19 kwietnia 2021

Lepiej gorzej

Kontakt ze światem jest u nas rzadki. Na wiosce wszystko toczy się zwyczajnym torem, choć jakiś czas temu było ważne wydarzenie, bo odszedł nasz dawny sołtys, wiekowy już znacznie. 

Prace idą swoim codziennym tempem. Pogoda poprawiła się, wiatry ustały, wyszło słońce i grzeje na zmianę z burzowymi chmurami, które nadciągają popołudniami, błyskają, grzmią nieco i przede wszystkim zlewają glebę wodą (wczoraj także gradem), po czym trawa na pastwisku i w sadzie od razu ruszyła.
Chłopaki wioskowe nie kwapią się do pracy, zatem Anna sama zaczęła wydobywać obornik z koziarni. Ja niestety w siłowych zajęciach już mniej mogę pomóc, ze względu na wzrok, który na jesieni mocno mnie wystraszył nagłym zaburzeniem, na szczęście udało mi się wrócić do formy. Odpowiednie witaminy i odpoczynek pomogły. Dotarło jednak do mnie, że wysiłek nie jest wskazany.

Wizyta na targu w sąsiedniej gminie - gdy tak rzadko bywa się w świecie zewnętrznym ogarniętym paranoją i telewizji nie ogląda - zadziwiła. Brak towarów, sprzedających ogrodników, którzy zawsze tłumnie o tej porze roku handlowali kwiatami i sadzonkami. Ci nieliczni, którzy coś wstawiają nie mają tego, co trzeba. Seler naciowy? Nikt o to nie pyta, więc w domu zostawiłem. Kilka bratków i stokrotek. Czemu? Pani, w zeszłym roku, jak lokdałn na wiosnę zrobili to 25 tysięcy bratków u mnie na kompost poszło. Nikt w tym roku nie zaryzykował. Niektórzy weszli w biznes ze sklepami sieciowymi, ale to strata, zwłaszcza, że za tira torfu prawie dwa razy tyle co w zeszłym roku zapłaciłem. Sadzonki pomidorów po 3-4 złote, gdy w zeszłym po 2,5 były. Mało też kupujących, zainteresowanych, a jeszcze w 19 roku trudno było się przecisnąć na sporej powierzchni. Kwitnie za to handel w sklepach i przez internet. Ludzie pracują zdalnie albo nudzą się, uderzają w szaleństwo, kłócą się i rozstają. Póki będą mieć drukowane pieniądze, a w sieciach będzie konserwowane najtańsze jadło pięknie opakowane tak będzie. Mały rolnik dostał po łapach, zostaną tylko hobbyści i preppersi.
Ale owszem, były młode kurki do sprzedania, po 22 złote.

Pytanie brzmi: czemu ludzie tak panicznie boją się śmierci? Tak bardzo nie chcą o niej myśleć? Pogodzić się z Bogiem i Jego wolą i żyć tyle, ile On zechce? Bez cudowania?

Wieści z Polski dochodzą, że wybijają wielkie stada kur, także zarodowe z powodu ptasiej grypy. Cena rośnie i zapewne mięso z kurczaków będzie ogólnie droższe już niedługo. 

Przygotowujemy się do odsadzenia koziej młodzieży, gdy tylko obornik pójdzie na ogród. I sprzedaży. Ponoć podaż wzrosła. W mojej rodzinie także odbywa się powrót do tradycyjnej przydomowej hodowli kur już od dwóch lat, brojlerów i niosek. Własne osiągnięcia w tej materii, no, i ten piejący codziennie kogut na podwórzu bardzo poprawiają humor...

15 kwietnia 2021

Cieplica

Nareszcie udało się nam nową cieplicę postawić. Zachodu było dużo, bo wiatr przeszkadzał. Ostatecznie same zmontowałyśmy ścianki frontowe z drzwiczkami i zawezwałyśmy męskiej pomocy. Kolega zjawił się pomocny i gotowa cieplica stanęła w kilka godzin.

Dziś została częściowo zasiana i obsadzona, koprem i cebulkami dymki.

W dużym tunelu zaś sprawy już od dość dawna się rozwijają, mimo wciąż chłodnych nocy. 


Niedługo jak widać zaczną się pierwsze zbiory. :)

9 kwietnia 2021

Wiatry

Wciąż nie ma się czym pochwalić. Poza tym, że zdołałam przezwyciężyć słabość. Pogoda zimna i wietrzna nie pozwala zbyt długo pracować na dworze. Pierwsza próba przystąpienia do montażu nowego tuneliku poliwęglanowego spełzła na prawie niczym. Coś tam ukręciłyśmy, ale ze zgrabiałymi od wiatru rękami i walcząc z piaskiem i pokryciem złośliwie podnoszonym przez powiewy. Zatem praca została odłożona na później i na razie wygląda na to, że na "święty nigdy".  

Mimo wszystko, to, co zostało posiane i posadzone w dużym tunelu, osłonięte od wiatru i w dzień całkiem dobrze podgrzane kiełkuje i nabiera rozmiarów, rzodkiewka, szpinak, dymka, odbija z korzenia zeszłoroczny burak liściasty i kapusta pekińska.

Jak znam tutejsze życie i przyrodę, gdy tylko wiosenne wiatry ustaną i słońce przygrzeje, roślinność ruszy z kopyta i szybko nadrobi opóźnienia względem zachodniej części kraju.

Opowiem więc, jak przezwyciężyłam słabość, słabowanie, polegiwanie, smętki i dolegliwości nieokreślone i dokuczliwe, trwające ponad miesiąc. Teraz już wiem, że było to zawianie, przewianie czy jak tam dawniej zwano tę przypadłość na wsi. Chyba musimy wrócić do tego nazewnictwa w okresie "początku małej ery Wodnika", czyli powietrznej, bo inaczej zaginiemy pod uciskiem chemicznych wynalazków medycyny, która za dekadę, dwie i trzy całkiem się skompromituje, okaże trucicielska i zabójcza oraz kompletnie nieskuteczna wobec zalewu starych i nowych mutacji chorobotwórczych. Jako tłumaczka Nostradamusa wam to mówię, napisane jest.

A więc stało się tak, że zawiało mnie przypadkiem i właściwie niepostrzeżenie. Minęło trochę czasu, nim zdałam sobie z tego sprawę i wróciłam pamięcią, kiedy to mogło się stać. Ano kazałam sobie ostrzyc po zimie włosy i jednego, drugiego dnia wyskoczyłam na chwilę na dwór z gołą głową, aby wnieść drewno do pieca, garnki na karmę dla zwierząt, czy wynieść kubełek z odpadkami na kompost. Wcale do tego nie zaczęło się od głowy, a od drugiego końca tułowia, czyli dał o sobie znać przeziębiony pęcherz. Oj, poznałam już te przyjemności nie raz, w końcu żyję już długo, więc czym prędzej zaaplikowałam sobie Urosept, specyfik ziołowy w tabletkach pomagający w oczyszczeniu zapaleń dróg moczowych. Po dwóch dniach jakby się polepszyło, ale nie do końca. Przygnębienie, osłabienie i smęcenie trwało ze słabą zmiennością w górę i w dół. 
Aż którejś nocy obudził mnie silny narastający ostry ból głowy. Czoło aż do czubka czaszki. Nie kwalifikowało się to do migreny, bo owszem połowa, ale jakby nie ten przekrój co trzeba. Wzięłam tabletkę Ibupromu, ale i zagrzałam wodę i położyłam się do łóżka z gorącym termoforem, który przyłożyłam w okolice objęte dreszczami, czyli pobliskie pęcherzowi. I to pozwoliło mi zasnąć, acz ból jedynie trochę osłabł. Rano zrobiłam obrządek i położyłam się znowu, ale tym razem na kocu elektrycznym pod kołdrą, co pozwoliło mi rozgrzać całe ciało i zawalczyć z dokuczliwym "wiatrem". Zasnęłam i po dwóch godzinach obudziłam się dużo żywsza. Głowa przestała boleć, dreszcze znikły, pęcherz przestał cisnąć, tabletki przestały być potrzebne.

Mało tego, mam jeszcze od dawna zwyczaj pomagania sobie akupresurą, zwłaszcza przy zatokach, ale i kłopotach z oczami czy kamicą. Moje ciało już tak się tego nauczyło, że daje mi zawczasu znak, gdzie i co się szykuje, kłującymi pobolewaniami odpowiednich punktów na dłoniach, stopach albo w uszach. I tym razem już w nocy zaczął mnie boleć czubek małego palca u prawej dłoni, odpowiadający za głowę. Uciskałam tam, i poniżej u nasady, gdzie jest punkt odpowiadający za oko. Otóż kilka dni później ze zdumieniem zobaczyłam, że na czubku tego palca uformował się pod skórą wrzód, a kiedy nabrzmiał ropa wypłynęła szczeliną między paznokciem a skórką opuszka. Bezboleśnie. Po czym zaschnął i znikł po kilku dniach całkowicie. W ten sposób wyszły ze mnie wszystkie złe humory, jakby powiedział dawny lekarz. Organizm zlokalizował stan zapalny wędrujący z wiatrem po różnych częściach ciała, skumulował je w jednym miejscu zgodnie z kanałem przewodzącym, o którym wiedzę zachowali Chińczycy i spokojnie wydalił z siebie.

Jednym słowem: trzymajmy się ciepło! Noście czapki i ciepłe okrycia, nie igrajcie z wiatrem w ten zmienny wodnikowy (z-wodniczy) czas. Abyście nie musieli narażać życia poszukując rady współczesnego lekarza, znającego coraz mniej aktualne, niezmutowane jeszcze procedury leczenia chorób, których już nie ma.

Znam jeszcze inne ludowe sposoby na wiatry, bardziej czarodziejskie, z machaniem drzwiami albo szeptaniem nad szklanką gorącego popiołu postawioną na głowie chorego, który potem na cztery wiatry się rzuca, ale tym razem nie był potrzebny żaden z nich. W szafie także leżą sobie zawsze w gotowości do użycia bańki, i szklane po byłych właścicielach siedliska i nowoczesne, suche made in China. Bezbronni nie jesteśmy, o nie!

2 kwietnia 2021

Wiosenne zamyślenie

Jakoś słabowata jestem tej wiosny. Ciągle coś. Niby nic, ale uważać trzeba. I ciągle się zmienia to coś. A to w nocy chwyta mnie okropny ból głowy i całe przedpołudnie wygrzewam się pod kołdrą na elektrycznym materacu (pomogło jeszcze tego samego dnia), a to słaniam się jakoś bez powodu od rana, albo smutki czyjeś przejmuję, po czym wieści dochodzą, że ta chora, ta robi badania, ten i ten umarł nagle. Siłę daje przyroda, praca w ogrodzie, obecność zwierząt. Ale zauważam, że inaczej jest, niż dotąd. Ciekawe, czy wszyscy tak mają?

Dzieci rosną. Zasiewy postępują. Teraz głównie rzodkiewka, sałata i kapusta pekińska w tunelu. Doimy drzewa, ale pogoda jest zmienna, 2 dni ciepłe i chłód. Zatem i kapie nietęgo i zmiennie, bo to zależy od intensywności słońca w dzień. Ale zawsze dobrze i miło jest rok zacząć od wypicia soku brzozowego, oskołą zwanego i słodkiego soku klonowego. Rozcieńczam nimi poprawiający nieco humor zeszłoroczny cydr, ot, taki mam sposób.

Indyczki niosą się od dłuższego czasu i właśnie jedna zaczęła posiadywać w gnieździe. Szykujemy ją do nasadzenia. Kury niosą się na wiosenną potęgę i jaja wysypują się prawie z lodówki. Na szczęście są chętni na zwiększony świąteczny odbiór. Tylko mleka jeszcze dla nas nie ma, bo wykoty były później, niż zazwyczaj i dzieci jeszcze zbyt małe, aby im zabierać. Jednak zostało w piwnicy trochę serów zeszłorocznych i w zamrażarce nawet ostatni twaróg na świąteczny sernik przeznaczony. Naprawdę nie ma na co narzekać, tłumaczę sobie.

23 marca 2021

Początek wiosny

Jare Gody zimne i wietrzne wypadły, nawet nieco sypnęło zmrożonym śniegiem, który krótko się ostał. Anieli niebo sprzątali. Od dwóch dni pojawia się przelotem słoneczko, choć temperatura jeszcze dość niska. Niemniej dzieciaczki mają okazję biegać zespołowo w sieni i na progu obory, co uwielbiają.

Prace zwalniają i przyspieszają zrywami, zależnie od pogody. Trzeba uważać, aby nie zawiało, wiadomo. Spocisz się, rozchełstasz, a tu zimny powiew i zaraz łupanie w kościach, zapalenie tego i owego, różnie bywało. Widmo korony straszy głównie medialnie, bo nasze kontakty międzyludzkie bardzo są sporadyczne. W razie czego mam jednak przygotowany zestaw ratunkowy najważniejszych leków, witamin, kropel, ziół, maści i sposobów domowych (termofor, bańki), aby nie doprowadzić do zapaści na zdrowiu.

Niemniej udało się pociąć na drobne większość złamanej jabłoni przy pastwisku, teraz trzeba będzie zwieźć wszystko na podwórko.

Także poszła w ruch glebogryzarka i gleba w tunelu została przygotowana pod zasiewy. Dziś trafił się kolega i w trójkę zaciągnęliśmy płachtę foliową na konstrukcję. Przetrwała zimę bez szwanku, choć najmłodsza nie jest, bo kupiłyśmy ją jako dodatek do konstrukcji prawie za darmo, była już używana kilka lat. Zawsze to jest jakaś oszczędność.

Cięcie i układanie gałęziówki przywiezionej jesienią trwa dorywczo i codziennie lub prawie codziennie posuwa się do przodu. 

Przybyły zakupione sadzonki krzewów i malin, wiosnę czas zacząć.

9 marca 2021

Zupa z kim-ći

Tej zimy po raz pierwszy nie kisiłyśmy tradycyjnie kapusty w kamiennej beczułce. W zamian bowiem własne uprawy dały tyle kapusty pekińskiej i pakczoja, że z trudem je zagospodarowałyśmy. Trochę eksperymentując. Okazało się, że oba rodzaje chińskich kapust, nie dość, że motyl się ich nie ima, rosną szybko i dwukrotnie w ciągu sezonu można mieć plon, to jeszcze świetnie nadają się do kiszenia. Bardziej w stylu koreańskim jednak.
Czyli wiosną i jesienią dominowało kim-ći na stole i jako drobna szybka zdrowotna przekąska. Anna na koniec zapełniła nią kilka wielkich słojów, dodając obficie naszej ostrej papryki, rzepę, rzodkiewkę, czosnek, szczypior i co tam jeszcze przyszło do głowy. I jadłyśmy tę kapustę, aż do wyczerpania zapasów, na zmianę z ogóraskami, których jeszcze wiele w piwniczkach dobrze się ma. Został jedynie w lodówce ostatni 3 litrowy słój, wyparty jakoś tak mimochodem przez ogórki kiszone i kwaszone, tudzież sałatki buraczane. Stał i stał, aż sobie o nim przypomniałam.

Prawdę mówili znawcy, że kim-ći raz zakwaszone może stać i stać, i mocy tylko nabierać. Od jesieni nabrało takiej, że ogień z ust bucha. I żadnej pleśni. Dzisiaj zapragnęłam zrobić z niego zupę. Kapuśniak, a co! W ojczyźnie kim-ći przyrządza się z nią wszystko, co do głowy przyjdzie. I udało się. Rewelacja.

Przepis na zupę z kim-ći à la polski kapuśniak

Wrzuciłam najpierw do garnka kość koźlęcą, pokrojoną marchew, pietruszkę i dynię (dla osłodzenia smaku). Przyprawiłam zielem angielskim i liściem laurowym. Kiedy się podgotowały i warzywa zmiękły dodałam pokrojone w kostkę ziemniaki i opieczoną na rozpalonym piecu cebulę. Znów gotowałam dotąd, aż ziemniaki stały się miękkie.
I wtedy dodałam kim-ći, kilka obfitych łyżek, aby zupa była gęsta i kwaśna. Nie potrzebowała w zasadzie soli, ale sypnęłam szczyptę, jak i świeżo mielonego pieprzu czarnego i majeranku, dla lepszego trawienia.
Aby zrównoważyć kwaśność i ostrość dodałam 3 łyżeczki koncentratu pomidorowego i łyżeczkę cukru. I gotowałam jeszcze 10 minut.
Efekt wspaniały! Wierzcie mi.

Nasz kapuśniak wzbogacony ostrym paprykowym smakiem wylądował na stole w miseczkach glinianych własnoręcznie toczonych. Kapnęłam na zupę odrobinę oleju słonecznikowego i posypałam garścią świeżego szczypiorku, rosnącego w parapetowej uprawie przedwiosennej. Moc w gębie!

3 marca 2021

Złamane drzewa

Mars wychodzący z ziemskiego znaku Byka na pożegnanie zatrząsł dzisiaj Grecją i Dalmacją. U mnie w rodzinie też trochę się niedawno zatrzęsło, bośmy pochowali mego kuzyna i jego żonę, przywiezionych w glinianych urnach z dalekiej Anglii, gdzie zaraza była ich dopadła w przedziale trzech miesięcy od siebie. Co prawda jedno chorowało ciężko na długotrwałą chorobę, więc wirus przyspieszył tylko sprawy, a drugie było w okresie smutku po śmierci małżonka, więc w psychicznym osłabieniu, ale zawsze jednak kosiarz machnął nam kosą przed nosem i przed czasem, bo oboje byli 50 plus i minus. I naprawdę nikt się nie spodziewał takiego obrotu rzeczy.
Hm, właśnie przypomniało mi się, jak żeśmy z kuzynem w dalekiej młodości filmem "Kosiarz umysłów" się fascynowali, oglądanym na kolorowym ekranie potężnego ruskiego "Rubina" po wielekroć (jak i pierwszą mityczną wersją "Klasztoru Shaolin", której w internecie nie znajdziesz). Ech, było minęło. Czas ucieka, czas nie stoi, zegar czasu też się boi...

Trwam na diecie i cierpliwej kuracji ziołowej, do której wczoraj dodałam jeszcze ćwiczenia Qiqong. Które uprawiałam dotąd niesystematycznie i zrywami, ale teraz to już właściwie mus. Zauważam po zimie negatywne efekty długiego wysiadywania przy komputerze i w ciemnościach (sztuczne światło to też ciemności) i dla trawienia i dla oczu, i dla mięśni i stawów, no, i ogólnego samopoczucia, zatem nie ma to tamto. Trzeba wziąć się za siebie. 

Tak między nami to uwielbiam te ćwiczenia, powolne, skupione, w rytm oddechu, robione na tarasie lub w ogródku pod drzewami przy domu na świeżym powietrzu, rano i wieczorem. Czuję się po nich zharmonizowana, wyciszona, dotleniona i lepiej śpię. Moją mistrzynią jest starsza pani Judy Young, Chinka, która wykonuje je na sposób bardzo mnie pociągający, spokojny, skoncentrowany, w głębokim połączeniu z naturą. Tak mi się marzy jakaś grupa ćwiczących systematycznie choćby w naszym domu kultury, ale niestety, nie ma w pobliżu nikogo wprawionego w qiqong, ani w tai-chi, kto by taką grupę mógł poprowadzić. Jest jedynie hatha joga, która odpada dla osób z wielowiekowymi zastoinami w stawach i mięśniach czy deformacjami kręgosłupa. Póki co zatem ćwiczę sama, rzadko Annę wyciągając do spółki, ale ona twierdzi, że jest już dostatecznie wyćwiczona pracą fizyczną na roli i nie czuje potrzeby.

Dzisiaj wyszłyśmy komisyjnie na dwór (do tej pory Anna robiła to samotnie) ruszyć sprawy wiosny. To znaczy wczoraj był wstępny obchód włości, dziś pierwsze prace, w które wdrażamy się jeszcze na spokojnie. Śnieg zszedł już praktycznie wszędzie, pozostając w niewielkich kopczykach na podwórku od strony północnej. 

Odsłoniła się gałęziówka do cięcia. I do układania na wyczerpanej w zimie ścianie paszarni. Nad czym trochę się potrudziłam, wożąc pocięte kawałki drewna taczką i czyniąc z nich kolejną ściankę. Drewno energetyczne, bo głównie dębowe i trochę czeremchowe, dobre do grzania.

Po czym trafiłyśmy do sadu. Wywiozłam zeszłoroczne badyle papryki na kompost, a Anna rozpoczęła walkę ze złamaną jabłonią, tnąc ją piłą z wprawą drwala, którą zdobyła już dawniej przy pracach na działce leśnej. Sprawa jest dłuższa i wymaga kilku podejść z różnych stron, ostrożności przy tym, aby przypadkiem nie zwalić na siebie osuwającego się ciężkiego pnia. Na razie wyczyszczona połowa tak się prezentuje...

Jest jeszcze jedna jabłoń do wycinki, częściowo złamana wysoka kosztel. I tyle, co się tyczy sadu. Dwa inne duże drzewa sosnowe złamane od strony drogi na kaczym dołku muszą poczekać na fachowców, bo same sobie nie poradzimy. Chcąc nie chcąc zapasy grzewcze zwiększają się samoistnie, nawet bez tych pozyskiwanych w okolicznym lesie.
Śnieg odsłonił także roślinność tunelową, która przeżyła mrozy. Przynajmniej w warstwie korzenia i głównych łodyg. Na zdjęciu poniżej burak czerwony liściasty, to zielone to pekinka, trochę jarmużu. Nieco dalej poziomki wystają spośród zieleniącej się trawki.

Poza tym trwają gody indycze. Pulcheria niesie się już od dawna i systematycznie składa jaja. Kury to samo. Koguty pieją, indor Zdzicho gulgocze, gąsior Balbin głośno skrzeczy, psy szczekają. Jak to na wsi, nigdy nie ma nudy na dworze. 

I nareszcie inauguracja wykotów się odbyła! Mars wchodzi w znak Bliźniąt, mnożąc potomstwo. Jak na razie pierwszy czarny koziołek, bezrogi, w typie dziadka tonnenburga wypadł Maryśce spod ogona. I dostał miano Bambo.

22 lutego 2021

Piaskowe zatrudnienia

 I doczekaliśmy. Ogłaszały jej bliskość ptaszki radośnie ćwierkające w sadzie o poranku jeszcze w trakcie niedawnych silnych mrozów. Samo ćwierkanie potrafi rozjaśnić serce i nastrój, podobnie do słońca operującego sponad chmur i generującego wreszcie prąd za pośrednictwem paneli na dachu obory. 

Od wczoraj jest już ciepło, powyżej zera w dzień, i słonecznie. Ptactwo w siódmym niebie. Balbiny kąpią się w śniegu, Pulcia wyjada piasek ukazujący się miejscami, choć już zakończyła pierwszą serię znoszenia jaj, drób myje nogi w rozwodnionym śniegu, utytłane grzebaniem w kurnikowej podściółce zamiast w ziemi i także z ulgą odnajduje piaskowe zasilenie. Potrzebuje tego do lepszego trawienia, ale i lepszego utwardzenia skorupek jaj.

Ja zaś od prawie dekady wzięłam się porządnie za siebie. Nie ma co odkładać na później. Pojawiające się dodatkowe alergie są sygnałem, że sprawa wymaga większej uwagi i staranności. Wielki Post jest do tego świetną okazją. Aby oczyścić wątrobę ze złogów, kamieni i piasku, niestrawionych przez lata trucizn i zbytecznych obciążeń. 

Nie jest dla mnie uciążliwy, bo właściwie jestem na diecie od dawna, jedynie ją uściśliłam. Zrezygnowałam z tłuszczy, jem 3 posiłki dziennie, przeważnie jest to warzywna zupa bądź pieczone warzywa. A do tego piję dwa rodzaje naparów ziołowych plus jabłkowy sok rozcieńczany wodą. Jeden to mieszanka ziół regulujących wydzielanie żółci, z którą mam od dawna problem, drugi to herbata ziołowa na poprawę pracy trzustki. Niekiedy do użytku dochodzi gorzka sól wieczorem, gdy trzeba uporać się z większym bagażem. Jednym słowem wyrzucam z siebie kamienie i piasek. Potrzebne jest do tego także odpowiednie nastawienie, bowiem kamienie nie wzięły się znikąd. To praca pokoleń mojego rodu, tak z męskiej jak żeńskiej linii, czyli ciężkie życie i pamięć przodków. Które jako dziecko przechwyciłam i włączyłam w swój tryb reakcji również na zasadzie telepatycznej i empatycznej. 

Jaka jest na to rada? Pewnie niektórzy uśmiechną się i pomyślą: na starość ludzie głupieją, albo dziwaczeją, albo dewocieją. Jednak jeśli jakiś sposób działa i pomaga także na planie podświadomości coś zmienić, to czemu go nie stosować?
Otóż często, najlepiej podczas bezsennych części nocy, odmawiam modlitwy za zmarłych przodków do najdalszego pokolenia wstecz. Z tego przychodzą sny, gdy spotykam się z nimi, widzę swoje dolegliwości, czuję ich dawne problemy, emocje, które je spowodowały i ciągną się w moim ciele nadal. I oni są wdzięczni za to, że ich uwalniam od tamtego nierozwiązanego ciężaru, bo również i im, tam gdzie wylądowały ich cienie, staje się lżej, gdy wiedzą, iż sobie z tym radzę, że to przepracowuję, to, z czym sami sobie nie poradzili, co ich zabiło. Jako gałązka z tego samego pnia drzewa, która jeszcze wypuszcza liście i sprawia, że drzewo żyje, pamięta, zieleni się i zrzuca liście, rośnie, trwa. Świadomość potrafi wiele uzdrowić. Właśnie to robię, nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Każda pojedyncza istota jest fragmentem całości, odbiciem całości, zatem i całość może zyskać dzięki niej. Wchodzę w wiek wstępnej starości, a starość pomaga rodzinie, także tej żyjącej - na inny sposób, jakże niedoceniany teraz! 

Dodatkowo witaminy D3 i A+E, suplementacja jodu, patrzenie zamkniętymi oczami i trzecim okiem w słońce na niebie, i humor się poprawia, myśli płyną jasno i w najlepszą stronę. Nie traćmy ducha. Duch jest i będzie z nami, naszym stałym wiernym pomocnikiem.

9 lutego 2021

Odśnieżanie

Przez kilka lat bez zimy wszyscy się odzwyczailiśmy, nawet kury i indyki oraz gęsi i kozy od śniegu i mrozu. Tymczasem wreszcie przyszła. I odejść nie zamierza. Kozy w większości nie chcą nawet raciczki na śniegu postawić i odstawiają księżniczki na grochu przy próbach wyciągnięcia je na spacerek. Drób w wietrzne i śnieżne dni trzymam zamknięte, dokarmiane są w środku, aby nie traciły cennego ciepła i nie zmokły. Ale w taki jak dzisiaj dzień, gdy padać wreszcie przestało, a temperatura około minus 7 stopni to jakby żadne zimno, wyszły na zewnątrz. Gęsi zabrały się ochotnie za jedzenie śniegu, bo woda ciągle jednak szybko zamarza w garze. Tymczasem można przecież tak sobie poradzić.

Na wiosce pojawiła się machina gminna i drogi zostały odśnieżone, jak przystało już po zakończeniu opadu, który trwał od wczoraj.

Psy nie omieszkały przywitać warczącego pojazdu zdrowym wiejskim ujadaniem przy płocie.

Nas też nie ominęło ponowne odśnieżanie podwórka. Jak widać droga do bramy całkiem długa, na tyle, aby trochę się zasapać przy szuflowaniu.


Przy domu takie oto kwiatki pozostaną. Zresztą przy każdym budynku się gromadzą, z racji spadzistych dachów, z których śnieg zsuwa się bieżąco, nie czyniąc nikomu szkody, jedynie tworząc zaspy, które znikną dopiero na wiosnę.

30 stycznia 2021

Zimowy surwiwal domowy, czyli awaria prądu

Pierwszego dnia, czyli 25 stycznia w poniedziałek sypało cała noc i dzień. Wieczorem najpierw przestała lecieć woda z kranu. Wkrótce zgasło światło. Po kilku godzinach na szczęście wróciła woda.

Następną noc z poniedziałku na wtorek sypało dalej w zupełnej ciszy wielkimi wilgotnymi płatami śniegu. Kot wychodził na siku i zaraz wracał, zestresowany, kilka razy w ciągu nocy. Wreszcie rano zaryzykował pobiec przez śnieg do swojej tajemnej norki i zaraz wrócił, waląc z hukiem w drzwi, żeby go wpuścić. Cały mokry.
Noc wydawała się jasna, mimo braku oświetlenia drogowej lampy i zachmurzonego nieba, na którym nie było widać księżyca. Śnieg świecił.

Rano okazało się, że napadało śniegu po kolana. Kiedy brnie się w kaloszach przez niego, nasypuje się do środka. I wciąż pada. Odkryłyśmy, że złamała się stara jabłoń w sadzie. Na szczęście nie uszkadzając ogrodzenia. Przekopałyśmy ścieżki i dojścia do miejsc priorytetowych, obory, kurnika, stodółki, drewutni, paszarni, ziemianki i w końcu uruchomiłyśmy bramę. Pracując szuflą plastikową wciąż spadającą z rękojeści, drugą szuflą metalową, też już starą i powyginaną, trochę szpadlem w miejscach zamarzniętych, przy furtkach.
Wieczór przy kagankach, spędzony na rozmowie i opowieściach. W ruch poszły trochę karty tarota.

Środa: odśnieżania ciąg dalszy. Na podwórzu pojawiły się góry i wąwozy. Droga wiejska jest odśnieżona przez spychacz gminny, nawet ta boczna przy lesie. Można wyjechać do sklepu, choć akurat nie potrzebujemy.

Zawartość zamrażarki pozostaje na miejscu. Mimo, że głos sztucznej inteligencji w telefonie pod numerem elektrowni ogłasza, że prąd będzie dopiero jutro o 14.00. Na dworze temperatura bliska zera stopni, więc wyciąganie zawartości mogłoby jej jedynie na tym etapie zaszkodzić. Wyciągnęłam tylko zapasy z podręcznej zamrażarki w lodówce kuchennej i w garnku wystawiłam na taras. Część mięsa poszła na obiad, a rozmrożone podroby dla zwierząt usmażyłam.
Znów wieczór przy rozmowie, cydrze i kartach. Tym razem rozpytywałyśmy o sprawy ogólne, polskie czy światowe lub gospodarcze. Wychodzi na to, że będzie wszczęta kolejna panika związana z zarazą i pojawi się nowa mutacja wirusa.

Czwartek: opady ustały, temperatura zerowa. Wyszło słońce, więc wypuściłam ptaki z kurnika, aby rozprostowały skrzydła. Mocno zdumione zmianą scenerii. Dokarmiam dzikie ptaki słoniną i ziarnem. Na śliwie przy tarasie pojawiają się sójki, potem o stałej porze zaglądają sikorki bogatki.


Przeszłyśmy się do ula, aby odgarnąć pszczołom śnieg z otworu wentylacyjnego i odkryłyśmy, że oprócz jabłoni w sadzie jeszcze dwa drzewa na kaczym dołku runęły, złamane w połowie tak, że ogrodzenie wciąż stoi. Ale wszystko się jeszcze może zdarzyć przy obcinaniu złamanych gałęzi. Na szczęście gałęzie nie zablokowały drogi. Trzeba będzie na wiosnę wynająć do tego ekipę.
Sztuczna inteligencja monotonnym głosem przedłuża godziny awarii z 14.00 na 22. Wieczór przy grzańcu, bo dobrałyśmy się do wina gronowego, bardzo jeszcze słabego, ale smacznego. Odcedziłam wsad owoców, które pójdą na ocet winny.

 

Nie palę w c.o. ze względu na pełną produktów zamrażarkę stojącą w najchłodniejszym pokoju, aby wydłużyć czas zamrożenia do maksimum. Nie dlatego, że piec bez prądu nie zadziała, bo działa tak i tak. Za to zamknąwszy drzwi do jadalnego i odciąwszy nową połowę domu, używamy starą część, która w ten sposób daje się łatwiej ogrzać tradycyjnym sposobem. Palę pod płytą kuchenną, przy okazji ogrzewając ściankę kaflową między kuchnią, a pokojem. Ciepła w zupełności wystarcza, gdy Anna rano pali w ścianowym, aby operację powtórzyć wieczorem. Zatem stoi na kuchni czajnik z wrzątkiem i garnek z przyprawionym korzeniami winem, dokładam dość długo, i tak spędzamy czas. Przy płomykach maleńkich świeczek zapachowych.

Piątek: Anna znów odkuła szpadlem bramę, aby móc wyjechać w ważnych sprawach do gminy. Przy okazji wzięła ze sobą młynek, aby zmielić kawę u znajomych, bo w domu mielona już się skończyła. Zamrażarka jakimś cudem jeszcze trzyma niską temperaturę. Spędziłam wieczór w ciemnościach ostatniej świeczki, nieco dumając nad kartami. W dzień, gdy było słońce czytałam 4 tom „Krajobrazów duszy” Jarosława Bzomy i trochę mnie wciągnęło w wewnętrzne światy.
Sztuczna inteligencja znów nie dotrzymała słowa. O 22 była dalej ciemność. Anna wróciła podreperowana ze świata elektrycznej cywilizacji. Wypiłam małą czarną przed snem, jak nigdy.

Sobota: Od rana nosiło Annę. Znów zaczęło prószyć z nieba, a ona ma terminowe dokumenty do wysłania. Zadzwoniła z samego rana nie na infolinię, tylko do konsultanta i zgłosiła awarię na wiosce, bo w zestawie recytowanym przez sztuczną inteligencję zginęła jej nazwa, a wciąż trwał brak energii. Konsultant przyjął, i po jakimś czasie okazało się, że nasza wieś zaczęła być wymieniana na liście do naprawy. Padła obietnica, że już o 9.30 się skończy. Po obrządku, o 9.40 zadzwoniła do sołtyski z pytaniem, czy może u niej jest światło i tylko u nas coś nie tak. I w tym momencie włączyli.
- No, widzisz? Gdybyś zadzwoniła do niej wcześniej, już byśmy dawno miały światło! - zaśmiałam się.

Powalczyłyśmy z obiema lodówkami. Wkład w zamrażarce zachował twardość głębokiego zamrożenia, ale uznałam, że sprzęt trzeba rozmrozić i umyć. Mrożonki w skrzynkach trafiły na taras, gdzie było kilka stopni na minusie. Lód w zamrażarce był jeszcze twardy, mleko i twaróg zamrożone na kamień, podobnie mięso. Jedynie warzywa nieco zmiękły, ale fasolka zaraz trafiła do garnka, a inne na patelnię do chińszczyzny. Zamrożenie wytrzymało 5 dób! I pewnie jeszcze utrzymałoby się ze dwie. Zapewne w lecie nie byłoby tak łatwo i długo, instrukcja mówi o 16 godzinach gwarantowanych dla utrzymania zamrożenia, które można zwiększyć jeszcze o kilka, trzymając w środku wkłady do lodówki samochodowej, co robimy stale. Umyłam obie lodówki, wytarłam wnętrza i stopniowo zapełniamy zamrażarkę, uzupełniając wkład o kilkanaście kilogramów artykułów co kilka godzin. Teraz szukamy w internetowych sklepach szufli do odśnieżania, bo w okolicznym sklepie wszystkie wykupione, a dostawy są jedynie we wtorki.

25 stycznia 2021

Kiełki w ruch

Po krótkiej ale skutecznej odwilży, podczas której drób zdołał odzyskać dobry humor i rozprostował skrzydełka, a nawet ponownie zacząć się nieść, pojawia się kolejne pogodowe ekstremum, śnieg i z nim zapowiadane już zawieje śnieżne. Merkury zaczyna zwalniać na niebie w wilgotnym i ciepłym znaku Wodnika (lubiącym zalewać, wylewać i zawiewać), a to przynosi różne awantury atmosferyczne, wietrzne i chmurne. Jako byłam przepowiedziałam półtora tygodnia temu.

Odśnieżamy na bieżąco, żeby się nie dać, ale to dopiero początek. Zatem głównie oczyszczamy przestrzeń wjazdu i wyjazdu, oraz koleiny pod samochód, co trzeba często powtarzać. Na szczęście ta czynność jest przyjemna i ruch na świeżym powietrzu mocno wskazany, po którym lepiej się czujemy i policzki się rumienią, więc nie ma co narzekać.

W taki czas kucharzenie i internet to główne nasze rozrywki. Anna zakupiła niedawno wielką kutą patelnię chińską, wokiem zwaną i co rusz każe mi ryż prużyć. Na oknie stoi szereg słoików z wilgotnymi nasionami na kiełki. Słonecznik, fasola mung, soczewica, soja, czarnuszka i cieciorka. Co jakiś czas trwają żniwa i świeże "kluseczki" idą na chińskie danie.

Patelnia ma okrągłe dno i jest tak duża, że wymaga specjalnej podstawki na kuchenkę gazową, która niekoniecznie dobrze się sprawdza. Za to sprawdza się świetnie na naszej piecokuchni, po zdjęciu wszystkich fajerek. Anna zatem podsmaża najpierw cienko krojone i wcześniej zmacerowane w przyprawach kawałki mięsa koziego albo drobiowego (głównie dysponujemy gęsiną i indyczyną), po czym daje na patelnię warzywa i kilka ząbków czosnku, dorzuca garść albo i dwie świeżych kiełków i wszystko miesza z ryżem.
Już na talerzu polewa potrawę odrobiną oleju sezamowego, który ma dość ostry aromat.

Jemy z sałatkami ogórkowymi różnej maści, jaka się nawinie, albo z kapustką kiszoną.

Co prawda dzisiaj był rosół na skrzydle gąsiora i kostce koźlęcej, który starcza nam na dwa dni jedzenia z hakiem (resztka służy do zupki dyniowej albo sosu), ale już w planie kolejna chińszczyzna czeka.

Kiełki dostają też dość często kury i inne dziobate. W osobnym miejscu kiełkuje bowiem pszenica i owies dla nich. To stary dobry sposób na dowitaminizowanie drobiu zimą.

17 stycznia 2021

Zimowa mobilizacja

Jak na razie moje astrologiczne przewidywania, także pogodowe się sprawdzają. Choć nie bawię się w niuanse kiedy dokładnie odpuści, bo mimo wszystko to moje poboczne zainteresowanie. Zima to zima, krótki dzień, palić w piecu trzeba tak czy siak codziennie, karmić i doglądać zwierzynę.

Jakiś czas temu samochód przeszedł przegląd i mały remoncik, więc na razie odpala bez problemu. 

Kłopot był i jest z szuflą, gdy śnieg spadł. Okazało się, że zapomniałyśmy już, że kilka lat temu pękła, nie była potrzebna, więc zawiało w pamięci ten fakt. Teraz po wielkich szukaniach odnalazła się w komórce, ale służy jedynie połowicznie i wciąż spada z kija. Trzeba coś zmontować z szerokiej deseczki, pręta i gwoździ. Bo odśnieżanie konieczne jest i odbywa się systematycznie.

Dziś w nocy temperatura spadła do minus 11 i od świtu spada dalej, w tej chwili jest 16 na minusie i piękne słońce na niebie, które poprawia humor. Lubię, gdy mrozi. Zapomnieliśmy już jak to jest, ale to jest normalne dla naszej strefy i potrzebne przyrodzie. 

Od rana w kaflowym napalone, w południe dojdzie c.o., większe zapasy drewna poczynione wcześniej w domu, aby nie trzeba było wychodzić na mróz.
Na tarasie wisi słoninka dla sikorek i innych ptaków. A także pościel wyniesiona, i pranie się czyni, aby mogło doznać mroźnego odkażania i oczyszczenia z roztoczy i inszego mikro-badziewia. Mróz trzeba wykorzystać.

W wolnowarze czeka gorący rosół z gęsiny. 

Zwierzęta pozamykane w oborze i kurnikach, nakarmione i napojone. Chuchają sobie i grzeją się stadnie. Gdy się do nich wejdzie czuć, że mają ciepło koło siebie, byle nie wietrzyć niepotrzebnie. Muszą jakoś te kilka dni wytrzymać w ciasnocie i bez oglądania dnia. Kozy przeważnie leżą na grubej grzejącej je od spodu podściółce, pośród siana, blisko siebie i przeżuwają spokojnie. Do picia dostają podgrzewaną wodę. Kury grzebią u siebie w czym się da, i też nie mają źle. Nieco spadła nieśność, ale to zwyczajne w taki czas. Za to Pulcheria co dwa-trzy dni raczy mnie nowym jajem, nie oglądając się na zimę!

Dla przypomnienia zimowe zdjęcie dawnej Gusi.