Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dziwne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dziwne. Pokaż wszystkie posty

27 kwietnia 2026

Ptasie figle

Wczesna, ale zimna ta wiosna. Wczorajszej nocy obudził mnie wielki wiatr i deszcz jak z rynny, spadł też grad, a rano znów zawiało i spadł śnieg. Zniknął do wieczora, ale zmartwienie jest, bo czeremcha, świdośliwa i grusza już kwitną, a jabłonie szykują się z kwiatami. Dziś wyszło słońce, przydaje się mimo oziębionego powietrza, bo można zrobić pranie i zmywanie za darmo oraz nagrzewa się woda w zbiorniku, wczoraj już wystygła. Pewnie potrwa to do pełni, która to, na zmianę z nowiem, potrafi zmienić pogodę na przeciwną.

Kozy wychodzą prawie codziennie na trawę w sadzie. Mają już wyczyszczoną obórkę, obornik rozwieziony na pryzmy. Młodzież hasa na swobodzie jak wszelkie dzieci. To zawsze co roku nasza wiosenna radość życiowa. 

Ptaszki przechodzą same siebie ze śpiewami na różne głosy. Migają mi na podwórku przezabawne pleszki (uwielbiam je za dowcip i wesołość). Takie potrafią robić kawały, siadają kozie na plecach, i trzymają się jak na ujeżdżanym koniu, gdy ta próbuje obracaniem się strącić jeźdźca. Albo prowokują kota do ataku i zmykają, są naprawdę bez lęku. Staje taka przede mną i kiwa ogonkiem, prawie słyszę w duchu jak się śmieje. Pogwizdujemy do siebie na wyrywki.
Sikorki też daleko nie odbiegły, bo widuję parkę przez okno w kuchni, skaczą po gałązkach akacjowych, pamiętają, choć już ptaków nie dokarmiam. Kowaliki, dzięcioł, milczące derkacze przemykające po ziemi jak małe kurki, barwne rudziki i inne kląskacze i gwizdacze. Słyszę czasem dudka, ale tego podejrzeć jest dość trudno.  

Czytam z zapałem kolejne książki Stanisława Lema. Dużo rozmyślam, próbując ogarnąć ten świat i to, co już wiem o nim, z książek i własnych snów. Jedno jest pewne, świat jest niezmienny w swoich zmianach. Teraz też czeka nas ogromne szast-prast, w ciągu kilku lat znajdziemy się w innym filmie, a to jeszcze nie koniec. Przed kilkudziesięciu laty odwiedził mnie zmarły ojciec, przepowiedział mi kilka rzeczy w życiu, które się spełniły (np. że zamieszkam "za rzeką, w kraju krasnoludków"), a gdy pytałam go co będzie dalej, odparł: "przeżyjesz tyle i tyle lat po wojnie. Więcej nie pozwolono mi powiedzieć". Był wtedy ubrany w mundur polskiego żołnierza z rogatywką.
Poza tym wreszcie siatki w kilku oknach zostały zamontowane i do tego rolety, przygotowania do pory letniej rozwijają się.

11 kwietnia 2026

Taki ptak

I wiosna przyszła, a wraz z nią nowe ptaszki przyleciały. Inaczej już od sikorek śpiewające, ćwierkające, świergoczące, kląskające, gwiżdżące, gruchające, a także te klekoczące, gęgające i podnoszące wielki poranny czy wieczorny klangor. Jak i zdarzają się te skrzeczące, kraczące i pohukujące, ale już naprawdę dużo rzadziej niż zimową porą. Sikorki gdzieś zniknęły, ale tylko się przemieściły w głąb leśnych ostępów.
Wczoraj raniutko usłyszałam znajome pukanie w okno w kuchni, cisza i znów, i znów. O! Cóż to za natręt? Przy porannych zajęciach ujrzałam za szybą dwóch sikorków :) na gałęzi klonu, pilnie i z ciekawością usiłujących mnie podejrzeć. Wypasione tłuścioszki! To najpewniej moi zimowi goście ptasiej stołówki... Poprawili mi humor na cały dzień.
Dzisiaj uaktywnił się towarzysko kowalik-sąsiad, w podobny sposób. Puka w okno od kuchni, po czym widzę jak sfruwa na taras do karmnika i główką w dół pozostając dziobie chwilę karmę mocno jak mini-dzięciołek, zerkając co chwila na szybę, jakby mnie widział, choć raczej nie widzi. Mam wrażenie, że czuje jakoś moją obecność i wzrok, stąd taka czujność. Bywa, że zamiera nieruchomo na długie chwile, jakby udając że go tu nie ma. I tak na siebie patrzymy każde ze swej prywatnej "niewidzialności".

Poza tym przyszły na świat nowe dzieci, niedługo będziemy je odstawiać od cyca, bo mleko już się marzy. To znaczy udaje się udoić po kubeczku dziennie, stąd jest "śmietanka" do kawy czy dolewka do jaglanki, ale to zdecydowanie za mało na twarożek czy jogurt. 

Anna chucha na roślinki, codziennie wynosi z domu siewki pomidorów i kapustek do cieplicy, a wieczorem wnosi je z powrotem. 

Poza spacerowaniem, obrządkami, gotowaniem i domowymi obowiązkami, rozprawianiem ze zwierzętami, które są najmilszymi słuchaczami, bo przecież nieważna jest treść, a ton głosu, a mam wrażenie, że mój ton bardzo jest dla nich przyjemny, bo są odprężone, strzygą uszami, pokwakują radośnie, gulgają, drepczą przy nodze, zbiegają się, chcą głasków i smakołyków. A to wszystko podnosi serce i umysł, po prostu uszczęśliwia.
I czytam. Teraz głównie fantastykę, ale nie tylko. Obserwuję także amatorsko różne zjawiska w sferze mentalnej naszego narodu, Europejczyków i Amerykanów, ale nie tylko. Przede wszystkim zdążając za filmikami na YT, prowadzona często algorytmem, ale nie tylko. 

Człowiek uczy się wtedy, gdy jest konfrontowany z tym, czego nie zna, widzi lub słyszy po raz pierwszy. Szukam zatem relacji cudzoziemców zwiedzających Polskę, lub Polaków zwiedzających inne kraje. Słucham wykładów językoznawców i tłumaczy z różnych narzeczy ziemskich. Aby zdobyć wyższy pułap (dystans) pozwalający na szerszy ogląd spraw i świata, w którym tkwię i żyję fizycznie, ciałem swoim. Umysł pozwala przecież fruwać dowolnie, jako ten "duch co dmie kędy chce i dokąd chce". Wysłuchuję opowieści o życiu albo ich spojrzeniu na świat z ust mormonów, żydów ortodoksyjnych, Indian, muzułmanów, hinduistów, buddystów czy taoistów. Czytam święte pisma z różnych rejonów świata, mitologie, kroniki historyczne. Po wędrówkach Ossendowskiego przez bolszewicką Syberię i buddyjsko-magiczną Mongolię, po Herodocie (Egipt, Grecja, Persja, Scytia) i Marku Polo (Azja od Bagdadu do Pekinu, przez rejon polarny, Cejlon, po tatarskie stany i z powrotem), po Bitwie na polu Kuru na półwyspie indyjskim, przeniosłam się do Persji, gdzie spędzam tysiąc nocy z Szeherezadą, czytam listy perskie Monteskiusza, ale i studiuję dziwne rytuały zaratusztriańskie wraz z Awestą. Dowiedziałam się tak, że była ona przetłumaczona na polski przez prof. Pietraszewskiego w połowie XIX wieku, ten dopatrzył się w niej źródła słowiańszczyzny (z tej racji, żeśmy jako Słowianie ludem indoeuropejskim), a tym samym wywarła pewne wpływy kulturowe. Jakie? Ano polski autor fantastyczny, Stefan Grabiński wydał tom opowiadań poświęconych kultowi ognia pt. "Księga ognia". I ten właśnie też sobie przyswoiłam. A ponieważ utwory Grabińskiego chwalił jako jedne z ulubionych w młodości mistrz Stanisław Lem, to ruszyłam następnie w jego kierunku i tym samym w przyszłość. Okazało się, że nie znam wielu jego pierwszych książek, zatem zaczęłam od początku studia lemowskie. "Astronauci", "Powrót z gwiazd", jeszcze sporo przede mną, nawet pomijając to co już dobrze znam. Ponadto, aby nie zdziadzieć w tej Europo-Azji powracam do Ameryki Łacińskiej, Majów i Azteków.

Kultura obrazkowa, przeniesiona na ekrany telewizyjne, w postaci filmów i seriali kompletnie przestała mnie pociągać i interesować. Najnowsze produkcje hollywoodzkie, przy pomocy narzędzi AI robione łącznie ze scenariuszami, nie mówiąc o podrasowywanych aktorach, wydaje się obrzydliwością, zmaszynieniem, odczłowieczeniem, "nuuudą, panie nuuuuudą!". Mistrz Lem wystartował w świat maszyn i cyber-tworów, pogrążając się w zamian w awersję i wstręt wobec biologicznych bladawców, oślizgłych i wilgotnych, ale też wskazując do czego prowadzi owa droga. Zdaje mi się, że stoimy jako ludzkość na progu, a jak próg - to jest i wybór. Jeśli wybór to niezbędna jest świadomość. By ją mieć, trzeba posiąść wiedzę i dystans, Dlatego już głównie czytam, a nie oglądam (lub raczej: dużo mniej oglądam, a widzę z pomocą swego umysłu).
Wybór między czym a czym? 

Byciem człowiekiem albo nie-człowiekiem. Proste. 

Większość na razie daje się prowadzić jak cielęta, myśląc że świat jest jaki był i będzie jaki jest. Tymczasem Ten Próg stoi między jakościami, i jeśli go przekroczymy nie będzie już żadnego odwrotu. Nadchodzi ten czas, z dawien dawna zaplanowany. Chcesz być nie-człowiekiem? Uświadom sobie z czym to się wiąże, do czego zmierza, co daje i co zabiera, bo to będzie raz na zawsze! Nie wrócisz już do biologii ciała, będziesz się od niej coraz bardziej oddalał, wchodząc w świat z metalu i plastiku, fal i praw matematyki, stając się jego podległą częścią. W świat wymagający posiadania niewolników, a od ciebie bycia wyższą rasą. Posiadanie niewolników zaś najbardziej zniewala panujących, jak pokazuje Historia - nasza ludzka nauczycielka. Cóż wart pan bez raba? Mniej niż psia kupa, zapewniam.

Chcesz być człowiekiem? Uświadom sobie z czym to się wiąże, czego masz się trzymać, w którą stronę zmierzać, a którą omijać, bo nie twoja jest, tam stracisz to, co masz, raz na zawsze.
Tak przedstawiony wybór, dla kogoś inteligentnego daje proste wytyczne. Jeśli wyborem jest nie-człowieczeństwo - wybierasz ciągłą gonitwę za czymś nowym, innym, która łatwo przerodzi się w ucieczkę przed konsekwencjami, których ostatecznością jest wielkie splątanie, węzeł gordyjski, piekłem zwany. I tak czy siak koniec świata, choćby w jego wersji rozszerzonej do wszechświata i Big Bangu. Jeśli postanowisz pozostać człowiekiem, masz i drogę i trwanie, bowiem ciało kontaktuje cię z Matką, Matka z Ojcem, Ojciec z Synem, którym to ty, Człowieku jesteś, nikt inny. 

Ech, tyle myśli, tyle wrażeń, tyle spostrzeżeń... I o! puka ptaszek w okno. Och, och, och, taki ptak - dobry znak! (Nie-ludziu, pamiętaj, wchodząc na tę ścieżkę, będziesz musiał sobie ptaszka narysować, a jak ci się znudzi - skarykaturyzować, potem spotwornić, potem zabazgrać, i wycierać gumką aż do wessania przez kosmiczną czarną dziurę). Nam ludziom, tak mało naprawdę potrzeba do szczęścia! :) Tylko Ziemi, tylko nieba, tylko wody, zwierząt, roślin, pór roku. I opowieści, modlitwy, wspólnoty, śnienia, smutku i wesela. I na koniec: Papapa! Dziękujemy za teatrzyk!

7 marca 2026

Wielka zmiana

I mamy wiosnę. W zgodzie z przepowiedniami naszego narodowego wieszcza, tudzież astrologów i meteorologów zima postraszyła i odeszła ostatecznie "za morze" nader wcześnie. Stało się to bardzo szybko, w ciągu kilku dni, gdy śnieg skruszał, lody rozpuściły się i zostały wchłonięte przez glebę. Jeszcze na cienistych ścieżkach leśnych i w cieniu dachów od północy zalegają resztki hałd na obrzeżach, te na podwórzu zjadają kaczki i psy, które uwielbiają lody. Słońce pokazuje się codziennie i zleciały już nowe ptaszki. Wciąż dokarmiam je niezmiennie, bo zostały zapasy w pudle i chcę je skarmić, nie zmarnować. Przylatują w mniejszych stadkach, ale wciąż zaglądają, w tym są też nowe gromadki innych - bardziej rozśpiewanych gatunków niż sikorki. Spacer i pobyt na powietrzu jest niezwykle przyjemny. Obserwuję ruch obudzonych już mrówek, naprawiających mrowiska przy drodze, nieco naruszone kopytami jakiegoś biegnącego zwierza w typie sporego jelenia, albo młodego łosia. Pojawiły się też już pierwsze pszczoły.

Wczoraj o świcie przebudziłam się i w półśnie długo słyszałam dziwny dźwięk, który skojarzył mi się z grającą kapelą celtyckich czy szkockich dudziarzy. Co jest grane? - zdumiewałam się, wymyśliwszy sobie, że słyszę muzykę ze ścierających się na morzu okrętów wojennych. Odkryłam prawdę dopiero w dzień, gdy zza lasu rozległ się głośny krzyk żurawia. Ach, to wy! Przyleciały niedawno, i już odprawiają swoje wiosenne rytuały, zaraz będą jajka i młode... Mój kaczor też już się starał, choć kaczuszka jeszcze się nosi z jajem. Czekam pilnie, bo już mi się zapas zeszłorocznych jaj skończył. 

Mam ataki dobrego humoru tak zabawne, że Anna fuka i nieomal tupie ze zniecierpliwienia. Zamiast się śmiać! Też kiedyś taka byłam zbyt poważna, ale zmieniam się. Zmienia mi się. Kiedy wychodzę na taras, żeby przywitać ptaszki, wołam na nie: "Cip cip tłuścioszki! A gdzie dzień dobry? Gdzie furkotanie? Tiu tiu tiu! Gwiżdżę na was, nie słychać?!" Odpowiadają mi z "płota" i gałęzi pobliskich drzew serdecznym zaśpiewem.

Anna w ciągu zimy przeszła i nadal jeszcze przechodzi fazę wzmożonego zainteresowania robótkami na drutach i przędzalnictwem. "Przędzie sobie, przędzie jak anioł dzieweczka...", oglądając przy tym instruktażowe filmiki na YT. Kręcą je kobiety młode i starsze, i mogą gadać o swych pracach i doświadczeniach godzinami, to cały świat! Przypomina mi to dzieciństwo, gdy mama po ciężkiej pracy na trzy zmiany znajdowała jeszcze czas na robótki i krawiectwo, którymi dorabiała sobie do pensji. I w domu usypiał mnie i budził stukot maszyny do szycia, maszyny dziewiarskiej albo kołowrotka.
Teraz Anna wyciągnęła z szafy maszynkę przędzalniczą produkcji białoruskiej, którą dostała lata temu od byłej właścicielki siedliska i stukot usypia mnie znowu. W każdym razie nauczyła się na niej, po kilku dniach wściekłych prób i oglądania filmików wyciągać nitkę ze zgręplowanej wełny, i nawinęła już wiele kłębków z tego, co czekało latami w workach na poddaszu. Na chińskich  drutach zaś udziergała dwie czapki, kilka par ciepłych skarpet, szalik, i mitenki dla mnie. Które przydały się i przydają, bo wciąż duże różnice temperatur między dniem i nocą dokuczają mi reumatycznymi bólami w lewym przedramieniu.

Poza tym czytam wielotomową hinduską "Mahabharatę", postanowiłam sobie przeczytać całość uważnie w ramach pielgrzymki do miejsca świętego, którą choć raz w życiu każdy człowiek powinien odbyć na tym padole łez. Podróżuję więc w głowie i wyobraźni (cieleśnie pielgrzymując co roku na Grabarkę). Tematem tego wspaniałego eposu jest potężna bitwa na polu Kurukszetra. Sama w sobie cudowna,  przy użyciu strzał spotykających się i neutralizujących w powietrzu niczym współczesne rakiety, dysków czekających za chmurami na gest wojownika, podkręcanych maczug zabijających słonie, które specjalnie tresowano do boju i pojono winem przed walką, aby nabrały animuszu, czy dzid obcinających głowy kilku walczącym naraz. Oraz tajemnych broni promieniotwórczych, wprowadzających w przerażenie całe armie i ludność okoliczną i zamierającą ze strachu przyrodę.

A teraz, śledząc w doniesieniach i komentarzach z radia, FB i YT wojenną akcję na Bliskim Wschodzie dotarłam do opisu pola bitwy po bitwie, pełnego pokawałkowanych trupów bohaterów zżeranych przez drapieżne ptaki i zwierzęta, odwiedzanego przez zrozpaczone wdowy i matki, piękne i wymuskane luksusowym życiem panie. Obraz pełen żalu, płaczu, żałoby, omdleń, bezradnych okrzyków nad biologią rozkładających się ciał wspaniałych herosów, mężów, synów, mistrzów walki i doświadczonych wodzów, których losy opowiadała wcześniej ta święta księga, porusza wyobraźnię i jest adekwatny do tego co już się dzieje i dziać będzie w Iranie i wokół niego.
Zaczęło się. Wielka bitwa przed końcem kolejnego okresu czasu, zwanego żelazną erą także u proroka Daniela w Biblii, jeszcze przed nami, ale już niedługo (w skali mniej niż 10 lat) wielu z nas dotknie osobiście. Szykujcie serca i  dusze, bo opadające jak liście ciała na pewno sobie poradzą.

30 stycznia 2026

Zimna podróbka

 Cały styczeń przeleciał bez wpisu. Było zimno i zimowo, las przepiękny, ośnieżony, poważny, codziennie go odwiedzam, spacerując. 

Mimo to dopadło mnie przygnębienie. Wraz z krótkotrwałą odwilżą, mokrym śniegiem, które już odchodzą szybkim krokiem poganiane przez kolejną, silniejszą falę mrozów. W sercu i głowie jawi się pustka. Film amerykański polecony przez znajomego, zachwycającego się tym razem muzyką (komputerową - jak sądzę po próbie obejrzenia) znowu okazał się komputerowym nieludzkim zgniotem. Zdumiewają mnie ludzie idący z zachwytem w ciemno za tym, co wymieli maszyna w przepaściach swej nieludzkiej obojętności i nieludzkiej logiki. Nie ma w tym sztuki, artyzmu, wyobraźni, czucia i serca, jest wielka podróba. W tej pustce trudno o jakąś radosną myśl, nadzieję, czystość (chyba że za czysty uznać mechaniczny metal połyskujący zafoliowanym plastikiem).
Gadające głowy prześcigające się w wymądrzaniach na każdy temat z komentatorami AI są równie puste. Donoszą już stąd i zowąd, że AI podsłuchuje przy pomocy cipów w aparatach i urządzeniach w całym domu, korzystając z wi-fi. Krążą filmiki, gdzie ludzie gadający z maszyną są już na skraju schizofrenii, albo ogłaszają AI nowym Bogiem, a siebie jego kapłanami.
Inni donoszą z dumą do urzędów na właścicieli psów trzymanych klasycznie w budach na zewnątrz, oskarżając ich o to, że pies czy inne zwierzę nie ma świeżej wody na zewnątrz stojącej, z której mógłby korzystać w każdej chwili. I to teraz, w temperaturach poniżej 10 stopni! Są młodymi "gniewnymi" „ormowcami”, wierzącymi w doskonały system, który zbawi ludzkość i zamieni nasze życie w raj. Doświadczenia przodków dla nich nie istnieją. Przecież maszyna to nie to, co dawna ludzka biurokracja i tyrania. Dawne sposoby życia, jedzenia, ogrzewania się odejdą w zapomnienie, wyśmiewane i ostatecznie potępione. Nowi tyrani już rosną, mają miłe buzie, płaczą na widok głodnego kota, karmiąc go chemiczną trucizną, nie umieją pisać długopisem ani rysować ołówkiem, nie wiedzą co to pieniądz, zmęczenie, głód, cudza własność.
Będzie ich więcej, wiele razy już ich śniłam. Nowi panowie świata, wychowani bezstresowo, dla których inni, zwykli ludzie będą pełnić rolę nowoczesnych niewolników. Wejdą do przypadkowego domu, rozgoszczą się, najedzą, prześpią, zostaną, albo pójdą, czasem to ty albo ty pierwsza opuścisz własne mieszkanie, bo tylko to cię uwolni od niechcianej gościny. Jakże uprzejmego, inteligentnego, zabawnego "państwa", tworu nowoczesnego nad-człowieczego komunizmu, "nowych ludzi".
Śniłam też koniec tego procesu, marny i żałosny, tego co się dopiero nieśmiało zaczyna, co podnosi metaliczną główkę i migocze kolorowymi obrazkami na ekranie. Rozsypie się na części, odpadną mu kończynki, rączki, nóżki, główka. Zostanie potłuczonym śmieciem, zalegającym kopce, albo rozżarzoną surówką w piecu wulkanicznym. Wszystko, co powiedziane na początku, zapisane i starannie przeniesione przez czas w starannie przepisywanych księgach, spełni się. "Nie może glina połączyć się z żelazem"... to już prorok Daniel zapisał.

Jedząc poranną jaglankę z żurawiną i masłem przyglądam się przez okno z miłością sikorkom, sąsiadom kowalikowi i dzięciołowi, rudym sójkom korzystającym z ptasiej stołówki na tarasie. „Częstujcie się, kochane dzieci! Niech was Opatrzność chroni! Uważajcie na siebie... zimno znowu idzie”. Ćwierkają do mnie z daleka, gdy wychodzę na dwór, las skrzypi wieloznacznie, gdy idę, jakby witał się i wymieniał najświeższe wiadomości.
Jak to zrobić, aby ignorować technologię? Nie brać pod uwagę ludzkiego szaleństwa, które nadchodzi? Pamiętam głos sprzed lat, który mnie obudził pewnej nocy: „Ufajcie! Pułapka jest mądrze zastawiona... siedem razy siedem...” Zrozumiałam potem zagadkę tych liczb i znalazłam ją w zapisie Nostradamusa w pewnym almanachu. I obliczyłam. Przed nami jeszcze przynajmniej 40 lat zwiększającego się „wielkiego ucisku”, „który gdyby nie został wcześniej zdjęty, nikt by nie przeżył, i to na całej Ziemi”. W nocy nie mogąc spać, po zakończeniu lektury „Dziejów” Herodota wzięłam się za „Rozmyślania” Marka Aureliusza. I natychmiast chłodna czystość starorzymskich cnót, ludzkiej szlachetności i filozofii owiała mnie chłodnym boskim powiewem, co za ulga!

12 grudnia 2025

Francuska przygoda

Opóźniłam się z poniższą relacją z jakichś takich zwyczajnych codziennych szarych przyczyn jesiennych. Ale ponieważ historia była u nas niezwyczajna, jestem w obowiązku zamieścić ją jednak na blogu.

Otóż około 23 listopada (a więc jakieś 3 tygodnie temu) spadł pierwszy śnieg tego roku i aura mocno się popsuła. Lekko po południu (ale niedaleko do wczesnego zmierzchu) tego dnia przed naszą bramą zatrzymały się ni stąd ni zowąd - trzy konie, mały pies i dwoje ludzi. Anna, ujrzawszy ich z okna wyszła przed dom zobaczyć co i jak. Długo nie wracała. W końcu poszłam za nią wiedziona ciekawością. Targała właśnie trzy kostki siana na taczce. Goście poprosili o trochę siana dla koni.
Okazało się, że pojawili się wędrowcy rodem aż z Francji, poprosili o możliwość rozbicia się namiotem w zagrodzeniu i ugotowania sobie czegoś w domu. No problem. Byli to sympatyczni młodzi ludzie, rozmawiający trochę po rosyjsku i angielsku, ja zaś dołączyłam do tego z moją lichutką w mowie francuszczyzną.
Samuel i Marie, z regionu Anjou, po naszemu zwanego Andegawenią, od 8 miesięcy wędrujący z końmi kupionymi bodaj w Kazachstanie, przez Kirgistan (albo odwrotnie), Rosję, Litwę, Łotwę, Podlasie gdzieś hen za Rzeszów, gdzie mieli w planie dotrzeć „gruzowikiem” i zimować do kwietnia, po czym ruszyć przez Słowację na południe, do siebie.

Wywiedziałam się, że dziennie robili en pied od 16 do 25 kilometrów, zależnie od pogody, choć teraz śnieg nieco ich opóźnił w marszu, koń się pośliznął i muszą uważać na jakość drogi. Ogrzali się przez kilka godzin przy piecu, wysuszyli, ugotowali sobie makaron, poczęstowałam ich zupą burakową czyli la soupe vegetarienne, notre fromage et cacao de ceremonie avec lait de chevre et sucre brun. Smakowało. Dostali wodę dla koni, które dużo jednak nie piły, bo śnieg im wystarczył.

Rozmowa czasem zamierała, bo brakowało nam słówek, mimo że wyciągnęłam ku pomocy moje dwa diksjonery, no i był automatyczny tłumacz w smartfonie w razie czego, ale w sumie było miło.

Następnego dnia Francuzi wpadli o poranku na kawę i herbatę. Opowiadali o wilkach, żubrach i łosiach widzianych przez nich wcześniej, ale u nas nic im się nie przytrafiło. Przy czym największy zachwyt budziły w nich łosie, których nazwę wymawiali jak angielskie wash. A żubry nazywali bizonami. Porozmawiałam trochę po ichniemu, z wtrąceniami rosyjskimi, które nieco rozumieli, nader niezdarnie, co rusz zapominając francuskich czasowników. Mój główny problem był jednak z pojmowaniem mówionej francuszczyzny, bo tego nie trenowałam w ogóle od czasów licealnych, nie było potrzeby. Rozumiem pisany język, potrafię też sformułować jakoś zdania i co nieco opowiedzieć od siebie, ale raczej z brakiem wzajemnej komunikacji. Byli jednak przyjemnie zaskoczeni, że mogą usłyszeć swój język tak daleko od kraju, odpowiadając mi po rosyjsku albo angielsku (tą mową włada Anna).
W każdym razie nieco się wystraszyli słysząc o temperaturach zimowych możliwych na wschodzie Polski oraz dużych ilościach śniegu (tam gdzie zmierzali trwała właśnie zwyczajna kilkudniowa awaria prądu na dużym obszarze z powodu śnieżycy). Pogoda ich zdziwiła. W swojej Andegawenii zimą miewają najwyżej 3-5 stopni na minusie i niewiele śniegu. Rosję i wschodnie kraje przebyli porą ciepłą, w dużej części „gruzowikiem”, a zeszło im tak długo, bo biurokracja tam uniemożliwia szybsze poruszanie się. Zaśmiałam się: Le dernier Français à avoir voyagé ici en hiver fut Napoléon!

Rozstaliśmy się serdecznie i Bon voyage! Vous prenez ce fromage! Oni ruszyli całym swoim stadem na sąsiednią gminę en pied, a my do miasta. Śnieg zaległ w lasach i na leśnych duktach, ale drogi już były w miarę odgarnięte. Tym niemniej mocno im współczułyśmy jeszcze dość długo, mając nadzieję, że przetrwali dzielnie zimno, wilgoć i błoto kolejnych dni.

2 czerwca 2025

Przed i po wyborach

Zadzwoniła prawie 90-letnia babcia do wnusi z pytaniem, czy idzie na wybory. "Jeszcze nie wiem, żaden mi się nie podoba" - odpowiada wnusia, fest już kobita. "Idź, i głosuj na Nawrockiego. Byle nie Trzaskowski!" - mówi babcia. "Ale Nawrocki to i to..." - wymienia wnusia - „W ogóle myślę nie iść, bo obaj kandydaci mi się nie podobają”. "Nieważne, nikt nie jest doskonały. Byle nie na Trzaskowskiego!", "Czemu?" -- pyta wnusia. "Bo on uchodźców do Polski sprowadzi!"

Kurtyna.

Kilka myśli powyborczych. Astrologowie stawiali na Trzaskowskiego, i dyskutowali między sobą zażarcie, kto analizuje horoskop bardziej obiektywnie, a kto w zgodzie ze swym fiksem politycznym. Wstrzymałam się z opinią, choć poznałam wynik zawczasu, ale inną drogą. Zaraz o niej. Najpierw o obiektywizmie w ocenie. Aby być obiektywnym trzeba umieć osiągnąć poziom Oka, widzenia ponad-jednostkowego, Okiem patrzy bowiem naddusza, czyli Brahman. Obraz jest wtedy jasny, bez zanieczyszczeń, choć i wtedy go widząc można się pomylić, ponieważ człowiek nawet frunąc świadomością na ten poziom dysponuje własnymi, ego-tycznymi doświadczeniami i emocjami. Trzeba się od nich nauczyć oddzielać, aby blask prawdy zalśnił. Astrologowie przeważnie ćwiczą się w intelektualnej ocenie, czy coś ma szanse powodzenia, a gdy w grę wchodzą różne czynniki zaczynają się gubić w niskiej sferze Odbić, czyli projekcji. Wczoraj był mecz. Więc dali się porwać. Tymczasem należało się wznieść wyżej. Ocenić horoskop każdego kandydata pod kątem, czy ten pan ma w swoim przeznaczeniu bycie prezydentem. Bo zawsze przeznaczenie rządzi, a nie przypadek. W dzisiejszej zjungizowanej astrologii unika się jednak jak ognia tego słowa, jak i wyrazu fatum czy Bóg i wola Opatrzności.

W horoskopie Nawrockiego zwróciła moją uwagę protekcyjna kwadratura Jowisza w Strzelcu we władzy do Słońca w Rybach. W horoskopie Trzaskowskiego zaś Ogon Smoka na Ascendencie i stellum ze światłami na Descendencie. To możliwy szef opozycji, a nie głowa państwa. Ogon Smoka przynosi przegraną na szerokim forum w tym wypadku, a stellum napędzenie do urn jego opozycji. Co jeszcze? Ano w horoskopie dnia wyborów było wskazanie, że wygra faworyt, ale astrologowie szukali go w rankingach, a nie w swojej głowie. Panowie i panie, już mnie ten dzień utwierdził w przekonaniu zgodnym z klasycznym rozumieniem astrologii.
Ascendent to nie tyle faworyt, co reprezentant prawicy, a Descendent to opozycja, która w regule hierarchii królestwa (Jako na niebie tak na ziemi) mieści się zawsze po lewej. Zatem w myśl tego pan Karol N. był reprezentantem Ascendentu, a pan Rafał Descendentu. I nagle astrologia dla współczesnego demokratycznego fiku-miku nie przestała działać, ani wzorzec boski się nie odmienił!

A teraz o tym, jak się dowiedziałam zawczasu kto wygra wybory. Ano, prosto. Zacisnęłam prawą piąstkę wyobrażając sobie w niej pana Karola. I lewą piąstkę z panem Rafałem. Podniosłam obie wyciągnięte ręce przed siebie i zapytałam samej siebie, swojego ciała i podświadomości o to, kto wygra. Z początku ręce krzyżowały się ze sobą po równo, o, będzie łeb w łeb - pomyślałam, ale na koniec nagle prawa ręka gwałtownie opadła w dół, przeważając wynik. I po co tyle lat nauki i studiowania map astrologicznych? Kiedy to takie proste! 

22 maja 2025

Tęczowe słupy

No, i maj dalej kapryśny. W Polsce zimne maje to nie nowina, tym bardziej na wschodniej flance. Czytam w Dziennikach Marii Dąbrowskiej, że w latach wojny, ale i w późniejszych takie właśnie bywały, że w maju chodziło się jeszcze w futrach, w Warszawie padały śniegi, w sadach wymarzały kwiaty, żywność od tego mocno drożała. Więc nie nowina. Ukuto też formułkę "zimny maj", która legła w tytule sławnego przeboju Kory i Maanamu. Tym niemniej lud zrobił się podejrzliwy, i teraz zimno i długo utrzymujący się niż tylko w rejonie naszego kraju na mapie Europy podsunął podejrzenie o broni pogodowej skierowanej na polskie rolnictwo. Ponadto na niebie pokazują się słupy tęczowe, które ktoś ochrzcił "tęczą Trzaskowskiego", bo wzmogły się w okolicach wyborów i ludziska przesyłają sobie zdjęcia tych cudów niebieskich nad różnymi wsiami i miastami z okrzykami "Jakie cudne!" albo opatrzone złośliwymi i wszystkowiedzącymi kpinami. Ja powiem w tej sprawie tylko jedno: "A diabli wiedzą jak to jest!" Żyć trzeba.

Nieco więcej popaduje, zdarzają się nawet ulewy, temperatura nocna podskoczyła, zatem ruszyła trawa i kozy mają co jeść podczas popasu. W suchym rejonie mojej wioseczki i tak jest jeszcze mikra i rzadka, ale to akurat przypadłość miejsca i jakości gleby. W każdym razie sianokosy na pewno będą późne w tym roku, tak czy siak.

Na spokojnie zajmujemy się ogródkiem. W tym roku długi tunel jest odkryty, uznałyśmy że szkoda naszej pracy i podlewania, bo zapasy z mniejszego areału nam dwóm wystarczają (nie wiadomo, jak wypadną z gruntu w tym roku, zawsze jest ta niepewność). Pory, pakczoj, pomidory i fasolowe zostały wysadzone w cieplicy i na grządkach przy domu. Kwiaty jabłoni zmarzły, jeśli jakiś się zawiązał i uchował to będzie cud. Podobnie śliwy, choć tu jakby nieco lepiej, bo drzewa są niewysokie i rosną w miejscach chronionych przez budynki, zobaczymy w praniu. 

Poza tym codziennie spacerujemy po drodze leśno-polnej, z psami towarzyszkami, nie zważając na kaprysy aury. Oto jedna z nich, Pasia, na zdjęciu sprzed trzech lat, (ale nic się nie zmieniła).

20 września 2024

Trwanie w nietrwałości

 

[Powyższe zdjęcie upamiętnia sierpniowy plener malarski, jaki się odbył w naszej gminie, a przy okazji malarze zawitali do naszej wioski i uwiecznili kilka widoków, w tym naszego sadu również.]

Tak poza tym powoli kończymy prace, choć nie było jeszcze rui, więc i nie ma zwieńczenia sezonu i jego przegibnięcia się na przyszły rok. Jedynie jelenie z pobliskich lasów nie zapomniały terminu i kilka nocy ryczały groźnie w pełni swej męskiej mocy w krąg. Pokazały się też wilki, więc drżymy o stadko, wybiegając na byle bek z pastwiska. Tak, polują również w dzień, i potrafią nieomal na oczach gospodarza rozerwać swój łup, odskakując w las dopiero, gdy ten jest już blisko, np. z odgryzioną owczą głową w zębach. 

- A my nawet kapiszonów nie mamy, żeby straszyć! - jęczę.
- Trzeba czarów użyć?
- Na wzór Milarepy, można by narysować swoje pole na piasku i nakryć je przetakiem, dookoła niech się dzieje co chce, w środku mistyczny zakaz - żartuję sobie, bo i właśnie książkę o jodze indyjskiej i tybetańskiej skończyłam czytać po nocach.
Póki co zawierzam wszystko aniołowi stróżowi, bo co więcej można zrobić w takiej sytuacji?

Na innym pograniczu polskim trwa tymczasem walka z żywiołem wody, zalewającym miasta i wsie. Już w 2013 napisałam na tym blogu o tym , co wiem i co bym zrobiła, mieszkając na takich terenach. Zawczasu. Zastanawia ludzki upór trwania w niebezpieczeństwie. I odbudowywania się co rusz. W końcu - zapewniam was - nie będzie nic do odbudowania, a uparciuchy odpłyną w inny wymiar, wraz z tymi, którzy podtrzymują sens stawiania czoła żywiołom. Ziemia się zmienia, planeta wchodzi w czas przemiany i klimat z roku na rok oszaleje. Do stopnia, który jest wam sobie trudno wyobrazić. Co rozważam od 20 lat w pismach mojego Mistrza, który opisał te zjawiska pół tysiąca lat temu. A wydarzy się to i wypełni w trakcie obecnego stulecia.

Mobilność, otwartość na zmiany, ustępowanie żywiołom miejsca, roztropność, uwaga i czujność mogłaby co nieco uratować w swoim czasie, ale nie zatrzyma zmian i nie przywróci czasów, które właśnie mijają. Mamy za zadanie przeistoczyć się jako społeczeństwo i jednostkowo, organizacyjnie i w świadomości, aby wejść w ewolucję, zarządzoną przez naturę i wymogi czasu. Jak na razie wszystkie rozwiązania i projekty zakładają trwanie tego co było i posiłkują się starymi metodami, a zarządzający słabo albo wcale zdają sobie sprawę z nadchodzącej wielkimi krokami zmiany. I dlatego będą musieli odejść, zginąć, w najlepszym razie dać drapaka. Tylko ostatecznie, gdzie? Oto jest pytanie. Przetrwają ci "co idą, a nie stąpają po ziemi".

Na szczęście nic nie dzieje się nagle na tyle, aby nie było jeszcze czasu na zastanowienie się i decyzję. Choć jest go coraz mniej, przekonacie się.

Póki co obornik został wywieziony z koziarni i kozy mają czas na miłość i rozmnożenie się w przyszłym roku. Dalej myślę ostrożniej.

29 lutego 2024

Siedem srok na drzewie

Ciepła, a od czasu do czasu nawet słoneczna pogoda sprzyja myśleniu o wiośnie. Nie wiadomo już za co się zabrać a co kończyć, żeby zdążyć na start kolejnego sezonu. Zwłaszcza, gdy się siedem przysłowiowych srok za ogon trzyma.

Anna co i raz różne biznesy załatwia, rolne, urzędowe, remontowe, zleceniowe, raz warsztaty, innym razem konstruuje zabudowę poddasza, lepi naczynia i talerze, szkliwi i wypala, jeszcze innym jakieś internetowe webinary obczaja i uczy się montażu filmików, tudzież walczy z kompostem i ściółkowaniem krzaczków oraz szykowaniem grządek pod zasiew. Dodać należy zwyczajne obowiązki, kozy, drób, noszenie drewna, pranie, czasem wypad do sklepu i oto jest się w czym pogubić. 
Ja też mam swoje sroki, oprócz obowiązków codziennych, gotowania, omiatania chałupy, obrządków zwierząt, bo aż trzy książki usiłuję skończyć, aby ruszyć jakoś z ich wydawaniem. Jestem drobiazgowa i redagowanie tekstów, wciąż dopisywanie szczegółowych treści, zabiera mi mnóstwo czasu. Nie jest to dobre dla ciała fizycznego i zdrowia, bo siedzenie boli, oczy słabną od gapienia się w ekran. Staram się jak mogę ćwiczyć Ći-kong lub ile się da chodzić zamiast siedzieć, i już na przykład nawet z oglądania filmów zrezygnowałam.
Po pierwsze i najważniejsze niemożebnie mnie znudziła sztuka filmowa, oglądam co najwyżej dziennie jeden lub dwa filmiki ulubionych "kanalarzy" na YT, a intelekt trenuję na książkach. Czytam je w nocy, bo dopada mnie niekiedy, częściej niż rzadziej, bezsenność śródnocna, więc zamiast się denerwować i przewracać z boku na bok, palę w ciemności chińską punktową latareczkę, biorę czytnik i wchodzę w światy wyobraźni, o niebo ciekawsze od obrazkowych współczesnych "bohomazów". Prawdziwa satysfakcja!
Od początku roku udało mi się już 15 książek przeczytać, teraz studiuję szesnastą. Różnego autoramentu, od "Dziejów" Herodota, opowieści filozofa Jamblicha czy Pitagorasa, religioznawczych wywodów Sir Frazera przez zadziwiające powieści fantastyczne Snerga-Wiśniewskiego (dopiero teraz widać, że był wizjonerem) czy współczesne fantastyki i koncepcje na temat SI autorstwa Jacka Dukaja, po podręczniki astrologiczne.

Temu wszystkiemu towarzyszy przyroda, śpiewy małych ptasząt wiosennych w lesie obok, klucze powracających gęsi i żurawi. Wczorajszy widok nawet mnie zadziwił, choć już widziałam nasze ptactwo w różnej akcji! Stało się to wkrótce po tym, jak po niebie przeparadował ogromny klucz dzikich gęsi. Nasze indyki stwierdziły, że też chcą poznać więcej świata. Zdołałyśmy jeden moment uchwycić na krótkim filmiku, najlepiej odtwarzać go w zwolnionym tempie, 0,5. 

Prawie wszystkie, oprócz trzech najcięższych indorów, które nie zdecydowały się na wspinaczkę wysiadywały niczym orły sokoły na gałęziach naszego podwórkowego dębu, gulgając do siebie z podziwem. Po chwili zostały stamtąd łatwo sprowadzone. Wystarczyło je zawołać na miskę owsa, zaraz wszystkie z szumem wielkich skrzydeł sfrunęły do obejścia i dały się zamknąć w ptaszarni. Niestety, Anna nie zdążyła tego lotu złapać aparatem, czego mocno żałujemy, bo widok był "nieziemski". Ot, brak (jeszcze?) refleksu filmowca.

20 grudnia 2023

Przedświąteczne lśnienie


Po prawie tygodniu stanęłam na nogi, smak wrócił, wyszorowałam nawet kuchenną pieczkę na wysoki połysk, choć już na drugi dzień, czyli dzisiaj, sił nie stało na dalszy ciąg porządków. Sprzątam nie dlatego, że tak wypada, ale że konieczność. A Święta, nasze odrodziny i Nowy Rok warto przywitać w odświeżonym wnętrzu.

Na podlaskiej wsi trwa odwieczny przesąd, mający coś wspólnego z chińskim feng-szuei, że jak komina nie wyczyścisz przed nowym rokiem, okien nie umyjesz i podłogi nie wyszorujesz, to cały następny rok będziesz żyć w brudzie i biedzie. Komin przewodzi energie z dołu ku górze, i nie tylko może się zatkać i doprowadzić do pożaru czy zaczadzenia mieszkańców, ale poprzez niego posyła się życzenia ku niebu, często opatrzone spaleniem w palenisku czegoś w ofierze (mogą być kości z kaczki, ptaka fruwającego albo jakieś zioła wonne). Stąd jeśli jest czysty i cug dobry w nim mieszka to i życzenia biegną szybciej i skuteczniej.
Sztuka feng-szuei uważa, że otworami okiennymi i drzwiami wpada do domu ze świata żywa energia Qi. Jeśli szyby są czyste, drzwi w odpowiednią stronę, we wzmacniającym kolorze, a wszystko dodatkowo opatrzone np. w dźwięczące dzwoneczki to Qi niesie dobro, szczęście i zdrowie. W przeciwnych przypadkach odwrotnie.
Wziąwszy jeszcze i ten fakt, że wszystko to dzieje się w okolicach równonocy zimowej i pory odrodzenia się światła nieba, to wdruk energii jest odpowiednio mocny i rzeczywiście długo działający, aż do następnego okrążenia.

Komin mamy już wyczyszczony, piec lśni, jeszcze tylko odkurzacz puścić w ruch, mopem parowym wymyć podłogi, okna przetrzeć, no i łazienkę umyć, nie jest źle. Bez pośpiechu, zdąży się do moich imienin.

Z jadła i napoju to przede wszystkim śledzie w różnych wariantach trzeba przyrządzić nieco wcześniej, a to zawsze idzie sprawnie. Są kupione, tylko odmoczyć. W wigilię zupa grzybowa w planie. Jarzębiak dojrzał odpowiednio do skosztowania. Nie obżeramy się jakoś specjalnie przez te trzy dni, zawsze z braku ochoty. Duch Świąt sprawia, że nie chce się jeść, bo Sytość fruwa w powietrzu. Po co się więc jeszcze dodatkowo przejadać? 

Anna rozpracowuje z pasją budowę gwiazdy betlejemskiej. Zmywarka cicho chodzi. Ja jeszcze trochę słaba po chorobie lubię po obiedzie uderzyć w krótką drzemkę dla regeneracji sił.
Każdego wieczoru przed snem czytam jakiś fragment książki na czytniku. Teraz zainteresował mnie "Lód" Jacka Dukaja, w zimowym klimacie podróży do Irkucka transsyberyjską koleją na początku XX wieku w towarzystwie Nikoli Tesli, pośród zwalczających się agentur rosyjskich ociepleników i lodowników, aby zbadać możliwość dogadania się z "lutymi", mroźnikami rozwalającymi biologiczne organizmy niczym kwantowy komputer. No, i tak się plecie.

3 sierpnia 2023

Niewidzialna pełnia

Warsztat nie odbierał telefonów kilka dni, aż Anna kazała mi sprawdzić układ gwiazd i wyznaczyć dzień kolejnej próby. Przeczekałyśmy dwa dni i w porze pełni w powietrznym znaku Wodnika (komunikowanie się) udało się z rana od pierwszego razu. Mechanik odebrał telefon i oznajmił z punktu, że auto jest naprawione i można je zabierać. Wymieniono czujnik paliwa. Zatem i Księga I-Cing miała rację, bo wcześniej odpowiedziała, że samochód jakiś czas postoi zaparkowany, po czym wymieni się w nim jakąś część z pomyślnym skutkiem. Ta odpowiedź zawczasu sprawiła, że Anna nie wpadała w niepotrzebne rozterki, gorączkowe histerie czy niepokoje i zdała się spokojnie na los.
- Pełnia wszystko wcześniejsze wypełnia - mówię - Teraz następuje zwrot spraw. I rozstrzygnięcie.
- Jechać dziś czy jutro?
- Jutro. Teraz Księżyc wchodzi pod promienie słońca, coś może zaszwankować.
Jednak Anna uparła się, lekceważąc uczoną opinię i przygotowywała się na wyjazd pociągiem do powiatu, żeby odebrać samochód przed fajrantem. Ale pół godziny przedtem nagle przypomniała sobie, że umówiła się na wizytę znajomego, dawno nie widzianego, który miał wpaść w ramach wycieczki rowerowej. I tak oto zrezygnowała z wyjazdu, przekładając ją na jutro.
- Ciekawe co jeszcze pokaże pełnia, a raczej nie pokaże, bo Księżyc jest w złych godzinach - stwierdziłam.
Ano, zaczął padać deszcz i znajomy odwlókł wycieczkę. Pojawił się akurat kwadrans przed wieczornym obrządkiem.
- Mamy niestety pracę - mówię wychodząc z domu - dostałeś SMSa? O tej porze nie ma zmiłuj się. Obrządek, święta rzecz. Nie mamy czasu, zwyczajnie.
- A co to obrządek? - zapytał z głupia frant miejsko-wiejski inteligent. Wytłumaczyłam, bo zapewne jakąś agnihotrę sobie wyobrażał albo inne czarodziejskie rytuały przy pełni, kto go wie!
Anna ganiała wtedy kozy, które na wielkim gigancie z wyschłego i obgryzionego pastwiska zawiesiły się na łące u sąsiadki pod lasem.
Pogadaliśmy chwilę, omawiając ogrodnicze kwestie, tudzież magazynowanie wody i podlewanie tunelu, jak i elektryczność ze słońca. I rowerzysta odjechał, nim kozy przybyły na podwórko, a ja zajęłam się zaganianiem ptactwa pod dach. Anna wróciła, dziwiąc się, że wizyta się nie odbyła. 
- Ależ odbyła - mówię - ale nie było jej pisane ujawnienie się, bo Księżyc stanął w promieniach słońca, czyli stracił siłę i władność. Wniosek: nie należy nic zaczynać w samą pełnię. Można kończyć, ale lepiej chwilę przed lub chwilę po niej.

Następnego dnia rano Anna najwcześniejszym pociągiem zajechała do miasta, odebrała samochód i szybciutko wróciła. Zdążyła dokładnie na porę porannego obrządku.

Pojawił się też sam z siebie Andriusza i pomógł przez dwie dniówki uporządkować kwestie drewna na podwórzu, posortować deski i obrzynki kupione w tartaku, na te zdatne na materiał budowlany i na te do porżnięcia i spalenia. W planie naprawa i budowa nowych grządek wzniesionych.

Póki co trwają zbiory ogórka i pomidora. Przetwarzam. Ot, czas prac wszelakich.

13 kwietnia 2023

Między Wielkanocą a Wielkanocą

Wraz z Wielkanocą ustąpiły wschodnie chłody i aura zrobiła się cieplejsza. Zleciały masowo bociany i już zniosły i wysiadują jaja. Dość często wychyla się słońce, ale nawet gdy go nie ma, jest ogólnie milsze powietrze, noce ciepłe, sprzyjające wzrostowi traw i sporo wilgoci, bo pada co jakiś czas, wzmacniając wiosenne zasiewy.

Na wiosce oczywiście panuje wielki tydzień i sąsiedzi są przed świętami, ale już czuć wzmożoną energię czynu. Słychać traktory, warkot tnącej piły. Ruszają powolutku krzewy owocowe, maliny i drzewka posadzone rok temu. Szparag jest już w ziemi. Kwitnie żółto forsycja pod oknem i pojawiły się pierwsze cytrynki.

Anna rżnie piłą zalegające drewno i zwozimy je stopniowo taczką, by ułożyć w ścianki pod okapem paszarni. Lubię te codzienne fizyczne czynności, bo czuję jak mi się "ciało zastało" przez zimę i rozruch jest pozytywny, krew szybciej krąży i oczyszcza, wiadomo.
Kozy z dziećmi codziennie wychodzą na kilka godzin na kaczy dołek, gdzie zjadają siano. Trawy jeszcze za mało, aby je wypasać. 
Indyki mają się ku sobie i czekamy na pierwsze jaja, bo widać że się Zdzicho stara.
Cztery nowo kupione półroczne kurki już się zaaklimatyzowały i zgrały ze stadem. Stare nioski ruszyły z jajami, jest ich cztery, codziennie znajduję dwa jaja. Ziarnko do ziarnka. Jest już tego trochę.

Właśnie zjadłyśmy ostatnią dynię z zapasów, ale są już pierwsze, niewielkie jeszcze zbiory ogrodnicze, liście wyrosłe z pozostawionych na jesieni pędów. Pakczoj, jarmuż, szpinak, pietruszka, szczypior. Albo duszę je na patelni z domieszką mleka lub sera, albo dodaję do zup warzywnych, które najczęściej zjadamy na obiad. Przekonałam się do jedzenia zup głównie ze względów zdrowotnych, bardzo zmniejszyły się moje okresowe kamicowe dolegliwości, jak sądzę, dzięki temu. Jakoś na razie nie chcę sprawdzać jak się ma alergia, bo może też się zmniejszyła. Po prostu przywykłam do niejedzenia chleba i wypieków oraz grochu i fasoli. Niech tak będzie. Do tego to oszczędny i doskonały sposób na zużytkowanie darów natury, a większość składników w takim posiłku pochodzi z gospodarstwa.

Uporządkowałyśmy bałagan zalegający na tarasie i wróciły wieczorne posiadówy na rozkładanych krzesłach przy śpiewie wiosennych ptaków i z psami u stóp. Z kubkiem kakao albo szklaneczką rozcieńczonego domowego cydru jabłkowego w ręku. Trudno opisać przyjemność takiego odpoczynku po pracowicie spędzonym dniu.
Tymczasem czytam, że szaleni naukowcy zachęcają do zapisywania danych cyfrowych swych starszych krewnych, aby młodsi mogli, gdy zostanie wdrożona super-technologia, cieszyć się krewnymi w wiecznym wirtualnym świecie, zapisanym w komputerze. Do lasu ich wysłać-by, do uprawy ziemi, do kontaktu ze zwierzętami! tych szaleńców. Bo marzy im się istny koszmar, bez cudów przyrody, bez duszy, namalowany cienką kreską sztucznej inteligencji, bezzapachowy i niesmaczny, choć oczywiście zmysły dadzą się technologicznie oszukać. Na jakiś czas. Potem już tylko wieczność piekielna, gdy śmierć od człowieka ucieknie i bezsilne zgrzytanie zębów. Nie dopuść do tego, Boże!

1 stycznia 2023

Fajerwerki i miecze

Wieczór sylwestrowy w planie miał być wieczorem zaglądania w przyszłość poprzez karty. Ale głowy puste obu rozpytujących sprawiły, że karty gadały trzy po trzy.

- Patrz, ta Dama mieczowa to kobieta w jakiejś determinacji, kogoś straciła nieodwołalnie, ma za sobą bolesną przeszłość, a teraz chce powojować, aby coś ważnego jeszcze zdążyć zrobić.
- Kto to, ja? Ty?
- Nie sądzę. Mówię co widzę. Może później coś mi przyjdzie do głowy... No, więc słuchaj. Czego chce ta babka, to mówi druga karta. Całkiem przyjemna, spokojna. Ona walczy o bezpieczeństwo i święty spokój, jadło i napitek. W takim razie tego nie ma, a chce mieć.
- I co dalej?
- Dalej jest Rycerz mieczowy, męska zwarta wojownicza energia prąca odważnie do przodu i podejmująca ryzyko, przeważnie grupowa. Ona będzie wśród nich i wybije się jakoś na czoło, choć wszyscy będą zaangażowani w podjęte zadanie jednakowo, aż do zwycięstwa. Te miecze to konflikt, zimno, czasem rany, broń i pojedynki, na słowa, poglądy, ale i inne trudne tarcia i starcia. 
- No, dobrze, nic nie rozumiem, ale jak to się skończy?
- Właśnie. Odwrócona szóstka Mieczowa to jest jak przewrócony okręt, który nie może wypłynąć w daleką podróż, z powodu jakiejś przeszkody nie do pokonania, albo katastrofy. Coś im wszystkim się nie uda, choć tych dwoje, Dama i Rycerz wygląda, że jakoś to przetrwają, a klucze rozwiązania będą w rękach kobiety, bo ona jest w zestawie najsilniejsza. Ale tyle mieczy, czyli kart pikowych, to jakaś smutna i gniewna historyjka. Nie wiem nic więcej. Pewnie niedługo dowiemy się, o co szło w kartach, jak znam magię i życie.

Udało się przejść spokojnie sylwestrowy długi wieczór przy post-apokaliptycznym filmie skandynawskim, pt. "Krab", ziejącym mroźną Północą i pokazującym ruinę cywilizacji w sposób oszczędny, nie tak fajerwerkowy, jak efekciarskie amerykańskie produkcje. Bohaterka, która straciła bliskich wraz z ekipą zwerbowanych komandosów przedarła się na teren wroga przez zamarznięte morze, gdzie miała odpalić zabójczego wirusa. Poszła jednak po rozum do głowy i plan nie udał się...
- Aj! - zawołałam po kilkunastu minutach oglądania - Już wiem o czym były karty! Opowiedziały nam ten własnie film! Skończy się zatem boleśnie.

Pewnie przez tę jego realistyczną oszczędność w efektach Anna nagle przejęła się i zaczęła wspominać o surwiwalowych sposobach na przetrwanie wrogiej ekspansji.
- Taki karabin zamontowany pod stołem, fajna rzecz...
- Albo, jak wymyślił nasz kolega, zapas trujących suszonych grzybów zostawiony przy kuchni, żeby wróg się nażarł i zdechł... - dopowiadam. - Choć bałabym się zemsty losu, bo można zapomnieć gdzie się co schowało i taką trutkę samemu zjeść przez nieuwagę.
- Jedzenie poutykane tu i tam. Siekierka w lesie. Zwierzęta trzeba by najpierw rozpuścić, żeby miały choć małą szansę. Jakieś nasiona w zapasie. I krzesiwko.

Z tym poszłyśmy spać na kwadrans przed północą. Ledwie się wyciągnęłam w pościeli poderwał moją uwagę huk noworocznych petard, puszczanych corocznym zwyczajem, przez chłopaków z wioski. Psy nawet uszami nie zastrzygły. Kozy i kury pewnie też. Ze zwierzem domowym czy hodowlanym na dalekiej wiosce jest inaczej niż w mieście, bo wokół rozciąga się przestrzeń do ucieczki, a gospodarz zachowuje spokój. Choć zapewne takim żubrom, łosiom, sarnom, lisom, zającom czy borsukom, a nawet wilkom, co się plączą w okolicy, należy się przypomnienie, gdzie jest nasze ludzkie terytorium. I że jeszcze tu trwamy.

Obudził mnie wyjątkowo ciepły i słoneczny dzień.

25 grudnia 2022

Święta noc

Rano w kurniku okazało się, że zdechł w nocy stary dziesięcioletni gąsior Balbin. Odszedł spokojnie, nie niepokojony. Ciało wyniosłam w darze lasowi.

Bożonarodzeniową nocą obudziłam się we śnie, bo coś przyszło od drzwi tarasowych i wskoczyło spokojnie na tapczan, ułożyło się w moich nogach, jak zawsze bywało. Maciuś? zapytałam w myślach, zaskoczona. Usunęłam się trochę, jak zawsze, aby miał miejsce wyżej koło mnie. Wstał i podszedł blisko, łasząc się z miłością. Głaskałam go od głowy po czubek ogona czując w dłoniach jego gładką sierść, kształt.
Obudziłam się natychmiast, ze łzami w oczach. Jakiś czas czułam ogromne wzruszenie w sercu i miłość, z jaką on zawsze zjawia się przy mnie w snach, po czym najpierw Laba zaczęła wydawać szczególne dźwięki przez sen. Popiskiwała tak jak, gdy pieściła się z Maćkiem, iskała jego sierść, a on siedział przed nią spokojnie, poddając się. Gdy się uciszyła, zaczęła mruczeć Pasza na innym posłaniu, także przez sen. Dość niezwyczajnie. Bo gdy obie biegają we śnie inaczej wzdychają i słychać, że szczekają. Teraz obie nie szczekały, a mruczały, popiskiwały.
Pasza wkrótce obudziła się, wstała i podeszła do drzwi na taras, zaczęła je ze zdziwieniem obwąchiwać, po czym ułożyła się koło nich. Wtedy wstała też Laba, podeszła do niej i również chwilę wąchała próg. Po czym obie rozeszły się z powrotem do siebie.
I wtedy dobiegł mnie z zewnątrz jeden nawołujący okrzyk gęsi. Nigdy w domu nie słychać ich gęgania z kurnika, ale może to był okrzyk wydany przez owdowiałą Pulcię. Jeśli tak, to u niej zjawił się z wizytą Balbin.

21 grudnia 2022

Mapa nieba

Odrywam oczy od wykładu mądrego starego astrologa na temat poszukiwania zgubionych rzeczy w horoskopie obliczonym na chwilę zadania pytania, bo Anna dziwnie się miota po pokoju. Odsuwa meble, klęka, zagląda w każdą szparę z latareczką, wertuje książki i szpargały na biurku.
- Co się stało? - pytam.
- Wyleciała mi karta z telefonu przy wymianie i spadła gdzieś na podłogę. Ramkę znalazłam, o tu, ale środka nie ma...
- Poszukam w horoskopie, a nuż się znajdzie? - mówię. I jednym kliknięciem uruchamiam program astrologiczny, a w nim zegar pokazujący aktualny układ planet nad naszym domem.
- Sygnifikatorem kart pamięci jest Saturn - stwierdzam uczenie - sprawdźmy, gdzie jest w horoskopie. Bo jako na niebie tako i na ziemi.
- No, i? - pyta po chwili Anna wyglądając na klęczkach spod biurka.
- Wygląda na to, że jest u siebie, czyli gdzieś przy tobie. Patrzmy na kierunek zachodni, bliskość okna lub drzwi, wyższy poziom niż podłoga.
Dopiero po tym stwierdzeniu włączyłam się w pomoc w poszukiwaniach zguby. Przejrzałam wszystko wokół komputera, próg drzwi na taras, sąsiednie stoliczki, nic.
- Spójrz na swoje ubranie, może przylgnęła do ubrania, wpadła do kieszeni - proponuję.
Anna sprawdza wszystko dokładnie, przetrzepała także swoje siedzisko, nic.
- W takim razie nie mam pojęcia. Może źle określiłam sygnifikator, Ale jaki mógłby być inny? - wracam do swoich zajęć i gapię się jeszcze w mapę nieba.
- Jest u siebie - powtarzam - ale co to znaczy?
Po chwili Anna skacze jak szalona do góry. Jest, zguba się znalazła! Po prostu nigdzie nie zginęła. Pozostała w telefonie, a ona z nieuwagi zajrzała do nieużywanej starej komórki tej samej marki i wielkości, skąd kartę wyjęła i przełożyła szczęśliwie do drugiego telefonu, leżącego obok. Na podłogę upadła pusta ramka, i tyle. Karta była cały czas u siebie.

19 grudnia 2022

Wspólnota

Wczorajszym, sobotnim przedpołudniem Anna wybrała się ze swoją wystawką na jarmark do Hajnówki, już dawno temu zaklepany. Nie byłam z tego zadowolona, drogi ośnieżone, mróz trzaskający. I dzień rozpoczęłam przypadkowym wylaniem gorącej kawy na stolik komputerowy, na szczęście obyło się bez takich zniszczeń jak poprzednio, gdy trzeba było router wymienić. Ale kawa musiała być drugi raz parzona. Ot, taki znak. Znaczek.

Ledwie wyjechała za bramę, niedaleko domu, jeszcze w zakresie opłotków, zaryła na poboczu w śniegu, kilka centymetrów od głębokiego na 2 metry rowu. Wezwana na pomoc, zła, że nowa kawa znowu mi wystygnie, poszłam z szuflą śnieg odgarniać. I musiałam stwierdzić, że sprawa wygląda na poważną  do ogarnięcia, nawet dla dwóch osób.

I wtedy nagle przystanął ktoś jadący z wioski do gminy. Od razu uznał, że pomoże. Były na szczęście pasy spinające do użycia, wożone od czasu sianokosów. Nie byliśmy pewni ich wytrzymałości, więc kierowca ów zdecydował się na ryzyko, w razie czego miał zawrócić i swój hol przywieźć z domu. Jednak jego samochód był mniejszy niż nasz, a droga śliska. Deliberowaliśmy dalej jak tego dokonać.
I chwilę potem zatrzymał się jadący ze sklepu na rowerze Andrij.
I zaraz za nim inny wioskowy ziomal wracający akurat z miasta swoim nowym starym busem. Taki zbieg okoliczności na naszej bocznej drodze jest naprawdę ewenementem, tu całymi godzinami nic nie jeździ ani nikt nie chodzi!
Oczyściłam szuflą śnieg spod kół i pod karoserią ile się dało, samochód został doczepiony z tyłu do busa, za kierownicą usiadł ów sąsiad, jako bardziej po męsku zdecydowany kierowca i poszło!
Nasze auto wyciągane tyłem na drogę zachwiało się i zawisło niebezpiecznie nad rowem. Wtedy rzuciliśmy się jak jeden mąż w trójkę ze wsparciem. Ja, Anna i Andriusza pchnęliśmy go od czoła w górę, nurzając się sami po pas w śniegu.
Udało się pojazd ustawić prawidłowo w kierunku jazdy szybko i sprawnie. Podziękowania, piwko się należy, chłopaki! itp. po czym podróż była kontynuowana. Dzielna Anna wróciła bez większych przygód po zmroku, całkiem zadowolona, bo sprzedała większość swoich wyrobów, nadały się na prezenty świąteczne.

Ot, takie cuda sprawia zwykła ludzka wspólnota.

7 listopada 2022

Wilcze szczęście

Nastały mgliste wilgotne dni właściwie od chwili, gdy słońce weszło w znak Skorpiona, jeszcze w październiku. Czasem kilka promyków wychyla się w ciągu dnia zza chmur, ale to rzadkość. Do tego zmiana czasu wydłużyła wieczory, i ktoś kto wstaje nawet o 10 rano jak ja, musi szybko cieszyć się dziennym światłem, żeby nie popaść w melancholię.

Anna jeszcze przed Wszystkimi Świętymi chwyciła za widły i zdołała załadować kilka fur obornikiem, który wywiozła tu i ówdzie dla wzmocnienia żyzności gleby ogrodowej. Niestety, wciąż największy boks pozostaje nieruszony. Bo weszły święta a z nimi dopadł nas obie katar z krótkotrwałym na szczęście bólem gardła. Pomogły witaminy C i D3, które zawsze są w domowej apteczce, krople do nosa (oj, bez nich krucho by było!), tabletki od bólu głowy i dawki koncentratu jodu, który od jakiegoś czasu suplementuję. Tu muszę stwierdzić, a ciekawa byłam, że nieco większa niż zwykła codzienna dawka owej słonej wody wywołała zbawienną gorączkę tak samo jak jodek potasu z aptecznej buteleczki o nazwie płyn lugola, o czym opowiadałam na tym blogu już nie raz. Wieczorem chwycił mnie ból gardła, w nocy przyszły dreszcze i zaraz gorączka, która otarła się o 38 stopni, i rano ból zniknął, pozostawiając jedynie chrypkę, która trwała dwa dni. O dolegliwościach już nie pamiętamy obie.

Anna zaś wsiadła na traktor i zwozi od wczoraj "chrust" z działki leśnej, który tam naskładała jeszcze wiosną. Nawilgł od rosy i mgieł i pachnie intensywnie grzybami, ale fura za furą pozwala swoje złożyć do kupki. Rosnącej z dnia na dzień systematycznie. 

Z innych nowin, w sam wieczór Wszystkich Świętych, gdy nad wschodnio-południowym lasem unosił się świetlisty róg księżyca w kwadrze wywołał nas na taras szczególny dźwięk. Wstrzymałyśmy oddech nasłuchując. I zaraz przyszedł odbijający się niesamowitym echem od ściany drzew wilczy głos. Najpierw pojedynczy, potem dołączył drugi i trzeci, w pewnej odległości, od wschodnio-południowej strony. Wilki wyły do siebie, wycie niosło się wilgotnym powietrzem niesamowicie wyraźnie, a psy wioskowe ujadały wściekle spod swoich bud.
- Dziady przyszły! - orzekłam. - Coś się szykuje niedaleko od nas.
- No, pięknie. Jeszcze i wilków nam brak do szczęścia...

14 lipca 2022

Owocobranie

Ochłodzenie, a wraz z nim rzadkie, ale za to zlewne deszcze. Przeważnie nocą, ale wczoraj ulewa wypadła w dzień. Przedwczoraj pojawił się Zefir i dmuchnął tak skutecznie, iż przez całe popołudnie i noc nie było prądu w większości regionu. Także złamał do końca starą kosztelę, wysokie drzewo, które już wielokrotnie osypywało się konarami, ale w tym roku obłożone ogromną ilością owocu nie wytrzymało ostatecznie. Jakimś cudem, i to cud nie pierwszy w tym roku związany z drzewami, pień z czubem opadł w stronę, gdzie nie było innych drzew i zaledwie musnął ogrodzenie. Tym sposobem dzisiaj poszłyśmy najpierw, przed wypuszczeniem kóz na łąkę, pozbierać jabłka i naprawić płot. Jeszcze jedna jabłoń w końcu sadu straciła odgałęzienie, zatem zrywałyśmy guguły i wiadrami znosiłyśmy je na taczkę dość długo. Z obawy przed przejedzeniem się nimi kóz. Drobne ilości spadów zjadają już od dawna i to ich przysmak coroczny, więc są już przyzwyczajone, ale taka ilość mogłaby je oszołomić. Kilka lat wstecz jedna z kóz, najadłszy się takich niedojrzałych koszteli ze złamanego konaru dostała silnej gorączki, trzeba było szybko interweniować zastrzykami. Lepiej chuchać na zimne.
Zatem zabrawszy owoc z placu wyżerki i naprawiwszy z grubsza płot (trzeba było dostawić słupek i umocować nadwyrężoną siatkę), wypuściłam kozy z kaczego dołka w południe i ruszyły galopem do sadu. On jeden jest jeszcze w miarę zielony, reszta pastwiska wyschła, zielenią się tylko jakieś niskie porosty. Może przy częstszych opadach trawa odbije, wysieje się nowa, zobaczymy. Przeważnie tak było w deszczowe lato.
Guguły się nie zmarnują. Będę im je skarmiać przy obrządku w kontrolowanych ilościach.

Poza tym porzeczki czarne już właściwie zagospodarowane. Nie było ich zbyt dużo, ale i tak więcej, niż w zeszłym roku, gdy w ogródku permakulturowym krzaki prawie nie miały owocu. W tym każdy jednak zaowocował, to trzeba przyznać. Zrobiłam około 10 słoiczków dżemu, a reszta poszła do gąsiora na wino.

Zaczynają się cukinie, a z nimi leczo cygańskie. Co prawda z zeszłoroczną papryką, zamrożoną przezornie, ale zawsze swoją. Oraz przecierem pomidorowym zeszłorocznym, domowym, który daje boskie smaki, tak w zupie, jak w sosie i w leczo właśnie. Z dodatkiem kurek, które po deszczach zaczynają się pokazywać w pobliskim lesie i Anna wyskakuje na nie z rana przed śniadaniem.

Pierwsze owocowanie świdośliwy zaliczone, owocki były duże i smaczne. Zjadłyśmy prosto z krzaka.

I tak się plecie.

6 czerwca 2022

Leśny park czyli Chrust+

Czuć w powietrzu, jak planiści wibrują i mózgi im trzeszczą, aby nam życie zrewolucjonizować i system uzdatnić albo zacieśnić, na dwoje babka wróżyła. Wyobrażam sobie, że istnieją tacy pomysłowi scenarzyści, zaopatrzeni w najnowocześniejszy sprzęt komputerowy, łącza i statystyki wszelkiego rodzaju, tudzież mądrzejącą z sekundy na sekundę sztuczną inteligencję, wsadzeni do wielkiej sali z kolumnami, z ogromnym telebimem na każdej ścianie i grają ze sobą grupami w najlepsze scenariusze. Komputer wybiera któryś, a gdy akcja posunie się do takiej niemożliwości, że scenariusz utyka na amen, wchodzi inna grupa ze swoim pomysłem i tak to idzie do przodu, gdzieś nad naszymi przyziemnymi głowami. W końcu, gdy zostanie ustalony wspólny i najbardziej pojemny scenariusz, rządzący dostają wiadomość przez czarny ebonitowy starodawny telefon bez podsłuchu, czego mają się trzymać. I na razie trzymają się.

Ponieważ w Polsce wchodzi scenariusz pt. Chrust+ , muszę stwierdzić, że wyprzedzam epokę o prawie 20 lat. Gdy to żem ze stolicy zjechała do lasu, aby życia u podstaw zaznawać i upajać się nim, z siekierką w ręku. Pchnęłam zatem wczoraj Annę do zrobienia stosownych zdjęć poglądowych, i oto prezentuję czarno na białym, jak można przejść rewolucję paliwowo-energetyczną zimy się nie bojąc. I żeby blog na czasie był i rękę na pulsie zmian trzymać.

Oto chrust. Kupa chrustu. Chrust to podstawa. Zbiera się go w lesie z ziemi, bo sam opada sposobem naturalnym, bowiem drzewa co rusz go z siebie zrzucają. Najgoręcej i najszybciej pali się rzecz jasna chrust sosnowy. Potem brzozowy. Ów chrust po przybyciu na podwórze nie musi leżeć, aby dostać się do pieca i dać z siebie ogień, a z nim obiad czy zaparzoną kawę. Najlepszy jest dla niego piec kaflowy, płytą zwany, ale oczywiście żelazna koza również się nada. A i nawet siekiery nie potrzebuje, bo się daje w rękach łatwo połamać.

Jednak są jeszcze gałęzie, tzw. gałęziówka, która pozostaje po pracy drwali przy wycince leśnej. Ową gałęziówkę pozyskują zwykli ludzie za pewien grosik, tzw. asygnatę, którą się płaci już po zgromadzeniu potrzebnej ilości przed zwózką na podwórze. Leśniczy mierzy i oblicza wartość składowiska, po czym inkasuje stosowną opłatę. Oj, symboliczną już teraz, gdy się porówna z ceną węgla, miału, brykiet czy gazu.
My z takiej gałęziówki korzystamy prawie co roku, gdy tylko w pobliżu jakaś działka leśna idzie pod wyczes. Anna robi to sama, czasem z pomocą pomagiera, gdy trzeba grubsze lub dłuższe gałęzie spomiędzy drzew wyciągnąć na przydroże. Poza tym odpady chrustowe ładuje za pozwoleniem pańskim oczywiście, na przyczepkę i zwozi wiosną, jesienią, kiedy może na podwórze. Po co? Ano służą za przysmak kozom, spragnionym wtedy zielonego i witamin. Kozy okorowują dokładnie taki chrust, co sprawia że dużo szybciej wysycha i nadaje się do porąbania i do pieca. Głównie pod płytę kuchenną, choć grubsze kawałki z powodzeniem potrafią rozgrzać piec kaflowy, ścianowym u nas zwany, bez konieczności rąbania grubych pni.

Grubsze gałęzie i tzw. czuby drzewne rąbie się siekierą lub tnie piłą na mniejsze, składuje w drewutni albo pod ścianami, gdzie schną na wietrze i słońcu, by na zimę trafić do pieca c.o., którego chrustem raczej nie napalisz. Tzn. pewnie by ten co mamy (piecokuchnią zwany) i chrust spokojnie łyknął, ale komu się będzie chciało stać przy piecu godzinami i dokładać stale owe patyczki, by w domu ciepło utrzymać?

Poniżej, o, widać już pocięte i ułożone szczapy, które nam nasz stary klon w tym roku podarował, zrzucając kilka konarów. Najgrubsze są tak twarde, że trzeba albo klinem je łupać, albo ławeczki z nich porobić i poczekać, acz struchleją z czasem. Niektóre dadzą się wrzucić w całości do pieca c.o., a taki kawałek pali się długo i pracowicie, i przez 3 godziny można o dokładaniu nie myśleć.


Takie zabezpieczenie, robione systematycznie co roku pozwala mieć zawsze gotowy zapas wysuszonego odpowiednio drewna (tylko duraki mokrym palą, jak mówią u nas na wiosce) przynajmniej z rocznym, jeśli nie dwuletnim wyprzedzeniem.
Mnie już wieści z Polski dochodzą od ziomków, że zduni się znowu pojawili i furorę robią u co bogatszych. Biedni niech też się cieszą, bo fucha zbierania patyków w lesie również może być opłacalna. Jak mi opowiadał dziadek, przed wojną "las wyglądał jak park, tak był wyczyszczony przez zbieraczy chrustu". Można go było w wiązkach kupić nawet na targu albo zamówić z dowozem od chłopa mieszkającego przy lesie. Staruszkowie, nie mający wtedy emerytury, też się tym parali, na wyścigi z liczną wygłodzoną bosonogą dzieciarnią. Idą nowe czasy, oby z korzyścią dla parków!

3 kwietnia 2022

Drzewo życia

Zacznę od opowieści dziwnej treści. Jakieś 25 lat temu, gdy stałam dopiero na progu wielkich zmian w swoim życiu i to całkiem nieoczekiwanych (acz obliczonych zawczasu w horoskopie kiedy przypadną), rozrywałam się latem robiąc sobie wycieczki rowerowe po okolicznych wioskach. Nie muszę dodawać, że nie było to na Podlasiu, ale gdzieś w odległej galaktyce. Okolice były (i są nadal) dobrze zalesione, więc zazwyczaj moim celem był jakiś las i ulubione miejsce w nim (jeziorko, staw, szczególne drzewo). Pewnego razu wybrałam się w swoje ulubione miejsca z przyjaciółmi z wielkiego miasta. Trafiliśmy do wioski dalekiej od szosy, niewielkiej, śródleśnej, zabudowanej klasycznie drewnianymi chatami. Jedna z tych chat była niezamieszkana i moi znajomi popadli w rozmarzenie. Pustostan pozwolił im zajrzeć w zakamarki, których nie znali.
Poza tym w obejściu, na samym jego środku rosło ogromne stare drzewo. Gigantyczny dąb. Drzewo życia. Był tak wysoki, że zadarłszy głowę nie widziało się jego czubka. W trójkę ledwie objęliśmy go rękami. Przyjaciel z zamiłowania fotograf usiłował daremnie zdjąć giganta.
Tej nocy miałam szczególne sny. Dotyczyły owego drzewa. Wyśniło mi się życie tamtejszych mieszkańców i zrozumiałam, że ich dusze nadal trwają, uwięzione w owym drzewie! Zmarli mieszkańcy chaty nie odchodzili do nieba, a żyli w nim dalej w jakimś swoim codziennym udręczeniu. Postanowiłam ich uwolnić, nie miałam wyjścia, bo spać nie dawali, więc porobiłam jakieś swoje modlitwy i prośby. I nagle poczułam chłodny powiew i wreszcie mogłam spokojnie zasnąć do rana.

Minął tydzień i moi przyjaciele z wielkiego miasta znowu się zjawili. Kolega fotograf był tak zafascynowany, że znowu zażyczył sobie wizyty w owej wiosce i ujrzenia dębu. Miał ze sobą lepszy aparat. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy na miejscu zastaliśmy owo wspaniałe drzewo leżące bezsilnie jak długie na ziemi! Upadło tak, że nie zrujnowało niczego w obejściu, żadnego budynku ani nawet studni. Okazało się, że w środku było prawie puste.

Zapytaliśmy na wiosce co się stało. Jakiś staruszek z sąsiedztwa opowiedział, że w tygodniu zdarzyła się niewielka ale nagła burza, zagrzmiało, lunęło i pojawił się jakby znikąd silny wiatr, ale zakręcił się tylko tutaj, w owym obejściu. I drzewo cicho upadło...

Dlaczego o tym teraz piszę? Ano nasz stary klon, drzewo życia zasadzone przez poprzednich właścicieli długo przed wojną, sypie się. Zaczął w styczniu, gdy wielki nadłamany konar pękał kilka tygodni nad drogą na zapleczu, aż wreszcie runął na ziemię. Konar został pocięty i zagospodarowany, ale okazało się, że to nie koniec.

Na Prima Aprilis przyroda postanowiła zrobić dowcip i nagle po suchej zimie sypnęła obficie śniegiem. Białe płaty padały całe popołudnie. Było na tyle ciepło, że śnieg był mokry i ciężki. W nocy zbudził mnie szczególny huk czegoś ciężkiego przesuwającego się jak gdyby po dachu. Jeśli był to śnieg, to musiało go być dużo. Nad ranem pojawił się drugi raz podobny dźwięk. Obudzona domowniczka poszła zobaczyć. Okazało się, że pod śniegiem złamała się stara śliwa węgierka rosnąca przed tarasem, dająca nam najsłodsze śliwki, jakie w ogóle jadłam. 

Od nocy trwał brak prądu i wody, ale wodę na szczęście szybko naprawili. Do rana napadało mnóstwo śniegu, ciężkiego, wilgotnego. Brnęłam w nim po kolana, wsypywał się do kaloszy. Obrządek był wyczynem.


Potem Anna poszła odśnieżać długi tunel. Poradziłam jej wziąć szczotkę na kiju, którą unosiła folię od środka i śnieg łatwo opadł. Cieplica również ocalała. Za to mały tunel w obejściu przy drodze, z którego nie ściągnęłyśmy folii na jesień załamał się pod ciężarem śniegu, który zsunął się z dachu komórki.

I poza tym kolejny duży konar klonu upadł, ocierając się w nocy o ścianę północną domu, na szczęście nie uszkodził ani przewodu elektrycznego ani wozu, który pod nim stoi. Wielka gałąź wpasowała się idealnie w drogę tylną między domem a ziemianką.


I taki jest los wszystkich istot żywych.

Prąd włączyli po 14-tej drugiej doby. Piękny słoneczny dzień, noc była mroźna i śnieg stwardniał, w ciągu dnia zmiękł i osunął się ze wszystkich dachów z hukiem, tworząc wysokie kopce u stóp budynków. Drób wreszcie wypuszczony z kurnika, poradził sobie, przemieszczając się dróżkami przez nas wydeptanymi.