26 lipca 2021

Ptasia mowa

W dniach 23-25 tego miesiąca mieliśmy w gminie doroczny festiwal muzyki folkowej, który odbył się mimo wszystko, radując ludzi i stałych przyjezdnych gości, którzy są w nim osadzeni od lat ponad dwóch dziesiątek. Nie odwiedziłam osobiście żadnego występu z różnych racji, choć nie ze strachu przed dżumą. Za to Anna spędziła tam całe godziny i dnie, współprowadząc warsztaty ceramiczne i swój kramik z wyrobami z gliny i nie tylko. Jerzy nocował u nas, jak zwyczajnie, więc miałam możliwość zażyć nieco atmosfery imprezy i pogadać o świecie w sposób jaki lubię, poza systemowy (nie jestem anty, ale trochę spoza i trochę sponad). Wpadła także na godzinkę znajoma Ślązaczka, bywała co roku o tej porze, aby wypić piwo bezalkoholowe na altanie i wymienić niusy życiowe. A poza tym karmiłam zwierzynę, gotowałam i przetwarzałam jak zawsze, urozmaicając sobie wolne chwile tłumaczeniem almanachu Nostradamusa na zmianę z podsłuchiwaniem na live koncertu ze sceny gminnej.

Dlatego zapiszę tu ważniejszą historię, jaka zapadła mi w serce i działa się mniej więcej równolegle. Zacznę od tego, że w tym roku drobnych ptaków różnych gatunków zrobiło się wokół mnie jakoś więcej. Od wiosny przepięknie śpiewały i fruwały w kątach widzenia niemal wszędzie. Myślę, że to wynik wykraczającej poza normy przyrody betonozy polskiej, ale i zapewne ogólnych zmian klimatycznych, które owe stworzenia przeczuwają, szukając spokojnych i bezpieczniejszych dla siebie terenów na wylęgi, jakie najwyraźniej się kurczą. Bywało, że pod dachem tarasu wił sobie gniazdko jakiś ptaszek, przeważnie była to makolągwa albo rudzik. W tym roku zrobił to kopciuszek. I to tuż nad oknem, przy którym siedzę zawsze przy komputerze. Zatem, gdy jest uchylone w ciepły czas prawie stale słyszałam wciąż to, co dzieje się u drobniutkiej sąsiadeczki.
Kopciuszek w pewnym momencie zaczął być charakterystycznie słyszalny, okazało się, że karmi swoje narodzone świeżo pisklątko. Maluch wydawał głośne wołania, a potem radosne odgłosy, gdy matka przylatywała z jakimś smacznym kąskiem. Ptak szybko nauczył się spokoju na mój widok, gdy często wychodziłam na taras za tym czy owym. Odfruwał na śliwę obok rosnącą i spokojnie czekał, aż przejdę. Bał się jedynie kota, co od razu poznawałam po wzmożonych okrzykach ostrzegawczych i niespokojnym furkotaniu.
Kot zaś jest o tej porze roku częstym tarasowcem, w nocy i w dzień, rzadko idąc w dalszą drogę albo przesiadując towarzysko w mieszkaniu. Wychodziłam natychmiast i pacyfikowałam Maćka, zabierając go do domu albo wyganiając w dalsze rejony obejścia. Kocur jest spokojnym sporadycznym łowcą mysz, karmionym w domu, a moimi ptakami, które co roku hoduję od pisklaczka nie interesuje się pod kątem łownym wcale. Uznał zapewne w całej swej wrodzonej uprzejmości, że są moje i nie ma do nich prawa łownego. Kopciuszek, jak zaobserwowałam, również podlegał pode mnie, a nie jego widzimisię.
Maciej jednak w zamian bardzo lubi przebywać godzinami w pobliżu owych moich ptasząt, czy to kurcząt, indycząt czy kacząt, kryjąc się gdzieś w pobliżu pod krzaczkiem i słuchając ich spanikowanych rozmów ze sobą ze spokojem drzemiącego lwa. I tym sposobem nie raz napędził mamie kopciuszycy stracha. Ja też miałam obawy, bo zwierzętom wierzyć do końca nie należy, mają jednak instynkt, który nimi zarządza, zatem czuwałam, wiedząc, że zbliża się moment, gdy młode wyfrunie z gniazda. Mogło wtedy łatwo wpaść w zęby kota. Zapewne i mama kopciuszek była tego świadoma, bo z dnia na dzień robiła się bardziej nerwowa. 

Zbliżała się pełnia. Spodziewałam się, że wtedy sprawy się rozstrzygną. 

Tymczasem działa się jeszcze jedna historia w tle. Z tajemniczym cichym drapieżnikiem porywającym i kasującym podrośnięte kurczaki, które kręciły się tuż przy płocie w ciągu dnia. Jednego z nich padłego znalazłam w kupie niesprzątniętych jeszcze gałęzi akacjowych, zamordowanego i zostawionego sobie na później. Domyślamy się, że jest to kuna, która zamieszkała gdzieś w pobliżu, może na strychu paszarni. W gospodarstwie jest dużo myszy, więc pełni rolę naturalnego wroga gryzoni, ale przy okazji - jak widać - bywa groźna inaczej.
W noc przed pełnią, gdy martwiłam się o kopciuszczę bardziej niż zwykle, przeczuwając wylot z gniazda i pierwsze niezdarne obloty, nagle na tarasie zrobił się mały raban. Najpierw rozkrzyczała się w gnieździe nad oknem mama ptaszka. Po czym rozległ się bojowy okrzyk, czy raczej groźny ostrzegawczy syk Kocieja Macieja. Który wziął i przepędził skradającą się kunę na terytorium sobie podległym. Być może ratując tym samym ptaki przed wybraniem z gniazda. 

Następnego dnia, jak przewidziałam byłam, napotkałam kopciuszczę w trawie po drugiej stronie drogi. Uciekło przede mną, oczywiście pozostawiłam je, wierząc, że matka jest gdzieś w pobliżu i czuwa nad niezdarą. Nasłuchiwałam czy nie usłyszę charakterystycznego ćwierku przy domu. Daremnie. Jednak po obrządku wieczornym, gdy wracałam pustym już podwórkiem, coś mnie nagle zawołało siedzące nad wejściem do ziemianki. Maleństwo! Najwyraźniej przyleciało się pokazać. Fruwało już zręcznie samodzielnie. Pogadaliśmy chwilkę (znało dobrze mój głos, bo zawsze przemawiałam do nich wychodząc na taras) i uspokoiłam się. 

Następnego dnia młodziutkie ptaszę siedziało na poręczy altany, gdy przyszłam do porannego obrządku. Przywitało się, wyraźnie ucieszone. I po chwili odfrunęło. Już go nie widuję, ale wierzę, że daje sobie radę. 

15 lipca 2021

Upalny surwiwal

Trwają 32 i 35-stopniowe upały (w słońcu temperatura po południu sięga 40 stopni), ze śladową ilością zachmurzeń lub deszczyku. W Polsce zaś nawałnice, grad, wichury i trąby powietrzne zrywające dachy i wyrywające drzewa z korzeniami, podtopienia ulic i miast podczas ulew. Codziennie jest cieplej w domu, bo rozgrzane noce nie dają dostatecznej ochłody w mieszkaniu. Było 23, potem 24, dziś 25 stopni w kuchni. Czyli robi się coraz nieznośniej.
Myję się w zimnej wodzie, bo nie chcę palić pod płytą, aby nie dodawać temperatury. Gotuję na maszynce elektrycznej. Pan z elektrowni zbadał niedawno licznik i stwierdził, że mamy nawet lekką nadwyżkę w produkcji prądu z paneli słonecznych, więc jest darmowy.
Kozy pasą się kilka godzin przed południem, potem trochę na dołku w cieniu klonów i grabów, po czym lądują w oborze na sianie i owsie do końca dnia. Nawet nie ma jakiejś zastraszającej ilości owadów, jest trochę dokuczliwych gzów i krwiopijczych much, ślepaków o wiele mniej niż zazwyczaj co roku i są dużo mniejsze. Muchy mnożą się powoli, komary zanikły zupełnie. Ptaki kryją się w cieniu i wychodzą dopiero późnym popołudniem, zmęczone, z otwartymi dziobami i rozchylonymi skrzydłami dla ochłody, choć zawsze mają świeżą zimną wodę w naczyniach w różnych miejscach podwórza porozstawianą.
Ogórki plonują, Anna zbiera po kilkanaście kilogramów co 2 dni. Wstaje wtedy o świcie i pracuje pilnie, gdy jeszcze daje się wejść do tunelu. W większości je sprzedajemy umówionym wcześniej klientom (można się umawiać np. mejlowo – adres w profilu tego bloga - nawiasem mówiąc), niekiedy z dowozem nawet, gdy blisko, świeże prosto z krzaka. Takie najlepsze na przetwory. Nasze są niczym niepryskane, na naturalnym nawozie i podlewane nagrzaną w zbiorniku wodą. Sama zrobiłam już ponad 20 słoików krojonych ogórków w zalewie słodko-kwaśnej, 10 słoików marynowanych i zakisiłam dwa 5-litrowe pojemniki. Pewnie będzie tego dużo więcej. Spasteryzowane wylądowały szybko w chłodzie ziemianki i w piwniczce domowej, aby nadmiernej fermentacji zapobiec. Wychodzą twarde, chrupiące, jak trzeba, żadnych kapci.
Sery podpuszczkowe płyną (właściwie rosną pod wpływem mnożących się drożdżowych bakterii), jak zawsze, gdy robi się cieplej ponad 24 stopnie w pomieszczeniu. Przeszłam więc na twarogi, zresztą idą dobrze, bo młodzież ptasia sporo tego je, my także lubimy kluski leniwe albo sernik, a poza tym kozy, jedząc mniej trawy dają mniej mleka, z siana i owsa mleka nie ukręcisz. Choć dokarmiam je krojonymi ogórkami dla orzeźwienia.
Sama ulubiłam sobie zjeść codziennie mizerię ze świeżego ogórka ze śmietanką kozią i koperkiem, zaprawianą cukrem i octem jabłkowym lub porzeczkowym. Albo kubek zimnego domowego jogurtu z dodatkiem słodkiej porzeczkowej galaretki albo innego dżemu z lat przeszłych.
Nastawione zostało wino na suszonych kwiatach bzu.
I odkryłam w necie almanach Nostradamusa, którego nie znam, więc zabrałam się w wolnych chwilach do pracy translatorskiej. Pozwala zapomnieć o upale. Do tego od czasu do czasu miewam webinary astrologiczne, brać astrologów polskich i niepolskich uwielbia wykładać i uczyć się nawzajem od siebie, ma też wielu ciekawskich i chętnych do nauki czy rozważań słuchaczy. Jak ja, nie przymierzając.

7 lipca 2021

Zrębki i inne drobiazgi

Powoli zaczyna grzać. Niemniej dynia dostała deszczu i zaczyna pędy puszczać w ogródku permakulturowym (gdzie nie ma podlewania). Anna spieszy się z wykoszeniem trawska wokół, bo potem nie da się wejść ze sprzętem, aby nie uszkodzić kwiatu.

Póki co kolejny, acz pierwszy maluczki zbiór. Tym razem bobu. Szykują się też czerwone porzeczki do zbioru.

W przydomowym ogródeczku cukinia nabrała już sporych rozmiarów.

Poza tym czeka do przerobienia kupa chrustu na podwórzu zebrana z gałęzi, które ogryzały kozy wczesną wiosną. Częściowo palę nimi pod płytą, ale w gorące dnie darowuję sobie tę czynność, aby domu niepotrzebnie nie nagrzewać. Korzystam wtedy z elektrycznej kuchenki. W tym wypadku pozwalamy sobie na to szaleństwo, bo panele słoneczne zaczęły produkować prąd i trzeba go używać. 

Brzozowe i czeremchowe gałęzie Anna przepuszcza przez rębak i robi z nich zrębki, które wykorzystamy do podsypania niektórych roślin.

Taki zabieg świetnie zabezpiecza glebę przed nadmiernym wysychaniem oraz chroni przed chwastami.

2 lipca 2021

Sezon ogórkowy rozpędza się!

Urobek dzienny. Świeżutkie, prosto z krzaka. Marzenie smakosza. Ponieważ ochłodziło się i deszczy można spędzić więcej czasu w tunelu w ciągu dnia i podgonić zaległości.

Nastawiam kolejną partię małosolnych. A do obiadu znowu mizeria. Z tartych ogórasków lekko posolonych, z dodatkiem śmietanki zdjętej z mleka koziego i zakwaszonej kilkoma łyżkami koziego jogurtu, z pieprzem, łyżeczką octu jabłkowego i łyżeczką cukru.

Koper na dokładkę. Takoż dodaję do wszystkiego, co się da pokoperkować lub zakwasić. Jutro z dzisiejszych dodatkowych zbiorów leśnych będzie sos kurkowo-koperkowy.

29 czerwca 2021

Pierwsze jaskółki

Po raz pierwszy eksperymentalnie w tym roku posadziłyśmy w tunelu buraki ćwikłowe z (własnoręcznie przygotowanej) rozsady. W gruncie posiane są także, lecz nieco później, więc nie ma się jeszcze czym raczyć. Te będą na późniejszą, zwykłą porą jesienną. Dzisiaj jednak Anna przyniosła do domu z dumą cztery wielkie czerwone głowy, żądając na obiad zupy burakowej. 

Którą-żem z radością przyrządziła, bo mi już zupa kim-ći, acz wciąż smaczna, to jednak gotowana raz za razem nudna zaczęła się wydawać. Miłe urozmaicenie dla podniebienia. Z dodatkami innych warzyw, zeszłorocznych marchwi i ziemniaków od rolnika, domowego sosu paprykowego i suszonej papryki z własnego ogrodu, tegorocznego selera naciowego, cebulki, szczypioru, czosnku, lubczyku, tymianku, kopru z ogródeczka oraz wkładki z kości koźlęcej, końcówki kiełbasy domowej i łyżki takoż domowego octu jabłkowego dla zaostrzenia smaku. Wyszło ostro, słodko i kwaśno, czyli tak jak lubię.

Poza tym ostatni lęg okazał się całkowicie rozczarowujący. Na 20 jaj od rolnika wylęgły się 3 pisklęta, reszta jaj okazała się niezalężona. W takim razie Anna w te pędy udała się do miasta i przywiozła z wylęgarni partię maluszków jednodniowych, aby zdążyć je sprytnie podłożyć pod indyczkę-kwokę i zaadoptować. 

Przyjęły się, noc przespały jak na ptaki przystało pod ochroną zastępczej matki czyli niani i raniutko wylądowały w pudle pod lampą, aby bezpiecznie nabrać sił do samodzielności. Znów świergot w domu, na szczęście potrwa to tylko kilka pierwszych dni. Potem pójdą z jenduszką na wybieg.
Niestety, nie dało się przyoszczędzić, weszłyśmy w koszty hodowlane, ale z drugiej strony kury niosą się dobrze, stali klienci dopisują i stado zarabia na swój roczny wikt i opierunek z nawiązką tak, że stać je na zakup narybku było.

Z innych bliskich sercu ptasząt, to od wczoraj obserwujemy pierwsze nieśmiałe obloty naszej przyoborowej jaskółeczki, asekurowanej troskliwie przez rodziców. Zdarza jej się najczęściej lądować w altanie i tam odpoczywać, więc miewam pole ostrożnej obserwacji z bliska, gdy zaraz pojawiają się mama z tatą i siadają po jej bokach, gotowi bronić małej niezdary w każdej chwili. Przedwczoraj wypadła z gniazda i Anna znalazła ją w kozim boksie, obejrzała, czy nic się nie stało, posadziła troskliwie na brzegu żłoba i odeszła, zaglądając po jakimś czasie. Jaskółeczka szybko stamtąd znikła, a teraz jej widok uspokoił nasze serca, że nic złego się nie stało, poradziła sobie szczęśliwie.

27 czerwca 2021

Oklapnięta satysfakcja

Praca trwa, choć nie jest to na szczęście praca monotonna i jednakowa. Każdy dzień jest inny w pogodzie i koniecznościach, pory roku się zmieniają, rośliny rosną, zwierzęta rodzą się, dorastają, wymagają zmieniających się naszych wysiłków i starań. Dlatego mogę rzec, że bywamy zapracowane, a nawet niekiedy przepracowane, tylko chwilami łapiemy nieco odpoczynku, aby zająć się nowymi kolejnymi czynnościami równie pochłaniającymi i niezbędnymi.
Sezon ciepły nie kojarzy mi się wcale z wakacjami, ale z mozolną codzienną robotą jedną po drugiej, systematyczną z konieczności, której przy okazji towarzyszy śpiew ptaków, zieleń lasu, zapach kwiatów i ziół, wiatr, deszcz, słońce, niebo w dzień, gwiazdy nocne czyli sprawy, za którymi gonią mieszkańcy miast o tej porze roku. Niestety nie potrafię im towarzyszyć w ich odprężeniu, wypoczynku, chęci zabawy i beztroski. Akurat wtedy nie!
Wręcz unikam spotkań, wizyt, bywania i przyjmowania, aby zwyczajnie wysiłku i napięcia sobie nie dodawać.
Przede wszystkim wymagana codziennie praca musi być wykonana, a zajmuje mi ona cały Boży dzień. Oczywiście, są w ciągu dnia przerwy między najważniejszymi czynnościami, ale zmienne, nieprzewidywalne, krótkie, właściwie zrywy przerywane niespodziankami, niepokojącym krzykiem kury w lesie, szczekaniem psów, beczeniem kozy na pastwisku, ćwierkaniem głodnych piskląt. Częstym ich karmieniem, interweniowaniem w konflikty albo niebezpieczeństwa różnorakie. Właściwie jedynie rano przy kawie mam czas zapisać sobie sen albo przeczytać jakieś rozmowy na grupach dyskusyjnych, odebrać mejle, odpisać albo i nie, po czym wchodzę w codzienny porządek rzeczy do zrobienia. Po południu znajduje się kolejna chwila (albo i nie), jak teraz, ale już za chwilę czeka mnie znów karmienie ptaków, obrządek, uporządkowanie kuchennych rzeczy, zjedzenie czegoś lekkiego, umycie się, aby móc usiąść na spokojnie do czegoś co mnie interesuje. Czasem jest to film, czasem książka, czasem horoskop. Raptem dwie godziny oddechu, dla siebie. 

Satysfakcje także się zmieniają. W zgodzie z dojrzewaniem czasu. Oto siano zostało dzięki pomocy Andriuszy umieszczone na stryszku paszarni. I dzień pracy na to poszedł. A Anna kończy wreszcie podwiązywanie ogórków i pomidorów we wszystkich tunelach. Może to robić jedynie wcześnie rano i późnym popołudniem w dnie upalne. No, udaje się nieco dłużej, gdy się ochładza, jak wczoraj i dzisiaj nie przymierzając.
Mimochodem zaczęły się już pierwsze zbiory ogóra. Wczoraj pierwsza porcyjka poszła na małosolne, a reszta do klienta. Zaczyna się kolejny trud. Zrywanie i przetwarzanie.  


Ale i ogrodnicza satysfakcja.
Poza tunelami też się sprawy rozwijają, choć wciąż jeszcze jest wcześnie dla pełni efektu.


Dynia, nieco oklapnięta od słońca. Czasem też się tak czuję, ha ha!

24 czerwca 2021

Kolejne sianokosy

Upały jeszcze trwają, choć już jesteśmy na progu zapowiedzianej zmiany na gorsze, czyli lepsze. Zwierzęta uczą nas cierpliwości wobec skwaru. 

Obowiązki jednak trzeba wykonywać stale, nie ma to tamto. Bo inaczej całe chaziajstwo może się na głowę zwalić. Wystarczy rytm na chwilę zgubić i oszaleć by można było z nadmiarem zaległości do wykonania.

Przez kilka ostatnich dni trwały drugie sianokosy. Drugie, bo pierwsze nie były zbyt obfite, do tego trawa nie zdążyła dobrze wyschnąć, trzeba było ją dosuszać po przywiezieniu. Rozluźniać kostki, wystawiać na słońce i dopiero przewieźć z garażu do paszarni na taczce. Po troszeczku. 300 kostek to byłoby dosłownie na styk. Nawet jeśli uwzględnić zapas, który pozostał z ubiegłego roku. A może nawet trzeba by było oszczędzać? Nigdy nie wiadomo jaka długa będzie zima i przednówek, kozy karmić musimy nieraz do maja albo i dalej, gdy pastwisko za wolno się zieleni. Zatem trafił się drugi pokos na niedużym kawałku w bobrowej wiosce, a że pogoda była jak drut, łatwo poszło i koszenie i suszenie, chociaż z okazji czerwonej kartki w kalendarzu grabienie trzeba było wykonać ręcznie.

Anna z młodziutkim pomocnikiem, którego naszła szczęśliwie w gminie zgrabiła ręcznie owe pokosy w wały i wieczorem trzeciego dnia rolnik zebrał je w ciuki. Tego dnia pogoda wytrzymała, choć już zapowiadano deszcz. Spadło go trochę wczoraj, prawie natychmiast po skończonej zwózce, zaraz zamienił się w ciepły wilgotny opar nad nagrzaną ziemią.
8 obróceń, wyszło wszystkiego drugie tyle, co przedtem. Tym razem suchutkiego pachnącego sianka. Które z pośpiechu wpakowane zostało do garażu i pod dach altany, aby nie zmokło. Teraz czekamy, aż trafi się mocniejszy pomocnik, zapewne Andriusza i wrzuci kostki na strych paszarni. Nie ma już stresu i pośpiechu.

Póki co spędzam upały w mieszkaniu na pracach domowych i przetwórczych, Anna już tylko rano i wieczorem udziela się na dworze, głównie w tunelach ogórka i pomidora podwiązując (są już pierwsze ogóreczki). Sianokosy opaliły jej skórę jak najdalsza afrykańska pustynia.
Lęgną się nowe pisklaczki. Tymczasem dawne są już całkiem żwawe. Piątka kurczaków-dziwaków (są wśród nich np. dwa czupurki) prowadzana jest przez jedną z indyczek i gromadka mieszana, kaczuszek i indycząt - przez drugą.


Pozuje do zdjęcia najstarszy kak ze swą maczuchą, nader opiekuńczą i nie czyniącą najmniejszego rozróżnienia między różnymi gatunkami swoich dzieci.

17 czerwca 2021

Ptaki i reszta

I nadeszły. Dziś pierwszy dzień, jakoś znośny. Dom dobrze w nocy wywietrzony i tym samym wychłodzony chroni znakomicie w dzień przed gorącem, stojąc w cieniu wysokich robinii i klonów z tyłu domu od wschodu i dorodnego dębu od południowej strony. Ten rzuca długi cień na podwórze, idąc niczym wielka wskazówka zegara słonecznego stopniowo ale precyzyjnie ku chacie. Osiąga jej skraj w chwili zachodu słońca. Przez cały czas jego wędrówki ulgę pod nim znajdują ptaki domowe, gęsi, indyki i kury, kryjąc się dodatkowo pod daszkiem drewutni, gałęziówką albo na przykład przyczepką samochodową.

Od wczesnego poranka przez uchylone okna sypialni słychać z lasu i okolic ptasie trele i kląskania, jak nigdy. Ptaków, tych drobnych i śpiewających jakby dużo więcej się zrobiło, niż poprzednimi laty. Przerywane dodatkowym pianiem naszego nowego koguta, Kusym nazwanego. 

Ten pojawił się u nas z konieczności. Na początku sezonu były w gospodarstwie dwa koguty własnego chowu. Ponieważ jeden zaczął być agresywny wobec drugiego stracił główkę i poszedł do gara. Drugi jednak niedługo cieszył się jedynowładztwem. Pewnego wieczora nie powrócił. Pożarł go las. Dlatego Anna przywiozła od znajomego rolnika zastępcę-następcę. No, bo wiadomo. "Kury bez koguta nie wiedzą jak chodzić" - jak mawiają tutejsi.

Kogut biały, wysoki, z czerwonym wielkim grzebieniem, ale bez... ogona. Ot, kilka piórek mu zostało. Kury ponoć mu wydziobały. Został więc Kusym. I jest. Na razie grzeczny, admiruje kury, jednak ja kogutom z zasady nie wierzę. Na szczęście Paszka też nie wierzy i pilnuje go, gdy zdarza mu się za mną pobiec. Mores musi być.

Ptaki towarzyszą nam w cieniu altany czy tarasu cały dzień, ale koncerty wzmagają się wieczorem. Pliszki, pleszki, rudziki, makolągwy, zięby, kowaliki, strzyżyki, czyżyki i co tam jeszcze matka natura zrodziła, ćwierka, dzwoni, turka, kląska, gwiżdże i szczebiocze oraz fruwa nad głową, z drzewa na krzew, z krzewu na płot albo pod dachami, aby schwytać owada.
Z tych zresztą też jest nieco emocji. Bo od świtu już huczą pszczoły i inne bzyki nad głową u czubków kwitnących akacji, a przed wieczorem buczy nisko zlatujący na taras szerszeń, który sobie skrytkę zorganizował wśród ogrodniczych akcesoriów pod moim oknem. Nad głową furkoczą zaś zaaferowane jaskółki oborowe. 

Ech. Pięknie jest! 

14 czerwca 2021

W przerwie od upału

Ochłodziło się, pada i to nawet niekiedy zlewnie. Nie jest źle, mimo, że stado musi wtedy stać w oborze na sianie i owsie (z dodatkami marchwi i rzodkiewki oraz liści z tego i owego, więc narzekać nie mogą), a pisklęta pod dachem. Przynajmniej pracować w tunelu się da, a czas nagli, bo już pierwsze zawiązki ogórków się pojawiają. I trzeba podwiązywać na gwałt. W upał nie da się tego zrobić za dnia w żaden sposób.

Truskawki są już na wykończeniu, za to cały czas owocują poziomki. Kubeczek dziennie zawsze daje się uzbierać. Z jednej wzniesionej grządki.

Zaczął się czas sałaty, kopru, cebulki, co razem ze świeżym serkiem kozim tworzy sezonowy zespół jedzeniowy. Lekko, szybko i przyjemnie.

Taki to ogólny widok od przodka.


Z boku tunelu permakulturowe wały słomiano-obornikowe, a na nich ruszyła ze wzrostem dynia. Pień po starej złamanej zimą jabłoni wciąż do ścięcia. Poczeka, są ważniejsze sprawy. A gałęzie - już w większości pocięte, gotowe do zwózki na podwórko jako zapas rozpałkowy kuchenny, suchutkie.


Zbliżenie roślinek (sprzed kilku dni, codziennie są większe, dzięki opadom). Te wały to przygotowanie gleby pod inne przyszłe uprawy zewnętrzne. W kostkach żytniej słomy naprzemian z obornikiem, znalazły się porcje przerobionej już czarnej gleby uprawowej, w nią wetknięte nasionka. Rosną, jak widać bez problemu. Słoma i gnój  świetnie trzymają wilgoć i rozkładają się powoli. Do przyszłego roku zamienią się w zaczyn gleby, który oczywiście jeszcze zostanie zwiększony.
 

Takoż system nawadniający już zamontowany po całości. Zbiornik na podwyższeniu z wężem dołączonym do rur nawadniających z kroplownikami. Nawet podlewanie na czas, automatyka w pełnej krasie.


Działa. Odkręcasz kran, nastawiasz zegar na godzinę i podlewa się samo przez ten wyznaczony czas, po czym zawór sam się zamyka.

9 czerwca 2021

Wąż przydomowy

Stały mieszkaniec naszego obejścia od lat nie znikł, nie zginął, jak mi się było zdało w tamtym roku, gdy nie wpadł mi w oko ani razu, także nie znalazła się jak zazwyczaj skórka z wylinki. W tym pojawił się znowu, najpierw naszła go Anna na grządce podwyższonej ukrytego pod włókniną. Potem w stosie gałęziówki, wylegującego się w porannym słońcu.

Niechaj jest i żyje sobie bezpiecznie. Idą upały, sama rozumiem, że woli podwórko, gdzie zawsze jakiś garnek z wodą dla ptactwa stoi i cieniste zakamarki i myszy buszują w pobliżu budynków gospodarczych.

6 czerwca 2021

3 dni

Trzy ostatnie dni przyniosły natężenie wysiłku logistycznego i fizycznego. Szło na pogodę, trzeba było sprawę wykorzystać, bo ponoć lato ma być zimne i mokre w ogólności. 

Najpierw należało skonsultować się oczywiście z wróżbą. Pierwszy rozkład kart pokazał 3 Kije.
- Uda się i to nawet szybko i sprawnie - oznajmiłam.
- Ale czy pogoda wytrzyma? - wątpiła pytająca.
Karty wyrzuciły 3 Kielichy i Cesarzową, noszącą numer 3.
- Wytrzyma, choć trochę pokropi, ale uda się zebrać pod dach. W trzy dni. 

- Niemożliwe - wątpiła dalej poddenerwowana pytająca. - Kosić czy nie kosić?
No, to jeszcze Księgę zapytałam i odpowiedź wyszła podobna, będzie zwózka.

Zadzwoniła zaraz do znajomego rolnika. Ten akurat był na chodzie i zaraz na drugi dzień skosił łąkę. Drugiego dnia znalazł się chętny inny miejscowy rolnik i swoją maszyną pokos obrócił. Trzeciego dnia pogoda zaczęła chmurnieć. A w południe zagrzmiało, ale rozeszło się. Trawa została skostkowana i po 16 Anna z Andriuszą przywieźli pierwszy transport z łąki na pace i przyczepce. Obracali 6 razy, a z rana jeszcze 3.

W trzy dni się wypełniło. A mogło dłużej trwać, bo prognozy się zmieniły, upał ma być równy aż do czwartku, czyli pory zaćmienia słońca.

31 maja 2021

Aktualności ogródkowe

 Idzie na pogodę. Klują się kolejne ptasie dzieci.

Anna jeździ raz w tygodniu na targ do sąsiedniej gminy. Wreszcie się ruszyło. Są sadzonki tego i owego, kwiaty i warzywa oraz dużo zainteresowanych ludzi. Częstokroć znajomych, więc od razu nowiny przywozi. Dokupiła jeszcze dzisiaj nieco pomidorów i oto cały długi tunel już został obsadzony.

Pszczelarze narzekają na wymieranie rojów. Mówią, że nigdy tak nie było jak teraz. Przypisują to opryskom pól rzepakowych.

Tymczasem w innych mniejszych tunelikach wraz z zielonym koprem, który częściowo suszę a częściowo mrożę na zapas, już kolejna dawka rzodkiewki gotowa do rwania. Żeby tak klienci się do niej rwali, ale nikogo to nie wzrusza! Prawie nikt nie słyszał z tutejszych o możliwości kiszenia i rewelacyjnym smaku kiszonej rzodkiewki. A mały pęczek do kanapek każdy może kupić w Biedronce. Więc same musimy sobie z nadmiarem poradzić. Przy pomocy stada kóz to właściwie prosta sprawa.

Było też koszenie trawy w ogródku permakulturowym, podkaszarką. Zagrabiam pokos pod krzaki porzeczek, aby je dokarmić, ale z przykrością muszę przyznać, że już drugi rok z rządu właściwie nie owocują. Są tylko pojedyncze owocki gdzieniegdzie, mimo że krzewy, przynajmniej niektóre wyglądają całkiem dorodnie, jak na tak słaby kawałek ziemi. Za to te posadzone w ogródku przydomowym mają owocu obficie, jak zawsze. Tu mamy dużo lepszą i użyźnioną glebę.

Dynia wykiełkowała, ale nie wszędzie. Trzeba będzie dosiać w tych miejscach. I wyściółkować słomą tam, gdzie wyrosła, aby nie zarosła perzem i trawą.

Drzewka owocowe przyjęły się.

Co drugi dzień zbieramy dużą michę truskawek. Pierwszy rok, gdy się udało je wyhodować. Ale trzeba było posadzić w tunelu. Stopniowo będziemy je wysadzać na zewnątrz wraz z poziomkami, które w tunelu dają zbyt kwaśne owoce.