19 września 2021

Kaczki i papryka

I rozpadało się i ochłodziło. Zwierzęta kurnikują i oborują, dokarmiane, pojone pod dachem. Wypuszczamy tylko na chwilę kaczki, w przerwach, gdy mniej rosi. Im woda nie straszna, są zachwycone wręcz, ale jedno ze stadka jest młodym indykiem, o którego trzeba dbać, aby nie zmókł. Młode indyki są wrażliwe na zimno i przemoknięcie. Wszystkie wylęgły się razem pod wspólną matką i tworzą nierozerwalną i związaną uczuciowo wspólnotę.
Muszę stwierdzić, że indyki lepiej się integrują z kaczkami, niż z kurczakami. Czemu? Kurczęta szybko zaczynają grzebać i szukać pokarmu w ziemi. Poza tym rozwijają się i dorośleją dużo szybciej. Indyki są nastawione na łapanie owadów, którymi głównie się odżywiają i skubanie ziółek tu i tam. Rosną długo. To sprawia, że takie mieszane stado się rozłazi i gubi, do tego nie rozumie wzajemnie swoich języków ptasich. I trudno je zwołać razem.
Tymczasem kaczki, równie długo dorastające okazały się zagorzałymi łowcami much i owadów (oraz pożeraczami ślimaków i żab, jak zdarzyło mi się zaobserwować) tudzież miłośniczkami różnorakich trawek. Są przy tym niemożliwie prędkie i mają błyskawiczny refleks goniąc za przysmakami. To wspólne pasje z rasą indyczą do tego stopnia, że nawet jenduszka-wychowawczyni dopiero kilka dni temu dołączyła do dorosłego stada, zostawiając swoje ulubione kwaczące rozdzierająco podrostki.
Indyczak Pikuś, jedyny jaki się ostał z tegorocznych lęgów, nawet nie zauważył braku opieki matki, czując się absolutnie bezpieczny w swoim kaczym gronie. A grono natychmiast reaguje na jego brak. Co raz jedyny sprawdzone zostało z powodu pomysłu, że przecież indyka trzeba do swoich dołączyć razem z matką. Osamotnione kaczki krzyczały za nim długo, a rano wypuszczone ze swojej pakamerki szybko pobiegły pod drzwi indyczarni, gdzie porozumiewały się z członkiem stada tak głośno i uparcie, że już z nimi pozostaje stale. Trzeba będzie na zimę dołączyć kaczęta do stada indyków po prostu. Swoją drogą są to kaczki "grzędujące", łatwo wskakują wyżej gdzie chcą i mogą i tam spędzają noc, podobnie jak kura czy indyk.

Ale tak naprawdę miałam o czym innym opowiedzieć. O tym, że z racji ochłodzenia zbieramy już systematycznie plony. W ziemiance w skrzyni z piaskiem wylądowały buraki ćwikłowe, dynie w większości zwiezione czekają na tarasie, aby je wnieść na poddasze, co jest pracą dość mozolną, bo trzeba się nachodzić "w tę i nazad" z góry w dół wielokrotnie. Usmażyłam powidła z ostatnich śliwek węgierskich francuskich. A teraz przyszedł czas na paprykę. Otóż i ona.


Romaniana, niski krzak, jasnozielone liście, można prowadzić bez podpór, wczesna, bardzo plenna, niewymagająca. Słodka.
Poszła jako podstawa sosu paprykowego (z dodatkiem ostrego Purpurowego Czejena) do zakiszenia w kilkulitrowym słoju.


Ta z kolei, szpiczasta z Biedry, polecona nam przez koleżankę, która ją wynalazła i wypraktykowała w swoim ogródeczku, jest większa i bardziej mięsista, łagodna ale smaczna, nadaje się do jedzenia na surowo w sałatkach czy na kanapkach. Krzaki trzeba podpierać, bo mają dużo dużych owoców, pod którymi się uginają.
Nadmiary będziemy suszyć i proszkować. To rozwiązanie sprawdza się świetnie jako sowita obsypka dla mięs pieczonych i boczku pieczonego, czy dodatek do zup i sosów. 

12 września 2021

Pochwała drobnego ogrodnictwa

Był piękny, słoneczny i ciepły tydzień, taki wstępniak (oby nie zastępniak) polskiej złotej jesieni. Wilgotność zmalała, można było porąbać zalegające na podwórku drewno, pnie, stare deski tarcicowe i gałęziówkę i zwieźć je taczką w odpowiednie miejsca, gdzie ułożyłam je w ścianki. Czekają jeszcze konary klonowe i dębowe, które złamały się w zimie na kaczym dołku, częściowo same, a częściowo wycięte przez Anię piłą. Mimo, że ścianki w pełni zajęte, obie drewutnie i pod balkonami też ciasno, Anna ciśnie, aby jeszcze drewno z działki leśnej zwieźć. Dawno je tam czyści, zbiera i segreguje, czas najwyższy na zwózkę. Jakieś takie przeczucie obie mamy, patrząc na wcześnie zwijającą się przyrodę i ptactwo, że zima przyjdzie wcześniej niż zwykle i może być śnieżna i długa. Warto mieć większy zapas w razie czego.

Na szczęście kuchnia już naprawiona, grzeje jak trzeba, woda gorąca, ścianka na noc nagrzana ociepla mieszkanie dostatecznie o tej średnio chłodnej porze. Przy okazji pozwalając suszyć pranie.

Poza tym trwają jeszcze prace ogródkowe. 

Na obrazku malachitowa szkatułka, zielona w środku. Bardzo smaczna i mięsista, przede wszystkim do sałatek. 

Jest też, równie pyszna, o ile nie pyszniejsza w smaku inna odmiana.

Zwie się Ruski kozak.

Zaraza wdała się jednak w końcu w pomidory i duża część krzaków została wyrwana i zakompostowana w dole w zabezpieczony sposób. W to miejsce posiana została rzodkiewka, szpinak i pakczoj, może uda się jeszcze coś zyskać od ziemi. Ostatnie owoce pomidorów, głównie najodporniejszych koktajlowych różnej barwy właśnie przerabiam na soki i kiszonki. Mimo wszystko zbiór butelek jest pokaźny i liczniejszy niż w zeszłym roku. Więc nie ma przegranej, zwłaszcza, że część zbiorów udawało się pchnąć do klientów i trochę na nich zarobić.


Powyższe owocki Purpurowego cayenne jeszcze rosną i dzielnie nabierają mocno ostrego smaku.


Inne są łagodniejsze. Np. spiczasta z Biedry. :)


A jeszcze inne potrafią podstępnie zaskoczyć wyraźnym smakiem. Jednym słowem czekają jeszcze papryki do późniejszego zbioru. I ich przerób na sosy paprykowe.

Kozy odbyły ruję, acz nie wszystkie i chłopaki stacjonują w pełnym pogotowiu. Mleka jest całkiem sporo, jakieś 9-10 litrów dziennie, które systematycznie zamieniam w różne sery i serki. To też wartościowy zapas białka na dłuższy czas.

Dzisiaj zaś zaczęły się zbiory dyni. Nie ma już niestety na co czekać, bo przymrozki zwarzyły skutecznie dorodne liście i kwiaty dyniowe, które sczerniały i zmarniały w oczach. Jak na razie zjechały na pace te wyrosłe na wałach słomianych koło tunelu. Jest ich jeszcze trochę w innych miejscach, Niezbyt są pokaźne w ogólności. Bywały lepsze lata. Wiosna była chłodna, potem zbytnie upały, teraz deszcze. Ale zawsze cieszy to, co się udało. Dynia, zamiast ziemniaków, to dla nas ważny stały pokarm warzywny w zimie. Korzystamy z niego zarówno my jak zwierzęta. 

6 września 2021

Ostra zupa z pomidorów i papryki

Pogoda rozjaśniła się, jest słonecznie w ciągu dnia, choć rześko z rana i pod wieczór. Mała fala (falka?) przymrozku zwarzyła nieco liści dyniowych w obu ogródkach, poczerniały z brzegów od zachodu skąd problem przyszedł, choć na szczęście nie zaszkodziło to wciąż jeszcze niedojrzałym owocom.

Znajomy rolnik zebrał ziemniaki, ale są bardzo soczyste od wody i pewnie będzie problem z przechowaniem. Pierwsze 2 i pół metra wylądowało w ziemiance, po przebrnięciu kolejnej już kontroli policyjnej na drodze wylotowej przy "wąskim pasie". Jeszcze drugie tyle do wzięcia.
Pogaduszki rolnicze to głównie narzekania. Na przykład ziarno i sadzeniaki kupione w Centrali Nasiennej okazały się bardzo złej jakości, nie dość że słabe to zarażone wszystkim co się da. Kiedyś tego nie bywało.

W naszych tunelach też pojawiła się zaraza na pomidorach, ale na razie wybiórczo w długim. Te z cieplicy trzeba było wyrwać. I z innych małych ostatnie ogórki zostały zebrane głównie na karmę dla kóz (bardzo je lubią) i jakieś ostatnie małosolne. 

Zbieram zioła. Kwiat krwawnika i wrotycz, glistnik i dziurawiec. Lubię mieć świeży zapas na kolejny rok. Muszę przyznać, że herbatki z udziałem glistnika i dziurawca dały poprawę w objawach kamicy, na którą od lat co rusz narzekam. 

Bateria pomidorowych soków gotowa na zimę. Brakuje już butelek. Po raz pierwszy spróbowałam kiszonych pomidorów. Najpierw nieduży słoiczek koktajlowych zalany świeżo wytłoczonym sokiem pomidorowym z dodatkiem soli. Po tygodniu posłużyły do zupy. Ten dzień wybił dzisiaj. I oto jak sobie z zupą poradziłam, mając różne inne dodatki prosto z ogródka. Wyszła pyszna, ostra, kwaśnawa, smaczna i pożywna. Polecam!

Zupa pomidorowo-paprykowa

Składniki:
Wkładka mięsna w postaci kawałka tłustej kości, u mnie sprawdziły się żeberka koźlęce w tej roli.
Słoiczek kwaszonych pomidorów koktajlowych w pomidorowej zalewie.
3 dojrzałe spore słodkie pomidory
1 mała ostra papryczka
2 większe czerwone słodkie papryki
Garść świeżych kurek z lasu
Warzywa: cebula, tarta marchew, seler, krojona dynia lub cukinia.
5 łyżek ryżu.
Przyprawy: świeże liście lubczyku, selera naciowego, nać pietruszki, 2-3 listki mięty, gałązka tymianku. Oraz klasycznie: płaska łyżka soli, kilka ziaren pieprzu czarnego, ziela angielskiego, liść laurowy.

Wykonanie:
Wziąć garnek 3-litrowy, na początek wrzucić kość, zalać wodą na tyle aby ją zakryć, posolić (pamiętając, że kwaszone pomidory będą nieco słone), dodać ziela i pieprzu, liść laurowy i zacząć gotować. Potem wrzucamy kolejno warzywa, które najdłużej się gotują, czyli seler, marchew i pietruszkę. Następnie pokrojone papryki, cebulę i grzyby. Dodajemy krojoną dynię lub cukinię oraz pokrojone słodkie pomidory wcześniej obrane ze skórki. Wreszcie ryż, aby nabrzmiał i zmiękł. Dopiero na koniec, gdy już wszystko jest miękkie i rozgotowane dodajemy kwaszone pomidory. Wcześniej przetarłszy je na sitku, aby rozebrać je ze skórki. Wlewamy miąższ wraz z kwaśnym sokiem, w którym się kisiły. I gotujemy jeszcze chwilę. Można uzupełnić ilość zupy wodą, gdyby okazała się zbyt gęsta lub pikantna oraz dodać odrobinę cukru, gdyby była jednak zbyt kwaśna. Na talerzu można polać zupę odrobiną dobrego oleju z zimnego tłoczenia i posypać siekaną nacią pietruszki.

Gdy papryczka była rzeczywiście ostra, przygotujmy się na mocne wrażenia smakowe. Super!

Porcja obiadowa dla 4 osób, dla dwóch na dwa dni, dla jednej na cztery.

3 września 2021

Uszczelnianie

Czas biegnie niezauważalnie. Wciągnęło mnie tłumaczenie znalezionego w sieci kolejnego almanachu Nostradamusa (o naszych czasach) oprócz wykonywania codziennych obowiązków. Czekam też ciągle na zdjęcia z telefonu, aby wpis ubarwić. Domowniczka jednak ma jeszcze mniej chwil wolnych, aby to zrobić, a nawet już zrobione przesłać na komputer. Gdy już wieczór nadejdzie to trzeba przecież wiadomości z dnia sobie przekazać i omówić plany, potem w jakiś serial zajrzeć albo i nie, bo oczy same się kleją. I zaraz już jest ranek i wołanie: Ewa, wstawaj, już ósma! Wołaniu często towarzyszy miauczenie Maćka, który ode mnie domaga się śniadania. Przychodzi z dworu wcześniej i czeka cierpliwie aż otworzę oczy. Więc znowu baczność, stałe czynności ogarniające rzeczywistość własną i cudzą, czyli głównie zwierzęcą, szybkie śniadanie własne pośród nich, chwytanie w biegu wolnych przerw pośród zmiennych koniecznych zajęć, aby coś napisać, przeczytać, bo wieczorem już oczy nie te.

Sierpień zrobił się szybko chłodny i mokry. Przeplatany krótkimi wglądami słońca w naszą rzeczywistość, które witam zawsze z radością. Awaria cegiełki w piecu kuchennym sprawiła, że nie można go używać do czasu naprawy, zatem spora wilgotność w powietrzu i cieniu lasu sprawia, że pranie prawie nie schnie nawet w mieszkaniu. Słońce i lekki wiatr w ciągu dnia zatem mile witane. Mycie zrobiło się odtąd kłopotliwe, w zimnej wodzie albo podgrzanej w garnku. 

Na początku sierpnia odbył się u nas pokaz pieczenia chleba dla dziecięcej widowni z wakacyjnych półkolonii, która zjechała na rowerach na wioskę. Chyba to dla nich jakaś fajna zabawa, bo zwierzęta uatrakcyjniają im corocznie dość długie czekanie na rozgrzanie się pieca i wsadzenie ciasta.

Poza tym niewiele się dzieje. Czasem wpadnie Andriusza i pchamy roboty bardziej siłowe. Porąbał na drobniejsze kupkę grubego drewna, naprawił jako tako ogrodzenie w sadzie albo to i owo z mechanizmów, bo ma do tego smykałkę.

Kozy weszły w ruję, przynajmniej kilka z nich i trzeba było proces kontrolować, wachlując dwoma koziołkami tak, aby bezrogi przebywał tylko z rogatymi, a bezrogie z rogatym. 

Od dwóch dni wreszcie trwa wyczekiwana naprawa cegiełki i pieca. Trzeba było zdjąć płytę, wymontować zbiornik z paleniska, wyjąć przy tym trochę cegieł i kafli, spawaczo-zdun dopasował nowy zbiornik, pospawał to owo, hydraulik dokręcił, następnie trzeba wstawić wyjęte cegły i kafle, zalepić dziury. Przy okazji pomyślna wymiana baterii w łazience na nową też się uskuteczniła. Ważne sprawy.

Poza tym wokół dzieje się to, o czym wszyscy w Polsce słyszeli. Mianowicie rząd oddzielił sąsiednie wioski wzdłuż granicy, wyznaczając w nich stan wyjątkowy. Niby nic się nie dzieje specjalnego, ale każdy wyczekuje nie wiadomo czego. Policja i służba graniczna wzmogły kontrole na drogach, mowa jest o koniecznych przepustkach dla stałych mieszkańców okolic, aby znaleźć się legalnie w oddzielonym "wąskim pasie przygranicznym", ale na razie tylko mowa. I tyle. Turystyka z pewnością znów dostała kopa finansowego. Na szczęście wycofałyśmy się z niej już kilka lat temu, uznawszy że bawienie gości z miasta to nie nasza bajka, ale są tacy przecież, którzy z tego żyją. Świat się zmienia, życie utrudnia, ludzie spodziewają się pogorszenia, a nie polepszenia, strzygą uszami. I słusznie. Choć wciąż wielu takich, którzy żyją z dnia na dzień, bez myślenia o ewentualnych trudnościach. Jak choćby taki Andrij czy Iwanek. Wciąż uczę się tej sztuki, pustości umysłu, nieprzywiązywania się do rzeczy, spraw, warunków, zależności, planów i obaw. I ponoć robię postępy. 

12 sierpnia 2021

Zbieranie

Trwa przetwarzanie, choć przystopowało nieco, bo pomidor jeszcze się nie rozpędził. Chłodne noce, rześkie wieczory i poranki, nawet mimo czasem wysokiej temperatury i słonecznych dni, spowolniły dojrzewanie. Zbieramy kilkukilogramowy kubełek co kilka dni i przerabiamy go na sok. Zagotowuję urobek z dodatkiem łyżki soli i dużą szczyptą pieprzu cayenne i butelkuję na gorąco. Niepostrzeżenie rośnie zapas.

Za to są grzyby. Kurki ciągle dobrze w skupie stoją. Prawdziwki się zaczęły, ale skupy nie są zainteresowane, nisko je cenią albo wręcz nie skupują. Więc tylko dla prywatnych pasjonatów stanowią wartość samą w sobie i bezcenną. Anna wyskakuje codziennie do lasu za domem i gadając sobie przez telefon ze znajomymi zbiera żniwo. Nawet zarobiła już ponad stówkę, bo już dawno nam się zjadanie znudziło. Ot, dorzucę garść kurek do zupy czy sosu, ale ile można?

Prawdziwki wymagają palenia w piecu i suszenia. Przydadzą się, oczywiście. Mimo, że wciąż mam pewien zapas z poprzedniego roku. Wszystko dzieje się z czasem, swoim własnym tempem. Jednak kurki ciągle jeszcze dominują.


Po ogórkach, które wylądowały w słojach i butlach, tudzież kamionce, na stole zagościła cukinia, którą staram się używać do wszystkiego, co się da. I czerwone buraki. 
Następna w kolejce jest dynia, która dopiero przyrasta. Ma jeszcze czas. Kwitnie, wielkimi liśćmi osłania kwiaty i owoce, dając przystań pszczołom i trzmielom. Nawet w porze dżdżystej, gdy znajdują schronienie pod jej baldachami.


Powyższe i poniższe zdjęcie pochodzi z ogródka permakulturowego, który 1) mało żyzny jest, 2) podlewany naturalnie deszczem, 3) roślinność musi walczyć z trawą, która jest tak szybka, że nie sposób jest nam z nią w porę wygrać. Może zatem całość nie jest jakoś bardzo dorodna, ale jest.


Zobaczymy co dalej. Czekać i wierzyć trzeba.

7 sierpnia 2021

Pora na pomidora

Ochłodzenie przyszło wraz ze zlewnymi deszczami, na szczęście krótkimi, ale także częstymi, zwłaszcza nocą. Ci co nie skosili jeszcze zboża mają zagwozdkę. Zbyt mokre jest, aby kombajnować. Chłód w ciągu dnia, mało słońca, wielkie poranne rosy po deszczach nie pomagają, a dodają problemu. 

Sezon ogórkowy się skończył. Ostatnie krzaczki wyrwane lądują na kompoście. Zapasy zrobione. Teraz pora na pomidora. W większości jeszcze zielony lub ledwie czerwony, ale co kilka dni trzeba zerwać trochę owocu, choćby w obawie, że trafi w całości do wścibskich kurzych dziobów. Bowiem czikeny, nie w swojej masie, ale dwa czy trzy wypenetrowały jak i gdzie i co, i codziennie, gdy tylko nasz wzrok skupi się na czymś innym sprawdzają smakowitość i dojrzałość owoców. Tu dziobnie, tam dziobnie, siam wpałaszuje prawie całego. Problem jest. Trzeba by firany zawiesić w wejściach do tuneli, ale nie ma na to czasu. Wciąż coś.

Zbieram te naddziobane, okrawam, okrawki idą do kurzej karmy, a resztę zjadamy w leczo albo zapiekance. Z pomidorami jest dokładnie tak jak z serami. Kura bezbłędnie trafia na najsmaczniejsze okazy, jak mysz na najlepsze serki. To znawcy tematu gębowego.

Czyli zielone zamieniło się na czerwone.

W różnych gatunkach smakowych, wielkościach i odcieniach barwy zasadniczej. Tego nie znajdziecie w sklepach.

1 sierpnia 2021

Zielone i pierzaste

Pora pokazać to i owo. Ogródkowa zieloność bowiem osiągnęła swoje maksymalne rozmiary. I plony zaczęły się i trwają stosownie do gatunków.

Stopniowo krzaczki ogórków idą precz, w zamian Anna wysadziła trochę sadzonek pomidora, które trzymała do tej pory w pojemnikach na tarasie oraz kapustę pekińską. Posiejemy jeszcze rzodkiewkę, dojrzeje papryka i będzie na zimowy zapas kim-ći.

Popatrzcie jak się całokształt (na wstępie) prezentuje w tunelu.

I w przydomowej małej cieplicy. Pomidory jeszcze przeważnie zielone, ale niektóre już czerwone lądują na talerzu. Wczoraj zaś zapakowałam sokiem pomidorowym 8 buteleczek. Tak na dobry początek.

W pobliżu zaś w ogródku zielono. Płoży się cukinia i dynia. Cukinia służy już do obiadów, leczo i zapiekanek. Krzewy porzeczkowe przy płocie są już oberwane z owoców. Czerwonych, czarnych i białych. Powstał duży zapas galaretek, dżemów i doroczny gąsior wina także został nastawiony. Przyjemnie bąbelkuje.


Ogródka pilnuje stale Pasza, cięta na drób, który lubi się tu zabłąkać nieprzypadkowo. Ptaszyska boją się jej panicznie i zawsze w te pędy z wrzaskiem uciekają. Jak widać, trochę kwiatów też jest ku ozdobie życia codziennego i domostwa.


Gdy jestem przy zwierzynie, to pokazuję jak kaczuszki nabrały rozmiarów. Mają już piórka i nieco mniejsze przez to apetyty. Z czarnych plamek na głowie wnioskuję, że większość to francuska rasa. Jedynie kak się wyrodził, jest dorodny i wciąż je za trzech, rosnąc w oczach.


Niby mniej pracy dla gospodyni z karmieniem, ale w zamian rosną już kurczęta, prowadzane przez nader troskliwą drugą induszkę. Więc pracy nie ubywa.


Wręcz jesteśmy w samym środku jej toku tuż przed wezbraniem fali przypływu kolejnych owocowań.

30 lipca 2021

Sezon w pełni

Upały wracają, potem znów się cofają, czasem zwleka się powolna burza i rzęsiście leje, najczęściej nocą, od czego poranki są wilgotne i nierzadko całkiem rześkie, przez co daje się żyć, trwać. 

Tymczasem prace nabrały swojego tempa. Oprócz tych zwyczajnych codziennych (troska o zwierzęta). Dla mnie jest to przetwórstwo plonów, dla Anny dbałość o nie, pielęgnacja, podlewanie i zbieranie. Ogórki są na ukończeniu, ale jak dla mnie - końca nie widać. Choć ponoć tuż tuż. Powstało dużo kiszonych, konserwowych, sałatek w zalewie takiej i śmakiej, nawet tarte gotowce do zupy ogórkowej. Nie chce mi się liczyć słoików, pojemników i kilogramów, które na to poszły. W marynatach sprawdza się dwuletni ocet domowy z jabłek. Na bieżąco zjadają świeże ogóry - ptaki i kozy. Czasem ktoś kupi, ale jakoś nie mamy talentu do handlowania. Może za uczciwe jesteśmy? Jeśli ktoś spyta to raczej z ciekawości, aby pewnie sobie poplotkować w swojskim gronie, i tyle.

Jasnowidze wieszczą kryzys i głód, będzie jak znalazł w razie czego.

Z wolna zaczynają się pomidory. Kolejne wyzwanie, jeśli chodzi o przetwory. Zeszłoroczny zapas pomidorowego soku wyszedł dopiero niedawno, służąc mi wiernie prawie rok do zup, sosów i drinków. Tym razem pewnie będzie go więcej. Ale przetrwał dobrze i niewiele było ubytków, spowodowanych nieszczelnością butelki.

W gruncie cukinie nabrały rozmiarów i w dużej części zostały zerwane. Dynie ładnie przybierają od ciepła i deszczów, których jest w sam raz. W przeciwieństwie do tego, co wyprawia się na świecie.

Wczoraj przyrządziłam pierwsze leczo tegoroczne, z owej cukinii, pomidorów, cebuli i zeszłorocznej suszonej papryki i sosu paprykowego. Z dodatkiem kurek przyniesionych rano z lasu opodal.

26 lipca 2021

Ptasia mowa

W dniach 23-25 tego miesiąca mieliśmy w gminie doroczny festiwal muzyki folkowej, który odbył się mimo wszystko, radując ludzi i stałych przyjezdnych gości, którzy są w nim osadzeni od lat ponad dwóch dziesiątek. Nie odwiedziłam osobiście żadnego występu z różnych racji, choć nie ze strachu przed dżumą. Za to Anna spędziła tam całe godziny i dnie, współprowadząc warsztaty ceramiczne i swój kramik z wyrobami z gliny i nie tylko. Jerzy nocował u nas, jak zwyczajnie, więc miałam możliwość zażyć nieco atmosfery imprezy i pogadać o świecie w sposób jaki lubię, poza systemowy (nie jestem anty, ale trochę spoza i trochę sponad). Wpadła także na godzinkę znajoma Ślązaczka, bywała co roku o tej porze, aby wypić piwo bezalkoholowe na altanie i wymienić niusy życiowe. A poza tym karmiłam zwierzynę, gotowałam i przetwarzałam jak zawsze, urozmaicając sobie wolne chwile tłumaczeniem almanachu Nostradamusa na zmianę z podsłuchiwaniem na live koncertu ze sceny gminnej.

Dlatego zapiszę tu ważniejszą historię, jaka zapadła mi w serce i działa się mniej więcej równolegle. Zacznę od tego, że w tym roku drobnych ptaków różnych gatunków zrobiło się wokół mnie jakoś więcej. Od wiosny przepięknie śpiewały i fruwały w kątach widzenia niemal wszędzie. Myślę, że to wynik wykraczającej poza normy przyrody betonozy polskiej, ale i zapewne ogólnych zmian klimatycznych, które owe stworzenia przeczuwają, szukając spokojnych i bezpieczniejszych dla siebie terenów na wylęgi, jakie najwyraźniej się kurczą. Bywało, że pod dachem tarasu wił sobie gniazdko jakiś ptaszek, przeważnie była to makolągwa albo rudzik. W tym roku zrobił to kopciuszek. I to tuż nad oknem, przy którym siedzę zawsze przy komputerze. Zatem, gdy jest uchylone w ciepły czas prawie stale słyszałam wciąż to, co dzieje się u drobniutkiej sąsiadeczki.
Kopciuszek w pewnym momencie zaczął być charakterystycznie słyszalny, okazało się, że karmi swoje narodzone świeżo pisklątko. Maluch wydawał głośne wołania, a potem radosne odgłosy, gdy matka przylatywała z jakimś smacznym kąskiem. Ptak szybko nauczył się spokoju na mój widok, gdy często wychodziłam na taras za tym czy owym. Odfruwał na śliwę obok rosnącą i spokojnie czekał, aż przejdę. Bał się jedynie kota, co od razu poznawałam po wzmożonych okrzykach ostrzegawczych i niespokojnym furkotaniu.
Kot zaś jest o tej porze roku częstym tarasowcem, w nocy i w dzień, rzadko idąc w dalszą drogę albo przesiadując towarzysko w mieszkaniu. Wychodziłam natychmiast i pacyfikowałam Maćka, zabierając go do domu albo wyganiając w dalsze rejony obejścia. Kocur jest spokojnym sporadycznym łowcą mysz, karmionym w domu, a moimi ptakami, które co roku hoduję od pisklaczka nie interesuje się pod kątem łownym wcale. Uznał zapewne w całej swej wrodzonej uprzejmości, że są moje i nie ma do nich prawa łownego. Kopciuszek, jak zaobserwowałam, również podlegał pode mnie, a nie jego widzimisię.
Maciej jednak w zamian bardzo lubi przebywać godzinami w pobliżu owych moich ptasząt, czy to kurcząt, indycząt czy kacząt, kryjąc się gdzieś w pobliżu pod krzaczkiem i słuchając ich spanikowanych rozmów ze sobą ze spokojem drzemiącego lwa. I tym sposobem nie raz napędził mamie kopciuszycy stracha. Ja też miałam obawy, bo zwierzętom wierzyć do końca nie należy, mają jednak instynkt, który nimi zarządza, zatem czuwałam, wiedząc, że zbliża się moment, gdy młode wyfrunie z gniazda. Mogło wtedy łatwo wpaść w zęby kota. Zapewne i mama kopciuszek była tego świadoma, bo z dnia na dzień robiła się bardziej nerwowa. 

Zbliżała się pełnia. Spodziewałam się, że wtedy sprawy się rozstrzygną. 

Tymczasem działa się jeszcze jedna historia w tle. Z tajemniczym cichym drapieżnikiem porywającym i kasującym podrośnięte kurczaki, które kręciły się tuż przy płocie w ciągu dnia. Jednego z nich padłego znalazłam w kupie niesprzątniętych jeszcze gałęzi akacjowych, zamordowanego i zostawionego sobie na później. Domyślamy się, że jest to kuna, która zamieszkała gdzieś w pobliżu, może na strychu paszarni. W gospodarstwie jest dużo myszy, więc pełni rolę naturalnego wroga gryzoni, ale przy okazji - jak widać - bywa groźna inaczej.
W noc przed pełnią, gdy martwiłam się o kopciuszczę bardziej niż zwykle, przeczuwając wylot z gniazda i pierwsze niezdarne obloty, nagle na tarasie zrobił się mały raban. Najpierw rozkrzyczała się w gnieździe nad oknem mama ptaszka. Po czym rozległ się bojowy okrzyk, czy raczej groźny ostrzegawczy syk Kocieja Macieja. Który wziął i przepędził skradającą się kunę na terytorium sobie podległym. Być może ratując tym samym ptaki przed wybraniem z gniazda. 

Następnego dnia, jak przewidziałam byłam, napotkałam kopciuszczę w trawie po drugiej stronie drogi. Uciekło przede mną, oczywiście pozostawiłam je, wierząc, że matka jest gdzieś w pobliżu i czuwa nad niezdarą. Nasłuchiwałam czy nie usłyszę charakterystycznego ćwierku przy domu. Daremnie. Jednak po obrządku wieczornym, gdy wracałam pustym już podwórkiem, coś mnie nagle zawołało siedzące nad wejściem do ziemianki. Maleństwo! Najwyraźniej przyleciało się pokazać. Fruwało już zręcznie samodzielnie. Pogadaliśmy chwilkę (znało dobrze mój głos, bo zawsze przemawiałam do nich wychodząc na taras) i uspokoiłam się. 

Następnego dnia młodziutkie ptaszę siedziało na poręczy altany, gdy przyszłam do porannego obrządku. Przywitało się, wyraźnie ucieszone. I po chwili odfrunęło. Już go nie widuję, ale wierzę, że daje sobie radę. 

15 lipca 2021

Upalny surwiwal

Trwają 32 i 35-stopniowe upały (w słońcu temperatura po południu sięga 40 stopni), ze śladową ilością zachmurzeń lub deszczyku. W Polsce zaś nawałnice, grad, wichury i trąby powietrzne zrywające dachy i wyrywające drzewa z korzeniami, podtopienia ulic i miast podczas ulew. Codziennie jest cieplej w domu, bo rozgrzane noce nie dają dostatecznej ochłody w mieszkaniu. Było 23, potem 24, dziś 25 stopni w kuchni. Czyli robi się coraz nieznośniej.
Myję się w zimnej wodzie, bo nie chcę palić pod płytą, aby nie dodawać temperatury. Gotuję na maszynce elektrycznej. Pan z elektrowni zbadał niedawno licznik i stwierdził, że mamy nawet lekką nadwyżkę w produkcji prądu z paneli słonecznych, więc jest darmowy.
Kozy pasą się kilka godzin przed południem, potem trochę na dołku w cieniu klonów i grabów, po czym lądują w oborze na sianie i owsie do końca dnia. Nawet nie ma jakiejś zastraszającej ilości owadów, jest trochę dokuczliwych gzów i krwiopijczych much, ślepaków o wiele mniej niż zazwyczaj co roku i są dużo mniejsze. Muchy mnożą się powoli, komary zanikły zupełnie. Ptaki kryją się w cieniu i wychodzą dopiero późnym popołudniem, zmęczone, z otwartymi dziobami i rozchylonymi skrzydłami dla ochłody, choć zawsze mają świeżą zimną wodę w naczyniach w różnych miejscach podwórza porozstawianą.
Ogórki plonują, Anna zbiera po kilkanaście kilogramów co 2 dni. Wstaje wtedy o świcie i pracuje pilnie, gdy jeszcze daje się wejść do tunelu. W większości je sprzedajemy umówionym wcześniej klientom (można się umawiać np. mejlowo – adres w profilu tego bloga - nawiasem mówiąc), niekiedy z dowozem nawet, gdy blisko, świeże prosto z krzaka. Takie najlepsze na przetwory. Nasze są niczym niepryskane, na naturalnym nawozie i podlewane nagrzaną w zbiorniku wodą. Sama zrobiłam już ponad 20 słoików krojonych ogórków w zalewie słodko-kwaśnej, 10 słoików marynowanych i zakisiłam dwa 5-litrowe pojemniki. Pewnie będzie tego dużo więcej. Spasteryzowane wylądowały szybko w chłodzie ziemianki i w piwniczce domowej, aby nadmiernej fermentacji zapobiec. Wychodzą twarde, chrupiące, jak trzeba, żadnych kapci.
Sery podpuszczkowe płyną (właściwie rosną pod wpływem mnożących się drożdżowych bakterii), jak zawsze, gdy robi się cieplej ponad 24 stopnie w pomieszczeniu. Przeszłam więc na twarogi, zresztą idą dobrze, bo młodzież ptasia sporo tego je, my także lubimy kluski leniwe albo sernik, a poza tym kozy, jedząc mniej trawy dają mniej mleka, z siana i owsa mleka nie ukręcisz. Choć dokarmiam je krojonymi ogórkami dla orzeźwienia.
Sama ulubiłam sobie zjeść codziennie mizerię ze świeżego ogórka ze śmietanką kozią i koperkiem, zaprawianą cukrem i octem jabłkowym lub porzeczkowym. Albo kubek zimnego domowego jogurtu z dodatkiem słodkiej porzeczkowej galaretki albo innego dżemu z lat przeszłych.
Nastawione zostało wino na suszonych kwiatach bzu.
I odkryłam w necie almanach Nostradamusa, którego nie znam, więc zabrałam się w wolnych chwilach do pracy translatorskiej. Pozwala zapomnieć o upale. Do tego od czasu do czasu miewam webinary astrologiczne, brać astrologów polskich i niepolskich uwielbia wykładać i uczyć się nawzajem od siebie, ma też wielu ciekawskich i chętnych do nauki czy rozważań słuchaczy. Jak ja, nie przymierzając.

7 lipca 2021

Zrębki i inne drobiazgi

Powoli zaczyna grzać. Niemniej dynia dostała deszczu i zaczyna pędy puszczać w ogródku permakulturowym (gdzie nie ma podlewania). Anna spieszy się z wykoszeniem trawska wokół, bo potem nie da się wejść ze sprzętem, aby nie uszkodzić kwiatu.

Póki co kolejny, acz pierwszy maluczki zbiór. Tym razem bobu. Szykują się też czerwone porzeczki do zbioru.

W przydomowym ogródeczku cukinia nabrała już sporych rozmiarów.

Poza tym czeka do przerobienia kupa chrustu na podwórzu zebrana z gałęzi, które ogryzały kozy wczesną wiosną. Częściowo palę nimi pod płytą, ale w gorące dnie darowuję sobie tę czynność, aby domu niepotrzebnie nie nagrzewać. Korzystam wtedy z elektrycznej kuchenki. W tym wypadku pozwalamy sobie na to szaleństwo, bo panele słoneczne zaczęły produkować prąd i trzeba go używać. 

Brzozowe i czeremchowe gałęzie Anna przepuszcza przez rębak i robi z nich zrębki, które wykorzystamy do podsypania niektórych roślin.

Taki zabieg świetnie zabezpiecza glebę przed nadmiernym wysychaniem oraz chroni przed chwastami.

2 lipca 2021

Sezon ogórkowy rozpędza się!

Urobek dzienny. Świeżutkie, prosto z krzaka. Marzenie smakosza. Ponieważ ochłodziło się i deszczy można spędzić więcej czasu w tunelu w ciągu dnia i podgonić zaległości.

Nastawiam kolejną partię małosolnych. A do obiadu znowu mizeria. Z tartych ogórasków lekko posolonych, z dodatkiem śmietanki zdjętej z mleka koziego i zakwaszonej kilkoma łyżkami koziego jogurtu, z pieprzem, łyżeczką octu jabłkowego i łyżeczką cukru.

Koper na dokładkę. Takoż dodaję do wszystkiego, co się da pokoperkować lub zakwasić. Jutro z dzisiejszych dodatkowych zbiorów leśnych będzie sos kurkowo-koperkowy.

29 czerwca 2021

Pierwsze jaskółki

Po raz pierwszy eksperymentalnie w tym roku posadziłyśmy w tunelu buraki ćwikłowe z (własnoręcznie przygotowanej) rozsady. W gruncie posiane są także, lecz nieco później, więc nie ma się jeszcze czym raczyć. Te będą na późniejszą, zwykłą porą jesienną. Dzisiaj jednak Anna przyniosła do domu z dumą cztery wielkie czerwone głowy, żądając na obiad zupy burakowej. 

Którą-żem z radością przyrządziła, bo mi już zupa kim-ći, acz wciąż smaczna, to jednak gotowana raz za razem nudna zaczęła się wydawać. Miłe urozmaicenie dla podniebienia. Z dodatkami innych warzyw, zeszłorocznych marchwi i ziemniaków od rolnika, domowego sosu paprykowego i suszonej papryki z własnego ogrodu, tegorocznego selera naciowego, cebulki, szczypioru, czosnku, lubczyku, tymianku, kopru z ogródeczka oraz wkładki z kości koźlęcej, końcówki kiełbasy domowej i łyżki takoż domowego octu jabłkowego dla zaostrzenia smaku. Wyszło ostro, słodko i kwaśno, czyli tak jak lubię.

Poza tym ostatni lęg okazał się całkowicie rozczarowujący. Na 20 jaj od rolnika wylęgły się 3 pisklęta, reszta jaj okazała się niezalężona. W takim razie Anna w te pędy udała się do miasta i przywiozła z wylęgarni partię maluszków jednodniowych, aby zdążyć je sprytnie podłożyć pod indyczkę-kwokę i zaadoptować. 

Przyjęły się, noc przespały jak na ptaki przystało pod ochroną zastępczej matki czyli niani i raniutko wylądowały w pudle pod lampą, aby bezpiecznie nabrać sił do samodzielności. Znów świergot w domu, na szczęście potrwa to tylko kilka pierwszych dni. Potem pójdą z jenduszką na wybieg.
Niestety, nie dało się przyoszczędzić, weszłyśmy w koszty hodowlane, ale z drugiej strony kury niosą się dobrze, stali klienci dopisują i stado zarabia na swój roczny wikt i opierunek z nawiązką tak, że stać je na zakup narybku było.

Z innych bliskich sercu ptasząt, to od wczoraj obserwujemy pierwsze nieśmiałe obloty naszej przyoborowej jaskółeczki, asekurowanej troskliwie przez rodziców. Zdarza jej się najczęściej lądować w altanie i tam odpoczywać, więc miewam pole ostrożnej obserwacji z bliska, gdy zaraz pojawiają się mama z tatą i siadają po jej bokach, gotowi bronić małej niezdary w każdej chwili. Przedwczoraj wypadła z gniazda i Anna znalazła ją w kozim boksie, obejrzała, czy nic się nie stało, posadziła troskliwie na brzegu żłoba i odeszła, zaglądając po jakimś czasie. Jaskółeczka szybko stamtąd znikła, a teraz jej widok uspokoił nasze serca, że nic złego się nie stało, poradziła sobie szczęśliwie.

27 czerwca 2021

Oklapnięta satysfakcja

Praca trwa, choć nie jest to na szczęście praca monotonna i jednakowa. Każdy dzień jest inny w pogodzie i koniecznościach, pory roku się zmieniają, rośliny rosną, zwierzęta rodzą się, dorastają, wymagają zmieniających się naszych wysiłków i starań. Dlatego mogę rzec, że bywamy zapracowane, a nawet niekiedy przepracowane, tylko chwilami łapiemy nieco odpoczynku, aby zająć się nowymi kolejnymi czynnościami równie pochłaniającymi i niezbędnymi.
Sezon ciepły nie kojarzy mi się wcale z wakacjami, ale z mozolną codzienną robotą jedną po drugiej, systematyczną z konieczności, której przy okazji towarzyszy śpiew ptaków, zieleń lasu, zapach kwiatów i ziół, wiatr, deszcz, słońce, niebo w dzień, gwiazdy nocne czyli sprawy, za którymi gonią mieszkańcy miast o tej porze roku. Niestety nie potrafię im towarzyszyć w ich odprężeniu, wypoczynku, chęci zabawy i beztroski. Akurat wtedy nie!
Wręcz unikam spotkań, wizyt, bywania i przyjmowania, aby zwyczajnie wysiłku i napięcia sobie nie dodawać.
Przede wszystkim wymagana codziennie praca musi być wykonana, a zajmuje mi ona cały Boży dzień. Oczywiście, są w ciągu dnia przerwy między najważniejszymi czynnościami, ale zmienne, nieprzewidywalne, krótkie, właściwie zrywy przerywane niespodziankami, niepokojącym krzykiem kury w lesie, szczekaniem psów, beczeniem kozy na pastwisku, ćwierkaniem głodnych piskląt. Częstym ich karmieniem, interweniowaniem w konflikty albo niebezpieczeństwa różnorakie. Właściwie jedynie rano przy kawie mam czas zapisać sobie sen albo przeczytać jakieś rozmowy na grupach dyskusyjnych, odebrać mejle, odpisać albo i nie, po czym wchodzę w codzienny porządek rzeczy do zrobienia. Po południu znajduje się kolejna chwila (albo i nie), jak teraz, ale już za chwilę czeka mnie znów karmienie ptaków, obrządek, uporządkowanie kuchennych rzeczy, zjedzenie czegoś lekkiego, umycie się, aby móc usiąść na spokojnie do czegoś co mnie interesuje. Czasem jest to film, czasem książka, czasem horoskop. Raptem dwie godziny oddechu, dla siebie. 

Satysfakcje także się zmieniają. W zgodzie z dojrzewaniem czasu. Oto siano zostało dzięki pomocy Andriuszy umieszczone na stryszku paszarni. I dzień pracy na to poszedł. A Anna kończy wreszcie podwiązywanie ogórków i pomidorów we wszystkich tunelach. Może to robić jedynie wcześnie rano i późnym popołudniem w dnie upalne. No, udaje się nieco dłużej, gdy się ochładza, jak wczoraj i dzisiaj nie przymierzając.
Mimochodem zaczęły się już pierwsze zbiory ogóra. Wczoraj pierwsza porcyjka poszła na małosolne, a reszta do klienta. Zaczyna się kolejny trud. Zrywanie i przetwarzanie.  


Ale i ogrodnicza satysfakcja.
Poza tunelami też się sprawy rozwijają, choć wciąż jeszcze jest wcześnie dla pełni efektu.


Dynia, nieco oklapnięta od słońca. Czasem też się tak czuję, ha ha!

24 czerwca 2021

Kolejne sianokosy

Upały jeszcze trwają, choć już jesteśmy na progu zapowiedzianej zmiany na gorsze, czyli lepsze. Zwierzęta uczą nas cierpliwości wobec skwaru. 

Obowiązki jednak trzeba wykonywać stale, nie ma to tamto. Bo inaczej całe chaziajstwo może się na głowę zwalić. Wystarczy rytm na chwilę zgubić i oszaleć by można było z nadmiarem zaległości do wykonania.

Przez kilka ostatnich dni trwały drugie sianokosy. Drugie, bo pierwsze nie były zbyt obfite, do tego trawa nie zdążyła dobrze wyschnąć, trzeba było ją dosuszać po przywiezieniu. Rozluźniać kostki, wystawiać na słońce i dopiero przewieźć z garażu do paszarni na taczce. Po troszeczku. 300 kostek to byłoby dosłownie na styk. Nawet jeśli uwzględnić zapas, który pozostał z ubiegłego roku. A może nawet trzeba by było oszczędzać? Nigdy nie wiadomo jaka długa będzie zima i przednówek, kozy karmić musimy nieraz do maja albo i dalej, gdy pastwisko za wolno się zieleni. Zatem trafił się drugi pokos na niedużym kawałku w bobrowej wiosce, a że pogoda była jak drut, łatwo poszło i koszenie i suszenie, chociaż z okazji czerwonej kartki w kalendarzu grabienie trzeba było wykonać ręcznie.

Anna z młodziutkim pomocnikiem, którego naszła szczęśliwie w gminie zgrabiła ręcznie owe pokosy w wały i wieczorem trzeciego dnia rolnik zebrał je w ciuki. Tego dnia pogoda wytrzymała, choć już zapowiadano deszcz. Spadło go trochę wczoraj, prawie natychmiast po skończonej zwózce, zaraz zamienił się w ciepły wilgotny opar nad nagrzaną ziemią.
8 obróceń, wyszło wszystkiego drugie tyle, co przedtem. Tym razem suchutkiego pachnącego sianka. Które z pośpiechu wpakowane zostało do garażu i pod dach altany, aby nie zmokło. Teraz czekamy, aż trafi się mocniejszy pomocnik, zapewne Andriusza i wrzuci kostki na strych paszarni. Nie ma już stresu i pośpiechu.

Póki co spędzam upały w mieszkaniu na pracach domowych i przetwórczych, Anna już tylko rano i wieczorem udziela się na dworze, głównie w tunelach ogórka i pomidora podwiązując (są już pierwsze ogóreczki). Sianokosy opaliły jej skórę jak najdalsza afrykańska pustynia.
Lęgną się nowe pisklaczki. Tymczasem dawne są już całkiem żwawe. Piątka kurczaków-dziwaków (są wśród nich np. dwa czupurki) prowadzana jest przez jedną z indyczek i gromadka mieszana, kaczuszek i indycząt - przez drugą.


Pozuje do zdjęcia najstarszy kak ze swą maczuchą, nader opiekuńczą i nie czyniącą najmniejszego rozróżnienia między różnymi gatunkami swoich dzieci.

17 czerwca 2021

Ptaki i reszta

I nadeszły. Dziś pierwszy dzień, jakoś znośny. Dom dobrze w nocy wywietrzony i tym samym wychłodzony chroni znakomicie w dzień przed gorącem, stojąc w cieniu wysokich robinii i klonów z tyłu domu od wschodu i dorodnego dębu od południowej strony. Ten rzuca długi cień na podwórze, idąc niczym wielka wskazówka zegara słonecznego stopniowo ale precyzyjnie ku chacie. Osiąga jej skraj w chwili zachodu słońca. Przez cały czas jego wędrówki ulgę pod nim znajdują ptaki domowe, gęsi, indyki i kury, kryjąc się dodatkowo pod daszkiem drewutni, gałęziówką albo na przykład przyczepką samochodową.

Od wczesnego poranka przez uchylone okna sypialni słychać z lasu i okolic ptasie trele i kląskania, jak nigdy. Ptaków, tych drobnych i śpiewających jakby dużo więcej się zrobiło, niż poprzednimi laty. Przerywane dodatkowym pianiem naszego nowego koguta, Kusym nazwanego. 

Ten pojawił się u nas z konieczności. Na początku sezonu były w gospodarstwie dwa koguty własnego chowu. Ponieważ jeden zaczął być agresywny wobec drugiego stracił główkę i poszedł do gara. Drugi jednak niedługo cieszył się jedynowładztwem. Pewnego wieczora nie powrócił. Pożarł go las. Dlatego Anna przywiozła od znajomego rolnika zastępcę-następcę. No, bo wiadomo. "Kury bez koguta nie wiedzą jak chodzić" - jak mawiają tutejsi.

Kogut biały, wysoki, z czerwonym wielkim grzebieniem, ale bez... ogona. Ot, kilka piórek mu zostało. Kury ponoć mu wydziobały. Został więc Kusym. I jest. Na razie grzeczny, admiruje kury, jednak ja kogutom z zasady nie wierzę. Na szczęście Paszka też nie wierzy i pilnuje go, gdy zdarza mu się za mną pobiec. Mores musi być.

Ptaki towarzyszą nam w cieniu altany czy tarasu cały dzień, ale koncerty wzmagają się wieczorem. Pliszki, pleszki, rudziki, makolągwy, zięby, kowaliki, strzyżyki, czyżyki i co tam jeszcze matka natura zrodziła, ćwierka, dzwoni, turka, kląska, gwiżdże i szczebiocze oraz fruwa nad głową, z drzewa na krzew, z krzewu na płot albo pod dachami, aby schwytać owada.
Z tych zresztą też jest nieco emocji. Bo od świtu już huczą pszczoły i inne bzyki nad głową u czubków kwitnących akacji, a przed wieczorem buczy nisko zlatujący na taras szerszeń, który sobie skrytkę zorganizował wśród ogrodniczych akcesoriów pod moim oknem. Nad głową furkoczą zaś zaaferowane jaskółki oborowe. 

Ech. Pięknie jest! 

14 czerwca 2021

W przerwie od upału

Ochłodziło się, pada i to nawet niekiedy zlewnie. Nie jest źle, mimo, że stado musi wtedy stać w oborze na sianie i owsie (z dodatkami marchwi i rzodkiewki oraz liści z tego i owego, więc narzekać nie mogą), a pisklęta pod dachem. Przynajmniej pracować w tunelu się da, a czas nagli, bo już pierwsze zawiązki ogórków się pojawiają. I trzeba podwiązywać na gwałt. W upał nie da się tego zrobić za dnia w żaden sposób.

Truskawki są już na wykończeniu, za to cały czas owocują poziomki. Kubeczek dziennie zawsze daje się uzbierać. Z jednej wzniesionej grządki.

Zaczął się czas sałaty, kopru, cebulki, co razem ze świeżym serkiem kozim tworzy sezonowy zespół jedzeniowy. Lekko, szybko i przyjemnie.

Taki to ogólny widok od przodka.


Z boku tunelu permakulturowe wały słomiano-obornikowe, a na nich ruszyła ze wzrostem dynia. Pień po starej złamanej zimą jabłoni wciąż do ścięcia. Poczeka, są ważniejsze sprawy. A gałęzie - już w większości pocięte, gotowe do zwózki na podwórko jako zapas rozpałkowy kuchenny, suchutkie.


Zbliżenie roślinek (sprzed kilku dni, codziennie są większe, dzięki opadom). Te wały to przygotowanie gleby pod inne przyszłe uprawy zewnętrzne. W kostkach żytniej słomy naprzemian z obornikiem, znalazły się porcje przerobionej już czarnej gleby uprawowej, w nią wetknięte nasionka. Rosną, jak widać bez problemu. Słoma i gnój  świetnie trzymają wilgoć i rozkładają się powoli. Do przyszłego roku zamienią się w zaczyn gleby, który oczywiście jeszcze zostanie zwiększony.
 

Takoż system nawadniający już zamontowany po całości. Zbiornik na podwyższeniu z wężem dołączonym do rur nawadniających z kroplownikami. Nawet podlewanie na czas, automatyka w pełnej krasie.


Działa. Odkręcasz kran, nastawiasz zegar na godzinę i podlewa się samo przez ten wyznaczony czas, po czym zawór sam się zamyka.

9 czerwca 2021

Wąż przydomowy

Stały mieszkaniec naszego obejścia od lat nie znikł, nie zginął, jak mi się było zdało w tamtym roku, gdy nie wpadł mi w oko ani razu, także nie znalazła się jak zazwyczaj skórka z wylinki. W tym pojawił się znowu, najpierw naszła go Anna na grządce podwyższonej ukrytego pod włókniną. Potem w stosie gałęziówki, wylegującego się w porannym słońcu.

Niechaj jest i żyje sobie bezpiecznie. Idą upały, sama rozumiem, że woli podwórko, gdzie zawsze jakiś garnek z wodą dla ptactwa stoi i cieniste zakamarki i myszy buszują w pobliżu budynków gospodarczych.

6 czerwca 2021

3 dni

Trzy ostatnie dni przyniosły natężenie wysiłku logistycznego i fizycznego. Szło na pogodę, trzeba było sprawę wykorzystać, bo ponoć lato ma być zimne i mokre w ogólności. 

Najpierw należało skonsultować się oczywiście z wróżbą. Pierwszy rozkład kart pokazał 3 Kije.
- Uda się i to nawet szybko i sprawnie - oznajmiłam.
- Ale czy pogoda wytrzyma? - wątpiła pytająca.
Karty wyrzuciły 3 Kielichy i Cesarzową, noszącą numer 3.
- Wytrzyma, choć trochę pokropi, ale uda się zebrać pod dach. W trzy dni. 

- Niemożliwe - wątpiła dalej poddenerwowana pytająca. - Kosić czy nie kosić?
No, to jeszcze Księgę zapytałam i odpowiedź wyszła podobna, będzie zwózka.

Zadzwoniła zaraz do znajomego rolnika. Ten akurat był na chodzie i zaraz na drugi dzień skosił łąkę. Drugiego dnia znalazł się chętny inny miejscowy rolnik i swoją maszyną pokos obrócił. Trzeciego dnia pogoda zaczęła chmurnieć. A w południe zagrzmiało, ale rozeszło się. Trawa została skostkowana i po 16 Anna z Andriuszą przywieźli pierwszy transport z łąki na pace i przyczepce. Obracali 6 razy, a z rana jeszcze 3.

W trzy dni się wypełniło. A mogło dłużej trwać, bo prognozy się zmieniły, upał ma być równy aż do czwartku, czyli pory zaćmienia słońca.

31 maja 2021

Aktualności ogródkowe

 Idzie na pogodę. Klują się kolejne ptasie dzieci.

Anna jeździ raz w tygodniu na targ do sąsiedniej gminy. Wreszcie się ruszyło. Są sadzonki tego i owego, kwiaty i warzywa oraz dużo zainteresowanych ludzi. Częstokroć znajomych, więc od razu nowiny przywozi. Dokupiła jeszcze dzisiaj nieco pomidorów i oto cały długi tunel już został obsadzony.

Pszczelarze narzekają na wymieranie rojów. Mówią, że nigdy tak nie było jak teraz. Przypisują to opryskom pól rzepakowych.

Tymczasem w innych mniejszych tunelikach wraz z zielonym koprem, który częściowo suszę a częściowo mrożę na zapas, już kolejna dawka rzodkiewki gotowa do rwania. Żeby tak klienci się do niej rwali, ale nikogo to nie wzrusza! Prawie nikt nie słyszał z tutejszych o możliwości kiszenia i rewelacyjnym smaku kiszonej rzodkiewki. A mały pęczek do kanapek każdy może kupić w Biedronce. Więc same musimy sobie z nadmiarem poradzić. Przy pomocy stada kóz to właściwie prosta sprawa.

Było też koszenie trawy w ogródku permakulturowym, podkaszarką. Zagrabiam pokos pod krzaki porzeczek, aby je dokarmić, ale z przykrością muszę przyznać, że już drugi rok z rządu właściwie nie owocują. Są tylko pojedyncze owocki gdzieniegdzie, mimo że krzewy, przynajmniej niektóre wyglądają całkiem dorodnie, jak na tak słaby kawałek ziemi. Za to te posadzone w ogródku przydomowym mają owocu obficie, jak zawsze. Tu mamy dużo lepszą i użyźnioną glebę.

Dynia wykiełkowała, ale nie wszędzie. Trzeba będzie dosiać w tych miejscach. I wyściółkować słomą tam, gdzie wyrosła, aby nie zarosła perzem i trawą.

Drzewka owocowe przyjęły się.

Co drugi dzień zbieramy dużą michę truskawek. Pierwszy rok, gdy się udało je wyhodować. Ale trzeba było posadzić w tunelu. Stopniowo będziemy je wysadzać na zewnątrz wraz z poziomkami, które w tunelu dają zbyt kwaśne owoce.

23 maja 2021

Pierwsze zbiory i przetwory

Czas znowu zimny jak na tę porę roku. Wczoraj mieliśmy nawałnicę, istne urwanie chmury, trwa zachmurzenie. Jedyna zakwitła w tym roku jabłoń w sadzie nie ma szczęścia. Kwitnie też bez i zdziczała grusza. Czeremcha już przekwitła.

Mimo to Annie udało się wysadzić w tunelu większość sadzonek pomidorów. Które do tej pory w skrzynkach prowadziła. I częstokroć trzeba było na noc przynosić je jeszcze z cieplicy do mieszkania. 

Pierwszy rzut dojrzałych rzodkiewek się skończył. Trzy miedniczki zbiorów idą w gorszej części na dokarmienie kóz, a w większości na kiszenie, także w postaci kim-ći. To ostatnie to właściwie mogę nazwać "kim-ći po polsku", bo robimy ze swoich składników, które do koreańskich jedynie bywają podobne. Eksperymentalna zawartość sama wpada do głowy. Zamiast kapusty pekińskiej, to co rośnie akurat: liście mizuny i buraka liściowego, zamiast specjalnej rzodkwi, zwykła rzodkiewka (choć różnych rodzajów, biała, czerwona, ciemna, podłużna, okrągła), duuużo szczypioru, czosnku, papryki suszonej. Czasem sos rybny dokładamy, ale udaje się i bez niego. W składzie sosów azjatyckich bywa gluten, dlatego oszczędzam sobie sensacji.

Zasmakowałyśmy w zupie kim-ći i nie ma problemu ze zużytkowaniem nawet dużej ilości tej kiszonki. Zresztą ma ona tę właściwość, że trzyma się dobrze bardzo długo, jedynie wzmacniając swój smak.

Poza tym coś wreszcie innego zaczęło wyglądać spod zielonych liści na tunelowej grządce wzniesionej. Spójrzcie!

Zajrzałam głębiej.

I jeszcze głębiej...


I uznałam, że czas poloneza zacząć. Tadam! Oto pierwszy zbiór w tym roku! Wspomnę, nadzwyczaj smakowity z dodatkiem koziego jogurtu domowego i odrobiny cukru.

21 maja 2021

Kolejny wylęg

Już są. Nowe indyczęta rasy domowej tradycyjnej, czarno-czerwone i czarno-lawendowe czyli jasne. Komu, komu? 16 ich.

20 maja 2021

Popiskiwania

Indyczki wciąż siedzą. I czasem coś się kluje. Oto jedna z dwóch wysiadywalni czyli pomieszczeń, gdzie kwoki w skupieniu i bezpiecznie grzeją jaja. Ta już opuszczona przez jedną z matek.

Niestety kolejny wylęg okazał się nieliczny. Kupione jaja lęgowe w dużej części okazały się niezalężone. Wykluła się szósteczka kurczaczków różnej maści. W tym kilka zabawnych maleńkich jak pchełki czupurków.


Pierwsze dni spędzają w pudle w domu pod lampą, karmione i pojone dla dobrego wzmocnienia. Poza tym matka (a raczej niania) siedzi jeszcze na ostatnim jaju, które okazało się indycze, więc należy mu się tydzień więcej grzania, niż jajom kurzym.


Na noc pisklaczki wracają do przybranej matki.

12 maja 2021

Na zielonym

Wreszcie trochę więcej ciepła i słońca. Siejemy to i owo. Buraki, dynie, patisony i cukinie w gruncie. Kozy wyruszyły na zieloną paszę. Od kilku dni pasą się kilka godzin dziennie i przybyło wyraźnie mleka. Dzieciaki mniej już potrzebują ciągnąć cyca. 


Stado na zielonym tle.


I jeszcze inne kozie dziecię.

11 maja 2021

Gliniane drobiazgi

Anna oprócz pracy na działce leśnej, ogrodniczych codziennych obowiązków, obrządku i wypasu kóz, także w wolnych chwilach dni świątecznych albo niepogody wciąż coś lepi i co jakiś czas wrzuca ulepione do pieca. Oto niektóre efekty z ostatniego wypału. Kafelki. Nie wszystkie znalazły się na zdjęciu. Są też kwadratowe i podłużne w różnych kolorach.


Sama nie wiedziałam co to to zielone, ale dowiedziałam się, że - artystyczna mydelniczka.


Takie... jajo. W ramach nauki kolorowego zdobienia i pracy z różnymi szkliwami.


Mydelniczki.