30 stycznia 2026

Zimna podróbka

 Cały styczeń przeleciał bez wpisu. Było zimno i zimowo, las przepiękny, ośnieżony, poważny, codziennie go odwiedzam, spacerując. 

Mimo to dopadło mnie przygnębienie. Wraz z krótkotrwałą odwilżą, mokrym śniegiem, które już odchodzą szybkim krokiem poganiane przez kolejną, silniejszą falę mrozów. W sercu i głowie jawi się pustka. Film amerykański polecony przez znajomego, zachwycającego się tym razem muzyką (komputerową - jak sądzę po próbie obejrzenia) znowu okazał się komputerowym nieludzkim zgniotem. Zdumiewają mnie ludzie idący z zachwytem w ciemno za tym, co wymieli maszyna w przepaściach swej nieludzkiej obojętności i nieludzkiej logiki. Nie ma w tym sztuki, artyzmu, wyobraźni, czucia i serca, jest wielka podróba. W tej pustce trudno o jakąś radosną myśl, nadzieję, czystość (chyba że za czysty uznać mechaniczny metal połyskujący zafoliowanym plastikiem).
Gadające głowy prześcigające się w wymądrzaniach na każdy temat z komentatorami AI są równie puste. Donoszą już stąd i zowąd, że AI podsłuchuje przy pomocy cipów w aparatach i urządzeniach w całym domu, korzystając z wi-fi. Krążą filmiki, gdzie ludzie gadający z maszyną są już na skraju schizofrenii, albo ogłaszają AI nowym Bogiem, a siebie jego kapłanami.
Inni donoszą z dumą do urzędów na właścicieli psów trzymanych klasycznie w budach na zewnątrz, oskarżając ich o to, że pies czy inne zwierzę nie ma świeżej wody na zewnątrz stojącej, z której mógłby korzystać w każdej chwili. I to teraz, w temperaturach poniżej 10 stopni! Są młodymi "gniewnymi" „ormowcami”, wierzącymi w doskonały system, który zbawi ludzkość i zamieni nasze życie w raj. Doświadczenia przodków dla nich nie istnieją. Przecież maszyna to nie to, co dawna ludzka biurokracja i tyrania. Dawne sposoby życia, jedzenia, ogrzewania się odejdą w zapomnienie, wyśmiewane i ostatecznie potępione. Nowi tyrani już rosną, mają miłe buzie, płaczą na widok głodnego kota, karmiąc go chemiczną trucizną, nie umieją pisać długopisem ani rysować ołówkiem, nie wiedzą co to pieniądz, zmęczenie, głód, cudza własność.
Będzie ich więcej, wiele razy już ich śniłam. Nowi panowie świata, wychowani bezstresowo, dla których inni, zwykli ludzie będą pełnić rolę nowoczesnych niewolników. Wejdą do przypadkowego domu, rozgoszczą się, najedzą, prześpią, zostaną, albo pójdą, czasem to ty albo ty pierwsza opuścisz własne mieszkanie, bo tylko to cię uwolni od niechcianej gościny. Jakże uprzejmego, inteligentnego, zabawnego "państwa", tworu nowoczesnego nad-człowieczego komunizmu, "nowych ludzi".
Śniłam też koniec tego procesu, marny i żałosny, tego co się dopiero nieśmiało zaczyna, co podnosi metaliczną główkę i migocze kolorowymi obrazkami na ekranie. Rozsypie się na części, odpadną mu kończynki, rączki, nóżki, główka. Zostanie potłuczonym śmieciem, zalegającym kopce, albo rozżarzoną surówką w piecu wulkanicznym. Wszystko, co powiedziane na początku, zapisane i starannie przeniesione przez czas w starannie przepisywanych księgach, spełni się. "Nie może glina połączyć się z żelazem"... to już prorok Daniel zapisał.

Jedząc poranną jaglankę z żurawiną i masłem przyglądam się przez okno z miłością sikorkom, sąsiadom kowalikowi i dzięciołowi, rudym sójkom korzystającym z ptasiej stołówki na tarasie. „Częstujcie się, kochane dzieci! Niech was Opatrzność chroni! Uważajcie na siebie... zimno znowu idzie”. Ćwierkają do mnie z daleka, gdy wychodzę na dwór, las skrzypi wieloznacznie, gdy idę, jakby witał się i wymieniał najświeższe wiadomości.
Jak to zrobić, aby ignorować technologię? Nie brać pod uwagę ludzkiego szaleństwa, które nadchodzi? Pamiętam głos sprzed lat, który mnie obudził pewnej nocy: „Ufajcie! Pułapka jest mądrze zastawiona... siedem razy siedem...” Zrozumiałam potem zagadkę tych liczb i znalazłam ją w zapisie Nostradamusa w pewnym almanachu. I obliczyłam. Przed nami jeszcze przynajmniej 40 lat zwiększającego się „wielkiego ucisku”, „który gdyby nie został wcześniej zdjęty, nikt by nie przeżył, i to na całej Ziemi”. W nocy nie mogąc spać, po zakończeniu lektury „Dziejów” Herodota wzięłam się za „Rozmyślania” Marka Aureliusza. I natychmiast chłodna czystość starorzymskich cnót, ludzkiej szlachetności i filozofii owiała mnie chłodnym boskim powiewem, co za ulga!

10 stycznia 2026

Zimowanie

Mrozi poniżej 10-15 stopni, spadł śnieg, to już czwarte odśnieżanie podwórka w tym sezonie. Zaliczona została krótka awaria prądu. Nieco wcześniej przytkała się toaleta, a przed nią rura pieca c.o. Potem uruchamiany na mrozie samochód dziwnie zapiszczał, ale był to - jak się okazało - alarm mrozowy i znikł po nagrzaniu silnika. Udało się samodzielnie sprawy naprawić, wydostać i wynieść nadmiar popiołu, odetkać hydraulikę, rozruszać auto. Po Trzech Królach trzeba było jeszcze rozebrać gałęzie choinkowe, robiące za choinkę, i posprzątać rozsypane igły.
Odśnieżamy na zmiany, bo jest tylko jedna szufla. Wrrr... Są z tego pewne spory. Anna uważa, że robię to nieprofesjonalnie, co znaczy tylko, że mam inną metodę od niej. Wyrywa mi z rąk narzędzie pracy, a to tak przyjemnie jest odgarniać sypki biały kożuch i maszerować ścieżką! Spacer wtedy można zamienić w energetyczne zajęcie na świeżym powietrzu. I niczym czarownica szufluje z zapałem i płonącymi pasją oczami sama.
Zaczyna się od priorytetów, zatem dróżka do obory, placyk przed nią, dróżka do altany, pracowni, paszarni i stodółki, dróżka do bramy, plac przed i za bramą, na tyle aby nie zasypało i można było bramę otworzyć dla samochodu, placyk przed garażem, dróżka do ziemianki. Potem dopiero ostatnie czyszczenie głównej drogi z garażu do bramy. Jest tego trochę, ponad 50 metrów do bramy, i jeszcze z 10 do drogi za bramą.
Poza tym spędzam czas na wysłuchiwaniu gadających głów w tematach politycznych, słuchaniu patriotyczno-starodawnej muzyki (wiem-wiem, mam dystans umysłu, ale serce lubi śpiewy chóralne) i na  lekturze. Wchłaniam wielotomowe epopeje, dzienniki, pamiętniki, dzieje historyczne. No, cóż, długie zimowe wieczory skłaniają do rozmyślań.

31 grudnia 2025

Szczęść Boże i Do siego roku!


I po świętach wyszło ostre słońce i spadł śnieg. Mróz zmienny. Było już pewnej nocy mniej niż piętnaście stopni, na dzisiejszą zaś zapowiadają ponad dziesięć na minusie. Obserwuję przez okno chmary sikorek zlatujących się do karmnika zawieszonego na tarasie, który codziennie uzupełniamy. Prócz nich pojawia się codziennie mały dzięciołek z czerwoną czapeczką, którego stukanie zawsze słyszę podczas spaceru tuż za domem, podkradają spore porcje jedzenia również dwie duże rude sójki.

O ile dzięciołek żywi się zgodnie wraz z sikorkami, to ta chmara drobiazgu odfruwa z respektem przy pojawieniu się sójek, które są w ciepłym sezonie drapieżne wobec ich jajek i piskląt. Przeczekują obsiadłszy krzaczki i płot obok, po czym znów się zlatują, żerując każda po kolei, w całkowitej zgodzie ze sobą. Dziennie bywa ich pewnie więcej niż kilkanaście, kilkadziesiąt, poruszają się bowiem rodzinnymi gromadkami. Odróżniam rodziców od zeszłorocznej młodzieży, która jest drobniejsza od starszyzny.
Znają doskonale moje zwyczaje i porę, gdy rano przynoszę im w miseczce smakołyki (twaróg, smalec, siemię), i dorzucam kulki z ziarnem do wiszącego karmnika, mniej się boją i ćwierkają z dala, zwołując siebie nawzajem. "Już, już jest!". Pozdrawiam je serdecznie: „Szczęść Boże, ptaszęta, miejcie się dobrze i mnie szczęście przynoście!” A one w dzień przelatując nad obejściem głośno zagajają same rozmowę: „Ćwir ćwir ćwir, jak się masz? Wszystko dobrze?” „Do siego roku!” - odćwierkuję po swojemu, co one nauczyły się uprzejmie rozumieć jako moją ich para-mowę.

I tego także Czytelnikom tego bloga z serca życzę.

12 grudnia 2025

Francuska przygoda

Opóźniłam się z poniższą relacją z jakichś takich zwyczajnych codziennych szarych przyczyn jesiennych. Ale ponieważ historia była u nas niezwyczajna, jestem w obowiązku zamieścić ją jednak na blogu.

Otóż około 23 listopada (a więc jakieś 3 tygodnie temu) spadł pierwszy śnieg tego roku i aura mocno się popsuła. Lekko po południu (ale niedaleko do wczesnego zmierzchu) tego dnia przed naszą bramą zatrzymały się ni stąd ni zowąd - trzy konie, mały pies i dwoje ludzi. Anna, ujrzawszy ich z okna wyszła przed dom zobaczyć co i jak. Długo nie wracała. W końcu poszłam za nią wiedziona ciekawością. Targała właśnie trzy kostki siana na taczce. Goście poprosili o trochę siana dla koni.
Okazało się, że pojawili się wędrowcy rodem aż z Francji, poprosili o możliwość rozbicia się namiotem w zagrodzeniu i ugotowania sobie czegoś w domu. No problem. Byli to sympatyczni młodzi ludzie, rozmawiający trochę po rosyjsku i angielsku, ja zaś dołączyłam do tego z moją lichutką w mowie francuszczyzną.
Samuel i Marie, z regionu Anjou, po naszemu zwanego Andegawenią, od 8 miesięcy wędrujący z końmi kupionymi bodaj w Kazachstanie, przez Kirgistan (albo odwrotnie), Rosję, Litwę, Łotwę, Podlasie gdzieś hen za Rzeszów, gdzie mieli w planie dotrzeć „gruzowikiem” i zimować do kwietnia, po czym ruszyć przez Słowację na południe, do siebie.

Wywiedziałam się, że dziennie robili en pied od 16 do 25 kilometrów, zależnie od pogody, choć teraz śnieg nieco ich opóźnił w marszu, koń się pośliznął i muszą uważać na jakość drogi. Ogrzali się przez kilka godzin przy piecu, wysuszyli, ugotowali sobie makaron, poczęstowałam ich zupą burakową czyli la soupe vegetarienne, notre fromage et cacao de ceremonie avec lait de chevre et sucre brun. Smakowało. Dostali wodę dla koni, które dużo jednak nie piły, bo śnieg im wystarczył.

Rozmowa czasem zamierała, bo brakowało nam słówek, mimo że wyciągnęłam ku pomocy moje dwa diksjonery, no i był automatyczny tłumacz w smartfonie w razie czego, ale w sumie było miło.

Następnego dnia Francuzi wpadli o poranku na kawę i herbatę. Opowiadali o wilkach, żubrach i łosiach widzianych przez nich wcześniej, ale u nas nic im się nie przytrafiło. Przy czym największy zachwyt budziły w nich łosie, których nazwę wymawiali jak angielskie wash. A żubry nazywali bizonami. Porozmawiałam trochę po ichniemu, z wtrąceniami rosyjskimi, które nieco rozumieli, nader niezdarnie, co rusz zapominając francuskich czasowników. Mój główny problem był jednak z pojmowaniem mówionej francuszczyzny, bo tego nie trenowałam w ogóle od czasów licealnych, nie było potrzeby. Rozumiem pisany język, potrafię też sformułować jakoś zdania i co nieco opowiedzieć od siebie, ale raczej z brakiem wzajemnej komunikacji. Byli jednak przyjemnie zaskoczeni, że mogą usłyszeć swój język tak daleko od kraju, odpowiadając mi po rosyjsku albo angielsku (tą mową włada Anna).
W każdym razie nieco się wystraszyli słysząc o temperaturach zimowych możliwych na wschodzie Polski oraz dużych ilościach śniegu (tam gdzie zmierzali trwała właśnie zwyczajna kilkudniowa awaria prądu na dużym obszarze z powodu śnieżycy). Pogoda ich zdziwiła. W swojej Andegawenii zimą miewają najwyżej 3-5 stopni na minusie i niewiele śniegu. Rosję i wschodnie kraje przebyli porą ciepłą, w dużej części „gruzowikiem”, a zeszło im tak długo, bo biurokracja tam uniemożliwia szybsze poruszanie się. Zaśmiałam się: Le dernier Français à avoir voyagé ici en hiver fut Napoléon!

Rozstaliśmy się serdecznie i Bon voyage! Vous prenez ce fromage! Oni ruszyli całym swoim stadem na sąsiednią gminę en pied, a my do miasta. Śnieg zaległ w lasach i na leśnych duktach, ale drogi już były w miarę odgarnięte. Tym niemniej mocno im współczułyśmy jeszcze dość długo, mając nadzieję, że przetrwali dzielnie zimno, wilgoć i błoto kolejnych dni.

18 listopada 2025

Wszystko się może zdarzyć...

A zdarzyło się... marchewkowe pole. Prawdziwe, całe w marchewkach! Kombinat rolny dwie czy trzy wioski dalej, który je obsiał i zebrał kombajnem zostawił resztki dla chętnych. Chętni skrzyknęli się, a jakże. Także i Anna dostała cynk i któregoś niedawnego dnia wyjechała po porannym obrządku naszą francuską paką na warzywobranie. Kilka godzin później przywiozła tyle, ile zdołała własnoręcznie zebrać z tego, co zostało po maszynie w bruzdach, i ile się zmieściło w samochodzie. Oraz trochę naci, która dostała się od razu kozom i drobiowi. Zjadły ze smakiem. 

Następnego dnia stanęłyśmy obie do kolejnej parogodzinnej pracy. Trzeba było marchew przebrać i posegregować do skrzynek. Trudno mi powiedzieć ile ich było. Dużo. Marchew będąca w całości trafiła do ziemianki, ta naruszona, spękana i połamana do sieni, skąd na bieżąco pobieramy ją do jedzenia. Krojona pędzi do kozich brzuchów dwa razy dziennie, ponadto Anna reaktywowała sokowirówkę i tak oto codziennie wypijamy po dużym kubku świeżego soku marchwiowego. Ja z dodatkiem soku z cytryny (jabłko wolę pogryźć osobno). Zresztą kombinat zebrał warzywa krótko przed przymrozkami, umiejętnie wyczekując chwili, gdy są najsłodsze. I to jest prawda, są słodkie i nie potrzebują dosmaczania owocami. Tym sposobem przeszłyśmy naturalnie na dietę z wysoką ilością błonnika, co ma swoje duże zalety zdrowotne.

W takim razie śpiewamy sobie zgodnie:

Marchewkowe pole rośnie wokół mnie
W marchewkowym polu, jak warzywo tkwię
Głową na dół, zakopany niczym struś
Chcesz mnie spotkać, głowę obok w ziemię wpuść!

Mało tego... przyszedł cynk, że zostało trochę buraków po kombajnie. Dwa dni Anna biła się ze sobą, aż nie wytrzymała i pojechała. I znów skrzynek przybyło... na kuchni pitraszę zupę burakową i buraki do sałatki z chrzanem, do marchewki doszedł mocniejszy czerwony kolorek, a Anna szykuje zakwas.

13 listopada 2025

Nowinki z rezerwatu ścisłego i nieścisłego

Aby uczcić święto narodowe Anna wybrała się 11 listopada na kilkugodzinną wycieczkę zorganizowaną w rezerwacie Puszczy Białowieskiej. Za jedyne 10 złotych bilet. Musiała wyruszyć o wczesnym mglistym poranku, by zdążyć dojechać na czas pod Muzeum. Zebrała się tam grupa około dziesięciu osób przybyłych z różnych miejsc, Warszawy, Białegostoku i mniejszych miejscowości, jak nasza, w przewadze żeńskiej trzeba dodać. Rodzina z dziećmi i reszta dorosłych. Pod przewodem starszej pani pełniącej rolę przewodniczki przeszli trasę około 7-kilometrową. Takich grup było oczywiście więcej i każda osobno i w nieco innym czasie wychodziła na ścieżkę.

Doświadczenie było dość powolne. Z racji listopada nie było nadmiaru pięknych okoliczności przyrody, susza zniweczyła pewne atrakcje błotne, które tam na ogół do tej pory bywały, więc przewodniczka zabawiała uczestników informacjami o historii puszczy, czasach królewskich, carskich i wojennych. Posiadała także w torebeczce malutką, zgrabną książeczkę, którą często wyciągała, ze zdjęciami i opisami okazów możliwych do napotkania w lesie, grzybów, porostów, ptaków, zwierząt, drzew i roślin, aż Annie się westchnęło z zazdrości. Wydawnictwo musiało mieć już swoje lata. Obecnie trudno coś takiego znaleźć w ofercie księgarskiej.

Niedawno kupiłyśmy sobie trzy atlasy ptaków i owadów, aby umieć rozróżniać to, co nam się ukazuje codziennie przy domu. I jakież było moje rozczarowanie! W dwóch różnych atlasach ptasich zostały dokładnie te same ptaki ukazane, z innymi opisami, równie mało wartościowymi, zdjęcia różnej wielkości nie oddające dobrze ani kolorystyki danego gatunku, ani wyglądu samca czy samiczki. Strata pieniędzy! Nawet sikorki bogatki w nich nie uświadczysz, jedynie jedna, nader uboga.
Natychmiast doceniłam moje sfatygowane już dość, dwa małe atlasy, ptaków i chrząszczy, które kupiłam sobie jeszcze w czasach liceum, czyli w latach 70-tych. W tych małych książeczkach zmieszczono całą podstawę gatunków występujących w Polsce, pięknie barwnie narysowaną i opisaną ornitologicznie i entomologicznie z naukową dokładnością, ptaki są podobne do siebie jak najbardziej, i wszystkie sikoreczki, bogatka, modra, uboga, czubatka, sosnówka są w nim uwiecznione, podobnie chrząszcze i chrząszczyki. Wielkość tych atlasików naprawdę nieduża, poręczna, łatwo mieszczą się w torebce i nie obciążają plecaka podczas wycieczki, jak owe najnowsze wydawnictwa psudo-naukowe. Będą mi służyć do końca.

Bożesz właśnie, muszę zapisać, gdyż nie opisałam byłam na blogu, radości jednego dnia wrześniowego (chyba), gdy we wszystkich oknach w domu pojawiły się nagle gromadki furkoczących radośnie powietrznych gości, sikorek, które prosto z drogi przyleciały się pokazać. Rozćwierkane, uśmiechnięte, siadały na parapetach, stukały w szybę, furkotały pod dachem tarasu. "Jesteśmy już! Witajcie! Pamiętamy o was! I wy o nas nie zapominajcie!". No, więc nie zapominam i coś tam im zawsze podsypuję, szykując codziennie karmę dla hodowlanych ptaków, czyli dwóch kaczek i indyczki (Igor właśnie kilka dni temu czmychnął do nieba, naturalnie, ze starości). Sikorki często okupują sąsiednie drzewa, lipę i akacje i podczas spaceru zawsze słyszę ich wzmożone ćwierkanie. Mam wrażenie, że się ze mną komunikują, więc odpowiadam niezdarnym pogwizdywaniem w ich stylu. I tak sobie gwarzymy. Zimą oczywiście dostają stałe mocne porcje przetrwaniowe z ziaren różnego rodzaju zlepionych smalcem, (nie tak jak teraz), a Anna postanowiła ulepić im z gliny specjalny karmniczek.

Poza tym na wycieczce wreszcie uwierzyła, że nasz przydomowy dąb, świeżo niedawno przystojnie podgolony na Kmicica, w porównaniu z tym uwiecznionym na powyższym zdjęciu, to żaden gigant, ledwie stuletni nastolatek. "Tak, to on nas ma, a nie my jego, fakt"...

Ponoć tysiącletnie dęby już nie istnieją, orzekła pani przewodniczka. Jak mają istnieć, pytam. Gdy są wycinane w pień w ich młodości? Dawno poszły na klepki do beczek handlarzy winem, podobnie jak wiekowe sosny na maszty statków takich Kolumbów i Amerigów Wespółcich. Jeszcze kilka lat, a młodzież będzie się uczyć za pośrednictwem AI, że tysiącletnie dęby to jeno słowiański mit był i nigdy takowe nie istniały. No, może 500-latki, najwyżej.

3 listopada 2025

Linienie

Oj, spojrzałam w kalendarz i zdumiało mnie samą, jak długo nie odzywam się na tym blogu (zresztą na innych też). Może dlatego, że zmieniam skórę? Bo jak inaczej nazwać proces, który się we mnie odbywa, jak nie wylinką? 

Lato było znośne i druga jego część była całkiem do rzeczy, pogodna, ciepła, nie skwarna. Jesień przyszła spokojnie, kilka razy chwyciły niewielkie przymrozki, ale zdążyłyśmy zebrać z ogrodu wszystkie płody ziemi, a więc cukinie, dynie, buraki oraz zielone liściaste aromatyczne zioła, w rodzaju bazylii, czy pietruszki, które ususzyłam i stosuję jak zawsze w kuchni. Kupiłyśmy nieduży zapas ziemniaków na zimę i owies dla kóz. Uzupełniłam zapasy soku pomidorowego, jednak w tym roku z pomidorów kupowanych na targu, bo nasze - w gruncie - zostały po prostu zjedzone na bieżąco. 

Pierwsze wrażenia z wiosny, gdy z racji zimna nic nie wschodziło bardzo długo, paniki ogrodniczki Anny, że nic się nie uda, nie potwierdziły się. Pogoda na tyle się unormowała, że w końcu rośliny wzeszły, zakwitły i zaowocowały, choć niektóre gorzej niż zwykle (jak np. ogórki, których starczyło tylko na bieżącą konsumpcję i tylko raz czy dwa zrobiłam z nich małosolne). Jabłonie zakwitły, ale zmarzły co do jednej, aż dziw, bo miały rok niekwitnienia, więc teraz ciekawe, co będzie w przyszłym, zdecydują się, czy nie. Są już stare i żadnej ich decyzji nie wykluczam. Porzeczki, czarne, czerwone i białe jak najbardziej się udały i wspomogły zapasy zimowe. Także świdośliwy było na tyle dużo, że spróbowałam z niej zrobić dżem. Wyszedł sok z ciekawie smakującymi owockami, słodki z natury na tyle, że właściwie nie wymaga dodatku cukru, no, może troszeczkę. No, i maliny, jakie również pozamieniałam w soczki, które najbardziej Anna lubi jako dodatek do herbat różnych rodzajów. I w nalewkę także, tak odrobinę. 

Udało się nawet zrobić trochę żółtego sera, w co już zwątpiłam. 

Zdechła gusia Pulcheria. Wiekowa już była, chyba przekroczyła 10 lat życia. W zamian więc - bo na podwórzu zrobiło się jakoś "łyso" - dokupiłyśmy parę białych rocznych kaczek, Kakusia i Kasię. Szybko oswoiły się z parą indyków i z nowym miejscem, i już poprawiają mi humor swoim kaczym chodem i inteligentną kontaktowością.

Poza tym wynajęłyśmy firmę drwali, która fachowo podcięła wielkie konary drzew rosnących przy domu i grożących awariami w razie przypadków pogodowych. Z jawora, dębów, akacji, brzozy. Zrobiło się z tego spore źródło opału, które trzeba jeszcze pociąć i porąbać na drobne, bo niektóre konary grube były jak pnie. 

To tyle okoliczności dotychczasowych. O mojej wylince powiem, że idzie powoli, ale pozytywnie. Przygotowuję kolejną książkę do druku.    

21 sierpnia 2025

Kryniczny chłód

Trochę ciepła przeplatanego chłodnymi nocami, które robią się coraz zimniejsze. Rano o poranku trzeba już wkładać katankę do dojenia, bo dreszcz przechodzi przez ciało. A okno w sypialni zamykać wieczorem, bo obudzić się można z chrypką i pokasływaniem mimo ciepłej kołdry. Kiedy się mieszka przy lesie powietrze nad ranem jest wilgotne i mgliste, o tym trzeba pamiętać (albo się przekonać na swojej skórze).

Taka temperatura sprzyja jednakże robieniu serów, raczej wtedy nie puchną i dojrzewają spokojnie na powietrzu, zamiast się pocić i lepić w upale. Wykorzystuję ją zatem jak i porę sezonu, gdy mleka jest dostatek, aby zrobić zapas żółtych na jesień, a z czasem na zimę. Pizza się szykuje.

Anna zaś w rozjazdach, również jak najbardziej sezonowych. Bo imprez w regionie sporo, jarmarki, święta, koncerty i warsztaty urządzane w domach kultury tu i tam. Właśnie odbyła dwudniowe warsztaty balwierskie w Korycinach, gdzie instruktorka z Łodzi uczyła barwić tkaniny naturalnymi barwnikami, w tym wypadku indygiem wytwarzanym w Indiach. 

Odbyłyśmy także wieczorny doroczny wyjazd pielgrzymkowy na święto Spasa na górze Grabarce. Pomodliłam się, zapaliłam świece wotywne w intencji zdrowia naszego i rodziny, obmyłam się w strudze, zostawiłam chorobę do spalenia w specjalnym piecu przez siostrzyczki, napiłam świętej wody i nabrałam trochę zapasu do butelki (który wypiłam w całości już w nocy). Zimna, kryniczna woda ze studni jest najsmaczniejsza. 

Poza tym ogród karmi nas już co dzień, dając: cukinie, patisony, buraki, czosnek, ogórki, pomidory, fasolkę oraz wszelkie zielone smakowe zioła przyprawowe do herbatek, zup, sosów, sałatek albo kanapek. Mnie zaś wziął i chwycił apetyt na kakao! Piję je wieczorami - niealkalizowane, gotowane na świeżo udojonym mleku kozim, z cynamonem, kardamonem i posłodzone łyżeczką miodu z pasieki sąsiada (sto procent miodu w miodzie). Ot, taki mam odlot w kierunku słodkiego ciepła.

9 sierpnia 2025

Twarogowa starka

Czas biegnie, ucieka spod stóp. Kiedy wkracza się w bramę starości, rzeczy odmieniają się, choć nadal zdają się takie same pozostawać. Zmiana zachodzi w głowie i w sercu. Ciało zwalnia, wszystko nabiera innego sensu. A raczej traci poprzednie sensy i motywacje, zaś to co się spoza tej utraty wyłania istnieje jak perła osłonięta do tej pory "ziemskimi ambicjami i mniemaniami". Oczywiście motorem dotychczasowym były hormony i ich interesy. Po ich uspokojeniu się i podczas zanikania wpływu wyłania się nowy świat. 

Przypuszczam, że są staruszkowie, którzy nigdy nie dają sobie spojrzeć na świat tym nowym, a jakże odwiecznym okiem, bo ich motorem są płytkie emocje, gniew albo strach (oczywiście przed utratą wpływów i opuszczeniem tego padołu). Ale ogół ludzi starzejących się reaguje na ten tajemniczy proces podobnie (nie wliczam gwiazd estrady, które - nieszczęsne - malują się na nieśmiertelne), i jak najbardziej naturalnie. Bo Mać Natura już to wszystko zabezpieczyła i nie ma się czego bać, wszystko samo się toczy swoim starodawnym torem. Nie potrzeba też do tego wielkiego rozumu, a wręcz zdobyta wiedza musi zostać w pewien sposób przełamana i odrzucona. Mądrość życiowa bowiem wcale nie jest intelektualna, a płynie poprzez serce.
Babcie i dziadkowie zawsze mieli i jeszcze nadal mają, choć młodym wydaje się, że to nie istnieje, swoje ważne zadanie w rodzinie i społeczności. Ponieważ ich świadomość przesuwa swoją uwagę ze spraw ciała i biologii na sprawy ducha (choćby i nawet niektórzy deklarowali się materialistami), a serce otwiera się, to kwestia szczęścia najbliższych i dalszego prosperowania rodu jest w ich gestii ochronnej. Robią to przy pomocy spontanicznej modlitwy, o której czasem sami może nie wiedzą, że ją uskuteczniają. Łącząc chcąc nie chcąc ten padół z wyższym wymiarem i otwierając nad otoczeniem parasol ochronny. 
Im babcia czy dziadek starsi, tym częściej można ich spotkać na spacerze, wpatrzonych w przyrodę, na cmentarzu, albo z różańcem w kieszeni lub szufladce koło łóżka odmawianym podczas długiej bezsenności nocnej, (która też jest naturalna). 

Tak, powiecie, ale... ci sami staruszkowie wplątani w polityczne walki, głosują tak, jak nimi hasła i obietnice formułowane w cichych gabinetach - sterują, i stają się przedmiotem gry, w której są ofiarami, w żadnym razie zwycięzcami. Pomyślcie, czemu tak się dzieje? Czemu staruszkowie tak bardzo się boją i żywią gniew, plując na siebie i innych i wrzeszcząc dziwne hasła na miejskich placach i pod kościołami? Zamiast dbać o wnuki, odpoczywać w sanatoriach i hodować pomidory i kwiaty na działkach? To nie jest wina różańca w ich kieszeni. Tylko coraz bardziej nienaturalnego systemu, w którym coraz mniej dla nich miejsca, mniej sensu, mniej potrzeby istnienia i mniej szacunku, a coraz więcej samotności i drwiny.

Ten przydługi wstęp dałam po to, aby odnotować, że mamy już kolejny miesiąc za sobą. Zimnego i dość nawet wilgotnego lata. Minął już doroczny festiwal w naszej gminie, Anna udziela się co rusz na zajęciach warsztatowych w regionie, ja zaś zdołałam zrobić kilka żółtych serów (nie wszystkie wyszły z powodu nadmiernej wilgotności powietrza) i wróciłam do codziennego wyrobu bezpiecznych twarogów, chodzę na spacer z psami i czytam. Znajomy kucharz celebryta donosi, że twarogi są ostatnio, na mocy bożka Tik Toka, wielkim hitem żywieniowym w Stanach. Młodzi je odkryli, nazywając "najczystszą formą białka". Ponoć brakuje tych serów w marketach, tak są popularne. Dla Słowianina to nadal prawda codzienna i oczywista. Dla mnie w każdym razie jak najbardziej.

19 lipca 2025

Żniwa porzeczkowe i dieta nie tylko lipcowa

Pogoda lipcowa zmienna, słabo przewidywalna. Nagłaśniane przez media upały (które trapią całą resztę Europy, łącznie z Anglią i Skandynawią) zamieniają się w najwyżej dwa dni ciepłe i słoneczne, po których zawsze przychodzi więcej niż tydzień dni chmurnych, ze słabym słońcem, z deszczami i burzowymi pomrukiwaniami. Kozy lubią tę pogodę, a że oba pastwiska już szczegółowo wygryzły, prędko zmykają każdą dostępną dziurą w świat zewnętrzny („do wilka”) i kończy się na bieganinie Anny po krzakach i lesie z wielkim krzykiem i gniewem. Tym niemniej przy okazji znosi do domu znalezione przy gonitwie kurki, które idą na marynatę w domowym occie jabłkowym.

Porzeczkowe żniwo dotychczasowe: 18 dżemów z czarnej i czerwonej, 10 buteleczek soku z nich, plus 3 i pół litra soku z sokownika oraz zapas mrożonych surowych owoców na kompoty, które pijemy przez cały dzień. Pozostaje jeszcze kilka krzaczków nieobranych, a zroszonych deszczem, więc czekają na słońce, te pójdą do gąsiora. Oraz 3 krzaki białych porzeczek, które dojrzewają najpóźniej. Z nich robię dżem, który przypomina w smaku i konsystencji żurawinę i można go używać jako dodatek do mięs na słodko. Mój ulubiony. 

Mam ostatnio istny odjazd na twaróg i kozie mleko. W ogóle z powodu szwankującego woreczka i innych starczych dolegliwości zmieniłam dietę na wysokobiałkową, niskotłuszczową i niesmażoną, łatwostrawną, niskosłodzoną, bezglutenową jak zawsze, bezjajeczną w praktyce i bezalkoholową. Odpadły z niej warzywa wzdymające: fasola, groszek, cebula, czosnek, brokuł, kalafior, kapustne, jedzona na surowo zielenina oraz potrawy smażone. Uprawiam także od kilku miesięcy post przerywany typu: 8-godzinne okienko żywieniowe (od 9.00 do 17.00) i 16 godzin niejedzenia. Piję w ciągu dnia 1,5 litra wody z dodatkiem kompotu, do tego jedna kawa o poranku, a po południu kakao. Na śniadanie i obiad zupa, mleczna z kaszką jaglaną albo kukurydzianą bądź ryżem, i na obiad jakaś zupa warzywna z wkładką mięsną, czasem ryba pieczona z warzywami i jogurtowym dodatkiem. Na kolację twaróg z odrobiną miodu lub chrzanu, pieczona wątróbka, befsztyk z frytkownicy albo kanapki. Z surowizny: arbuz, banan, jabłko, marchew tarta, zielona posypka do potraw z ziół ogródkowych, ogórek. I kiszonki: małosolne ogórki albo buraki. Z tłuszczy używam głównie masła i olejów z zimnego tłoczenia, lnianego, z ostropestu, z czarnuszki (odrobinę na smaczek) albo rydzowego, wszystkich na surowo do polewania zupy albo warzyw i sałatek. Wyzbyłam się sporą ilość kamieni, które jeszcze czasem doskwierają uciskiem pod żebrem, w dołku lub lekką kolką w boku, ale coraz to mniej. Od czasu, gdy się ważyłam ostatni raz przedtem (może 2 lata temu) schudłam prawie 10 kilogramów i poszło to teraz nadzwyczaj łatwo. I może trochę za szybko. Więc choć zostaje jeszcze kilka do zrzucenia nadwyżki dokarmiam się swobodnie w odpowiedniej porze, aby zachować równowagę i pełnię.

Spacerem delektuję się powolnym co dzień, w towarzystwie obu psów,  z lasem z jednej, a polami kwitnącej obecnie gryki, huczącej od pszczół i innych owadów zapylających - z drugiej strony.

6 lipca 2025

Podsumowanie czerwcowych dokonań

Krótko o dokonaniach. Dokonały się sianokosy, na naszej łące przy ścianie. Skosił jeden, skostkował drugi, zwiozła Anna na przyczepie, ktoś dopomógł wrzucić część urobku na strych obory. Ponad 320 ciuków, starczy, bo zostało sporo jeszcze z zeszłego roku.

Teraz zaczynają się zbiory porzeczek. Najpierw czarne. Warzę właśnie dżemidło i nieco soku do buteleczek. Jutro następna partia. Czerwone i białe mogą jeszcze wytrzymać do następnego weekendu. 

Świdośliwa zerwana, częściowo zjedzona, częściowo zamrożona, służy do gotowania kompotu letniego z domieszką porzeczek, dobrze słodzi ich kwaskowość. Kompot uzupełniamy wodą i tak pijemy przez cały dzionek. Zamiast szkodliwych letnich napojów sklepowych.

Wiatry wysuszają pastwisko. Upały je wypalają. Kozy pasą się dość krótko o poranku ze względu na upał i muchole, których nie znoszą i z zadowoleniem wracają do boksów. Potem jeszcze wycieczkują na chwilę do lasu za chatą, gdzie w cieniu żywią się liśćmi krzewów i drzewnych odrostów, a Anna w tym czasie podlewa ogródek i rośliny w cieplicy.

Ponadto jastrząb upolował ostatnią kurę nioskę i pod naszą nieobecność zjadł z niej wszystko, co dla niego najlepsze, ozdabiając miejsce stosem pierza. "To bóg Mars wziął swoją ofiarę i oby nią się zadowolił!" - orzekłam na ten widok. Trudno, i tak właziła nieposłusznie do ogródka rozgrzebując podlane grządki, i za nieposłuszne oddalenie się za ogrodzenie została ukarana przez los (las).

Po zgryzionym pastwisku przechadzają się codziennie ze spokojem dwa wioskowe bociany, wojtusie. To już dobra wróżba. Wyszukują świerszcze, myszy i różne owady, bo ropucha i ogromny zaskroniec żyją sobie bezpiecznie w cieniu naszej chaty i w zaciszu ogródka przydomowego, gdzie w zbiornikach gromadzi się zawsze deszczówka.

Od tygodnia mamy też kolektor na słońce do podgrzewania wody. Testujemy skuteczność i jak na razie sprawdza się. Choć nie wiadomo jak by się rzeczy miały w ciągu wielodniowych skwarów. Na razie duże wahania pogody od upału do zimnych nocy utrzymują temperaturę wody w znośnym zakresie stopni.

Zaopatrzyłyśmy się także w tegoroczny miód leśny, prawdziwie wiarygodny, u naszego sąsiada, który od jakiegoś czasu bawi się z powodzeniem w przydomową pasiekę, ma chłop rękę do pszczół, nie to co my. I błogosław mu, Panie!

Ceramika się kręci. Głownie podczas warsztatów i imprez letnich dla dzieci (wycieczka dzieci na rowerach do naszej altany, aby zrobić mydełka, zjeść świeżo przyrządzoną pizzę i przejechać się po wsi). 

22 czerwca 2025

Początek lata

I minął pierwszy dzień lata. Spokojnie, jak dawno już nie, bo przeważnie w tym dniu zaczynały szaleć zjawiska atmosferyczne w rodzaju gwałtownego wiatru i burzy z piorunami i obfitymi opadami. Pewnie to się obudzi na dniach, gdy Słońce będzie mijało Gromowładnego Jowisza, w znakach wodnych noszącego przydomek Pana Deszczów.

Bociany już hodują swą młodzież, jaskółki - dopiero niedawno - założyły sobie gniazdko pod okapem budynku gospodarczego, blisko obserwuję i słyszę wilgi, derkacze, dudka, słowika, stukanie dzięcioła. Rozkoszą jest siedzieć popołudniami na tarasie popijając wodę albo herbatkę z chabrów nazbieranych podczas porannego spaceru.

Ogródek wciąż w powijakach. Ogórki i buraki nie wykiełkowały, pomidory są niskie i dopiero niektóre zakwitły. Zjadamy szczypior, bazylię, nać pietruszki, rukolę i dziki brokuł.

Kozy zgryzły oba pastwiska, których ukrócone trawy marzą teraz o niebiańskim podlaniu. Szykuje się do spożycia owoc świdośliwy. Zjadam go z jogurtem domowym.


A w ogródku przekwita peonia. A może piwonia? Kto to wie...


Oraz cudownie wyrosła poprzez siatkę klatki dla kurcząt - trująca, ale jakże piękna naparstnica. (Kozy, także małe, nawet jej nie chcą powąchać, i dobrze).