Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siew. Pokaż wszystkie posty

20 maja 2026

Wiosna po francusku

 Wiosna przyjemna, nawet od czasu do czasu pada deszcz i zasila tą naszą piaszczystą glebę. Kozy są już dojone raz dziennie, bo synkowie chodzą spać do osobnego pokoiku dla młodzieży. Stąd poranne mleko jest dla nas. Na twaróg, jogurt, do zupki porannej i kawy lub kakao.

Właśnie, nauczyłam się pić często kakao. Kupuję najlepszej jakości, nieodtłuszczane, nie żałuję sobie akurat przyjemności dla zdrowia. Najczęściej naturalne w kostkach sprowadzane z Ameryki Środkowej. Wypróbowałam już różne kraje, Peru, Honduras, Kolumbię, Ekwador, dobre, każde ma jakiś inny odcień smaku, ale najlepiej "mi wchodzi" afrykańskie z Sierra Leone. Dodaję dużo cynamonu, kardamon, goździk, trochę mleka, słodzę lekko (pół łyżeczki) cukrem trzcinowym. Kiepskie wyniki krwi w zeszłym roku po niespełna dwóch tygodniach skoczyły w górę i mają się dobrze. Samopoczucie bez porównania lepsze, jak nigdy dotąd. Dobry sen, brak koszmarów, świetny humor. Z tego humoru nie tylko spaceruję codziennie leśną drogą i gadam z lasem i ptakami, to jeszcze uczę się mówionego francuskiego, wkuwam słówka, powtarzam i toczę rozmowy po francusku z psami, kozami, drobiem, ptakami, drzewami, mrówkami itd. itp. Psy już rozróżniają nową melodię mojej mowy i reagują dość dobrze na kilka nowych stałych haseł. Idziemy na spacer, wracać, biegać, zostać, jeść, spokój, bon appetit! Ponieważ nigdzie mi się nie spieszy robię niewielkie postępy, ale za to utrwalam nowe ścieżki neoronowe w mózgu, co sprzyja aktywnej głowie na starość. Francuski ma w sobie nie tylko muzyczność, łatwo się rymuje i śpiewa, ale akcentacja na ostatnią sylabę i podnoszenie tonu pozwala podnieść nastrój, to zadziwiające.

Rozważałam jeszcze naukę chińskiego, bo ma niesamowicie prostą gramatykę, ale wymowa wydała mi się nie do powtórzenia. Podobnie niewymawialny dla mnie jest angielski, a chrapliwość niemieckiego odstręcza. Po prostu i zwyczajnie kocham się tylko w językach romańskich, a czasem odsłuchuję jakichś lekcji łaciny, dla wprawy i świadomości.

Dodatkowo czytam codziennie po kilka książek na raz. Tych klasycznych, papierowych i na czytniku. Od dwóch lat zgłębiam ukochaną literaturę fantastyczną i zrobiłam już spore postępy w nowym spojrzeniu na tę dziedzinę. Zaczęłam od klasyki, polskiej i światowej, ostatnio doczytuję wszystkie powieści Lema, te które ominęłam dawniej. Zaliczyłam więc jak dotąd całego Verne`a, Wellsa, Philipa K. Dicka, Stapletona, Zajdla, Oramusa, Jacka Dukaja, i pojedynczo wybierane i na razie wąchane opowieści wielu innych autorów. 

Koleżanki pomogły nam zaciągnąć nową folię na duży tunel, Anna zgryzła glebę i posadziła już pomidory, posiała ogórki, cukinie, fasolkę. Tu i tam. Ja zaś wydałam sennik, dawny z nowymi uzupełnieniami i poprawkami w treści. Można znaleźć na allegro pt. "Język snu".

11 kwietnia 2026

Taki ptak

I wiosna przyszła, a wraz z nią nowe ptaszki przyleciały. Inaczej już od sikorek śpiewające, ćwierkające, świergoczące, kląskające, gwiżdżące, gruchające, a także te klekoczące, gęgające i podnoszące wielki poranny czy wieczorny klangor. Jak i zdarzają się te skrzeczące, kraczące i pohukujące, ale już naprawdę dużo rzadziej niż zimową porą. Sikorki gdzieś zniknęły, ale tylko się przemieściły w głąb leśnych ostępów.
Wczoraj raniutko usłyszałam znajome pukanie w okno w kuchni, cisza i znów, i znów. O! Cóż to za natręt? Przy porannych zajęciach ujrzałam za szybą dwóch sikorków :) na gałęzi klonu, pilnie i z ciekawością usiłujących mnie podejrzeć. Wypasione tłuścioszki! To najpewniej moi zimowi goście ptasiej stołówki... Poprawili mi humor na cały dzień.
Dzisiaj uaktywnił się towarzysko kowalik-sąsiad, w podobny sposób. Puka w okno od kuchni, po czym widzę jak sfruwa na taras do karmnika i główką w dół pozostając dziobie chwilę karmę mocno jak mini-dzięciołek, zerkając co chwila na szybę, jakby mnie widział, choć raczej nie widzi. Mam wrażenie, że czuje jakoś moją obecność i wzrok, stąd taka czujność. Bywa, że zamiera nieruchomo na długie chwile, jakby udając że go tu nie ma. I tak na siebie patrzymy każde ze swej prywatnej "niewidzialności".

Poza tym przyszły na świat nowe dzieci, niedługo będziemy je odstawiać od cyca, bo mleko już się marzy. To znaczy udaje się udoić po kubeczku dziennie, stąd jest "śmietanka" do kawy czy dolewka do jaglanki, ale to zdecydowanie za mało na twarożek czy jogurt. 

Anna chucha na roślinki, codziennie wynosi z domu siewki pomidorów i kapustek do cieplicy, a wieczorem wnosi je z powrotem. 

Poza spacerowaniem, obrządkami, gotowaniem i domowymi obowiązkami, rozprawianiem ze zwierzętami, które są najmilszymi słuchaczami, bo przecież nieważna jest treść, a ton głosu, a mam wrażenie, że mój ton bardzo jest dla nich przyjemny, bo są odprężone, strzygą uszami, pokwakują radośnie, gulgają, drepczą przy nodze, zbiegają się, chcą głasków i smakołyków. A to wszystko podnosi serce i umysł, po prostu uszczęśliwia.
I czytam. Teraz głównie fantastykę, ale nie tylko. Obserwuję także amatorsko różne zjawiska w sferze mentalnej naszego narodu, Europejczyków i Amerykanów, ale nie tylko. Przede wszystkim zdążając za filmikami na YT, prowadzona często algorytmem, ale nie tylko. 

Człowiek uczy się wtedy, gdy jest konfrontowany z tym, czego nie zna, widzi lub słyszy po raz pierwszy. Szukam zatem relacji cudzoziemców zwiedzających Polskę, lub Polaków zwiedzających inne kraje. Słucham wykładów językoznawców i tłumaczy z różnych narzeczy ziemskich. Aby zdobyć wyższy pułap (dystans) pozwalający na szerszy ogląd spraw i świata, w którym tkwię i żyję fizycznie, ciałem swoim. Umysł pozwala przecież fruwać dowolnie, jako ten "duch co dmie kędy chce i dokąd chce". Wysłuchuję opowieści o życiu albo ich spojrzeniu na świat z ust mormonów, żydów ortodoksyjnych, Indian, muzułmanów, hinduistów, buddystów czy taoistów. Czytam święte pisma z różnych rejonów świata, mitologie, kroniki historyczne. Po wędrówkach Ossendowskiego przez bolszewicką Syberię i buddyjsko-magiczną Mongolię, po Herodocie (Egipt, Grecja, Persja, Scytia) i Marku Polo (Azja od Bagdadu do Pekinu, przez rejon polarny, Cejlon, po tatarskie stany i z powrotem), po Bitwie na polu Kuru na półwyspie indyjskim, przeniosłam się do Persji, gdzie spędzam tysiąc nocy z Szeherezadą, czytam listy perskie Monteskiusza, ale i studiuję dziwne rytuały zaratusztriańskie wraz z Awestą. Dowiedziałam się tak, że była ona przetłumaczona na polski przez prof. Pietraszewskiego w połowie XIX wieku, ten dopatrzył się w niej źródła słowiańszczyzny (z tej racji, żeśmy jako Słowianie ludem indoeuropejskim), a tym samym wywarła pewne wpływy kulturowe. Jakie? Ano polski autor fantastyczny, Stefan Grabiński wydał tom opowiadań poświęconych kultowi ognia pt. "Księga ognia". I ten właśnie też sobie przyswoiłam. A ponieważ utwory Grabińskiego chwalił jako jedne z ulubionych w młodości mistrz Stanisław Lem, to ruszyłam następnie w jego kierunku i tym samym w przyszłość. Okazało się, że nie znam wielu jego pierwszych książek, zatem zaczęłam od początku studia lemowskie. "Astronauci", "Powrót z gwiazd", jeszcze sporo przede mną, nawet pomijając to co już dobrze znam. Ponadto, aby nie zdziadzieć w tej Europo-Azji powracam do Ameryki Łacińskiej, Majów i Azteków.

Kultura obrazkowa, przeniesiona na ekrany telewizyjne, w postaci filmów i seriali kompletnie przestała mnie pociągać i interesować. Najnowsze produkcje hollywoodzkie, przy pomocy narzędzi AI robione łącznie ze scenariuszami, nie mówiąc o podrasowywanych aktorach, wydaje się obrzydliwością, zmaszynieniem, odczłowieczeniem, "nuuudą, panie nuuuuudą!". Mistrz Lem wystartował w świat maszyn i cyber-tworów, pogrążając się w zamian w awersję i wstręt wobec biologicznych bladawców, oślizgłych i wilgotnych, ale też wskazując do czego prowadzi owa droga. Zdaje mi się, że stoimy jako ludzkość na progu, a jak próg - to jest i wybór. Jeśli wybór to niezbędna jest świadomość. By ją mieć, trzeba posiąść wiedzę i dystans, Dlatego już głównie czytam, a nie oglądam (lub raczej: dużo mniej oglądam, a widzę z pomocą swego umysłu).
Wybór między czym a czym? 

Byciem człowiekiem albo nie-człowiekiem. Proste. 

Większość na razie daje się prowadzić jak cielęta, myśląc że świat jest jaki był i będzie jaki jest. Tymczasem Ten Próg stoi między jakościami, i jeśli go przekroczymy nie będzie już żadnego odwrotu. Nadchodzi ten czas, z dawien dawna zaplanowany. Chcesz być nie-człowiekiem? Uświadom sobie z czym to się wiąże, do czego zmierza, co daje i co zabiera, bo to będzie raz na zawsze! Nie wrócisz już do biologii ciała, będziesz się od niej coraz bardziej oddalał, wchodząc w świat z metalu i plastiku, fal i praw matematyki, stając się jego podległą częścią. W świat wymagający posiadania niewolników, a od ciebie bycia wyższą rasą. Posiadanie niewolników zaś najbardziej zniewala panujących, jak pokazuje Historia - nasza ludzka nauczycielka. Cóż wart pan bez raba? Mniej niż psia kupa, zapewniam.

Chcesz być człowiekiem? Uświadom sobie z czym to się wiąże, czego masz się trzymać, w którą stronę zmierzać, a którą omijać, bo nie twoja jest, tam stracisz to, co masz, raz na zawsze.
Tak przedstawiony wybór, dla kogoś inteligentnego daje proste wytyczne. Jeśli wyborem jest nie-człowieczeństwo - wybierasz ciągłą gonitwę za czymś nowym, innym, która łatwo przerodzi się w ucieczkę przed konsekwencjami, których ostatecznością jest wielkie splątanie, węzeł gordyjski, piekłem zwany. I tak czy siak koniec świata, choćby w jego wersji rozszerzonej do wszechświata i Big Bangu. Jeśli postanowisz pozostać człowiekiem, masz i drogę i trwanie, bowiem ciało kontaktuje cię z Matką, Matka z Ojcem, Ojciec z Synem, którym to ty, Człowieku jesteś, nikt inny. 

Ech, tyle myśli, tyle wrażeń, tyle spostrzeżeń... I o! puka ptaszek w okno. Och, och, och, taki ptak - dobry znak! (Nie-ludziu, pamiętaj, wchodząc na tę ścieżkę, będziesz musiał sobie ptaszka narysować, a jak ci się znudzi - skarykaturyzować, potem spotwornić, potem zabazgrać, i wycierać gumką aż do wessania przez kosmiczną czarną dziurę). Nam ludziom, tak mało naprawdę potrzeba do szczęścia! :) Tylko Ziemi, tylko nieba, tylko wody, zwierząt, roślin, pór roku. I opowieści, modlitwy, wspólnoty, śnienia, smutku i wesela. I na koniec: Papapa! Dziękujemy za teatrzyk!

22 czerwca 2025

Początek lata

I minął pierwszy dzień lata. Spokojnie, jak dawno już nie, bo przeważnie w tym dniu zaczynały szaleć zjawiska atmosferyczne w rodzaju gwałtownego wiatru i burzy z piorunami i obfitymi opadami. Pewnie to się obudzi na dniach, gdy Słońce będzie mijało Gromowładnego Jowisza, w znakach wodnych noszącego przydomek Pana Deszczów.

Bociany już hodują swą młodzież, jaskółki - dopiero niedawno - założyły sobie gniazdko pod okapem budynku gospodarczego, blisko obserwuję i słyszę wilgi, derkacze, dudka, słowika, stukanie dzięcioła. Rozkoszą jest siedzieć popołudniami na tarasie popijając wodę albo herbatkę z chabrów nazbieranych podczas porannego spaceru.

Ogródek wciąż w powijakach. Ogórki i buraki nie wykiełkowały, pomidory są niskie i dopiero niektóre zakwitły. Zjadamy szczypior, bazylię, nać pietruszki, rukolę i dziki brokuł.

Kozy zgryzły oba pastwiska, których ukrócone trawy marzą teraz o niebiańskim podlaniu. Szykuje się do spożycia owoc świdośliwy. Zjadam go z jogurtem domowym.


A w ogródku przekwita peonia. A może piwonia? Kto to wie...


Oraz cudownie wyrosła poprzez siatkę klatki dla kurcząt - trująca, ale jakże piękna naparstnica. (Kozy, także małe, nawet jej nie chcą powąchać, i dobrze).

22 maja 2025

Tęczowe słupy

No, i maj dalej kapryśny. W Polsce zimne maje to nie nowina, tym bardziej na wschodniej flance. Czytam w Dziennikach Marii Dąbrowskiej, że w latach wojny, ale i w późniejszych takie właśnie bywały, że w maju chodziło się jeszcze w futrach, w Warszawie padały śniegi, w sadach wymarzały kwiaty, żywność od tego mocno drożała. Więc nie nowina. Ukuto też formułkę "zimny maj", która legła w tytule sławnego przeboju Kory i Maanamu. Tym niemniej lud zrobił się podejrzliwy, i teraz zimno i długo utrzymujący się niż tylko w rejonie naszego kraju na mapie Europy podsunął podejrzenie o broni pogodowej skierowanej na polskie rolnictwo. Ponadto na niebie pokazują się słupy tęczowe, które ktoś ochrzcił "tęczą Trzaskowskiego", bo wzmogły się w okolicach wyborów i ludziska przesyłają sobie zdjęcia tych cudów niebieskich nad różnymi wsiami i miastami z okrzykami "Jakie cudne!" albo opatrzone złośliwymi i wszystkowiedzącymi kpinami. Ja powiem w tej sprawie tylko jedno: "A diabli wiedzą jak to jest!" Żyć trzeba.

Nieco więcej popaduje, zdarzają się nawet ulewy, temperatura nocna podskoczyła, zatem ruszyła trawa i kozy mają co jeść podczas popasu. W suchym rejonie mojej wioseczki i tak jest jeszcze mikra i rzadka, ale to akurat przypadłość miejsca i jakości gleby. W każdym razie sianokosy na pewno będą późne w tym roku, tak czy siak.

Na spokojnie zajmujemy się ogródkiem. W tym roku długi tunel jest odkryty, uznałyśmy że szkoda naszej pracy i podlewania, bo zapasy z mniejszego areału nam dwóm wystarczają (nie wiadomo, jak wypadną z gruntu w tym roku, zawsze jest ta niepewność). Pory, pakczoj, pomidory i fasolowe zostały wysadzone w cieplicy i na grządkach przy domu. Kwiaty jabłoni zmarzły, jeśli jakiś się zawiązał i uchował to będzie cud. Podobnie śliwy, choć tu jakby nieco lepiej, bo drzewa są niewysokie i rosną w miejscach chronionych przez budynki, zobaczymy w praniu. 

Poza tym codziennie spacerujemy po drodze leśno-polnej, z psami towarzyszkami, nie zważając na kaprysy aury. Oto jedna z nich, Pasia, na zdjęciu sprzed trzech lat, (ale nic się nie zmieniła).

22 sierpnia 2023

Dary słońca

Życie się plecie w upałach sierpniowych (które wcale takie dziwne nie są o tej porze roku), właściwych dla stałego i słonecznego znaku Lwa. Kozy przystopowały na szczęście wolę penetracji okolicy, mimo że pastwisko prawie wyschło, żółte i wyleniałe. Czas spędzają w sadzie, jedząc spady jabłkowe i resztki zielonej trawy pod drzewami, czasem sąsiadka coś im wrzuci przez płot, czyszcząc swój ogródek, czasem Anna przerzuca wycinane stopniowo gałęzie zakrzaczeń z porośniętego gęsto samosiejkami ugoru, pełne jeszcze liści, które one z żarłocznym zapałem pochłaniają. Korują także gałęzie, które później, gdy się ich trochę uzbiera zwieziemy na przyczepce jako opał na zimę.
Największy upał po południu spędzają w oborze, przeżuwając spokojnie, po czym jeszcze na chwilę są wypuszczane przed drugim obrządkiem, wtedy już spokojnie skupiają się na wyjadaniu chwastów, jeszcze żywych na pastwisku, podlewanych sporadycznymi ulewami.
Mleka dostatek, robię zatem żółte sery, które dają się przechowywać do kilku miesięcy w piwnicy i dają nam zapas pożywnego białka przez jesień i zimę. Jest to produkt, którego w sklepie w ogóle nie kupujemy.

Anna codziennie spędza dużo czasu w swoim ukochanym tunelu, gdzie zbiera, podlewa i zasiewa znowu kolejne roślinki (np. rzodkiewkę, rzepkę itp. które na jesień dają przyjemne i zdrowe, wolne od robactwa typowego dla wiosny i lata - plony). Co kilka dni przetwarzamy pomidory na przeciery i sos, ogórki na sałatkę albo małosolne, resztki idą na skarmianie kóz, które bardzo je lubią. Zaczęła się fasolka. Oto trochę obrazków.

Fasolnik chiński, zabawnie wężowo długi strąk z maleńkimi ziarenkami, całkiem smaczny.

Aksamitka, mnóstwo jej posianej w ogrodzie i tunelach dla ochrony przed robactwem, teraz służy nam do zbioru, suszenia na herbatę i napary, lub jako przyprawa do potraw. Nastawiłam także zdrowotną nalewkę na świeżych płatkach kwiatu. Aksamitka zawiera luteinę, ważną dla dobrego wzroku. Poza tym jest bakteriobójcza i oczyszczająca, więc warto ją pić często, zwłaszcza upał do tego zachęca, aby się nawadniać.
Niedawno były zbiory bazylii, która wysuszona i pachnąca powędrowała jako zapas przyprawowy do potraw na zimę. Świetna zwłaszcza do pomidorów i serów.
Z mięty już dawno wykonałam zapas syropu służącego Ani do dosładzania napojów latem.

Bakłażany się udały, jem często i nie narzekam na smak. Wręcz bardzo lubię ich konsystencję grzybo- lub mięsko-podobną w potrawie. Najpierw trzeba przeciąć wzdłuż i wydłubać środek z nasionkami, wnętrze posypać solą i poczekać aż wypuści sok. Wylać go potem, warzywko pokroić w średnią lub większą kostkę i smażyć i dusić (ja robię na skwarkach, ale osoby mające we wstręcie zwykłe tłuszcze, mogą się bawić w oleje takie i śmakie, które jednak w smażeniu tracą dobre właściwości, gust to gust, wybór to wybór), przyprawione według upodobania. Można zapiekać, też smaczne.

Oraz pierwsza próba uprawy egzotycznego (tym bardziej na Podlasiu) arbuza. Krzaczek wyrósł i wydał trzy owoce, urosły nieduże, ale z cienką skórką i soczystym słodziutkim wnętrzem. Zjadłyśmy z satysfakcją. Niestety melony się wycofały ze współpracy, nie dały plonu.

Na zdjęciu owoc kruszyny, z krzaczka odkrytego na naszym nieużytku. Poza tym można się tam raczyć słodkimi owocami czeremchy. Ulubione zajęcie (oprócz szukania grzybów) podczas wypasu stada poza pastwiskiem. Niektóre są jeszcze czerwone, te późniejsze od czeremchy amerykańskiej, czarne są już jadalne z naszej polskiej odmiany (albo na odwrót, już dawno mi się pomyliło). Oba gatunki współżyją z nami w okolicy i różnią się porą kwitnienia i owocowania.

8 czerwca 2023

Kamyki pod nogi i górnolotny zapach

Jak na razie i jak zazwyczaj o tej porze roku wydarzenia uczą nas pracowitej pokory i cierpliwości. Nie! nic strasznego, ot, przeszkody i kamyczki od losu pod nogami do przeskoczenia. Sianokosy niepewne.
Po pierwsze i najważniejsze kilka dni temu nagle padł samochód. Szczęśliwie jednak (dobre duchy mają nas w opiece) Anna wróciła nim z łąki do domu i zatrzymał się tuż przed bramą. Miał kłopot z odpaleniem już na łące, ale dał się namówić i dowiózł właścicielkę na miejsce. Ponieważ nie dałam rady pchnąć go pod górkę, parkował pod bramą przy drodze dwie noce. Miejscowy warsztat okazał się "obłożony" aż do 26 dnia tego miesiąca, co okazało się datą horrendalnie daleką zważywszy sprawy pilne do wykonania, które nas czekają. Na szczęście pewien mechanik z polecenia, rozwijający biznes niedaleko Hajnówki, przyjechał na wezwanie osobiście, zajrzał pod maskę, odpowietrzył silnik i auto odpaliło. Może dojedzie na dniach do warsztatu samo.

Tym samym trzeba odwołać sianokosy, przynajmniej w najbliższym terminie. Jarmark też stoi pod znakiem zapytania. Poza tym zgrabiarka do siana okazała się mieć znowu kapcia na tym samym kole co poprzednio, i trzeba je najpierw wymienić. Zaangażowało się już w sprawę dwóch ludzi. No, i trzeba było kupić nową dętkę.

Poza tym przyszedł przymrozek i jednej nocy zwarzył większość kiełkujących już pięknie dyń i nieco pomidorów posadzonych w gruncie. Tym tunelowym nic się nie stało. Wysiałyśmy drugi raz dynie. Te posiane pod laskiem nie rokują dobrze, bo na początek przyszła susza, a potem przymrozek. Jeśli wykiełkują będzie cud.
Na szczęście po drugim siewie przyszła burza - wbrew wcześniejszym zapewnieniom sztucznego proroka - i deszcz zlał pięknie grządki i pastwisko. Padał też nocą. Wróciło nieco nadziei.

Pierwszy wylęg piskląt sprzedał się, teraz pojawił się drugi. Tym razem 3 perliczęta i 7 kaczuszek. Na razie grzeją się w pudle pod lampą kwoką, czekając na spokojny słoneczny dzień oraz kuriera ze specjalną siatką ogrodzeniową dla nich, aby można było je wystawić na zewnątrz z przyszywaną matką. Z lampą też był kłopot, bo gdy przyszło co do czego okazało się, że dotychczasowa znikła, prawdopodobnie spaliła się, Anna ją wyrzuciła i zapomniała o tym fakcie na śmierć. Trzeba było ratować się zwykłą żółtą żarówką i zamawiać nową lampę przez internet. A więc kolejna zwłoka.

Na ostatnich kilku jajach indyczych zniesionych przez Halinkę zasiadła kwoka, która już od ponad tygodnia wysiadywała na pusto w kurniku, blokując gniazdo nioskom. 

Pomidory już podwiązane. Ogórki rosną żwawo i niedługo trzeba będzie i dla nich robić podpory. Żeby nie było nudno wiążę popołudniami używane sznurki z ciuków, które posłużą jeszcze do dalszego podwiązywania. Taki recykling. I ćwiczenie medytacyjne.

Od jakiegoś czasu kwitną robinie akacjowe nad domem. Od rana do wieczora towarzyszy nam na dworze miły brzęk zbierających nektar owadów w chmurze upajającego zapachu. Tymczasem sąsiad już zrobił pierwsze miodobranie. Miód z kwiatów śliwy. Jasny, słodki, gęsty, mniam.

Wieczorami czytam książki. Unowocześniłam się i przekonałam do czytnika. Anna sprezentowała mi swój stary i tak oto jak przed laty wracam do bycia molem książkowym, jakim od dziecka byłam. W necie daje się znaleźć wiele interesujących mnie tytułów. Choć czasem jeszcze kupuję papierowe egzemplarze, głównie są to podręczniki do astrologii, językoznawstwa lub stare teksty opatrzone setkami przypisów i komentarzy, które na czytniku słabo się prezentują i nie dają swobodnie używać. 

1 czerwca 2023

Był maj...

Komary ustępują muchom. Rozwija się w szybkim tempie susza. Anna planuje sianokosy.

Maj przyniósł: naprawę ogrodzenia na pastwisku, wymianę słupków na nowe, podpory dla starych. System nawadniania w długim tunelu zamontowany. Postawiony dodatkowy tunelik koło koziarni dla zbytnio rozmnożonych sadzonek pomidorów. Grządki zewnętrzne wszystkie obsiane i nasadzone dynią, cukinią, pomidorami, papryką, fasolką i co tam jeszcze Bozia dała. Ponadto wreszcie zostały zawieszone okiennice przy dwóch oknach południowych pod tarasem.
Plonowały pięknie i skończyły się rzodkiewki, szpinak i sałata.


Grządka przed nakryciem włókniną. W celach ochronnych przed drapieżnymi kurami. Sposób się sprawdza od lat.


Fioletowa mizuna.


Chwila relaksu pomiędzy.


To powyżej w skrzynkach już posadzone na grządkach.

Dziś klują się indyczęta.

19 maja 2023

Komary i kukułki

Popadało, nawet dwa a może i trzy dni i w nocy też. Nie tak jak we Włoszech, gdzie w Emilii-Romanii domy pływają pośród wezbranych potoków i rzek, ale zawsze. Ziemia i przyroda odetchnęła. Skończył się kurz wznoszący się na drodze przy każdym kroku i podmuchu wiatru.
Posiałyśmy dynię we wcześniej uszykowanych wałach obornikowych. Anna robiła dziurkę, wsypywała w nią szufelkę gleby kompostowej, która nam dojrzała pod akacją, a ja po kilka nasion zeszłorocznych zbiorów, starannie przedtem namoczonych w świeżo udojonym mleku (sposób naszej pani sąsiadki). Zaraz popadało, raz i drugi, długo i krócej, więc niebo pobłogosławiło. Niechaj rośnie.

Poza tym większość pomidorów została wysadzona z doniczek na grządki w dużym tunelu, w miejsce wyrwanej rzodkiewki i szpinaku. Papryka jeszcze za mała, aby to zrobić, ale nocuje już w cieplicy, więc noszenie poranne i wieczorne z domu i do domu się skończyło.

Trawa na pastwisku niska, ale umyta, więc kozy chętnie na nią biegają. Na kilka godzin codziennej wyżerki.

Kaczka zakolegowała się wreszcie z gęsią i przystała do kurzej ferajny w kurniku. Z tego się cieszę.
Słychać, że jaja kurze 20 złotych za kilogram stoją na rynku. A w Biedronce marchew skoczyła z 4 do 8 za kilo. Szczęśliwie w ogródku mam pasternak, liście magiji i selera, pietruszkę, pak czoj, szczypior i koper i nie mnie dotykają te podwyżki. Do rosołu zawsze jest co włożyć. Już kalarepki się wiążą. 

Kwitnie bez za domem, glistnik całymi zielono-żółtymi kępami, akacje są już w bloku startowym. 

Pojawiło się w tym maju więcej komarów niż w zeszłych latach o tej porze. Dokuczają, razem z meszkami najbardziej późnym popołudniem i o zmierzchu, zatem przy obrządku trzeba się trochę oganiać i tarasowanie na razie się skończyło, albo odbywa się w słoneczne dni we wcześniejszych godzinach. Przy słodkich nawoływaniach gniazdujących gdzieś blisko ptasząt lub z oddali kukułki oraz przelotach łownych jaskółek.

7 maja 2023

Kogucia głowa

Wróciły zimne noce, chłodny wietrzyk, mało deszczu. Zatem główne sadzonki nadal są noszone dom-cieplica, cieplica-dom, rano i wieczorem, aby nie zmarzły. Anna wciąż coś pikuje, rozsadza, sieje, w tym kwiaty. Ma ogrodniczą szajbę.

Trwają żniwa rzodkiewkowe. Trzeba uwolnić miejsce pod pomidory i ogórki, zatem jest to już konieczność. Jemy je w zupach, sałatkach i na kanapkach, poszły do kwaszenia, zielone zjadają z apetytem kozy i drób, zamieniając je na mleko i jaja. Część po prostu rozdajemy, jak się zdarzy ktoś zaprzyjaźniony pod ręką. Nie ma czasu bawić się w handel, taki los rolnika.

Wczoraj, w dzień koronacji króla angielskiego, Anna posadziła indyczkę na jajach. W dzień po zaćmieniu, co astrologicznie nie jest wskazane, ale miejmy nadzieję, że niebo będzie jednak łaskawe. Nie dało się już dłużej zwlekać, bo ptak już od ponad tygodnia zasiadał w gnieździe na pusto.

Samo zaćmienie przyniosło nam rosół z koguta, którego trzeba było skrócić o głowę. Co kilkaset lat wcześniej przytrafiło się imiennikowi obecnego króla, Karolowi I, zdekapitowanemu na rozkaz pyszałka Oliwera Cromwella.
Wszystko dlatego, że kogut rozpętał pojedynek na śmierć i życie z indorem, albo na odwrót, tak naprawdę nie wiem do końca, kto zaczął. Rozganiały obu zaciekłych wrogów psy, potem indor poszedł do izolatki, ale ledwie z niej wyszedł, bo w końcu trzeba go było na świat wypuścić, rzucił się na koguta z większą pasją. Dostał łupnia i jego korale spuchły niemożliwie podwajając gabaryty, aż był dylemat, którego z nich skrócić o głowę. Zwyciężyła wiara w uleczenie gulguła, który może jeszcze w sezonie spełnić rolę troskliwego taty, i tak kukuryk poszedł na ofiarę. Smaczniutki, muszę pochwalić. A korale powoli wracają do normy.

Poza tym część dzieci zostało odstawionych do odsadnika, sami chłopcy. I zaczęło się dojenie poranne. W efekcie zagospodarowuję dziennie 3 litry mleka. Może wydać się mało, ale gdy taka ilość się codziennie powtarza, to w sumie mamy wszystkiego w dostatecznej ilości dla siebie i na zapas. Jogurt, wreszcie się zaczął i mogę porzucić te sztuczne wytwory sklepowe. Do tego twaróg i pierwsze serki miękkie. Lądują w chłodnym miejscu opakowane, aby mogły dojrzeć przez tydzień dwa i nabrać smaku.

Ach, i kaczusia Kasia zaczęła się nieść i mogę sobie wreszcie pozwolić na jajecznicę ze szpinakiem, albo kluski leniwe, a nawet naleśniki!

1 maja 2023

Fury, słupy i opłotki

Od-gnojenie koziarni udało się według planu, od poniedziałku do poniedziałku. Do permakulturowego ogródka poszły 3 pełne fury obornika. Ułożyłyśmy na trawie podkład z tekturowych pudeł i na nich w kilku miejscach legły kupy i kupki, mające w tym roku posłużyć za nowe wsparcie dla dyniowatych.

Kolejna praca to naprawa ogrodzenia pastwiska. Słupy są już leciwe i niektóre mocno nadwyrężone, osłabione przez napierające kozy albo i owce sołtysowe, które czasem na łące obok się pasą. Wymieniłyśmy ich pięć i sześć, resztę podparłyśmy tu i ówdzie, aby się nie chwiały, da Bóg, to wytrzymają jeszcze przez sezon. A my na spokojnie wymienimy pojedynczo co bardziej spróchniałe podpory. Jest na ten cel zapas dębczaków przygotowany już dawno, zwieziony z działki leśnej rok i dwa lata temu.

Kozy na razie wędrują codziennie po opłotkach, pasąc się pod kontrolą na drodze przy sadzie, na ugorze i gdzie je tam chęć zawiedzie. Niemniej za kilka dni pójdą na wypas i będzie trochę oddechu.

Sadzonki pomidorów i papryki wciąż wędrują jeszcze w skrzynkach rano z domu do cieplicy i wieczorem z powrotem. Noce są chłodne, w maju też bywają przymrozki, więc Anna chucha i dmucha. W każdym razie zaczął się już sezon rzodkiewkowy, na bieżąco idzie szpinak, jarmuż, szczypior, pakczoj, które używam do obiadów w każdej formie. W zupach, sosach i jako dodatki, sałatki czy pasty.

W przerwach między pracą a pracą układamy pociętą gałęziówkę pod daszkiem, robiąc miejsce na podwórzu. Pod wieczór na tarasie upajamy się zapachem rozkwitłej czeremchy. I taka to majówka, jakby ktoś pytał.

25 marca 2023

Z cierpliwością wiosennie

Praca idzie swoim wiosennym tempem do przodu. Postanowiłyśmy wszystko robić systematycznie i bez wysilania się. Codziennie coś.

Po postawieniu tunelu, przygotowaniu gleby i obsianiu powierzchni przyszła pora na grządki. W ogródku przydomowym właściwie niewiele trzeba robić, bo są gotowe, wzniesione i odeskowane. Nawet trochę zeszłorocznej zieleniny odbija na nich pod nakryciem z włókniny. Pasternak, pietruszka, seler naciowy. Ale Anna nie byłaby sobą, gdyby nie postawiła choć jednej nowej wzniesionej. Toteż szpadel w dłoń, odkryłam nim miejsce z czarnoziemu, Anna przywiozła z lasku kawałki powalonej przez wiatr brzozy, nadgniłej już i rozkładającej się pięknie. Kora zdjęta poszła do zapasów służących łatwej rozpałce w piecu, a reszta na dno grządki. Potem dwie kostki siana, specjalnie zostawione na zimę na dworze, aby nabrały wilgoci, starych liści z kupki jesiennej, na to obornik i nakrycie z czarnoziemu na wierzch. 
Sekatorem ostrzygłyśmy też krzaki porzeczek ze starych częściowo uschłych, a częściowo obrośniętych żółtym mchem gałązek, i młode drzewka ze zbędnych pędów też.

Dzisiaj zaczął powstawać nowy wał w sadzie wzdłuż tunelu, na rozłożonych na trawie tekturach, które Anna ściąga w tym celu spod sklepu spożywczego (po to, aby trawa pod spodem zgniła, a nie przerastała). Dnia nie starczyło, aby skończyć, zresztą zaniosło się na deszcz. I bardzo dobrze, bo pięknie podleje zawartość grządek, które w ten sposób nabiorą mocy przetwórczej i nie trzeba ich będzie potem podlewać. Anna zasiała także bób. Bobu nigdy dość.

23 marca 2023

Z jarym godom

Czuć wiosnę, mimo że mają wrócić nocne mrozy już niedługo. Jare Gody uczciłyśmy zaciągnięciem całkowicie samodzielnym we dwie folii na dużym tunelu. To wyczyn, bo zawsze dotąd pomagali nam chłopacy, jeden albo dwóch. Jednak tym razem Anna wyczekała na moment zupełnej ciszy w powietrzu, bo przy tak dużej powierzchni folia potrafi złapać nawet malutki wiatr i niczym balon wyrwać się z rąk w trakcie zaciągania. I gładko poszło, także i zasypywanie jej w gotowych już rowkach, oraz końcowe przyciśnięcie cegłami. Trzeba zabezpieczać, bo wichury letnie bywają podstępne, wyrywając brutalnie słabsze umocowania z ziemi.

Przez dwa następne dni Anna zgryzła glebę glebogryzarką, podrzuciwszy tam kompostu z zeszłego roku, porobiłam rowki i zasiałyśmy pierwsze nowalijki, głównie rzodkiewkę, cebulkę i koper. Kończy się zapas zeszłorocznej dyni i kozy będą miały wiosenną wyżerkę z liści i korzonków, oprócz tego że oczywiście my też się najemy i zakisimy co nieco.
W cieplicy wcześniej posiane i odrastające z zeszłego roku, rukola, mizuna, szpinak już się zielenią. Reszta bardziej ciepłolubnych grzeje jeszcze listeczki w skrzyniach w domu. Papryka, pomidory, bakłażany. 

Poza tym z wolna bierzemy się za naprawianie płotów i ogrodzeń, z których cała ściana od lasu w zimie padła i wymaga nowego umocowania.
Koźlęta mają się dobrze, wychodzą już z matkami na kaczy dołek, gdzie biegają społem radośnie przez dwie-trzy godziny dziennie. Dwójkę od Flory, która od lat ma czynny tylko jeden strzyk z powodu dawnego zapalenia, ciągle jeszcze dokarmiamy, choć nie za bardzo jest czym. Koźlęta rosnąc więcej wypijają od matek i nadmiary się kurczą. Ale czas biegnie i z kolei dzieciaki już zaczynają interesować się sianem i owsem, więc jakoś dotrwamy.

I dla przykucia oka wrzucam moją Kasieńkę, która jak to każda kaczka, raduje me serce. Nie wiem czemu, może ze względu na swoje krótkie nóżki i śmieszny chód, kaczki jako gatunek bardzo mnie rozśmieszają, mają taki niesamowity dar. Są przy tym rzeczywiście inteligentne i zabawne same z siebie. Jeszcze nie zniosła jaja w tym roku, opindala się. Resztka kur zresztą także. Pierwsze i jak na razie jedyne kurze jajo znalazłam dopiero dzisiaj w gnieździe.


Co rano, gdy otwieram drzwi obory wita mnie szalony kaczy lot ku światłu i miseczce karmy, którą stawiam w umówionym miejscu. Wciąż mając nadzieję, że o mnie nie zapomni.

26 lutego 2023

Pomiędzy

Trwamy w zawieszeniu pomiędzy. Temperatura i plucha wciąż ta sama, z tą odmianą że raz pada zmrożony deszcz, raz mokry śnieg, który szybko topnieje. Kozy brzuchate jak na razie nie wykazują objawów "pękania", ale ino patrzeć. Pełnia blisko. Zresztą porody się na pewno rozciągną w czasie, bo niektóre kozy powtarzały ruję, nawet 2 razy. Gwiazdka dopiero ostatnio zaczyna przybierać kształtu, a Malwa nie wiadomo czy w ogóle zaszła, taka żywotna. Florka, szykując się już do powiększenia rodziny profilaktycznie "wygryzła" ją ze wspólnego boksu do odsadnika obok, skąd Malwisia nieustannie usiłuje się wydostać. Chrumkania, kąsania wzajemnego przez płot nie ma końca.

Drób "zamurowało". Kury i kaczka ani myślą się nieść. O gęsi nie wspomnę, bo już stara, więc jak coś zniesie, to będę tylko mile zaskoczona. Indyki też jeszcze nie wykazują miłosnych nastrojów. Bo u nich zaczyna się od dosiadania przez indora, po czym po jakimś czasie indyczka znosi zestaw zalężonych jaj, przeważnie od 15 do 17 sztuk, co trwa jakiś miesiąc.

Niebem przelatują już z dawna gromadki żurawi i gęsi. Coś tam ćwierka z lasu przyjemnie, ale nocami pohukuje jeszcze ptak nocy, jak to zimą - usadowiony bliżej ludzkich siedzib niż latem.

Anna wzięła się za segregowanie nasion, zebranych w zeszłym roku i kupionych, wysiała w pojemniczki pierwszą zieleninę, sałatę, taką owaką, mizunę, rukolę, szpinak. Inne nasiona w przygotowaniu, wilgotnieją i czekają na swoją kolej. Ja zaś czytam, piszę i rozmyślam, jak zawsze zimną porą.

5 maja 2022

Stadny odpoczynek

Prace ogrodowe posuwają się stopniowo do przodu, głównie dzięki determinacji Anny. Ona to naprawdę lubi! Co możecie zobaczyć. Glebogryzarka z boku i efekt jej pracy. Podłoże pod zasiew. Który potem będzie zabezpieczony ściółką przed zarastaniem.

Po pracy odpoczynek, stadny. Trawa jeszcze maleńka, poza tym pogoda szczędzi wody, noce i poranki wciąż są chłodne, więc kozy muszą zadowalać się ogryzaniem krzaczków i gałązek brzozowych głównie. Dzieciaki niedawno po raz pierwszy wyszły na pastwę. Ale było płaczu, nawoływań, strachu i podniecenia!

Wiem, u was już wiosna w pełni. Ale u nas ledwie dwa dni temu zauważyłam rozkwitły w sadzie żółty mniszek, poczułam wieczorem zapach kwiatów czeremchy, zakwitł też stary klon, brzozy puściły listeczki, a u sąsiadów śliwa się bieli. Wiosnę czuć raczej dzięki bzykom, pszczołom i bąkom, które kręcą się za jakimkolwiek pożytkiem, ptakom budzącym o świcie, jaskółkom furkoczącym nad głową i żurawiom lub bocianom lecącym wysoko lub kołującym nad łąkami.

15 kwietnia 2022

Początki sezonu

Wiosna za pasem, więc prace trzeba było podjąć jak najbardziej konieczne. Tunel już obsiany, obornik wydobyty z koziarni i kurnika i ogródki nawiezione, zatem Anna przystąpiła do budowy i obsady nowych grządek wzdłuż tunelu.

Udało się dwie takie obsadzić truskawkami. O, i właśnie niebo deszczyk dzisiaj przysłało, aby roślinki pobłogosławić! 

Poza tym pierwsze nowalijki już były. I czekają kolejne. Szpinak duszony z czosnkiem na patelni, z odrobiną twarożku koziego. Zasiew zeszłoroczny przezimował bez problemu. Szczypiorku ino patrzeć, jakby powiedzieli moi.

Bez zdjęć pozostają posadzone niedawno krzaczki aronii i drzewka wiśniowe.

Ja tymczasem wdrażam już powoli warzenie serów. Jeszcze niewiele, bo i mleka nie ma zbyt dużo, jakieś 3-4 litry dziennie, ale coś trzeba z nim robić. Zakupiona własnie jogurtownica sprawdza się bardzo dobrze, do codziennego menu śniadaniowego doszedł gęsty naturalny kozi jogurt.

Niosą się już także indyczki. Kryte i strzeżone przez tego dzielnego kolesia.

27 marca 2022

Wiosna, gdzie ty?

Pogoda ciągle niezdecydowana. Nieustanne przymrozki nocne powodują, że słoneczne i ciepłe dnie nie wystarczają, aby przyroda ruszyła z wiosną. Co prawda przeszłam z tego powodu w dzień na palenie pod płytą opałem zgromadzonym dzięki kozom - pracowitym zgryzaczkom gałęzi leśnych. A świat wokół pełen jest ptasich treli. 

Anna nie mogąc się doczekać ciepła wzięła i posiała już grządki tunelowe, głównie rzodkiewką, koprem i szpinakiem. Trzeba było rozciągnąć szlauchy do podlewania. A zasiewy nakryć włókniną dla ochrony przed nocnym zimnem.

Pomidory i papryka kiełkują w domu, czekając na swój czas.

Poza tym odbywa się wydobycie obornika z koziarni. Andriusza obiecuje, nie przychodzi, więc na razie praca samodzielna i powolna przez to. Wydobyte "złoto" idzie do ogrodu na kolejne wały, zbudowane wzdłuż tunelu. Marzą się truskawki, więcej ich. No, i klasycznie dynia. Zeszłoroczne zbiory wciąż jeszcze używamy, karmiąc nimi kozy, drób i siebie.

Gdy to się skończy czeka odsadzenie dzieciaków na noc do osobnego boksu. Rosną ładnie. Dzięki temu będzie można doić rano mleko i zacząć robić twarogi i jogurt. Jestem już ich bardzo spragniona.

Oto nasze pociechy tegoroczne. Gdyby ktoś chciał kupić, prosimy o kontakt. Cena przystępna. Utrudnienia kontrolne w okolicy wyraźnie się zmniejszyły, poza tym nie mieszkamy na "wąskim pasie przygranicznym" ale kapkę obok. Można się umówić przez e-mail. 

Koziołki i kózki karmione mlekiem matek są najlepszym materiałem reprodukcyjnym, nie chorują i duże rosną, przekazując w genach swoje najlepsze cechy potomstwu. Wiem coś o tym, bo bywało, że zakupione rasowe sztuki z instytutu czy od farmera odstawiającego koźlęta tuż po urodzeniu, mocno nas rozczarowywały w hodowli. Jest naprawdę duża różnica w jakości.


 Oto słodkie zabawy w ciągu dnia.

Przykłady koziołeczków.


Mają już 2 miesiące.

18 marca 2022

Przedwiosenne ceny

Mimo wiosny za pasem noce wciąż są z przymrozkami, palenie w piecach zatem nie ustaje. Choć dnie są przeważnie słoneczne, co pozwala z racji fotowoltaiki używać więcej elektrycznego sprzętu, np. upiec chleb w piekarniku a nie w kaflówce, wypalić trochę ceramiki czy gotować na kuchence elektrycznej, a nie na gazie. Którego ceny mocno wzrosły. Ponoć już butla stówkę kosztuje, czyli 2 razy więcej niż w zeszłym roku.

Palenie w piecokuchni zimą (to rodzaj niedużego pieca c.o. z fajerkami) jest na tyle wygodne i oszczędne, że oprócz ogrzanego mieszkania i ciepłej wody w bojlerze można spokojnie ugotować obiad, wodę w czajniku czy karmę dla zwierząt. W gospodarstwie karmienie drobiu odbywa się codziennie niezależnie od sezonu, zatem zagotowanie takiego dużego garnka ziemniaków i ziarna to duży wydatek energii. Gdyby był to gaz, pewnie jedna butla starczyłaby zaledwie na miesiąc. Tymczasem wciąż jeszcze używam w nagłym wypadku gazu z butli kupionej na jesieni zeszłego roku! Tak, rocznie zużywamy najwyżej półtorej butli, zatem podwyżka ceny nie jest czymś dotkliwym w naszym przypadku. W cieplejszym sezonie, gdy tylko noce zaczynają być na plusie, przechodzę z c.o. na palenie w kuchni żelaznej. Stosy i stosiki okorowanych przez kozy, już porąbanych i w dużej mierze suchych gałęzi, które do tego najlepiej się nadają, zalegają w wielu kątach obejścia, czekając na puszczenie dymka przez komin w ciągu lata i jesieni. Anna przywozi je dość często z działki leśnej, aby stado miało co robić na dworze w pogodne dnie zimowe. Bydełko ogryza je pracowicie i z apetytem, a potem ja mam czym palić pod płytą.

Inna rzecz, podwyżka cen ziarna. Właśnie trzeba było dokupić pszenżyta dla kur. Cena, tak jak gazu, podwoiła się od zeszłego roku. Z tego powodu trzymanie dużej ilości niosek przestaje być opłacalne, koszty wzrosły, więc i cena jaj wiejskich również, klienci się kruszą. Kilogram jaj kosztuje teraz 16 złotych, co wychodzi mniej więcej złotówka za jajko. Tymczasem kury niosą się wiosną znakomicie i jaja wylewają się zewsząd w całym domu. Ostatnio oddałyśmy je w dużej ilości uchodźczym rodzinom ukraińskim, stacjonującym w gminie. "Domasznyje?" - kobiety się ucieszyły. I my też, że przynajmniej komuś się przydały. Płacimy też jajami pomagierowi za drobniejsze prace i fatygę.
W planie zatem zmniejszenie stada. Pięć niosek i kogut to wystarczająca ilość, zwłaszcza że mam uczulenie na kurze białko i zjada je tylko Anna. Mnie dokarmiają gęsi, kaczki i indyczki, jeśli już. Bo rzadko potrzebuję. Tak mi w nawyk weszło niejedzenie mącznych potraw, że i jaj nie ma do czego wbić.

Chłody nie pozwalają jeszcze zająć się na poważnie ogródkiem, do tego czeka nadal czyszczenie koziarni i wywózka obornika. Na razie papryka kiełkuje w doniczkach na parapecie kuchennym i w pokojach, a Anna wyciągnęła glebogryzarkę, którą uzdatniła grządki w cieplicy i zaraz je obsiała nowalijkami. Wczoraj zdołała przechwycić Andriuszę wracającego z pracy w lesie i udało nam się szybko i sprawnie zaciągnąć w trójkę folię na dużym tunelu. Kolejny ruch wykonany. I tak codziennie coś.

29 czerwca 2021

Pierwsze jaskółki

Po raz pierwszy eksperymentalnie w tym roku posadziłyśmy w tunelu buraki ćwikłowe z (własnoręcznie przygotowanej) rozsady. W gruncie posiane są także, lecz nieco później, więc nie ma się jeszcze czym raczyć. Te będą na późniejszą, zwykłą porą jesienną. Dzisiaj jednak Anna przyniosła do domu z dumą cztery wielkie czerwone głowy, żądając na obiad zupy burakowej. 

Którą-żem z radością przyrządziła, bo mi już zupa kim-ći, acz wciąż smaczna, to jednak gotowana raz za razem nudna zaczęła się wydawać. Miłe urozmaicenie dla podniebienia. Z dodatkami innych warzyw, zeszłorocznych marchwi i ziemniaków od rolnika, domowego sosu paprykowego i suszonej papryki z własnego ogrodu, tegorocznego selera naciowego, cebulki, szczypioru, czosnku, lubczyku, tymianku, kopru z ogródeczka oraz wkładki z kości koźlęcej, końcówki kiełbasy domowej i łyżki takoż domowego octu jabłkowego dla zaostrzenia smaku. Wyszło ostro, słodko i kwaśno, czyli tak jak lubię.

Poza tym ostatni lęg okazał się całkowicie rozczarowujący. Na 20 jaj od rolnika wylęgły się 3 pisklęta, reszta jaj okazała się niezalężona. W takim razie Anna w te pędy udała się do miasta i przywiozła z wylęgarni partię maluszków jednodniowych, aby zdążyć je sprytnie podłożyć pod indyczkę-kwokę i zaadoptować. 

Przyjęły się, noc przespały jak na ptaki przystało pod ochroną zastępczej matki czyli niani i raniutko wylądowały w pudle pod lampą, aby bezpiecznie nabrać sił do samodzielności. Znów świergot w domu, na szczęście potrwa to tylko kilka pierwszych dni. Potem pójdą z jenduszką na wybieg.
Niestety, nie dało się przyoszczędzić, weszłyśmy w koszty hodowlane, ale z drugiej strony kury niosą się dobrze, stali klienci dopisują i stado zarabia na swój roczny wikt i opierunek z nawiązką tak, że stać je na zakup narybku było.

Z innych bliskich sercu ptasząt, to od wczoraj obserwujemy pierwsze nieśmiałe obloty naszej przyoborowej jaskółeczki, asekurowanej troskliwie przez rodziców. Zdarza jej się najczęściej lądować w altanie i tam odpoczywać, więc miewam pole ostrożnej obserwacji z bliska, gdy zaraz pojawiają się mama z tatą i siadają po jej bokach, gotowi bronić małej niezdary w każdej chwili. Przedwczoraj wypadła z gniazda i Anna znalazła ją w kozim boksie, obejrzała, czy nic się nie stało, posadziła troskliwie na brzegu żłoba i odeszła, zaglądając po jakimś czasie. Jaskółeczka szybko stamtąd znikła, a teraz jej widok uspokoił nasze serca, że nic złego się nie stało, poradziła sobie szczęśliwie.

31 maja 2021

Aktualności ogródkowe

 Idzie na pogodę. Klują się kolejne ptasie dzieci.

Anna jeździ raz w tygodniu na targ do sąsiedniej gminy. Wreszcie się ruszyło. Są sadzonki tego i owego, kwiaty i warzywa oraz dużo zainteresowanych ludzi. Częstokroć znajomych, więc od razu nowiny przywozi. Dokupiła jeszcze dzisiaj nieco pomidorów i oto cały długi tunel już został obsadzony.

Pszczelarze narzekają na wymieranie rojów. Mówią, że nigdy tak nie było jak teraz. Przypisują to opryskom pól rzepakowych.

Tymczasem w innych mniejszych tunelikach wraz z zielonym koprem, który częściowo suszę a częściowo mrożę na zapas, już kolejna dawka rzodkiewki gotowa do rwania. Żeby tak klienci się do niej rwali, ale nikogo to nie wzrusza! Prawie nikt nie słyszał z tutejszych o możliwości kiszenia i rewelacyjnym smaku kiszonej rzodkiewki. A mały pęczek do kanapek każdy może kupić w Biedronce. Więc same musimy sobie z nadmiarem poradzić. Przy pomocy stada kóz to właściwie prosta sprawa.

Było też koszenie trawy w ogródku permakulturowym, podkaszarką. Zagrabiam pokos pod krzaki porzeczek, aby je dokarmić, ale z przykrością muszę przyznać, że już drugi rok z rządu właściwie nie owocują. Są tylko pojedyncze owocki gdzieniegdzie, mimo że krzewy, przynajmniej niektóre wyglądają całkiem dorodnie, jak na tak słaby kawałek ziemi. Za to te posadzone w ogródku przydomowym mają owocu obficie, jak zawsze. Tu mamy dużo lepszą i użyźnioną glebę.

Dynia wykiełkowała, ale nie wszędzie. Trzeba będzie dosiać w tych miejscach. I wyściółkować słomą tam, gdzie wyrosła, aby nie zarosła perzem i trawą.

Drzewka owocowe przyjęły się.

Co drugi dzień zbieramy dużą michę truskawek. Pierwszy rok, gdy się udało je wyhodować. Ale trzeba było posadzić w tunelu. Stopniowo będziemy je wysadzać na zewnątrz wraz z poziomkami, które w tunelu dają zbyt kwaśne owoce.

23 maja 2021

Pierwsze zbiory i przetwory

Czas znowu zimny jak na tę porę roku. Wczoraj mieliśmy nawałnicę, istne urwanie chmury, trwa zachmurzenie. Jedyna zakwitła w tym roku jabłoń w sadzie nie ma szczęścia. Kwitnie też bez i zdziczała grusza. Czeremcha już przekwitła.

Mimo to Annie udało się wysadzić w tunelu większość sadzonek pomidorów. Które do tej pory w skrzynkach prowadziła. I częstokroć trzeba było na noc przynosić je jeszcze z cieplicy do mieszkania. 

Pierwszy rzut dojrzałych rzodkiewek się skończył. Trzy miedniczki zbiorów idą w gorszej części na dokarmienie kóz, a w większości na kiszenie, także w postaci kim-ći. To ostatnie to właściwie mogę nazwać "kim-ći po polsku", bo robimy ze swoich składników, które do koreańskich jedynie bywają podobne. Eksperymentalna zawartość sama wpada do głowy. Zamiast kapusty pekińskiej, to co rośnie akurat: liście mizuny i buraka liściowego, zamiast specjalnej rzodkwi, zwykła rzodkiewka (choć różnych rodzajów, biała, czerwona, ciemna, podłużna, okrągła), duuużo szczypioru, czosnku, papryki suszonej. Czasem sos rybny dokładamy, ale udaje się i bez niego. W składzie sosów azjatyckich bywa gluten, dlatego oszczędzam sobie sensacji.

Zasmakowałyśmy w zupie kim-ći i nie ma problemu ze zużytkowaniem nawet dużej ilości tej kiszonki. Zresztą ma ona tę właściwość, że trzyma się dobrze bardzo długo, jedynie wzmacniając swój smak.

Poza tym coś wreszcie innego zaczęło wyglądać spod zielonych liści na tunelowej grządce wzniesionej. Spójrzcie!

Zajrzałam głębiej.

I jeszcze głębiej...


I uznałam, że czas poloneza zacząć. Tadam! Oto pierwszy zbiór w tym roku! Wspomnę, nadzwyczaj smakowity z dodatkiem koziego jogurtu domowego i odrobiny cukru.