26 listopada 2021

Przedzimie

Był już śnieg, o poranku, sypało malowniczo, ale nic z tego nie zostało już po godzinie. Jedynie tegoroczne ptactwo zaliczyło pierwsze zdziwko na wyjściu z kurnika.

Anna zrobiła żniwa w tunelu, czyli zebrała pekinkę (która nieźle się miała i całkiem po ostatnim podlaniu przyspieszyła wzrost) i rzodkiewkę (też niczego, dorodna i zdrowa, o tej porze roku robactwo już niegroźne jest), jeszcze tylko czosnku dokupić i robimy kolejną dużą dawkę kim-ći. W 15-litrowej kamionce z nakrywką, w której do tej pory ogórki kiszone stały. Wyciągnęłam resztkę (twardą, smaczną) do zjedzenia dla nas i dla drobiu, gar umyłam i wyjałowiłam, i jutro z rana dalszy ciąg zabiegów kiszących. Na razie kapusta umyta, pokrojona na drobno, w czterech miedniczkach soli się, a rzodkiewka czeka na tarcie.

Ponadto susz wszelki został ładnie zmielony na drobno i zapakowany w słoiki. Mam więc własne przyprawy do zup i sosów. Mieszankę liści selera, lubczyku, pietruszki i kopru, oraz suszoną paprykę, słodką, podostrzoną i ostrą, do wyboru. Jest też suszona mięta i płatki aksamitki, z których herbatki parzymy.

Kiszone ogórki, tarte zalecane są jako dodatek witaminowy i odkwaszający dla domowych ptaków, którym to wspomaga odporność na pasożyty. Poza tym już z racji późnej jesieni wygłodniałe są względem zielonego i rzucają się na byle liść i odpad warzywny, jak głodne wilki i tygrysy. Nie żałuję. Nie powinno zabraknąć dobroci w czas chłodów po całkiem urodzajnym sezonie, ani nam ani zwierzętom.

Sikorki oblatują dom i gospodarstwo, taras, stukają w okienko. Za nimi zima pewnie szybko zajrzy.

17 listopada 2021

Mgła nad światem

Listopad pełną gębą. Mgły gęste się ścielą i skraplają całymi dniami, witają rześkie poranki, żegnają zimne i wilgotne zmierzchy. Sąsiadowi w lesie składowane drewno spleśniało. Andriusza ambitnie zwozi z kolegą swoje składy do domu, my też resztki, które jeszcze na działce pozostały - przyczepką. C.o. jeszcze nie dotknięte nawet (oprócz wyczystki kominiarza), wciąż daje radę piec kuchenny i ścianówka na noc nagrzana. W razie gorącej kąpieli włączamy farelkę w łazience i luz. 

W cieplicy i tunelu pozostałości jeszcze rosną, pietruszka, rzodkiewka, kapustka pekińska i pakczoj w niewielkich ilościach. Całkiem niedawno zerwałam paprykę z ostatniego krzaczka. Nać pietruszki suszę, wraz z suszonymi liśćmi selera i lubczykiem służy jako smakowy dodatek do potraw. Z reszty nastawiamy w słoikach kimći. Które potrafi wytrzymać do wiosny bez problemu, jedynie nabierając mocy, więc jest to zapas zimowy witamin i mocy lata.

W miejscowym sklepie chleb doszedł do ceny 4 złotych i więcej. Tańszy tylko w Biedronce w sąsiedniej gminie. Już od dawna jeść się nie dawał, zrobił się gliniasty, lepki. Wiem, bo choć nie jem, to czasem karmię nim psy. Dostają wieczorem na kolację kromkę wdrobioną do świeżego mleka. Anna od czasu do czasu chleb zaczynia i własny piecze. Ale także jakoś odzwyczaiła się od pieczywa i mącznych potraw. Jemy tego naprawdę mało i powiem wam, da się, można! Z rzadka pojawia się ciasto owocowe albo sernik, chleb (pół na pół z psami zjadany) tudzież jakieś placuszki czy pizza. Ja przyrządzam z własnych zapasów bezglutenowych, Anna czasem dołącza, a czasem swoją używa. Częstotliwość jednak zadziwiłaby niejednego. Ciasto raz na 2 miesiące. Placków dawno nie było i na razie się nie zanosi. Pizzę mam zamiar uskutecznić po jakichś 3 czy 4 miesiącach. Także chleb raz na kilka miesięcy.

Pokazują się sikorki, pilnujące swojej zimowej jadłodajni. Na razie sobie radzą, ale przypominają się, biegając po parapecie za oknem na tarasie i fruwając pod jego dachem. 

Kot nocuje w domu. Myszy się schodzą, jak co roku o tej porze, biegają, przeszukują kąty. 

Kozy doję już od jakiegoś czasu tylko rano, mleka starcza do kawy, na lody i twaróg co 2 dni, litr jogurtu co 4, czasem miękki serek podpuszczkowy. Zrobiły się stateczne, wolą już siano w ciepłej oborze. Wypuszczamy je na wybieg na 2 godziny, aby nogi rozprostowały, a młode wyhasały się.

Stare kury wypierzyły się, ale przestały się z tej okazji nieść. Młode są jeszcze za młode. Zatem zastój jajeczny. I tyle nowin jesiennych.

10 listopada 2021

W oku wiatru

Pewnie ludzie z miast, słuchając wzmożonych właśnie doniesień z mediów, parlamentu itp. bardziej są poruszeni własnymi wyobrażeniami i niekiedy strachem, niż my tutaj, gdzie sprawy toczą się widzialnie, namacalnie.
Życie codzienne, oprócz kontroli na drodze, przy wyjeździe i powrocie, nie zmieniło się, (jak na razie). Można się do tego przyzwyczaić, gdy nie ma wzajemnych utrudnień. Właśnie zrobiłyśmy wypad do fajnego komisu meblowego, w jednej z sąsiednich gmin, bo wzięło nas na remont chaty, kuchni i łazienki. Ponieważ działamy zazwyczaj spontanicznie i pod wpływem natchnienia, to biorę to mimo wszystko za dobrą wróżbę na przyszłe przetrwanie napierających zmian.

Także zmienia się niewidzialnie nastawienie mieszkańców. Zaczynamy ze sobą rozmawiać, czujemy to samo. I to jest pozytywne.
Obserwuję siebie w relacji z rozwijającą się sytuacją tuż za płotem. Wzrasta czujność, uważność, prędkość kojarzenia, wszystko nabiera sensu. Podkręcają się endorfiny, nie czas na lamenty, strach, a duch czuwa. Myślenie o śmierci zaczyna być częste, stałe a śmierć oswojona. Mam już swój wiek i właściwie jest to zwyczajne dla człowieka w moim wypadku. Sny też są czujne, zapowiadające wcześniej to i owo.

O ile idących grupkami ludzi z tobołkami widywałam w nich już rok temu, potem nalot zwiększał się w owych wizjach, przemykały się jakieś milczące czarne typy pustymi ulicami miasteczek i wsi, aż nagle jeden z nich, zamaskowany zaatakował ostro przypadkowego przechodnia w jednym z koszmarów. Teraz budzą mnie sny jawne, gdy drogą obok przejeżdża kolumna eskortująca i głos przez megafon ogłasza coś ważnego dla dwóch wiosek. Widzę napierające gromady i zmieszanie sił obronnych otaczających je w jakimś miejscu. Zwiduje mi się wielka zwarta kolumna eskortowana i pilotowana w jej dalekiej drodze.
Niestety nie spodziewam się innego biegu wypadków, jak ich eskalacja. 

No, i właśnie mamy teraz eskalującego Marsa na niebie. Trzymajmy się płota i pozwólmy wiać wiatrowi gdzie chce. Wszystko ma swój czas i cel. Póki co przemeblowujemy kuchnię, palimy w piecu, pasiemy i doimy kozy, jak zawsze.

28 października 2021

Jesienne odcienie

Pogoda spokojna, bezwietrzna, słońce zza chmur, po jednej nocy z przymrozkiem opadły wszystkie liście z drzew. Brodzi się teraz w żółto-czerwonym suszu na ziemi. Żurawie i gęsi już odleciały wielkimi kluczami na południowy zachód. Z lasu skrzeczą jesienne wroniaste ptaszyska, sójki itp. wrzaskuny.
Anna wzięła się za piłowanie, po naprawie piły w serwisie. Pocięła pnie leżące jeszcze od zimy na kaczym dołku, i zwaliła dwie uschnięte sosny tamże. Zrobiła też porządek z jabłoniowymi i akacjowymi gałęziami gromadzonymi już od dłuższego czasu i wyszło, że nie ma się o co strachać, że na zimę, nawet najsroższą zabraknie opału.

Dwa tygodnie temu pojawił się kominiarz i przeczyścił komin, wdrapując się na dach niczym zręczna małpa, rękami i nogami, bez drabiny. Trochę sadzy opadło, została wygrzebana w piecu i wyniesiona na kompostownik. 
Przez kilka dni zagospodarowywałyśmy paprykę, ostrą i mniej ostrą. Część poszła na susz. Duża część na kiszenie w słoju. Inną wciąż jemy w różnych potrawach, gotowaną, pieczoną i na surowo. Z tej zakiszonej z dodatkiem domowego przecieru pomidorowego wyszło kilka słoiczków sosu. Z innej, zapiekanej z pomidorami, bardzo ostrej trochę więcej ostrego sosu, po którym chuch robi się gorący. Sprawa jeszcze się toczy, bo nie wszystko dotąd przerobione.

Jesienne rzodkiewki pozwoliły znów zrobić zapas kim-ći.

Oraz kaczusie w większości przeniosły się na drugą stronę. Oprócz trzech ubitych jedna zyskała klienta, zostały jeszcze dwa kaczory, tylko dlatego, że miejsca w zamrażalniku brakuje. Jednak od razu wybitnie zmniejszyła się ilość karmy, którą musiałam codziennie przygotowywać.
Jutro na obiad kaczka w buraczkach. Po ostatnich zupach, pomidorowej i ogórkowej miłe urozmaicenie.

Kozy jak żadnego roku dają wciąż sporą ilość mleka, choć przeszłam na dojenie raz dziennie, o poranku. Bywa 6-5 litrów, co każe wciąż serowarzyć. Mimo że zapasy dla nas są już właściwie wystarczające. 

Poza tym nastrój oscyluje pomiędzy jesienną refleksją, zwyczajną o tej porze i refleksją filozoficzną rodzącą się chcąc nie chcąc z obserwacji wydarzeń, które toczą się wokół nas, blisko. Trudno to opisać, bo i trudno ogarnąć rozumowo. Emocje wciąż się klarują, ukazując nieznane dotąd odcienie. Nie, nie jest to strach, ale duże spoważnienie, ostrożność, modlitwa (tak!). Puszcza wokół ma swój dziki i nieludzki cień, który stał się potrzaskiem dla zwabionych naiwnych, na który tacy jak my, zwykli ludzie, mogą jedynie bezradnie patrzeć. Czasem podać wodę czy kawałek chleba, i tyle.

10 października 2021

Koniec sezonu

Mimo pięknego słoneczka codziennie w nocy pojawiają się już około zerowe minusowe temperatury. Witają poranki w białej szadzi na polu i płocie. Wieczorem palimy w ścianowym piecu, oprócz kuchennego, nosimy się ciepło na co dzień (swetry, ciepłe skarpety, czapki na dwór).
Trza też było pozbierać to, co jeszcze rosło i dojrzewało. Czyli resztę dyń z ogródka przy domu, gdzie poprzednie przymrozki nie dotarły. Rzodkiewkę, która urosła całkiem spora i w jadalnej dla nas ilości. Liście pochłaniają kozy, nic się nie marnuje. Patisony, wyszła skrzynka. Pomidorki koktajlowe, których tak dużo się okazało, że dały kilka kolejnych słoików kwaszonych i około 8 litrów soku. Paprykę ostrą i resztki słodkiej. Niestety, nasz wschodni klimat nie sprzyja pełnemu dojrzewaniu tych smacznych warzywek. Część kisimy na sos, a część próbujemy podojrzewać w domu i zjadamy na bieżąco. W zupach (które jem właściwie codziennie i moja kamicowa przypadłość przestała dzięki temu naprawdę męczyć) i w sosach, a także na kanapkach i w sałatkach. Te małe częściowo suszę.

Na targu udało się dostać woreczek buraków i woreczek marchwi "po taniości". Jak również trochę pszenżyta dla drobiu na zimę. Ceny skaczą, co targ to wyższe, więc nie ma co czekać na cud.

Ściągnęłam liście różnych ziół na susz. Szałwię, lubczyk, seler naciowy, pietruszkę, miętę, koper, kolendrę, bazylię, jak i wrotycz, krwawnik, glistnik. Suszą się na poddaszu, w cieniu i suchym miejscu, nie tracąc w ten sposób zieleni i właściwości. Po wyschnięciu wkładam do słoików i tak rośnie bateria przypraw oraz lekarska czyli łąkarska, jak mówi źródłosłów tej naszej starej polskiej nazwy. Ostatnio lekarze przemienili się w hurra!-medyków, więc rodzima mądra nazwa niechaj pozostanie tam i przy tym, gdzie jej miejsce. 

Ponadto Anna upolowała całkiem sporo ciemnych słodkich winogronowych owoców w ogrodzie bez właściciela, gdzie zaopatrują się chętni z wioski. Można będzie zatem zrobić domowe winko na długie zimowe wieczory, które szybko nadchodzą.

24 września 2021

Dyniowe żniwa

Dni pełne różnych prac i czynności wciąż niedokończonych. Jesień już w rozkwicie, chłody, chmurne niebo, wiatry roznoszące wszędzie mokre liście i strząsające żołędzie z dębów obok chaty. 

Udało się zwieźć gałęzie z działki leśnej w miejsce poprzedniej zalegającej kupy leży teraz kolejna do pocięcia. 
I zebrać większość dyni wyrosłej w ogrodzie permakulturowym, na wałach słomiano-kozio-obornikowych i odrobinie przerobionego kompostu. Pośród ścigającej się z nimi dzikiej trawy, która z lichego dotąd perzu przemieniła się w sytą paszę jak na najlepszym pastwisku.
Ich ilość przekroczyła nasze oczekiwania. Z pozoru wydawała się niewielka, ale gdy weszło się głębiej między pędy i liście, co rusz znajdowały się całe rodziny dyniowe na krzaku, od największej do najmniejszej rosnące, mocno ukryte i zagrzebane wśród ziół.

Taczka okazała się potrzebna owszem, do zwożenia na pakę samochodu, ale oczywiście za mała jeśli chodzi o zbiór całego urodzaju.

Anna wdarła się w gąszcz pociemniałych i zwiędłych od przymrozków liści dyniowych i zaczęła żniwa. Takich kupek było w końcu na polu kilka. Pięć? Sześć?

I oto kolejna paka pełna, zajeżdża w obejście, gotowa do rozładunku. Trzeba główkować gdzie co pomieścić, i jak posegregować. 

Jedno jest pewne. Głód nam nie grozi. Mówiąc nam, myślę o całym żywym towarzystwie w gospodarstwie.

19 września 2021

Kaczki i papryka

I rozpadało się i ochłodziło. Zwierzęta kurnikują i oborują, dokarmiane, pojone pod dachem. Wypuszczamy tylko na chwilę kaczki, w przerwach, gdy mniej rosi. Im woda nie straszna, są zachwycone wręcz, ale jedno ze stadka jest młodym indykiem, o którego trzeba dbać, aby nie zmókł. Młode indyki są wrażliwe na zimno i przemoknięcie. Wszystkie wylęgły się razem pod wspólną matką i tworzą nierozerwalną i związaną uczuciowo wspólnotę.
Muszę stwierdzić, że indyki lepiej się integrują z kaczkami, niż z kurczakami. Czemu? Kurczęta szybko zaczynają grzebać i szukać pokarmu w ziemi. Poza tym rozwijają się i dorośleją dużo szybciej. Indyki są nastawione na łapanie owadów, którymi głównie się odżywiają i skubanie ziółek tu i tam. Rosną długo. To sprawia, że takie mieszane stado się rozłazi i gubi, do tego nie rozumie wzajemnie swoich języków ptasich. I trudno je zwołać razem.
Tymczasem kaczki, równie długo dorastające okazały się zagorzałymi łowcami much i owadów (oraz pożeraczami ślimaków i żab, jak zdarzyło mi się zaobserwować) tudzież miłośniczkami różnorakich trawek. Są przy tym niemożliwie prędkie i mają błyskawiczny refleks goniąc za przysmakami. To wspólne pasje z rasą indyczą do tego stopnia, że nawet jenduszka-wychowawczyni dopiero kilka dni temu dołączyła do dorosłego stada, zostawiając swoje ulubione kwaczące rozdzierająco podrostki.
Indyczak Pikuś, jedyny jaki się ostał z tegorocznych lęgów, nawet nie zauważył braku opieki matki, czując się absolutnie bezpieczny w swoim kaczym gronie. A grono natychmiast reaguje na jego brak. Co raz jedyny sprawdzone zostało z powodu pomysłu, że przecież indyka trzeba do swoich dołączyć razem z matką. Osamotnione kaczki krzyczały za nim długo, a rano wypuszczone ze swojej pakamerki szybko pobiegły pod drzwi indyczarni, gdzie porozumiewały się z członkiem stada tak głośno i uparcie, że już z nimi pozostaje stale. Trzeba będzie na zimę dołączyć kaczęta do stada indyków po prostu. Swoją drogą są to kaczki "grzędujące", łatwo wskakują wyżej gdzie chcą i mogą i tam spędzają noc, podobnie jak kura czy indyk.

Ale tak naprawdę miałam o czym innym opowiedzieć. O tym, że z racji ochłodzenia zbieramy już systematycznie plony. W ziemiance w skrzyni z piaskiem wylądowały buraki ćwikłowe, dynie w większości zwiezione czekają na tarasie, aby je wnieść na poddasze, co jest pracą dość mozolną, bo trzeba się nachodzić "w tę i nazad" z góry w dół wielokrotnie. Usmażyłam powidła z ostatnich śliwek węgierskich francuskich. A teraz przyszedł czas na paprykę. Otóż i ona.


Romaniana, niski krzak, jasnozielone liście, można prowadzić bez podpór, wczesna, bardzo plenna, niewymagająca. Słodka.
Poszła jako podstawa sosu paprykowego (z dodatkiem ostrego Purpurowego Czejena) do zakiszenia w kilkulitrowym słoju.


Ta z kolei, szpiczasta z Biedry, polecona nam przez koleżankę, która ją wynalazła i wypraktykowała w swoim ogródeczku, jest większa i bardziej mięsista, łagodna ale smaczna, nadaje się do jedzenia na surowo w sałatkach czy na kanapkach. Krzaki trzeba podpierać, bo mają dużo dużych owoców, pod którymi się uginają.
Nadmiary będziemy suszyć i proszkować. To rozwiązanie sprawdza się świetnie jako sowita obsypka dla mięs pieczonych i boczku pieczonego, czy dodatek do zup i sosów. 

12 września 2021

Pochwała drobnego ogrodnictwa

Był piękny, słoneczny i ciepły tydzień, taki wstępniak (oby nie zastępniak) polskiej złotej jesieni. Wilgotność zmalała, można było porąbać zalegające na podwórku drewno, pnie, stare deski tarcicowe i gałęziówkę i zwieźć je taczką w odpowiednie miejsca, gdzie ułożyłam je w ścianki. Czekają jeszcze konary klonowe i dębowe, które złamały się w zimie na kaczym dołku, częściowo same, a częściowo wycięte przez Anię piłą. Mimo, że ścianki w pełni zajęte, obie drewutnie i pod balkonami też ciasno, Anna ciśnie, aby jeszcze drewno z działki leśnej zwieźć. Dawno je tam czyści, zbiera i segreguje, czas najwyższy na zwózkę. Jakieś takie przeczucie obie mamy, patrząc na wcześnie zwijającą się przyrodę i ptactwo, że zima przyjdzie wcześniej niż zwykle i może być śnieżna i długa. Warto mieć większy zapas w razie czego.

Na szczęście kuchnia już naprawiona, grzeje jak trzeba, woda gorąca, ścianka na noc nagrzana ociepla mieszkanie dostatecznie o tej średnio chłodnej porze. Przy okazji pozwalając suszyć pranie.

Poza tym trwają jeszcze prace ogródkowe. 

Na obrazku malachitowa szkatułka, zielona w środku. Bardzo smaczna i mięsista, przede wszystkim do sałatek. 

Jest też, równie pyszna, o ile nie pyszniejsza w smaku inna odmiana.

Zwie się Ruski kozak.

Zaraza wdała się jednak w końcu w pomidory i duża część krzaków została wyrwana i zakompostowana w dole w zabezpieczony sposób. W to miejsce posiana została rzodkiewka, szpinak i pakczoj, może uda się jeszcze coś zyskać od ziemi. Ostatnie owoce pomidorów, głównie najodporniejszych koktajlowych różnej barwy właśnie przerabiam na soki i kiszonki. Mimo wszystko zbiór butelek jest pokaźny i liczniejszy niż w zeszłym roku. Więc nie ma przegranej, zwłaszcza, że część zbiorów udawało się pchnąć do klientów i trochę na nich zarobić.


Powyższe owocki Purpurowego cayenne jeszcze rosną i dzielnie nabierają mocno ostrego smaku.


Inne są łagodniejsze. Np. spiczasta z Biedry. :)


A jeszcze inne potrafią podstępnie zaskoczyć wyraźnym smakiem. Jednym słowem czekają jeszcze papryki do późniejszego zbioru. I ich przerób na sosy paprykowe.

Kozy odbyły ruję, acz nie wszystkie i chłopaki stacjonują w pełnym pogotowiu. Mleka jest całkiem sporo, jakieś 9-10 litrów dziennie, które systematycznie zamieniam w różne sery i serki. To też wartościowy zapas białka na dłuższy czas.

Dzisiaj zaś zaczęły się zbiory dyni. Nie ma już niestety na co czekać, bo przymrozki zwarzyły skutecznie dorodne liście i kwiaty dyniowe, które sczerniały i zmarniały w oczach. Jak na razie zjechały na pace te wyrosłe na wałach słomianych koło tunelu. Jest ich jeszcze trochę w innych miejscach, Niezbyt są pokaźne w ogólności. Bywały lepsze lata. Wiosna była chłodna, potem zbytnie upały, teraz deszcze. Ale zawsze cieszy to, co się udało. Dynia, zamiast ziemniaków, to dla nas ważny stały pokarm warzywny w zimie. Korzystamy z niego zarówno my jak zwierzęta. 

6 września 2021

Ostra zupa z pomidorów i papryki

Pogoda rozjaśniła się, jest słonecznie w ciągu dnia, choć rześko z rana i pod wieczór. Mała fala (falka?) przymrozku zwarzyła nieco liści dyniowych w obu ogródkach, poczerniały z brzegów od zachodu skąd problem przyszedł, choć na szczęście nie zaszkodziło to wciąż jeszcze niedojrzałym owocom.

Znajomy rolnik zebrał ziemniaki, ale są bardzo soczyste od wody i pewnie będzie problem z przechowaniem. Pierwsze 2 i pół metra wylądowało w ziemiance, po przebrnięciu kolejnej już kontroli policyjnej na drodze wylotowej przy "wąskim pasie". Jeszcze drugie tyle do wzięcia.
Pogaduszki rolnicze to głównie narzekania. Na przykład ziarno i sadzeniaki kupione w Centrali Nasiennej okazały się bardzo złej jakości, nie dość że słabe to zarażone wszystkim co się da. Kiedyś tego nie bywało.

W naszych tunelach też pojawiła się zaraza na pomidorach, ale na razie wybiórczo w długim. Te z cieplicy trzeba było wyrwać. I z innych małych ostatnie ogórki zostały zebrane głównie na karmę dla kóz (bardzo je lubią) i jakieś ostatnie małosolne. 

Zbieram zioła. Kwiat krwawnika i wrotycz, glistnik i dziurawiec. Lubię mieć świeży zapas na kolejny rok. Muszę przyznać, że herbatki z udziałem glistnika i dziurawca dały poprawę w objawach kamicy, na którą od lat co rusz narzekam. 

Bateria pomidorowych soków gotowa na zimę. Brakuje już butelek. Po raz pierwszy spróbowałam kiszonych pomidorów. Najpierw nieduży słoiczek koktajlowych zalany świeżo wytłoczonym sokiem pomidorowym z dodatkiem soli. Po tygodniu posłużyły do zupy. Ten dzień wybił dzisiaj. I oto jak sobie z zupą poradziłam, mając różne inne dodatki prosto z ogródka. Wyszła pyszna, ostra, kwaśnawa, smaczna i pożywna. Polecam!

Zupa pomidorowo-paprykowa

Składniki:
Wkładka mięsna w postaci kawałka tłustej kości, u mnie sprawdziły się żeberka koźlęce w tej roli.
Słoiczek kwaszonych pomidorów koktajlowych w pomidorowej zalewie.
3 dojrzałe spore słodkie pomidory
1 mała ostra papryczka
2 większe czerwone słodkie papryki
Garść świeżych kurek z lasu
Warzywa: cebula, tarta marchew, seler, krojona dynia lub cukinia.
5 łyżek ryżu.
Przyprawy: świeże liście lubczyku, selera naciowego, nać pietruszki, 2-3 listki mięty, gałązka tymianku. Oraz klasycznie: płaska łyżka soli, kilka ziaren pieprzu czarnego, ziela angielskiego, liść laurowy.

Wykonanie:
Wziąć garnek 3-litrowy, na początek wrzucić kość, zalać wodą na tyle aby ją zakryć, posolić (pamiętając, że kwaszone pomidory będą nieco słone), dodać ziela i pieprzu, liść laurowy i zacząć gotować. Potem wrzucamy kolejno warzywa, które najdłużej się gotują, czyli seler, marchew i pietruszkę. Następnie pokrojone papryki, cebulę i grzyby. Dodajemy krojoną dynię lub cukinię oraz pokrojone słodkie pomidory wcześniej obrane ze skórki. Wreszcie ryż, aby nabrzmiał i zmiękł. Dopiero na koniec, gdy już wszystko jest miękkie i rozgotowane dodajemy kwaszone pomidory. Wcześniej przetarłszy je na sitku, aby rozebrać je ze skórki. Wlewamy miąższ wraz z kwaśnym sokiem, w którym się kisiły. I gotujemy jeszcze chwilę. Można uzupełnić ilość zupy wodą, gdyby okazała się zbyt gęsta lub pikantna oraz dodać odrobinę cukru, gdyby była jednak zbyt kwaśna. Na talerzu można polać zupę odrobiną dobrego oleju z zimnego tłoczenia i posypać siekaną nacią pietruszki.

Gdy papryczka była rzeczywiście ostra, przygotujmy się na mocne wrażenia smakowe. Super!

Porcja obiadowa dla 4 osób, dla dwóch na dwa dni, dla jednej na cztery.

3 września 2021

Uszczelnianie

Czas biegnie niezauważalnie. Wciągnęło mnie tłumaczenie znalezionego w sieci kolejnego almanachu Nostradamusa (o naszych czasach) oprócz wykonywania codziennych obowiązków. Czekam też ciągle na zdjęcia z telefonu, aby wpis ubarwić. Domowniczka jednak ma jeszcze mniej chwil wolnych, aby to zrobić, a nawet już zrobione przesłać na komputer. Gdy już wieczór nadejdzie to trzeba przecież wiadomości z dnia sobie przekazać i omówić plany, potem w jakiś serial zajrzeć albo i nie, bo oczy same się kleją. I zaraz już jest ranek i wołanie: Ewa, wstawaj, już ósma! Wołaniu często towarzyszy miauczenie Maćka, który ode mnie domaga się śniadania. Przychodzi z dworu wcześniej i czeka cierpliwie aż otworzę oczy. Więc znowu baczność, stałe czynności ogarniające rzeczywistość własną i cudzą, czyli głównie zwierzęcą, szybkie śniadanie własne pośród nich, chwytanie w biegu wolnych przerw pośród zmiennych koniecznych zajęć, aby coś napisać, przeczytać, bo wieczorem już oczy nie te.

Sierpień zrobił się szybko chłodny i mokry. Przeplatany krótkimi wglądami słońca w naszą rzeczywistość, które witam zawsze z radością. Awaria cegiełki w piecu kuchennym sprawiła, że nie można go używać do czasu naprawy, zatem spora wilgotność w powietrzu i cieniu lasu sprawia, że pranie prawie nie schnie nawet w mieszkaniu. Słońce i lekki wiatr w ciągu dnia zatem mile witane. Mycie zrobiło się odtąd kłopotliwe, w zimnej wodzie albo podgrzanej w garnku. 

Na początku sierpnia odbył się u nas pokaz pieczenia chleba dla dziecięcej widowni z wakacyjnych półkolonii, która zjechała na rowerach na wioskę. Chyba to dla nich jakaś fajna zabawa, bo zwierzęta uatrakcyjniają im corocznie dość długie czekanie na rozgrzanie się pieca i wsadzenie ciasta.

Poza tym niewiele się dzieje. Czasem wpadnie Andriusza i pchamy roboty bardziej siłowe. Porąbał na drobniejsze kupkę grubego drewna, naprawił jako tako ogrodzenie w sadzie albo to i owo z mechanizmów, bo ma do tego smykałkę.

Kozy weszły w ruję, przynajmniej kilka z nich i trzeba było proces kontrolować, wachlując dwoma koziołkami tak, aby bezrogi przebywał tylko z rogatymi, a bezrogie z rogatym. 

Od dwóch dni wreszcie trwa wyczekiwana naprawa cegiełki i pieca. Trzeba było zdjąć płytę, wymontować zbiornik z paleniska, wyjąć przy tym trochę cegieł i kafli, spawaczo-zdun dopasował nowy zbiornik, pospawał to owo, hydraulik dokręcił, następnie trzeba wstawić wyjęte cegły i kafle, zalepić dziury. Przy okazji pomyślna wymiana baterii w łazience na nową też się uskuteczniła. Ważne sprawy.

Poza tym wokół dzieje się to, o czym wszyscy w Polsce słyszeli. Mianowicie rząd oddzielił sąsiednie wioski wzdłuż granicy, wyznaczając w nich stan wyjątkowy. Niby nic się nie dzieje specjalnego, ale każdy wyczekuje nie wiadomo czego. Policja i służba graniczna wzmogły kontrole na drogach, mowa jest o koniecznych przepustkach dla stałych mieszkańców okolic, aby znaleźć się legalnie w oddzielonym "wąskim pasie przygranicznym", ale na razie tylko mowa. I tyle. Turystyka z pewnością znów dostała kopa finansowego. Na szczęście wycofałyśmy się z niej już kilka lat temu, uznawszy że bawienie gości z miasta to nie nasza bajka, ale są tacy przecież, którzy z tego żyją. Świat się zmienia, życie utrudnia, ludzie spodziewają się pogorszenia, a nie polepszenia, strzygą uszami. I słusznie. Choć wciąż wielu takich, którzy żyją z dnia na dzień, bez myślenia o ewentualnych trudnościach. Jak choćby taki Andrij czy Iwanek. Wciąż uczę się tej sztuki, pustości umysłu, nieprzywiązywania się do rzeczy, spraw, warunków, zależności, planów i obaw. I ponoć robię postępy. 

12 sierpnia 2021

Zbieranie

Trwa przetwarzanie, choć przystopowało nieco, bo pomidor jeszcze się nie rozpędził. Chłodne noce, rześkie wieczory i poranki, nawet mimo czasem wysokiej temperatury i słonecznych dni, spowolniły dojrzewanie. Zbieramy kilkukilogramowy kubełek co kilka dni i przerabiamy go na sok. Zagotowuję urobek z dodatkiem łyżki soli i dużą szczyptą pieprzu cayenne i butelkuję na gorąco. Niepostrzeżenie rośnie zapas.

Za to są grzyby. Kurki ciągle dobrze w skupie stoją. Prawdziwki się zaczęły, ale skupy nie są zainteresowane, nisko je cenią albo wręcz nie skupują. Więc tylko dla prywatnych pasjonatów stanowią wartość samą w sobie i bezcenną. Anna wyskakuje codziennie do lasu za domem i gadając sobie przez telefon ze znajomymi zbiera żniwo. Nawet zarobiła już ponad stówkę, bo już dawno nam się zjadanie znudziło. Ot, dorzucę garść kurek do zupy czy sosu, ale ile można?

Prawdziwki wymagają palenia w piecu i suszenia. Przydadzą się, oczywiście. Mimo, że wciąż mam pewien zapas z poprzedniego roku. Wszystko dzieje się z czasem, swoim własnym tempem. Jednak kurki ciągle jeszcze dominują.


Po ogórkach, które wylądowały w słojach i butlach, tudzież kamionce, na stole zagościła cukinia, którą staram się używać do wszystkiego, co się da. I czerwone buraki. 
Następna w kolejce jest dynia, która dopiero przyrasta. Ma jeszcze czas. Kwitnie, wielkimi liśćmi osłania kwiaty i owoce, dając przystań pszczołom i trzmielom. Nawet w porze dżdżystej, gdy znajdują schronienie pod jej baldachami.


Powyższe i poniższe zdjęcie pochodzi z ogródka permakulturowego, który 1) mało żyzny jest, 2) podlewany naturalnie deszczem, 3) roślinność musi walczyć z trawą, która jest tak szybka, że nie sposób jest nam z nią w porę wygrać. Może zatem całość nie jest jakoś bardzo dorodna, ale jest.


Zobaczymy co dalej. Czekać i wierzyć trzeba.

7 sierpnia 2021

Pora na pomidora

Ochłodzenie przyszło wraz ze zlewnymi deszczami, na szczęście krótkimi, ale także częstymi, zwłaszcza nocą. Ci co nie skosili jeszcze zboża mają zagwozdkę. Zbyt mokre jest, aby kombajnować. Chłód w ciągu dnia, mało słońca, wielkie poranne rosy po deszczach nie pomagają, a dodają problemu. 

Sezon ogórkowy się skończył. Ostatnie krzaczki wyrwane lądują na kompoście. Zapasy zrobione. Teraz pora na pomidora. W większości jeszcze zielony lub ledwie czerwony, ale co kilka dni trzeba zerwać trochę owocu, choćby w obawie, że trafi w całości do wścibskich kurzych dziobów. Bowiem czikeny, nie w swojej masie, ale dwa czy trzy wypenetrowały jak i gdzie i co, i codziennie, gdy tylko nasz wzrok skupi się na czymś innym sprawdzają smakowitość i dojrzałość owoców. Tu dziobnie, tam dziobnie, siam wpałaszuje prawie całego. Problem jest. Trzeba by firany zawiesić w wejściach do tuneli, ale nie ma na to czasu. Wciąż coś.

Zbieram te naddziobane, okrawam, okrawki idą do kurzej karmy, a resztę zjadamy w leczo albo zapiekance. Z pomidorami jest dokładnie tak jak z serami. Kura bezbłędnie trafia na najsmaczniejsze okazy, jak mysz na najlepsze serki. To znawcy tematu gębowego.

Czyli zielone zamieniło się na czerwone.

W różnych gatunkach smakowych, wielkościach i odcieniach barwy zasadniczej. Tego nie znajdziecie w sklepach.