Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magia. Pokaż wszystkie posty

2 czerwca 2025

Przed i po wyborach

Zadzwoniła prawie 90-letnia babcia do wnusi z pytaniem, czy idzie na wybory. "Jeszcze nie wiem, żaden mi się nie podoba" - odpowiada wnusia, fest już kobita. "Idź, i głosuj na Nawrockiego. Byle nie Trzaskowski!" - mówi babcia. "Ale Nawrocki to i to..." - wymienia wnusia - „W ogóle myślę nie iść, bo obaj kandydaci mi się nie podobają”. "Nieważne, nikt nie jest doskonały. Byle nie na Trzaskowskiego!", "Czemu?" -- pyta wnusia. "Bo on uchodźców do Polski sprowadzi!"

Kurtyna.

Kilka myśli powyborczych. Astrologowie stawiali na Trzaskowskiego, i dyskutowali między sobą zażarcie, kto analizuje horoskop bardziej obiektywnie, a kto w zgodzie ze swym fiksem politycznym. Wstrzymałam się z opinią, choć poznałam wynik zawczasu, ale inną drogą. Zaraz o niej. Najpierw o obiektywizmie w ocenie. Aby być obiektywnym trzeba umieć osiągnąć poziom Oka, widzenia ponad-jednostkowego, Okiem patrzy bowiem naddusza, czyli Brahman. Obraz jest wtedy jasny, bez zanieczyszczeń, choć i wtedy go widząc można się pomylić, ponieważ człowiek nawet frunąc świadomością na ten poziom dysponuje własnymi, ego-tycznymi doświadczeniami i emocjami. Trzeba się od nich nauczyć oddzielać, aby blask prawdy zalśnił. Astrologowie przeważnie ćwiczą się w intelektualnej ocenie, czy coś ma szanse powodzenia, a gdy w grę wchodzą różne czynniki zaczynają się gubić w niskiej sferze Odbić, czyli projekcji. Wczoraj był mecz. Więc dali się porwać. Tymczasem należało się wznieść wyżej. Ocenić horoskop każdego kandydata pod kątem, czy ten pan ma w swoim przeznaczeniu bycie prezydentem. Bo zawsze przeznaczenie rządzi, a nie przypadek. W dzisiejszej zjungizowanej astrologii unika się jednak jak ognia tego słowa, jak i wyrazu fatum czy Bóg i wola Opatrzności.

W horoskopie Nawrockiego zwróciła moją uwagę protekcyjna kwadratura Jowisza w Strzelcu we władzy do Słońca w Rybach. W horoskopie Trzaskowskiego zaś Ogon Smoka na Ascendencie i stellum ze światłami na Descendencie. To możliwy szef opozycji, a nie głowa państwa. Ogon Smoka przynosi przegraną na szerokim forum w tym wypadku, a stellum napędzenie do urn jego opozycji. Co jeszcze? Ano w horoskopie dnia wyborów było wskazanie, że wygra faworyt, ale astrologowie szukali go w rankingach, a nie w swojej głowie. Panowie i panie, już mnie ten dzień utwierdził w przekonaniu zgodnym z klasycznym rozumieniem astrologii.
Ascendent to nie tyle faworyt, co reprezentant prawicy, a Descendent to opozycja, która w regule hierarchii królestwa (Jako na niebie tak na ziemi) mieści się zawsze po lewej. Zatem w myśl tego pan Karol N. był reprezentantem Ascendentu, a pan Rafał Descendentu. I nagle astrologia dla współczesnego demokratycznego fiku-miku nie przestała działać, ani wzorzec boski się nie odmienił!

A teraz o tym, jak się dowiedziałam zawczasu kto wygra wybory. Ano, prosto. Zacisnęłam prawą piąstkę wyobrażając sobie w niej pana Karola. I lewą piąstkę z panem Rafałem. Podniosłam obie wyciągnięte ręce przed siebie i zapytałam samej siebie, swojego ciała i podświadomości o to, kto wygra. Z początku ręce krzyżowały się ze sobą po równo, o, będzie łeb w łeb - pomyślałam, ale na koniec nagle prawa ręka gwałtownie opadła w dół, przeważając wynik. I po co tyle lat nauki i studiowania map astrologicznych? Kiedy to takie proste! 

31 stycznia 2024

Krótka trzustka

Śniegi już oczywiście schodzą, bo po wczesnej zimie przyszło wczesne przedwiośnie. Ponoć iluzyjne, ale jak na razie internetowe meteo niczym nie straszy. Spełniła się przepowiednia znajomego masarza, który patrosząc tuszkę zauważył jeszcze wczesną jesienią: "Krótka trzustka, krótka zima". Warto zapamiętać, bo to wtajemniczenie jeszcze etruskich haruspików, wróżących z wnętrzności zwierząt ofiarnych. 

Kozom też się wiosna przypomniała, a jakże.
Zaczęły się wykoty. Matkom nabrzmiały cyce.

Jak na razie wsio myszouchy. Po puszkinowskim tacie. Czyli rasa bezucha (bezuszna), jakby ktoś nie zrozumiał. Już wychodzą na spacery.


Powyżej Kafcia z mlekiem, jak na razie jedyna ze zwykłymi uszami, po mamie.


A to jej brat bliźniak. Czarny Książę.

1 stycznia 2023

Fajerwerki i miecze

Wieczór sylwestrowy w planie miał być wieczorem zaglądania w przyszłość poprzez karty. Ale głowy puste obu rozpytujących sprawiły, że karty gadały trzy po trzy.

- Patrz, ta Dama mieczowa to kobieta w jakiejś determinacji, kogoś straciła nieodwołalnie, ma za sobą bolesną przeszłość, a teraz chce powojować, aby coś ważnego jeszcze zdążyć zrobić.
- Kto to, ja? Ty?
- Nie sądzę. Mówię co widzę. Może później coś mi przyjdzie do głowy... No, więc słuchaj. Czego chce ta babka, to mówi druga karta. Całkiem przyjemna, spokojna. Ona walczy o bezpieczeństwo i święty spokój, jadło i napitek. W takim razie tego nie ma, a chce mieć.
- I co dalej?
- Dalej jest Rycerz mieczowy, męska zwarta wojownicza energia prąca odważnie do przodu i podejmująca ryzyko, przeważnie grupowa. Ona będzie wśród nich i wybije się jakoś na czoło, choć wszyscy będą zaangażowani w podjęte zadanie jednakowo, aż do zwycięstwa. Te miecze to konflikt, zimno, czasem rany, broń i pojedynki, na słowa, poglądy, ale i inne trudne tarcia i starcia. 
- No, dobrze, nic nie rozumiem, ale jak to się skończy?
- Właśnie. Odwrócona szóstka Mieczowa to jest jak przewrócony okręt, który nie może wypłynąć w daleką podróż, z powodu jakiejś przeszkody nie do pokonania, albo katastrofy. Coś im wszystkim się nie uda, choć tych dwoje, Dama i Rycerz wygląda, że jakoś to przetrwają, a klucze rozwiązania będą w rękach kobiety, bo ona jest w zestawie najsilniejsza. Ale tyle mieczy, czyli kart pikowych, to jakaś smutna i gniewna historyjka. Nie wiem nic więcej. Pewnie niedługo dowiemy się, o co szło w kartach, jak znam magię i życie.

Udało się przejść spokojnie sylwestrowy długi wieczór przy post-apokaliptycznym filmie skandynawskim, pt. "Krab", ziejącym mroźną Północą i pokazującym ruinę cywilizacji w sposób oszczędny, nie tak fajerwerkowy, jak efekciarskie amerykańskie produkcje. Bohaterka, która straciła bliskich wraz z ekipą zwerbowanych komandosów przedarła się na teren wroga przez zamarznięte morze, gdzie miała odpalić zabójczego wirusa. Poszła jednak po rozum do głowy i plan nie udał się...
- Aj! - zawołałam po kilkunastu minutach oglądania - Już wiem o czym były karty! Opowiedziały nam ten własnie film! Skończy się zatem boleśnie.

Pewnie przez tę jego realistyczną oszczędność w efektach Anna nagle przejęła się i zaczęła wspominać o surwiwalowych sposobach na przetrwanie wrogiej ekspansji.
- Taki karabin zamontowany pod stołem, fajna rzecz...
- Albo, jak wymyślił nasz kolega, zapas trujących suszonych grzybów zostawiony przy kuchni, żeby wróg się nażarł i zdechł... - dopowiadam. - Choć bałabym się zemsty losu, bo można zapomnieć gdzie się co schowało i taką trutkę samemu zjeść przez nieuwagę.
- Jedzenie poutykane tu i tam. Siekierka w lesie. Zwierzęta trzeba by najpierw rozpuścić, żeby miały choć małą szansę. Jakieś nasiona w zapasie. I krzesiwko.

Z tym poszłyśmy spać na kwadrans przed północą. Ledwie się wyciągnęłam w pościeli poderwał moją uwagę huk noworocznych petard, puszczanych corocznym zwyczajem, przez chłopaków z wioski. Psy nawet uszami nie zastrzygły. Kozy i kury pewnie też. Ze zwierzem domowym czy hodowlanym na dalekiej wiosce jest inaczej niż w mieście, bo wokół rozciąga się przestrzeń do ucieczki, a gospodarz zachowuje spokój. Choć zapewne takim żubrom, łosiom, sarnom, lisom, zającom czy borsukom, a nawet wilkom, co się plączą w okolicy, należy się przypomnienie, gdzie jest nasze ludzkie terytorium. I że jeszcze tu trwamy.

Obudził mnie wyjątkowo ciepły i słoneczny dzień.

21 grudnia 2022

Mapa nieba

Odrywam oczy od wykładu mądrego starego astrologa na temat poszukiwania zgubionych rzeczy w horoskopie obliczonym na chwilę zadania pytania, bo Anna dziwnie się miota po pokoju. Odsuwa meble, klęka, zagląda w każdą szparę z latareczką, wertuje książki i szpargały na biurku.
- Co się stało? - pytam.
- Wyleciała mi karta z telefonu przy wymianie i spadła gdzieś na podłogę. Ramkę znalazłam, o tu, ale środka nie ma...
- Poszukam w horoskopie, a nuż się znajdzie? - mówię. I jednym kliknięciem uruchamiam program astrologiczny, a w nim zegar pokazujący aktualny układ planet nad naszym domem.
- Sygnifikatorem kart pamięci jest Saturn - stwierdzam uczenie - sprawdźmy, gdzie jest w horoskopie. Bo jako na niebie tako i na ziemi.
- No, i? - pyta po chwili Anna wyglądając na klęczkach spod biurka.
- Wygląda na to, że jest u siebie, czyli gdzieś przy tobie. Patrzmy na kierunek zachodni, bliskość okna lub drzwi, wyższy poziom niż podłoga.
Dopiero po tym stwierdzeniu włączyłam się w pomoc w poszukiwaniach zguby. Przejrzałam wszystko wokół komputera, próg drzwi na taras, sąsiednie stoliczki, nic.
- Spójrz na swoje ubranie, może przylgnęła do ubrania, wpadła do kieszeni - proponuję.
Anna sprawdza wszystko dokładnie, przetrzepała także swoje siedzisko, nic.
- W takim razie nie mam pojęcia. Może źle określiłam sygnifikator, Ale jaki mógłby być inny? - wracam do swoich zajęć i gapię się jeszcze w mapę nieba.
- Jest u siebie - powtarzam - ale co to znaczy?
Po chwili Anna skacze jak szalona do góry. Jest, zguba się znalazła! Po prostu nigdzie nie zginęła. Pozostała w telefonie, a ona z nieuwagi zajrzała do nieużywanej starej komórki tej samej marki i wielkości, skąd kartę wyjęła i przełożyła szczęśliwie do drugiego telefonu, leżącego obok. Na podłogę upadła pusta ramka, i tyle. Karta była cały czas u siebie.

9 kwietnia 2021

Wiatry

Wciąż nie ma się czym pochwalić. Poza tym, że zdołałam przezwyciężyć słabość. Pogoda zimna i wietrzna nie pozwala zbyt długo pracować na dworze. Pierwsza próba przystąpienia do montażu nowego tuneliku poliwęglanowego spełzła na prawie niczym. Coś tam ukręciłyśmy, ale ze zgrabiałymi od wiatru rękami i walcząc z piaskiem i pokryciem złośliwie podnoszonym przez powiewy. Zatem praca została odłożona na później i na razie wygląda na to, że na "święty nigdy".  

Mimo wszystko, to, co zostało posiane i posadzone w dużym tunelu, osłonięte od wiatru i w dzień całkiem dobrze podgrzane kiełkuje i nabiera rozmiarów, rzodkiewka, szpinak, dymka, odbija z korzenia zeszłoroczny burak liściasty i kapusta pekińska.

Jak znam tutejsze życie i przyrodę, gdy tylko wiosenne wiatry ustaną i słońce przygrzeje, roślinność ruszy z kopyta i szybko nadrobi opóźnienia względem zachodniej części kraju.

Opowiem więc, jak przezwyciężyłam słabość, słabowanie, polegiwanie, smętki i dolegliwości nieokreślone i dokuczliwe, trwające ponad miesiąc. Teraz już wiem, że było to zawianie, przewianie czy jak tam dawniej zwano tę przypadłość na wsi. Chyba musimy wrócić do tego nazewnictwa w okresie "początku małej ery Wodnika", czyli powietrznej, bo inaczej zaginiemy pod uciskiem chemicznych wynalazków medycyny, która za dekadę, dwie i trzy całkiem się skompromituje, okaże trucicielska i zabójcza oraz kompletnie nieskuteczna wobec zalewu starych i nowych mutacji chorobotwórczych. Jako tłumaczka Nostradamusa wam to mówię, napisane jest.

A więc stało się tak, że zawiało mnie przypadkiem i właściwie niepostrzeżenie. Minęło trochę czasu, nim zdałam sobie z tego sprawę i wróciłam pamięcią, kiedy to mogło się stać. Ano kazałam sobie ostrzyc po zimie włosy i jednego, drugiego dnia wyskoczyłam na chwilę na dwór z gołą głową, aby wnieść drewno do pieca, garnki na karmę dla zwierząt, czy wynieść kubełek z odpadkami na kompost. Wcale do tego nie zaczęło się od głowy, a od drugiego końca tułowia, czyli dał o sobie znać przeziębiony pęcherz. Oj, poznałam już te przyjemności nie raz, w końcu żyję już długo, więc czym prędzej zaaplikowałam sobie Urosept, specyfik ziołowy w tabletkach pomagający w oczyszczeniu zapaleń dróg moczowych. Po dwóch dniach jakby się polepszyło, ale nie do końca. Przygnębienie, osłabienie i smęcenie trwało ze słabą zmiennością w górę i w dół. 
Aż którejś nocy obudził mnie silny narastający ostry ból głowy. Czoło aż do czubka czaszki. Nie kwalifikowało się to do migreny, bo owszem połowa, ale jakby nie ten przekrój co trzeba. Wzięłam tabletkę Ibupromu, ale i zagrzałam wodę i położyłam się do łóżka z gorącym termoforem, który przyłożyłam w okolice objęte dreszczami, czyli pobliskie pęcherzowi. I to pozwoliło mi zasnąć, acz ból jedynie trochę osłabł. Rano zrobiłam obrządek i położyłam się znowu, ale tym razem na kocu elektrycznym pod kołdrą, co pozwoliło mi rozgrzać całe ciało i zawalczyć z dokuczliwym "wiatrem". Zasnęłam i po dwóch godzinach obudziłam się dużo żywsza. Głowa przestała boleć, dreszcze znikły, pęcherz przestał cisnąć, tabletki przestały być potrzebne.

Mało tego, mam jeszcze od dawna zwyczaj pomagania sobie akupresurą, zwłaszcza przy zatokach, ale i kłopotach z oczami czy kamicą. Moje ciało już tak się tego nauczyło, że daje mi zawczasu znak, gdzie i co się szykuje, kłującymi pobolewaniami odpowiednich punktów na dłoniach, stopach albo w uszach. I tym razem już w nocy zaczął mnie boleć czubek małego palca u prawej dłoni, odpowiadający za głowę. Uciskałam tam, i poniżej u nasady, gdzie jest punkt odpowiadający za oko. Otóż kilka dni później ze zdumieniem zobaczyłam, że na czubku tego palca uformował się pod skórą wrzód, a kiedy nabrzmiał ropa wypłynęła szczeliną między paznokciem a skórką opuszka. Bezboleśnie. Po czym zaschnął i znikł po kilku dniach całkowicie. W ten sposób wyszły ze mnie wszystkie złe humory, jakby powiedział dawny lekarz. Organizm zlokalizował stan zapalny wędrujący z wiatrem po różnych częściach ciała, skumulował je w jednym miejscu zgodnie z kanałem przewodzącym, o którym wiedzę zachowali Chińczycy i spokojnie wydalił z siebie.

Jednym słowem: trzymajmy się ciepło! Noście czapki i ciepłe okrycia, nie igrajcie z wiatrem w ten zmienny wodnikowy (z-wodniczy) czas. Abyście nie musieli narażać życia poszukując rady współczesnego lekarza, znającego coraz mniej aktualne, niezmutowane jeszcze procedury leczenia chorób, których już nie ma.

Znam jeszcze inne ludowe sposoby na wiatry, bardziej czarodziejskie, z machaniem drzwiami albo szeptaniem nad szklanką gorącego popiołu postawioną na głowie chorego, który potem na cztery wiatry się rzuca, ale tym razem nie był potrzebny żaden z nich. W szafie także leżą sobie zawsze w gotowości do użycia bańki, i szklane po byłych właścicielach siedliska i nowoczesne, suche made in China. Bezbronni nie jesteśmy, o nie!

16 maja 2015

Ogrodowe wieszczby

Zapowiedzieli deszcz. No, to my do ogrodu prace ogródkowe uskuteczniać, żeby wykorzystać wodę z nieba. Anna wypieliła dwie wielkie grządki. Ja doszłam po południu i popracowałam przy kończeniu wału, w zeszłym roku częściowo zrobionego przez Jarego. Teraz trzeba było humusem go nakryć. Machałam szpadlem aż do zadyszki. Ledwie 1/4 zrobiłam jednego wała. A jest ich dwa. Na koniec umknęła mi spod szpadla ropucha, której domek właśnie żem rozkopała niechcący.
- To znak, że na dziś koniec - oznajmiłam.
Potem jeszcze zasiałam dwa długie rzędy buraków ćwikłowych.
- Słyszysz ten dźwięk? - zapytałam.
Z oddali, z lasu i łąk niosło się głośne cykanie. Jak co najmniej w sierpniu.
- Ptaki? Świerszcze?
- O tej porze roku, daj Bóg. Oby nie turkucie podjadki. Randapem je wygonili zewsząd i teraz na nasz ogród się zbiegną. Nie zdziwię się - zawieszczyłam złowróżbnie. Śmiejąc się satyrycznie.
- Nie kracz, stara wariatko!
- Nie martw się. Ogród rozgrodzimy, dziki wpuścimy i zaraz zrobią ze wszystkim porządek - oznajmiłam pocieszająco.

18 sierpnia 2013

Sen i zguba

Wczoraj zaginęła indyczka z trójką latorośli (pięć zostało szczęśliwie sprzedanych jakiś czas temu). Zdarzyło się jej po raz drugi nie wrócić do kurnika na noc. Objechałam całą wieś na rowerze, nasłuchując pilnie jej charakterystycznego gulgania, którym przywołuje swoje pociechy. Cisza. Co prawda nie było deszczu, który za pierwszym razem, gdy zaginęła stał się przyczyną zabłąkania. Zmartwiłam się, ale nie traciłam nadziei.
W nocy, a raczej nad ranem przyśniło mi się, że widzę wychodzącą z drogi koło Góry starą kobietę w długiej do kostek spódnicy i kubraku, a la Maria Rodziewiczówna. Podpierała się kosturem. I goniła przed sobą moje zguby.
Po obudzeniu się stwierdziłam, że mogła to być jakaś tutejsza stara szeptunka i to dobry znak.
Zaraz po porannym udoju znów wsiadłam na rower i objechałam calutką wioskę, nie tylko najbliższe okolice, wiedząc, że poprzednim razem indyczka trafiła aż na drugi koniec wsi. Nasłuchiwałam pilnie, a słuch - jako krótkowidz - mam bardzo dobry. I nic, cisza. Nikogo także nie udało mi się spotkać, żeby spytać, wszyscy jeszcze tkwili w domach, jak zaklęci.
Trudno, dałam sobie na kilka godzin luz, aby zająć się pozostałym inwentarzem. Dopiero, gdy sprowadziłam kozy z przedpołudniowego popasu do zagrody, mogłam powtórzyć poszukiwania. Tym razem trwało upalne południe i zamiast na rower, rzuciłam się na łózko, żeby się zdrzemnąć. Nagle tak baaardzo zachciało mi się spać, że nie mogłam się oprzeć!
Spałam godzinę. W tym czasie przyśniło mi się, że wyglądam na dwór, a wszystkie indyki wracają właśnie z wioski same, włażąc przez otwartą furtkę i maszerując prosto do kurnika. Obudziłam się spokojniejsza, ale podejrzliwa.
Po skromnym obiedzie (jakieś młode ziemniaki z masłem i majerankiem popite kubkiem jogurtu własnej roboty) wsiadłam znowu na rower i w drogę. Zajrzałam w każdy zakamarek. I nic. Tym razem jednak, wracając zauważyłam siedzących pod chałupą Iwana z Andriuszą.
- Cześć! - zatrzymałam się - Nie widzieliście może czasem mojej indyczki gdzieś tutaj błąkającej się? Wczoraj albo dzisiaj?
- Nie, nie widzielim. Ze dwa dni temu to owszem była, ale od tej pory nie.
- Miejcie uwagę. Gdyby się pojawiła dajcie znak, dobrze?
- Dobra!
Dobrze, że im nagrody nie obiecałam, co mi przeszło przez myśl. Bo już zajeżdżając do domu zobaczyłam naszą zgubę prowadzącą młodzież od strony sadu, zadowoloną i przeciągającą skrzydła. Przeliczyłam dzieci, trójeczka, wsio w porzo.
Uff. I jak tu nie wierzyć snom?

12 maja 2013

Pogoda i nie

Upał nie znika na Podlasiu, choć internetowe prognozy obiecują deszcz i spadek temperatury choć o kilka stopni. Nie jest to dobre. Wzrost roślin na naszym piaszczystym wzgórku prawie zanikł, trawy są znikomej wielkości, nawet w porównaniu z sąsiednimi wsiami, deszcz jest bardzo potrzebny.
Rozważam odprawienie jakiegoś choćby osobistego korowodu przywołującego dżdże. W ostateczności można gęś złożyć w ofierze bóstwu deszczowemu. Bo kaczki są jeszcze za małe...
Ale dość tych ponurych na poły-żartów.

Zaczynają się komary komarzyć. Jedna z kuzynek mocno bzykała mi dzisiejszej nocy nad uchem. Wzięłam się i posmarowałam octem (własnoręcznie zrobionym zeszłej jesieni), tzn. te wystające spod kołdry części ciaa, stopę, kolano, rękę i uszy wraz z czołem. Nie mogłam uwierzyć, że pomogło.
Powtórzyłam eksperyment dzisiaj po południu, gdy wysiadywałam godzinkę w altanie, oganiając się od komarów. Tym razem posmarowałam sobie nogi i ręce i twarz. I niewiele pomogło. Siadały na mnie i tak, i ginęły dopiero od pacnięcia dłonią, a nie zapachu.
Niemniej Kluseczka dał popis zręczności i kociego refleksu. Ułożył się do drzemki w słomianym koszu, w którym przyniosłam napitek do posiedzin. I w pewnym momencie zaczął nam umilać chwile wielki szerszeń, kołując głównie nad kufelkiem. Uciekłam na wszelki wypadek spod dachu, a kociak-pirat jedynie oko uchylił, to widzące i nagle zrobił błyskawiczny ruch łapką, pac! i zdziwiony szerszeń wylądował nieopodal na stole, dość długo dochodząc do siebie. Kot przyglądał mu się leniwie i bez lęku. W końcu owad wrócił do sił, zabuczał i odleciał. Dając nam wszystkim święty spokój.

Odbyłyśmy też dzisiaj obrzędy ludowe w sąsiedniej wsi przez las. Z czego zdam relację zdjęciową w najbliższym czasie, gdy tylko Anna aparat wydoi do komputera.
Było pięknie, pogodnie, majowo, kolorowo i egzotycznie (dla nas), choć miejscowo (dla tutejszych). Błogosławiliśmy domy i gospodarzy, którzy wyszli przed chaty z poczęstunkiem lub zachętą, życząc dobrego urodzaju tego roku, ciepłego lata, mnożących się zwierząt i oczywiście odśpiewując na koniec całą piersią "mnogije lieta".
Piszę w liczbie mnogiej tylko dlatego, żeśmy cały rytuał przeszły od chaty do chaty z zespołem obrzędowym i wczułam się w końcu w rolę.

9 maja 2013

Leśna sowhia

Rozkład dnia się zmienił. Przez sery. Nie mogę już pomagać Annie w pracach remontowych albo drwalskich w lesie opodal, sama się boryka, albo czeka, co spowalnia akcję naszej zabawy z terminami (i terminowaniem).
Dopiero po obiedzie mogę dołączyć, a tu upał, prawie 30-stopniowy i fizyczna praca jak najgorzej idzie. W tym muszę pamiętać, by co godzinę dać karmę kaczętom, w swojej porze nakarmić koty, psa, i zrobić wspólnie obrządek kóz.
Dojenie, to poranne zrobiło się już znaczną pracą dla rąk. Które straciły przez zimę wprawność.

Zabrałyśmy się za sufit w altanie. W tym celu dobieramy odpowiednie deski, złożone na zimę na stercie pod dachem, Anna hebluje je hebelkiem elektrycznym marki Bosch kupionym na allegro (używanym, ale sprawniutkim nieźle), przycina na odpowiednią długość piłą elektryczną, a ja - rozłożone na dwóch koziołkach jeszcze przez nas na Dąbrowie zmajstrowanych do różnych prac z drewnem, maluję drewnochronem.

Zdarzyło się coś jeszcze. Co zapowiedziała sowa, pohukująca magicznie wieczorową porą z lasu na Górze, gdyśmy z naszymi Gośćmi w altanie urzędowały w sobotę.
Wiadomo, co ona na naszej wiosce zapowiada. Wiadomo co. Bez powodu ona nie huka. Jak huka, znaczy coś stać się ma.
Choć nasi Goście wątpili byli nawet w to, że to sowa pohukuje, tylko jakiś inny ptak, mieli sprawdzić w atlasie. Ale ja stawiałam na sowę, jakiś gatunek sowy tak pohukujący.
Magicznie było, nie powiem. Bo głos sowy, ducha drzewnego, ducha lasu, wcielonej mojry leśnej, a może sophii samej wprawia w stan zbożnego transu i nasłuchiwania. Odruchowo każdego wędrowca i osiadłego, mieszkańca lasu i przylasu. Na naszej wiosce na pewno.
No, i wieści przyniosła, sowa jedna, leśna.
Zmarła była właśnie wtedy w miasteczku osoba z rodziny naszych sąsiadów, bliska kuzynka byłych właścicieli. Dzisiaj wsie czuwali przy zmarłej, a jutro pogrzeb. Ot, i tak to działa.

30 marca 2013

Jak w brzuchu Matki

Dopadało trochę śniegu i na tyle mi to humor popsuło, że w nocy, gdy tak padało, zawiewając od południa prosto w drzwi tarasowe przebudziłam się i z niepokoju nie mogłam zasnąć z powrotem. Zatem wzięłam się na sposób i zajęłam umysł medytacją. Nad przedmiotem lęku. Weszłam w kontakt z ziemią, glebą. Poczułam, że jest spokojna i śpi, okryta szczelnie białą pierzyną, a wraz z nią wszelkie wiosenne i letnie życie. Niewielkie strumyczki topniejącego śniegu w dzień nie są w stanie jej rozbudzić. Dowiedziałam się od niej, że to jeszcze potrwa i tak ma być, i nic tu ludzka nerwica, rozczarowanie, depresja, zwątpienie, strachy nie pomogą. Żywioły powietrzne muszą się wyszaleć nad nią.
W ten sposób spokojnie i niepostrzeżenie zasnęłam, utulona w jej brzuchu, głębi, wewnątrz. Gdzie skrywa ciepło i nieskończoną cierpliwość.

Poza tym rytualne przygotowania świąteczne odbywamy. Sałatka warzywna. Jaja gotowane w łuskach cebulowych, do święconki, przyozdobionej zielonym szczypiorkiem, bo żadnej innej zielonej ani baziowej roślinki nie ma jeszcze w przyrodzie. Na piecu bigos drugi dzień się kitrasi w wielkim garze. Zjadamy z takiej porcji coś tam, a resztę na gorąco zapakowuję do słoików, wstawiam na półkę piwniczną i mogą tak stać nawet 2-3 miesiące, nic się im nie dzieje. Jest jak znalazł na szybki obiad, gdy nie ma czasu gotować.
Jutro pieczeń z uda koźlęcego.
I spacer.

No, i obowiązkowo świeża słoninka została wywieszona na tarasie dla sikorek, dramatycznie zaglądających do ludzkich siedzib w poszukiwaniu pokarmu w ten śnieżny czas.

Kontakt z Matką Ziemią wciąż we mnie trwa, i uspokojenie.
Od kilku dni indyczka niesie się. Zbieramy jaja na podłożenie.

17 stycznia 2013

Na tyle

Nowego śniegu napadało, chleb się piecze, ściągnęłam kolejny gąsiorek wina. Trochę ostatnio żyjemy wioskowymi sprawami, o których pewnie kiedyś szczegółowiej napiszę, zatem i towarzyskich i sąsiedzkich spotkań, rozmów, wspomnień, rozważań, wniosków filozoficznych więcej na co dzień. Ma to swój zimowo-wiejsko-życiowy urok. W każdym razie znów sowa zahukała, i znów... wyhukała.
Ważne w tym wszystkim, że Fela znów ma kawalera przy sobie. Kuba przywieziony, bo koza wciąż do wzięcia, jak się okazuje. Czekamy na kolejną ruję.
Kola kończy zimową cieczkę.
No, to by tyle było na tyle.

8 stycznia 2013

Cuda, cuda, cuda!

Zostałyśmy zaproszone na prawosławne świętowanie. Prawosławni Polacy bardzo lubią biesiady w gronie rodziny i najbliższych znajomych, do czego skłania ich sam obyczaj religijny i wielość obchodzonych świąt w roku liturgicznym. Praktycznie każde imieniny świętego to uroczystość. Na wsi nie pracuje się wtedy, tak samo jak w niedzielę, a bywa tak dość nawet często, że w tygodniu przypada kilka dodatkowych świąt. Robota wtedy po podlasku leży i czeka, a Podlechici bogobojnie jedynie kieliszek do ust dźwigają, zakąszając swojskimi przysmakami. Zawsze gotowymi na taką okazję.
Przed wyjściem zajrzałam w gwiazdy. Nieznającym tematu wyjaśnię, że już dawno astrologowie nie patrzą wtedy w niebo przez okular lunety, ani nie uruchamiają astrolabium, przymierzając do kierunków świata. Obecnie spogląda się na ekran komputera, który na bazie programu astrologicznego pokazuje mapę nieba rzutowaną na kierunki świata, tzw. horoskop chwili bieżącej, ale i dowolnie zażądanej również. No, więc zajrzałam byłam i stwierdziłam:
- Mars wlazł mi na Jowisza w Wodniku właśnie, a Saturn do niego w kwadracie świeci ze Skorpiona.
- Co to znaczy? - spytała Ania.
- Będzie męska dyskusja na temat instytucji i systemu, która rzuca kłody pod nogi, wichrując społeczne wzorce.
I dodałam:
- Ale Wenus właśnie wróciła na swoje stanowisko urodzeniowe i mocno się zaznacza. W sumie będzie smacznie i miło. O, i Księżyc właśnie wychyla się przez Ascendent, pewnie wskaże czymś na moją skromną osobę...
- Hm - pośmiała się Ania.
Zajechałyśmy w gości. Było smacznie i miło. Poznałyśmy kilkoro nowych ludzi, dwie pary małżeńskie. Jeden z panów okazał się policjantem i w trakcie biesiadowania opowiedział kilka swoich drastycznych przeżyć z pracy, aż nam wszystkim szczęka opadła. Także takich podchodzących pod akcję z filmu "Sala samobójców". A potem wszyscy weszli na tematy współczesnej edukacji w szkołach podstawowych i gimnazjalnych, i totalnego upadku autorytetu nauczyciela, jak i rodzica w oczach dziecka, czemu sprzyjają odpowiednie ustawy, chroniące dzieci przed "wszechobecną" agresją (nauczycieli do uczniów rzecz jasna).
Z pewnym trudem udało się nam wyjść z owej rozmowy na tematy mniej ciężkie. Choć niekoniecznie mniej, tylko inaczej.
Otóż drugi z panów okazał się struty po wczorajszej wigiliji, grzybem jakimś, czy cóś. Usiadł był trafem jakimś wiedziony koło mojej skromnej osoby, z kwaśną miną, i jedynie pił, nie jadł. A to mu ziółka gospodyni zaparzyła, a to herbatę ziołową, a to leczniczą nalewkę gospodarz zapodał, a to krople na orzechu, wsio nic, żadnego dobrego skutku.
Zaczęłam zatem dociekać (wiedziona instynktem) co go konkretnie boli, w którym miejscu. I zaproponowałam, że - jeśli tylko żona, siedząca naprzeciw - się zgodzi, przyłożę mu rękę swoją na bolące miejsce. Ostatnio bowiem udało mi się tym sposobem zdjąć czkawkę ze znajomej, która wzięła właśnie na tym samym miejscu przy tym stole usiadła i ją dopadło.
Żona uśmiechnęła się, pan się zgodził, więc przyłożyłam dłoń i trzymałam. Wyjaśniając:
- Hm, to może trochę potrwać. Nie wiem, dwadzieścia, trzydzieści minut. Proszę się nie krępować, jeść, pić, żartować, to nic nie przeszkadza...
Jednak tyle pan nie wytrzymał. Mniej więcej po 10 minutach nagle zbladł i ruszył galopem do łazienki, przepraszając za zamieszanie. W połowie drogi jednak... zasłabł i opadł na podłogę. Nie, nie zemdlał, tylko mu się wata w nogach zrobiła. Facetowi, który dziennie kilkanaście kilometrów przebiega dla zdrowia! Wszyscy podbiegli, zatroskani, pomagać mu w biedzie.
- No, pięknie - rzekłam - ale się narobiło! Proszę się nie martwić, zaraz dojdzie do siebie!
Rzeczywiście wstał, trafił gdzie trzeba. Po jakimś czasie wrócił, wyraźnie pobladły, ale w lepszym stanie. Zawołał wody.
- Odwodniłem się trochę, ale już się lepiej czuję.
Po kilkunastu minutach nabrał wigoru. Zaczęło przechodzić, a moje "moce" wszystkich pozytywnie zainteresowały.
He, sama się z tego pośmiałam na koniec, bo "w trakcie" nieco mnie wypadek stropił, nie powiem. Ale sami powiedzcie, ile można siedzieć na prawosławnej biesiadzie przy pełniutkim stole obok zdrowego wysportowanego chłopa, którego boli brzuch i nic w tej sprawie nie ździełać? Nie dało się. Bogu chwała jednak, udało`sia, zesłał niebiańską pomoc!
Naleweczka na skórkach pomarańczowych była pyszna.

1 stycznia 2013

Podlaska magia

Noc sylwestrową spędziłam jak zawsze przykładnie, we własnym łóżku, obłożona od góry i z boków kocią rodziną. Czyli Łaciem, Kluseczką i Kicią. Nic już, żadna siła nie jest mnie w stanie poderwać do zbiorowych obłędów, gdy nie czuję ich sensu ani osobistej ochoty na zabawę. Mieszkamy na tak cudownym zadupiu, że o północy żadne huki-błyski nie straszą, ani zwierząt, ani śpiących ludzi.
Za to od rana odniosłam dziwne wrażenie, że coś się zmienia.
Po pierwsze i najważniejsze, kury zaczynają się z wolna nieść. Codziennie są dwa jaja w gnieździe, od świąt. Bardzo mnie to cieszy, bo już się stęskniłam za jajkiem na miękko i na twardo albo jajecznicą. Ania od czasu do czasu kupowała dziwnie brązowe "jaja z biedronki", których nienaturalny wygląd nie budził wcale mojego apetytu. Ot, używała ich do ciasta i naleśników, tyle.
W ogóle zelżenie mrozów i temperatura oscylująca wokół zera stopni Celsjusza wprawiła cały drób w wiosenny nastrój. Próbuje już grzebać ziemię w miejscach odsłoniętych ze śniegu, wychodzi na żer do lasu, gdzie z zapałem skubie resztki mchu czy starej trawy wyglądające spod śniegu. W ogóle domieszka gleby, ziemi, piasku w ich codziennej diecie jest bardzo dla nich wskazana, lepiej trawią i mają z czego budować skorupki jaj. Gusia zaś paraduje po drodze, co rusz wachlując skrzydłami, niby orlica. Widzę, że też szuka piasku, co dobrze rokuje względem przedwiosennej jajeczności.

Po drugie, zjawili się niezapowiedziani goście i był dobry telefon od bliskich ludzi.
Sąsiad zza lasa powrócił na Podlasie, nie dał się losowi odstraszyć, osiadł na razie w wynajętej chatce i zaczyna organizować swoje sprawy. Nas też to trochę wciąga, bo siedzimy w kwestiach budowlano-remontowych i tutejszych od paru ładnych lat. Ale zawsze mi dziwno, gdy ktoś zaczyna od początku. Nie wiem, czy doświadczywszy tego, co do tej pory w wyżej wymienionej dziedzinie, pisałabym się jeszcze na nowy początek. Tyle to sił pochłonęło, i uwagi, i czasu, i zabiegów. A, przypomnę, wciąż podstawowe rzeczy nie są skończone, wiele pozaczynanych, rozdłubanych... Zejdzie nam jeszcze ze dwa lata, przy tym tempie jakie mamy.
Pogwarzyliśmy zatem o sprawach konkretnych i o magii Podlasia też. Że mimo wszystko chce się wracać do tego bezludzia, puszczy, autochtonicznych plemion, dialektów i codziennej biedy, znoszonej z uśmiechem na gębie.
Bo potem wpadł jeszcze wioskowy chłopak i zeszło nam na noworocznych pogaduszkach, co u kogo nowego i jak się ma.
Wszystko w absolutnej trzeźwości, bez nawet myśli o radowaniu się na siłę. Pełna kultura.
- Ech, ja by las posadził, tam, gdzie mam ten kawał nieużytku, tysiąc sześćset bym brał za hektar na rękę, opalałbym się latem pod drzewami i grzybów bym jeszcze nazbierał, ech, żyć nie umierać! - prawił Iwan z rozmarzonym uśmiechem. W końcu czapkę nacisnął i rzekłszy:
- No, to lecę do chaty, może trafię, może nie! Szczęśliwego! - wyszedł.
- Nawzajem, Iwanuszka, pozdrów swoich!

28 października 2012

Pozory sensu

Niedziela nie niedziela jak co tydzień. Anna, cierpiąca od zawsze na warszawską przypadłość, pracoholizm, właśnie w niedzielę dostaje najmocniejszego ataku swojej nerwicy. Musi pracować, przymus jest dużo większy, niż w zwykłe dni tygodnia.
Przebrałyśmy zatem trzy worki jabłek zebranych wcześniej i zmagazynowanych w stodółce. Część nadgniłych została pokrojona na części i zjadły ją z apetytem kozy stojące w boksach, jak to się odbywa zawsze pełną zimą, a te niepokrojone poszły dla drobiu, który chętnie wszystko zdziobał i pożarł, w braku innych leśno-polnych rarytasów dotychczasowych.
Trochę czasu nam upłynęło na szukaniu i zaganianiu do obejścia gubiących się ciągle kur, ogłupionych bielą śniegu, którym ich wrodzony GPS zaczął nadawać fałszywe parametry przestrzenne.
No, i po obiedzie zawiozłyśmy Kazię samochodem do trzeciej wsi, na rande-vous z Kubą. Okazało się bowiem rano, że nasza szefowa się beka, czyli nie została zapłodniona podczas pobytu kozła u nas. Spotkanie odbyło się w sionce koziarni. Zostawiłyśmy naszą parę na jakiś czas samą, aby posiedzieć przy herbacie-kawie i rozmowie z gospodarzami.
Tyle mojej niedzieli.
Po powrocie zaraz czynności rutynowe, obrządek, wymiana piasku w kuwetach kocich, palenie w ścianowym, mycie podłogi zalanej sokiem z przebieranych jabłek, karmienie psa i kotów.
Na tym (znanym mi) świecie odpoczynek jest rzadki. Naprawdę nie wiem dlaczego tylu ludzi można zawsze spotkać w necie, o każdej nieomal porze dnia i tygodnia. Są czujni w czasie godzin tzw. "pracy zarobkowej" zapewne, nie tylko w domu po pracy. Nie mam pojęcia kiedy pracują (tak naprawdę), jedzą, gotują, sprzątają, bawią dzieci, kochają się, spacerują, robią zakupy. Są zawsze! To może jakieś automaty? Wykonujące z oczami wlepionymi stale w ekran monitora wszystkie codzienne potrzebne czynności i obowiązki?
Tymczasem ja mogę zajrzeć na pocztę mejlową i przetłumaczyć kilka zdań Nostradamusa w ciągu pół godziny picia porannej kawy, no, i wieczorem, po obrządku i nakarmieniu wszystkich podległych mi istot. Ale wtedy najczęściej brak mi siły i zapału, aby pracować jeszcze umysłowo. Rzadko wytrzymuję do 22, najczęściej przeglądam zaprzyjaźnione blogi, sprawdzam jakiś temat, który mnie czymś zajął, odpisuję na mejle i upadam do łóżeczka. Wtedy wskakuje na nie jednooki Kluska i cichutko kładzie się blisko, i tak zasypiam, wraz z nim. We śnie, w półśnie, w transie, przechodzę na drugą stronę i tam toczę drugie życie, często bardzo interesujące, o wiele bardziej, niż to na jawie.
Dzisiejszej nocy np. uczestniczyłam w spotkaniu grupy szeptunów białoruskich... odczułam przedziwne, mocne energie mocy, która jeszcze jest tam hołubiona. Na tyle blisko nas, że może można jej jeszcze zaczerpnąć i odnowić przekaz?
A rano budzi mnie znajomy głos.
- Wstawaj, już ósma! Nie leń się!
No, i wstaję. I pracuję. Na "swoim". He.
Niewolnicy systemu-mieszczuchy mają lepiej, powiedziałabym. Ale wiem, no, wiem, że stoję po dobrej stronie mocy. I że praca, którą muszę codziennie wykonywać, nawet kosztem swego tzw. szumnie "rozwoju" , ma większy sens. I dla mnie, i dla świata. Od całodobowego klepania klawiszy, lania wody na wszystkie tematy świata i przeszukiwania najgłębszych zasobów internetu, nawet w najsłuszniejszej sprawie. I tym bardziej od wysiadywania w knajpach przy (drogim) piwie albo winie, w nadziei spotkania swego szczęścia, czy urozmaicenia nudnej codzienności.

22 października 2012

Dźwięki i szepty

Zdążyłyśmy wczoraj na koncert Wojtka Waglewskiego i zespołu Voo Voo punktualnie. Udał się. Sala była pełna ludzi siedzących i stojących, oraz tańczących. Wysłuchali w skupieniu nowe kawałki, po czym zespół w bardzo znamienitym składzie, zaczął grać znane utwory z poprzednich płyt. Widownia śpiewała i pokrzykiwała wraz z muzykami. Ania była bardzo zadowolona. Wreszcie poczuła się "jak w Warszawie", he, dziewczynie tęskno jednak za środowiskiem rodzimym. Ja raczej poczułam się całkiem "jak w Piotrkowie". Gdzie chodziło się do kina "Hawana" na koncerty takich Wilków czy Kazika, a wcześniej np. na występ takiej Mieczysławy Ćwiklińskiej (wypisz wymaluj o wyglądzie mojej babki Kazimiery), która umierała tam stojąc, jak drzewo. Ot, subiektywność wrażeń.
Coś mi się jednak w pewnym momencie, na koniec, podczas głośnych oklasków i fali nisko brzmiących okrzyków męskich zza pleców, zaburzyło... hm, to już chyba starość, albo nie wiem co. Trzecie ucho się otworzyło? Nie było to przyjemne uczucie, tak jakby nagle jakiś wielki buczący owad zaczął intensywnie bzyczeć w lewym uchu, a raczej, tuż nad nim.
He, mam od dziecka słuch, który można by nazwać przed-słuchem. Działa on tak, że słyszę dzwonek telefonu jeszcze zanim telefon zadzwoni, nawet kilka godzin wcześniej. I wiem, od kogo będzie w sensie płci. Gdy słyszę go w lewym uchu, kobieta, gdy w prawym, mężczyzna. Zdarzało mi się słyszeć na jawie całe rozmowy np. ludzi na dworze, podczas gdy nikogo tam nie było, a pojawiali się nawet miesiąc później.
W każdym razie wróciłam z wypadu z bólem głowy, dziwnie osłabiona i zaraz rąbnęłam się spać, choć była dopiero 20. Poleżałam chwilę i usiadłam.
- Daj mi nalewki! - zażądałam - Chcę lekarstwa.
No, i kieliszeczek świeżo zlanej nalewki na czarnym bzie ukoił we mnie wszelkie przypadłości i odloty. Diabli wiedzą, skąd się biorące.
Wniosek: dziczeję, kultura i ludzkie środowisko coraz bardziej druzgocząco działają na mój organizm. Cisza, otoczenie zwierząt, naturalne dźwięki, wiatru, deszczu, są kojące i nie zaburzają harmonii. Sztuka, nawet wielka, kreowane sytuacje i zjawiska wydają się hm, wynaturzeniem na łonie Matki Ziemi?
Konsekwencje tych myśli prowadzą mnie w zawiły sposób w kierunku szeptuństwa podlaskiego, i tajemnic tego przekazu, który zamiera. Choć komercyjnie istnieje i miewa się dobrze. Zmarłe już babki krążą w swoich wdowich paltach i chustkach, po lesie i wioskach, czekają na coś... duchy tej ziemi, z mocą w zanadrzu do przelania ku żywym.

21 lipca 2012

Psychodelia na Podlasiu

Piątek przed festiwalem zaczął się jak zawsze pod górkę. Zmęczenie, nie tylko nasze, ludzkie, ale i tzw. materiału. A to sito się zatkało i nie dało odetkać, a to drugie nie chciało się dopasować, a to farba schła za szybko. Nareszcie ruszyło, po dwugodzinnej nerwowej zabawie. I dało się wydrukować do godziny mniej więcej 16. Potem pakowanie w torebki, wszystkiego w pudło, pudła do samochodu, prędki obrządek biednych, dziczejących ostatnio kóz, przebieranie się w jakieś wyjściowe ciuchy i na imprezę.
Luda najechało się w tym roku ze dwa raza więcej, niż w zeszłym. A w zeszłym było ze dwa raza więcej, niż w poprzednim... Moda na podlaskie klimaty systematycznie rośnie do kwadratu, co można też zobaczyć na tym samym (tj. ilości przyjezdnych) np. w święto Spasa na Grabarce.
No, więc zjechały inteligenckie sfery z wielkich Miast, zapełniły jedyny czynny sklep po godzinie 18 (a jakże, podlaskim zwyczajem olewa się możliwość dodatkowego zarobku), częstokroć stylizując się w kolejce do kasy, aby ukazać najnowsze miejskie pozy i ciuchy wraz z wyszukanym słownictwem. Prym w zakupach wiodły kalafiory i insze wegetariańskie przysmaki oraz piwo.
To piwo, na które i ja, po ciężkim dniu pracy żem się skusiła, a było jedynie z moich strawnych perliste z Lublina, stało się w połowie koncertu przyczynkiem do zaznania nowych muzycznych wrażeń.
No, ale od początku. Początek odbył się jeszcze za dnia, gdy Słońce znajdowało się pod linią horyzontu (w rzeczywistości nad, ale w horoskopie rysuje się kierunki na odwrót), czyli w szóstym domu, odpowiadającym znakowi Panny, tj. w sferze służby, pracy, usług. Dostarczyłyśmy ostatni gotowy towar do centrum zarządzania i przeszłyśmy się po kiermaszach. Z miodem, książkami, płytami, gadżetami, ceramiką (tu powitanie z Jurkostwem i ich dzieciarnią), alkoholami słowackimi, lizakami, popcornem, i żubrem w plastikowych kuflach.
Z pośpiechu i notorycznego przemęczenia nie wzięłam ze sobą zdjęcioroba, ale pojawił się Klaudiusz, nasz sąsiad zza lasa, więc pewna dokumentacja pierwszego dnia festiwalu istnieje. Podiwejte buteleczki.
Doszło do otwarcia imprezy, które nas ominęło, ale od czego zapis kamery. W owej porze lud jeszcze się nie zbiegł, bo szósty dom każe raczej kończyć różne przygotowania i sprawy organizacyjne, niż zaczynać rozrywkę. Dlatego też pierwszy zespół, czeski Bezobratri miał najtrudniej, grali wobec publiki, która nie skupiła jeszcze swojej uwagi na scenie. Oto zajawka.
Umieściłyśmy szczęśliwie nasze zmęczone tyłeczki na najwyższym podium dla publiczności, skąd był najlepszy widok na scenę i na morze głów, które zaczęły stopniowo przybywać i tłoczyć się poniżej. Kocyk na kolanka, w torebce piwo, pełna wygoda odbioru. Słońce schyliło się tymczasem całkiem i zaczęło mijać linię horyzontu, którą w horoskopie zwie się Descendentem (po polsku Schodem). Jest to wejście w siódmy dom, odpowiednik widowiskowego znaku Wagi, którym zarządza Wenus, patronka sztuki. Na scenę wyszły nasze czeremszańskie gwiazdy.
Muszę przyznać, że Basia ma czuja do świetnie wybranych astrologicznie momentów, choć przecież na astrologii się nie zna. Ale właśnie osoby działające publicznie często są podłączone pod prądy i rytmy planetarne na takiej intuicyjnej zasadzie. Nie potrzebują żadnych rachub i kalkulacji zatem, niebo nimi rządzi bezpośrednio, a raczej poprzez nich nami, prostym szarym tłumem.
Basia urodzona w znaku Wagi tak samo w momencie zachodu Słońca, z urodzeniową koniunkcją Wenus i Jowisza, która obecnie również ukonstytuowała się na niebie w znaku Bliźniąt, jako organizatorka festiwalu miała zatem bardzo dobry czas. Luda jak nigdy zebrało się mnóstwo. Co wyzwoliło z Czeremszyny, jej dziecka, wiele energii. Dali czadu tak, że zabrakło mi jak zawsze wolniejszych zadumanych melodii, które dałyby odetchnąć uszom i skołatanej głowie. Oto mały przerywnik w koncercie, widziany okiem klaudiuszowej kamery, zarządzany ze sceny przez basinego Mira.
Po Czeremszynie wystąpił, bardzo kontrowersyjnie wobec nastroju festiwalu, miejsca i czasu, Czesław. I tu odezwało się we mnie perliste. Do tego stopnia, że musiałam opuścić strategiczne miejsce siedzące i ruszyć w poszukiwaniu ustronnego przybytku, gdzie by można ulżyć zbolałemu pęcherzowi.
Nie pisałabym o tym wcale, gdyby nie niezwykłe wrażenie wibracji, odebrane wewnątrz toy-toya na zapleczu domu kultury. W które wprawiało dudnienie dźwięków ze sceny idące wcale nie powietrzem, a ziemią. Nie do przekazania, trzeba to samemu przeżyć...
No, więc owe dźwięki i kontrowersyjność artysty, w wielce jakoś psychodeliczno-dekadenckim nastroju biednego małego chłopca spod znaku Raka (właśnie Czesław miał urodziny-odnowiny), który patrzy na smutną mamusię, gdy wyszła z sypialni z tatą i nie może tego darować nawet w swej pełnej dorosłości całemu światu, zakłamanemu i sztucznie radosnemu, skutecznie popsuły widowni dziecinną radość puszczania nepalskich lampionów szczęścia i wzbudziły "szatańskie" nastroje w pierwszo-czakrowym kolorze krwi, lejącym się ze świateł scenicznych. Niestety, nie było to żadne uwolnienie dla dobra i szczęśliwości, lecz beznadziejnego smutku i wiecznej sprzeczności. Cóż. Miastowi to lubią, żeby zdzierać im ich maski i odkrywać fałsze na różne sposoby. Ale na Podlasiu jest to zupełnie od czapy. Czego przyjezdni chyba nie odczuli, bo przeważnie wozi się swoje klimaty ze sobą.
Pomyślałam sobie, że Czesław, świetny muzycznie, ale... gra w swojej bajce, zaczarowanej przez starą wiedźmę z krzywym nosem i brodawką na chudej gębie i że dawno to już nie jest moja bajka, a może nawet nigdy nie była. Choć zdarzało mi się w życiu uczestniczyć w tym i owym, takoż zaznawać witkacowskich odjazdów u źródła, czy napisać na maszynie najbardziej psychodeliczną i porąbaną książkę na świecie, istniejącą od początku w jednym jedynym egzemplarzu, który żółknie pod moim łóżkiem i nikt jej nie czytał nigdy, oprócz mnie. Tak jest najlepiej. Dla świata, i dla spokojności ducha, który wreszcie do mnie przyszedł. I trzymam się go, czy raczej w nim. Dojąc kozy, karmiąc kury i słuchając dzikich ptaków.
Wielka sztuka, zwłaszcza powyższego rodzaju, żywi się ciągle, aż do zguby żywiciela, nierozwiązanymi kompleksami z dzieciństwa i przykrościami zaznanymi w łonie matczynym. Gdy je rozwiązać, czy i ona ginie? Oby sczezła bezpowrotnie.

14 maja 2012

Schrony przy okazji

Przerwa w notatkach, bo i nie ma o czym specjalnie pisać. Ochłodziło się na Ogrodników. Ania okryła sadzonki pomidorów w folii kapturkami z gazety i dobrze je podlała wieczorem. Przetrwały bez problemu. Mówiono o przymrozkach, ale do nas jakoś nie dotarły.
Urząd odwlekł proceduralny termin decyzji wiążącej jeszcze do 18. Jesteśmy właściwie na progu rezygnacji z całości projektu. Bo co, jeśli decyzja będzie jedynie wskazaniem błędów do poprawki i wejdą w życie kolejne tygodnie, a może miesiące procedur zatwierdzających? Ktoś kogoś robi na szaro, ewidentnie.
Póki co zaczęłyśmy to, na co nas stać osobiście i na co mamy już zezwolenia załatwione lub po prostu ich nie trzeba. Czyli naprawiamy podłogę w dawnym śpichlerzyku. Powstała wylewka pod kuchnię z piecem chlebowym i pod komin. Przy okazji zasklepiona została betonowa dziura odwiecznego silosa na podwórzu, w którą notorycznie wskakiwały kozy i gęś i trzeba je było wydostawać sposobem. W ten sposób powstała niechcący kolejna piwniczka zewnętrzna.
Niedawno dowiedziałam się w rozmowie z byłą właścicielką, że na siedlisku w czasie wojny były wykopane dwie dziury w ziemi zakryte deskami przysypanymi ziemią, które służyły za schron rodzinie podczas przechodzenia wojsk, raz niemieckich, raz ruskich. I okolicznych potyczek niemiecko-rosyjskich. ("Nas nie zaczepiali", no, ale raz pocisk wybuchł na tyle blisko, że podmuch wywalił okno od wschodniej strony, które zostało z grubsza załatane, ale dopiero my ubytek naprawiłyśmy porządnie). Właśnie potem zrobiono w jednej ów silos, a w drugiej w latach 60-tych sklep, czyli ziemiankę, czyli piwnicę zewnętrzną. W razie czego zatem mamy dwa schrony...
Kaczęta rosną i są teraz w fazie brzydactw. Chłodne dni spędzają w zagródce w koziarni, na ściółce z siana i słomy. Bardzo nie lubią, gdy jest brudno i mokro wokół nich, krzyczą wtedy razem wniebogłosy. A paskudzą i wychlapują wodę wyjątkowo prędko.

A poza tym na sąsiednim blogu koniarskim pan Jacek zamieścił wpis, do którego i ja się nieco przyczyniłam, oddając się wspomnieniom.

14 kwietnia 2012

Gliniane czary

Uch, po całym dniu spędzonym w ogródku, a w nim budowania kolejnych grządek, siania, sadzenia, organizowania przestrzeni i dyskutowania o szczegółach usiąść wreszcie na tarasie i potarasować sobie przy czajniczku gorącej tybetańskiej herbaty, przywiezionej prosto z Nepalu, zakąszanej świeżym kozim serkiem z pieprzem odkrawanym nożem w dowolnej ilości, to ulga niosąca poczucie niesamowitego spokoju. Ania nie umie usiedzieć nic nie robiąc. Zaraz wyciąga wilgotny kawał gliny i zaczyna lepić kolejną miseczkę. Jest już całkiem dobra w tworzeniu naczyń użytkowych. Narzeka przy okazji na niewielkie zdolności manualne niektórych uczestników warsztatów w domu kultury, tak samo małych jak całkiem dużych.
- No, to daj kawałek. Sprawdzę, czy ja mam zdolności manualne - śmieję się i natychmiast dostaję niewielką grudkę do rąk.
Szybko kształtuję palcami pierwszą lepszą istotkę, która przychodzi mi do głowy. Siedzącego koziołka.
- I jak oceniasz?
- No, pierwsza figurka, jaką ktoś uczynił przy mnie z pełnym podobieństwem do oryginału!
Tak zachęcona, postanawiam ulepić cały nasz inwentarz. Będzie się mieścił na dużym talerzu...

3 kwietnia 2012

Zająbiste dnie

Spadł śnieg jakieś trzy dni temu i nawet utrzymał się cały dzień. Zdecydowanie ochłodziło się z powodu wschodniego frontu atmosferycznego i silnego wiatru. Wykorzystałyśmy ten czas na prace wewnątrz domu, głównie na docinanie i klejenie glazury w kąciku łazienkowym na górze.
Potem zadzwonił telefon z ogłoszenia i prędko uorganizowała się podróż aż pod Białystok. Z Zofiją i dwiema dziewczynkami Dziuni. Wczoraj, czyli w poniedziałek. Z pewnym smutkiem wyzbyłyśmy się Zosi, w całkiem dobrej formie mlecznej w tym sezonie, a to z powodu zapanowania notorycznej niezgody w klanie białasów i niemożności wypuszczenia całego stada na wybieg. Misia zagięła parol na matkę i postanowiła ją zdetronizować. Skończyło się to raz krwawieniem i zadyszką tak dużą, że odtąd nie były wypuszczane razem, ale albo jedna albo druga. Misia dostała dzikich oczu i nawet rozważałam całkiem poważnie, czy ktoś na nią uroku nie rzucił. Ale chyba nie. Zwyczajnie ta kurduplowata Misia ubzdurała sobie, że nadaje się na przywódczynię i że będzie lepsza w tym od Zofiji, i już. A żeby chociaż miała po temu jakieś rzeczywiste racje! Żadnej, zapewniam!
Zapakowałyśmy dzieciaki do worków i do bagażnika, a Zosia razem ze mną jechała z tyłu samochodu, stojąc na rozłożonej plandece. Ja ją kontrolowałam i od czasu do czasu karmiłam uspokajająco suchym chlebem. Zniosła podróż bez histerii, choć z silnym tłumionym napięciem. Rozglądała się bacznie i przyglądała ciekawie mijanym widokom, z wielką ulgą rozpoznając znajome sobie krajobrazy, pola i lasy, ale za to wyraźnie dziwując się ludzkim osiedlom.
Trafiłyśmy bez większego błądzenia do maleńkiej wioseczki w głębi lasu, w bok od głównej drogi do Białegostoku. Przyjęło nas młode małżeństwo, osiedleńców-zapaleńców z miasta, którzy zdecydowali się podjąć babcine dziedzictwo i spróbować żyć z ziemi jako rolnicy, na wiosce w lesie. Na początek kupili sobie kilka kur i kurcząt z wylęgarni, no i kozy, od nas. Zofija zatem trafić lepiej nie mogła. Dostała dla siebie rozległą obórkę, w której niegdyś cztery krowy stacjonowały i pierwsze co zrobiła to zwiedziła tę nieprawdopodobną dla siebie prywatną przestrzeń. Prawdopodobnie szukając także swojego stada. Wypakowane z worków kaziuczki wyraźnie ją pocieszyły, bo od razu pokazała im rogi. I zaznaczyła, że ona tu rządzi.
Zademonstrowałam nowej właścicielce jak ją doić, szybko pojęła. Objaśniłam kilka tajemnic w jej osobistej obsłudze i charakterze. Bardzo mili i pozytywni młodzi ludzie.
Następnie trafiłyśmy do Le Roy Merlin na zakupy budowlano-ogrodnicze. Zeszło nam dość długo. Ania bowiem wsiąka w wielkich sklepach i wyciąga ją stamtąd tylko mój ból głowy i oklapłe samopoczucie. Wszelkie supermarkety ciągną ze mnie energię jak wielkie pijawy.
Ale zakupy udane. Przywiozłyśmy kilka krzewów porzeczek, czarnych, czerwonych i białych, jaśmin, różę pnącą, borówkę amerykańską, mieczyki i trochę ziół do przesadzenia na spiralę. Do domu zaś kilka metrów deski podłogowej do wyłożenia w kąciku kuchennym na górze. Płyta osb wygląda bowiem tragicznie. I zdecydowałyśmy się ją przykryć. Poza tym jeszcze tapetę do malowania i klajster.
W drodze powrotnej, na Narwi zobaczyłam pływające łabędzie. Jakoś na razie nie zdołałam zobaczyć bociana, choć Ania widziała ich już kilka. Ale ona ma lepszy wzrok i jest bystrzejsza ode mnie.
Strasznie piździło w tym Białymstoku i okolicach, iście po rosyjsku. Zdecydowanie na naszym południu podlaskim było i jest cieplej. Dzisiaj już pogoda się wyciszyła i wyjrzało nawet słońce zza chmur. A ponieważ wiatr ustał w ciągu dnia od rana, sunęły przez niebo ogromne ilości kluczy żurawich, gęsich i nie wiem jeszcze jakich. Jeden za drugim. Napełniając niebo wielkim wiosennie radosnym klangorem.
My zaś pracowałyśmy pilnie w ogródku. Chcąc wykorzystać położenie Księżyca w ognistym znaku Lwa, sprzyjającym krzewom owocującym i kwiatom do godziny mniej więcej 15. Ania wyznaczyła miejsce, przyniosła skompostowanej gleby i wody, a ja wykopałam dołki, posadziłam (podobno mam dobrą rękę do sadzenia, Ania tak twierdzi), podlałam i opatuliłam świeże krzaczki słomianymi chochołami. Jak na zimę. Czemu? Dopóki nie skończymy płota jest to zabezpieczenie przed pazerną na zielone Gusią i kurami. Zresztą nocą są jeszcze przymrozki, więc będzie to dodatkowa ochrona dla supermarketowych pieszczochów.
Zioła znalazły miejsce na spirali. Zresztą na spółkę z posadzonym kilka dni temu czosnkiem niedźwiedzim. Który mamy zamiar reaktywować w okolicy, przynajmniej na swoim terenie. Bo z relacji pani Heli wiemy, że w swoim dzieciństwie i młodości ruszała na wiosnę do lasu razem z innymi dziećmi po liście pachnące czosnkiem (nie znała ich nazwy), czyli czosnek niedźwiedzi był tu rośliną naturalnie bywałą, ale wytrzebioną.
Na koniec przycięłyśmy odpowiednio i przybiłyśmy do słupków resztę świerkowych i dębowych (z odzysku ze starego płota, tak! są jeszcze zdatne do tego) przęseł.
O innym osiągnięciu dnia, tj. o pierwszym w tym roku serze typu gouda uwarzonym nie wspomnę...

6 lutego 2012

Samcze sprawy

W nocy obudziło mnie jakieś dalekie kilkakrotne miauczenie. Nie, nie zdaje mi się! Jasiek i Kicia śpią w domu, musi coś (no, ktoś) na zewnątrz miauczeć! Zerwałam się na nogi i dalejże drzwi otwierać, wołać. Łacia oczywiście, który do tej pory nie pojawił się, zniknąwszy bez żadnego znaku. Jedne, drugie drzwi, okno, wołam, nic. Cisza i ciemność jeno oraz mroźny powiew...
Wróciłam do łóżka poruszona.
Tak, wreszcie mnie ruszyło. W zeszłym roku obiecałam sobie, że już się nie dam, że już tak jest, i że Łacio potrafi pojawić się nawet po dwóch tygodniach nieobecności...
Trzymałam się, także w częstych chwilach, gdy Ania wzdychała: "A Łacio nie wraca... Pewnie już go nie ma."
Odkładałam pomyślenie o tym na później.
Bo tu muszę powrócić do pewnej historii i doświadczenia, które już opisywałam byłam na tym blogu, przy okazji minionej Kici. Odkryłam dość dawno temu, że koty porozumiewają się między sobą nie tylko mową ciała i miaukami, ale i telepatią. Nauczyłam się stosować pewne telepatyczne sposoby, skutkujące w ekstremalnych sytuacjach, od Kici właśnie. Ona mi je przekazała, dlatego pozostaje moją Mistrzynią w tej dziedzinie.
Telepatia zostaje uruchomiona tylko w chwili emocjonalnego poruszenia serca, nigdy na zimno, rozumem, ani nawet najbardziej nadętą medytacją. Koty to istoty bardzo uczuciowe, zresztą jak wszystkie zwierzęta, w tym są jednak wyższe od innych, że potrafią stosować telepatię świadomie. Przynajmniej niektóre w przyrodzie wychowane i zgodnie ze swym cudownym drapieżnym instynktem samicy - kotki świetnie to potrafią i przekazują tę magiczną umiejętność swoim dzieciom.
No, więc poruszona emocjonalnie uderzyłam w płacz. Nagle Łacio stał się żywy w pamięci, utęskniony, i jawił mi się w każdym szczególe. Jak się poruszał ruchami starego rewolwerowca w samo południe zmierzającego na spotkanie swego przeznaczenia, jak delikatnie miauczał, jak spał jak kłoda w moich nogach, jak się przytulał i zawsze dziękował chętnie za dobry kąsek w miseczce, nim zaczął jeść, no, i jakim był dżentelmenem wobec dam wszelkiego gatunku...
Długo nie mogłam zwalczyć szlochania, zatem wezwałam na fali uczuć minioną Kicię, aby pomogła mi wezwać Łacia (który właściwości telepatycznych do tej pory nie wykazywał, w przeciwieństwie do Jasia, swego z Kicią synalka). Trudno jest mi opisywać te wszystkie stany i fale. Spomiędzy łez wyłonił się słup modlitwy i prośba do losu, aby dał mi znak, żyje-li ten mój kocur, czy już nie?
Nareszcie po długim czasie udało mi się zasnąć.
Rano obudziła mnie Ania. Wpuszczająca do domu... Łacia! Wszedł jak zawsze, statecznie i powściągliwie, dość znacznie odchudzony i wysmukły, i skierował się wprost do miseczki...
Ile go nie było? Ponad tydzień, półtora tygodnia. W największe mrozy buszował, samiec jeden.
Teraz śpi na łóżku, blisko obecnej Kici, najedzony i wypoczęty.