Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gleba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gleba. Pokaż wszystkie posty

20 maja 2026

Wiosna po francusku

 Wiosna przyjemna, nawet od czasu do czasu pada deszcz i zasila tą naszą piaszczystą glebę. Kozy są już dojone raz dziennie, bo synkowie chodzą spać do osobnego pokoiku dla młodzieży. Stąd poranne mleko jest dla nas. Na twaróg, jogurt, do zupki porannej i kawy lub kakao.

Właśnie, nauczyłam się pić często kakao. Kupuję najlepszej jakości, nieodtłuszczane, nie żałuję sobie akurat przyjemności dla zdrowia. Najczęściej naturalne w kostkach sprowadzane z Ameryki Środkowej. Wypróbowałam już różne kraje, Peru, Honduras, Kolumbię, Ekwador, dobre, każde ma jakiś inny odcień smaku, ale najlepiej "mi wchodzi" afrykańskie z Sierra Leone. Dodaję dużo cynamonu, kardamon, goździk, trochę mleka, słodzę lekko (pół łyżeczki) cukrem trzcinowym. Kiepskie wyniki krwi w zeszłym roku po niespełna dwóch tygodniach skoczyły w górę i mają się dobrze. Samopoczucie bez porównania lepsze, jak nigdy dotąd. Dobry sen, brak koszmarów, świetny humor. Z tego humoru nie tylko spaceruję codziennie leśną drogą i gadam z lasem i ptakami, to jeszcze uczę się mówionego francuskiego, wkuwam słówka, powtarzam i toczę rozmowy po francusku z psami, kozami, drobiem, ptakami, drzewami, mrówkami itd. itp. Psy już rozróżniają nową melodię mojej mowy i reagują dość dobrze na kilka nowych stałych haseł. Idziemy na spacer, wracać, biegać, zostać, jeść, spokój, bon appetit! Ponieważ nigdzie mi się nie spieszy robię niewielkie postępy, ale za to utrwalam nowe ścieżki neoronowe w mózgu, co sprzyja aktywnej głowie na starość. Francuski ma w sobie nie tylko muzyczność, łatwo się rymuje i śpiewa, ale akcentacja na ostatnią sylabę i podnoszenie tonu pozwala podnieść nastrój, to zadziwiające.

Rozważałam jeszcze naukę chińskiego, bo ma niesamowicie prostą gramatykę, ale wymowa wydała mi się nie do powtórzenia. Podobnie niewymawialny dla mnie jest angielski, a chrapliwość niemieckiego odstręcza. Po prostu i zwyczajnie kocham się tylko w językach romańskich, a czasem odsłuchuję jakichś lekcji łaciny, dla wprawy i świadomości.

Dodatkowo czytam codziennie po kilka książek na raz. Tych klasycznych, papierowych i na czytniku. Od dwóch lat zgłębiam ukochaną literaturę fantastyczną i zrobiłam już spore postępy w nowym spojrzeniu na tę dziedzinę. Zaczęłam od klasyki, polskiej i światowej, ostatnio doczytuję wszystkie powieści Lema, te które ominęłam dawniej. Zaliczyłam więc jak dotąd całego Verne`a, Wellsa, Philipa K. Dicka, Stapletona, Zajdla, Oramusa, Jacka Dukaja, i pojedynczo wybierane i na razie wąchane opowieści wielu innych autorów. 

Koleżanki pomogły nam zaciągnąć nową folię na duży tunel, Anna zgryzła glebę i posadziła już pomidory, posiała ogórki, cukinie, fasolkę. Tu i tam. Ja zaś wydałam sennik, dawny z nowymi uzupełnieniami i poprawkami w treści. Można znaleźć na allegro pt. "Język snu".

22 maja 2025

Tęczowe słupy

No, i maj dalej kapryśny. W Polsce zimne maje to nie nowina, tym bardziej na wschodniej flance. Czytam w Dziennikach Marii Dąbrowskiej, że w latach wojny, ale i w późniejszych takie właśnie bywały, że w maju chodziło się jeszcze w futrach, w Warszawie padały śniegi, w sadach wymarzały kwiaty, żywność od tego mocno drożała. Więc nie nowina. Ukuto też formułkę "zimny maj", która legła w tytule sławnego przeboju Kory i Maanamu. Tym niemniej lud zrobił się podejrzliwy, i teraz zimno i długo utrzymujący się niż tylko w rejonie naszego kraju na mapie Europy podsunął podejrzenie o broni pogodowej skierowanej na polskie rolnictwo. Ponadto na niebie pokazują się słupy tęczowe, które ktoś ochrzcił "tęczą Trzaskowskiego", bo wzmogły się w okolicach wyborów i ludziska przesyłają sobie zdjęcia tych cudów niebieskich nad różnymi wsiami i miastami z okrzykami "Jakie cudne!" albo opatrzone złośliwymi i wszystkowiedzącymi kpinami. Ja powiem w tej sprawie tylko jedno: "A diabli wiedzą jak to jest!" Żyć trzeba.

Nieco więcej popaduje, zdarzają się nawet ulewy, temperatura nocna podskoczyła, zatem ruszyła trawa i kozy mają co jeść podczas popasu. W suchym rejonie mojej wioseczki i tak jest jeszcze mikra i rzadka, ale to akurat przypadłość miejsca i jakości gleby. W każdym razie sianokosy na pewno będą późne w tym roku, tak czy siak.

Na spokojnie zajmujemy się ogródkiem. W tym roku długi tunel jest odkryty, uznałyśmy że szkoda naszej pracy i podlewania, bo zapasy z mniejszego areału nam dwóm wystarczają (nie wiadomo, jak wypadną z gruntu w tym roku, zawsze jest ta niepewność). Pory, pakczoj, pomidory i fasolowe zostały wysadzone w cieplicy i na grządkach przy domu. Kwiaty jabłoni zmarzły, jeśli jakiś się zawiązał i uchował to będzie cud. Podobnie śliwy, choć tu jakby nieco lepiej, bo drzewa są niewysokie i rosną w miejscach chronionych przez budynki, zobaczymy w praniu. 

Poza tym codziennie spacerujemy po drodze leśno-polnej, z psami towarzyszkami, nie zważając na kaprysy aury. Oto jedna z nich, Pasia, na zdjęciu sprzed trzech lat, (ale nic się nie zmieniła).

18 kwietnia 2023

Kopalnia złota

Kozy wyczaiły dziurę w płocie na kaczym dołku i ruszyły na gigant do lasu obok, raz i drugi. Schodzą stamtąd grzecznie, znają dobrze drogę, ale wczoraj pojawił się obcy pies luzem biegający i wystraszyły się. Mogą wtedy ją zgubić.
Przybiłyśmy zatem nowe sztachety w miejscu wyrwy i dzisiaj stado stanęło przed łatą mocno zdziwione. Oglądało płot, bodło go tu i tam, dzieciaki popiskiwały, chętne do ucieczki, a tu nic. Trzeba czekać. Trawa na pastwisku co prawda już się zieleni, ale jest zbyt niska, aby zwierzynę puszczać na pastwę i stratowanie karmy zbyt wczesne. Na szczęście wiosna zsyła dość często deszcz wiosenny i wegetacja ruszyła od chwili, gdy noce stały się cieplejsze. Więc dotrwają do maja, jak zawsze na sianie i gałęziach, które im czasem donosimy. Mam nadzieją, że z korzyścią dla pastwiska.

Dzisiaj ruszyła kopalnia złota, czyli tzw. zrywanie parkietu w koziarni. Jak zawsze o tej porze roku. Anna już nawet nie biega za pomocą. Szkoda gadać. Chłopaki wolą piwo pić za darmowe pieniądze od państwa, albo "czystą" robotę dorywczą w lesie. Niż babrać się w gnoju. Co tam, że stawiam dobry obiad, kawę, kanapki, a na fajrant piwo. Nie dajemy alkoholu w trakcie pracy i to nasza przegrana w rankingu biznesowym okolicznym. Co tam, że pomagierzy z roku na rok słabsi, bardziej chorzy, drżący na ciele i umyśle, i całkiem często któregoś nagle ubywa na amen. Pojenie pracownika aż padnie, i niepłacenie mu za robotę, to taka tutejsza tradycja i społeczne przyzwolenie. Szkoda na nich patrzeć, zwłaszcza że niektórych polubiłam i umiem się dogadać. Z alkoholizmem wioskowym się nie wygra i z chytrym sprytem niektórych gospodarzy także, taka rzeczywistość.

Zatem pod koziarnię zajechała przyczepka samochodowa i Anna walczy dzielnie z obornikiem. To, co przy męskiej pomocy można by zrobić w jeden albo dwa dni, będzie trwało jakiś tydzień, i będzie dobrze, jeśli tylko tyle. W planie jest oczyścić choćby jeden boks na dzień, mimo że jeden z nich przeważnie wymaga dwóch podejść, a jest ich jeszcze cztery. Plus kurnik. Dzisiaj udało się wyciągnąć ściółkę w odsadniku, który zajmuje na razie Malwina, jedyna koza, która "nie zaszła", ale już niedługo dołączy do niej starsza młodzież i zaczniemy dojenie poranne. A wraz z nim ruszy domowe mleczarstwo, robienie jogurtu i sera twarogowego. Czego jestem już nieco spragniona.

Obornik poszedł na permakulturowe wały, które uzupełniamy i budujemy nowe wzdłuż dużego tunelu w części byłego sadu. Mają być pod zasiew dyni i cukinii. Na razie czeka na deszcz i solidne podlanie, aby mógł zacząć pracować jako ciepły podkład i pokarm dla roślin.

Indyczki zaczynają się nieść. Na razie dwie z czterech. Zbieram jaja, przekładam codziennie na odwrót, czekając aż skończą cykl nieśny. Zanim trafią do gniazda.

25 marca 2023

Z cierpliwością wiosennie

Praca idzie swoim wiosennym tempem do przodu. Postanowiłyśmy wszystko robić systematycznie i bez wysilania się. Codziennie coś.

Po postawieniu tunelu, przygotowaniu gleby i obsianiu powierzchni przyszła pora na grządki. W ogródku przydomowym właściwie niewiele trzeba robić, bo są gotowe, wzniesione i odeskowane. Nawet trochę zeszłorocznej zieleniny odbija na nich pod nakryciem z włókniny. Pasternak, pietruszka, seler naciowy. Ale Anna nie byłaby sobą, gdyby nie postawiła choć jednej nowej wzniesionej. Toteż szpadel w dłoń, odkryłam nim miejsce z czarnoziemu, Anna przywiozła z lasku kawałki powalonej przez wiatr brzozy, nadgniłej już i rozkładającej się pięknie. Kora zdjęta poszła do zapasów służących łatwej rozpałce w piecu, a reszta na dno grządki. Potem dwie kostki siana, specjalnie zostawione na zimę na dworze, aby nabrały wilgoci, starych liści z kupki jesiennej, na to obornik i nakrycie z czarnoziemu na wierzch. 
Sekatorem ostrzygłyśmy też krzaki porzeczek ze starych częściowo uschłych, a częściowo obrośniętych żółtym mchem gałązek, i młode drzewka ze zbędnych pędów też.

Dzisiaj zaczął powstawać nowy wał w sadzie wzdłuż tunelu, na rozłożonych na trawie tekturach, które Anna ściąga w tym celu spod sklepu spożywczego (po to, aby trawa pod spodem zgniła, a nie przerastała). Dnia nie starczyło, aby skończyć, zresztą zaniosło się na deszcz. I bardzo dobrze, bo pięknie podleje zawartość grządek, które w ten sposób nabiorą mocy przetwórczej i nie trzeba ich będzie potem podlewać. Anna zasiała także bób. Bobu nigdy dość.

7 listopada 2022

Wilcze szczęście

Nastały mgliste wilgotne dni właściwie od chwili, gdy słońce weszło w znak Skorpiona, jeszcze w październiku. Czasem kilka promyków wychyla się w ciągu dnia zza chmur, ale to rzadkość. Do tego zmiana czasu wydłużyła wieczory, i ktoś kto wstaje nawet o 10 rano jak ja, musi szybko cieszyć się dziennym światłem, żeby nie popaść w melancholię.

Anna jeszcze przed Wszystkimi Świętymi chwyciła za widły i zdołała załadować kilka fur obornikiem, który wywiozła tu i ówdzie dla wzmocnienia żyzności gleby ogrodowej. Niestety, wciąż największy boks pozostaje nieruszony. Bo weszły święta a z nimi dopadł nas obie katar z krótkotrwałym na szczęście bólem gardła. Pomogły witaminy C i D3, które zawsze są w domowej apteczce, krople do nosa (oj, bez nich krucho by było!), tabletki od bólu głowy i dawki koncentratu jodu, który od jakiegoś czasu suplementuję. Tu muszę stwierdzić, a ciekawa byłam, że nieco większa niż zwykła codzienna dawka owej słonej wody wywołała zbawienną gorączkę tak samo jak jodek potasu z aptecznej buteleczki o nazwie płyn lugola, o czym opowiadałam na tym blogu już nie raz. Wieczorem chwycił mnie ból gardła, w nocy przyszły dreszcze i zaraz gorączka, która otarła się o 38 stopni, i rano ból zniknął, pozostawiając jedynie chrypkę, która trwała dwa dni. O dolegliwościach już nie pamiętamy obie.

Anna zaś wsiadła na traktor i zwozi od wczoraj "chrust" z działki leśnej, który tam naskładała jeszcze wiosną. Nawilgł od rosy i mgieł i pachnie intensywnie grzybami, ale fura za furą pozwala swoje złożyć do kupki. Rosnącej z dnia na dzień systematycznie. 

Z innych nowin, w sam wieczór Wszystkich Świętych, gdy nad wschodnio-południowym lasem unosił się świetlisty róg księżyca w kwadrze wywołał nas na taras szczególny dźwięk. Wstrzymałyśmy oddech nasłuchując. I zaraz przyszedł odbijający się niesamowitym echem od ściany drzew wilczy głos. Najpierw pojedynczy, potem dołączył drugi i trzeci, w pewnej odległości, od wschodnio-południowej strony. Wilki wyły do siebie, wycie niosło się wilgotnym powietrzem niesamowicie wyraźnie, a psy wioskowe ujadały wściekle spod swoich bud.
- Dziady przyszły! - orzekłam. - Coś się szykuje niedaleko od nas.
- No, pięknie. Jeszcze i wilków nam brak do szczęścia...

5 maja 2022

Stadny odpoczynek

Prace ogrodowe posuwają się stopniowo do przodu, głównie dzięki determinacji Anny. Ona to naprawdę lubi! Co możecie zobaczyć. Glebogryzarka z boku i efekt jej pracy. Podłoże pod zasiew. Który potem będzie zabezpieczony ściółką przed zarastaniem.

Po pracy odpoczynek, stadny. Trawa jeszcze maleńka, poza tym pogoda szczędzi wody, noce i poranki wciąż są chłodne, więc kozy muszą zadowalać się ogryzaniem krzaczków i gałązek brzozowych głównie. Dzieciaki niedawno po raz pierwszy wyszły na pastwę. Ale było płaczu, nawoływań, strachu i podniecenia!

Wiem, u was już wiosna w pełni. Ale u nas ledwie dwa dni temu zauważyłam rozkwitły w sadzie żółty mniszek, poczułam wieczorem zapach kwiatów czeremchy, zakwitł też stary klon, brzozy puściły listeczki, a u sąsiadów śliwa się bieli. Wiosnę czuć raczej dzięki bzykom, pszczołom i bąkom, które kręcą się za jakimkolwiek pożytkiem, ptakom budzącym o świcie, jaskółkom furkoczącym nad głową i żurawiom lub bocianom lecącym wysoko lub kołującym nad łąkami.

18 marca 2022

Przedwiosenne ceny

Mimo wiosny za pasem noce wciąż są z przymrozkami, palenie w piecach zatem nie ustaje. Choć dnie są przeważnie słoneczne, co pozwala z racji fotowoltaiki używać więcej elektrycznego sprzętu, np. upiec chleb w piekarniku a nie w kaflówce, wypalić trochę ceramiki czy gotować na kuchence elektrycznej, a nie na gazie. Którego ceny mocno wzrosły. Ponoć już butla stówkę kosztuje, czyli 2 razy więcej niż w zeszłym roku.

Palenie w piecokuchni zimą (to rodzaj niedużego pieca c.o. z fajerkami) jest na tyle wygodne i oszczędne, że oprócz ogrzanego mieszkania i ciepłej wody w bojlerze można spokojnie ugotować obiad, wodę w czajniku czy karmę dla zwierząt. W gospodarstwie karmienie drobiu odbywa się codziennie niezależnie od sezonu, zatem zagotowanie takiego dużego garnka ziemniaków i ziarna to duży wydatek energii. Gdyby był to gaz, pewnie jedna butla starczyłaby zaledwie na miesiąc. Tymczasem wciąż jeszcze używam w nagłym wypadku gazu z butli kupionej na jesieni zeszłego roku! Tak, rocznie zużywamy najwyżej półtorej butli, zatem podwyżka ceny nie jest czymś dotkliwym w naszym przypadku. W cieplejszym sezonie, gdy tylko noce zaczynają być na plusie, przechodzę z c.o. na palenie w kuchni żelaznej. Stosy i stosiki okorowanych przez kozy, już porąbanych i w dużej mierze suchych gałęzi, które do tego najlepiej się nadają, zalegają w wielu kątach obejścia, czekając na puszczenie dymka przez komin w ciągu lata i jesieni. Anna przywozi je dość często z działki leśnej, aby stado miało co robić na dworze w pogodne dnie zimowe. Bydełko ogryza je pracowicie i z apetytem, a potem ja mam czym palić pod płytą.

Inna rzecz, podwyżka cen ziarna. Właśnie trzeba było dokupić pszenżyta dla kur. Cena, tak jak gazu, podwoiła się od zeszłego roku. Z tego powodu trzymanie dużej ilości niosek przestaje być opłacalne, koszty wzrosły, więc i cena jaj wiejskich również, klienci się kruszą. Kilogram jaj kosztuje teraz 16 złotych, co wychodzi mniej więcej złotówka za jajko. Tymczasem kury niosą się wiosną znakomicie i jaja wylewają się zewsząd w całym domu. Ostatnio oddałyśmy je w dużej ilości uchodźczym rodzinom ukraińskim, stacjonującym w gminie. "Domasznyje?" - kobiety się ucieszyły. I my też, że przynajmniej komuś się przydały. Płacimy też jajami pomagierowi za drobniejsze prace i fatygę.
W planie zatem zmniejszenie stada. Pięć niosek i kogut to wystarczająca ilość, zwłaszcza że mam uczulenie na kurze białko i zjada je tylko Anna. Mnie dokarmiają gęsi, kaczki i indyczki, jeśli już. Bo rzadko potrzebuję. Tak mi w nawyk weszło niejedzenie mącznych potraw, że i jaj nie ma do czego wbić.

Chłody nie pozwalają jeszcze zająć się na poważnie ogródkiem, do tego czeka nadal czyszczenie koziarni i wywózka obornika. Na razie papryka kiełkuje w doniczkach na parapecie kuchennym i w pokojach, a Anna wyciągnęła glebogryzarkę, którą uzdatniła grządki w cieplicy i zaraz je obsiała nowalijkami. Wczoraj zdołała przechwycić Andriuszę wracającego z pracy w lesie i udało nam się szybko i sprawnie zaciągnąć w trójkę folię na dużym tunelu. Kolejny ruch wykonany. I tak codziennie coś.

24 września 2021

Dyniowe żniwa

Dni pełne różnych prac i czynności wciąż niedokończonych. Jesień już w rozkwicie, chłody, chmurne niebo, wiatry roznoszące wszędzie mokre liście i strząsające żołędzie z dębów obok chaty. 

Udało się zwieźć gałęzie z działki leśnej w miejsce poprzedniej zalegającej kupy leży teraz kolejna do pocięcia. 
I zebrać większość dyni wyrosłej w ogrodzie permakulturowym, na wałach słomiano-kozio-obornikowych i odrobinie przerobionego kompostu. Pośród ścigającej się z nimi dzikiej trawy, która z lichego dotąd perzu przemieniła się w sytą paszę jak na najlepszym pastwisku.
Ich ilość przekroczyła nasze oczekiwania. Z pozoru wydawała się niewielka, ale gdy weszło się głębiej między pędy i liście, co rusz znajdowały się całe rodziny dyniowe na krzaku, od największej do najmniejszej rosnące, mocno ukryte i zagrzebane wśród ziół.

Taczka okazała się potrzebna owszem, do zwożenia na pakę samochodu, ale oczywiście za mała jeśli chodzi o zbiór całego urodzaju.

Anna wdarła się w gąszcz pociemniałych i zwiędłych od przymrozków liści dyniowych i zaczęła żniwa. Takich kupek było w końcu na polu kilka. Pięć? Sześć?

I oto kolejna paka pełna, zajeżdża w obejście, gotowa do rozładunku. Trzeba główkować gdzie co pomieścić, i jak posegregować. 

Jedno jest pewne. Głód nam nie grozi. Mówiąc nam, myślę o całym żywym towarzystwie w gospodarstwie.

14 czerwca 2021

W przerwie od upału

Ochłodziło się, pada i to nawet niekiedy zlewnie. Nie jest źle, mimo, że stado musi wtedy stać w oborze na sianie i owsie (z dodatkami marchwi i rzodkiewki oraz liści z tego i owego, więc narzekać nie mogą), a pisklęta pod dachem. Przynajmniej pracować w tunelu się da, a czas nagli, bo już pierwsze zawiązki ogórków się pojawiają. I trzeba podwiązywać na gwałt. W upał nie da się tego zrobić za dnia w żaden sposób.

Truskawki są już na wykończeniu, za to cały czas owocują poziomki. Kubeczek dziennie zawsze daje się uzbierać. Z jednej wzniesionej grządki.

Zaczął się czas sałaty, kopru, cebulki, co razem ze świeżym serkiem kozim tworzy sezonowy zespół jedzeniowy. Lekko, szybko i przyjemnie.

Taki to ogólny widok od przodka.


Z boku tunelu permakulturowe wały słomiano-obornikowe, a na nich ruszyła ze wzrostem dynia. Pień po starej złamanej zimą jabłoni wciąż do ścięcia. Poczeka, są ważniejsze sprawy. A gałęzie - już w większości pocięte, gotowe do zwózki na podwórko jako zapas rozpałkowy kuchenny, suchutkie.


Zbliżenie roślinek (sprzed kilku dni, codziennie są większe, dzięki opadom). Te wały to przygotowanie gleby pod inne przyszłe uprawy zewnętrzne. W kostkach żytniej słomy naprzemian z obornikiem, znalazły się porcje przerobionej już czarnej gleby uprawowej, w nią wetknięte nasionka. Rosną, jak widać bez problemu. Słoma i gnój  świetnie trzymają wilgoć i rozkładają się powoli. Do przyszłego roku zamienią się w zaczyn gleby, który oczywiście jeszcze zostanie zwiększony.
 

Takoż system nawadniający już zamontowany po całości. Zbiornik na podwyższeniu z wężem dołączonym do rur nawadniających z kroplownikami. Nawet podlewanie na czas, automatyka w pełnej krasie.


Działa. Odkręcasz kran, nastawiasz zegar na godzinę i podlewa się samo przez ten wyznaczony czas, po czym zawór sam się zamyka.

28 kwietnia 2021

Pierwszy zbiór

Prace ogródkowe trwają. Codziennie coś.
Zaciągnęłyśmy właśnie płachty na dwa tuneliki mniejsze, postawione tym razem obok siebie. Nadmiar przerobionej czarnej gleby z grządki wzniesionej zeszłorocznej poszedł na inną grządkę pod ogórki i pod drzewka.
Linie kropelkowe trafiły na swoje miejsca. Sadzonki pomidorów i ogórków rosną i hartują się, codziennie wynoszone rano i przynoszone wieczorem z dworu do ciepłego domu. Niedługo trafią do folii i gruntu, gdy tylko przyjdzie prawdziwa wiosna. 

Dziś pierwsze zbiory z tunelu. Na rozbudzenie apetytu. Rzodkiewka, jarmuż, szpinak i szczypior. Idą w ruch zielone szejki i pasty kanapkowe.

19 kwietnia 2021

Lepiej gorzej

Kontakt ze światem jest u nas rzadki. Na wiosce wszystko toczy się zwyczajnym torem, choć jakiś czas temu było ważne wydarzenie, bo odszedł nasz dawny sołtys, wiekowy już znacznie. 

Prace idą swoim codziennym tempem. Pogoda poprawiła się, wiatry ustały, wyszło słońce i grzeje na zmianę z burzowymi chmurami, które nadciągają popołudniami, błyskają, grzmią nieco i przede wszystkim zlewają glebę wodą (wczoraj także gradem), po czym trawa na pastwisku i w sadzie od razu ruszyła.
Chłopaki wioskowe nie kwapią się do pracy, zatem Anna sama zaczęła wydobywać obornik z koziarni. Ja niestety w siłowych zajęciach już mniej mogę pomóc, ze względu na wzrok, który na jesieni mocno mnie wystraszył nagłym zaburzeniem, na szczęście udało mi się wrócić do formy. Odpowiednie witaminy i odpoczynek pomogły. Dotarło jednak do mnie, że wysiłek nie jest wskazany.

Wizyta na targu w sąsiedniej gminie - gdy tak rzadko bywa się w świecie zewnętrznym ogarniętym paranoją i telewizji nie ogląda - zadziwiła. Brak towarów, sprzedających ogrodników, którzy zawsze tłumnie o tej porze roku handlowali kwiatami i sadzonkami. Ci nieliczni, którzy coś wstawiają nie mają tego, co trzeba. Seler naciowy? Nikt o to nie pyta, więc w domu zostawiłem. Kilka bratków i stokrotek. Czemu? Pani, w zeszłym roku, jak lokdałn na wiosnę zrobili to 25 tysięcy bratków u mnie na kompost poszło. Nikt w tym roku nie zaryzykował. Niektórzy weszli w biznes ze sklepami sieciowymi, ale to strata, zwłaszcza, że za tira torfu prawie dwa razy tyle co w zeszłym roku zapłaciłem. Sadzonki pomidorów po 3-4 złote, gdy w zeszłym po 2,5 były. Mało też kupujących, zainteresowanych, a jeszcze w 19 roku trudno było się przecisnąć na sporej powierzchni. Kwitnie za to handel w sklepach i przez internet. Ludzie pracują zdalnie albo nudzą się, uderzają w szaleństwo, kłócą się i rozstają. Póki będą mieć drukowane pieniądze, a w sieciach będzie konserwowane najtańsze jadło pięknie opakowane tak będzie. Mały rolnik dostał po łapach, zostaną tylko hobbyści i preppersi.
Ale owszem, były młode kurki do sprzedania, po 22 złote.

Pytanie brzmi: czemu ludzie tak panicznie boją się śmierci? Tak bardzo nie chcą o niej myśleć? Pogodzić się z Bogiem i Jego wolą i żyć tyle, ile On zechce? Bez cudowania?

Wieści z Polski dochodzą, że wybijają wielkie stada kur, także zarodowe z powodu ptasiej grypy. Cena rośnie i zapewne mięso z kurczaków będzie ogólnie droższe już niedługo. 

Przygotowujemy się do odsadzenia koziej młodzieży, gdy tylko obornik pójdzie na ogród. I sprzedaży. Ponoć podaż wzrosła. 

23 marca 2021

Początek wiosny

Jare Gody zimne i wietrzne wypadły, nawet nieco sypnęło zmrożonym śniegiem, który krótko się ostał. Anieli niebo sprzątali. Od dwóch dni pojawia się przelotem słoneczko, choć temperatura jeszcze dość niska. Niemniej dzieciaczki mają okazję biegać zespołowo w sieni i na progu obory, co uwielbiają.

Prace zwalniają i przyspieszają zrywami, zależnie od pogody. Trzeba uważać, aby nie zawiało, wiadomo. Spocisz się, rozchełstasz, a tu zimny powiew i zaraz łupanie w kościach, zapalenie tego i owego, różnie bywało. Widmo korony straszy głównie medialnie, bo nasze kontakty międzyludzkie bardzo są sporadyczne. W razie czego mam jednak przygotowany zestaw ratunkowy najważniejszych leków, witamin, kropel, ziół, maści i sposobów domowych (termofor, bańki), aby nie doprowadzić do zapaści na zdrowiu.

Niemniej udało się pociąć na drobne większość złamanej jabłoni przy pastwisku, teraz trzeba będzie zwieźć wszystko na podwórko.

Także poszła w ruch glebogryzarka i gleba w tunelu została przygotowana pod zasiewy. Dziś trafił się kolega i w trójkę zaciągnęliśmy płachtę foliową na konstrukcję. Przetrwała zimę bez szwanku, choć najmłodsza nie jest, bo kupiłyśmy ją jako dodatek do konstrukcji prawie za darmo, była już używana kilka lat. Zawsze to jest jakaś oszczędność.

Cięcie i układanie gałęziówki przywiezionej jesienią trwa dorywczo i codziennie lub prawie codziennie posuwa się do przodu. 

Przybyły zakupione sadzonki krzewów i malin, wiosnę czas zacząć.

17 maja 2020

W tunelu

Życie w gospodarstwie toczy się swoim naturalnym rytmem. Na przykład trawa już na tyle się zazieleniła i urosła (na naszych piaskach naprawdę idzie jej to wolniej, niż wszędzie dalej), że stado wyszło już kilka razy na drobny wypas. Co widać na załączonym zdjęciu z naszego nieużytku, który już dzięki pracy kozich szczęk w przyjemny gaik się zamienia od kilku lat...


W ogródku przydomowym tunel podręczny został obsiany, trwają pierwsze zbiory zieleniny, a drugi w nowym odgrodzeniu gospodarskim - przygotowany i obsadzony sadzonkami pomidorów. Grządki pod włókniną (jest ich więcej, niż na zdjęciu) chronią kiełki ogórków i inszych dobroci. O, nawet mnie widać na tym obrazku.


No, i zimne zośki odeszły, nieco naruszywszy kwiatostan sadu jabłoniowego. Temperatura w nocy była bliska zeru, acz obyło się bez przymrozków, a na początku spadł nawet śnieg. Tak to wygląda teraz:


Widać, że część kwiatu zżółkła. Dopiero za jakiś czas zobaczymy ile owoców będzie latoś. Z bliska wygląda to tak:


Ponadto trwa praca budowlana. Ponieważ idzie kryzys, nie łudzimy się, że trzeba się przygotować na głód i susze letnie, jak mówią nie tylko moje przeczucia, postanowiłyśmy zainwestować w profesjonalny tunel ogrodniczy. Konstrukcja została odkupiona od dawnych ogrodników z ogłoszenia, przewieziona lawetą w częściach, złożona własnymi siłami. Ale najpierw sołtys kawałek sadu, uwolnionego wcześniej od jabłoni, które uschły ze starości i zostały wycięte, wziął i przeorał. Anna pożyczyła w mieście glebogryzarkę i sama "pogryzła" glebę. Pomagier wyrównał co się dało na koniec i powoli budujemy pierwsze próbne grządki. Całkowicie rzecz ma ruszyć w przyszłym sezonie.


I widok wprost. To jeszcze oczywiście nie koniec. Ledwie półmetek.


A dzisiejszej nocy wylęgły się pierwsze indycze pisklęta. Jednak to już inny temat.

11 kwietnia 2020

Kupa chrustu

Wiele godzin dnia zajmuje nam od jakiegoś czasu porządkowanie obejścia (oj, to wiecznie odnawiająca się praca) i przede wszystkim ogródków. Ponieważ idzie kolejna susza zaczynam tracić nadzieję, że ogród permakulturowy przetrwa sam z siebie, zasilany jedynie wodą z nieba. W dodatku w tym roku cały zasób obornika po zimie poszedł na zasilenie sadu i pastwiska. Zostało jednak trochę kostek słomy zeszłorocznej, kupionej u rolnika, zmagazynowanych wprost na powietrzu, do zagospodarowania.


Zwieramy zatem szyki i organizujemy przestrzeń siedliskową wokół domu i budynków gospodarczych. Tu i tam trzeba było dodać płotek czy furtkę, aby zrobić zabezpieczenie przed wszędobylskimi kozami i drobiem. Wznieść konstrukcję drugiego tunelu, zbudować skrzynie z odpadów deskowych na wzniesione grządki. Pomagier pokazuje się od czasu do czasu, więc najcięższe problemy udało się gładko przezwyciężyć. Także dzięki niemu urosła kupa chrustu na podorędziu, z gałęzi wyciętych w zeszłym roku robinii.


To ilość pozwalająca palić pod płytą przez dłuższy czas, by - za jednym zamachem - ugotować karmę dla nas i zwierząt, uwarzyć ser, nagrzać wodę w bojlerze do mycia i zmywania i ogrzać ściankę kaflową, która oddaje ciepło wieczorem tak, że nie trzeba już palić w ścianowym piecu na noc. W sumie przez cały sezon ciepły, gdy palę jedynie pod kuchnią wystarcza do tego zbiór chrustu z opadów gałęziowych po zimie w samym obejściu lub w pobliżu. Widzicie, jaki to cud i oszczędność? Energia odnawialna i całkowicie za darmo.


Ot, jeszcze tyle pozostaje do pocięcia i porąbania. Grubsze kawałki idą pod daszek i poczekają na kolejną jesień i zimę.
Na powyższym zdjęciu widać, jak prezentował się ogródek przydomowy widziany z tarasu jeszcze niedawno. Teraz już to zostało posprzątane. A na wolnym miejscu powstały skrzynie. Specjalne skrzynki z odpadów pozostałych z licznych budów na siedlisku, które służą na rzecz grządek wzniesionych i permakulturowo zbudowanych.


Na dno owych skrzyń poszła glina, aby ułatwić przytrzymywanie wody na tej naszej piaskowej wydmie. Na nią spróchniałe drewno, w tym samym celu, ale i po to, aby szybciej całość wznieść do góry. Na drewno warstwa słomy, tej samej ze zdjęcia początkowego. A na nią przerobiony dwuletni kompost z kurzeńca i czarna gleba powierzchniowa.


Każda warstwa po zamontowaniu została obficie podlana, by mogła solidnie nasiąknąć wodą na starcie.
Na koniec zaś jedna ze skrzyń leżanek została obsiana. Nie powiem czym, bo to domena głównej ogrodniczki. W każdym razie już kilka grządek pod włókniną i przestrzeń w tunelu daje życie roślinkom. Noce są jeszcze zimne, ale podłoże ze słomy i przerobionego obornika wytwarza temperaturę, dodatkowo tunel w słoneczne dni pięknie się ogrzewa, więc wychodzą już pierwsze kiełki szpinaku i rzodkiewki.

Ponadto dodatkowe przestrzenie przeznaczone na ogródki zostały wzbogacone o nowe sadzonki krzewów owocowych, porzeczki czarnej i czerwonej, świdośliwy, agrestu i aronii. Wszędzie można je podlać w razie suszy, więc jeśli tylko się przyjmą nie powinno być z nimi problemu. Dostały na start duży zasób kompostu na pokarm, a każdego roku opatulam je na zimę kolejną dawką słomianego obornika, aby nie zgłodniały na tej piaszczystej ziemi. To się sprawdza, bo krzewy posadzone kilka lat temu mają się dobrze, pięknie się rozrosły i dają dużo owoców.

Po ogródkowych zajęciach trzeba jeszcze zadbać o stado kozie. Które kilka godzin dnia spędza w zagrodzeniu za oborą, żywiąc się sianem i ogryzając gałęzie iglaste, które zwozimy z naszego zagajnika i sąsiedztwa.


Gałęzie ogryzione z kory szybko schną, idą na pieniek i uzupełniają kupę chrustu na lato. Nic się nie marnuje, jednym słowem.


Niektóre z dzieci przeszły na dokarmianie z butelki, aby móc uszczknąć kozuchom mleka dla nas. Tym sposobem mam dziennie 2-3 litry do przerobienia. Jest już zatem jogurt, twarożek i miękki serek podpuszczkowy na nasze potrzeby jedzeniowe. Nie powiem, mocno byłam ich spragniona po zimowej przerwie.

12 maja 2019

Grządki

Deszcz zaczął padać, choć nie jest to nic nadzwyczajnego. Ziemia potrzebuje więcej. Niemniej kurz został zmyty, a trawa nie rudzieje. oszczędzamy wciąż jeszcze pastwisko, w nadziei, że jednak ruszy, bo prognozy są dżdżyste na ten tydzień.  Kozy wędrują po okolicznych łączkach, rowach, nieużytkach, oczywiście pod kontrolą, która musi pędzić za nimi nieraz z całych sił. Młodzież rośnie.


Inne zajęcia w gospodarstwie, to ogródek przydomowy. Permakulturowy, dopóki deszcz go solidnie nie zmoczy musi stać nietknięty. Czeka na obsianie dynią, klasycznie. Przydomowy zaś wymaga zabezpieczeń przed drapieznymi kurami, wiadomo. W tym roku używamy po raz pierwszy sposobu podpatrzonego w internecie. Kilka rurek pcv kupionych w sklepie elektrycznym - pierwotnie służą do kabli, wetkniętych odpowiednio (na pręt stalowy zbrojeniowy lub w wersji ekonomicznej na wycięta gałąź leszczyn) i obciągniętych włókniną. Solidnie przyciśniętą na brzegach, aby uniemożliwić odfrunięcie w razie większego wiatru.


Grządki zostały obsiane, roślinki już kiełkują i rosną. Przez folię prześwituje szpinak i szczypiorek. Gleba na niektórych grządkach pozostaje od dwóch trzech lat ta sama, bez specjalnego wzruszania. Na innych została na nowo zasilona dawką obornika, i dobrze nasączona wodą. Taka grządka jest ciepła, dlatego przymrozki, które miały miejsce w naszym regionie przez dwie noce z rzędu nie zrobiły u nas szkody. Może też przez bliskość domu, zakrzaczeń, ogrodzeń.


Podlewanie nadal z kranu, o czym świadczy wąż. 


1 kwietnia 2016

Wiosna w tle

Nieco czuć wiosnę, choć temperatury raczej stałe.To znaczy ok. zera w nocy (niekiedy z lekkim przymrozkiem), a w dzień kilka stopni wzwyż, z jasnym słońcem, albo pochmurno. Deszcz lekki lub mocniejszy pada wieczorem albo w nocy, czyli jak Pan Bóg przykazał. Wszystko to sprawia, że kiełki wciąż w glebie, słabo główki wyciągają na świat, pączki i trawa wciąż nierychliwe do rozwoju.
Tym niemniej ptaki większe i mniejsze przyleciały, żurawie i bociany osiadły po podróżach swoich, a rano i wieczorem życie umilają ptaki mniejsze, jeszcze nie zajęte gniazdowaniem ani wysiadywaniem jajeczek.
Pszczółki w cieplejsze dni wylatują już z ula i szukają pierwszego leśnego pożytku, na kwitnących wierzbach i leśnych pierwiosnkach.
Drzewa soczyste obdarowują nas wiosennym napitkiem. Sokiem brzozowym i klonowym. Anna co rusz przynosi butelkę pełną chłodnego rarytasu. Nie wiercimy otworów i nie pobieramy kroci. Zwyczajnie łamiemy gałązkę od strony słonecznej i zawieszamy na niej butelkę przywiązaną sznurkiem. Sok kapie cierpliwie, aż do zasklepienia się ranki.

Wczoraj rozpętane zostało przez nas wiosenne wywożenie gnoju z obory. Wilgotny świat napełnił się soczystym aromatem nawozu. Pomagał Sławko, wrzucał urobek na furę, a Anna zawoziła ją doczepioną za hak niedawno dorobiony w warsztacie, Santa Klausem do dziury za chatą, gdzie obornik będzie kompostował co najmniej rok. Cztery razy obrócili. A to ledwie połowa roboty. Sporo kozy wytworzyły materii, nie powiem. To cieszy, bo nasze gospodarstwo wciąż woła o żyźniejszą glebę i prosi się o pokarm.
Czyli dwa boksy wyczyszczone, z trzecim malutkim odsadnikiem. Czeka jeszcze drugie tyle plus dwa kurniki, jeden kurzo-indyczy, drugi gęsi.

Ponadto zaczęły nieść się indyczki. Jeden z dwóch indorów poszedł do ludzi, za kaskę oczywiście. Wcześniej spełniał reproduktorskie obowiązki w dwóch gospodarstwach na naszej wiosce. Zdecydowałam się sprzedać  gulguła, bo i tak jeść mamy co, a może komuś się naprawdę przyda. Poza tym dwa indory pilnują siebie nawzajem, a żaden nie bierze się do właściwych samczych czynności. Kiedy jeden zniknął, drugi od razu przypomniał sobie co mu trzeba o tej porze roku zrobić. No, i jaja od razu się pojawiły! Skrupulatnie je zbieram i numeruję.

Dziś zasię leśniczy przydzielił nam leśną działkę do czyszczenia, rzut beretem od chaty. Kozy będą miały co jeść, bo aż drżą do świeżych soczystych gałęzi i kory, po nudnej zimowej diecie. Zatem kolejna praca do wykonania... Wakacje kończą się.

7 czerwca 2013

Chłonność

Właściwie to lubię, jak leje raz dziennie, z dokładnością do dwóch godzin. Po pierwsze parność i nasłonecznienie przed południem ożywia tak mocno gryzące muchy, małe, większe i największe krwiopijcze, że kozy uciekają z pastwiska bardzo szybko, kryjąc się w cieniu zagrody lub wręcz w boksach w środku dnia. Popołudniowa ulewa oczyszczała atmosferę (piszę w czasie przeszłym, bo dzisiaj zanosi się na to, że żadnego deszczu o zgrozo! nie bude) i znikały te latające potwory do samego wieczora. Kozuchy przeczekawszy deszcz i burzę, a właściwie mruczankę kulturalnie pod dachem szły jeszcze na dwie-trzy godziny przedwieczorne spokojnie popaść się na jakże żyznej i czystej łące.
Nawet spore ilości wody lejące się z nieba na naszym piaskowym polu wchłaniają się błyskawicznie i bezśladowo. Jeśli nie liczyć niesamowitej zieleni trawy, liści drzew i krzewów, lasu oraz owsa rosnącego gęsto i szybko, jak dawno już mu się nie zdarzyło.
Wysokie grządki łykają każdą ilość płynu niebiańskiego, nawet nie mlasnąwszy. Anna co jakiś czas oczyszcza je ścinakiem z chwastów, które nieco zaczęły być upierdliwe.
A oto co w temacie łykania wody przez glebę napisała mi Krysia C.

"Opady są spore, ale bez przesady. To gleba nie wchłania już wilgoci. Na Zachodzie 80% gleb jest martwych. Poza tym na skutek używania ciężkiego sprzętu tworzy się w podglebiu twarda, martwicowa "podeszwa". Wycina się drzewa na miedzach i zalesienia śródpolne. Likwiduje łąki zalewowe wzdłuż rzek. I tak pierwsza lepsza ulewa powoduje falę powodziową.
Żywa gleba reaguje zupełnie inaczej, podobna jest do gąbki, bardzo puszysta. Zatrzymuje większość wody w sobie, następnie wzdłuż korzeni drzew (a mogą one sięgać do 30 metrów w głąb) przesącza się do cieków podziemnych. Pasy zadrzewień zatrzymują ściekającą w dół wodę. Rzeki rozlewają się leniwie po łąkach zalewowych i fala powodzi się nie akumuluje. U nas masa wody wciśnięta między wały p-powodziowe leci w dół, coraz bardziej wzbierając.
Śmierć gleb jest tematem mało znanym i rzadko poruszanym, a przecież na martwym podłożu nic nie wyrośnie. Stąd coraz większa konieczność nawożenia. Rośliny są jednak słabe i podatne na choroby, stąd masa trujących pestycydów i innych świństw, które wnikają do gleby i niszczą w niej resztkę życia. Marne resztki próchnicy, które zostały, są wypłukiwane przez wodę. Taka ziemia, nawet pozostawiona w ugorze, nie wróci do żyzności wcześniej, niż za kilkaset lat, a może dłużej.
To nie żywioły czy rozpętane moce są winne, winni jesteśmy my, ludzie. Zwróć uwagę, na jakich terenach zdarzają się największe powodzie - tam, gdzie są największe uprawy i "najnowocześniejsze" rolnictwo."

Tak sobie gwarzymy czasem, ale muszę wyznać, że mam pewien projekt w głowie, który mi się układa z wolna, zwłaszcza, gdy po południu kozy pasę. Gdy już mi się klocki poukładają i wskoczą na swoje miejsca pewnie cokolwiek o tym bąknę.

23 kwietnia 2013

Wiosenna burza

Na burze mózgu, zwątpienie albo niepewność najlepsza jest praca w ogródku.
To już któryś dzień z rzędu pracowitej pracy fizycznej przez wiele godzin na świeżym powietrzu, tak spędzony zaliczyłam. I to nie koniec. Łączymy bowiem budowanie i odbudowywanie grządek wzniesionych z wydobywaniem urobku z obory, a to dopiero zaledwie początek.
Niemniej już siedem grządek jest na rozruchu plus spirala wzruszona, zgrabiona (tymianek jakby padł niestety, mięta jeszcze w ziemi, nie wiadomo czy ruszy, ale za to pięknie zieleni się czosnek niedźwiedzi, nieco z początku podskubany przez Gusię, i świeżo posadzone cebulki ze szczypiorkiem). Przy Księżycu biegnącym przez znak Panny posiałam korzeniowe, buraki, marchew, pietruszkę, pasternak i rzodkiewkę. Dzisiaj, gdy Księżyc wszedł w znak Wagi, Anna wsadziła w ziemię przechowane w ziemiance bulwy mieczyków. Na tyle zmęczyłam się budowaniem zwalistej grządki jednej i drugiej, że już nie starczyło mi siły na siew. Ale nic w przyrodzie nie ginie...
Po południu nagle nadeszła pierwsza wiosenna burza. Spędziłam ją na tarasie, popijając drinka, z Kluseczką wylegującym się na ławie obok. Słuchaliśmy pilnie ulewy uderzającej o blaszany dach tarasu z hukiem i ciurkającej wody z rynny. Cieszyłam się. Aniołki doceniły naszą pracę, zesłały chmurę i podlały naszą pracę, błogosławiąc jej.
Pachniała ziemia, użyźniona, wzruszona, częściowo obsiana i deszcz też pachniał. Kociak był zachwycony. I ja też.
A potem, gdy deszcz opadł i umilkł, rozległy się liczne ptasie śpiewy, licznych ptaków i ptaszków, których nie potrafię rozróżnić i nazwać.
I nastał spokój.

19 kwietnia 2013

Horyzont

Stan wiosny u nas przedstawia się mniej więcej następująco. Zdjęcie zrobione z głębin naszej ziemji. Kozy na pierwszym "wypasie". Skubią coś, jak widać, są to pojedyncze kiełki traw. Na tyle ich mało, że można czuć się bezpiecznie. Kozy w ten "drobny" sposób przywykają do zielonego, żyznego, soczystego pastwiska i łagodnie przechodzą z zimowej karmy na letnią.  


Inna perspektywa. Inna przestrzeń. Na horyzoncie - czeremszyna i brzeziniec. Wsio nasze.


Ot, i takie widoki z Podlachii na teraz.

Z wieści bieżących: sztachety pomalowane drewnochronem, przycięte, gotowe do wstawienia w płot, gałęziówka w lesie się robi, a panele na poddaszu na ukończeniu są.

20 marca 2013

Wiosenny koszmar

Staram się jak mogę nie myśleć o wiośnie, a przyjmować wyrok planety z czystym umysłem. Ale to jest trudne. Człowiek jest zaprogramowany, tak jak każda istota żywa na Ziemi, na rytmy działające zgodnie i powtarzające się.
Wiem, okresy takich oziębień bywały już w Europie w czasach historycznych i dość bliskich. Noc średniowiecza, XVII wiek, czy poszczególne lata zimne i ciemne z powodu wybuchu wulkanu. Owszem. Ale
co z tej wiedzy, jeśli świat udaje, że wszystko jest w najlepszym porządeczku i że nic się nie dzieje? Wciąż ludzie chodzą do pracy, jeżdżą samochodami, pociągami, latają samolotami, kupują jedzenie w sklepach, nie myśląc, że w tym roku, jak tak dalej pójdzie, może okazać się, że coraz mniej będzie podstawowych składników do włożenia do garnka, z powodu przymrozków wiosną, powodzi, upałów i braku deszczu latem, wczesnej jesieni i zimy. Jeszcze wciąż radio gra "skoczną muzykę", a telewizja wciąga w wir głupstw i teoretycznych sporów.
Tak, wiem, trzeba skoncentrować umysł na chwili bieżącej i sprawach do załatwienia. To sposób na depresję. W końcu nie jest tak źle, i to tylko czarne myśli. Pewnie z braku ciepła i zieleni nachodzące głowę.
Dziś, w pierwszy dzień wiosny, zaniosło nas do powiatu, urzędy i sklepy odwiedzić. Poranna droga do Hajnówki była cała biała od śniegu, nad głową wisząca ciężka ciemna chmura śniegowa. Najpierw zresztą trzeba było odśnieżyć wyjazd z garażu, bo od wczoraj spadło jakieś dziesięć centymetrów świeżego puchu.
I po południu zaczęło znowu sypać.
Udało się sprawy załatwić pomyślnie. Odnowić zapasy tego i owego, czosnek na targu (babcia sprzedająca z błyskiem miłości w oku wdała się w opowieść o swoim czosnku, hodowanym z własnych nasion od lat, a niektórym tak wielkim, jak ze sklepu, czytaj z Chin), przyprawy ziołowe w sklepie "Runo", w tym ziarno ostropestu na moją zaburzoną wątrobę, w sklepie mięso wieprzowe, na kiełbasę i wędzonki przedświąteczne (i tak wyjdzie swoja kiełbasa o wartości bezcennej w granicach 10 złotych za kilogram), no, i kilka butelek piwa, na osłodę zimowych dni.
Jednak w drodze powrotnej spotkał nas koszmar... przepraszam, pseudo-wiosenne szczęście. Anna wypatrzyła lądujące za lasem bociany. Po chwili znów poderwały się do lotu, naliczyłyśmy pięć sztuk. Biedne!
Wszędzie biało i głodno. I zimno. Za kilka dni ma paść na Podlasiu tegoroczny rekord zimna. Ile z nich przeżyje? Ile z tych co przeżyją zdoła wysiedzieć i wychować młode?

Wróżą nam jednak pewien ruch turystyczny w naszym krótko-sezonowym bytowaniu na wiosce... pewnikiem.

Zwierzęta zachowują cierpliwość, ale i to jest smutne. Dzikie są już chyba zmęczone, może zdesperowane. Widujemy z okna na poddaszu łosie pasące się na skraju łąk, wychodzące z lasu w poszukiwaniu żeru. Dziki rozryły kompost kilka metrów od naszej chaty. I jakieś łasicowate, przemykające drogą, może toto zeżarło kurę w kurniku sąsiadki.
Nasze kocury nie nocują już w domu, albo wracają ogrzać się nad ranem, bo je nosi samcza wiosenna potrzeba. Kozy mają zajęcie z dzieciakami, ale drób - często zamknięty cały dzień w kurniku z powodu porywistych wiatrów i opadów śniegu, gorzej się niesie i jest spragniony wiosennych pokarmów. Jeśli tylko słońce ogrzeje jakiś kawałek odkrytej ziemi (np. na kompoście) żerują tam pilnie, pojadając zwyczajnie czarną glebę. Gusia jakiś czas temu zaczęła się nieść, ale po pięciu jajach nagle wpadła w depresję. Straciła kompletnie apetyt, siedziała nie wychodząc na świat. Nie wiedząc co jej jest, czy gra hormonów i zaczęła z ich powodów siedzieć (dziwne, że bez jaj), czy objawy starości (ma już pięć lat), czy zatrucie, czy brak witamin, postanowiłyśmy wstrzymać się z ewentualną egzekucją. Piła wodę jedynie, choć niewiele. Po kilku dniach stopniowo zaczęła interesować się jedzeniem, najpierw suchym chlebem, swoim smakołykiem, potem karmą dla kur, a teraz je już wszystko. I wychodzi na świat, choć widać, że szuka czegoś pilnie. Próbuje zaglądać do sadu, albo ogródka, w poszukiwaniu wiosny. Dziś odkryła wejście do folii, gdzie Zielona Pani skryła swój tajemny zakątek.
Jedynie koźlęta są radosne i żywe. Wypuszczamy je zawsze przy karmieniu kóz z boksów i szaleją całą gromadką, nie czekając na wiosnę, bo jej nie znają.

Tymczasem nasz sąsiad spod lasa (czy też raczej z po-lesia) ze swoim Wańką prognozują zimę na wiosnę. Sami posłuchajcie:
Takoż i meteorologowie, jest kiepsko.