się plecie.
Spytacie zatem, co kupujemy w sklepie, bo chyba niewiele potrzeba... No, tak, ostatnio uzupełniłam zapas cukru, bo był w promocji w Biedronce, soli kamiennej, skrobi ziemniaczanej, kilku cytryn, które używam do napojów, jogurciku activia, którym zaczyniam domowy wyrób z koziego mleka (wypróbowałam kilka i ten najlepiej się sprawdza smakowo i jakościowo) i butelkę czystej wódki, żeby nastawić malinówkę. Maliny bowiem już masowo schną i chyba nie zdołają odrodzić się na jesień z owocami. Kupujemy również makaron, który u nas idzie dla psów, bo ja jem z rzadka tylko bezglutenowy, a Anna własnoręcznie, gdy jest potrzeba przyrządza sobie makaron domowy, z jajek od naszych dwóch ostatnich kur, głównie do rosołu. Takie i podobne zakupy robimy raz na dłuższy czas, koszty żywienia są więc mocno zredukowane.
Co do grzybów, to po zebraniu pewnej ilości kurek na początku lata, zanikły w lesie wszystkie gatunki i jak na razie nie wygląda to słodko dla grzybiarzy. Zdołałam się jednak nimi najeść, nastawiłam kurkówkę i kilka słoiczków w occie. I chwacit, jak to na Podlasiu mawiają.


Jak widać na powyższym zdjęciu domowniczki, Pasza z Labą mają się dobrze, starannie pilnując obejścia i stad tego i owego. A raczej już stadek. Samo gumno, wydziobane starannie przez drób przypomina plażę, mieszkamy wszak na wydmie leśnej. Wciąż mamy nadzieję, że przynajmniej po bokach jakaś trawka odrośnie w przyszłym roku, jak bywało na samym początku naszego zamieszkania tutaj. Jest plus tej sytuacji taki, że nie potrzeba kosić podwórka i hałasować sąsiadom.

29 lipca 2024

Szczyt lata


I kolejny miesiąc lata mija. Czas biegnie swoim trybem. Porzeczki zostały zerwane i spożytkowane, czarne, czerwone i białe. Kończą się ogórki - w tym roku powstał zwiększony zapas sałatek kilku rodzajów, bób został pożarty, zjadamy jarmuż i seler, fasolkę i fasolnik, a częściowo idzie do zamrażarki. Przed nami pomidory i jabłka.
Winko porzeczkowe bulgocze cierpliwie w gąsiorze. Nastawy ziołowych nalewek leczniczych uzupełnione macerują się (glistnik, piołun, orzech, goździk, pieprznik jadalny, dziurawiec).

Przeminął także doroczny festiwal folkowy w naszej gminie. Klasycznie, Anna prowadziła warsztaty ceramiczne i swoje stoisko, w czym jej pomagałam przez dwa popołudnia. Jako i zazwyczaj.


[Zdjęcie sprzed dwóch lat, ale nic się nie zmieniło]. No, może oprócz tego, że stopniowo wszystkim nam ubywa czasu i młodości, co sprawiło, że kilku dawnych znajomych ledwie poznałam przy niespodziewanej konfrontacji. Nie śmiałam zapytać czy i ja na tyle się zmieniłam. Cóż, w środku nic a nic mi nie brakuje, wręcz jakby ubywało mi zmartwień i ciężarów psychicznych, więc dusza wręcz się rozwija. Tyle dobrego.

Anna zaliczyła jeszcze inne jarmarki w okolicy i kilkudniowe warsztaty tradycyjnego wypału ceramiki tzw. siwej w domu kultury w sąsiedniej gminie. Z budową i paleniem stosownego pieca z cegły i gliny, co widać na zdjęciu poniżej.


I przykłady takich podlaskich miejscowych naczyń, robionych bez użycia szkliw.


Było trochę męczących upałów, ale przyzwyczajenie chyba robi swoje, ledwie je zapamiętałam. Teraz pojawiają się co rusz spontaniczne opady, zachmurzenie, wiatr, strząsający jabłka z drzew i pogoda jest znośna pod względem temperatury. 

29 lutego 2024

Siedem srok na drzewie

Ciepła, a od czasu do czasu nawet słoneczna pogoda sprzyja myśleniu o wiośnie. Nie wiadomo już za co się zabrać a co kończyć, żeby zdążyć na start kolejnego sezonu. Zwłaszcza, gdy się siedem przysłowiowych srok za ogon trzyma.

Anna co i raz różne biznesy załatwia, rolne, urzędowe, remontowe, zleceniowe, raz warsztaty, innym razem konstruuje zabudowę poddasza, lepi naczynia i talerze, szkliwi i wypala, jeszcze innym jakieś internetowe webinary obczaja i uczy się montażu filmików, tudzież walczy z kompostem i ściółkowaniem krzaczków oraz szykowaniem grządek pod zasiew. Dodać należy zwyczajne obowiązki, kozy, drób, noszenie drewna, pranie, czasem wypad do sklepu i oto jest się w czym pogubić. 
Ja też mam swoje sroki, oprócz obowiązków codziennych, gotowania, omiatania chałupy, obrządków zwierząt, bo aż trzy książki usiłuję skończyć, aby ruszyć jakoś z ich wydawaniem. Jestem drobiazgowa i redagowanie tekstów, wciąż dopisywanie szczegółowych treści, zabiera mi mnóstwo czasu. Nie jest to dobre dla ciała fizycznego i zdrowia, bo siedzenie boli, oczy słabną od gapienia się w ekran. Staram się jak mogę ćwiczyć Ći-kong lub ile się da chodzić zamiast siedzieć, i już na przykład nawet z oglądania filmów zrezygnowałam.
Po pierwsze i najważniejsze niemożebnie mnie znudziła sztuka filmowa, oglądam co najwyżej dziennie jeden lub dwa filmiki ulubionych "kanalarzy" na YT, a intelekt trenuję na książkach. Czytam je w nocy, bo dopada mnie niekiedy, częściej niż rzadziej, bezsenność śródnocna, więc zamiast się denerwować i przewracać z boku na bok, palę w ciemności chińską punktową latareczkę, biorę czytnik i wchodzę w światy wyobraźni, o niebo ciekawsze od obrazkowych współczesnych "bohomazów". Prawdziwa satysfakcja!
Od początku roku udało mi się już 15 książek przeczytać, teraz studiuję szesnastą. Różnego autoramentu, od "Dziejów" Herodota, opowieści filozofa Jamblicha czy Pitagorasa, religioznawczych wywodów Sir Frazera przez zadziwiające powieści fantastyczne Snerga-Wiśniewskiego (dopiero teraz widać, że był wizjonerem) czy współczesne fantastyki i koncepcje na temat SI autorstwa Jacka Dukaja, po podręczniki astrologiczne.

Temu wszystkiemu towarzyszy przyroda, śpiewy małych ptasząt wiosennych w lesie obok, klucze powracających gęsi i żurawi. Wczorajszy widok nawet mnie zadziwił, choć już widziałam nasze ptactwo w różnej akcji! Stało się to wkrótce po tym, jak po niebie przeparadował ogromny klucz dzikich gęsi. Nasze indyki stwierdziły, że też chcą poznać więcej świata. Zdołałyśmy jeden moment uchwycić na krótkim filmiku, najlepiej odtwarzać go w zwolnionym tempie, 0,5. 

Prawie wszystkie, oprócz trzech najcięższych indorów, które nie zdecydowały się na wspinaczkę wysiadywały niczym orły sokoły na gałęziach naszego podwórkowego dębu, gulgając do siebie z podziwem. Po chwili zostały stamtąd łatwo sprowadzone. Wystarczyło je zawołać na miskę owsa, zaraz wszystkie z szumem wielkich skrzydeł sfrunęły do obejścia i dały się zamknąć w ptaszarni. Niestety, Anna nie zdążyła tego lotu złapać aparatem, czego mocno żałujemy, bo widok był "nieziemski". Ot, brak (jeszcze?) refleksu filmowca.

21 stycznia 2024

Zimowanie

Śnieży dalej, z doskoku, ale tych doskoków było już tyle, że straciłam rachubę. W obejściu mamy teraz małą Szwajcarię, góry i wąwozy między nimi, po których codziennie trzeba przejechać szuflą, zwiększając szczyty, aby nie stracić kontroli nad sytuacją. W niektórych newralgicznych miejscach wczoraj musiałam odkuć już iście skamieniałą zmarzlinę szpadlem, aby móc dostać się do nich w potrzebie.

Nadmiar ciężkiego śniegu zawalił okrycie pod starą cieplicą, z którego korzystał drób.


Kaczusie jakoś sobie jednak radzą w odśnieżonych rejonach, drepcząc po śniegu, wypuszczane z kurnika wtedy, gdy nie ma zbytniego mrozu albo zawiei. To nader odporny narodek.

Ponadto Anna rozbiegana, ma wiele pracy, pomysłów, potrzeb i planów tu i tam. Organizuje sobie i dzieciom różne zajęcia na ferie, co wymaga zakupów, wyjazdów i uzgodnień. Ja siedzę cierpliwie, jak ten żółw w skorupie, na miejscu i co najwyżej kontaktuję się ze światem przez internet. Muszę przyznać, że miałam ostatnio coś w rodzaju ataku depresji i wycofania się w głąb, (całkiem jak autyk), którą na tyle znam, że od razu podjęłam kroki zapobiegawcze. Zamiast rozmyślać i karmić straszliwego głoda zabieram się za czytanie książek. Wróciła mi czytelnicza pasja i nieraz spędzam nad książką kilka godzin, bardziej w nocy niż w dzień, w chwilach częstej i zwyczajnej w późniejszym wieku bezsenności. Podstawowe witaminy ważne w zimie, gimnastyka na powietrzu, odśnieżanie jako ćwiczenie fizyki ciała, nauka (tym razem zasad indyjskiej astrologii). Żadnych horrorów, kryminałów, tragedii w filmach czy mediach, poza tymi, które zwyczajne życie dookoła mnie niesie. Nie są spektakularne, ale jest co wiedzieć.
Dzisiaj dręcząca mnie w ostatnich latach planeta Pluton, zawieszona jakby specjalnie dla mnie na końcówce znaku Koziorożca, weszła wreszcie prawie na dobre (bo zawróci w niego jeszcze na krótko 1 września tego roku, by całkiem wejść 20 listopada tr.) do następnego znaku Wodnika i od rana czuję dziwną ulgę i zwyżkę nastroju. Może nie będzie tak źle. Na inaugurację owego epokowego wejścia na całe 40 lat następnych znajomy astrolog podrzucił mi film do obejrzenia. Japońską anime, "Ghost in the Schell" czyli "Duch w pancerzu". Takie wskazanie ducha czasów, które nadchodzą. 

Udało się złapać pana elektryka, który zamontował wreszcie nowy sterownik. Przyznam, że niewiele to zmieniło w naszej codzienności. Tyle, że nie muszę już kontrolować temperatury pieca, aby nie przekroczyła normy, bo pompa rozgania nadwyżkę ciepła po kaloryferach. Z tego wynikła rozmowa i konkluzja, że trzeba poważnie pomyśleć o generatorze prądu i alternatywnych rozwiązaniach, bo zakład państwowy jest coraz bardziej zaniedbany, ilość pracowników zmniejszyła się więcej niż o połowę, nie ma komu pracować i nie ma nowych chętnych do pracy, infrastruktura coraz starsza, maszyny się psują i stoją nienaprawione, a wypożycza się w razie potrzeby sprzęt od prywatnych właścicieli. Ci nawet słupy wymieniają. Ile to może potrwać?

Opieszałość służby odśnieżającej również jest godna zastanowienia pod tym kątem. Nasza boczna droga nigdy nie była rozpieszczana, jest w ostatniej kolejności, ale w obecnych wciąż odnawiających się dośnieżeniach nic się nie pojawia z pomocą. Ciężki sprzęt leśny robi od czasu do czasu koleiny, które pogłębiają się tak, że samochód z niższym zawieszeniem może nie przejechać. W razie jednak spotkania pędzącego wozu z naprzeciwka z trudem albo niemożliwością jest zjechanie na pobocze bez niebezpieczeństwa utknięcia albo zderzenia. Czasem jedzie się i 20-30 km na godzinę. Z drugiej strony, są to warunki, do których starzy wiejscy Podlasiacy są przywykli i cierpliwie czekają wiosny, po prostu. Dawniej wyciągano sanie i zaprzęgano konia, który to widok był mi znany jeszcze w czasie, gdy tu zamieszkałam, teraz sanie może i są tu i ówdzie w stodole zaparkowane, ale koni brak. Czasem nieliczni hodowcy urządzają tam i siam kulig, ale to już cała impreza rozrywkowa, a nie zwyczajna potrzeba zajechania do gminy, sklepu czy kościoła, jak bywało zimową porą.

Ale nie ma co narzekać. Prąd po ostatniej dobowej awarii jest, choć wczoraj w trakcie powiewów wiatru "migał", czyli nie złamało się żadne drzewo na poważnie. Na razie. Baterie i telefony ponabijane. W razie. Nowe książki na czytnik ściągnięte. Jest czym palić i grzać się. Lodówka i piwniczka pełna, czekać tylko wykotów. Kaczki i gęś zaczęły się nieść, kury nie przestały. To ważne. Pora wyskoczyć na taras ptaszkom leśnym słoninki podrzucić!

9 stycznia 2024

Kłopoty zimowe


Oczywiście zaraz po poprzednim tu wpisie na temat ciepłej zimy, zawiało, napadało i teraz mrozi ekstremalnie, tzn. bardzo średnie jak na Polskę to ekstremum, bo do ok. 18 stopni na minusie w nocy. Już zresztą po dwóch takich nockach zaczyna się ocieplenie.
Nie obyło się bez całodobowej awarii prądu, w wyniku oblodzenia łączy na dużym obszarze. Przetrwanie było łatwe, wspieramy się lampkami na doładowywane baterie, a ogrzewanie jest klasyczne i nie wymaga energii. Z braku czynnego komputera po prostu w ruch poszły książki i czytniki w długi ciemny wieczór.
Drogi śliskie i oblodzone, wymagają wielkiej uważności, o czym przekonało się onegdaj kilku chwackich stróżów zagrody granicznej, lądując zespołowo w rowie, a potem w szpitalu. No, cóż, mieszkańcy dawno się martwią o swój los, zwłaszcza po sławnym rozjechaniu przez nich królów puszczy na drodze, i tu nauczka spadła z nieba. Zbyt duża prędkość na zakręcie, brak ostrożności, zarozumiałość młodzieży w mundurze na dzikim terenie rodem z regionów zawsze odśnieżanych i jest placek. Naprawdę, przed wyjazdem z garażu trzeba modlitwę słać do nieba o to, aby nie spotkać pędzących nie wiadomo po co i do czego (ponoć trwa spokój w wiadomej materii) przedstawicieli porządku i nie musieć zjechać z kolein na drodze do rowu, aby dać się wyminąć! 

W domu zaś panuje przytulne ciepło. Choinka została już rozebrana, klasycznie, na Trzech Króli, został tylko Mikołajek, robiący za domowego skrzata. A na piecu bigos pyrkocze.

20 grudnia 2023

Przedświąteczne lśnienie


Po prawie tygodniu stanęłam na nogi, smak wrócił, wyszorowałam nawet kuchenną pieczkę na wysoki połysk, choć już na drugi dzień, czyli dzisiaj, sił nie stało na dalszy ciąg porządków. Sprzątam nie dlatego, że tak wypada, ale że konieczność. A Święta, nasze odrodziny i Nowy Rok warto przywitać w odświeżonym wnętrzu.

Na podlaskiej wsi trwa odwieczny przesąd, mający coś wspólnego z chińskim feng-szuei, że jak komina nie wyczyścisz przed nowym rokiem, okien nie umyjesz i podłogi nie wyszorujesz, to cały następny rok będziesz żyć w brudzie i biedzie. Komin przewodzi energie z dołu ku górze, i nie tylko może się zatkać i doprowadzić do pożaru czy zaczadzenia mieszkańców, ale poprzez niego posyła się życzenia ku niebu, często opatrzone spaleniem w palenisku czegoś w ofierze (mogą być kości z kaczki, ptaka fruwającego albo jakieś zioła wonne). Stąd jeśli jest czysty i cug dobry w nim mieszka to i życzenia biegną szybciej i skuteczniej.
Sztuka feng-szuei uważa, że otworami okiennymi i drzwiami wpada do domu ze świata żywa energia Qi. Jeśli szyby są czyste, drzwi w odpowiednią stronę, we wzmacniającym kolorze, a wszystko dodatkowo opatrzone np. w dźwięczące dzwoneczki to Qi niesie dobro, szczęście i zdrowie. W przeciwnych przypadkach odwrotnie.
Wziąwszy jeszcze i ten fakt, że wszystko to dzieje się w okolicach równonocy zimowej i pory odrodzenia się światła nieba, to wdruk energii jest odpowiednio mocny i rzeczywiście długo działający, aż do następnego okrążenia.

Komin mamy już wyczyszczony, piec lśni, jeszcze tylko odkurzacz puścić w ruch, mopem parowym wymyć podłogi, okna przetrzeć, no i łazienkę umyć, nie jest źle. Bez pośpiechu, zdąży się do moich imienin.

Z jadła i napoju to przede wszystkim śledzie w różnych wariantach trzeba przyrządzić nieco wcześniej, a to zawsze idzie sprawnie. Są kupione, tylko odmoczyć. W wigilię zupa grzybowa w planie. Jarzębiak dojrzał odpowiednio do skosztowania. Nie obżeramy się jakoś specjalnie przez te trzy dni, zawsze z braku ochoty. Duch Świąt sprawia, że nie chce się jeść, bo Sytość fruwa w powietrzu. Po co się więc jeszcze dodatkowo przejadać? 

Anna rozpracowuje z pasją budowę gwiazdy betlejemskiej. Zmywarka cicho chodzi. Ja jeszcze trochę słaba po chorobie lubię po obiedzie uderzyć w krótką drzemkę dla regeneracji sił.
Każdego wieczoru przed snem czytam jakiś fragment książki na czytniku. Teraz zainteresował mnie "Lód" Jacka Dukaja, w zimowym klimacie podróży do Irkucka transsyberyjską koleją na początku XX wieku w towarzystwie Nikoli Tesli, pośród zwalczających się agentur rosyjskich ociepleników i lodowników, aby zbadać możliwość dogadania się z "lutymi", mroźnikami rozwalającymi biologiczne organizmy niczym kwantowy komputer. No, i tak się plecie.

12 grudnia 2023

Ukryty smok

Zima trwa choć się zmywa. Niż i ocieplenie sprawiły, że śniegi zalegające z hukiem pospadały jednej nocy z dachu. Dopadały jednak zaraz nowe, gęste i lepkie. Wokół zalega biała mgła. A my przechodzimy doroczną zarazę. Jak zawsze drogą obsmarkania przez jakieś chore dziecko przyprowadzone przez beztroskich rodziców na warsztaty w domu kultury.
Anna pierwsza weszła na jej ścieżkę, ja się trzymałam. Przynajmniej ułatwia to funkcjonowanie pośród codziennych obowiązków. 
Po trzech dniach poczuła się lepiej, a mnie zmogło. I jak zawsze przyszpiliło do łóżka mocniej. Objawy trudne do zaklasyfikowania i nazwania. Grypa? Katar? Przeziębienie? Cowid? Po prostu nazwę tę chorobę katarem z gorączką i brakiem smaku. Tylko brakiem, a nie zniekształceniem, jak miałam przy znamiennej zarazie. Niemniej apetyt stał się minimalny, kawa poszła w odstawkę, a wszelkie jadło stało się mdłe. Przychodzi mi jeszcze jedna nazwa do głowy: koffit. Bo jakoś zawsze na tę kawę pada niesmak. 
Gorączka nie była jakaś niebotyczna, choć pewna nie jestem. Zwyczajnie w termometrze padła bateria i nie ma jak sprawdzić. Powtórzyła się we dwie noce. Pierwszej po wstaniu z łóżka zakręciło mi się w nogach i o mało nie upadłam, zaskoczona osłabieniem. Ratuję się używaniem koca elektrycznego, w przypadku pojawienia się dreszczy i wychłodzenia, które zapowiada nawrót gorączki. Z lekarstw podstawowe witaminy, Ibuprom na ból głowy, krople do nosa (oj, bez nich byłoby trudno sprawę przejść), kilka kropel jodu na dzień. No, i 2-3 kieliszeczki jakiejś nalewki, pigwówki, aroniówki albo malinówki.
Siła wraca powoli i w systemie dwa kroki do przodu, jeden do tyłu. Już mi tęskno za kaczusiami i kozami, ale jeszcze nie mam siły wyjrzeć na świat dzienny zewnętrzny. Zajmuję się tylko wewnętrznymi obowiązkami, szykowaniem karmy dla zwierzyny i paleniem w piecu. Póki co ratuję się oglądaniem na ekranie komputera układu Tai ci zwanego bodajże, o ile dobrze pamiętam, Tańcem Smoka, w różnych wykonaniach chińskich mistrzów i mistrzyń. Działa nawet tylko przez oczy. Regulując energię życiową i ustawiając wszystko ku życiu i zdrowiu.

27 listopada 2023

Zimne gorące


I zaczęło mrozić, nieco śniegu spadło, a niektóre poranki, jak wczoraj czy dzisiaj są w pięknym ostrym słońcu. Aż chce się wyjść na idealnie czyste powietrze i odprawić codzienną poranną gimnastykę wobec oka pana nieba. Jakby ktoś pytał, to ćwiczę sobie pradawną chińską Qigong (czyt. ći-kong), genialne proste powolne ruchy harmonizujące całe ciało, łatwe do zapamiętania, bo w sumie jest ich osiem, i do wykonania nawet dla staruszków czy różnych połamańców, sprawiające że utrzymuje się nie tylko giętkość kręgosłupa, wszystkich stawów, wzroku, mięśni, poczucie równowagi i dotlenienie, ale i spokój umysłu i serca.

Ptaki mają się dobrze mimo zimna. Karmię je suto i różnorodnie, dla urozmaicenia dostają im się jeszcze zielone liście tego i owego trwające w cieplicy. Odporne na takie przymrozki są zwłaszcza jarmuż i kapusta pekińska. Kury, choć tylko te młode nadal się niosą i co jakiś czas jaja zaczynają się wysypywać z lodówki. Wtedy zawiadamiamy chętnych do zaopatrzenia się.

W wolnowarze rosół się warzy przez całą noc. Generalnie nastał czas gorących wywarów i zup. Rozgrzewka od strony żołądka to kolejny sposób, aby przyjąć zimę pogodnie. I zdrowo, mam nadzieję.

Piec działa spokojnie w swoim tempie, a właściwie dwa piece, bo w nocy i z rana grzeje nas kaflowa pieczka. Nowy sterownik do pompy już zakupiony, teraz szukamy fachowca. Póki co nie ma biedy. Nawet mam wrażenie, że bez pompy ciepło kaloryferów dłużej się utrzymuje. I gdy już ruszy, będę jej pewnie używać tylko dla szybszego rozruchu ogrzewania. Przyspieszenie rzędu może 40-50 minut, a może mniej, jak sądzę, zatem nic znacznego.

13 listopada 2023

Zanikanie

Poranki już mocno rześkie, wilgotne i mgliste. Powoli przygotowujemy się na śnieg i mróz. Liście selera i pietruszki z cieplicy i grządek, kwiat aksamitki i liście kocimiętki powędrowały do suszenia. Aksamitkę piję codziennie w ramach herbatki, a także robię mocniejszy napar, razem z szałwią, czasem dorzucam liście dębu i dolewam do gorącej kąpieli. Profilaktycznie, nie żeby się leczyć. Ot, przyjemnie jest się wypławić raz w tygodniu w jakichś zapachowych naturalnych substancjach. Kocimiętka ma właściwości nasenne i uspokajające, podobne do melisy, więc mieszam je z aksamitką jako swoje ziółka wieczorne.

Anna jeszcze czasem idąc za kozami w las przynosi garść grzybów. Podgrzybki i maślaki już zanikły, ale można nadal znaleźć kurki i zielonki (w moim rodzimym regionie także podsłonkami nazywane). I tak czasem jeszcze zdarza się zupa grzybowa, albo sos ze świeżych grzybów.

Wczoraj przy niedzieli ponadto wylądowała na jarmarku w Białymstoku. Kulturalnie pod dachem urządzony, więc zimno nie doskwierało, zebrał blisko stu wystawców. 

Wróciła wieczorem, może nie tyle wzbogacona, bo po odjęciu kilku stówek zapłaty za stoisko pozostało niewiele, ale zadowolona z poobracania się pośród ludzi, znajomych i nieznajomych ceramików, w dużym mieście, w swojej branży.


Tak nawiasem mówiąc, zapomniałam byłam zapisać na blogu, że we wrześniu Anna odbyła kurs robienia tynków z gliny. Może się do czegoś przyda nam ta wiedza, bo dziury w paszarni wciąż zapraszają niechcianych drapieżnych gości, i strach tam drób zostawić.


Póki co to raczej odpoczynek jest jej bardziej potrzebny, a nie nowe plany. Jak to po każdym sezonie.
Mleko u kóz na naszych oczach zanika, więc i ta praca staje się z dnia na dzień lżejsza. Już niedługo wakacje rolnika!

12 sierpnia 2023

Sierpniowa zupa warzywna

Po dniach i nocach na tyle zimnych, że dojrzewanie pomidorów prawie zamarło, ruszają znowu upały. I przerób zbiorów. Głównie pomidorów, choć trochę słoików sałatek ogórkowych w kilku ulubionych smakach też do piwniczki powędrowało. U znajomych w gościnie spróbowałam kiszonych zielonych pomidorów i jutro robimy, bo w trzeci dodatkowy tunelik zaraza wlazła i trzeba było zebrać owoc w niedojrzałym stanie.
Generalnie codziennie jemy kiszonki, kapusty z burakiem, rzodkiewki, ogórki małosolne lub kwaszonki: korniszony, sałatki ogórkowe czy ćwikłę. Do tego jogurt na śniadanie z dodatkiem domowego dżemu lub pasteryzowanych jagód, wszystko tytułem nie jedynie smaku, ale i podtrzymania zdrowia i stałej odporności.

Dziś na obiad ugotowałam sierpniową zupę warzywną ze składników w większości z gospodarstwa wziętych. Oto składniki na 3-litrowy garnek (4-5 porcji dla dorosłych osób).

Jedna marchew starta.
Jedna cebula pokrojona w talarki.
Pół cukinii syryjskiej pokrojonej w kostkę.
Trzy garście kurek znalezionych w lesie za domem, przedtem sparzonych i dobrze opłukanych z piasku.
0,8 litra przecieru pomidorowego swojej roboty.
Jeden krojony pomidor mięsisty, jeszcze nagrzany słońcem w ogrodzie.
Dwie małe papryczki czerwone, nieostre.
Cztery wyżyłowane liście kapusty włoskiej, pokrojone.
Liść pietruszki.
Liść selera.
Trzy listki mięty (mięta wyostrza smak, spróbujcie tego sposobu, ja się przekonałam).
Kilka listków kolendry.
Suszona bazylia.
Ziarna pieprzu prawdziwego, ziela angielskiego, kolendry. Szczypta pieprzu cayenne i pieprzu ziołowego.
Siedem łyżek ryżu.
Sól do smaku.

Uzupełnić wodą, zagotować i ugotować do miękkości wszystkich składników.
Jeśli zupa jest bez wkładki mięsnej, typu jarskiego, można dodać na koniec podsmażonej na maśle czy oleju cebulki. W naszym przypadku nie pieścimy się. Dodaję przysmażonych dużych skwarków ze słoniny, albo boczku.