Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pszczoły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pszczoły. Pokaż wszystkie posty

7 marca 2026

Wielka zmiana

I mamy wiosnę. W zgodzie z przepowiedniami naszego narodowego wieszcza, tudzież astrologów i meteorologów zima postraszyła i odeszła ostatecznie "za morze" nader wcześnie. Stało się to bardzo szybko, w ciągu kilku dni, gdy śnieg skruszał, lody rozpuściły się i zostały wchłonięte przez glebę. Jeszcze na cienistych ścieżkach leśnych i w cieniu dachów od północy zalegają resztki hałd na obrzeżach, te na podwórzu zjadają kaczki i psy, które uwielbiają lody. Słońce pokazuje się codziennie i zleciały już nowe ptaszki. Wciąż dokarmiam je niezmiennie, bo zostały zapasy w pudle i chcę je skarmić, nie zmarnować. Przylatują w mniejszych stadkach, ale wciąż zaglądają, w tym są też nowe gromadki innych - bardziej rozśpiewanych gatunków niż sikorki. Spacer i pobyt na powietrzu jest niezwykle przyjemny. Obserwuję ruch obudzonych już mrówek, naprawiających mrowiska przy drodze, nieco naruszone kopytami jakiegoś biegnącego zwierza w typie sporego jelenia, albo młodego łosia. Pojawiły się też już pierwsze pszczoły.

Wczoraj o świcie przebudziłam się i w półśnie długo słyszałam dziwny dźwięk, który skojarzył mi się z grającą kapelą celtyckich czy szkockich dudziarzy. Co jest grane? - zdumiewałam się, wymyśliwszy sobie, że słyszę muzykę ze ścierających się na morzu okrętów wojennych. Odkryłam prawdę dopiero w dzień, gdy zza lasu rozległ się głośny krzyk żurawia. Ach, to wy! Przyleciały niedawno, i już odprawiają swoje wiosenne rytuały, zaraz będą jajka i młode... Mój kaczor też już się starał, choć kaczuszka jeszcze się nosi z jajem. Czekam pilnie, bo już mi się zapas zeszłorocznych jaj skończył. 

Mam ataki dobrego humoru tak zabawne, że Anna fuka i nieomal tupie ze zniecierpliwienia. Zamiast się śmiać! Też kiedyś taka byłam zbyt poważna, ale zmieniam się. Zmienia mi się. Kiedy wychodzę na taras, żeby przywitać ptaszki, wołam na nie: "Cip cip tłuścioszki! A gdzie dzień dobry? Gdzie furkotanie? Tiu tiu tiu! Gwiżdżę na was, nie słychać?!" Odpowiadają mi z "płota" i gałęzi pobliskich drzew serdecznym zaśpiewem.

Anna w ciągu zimy przeszła i nadal jeszcze przechodzi fazę wzmożonego zainteresowania robótkami na drutach i przędzalnictwem. "Przędzie sobie, przędzie jak anioł dzieweczka...", oglądając przy tym instruktażowe filmiki na YT. Kręcą je kobiety młode i starsze, i mogą gadać o swych pracach i doświadczeniach godzinami, to cały świat! Przypomina mi to dzieciństwo, gdy mama po ciężkiej pracy na trzy zmiany znajdowała jeszcze czas na robótki i krawiectwo, którymi dorabiała sobie do pensji. I w domu usypiał mnie i budził stukot maszyny do szycia, maszyny dziewiarskiej albo kołowrotka.
Teraz Anna wyciągnęła z szafy maszynkę przędzalniczą produkcji białoruskiej, którą dostała lata temu od byłej właścicielki siedliska i stukot usypia mnie znowu. W każdym razie nauczyła się na niej, po kilku dniach wściekłych prób i oglądania filmików wyciągać nitkę ze zgręplowanej wełny, i nawinęła już wiele kłębków z tego, co czekało latami w workach na poddaszu. Na chińskich  drutach zaś udziergała dwie czapki, kilka par ciepłych skarpet, szalik, i mitenki dla mnie. Które przydały się i przydają, bo wciąż duże różnice temperatur między dniem i nocą dokuczają mi reumatycznymi bólami w lewym przedramieniu.

Poza tym czytam wielotomową hinduską "Mahabharatę", postanowiłam sobie przeczytać całość uważnie w ramach pielgrzymki do miejsca świętego, którą choć raz w życiu każdy człowiek powinien odbyć na tym padole łez. Podróżuję więc w głowie i wyobraźni (cieleśnie pielgrzymując co roku na Grabarkę). Tematem tego wspaniałego eposu jest potężna bitwa na polu Kurukszetra. Sama w sobie cudowna,  przy użyciu strzał spotykających się i neutralizujących w powietrzu niczym współczesne rakiety, dysków czekających za chmurami na gest wojownika, podkręcanych maczug zabijających słonie, które specjalnie tresowano do boju i pojono winem przed walką, aby nabrały animuszu, czy dzid obcinających głowy kilku walczącym naraz. Oraz tajemnych broni promieniotwórczych, wprowadzających w przerażenie całe armie i ludność okoliczną i zamierającą ze strachu przyrodę.

A teraz, śledząc w doniesieniach i komentarzach z radia, FB i YT wojenną akcję na Bliskim Wschodzie dotarłam do opisu pola bitwy po bitwie, pełnego pokawałkowanych trupów bohaterów zżeranych przez drapieżne ptaki i zwierzęta, odwiedzanego przez zrozpaczone wdowy i matki, piękne i wymuskane luksusowym życiem panie. Obraz pełen żalu, płaczu, żałoby, omdleń, bezradnych okrzyków nad biologią rozkładających się ciał wspaniałych herosów, mężów, synów, mistrzów walki i doświadczonych wodzów, których losy opowiadała wcześniej ta święta księga, porusza wyobraźnię i jest adekwatny do tego co już się dzieje i dziać będzie w Iranie i wokół niego.
Zaczęło się. Wielka bitwa przed końcem kolejnego okresu czasu, zwanego żelazną erą także u proroka Daniela w Biblii, jeszcze przed nami, ale już niedługo (w skali mniej niż 10 lat) wielu z nas dotknie osobiście. Szykujcie serca i  dusze, bo opadające jak liście ciała na pewno sobie poradzą.

6 lipca 2025

Podsumowanie czerwcowych dokonań

Krótko o dokonaniach. Dokonały się sianokosy, na naszej łące przy ścianie. Skosił jeden, skostkował drugi, zwiozła Anna na przyczepie, ktoś dopomógł wrzucić część urobku na strych obory. Ponad 320 ciuków, starczy, bo zostało sporo jeszcze z zeszłego roku.

Teraz zaczynają się zbiory porzeczek. Najpierw czarne. Warzę właśnie dżemidło i nieco soku do buteleczek. Jutro następna partia. Czerwone i białe mogą jeszcze wytrzymać do następnego weekendu. 

Świdośliwa zerwana, częściowo zjedzona, częściowo zamrożona, służy do gotowania kompotu letniego z domieszką porzeczek, dobrze słodzi ich kwaskowość. Kompot uzupełniamy wodą i tak pijemy przez cały dzionek. Zamiast szkodliwych letnich napojów sklepowych.

Wiatry wysuszają pastwisko. Upały je wypalają. Kozy pasą się dość krótko o poranku ze względu na upał i muchole, których nie znoszą i z zadowoleniem wracają do boksów. Potem jeszcze wycieczkują na chwilę do lasu za chatą, gdzie w cieniu żywią się liśćmi krzewów i drzewnych odrostów, a Anna w tym czasie podlewa ogródek i rośliny w cieplicy.

Ponadto jastrząb upolował ostatnią kurę nioskę i pod naszą nieobecność zjadł z niej wszystko, co dla niego najlepsze, ozdabiając miejsce stosem pierza. "To bóg Mars wziął swoją ofiarę i oby nią się zadowolił!" - orzekłam na ten widok. Trudno, i tak właziła nieposłusznie do ogródka rozgrzebując podlane grządki, i za nieposłuszne oddalenie się za ogrodzenie została ukarana przez los (las).

Po zgryzionym pastwisku przechadzają się codziennie ze spokojem dwa wioskowe bociany, wojtusie. To już dobra wróżba. Wyszukują świerszcze, myszy i różne owady, bo ropucha i ogromny zaskroniec żyją sobie bezpiecznie w cieniu naszej chaty i w zaciszu ogródka przydomowego, gdzie w zbiornikach gromadzi się zawsze deszczówka.

Od tygodnia mamy też kolektor na słońce do podgrzewania wody. Testujemy skuteczność i jak na razie sprawdza się. Choć nie wiadomo jak by się rzeczy miały w ciągu wielodniowych skwarów. Na razie duże wahania pogody od upału do zimnych nocy utrzymują temperaturę wody w znośnym zakresie stopni.

Zaopatrzyłyśmy się także w tegoroczny miód leśny, prawdziwie wiarygodny, u naszego sąsiada, który od jakiegoś czasu bawi się z powodzeniem w przydomową pasiekę, ma chłop rękę do pszczół, nie to co my. I błogosław mu, Panie!

Ceramika się kręci. Głownie podczas warsztatów i imprez letnich dla dzieci (wycieczka dzieci na rowerach do naszej altany, aby zrobić mydełka, zjeść świeżo przyrządzoną pizzę i przejechać się po wsi). 

22 maja 2024

Doświadczanie kuchenne i różne inne

 

Przez dwa ostatnie dni pojawiły się pierwsze majowe, nader skąpe deszcze przy okazji burzowych lekkich manifestacji. Upał z dnia na dzień wzrasta, słońce stoi w dzień wysoko. Nad chatą kwitną akacje i od rana huczą radośnie pszczoły z pasieki sąsiada. Znak Bliźniąt zesłał też od razu owady w większej i aktywniejszej gromadzie (nie tylko meszki i komary, jak dotąd), motyle różnych barw, uaktywniły się pszczoły.

Jaskółki szaleją nad obejściem wyłapując pracowicie swój pokarm, acz wyprowadziły się z jakiegoś względu od nas i przeniosły do sąsiedztwa. Ale terytorium łowieckie jak widać zachowały.
Codziennie ratuję życie topiącemu się w ptasim poidle szerszeniowi. Suszy skrzydełka z boku, po czym odlatuje, gniazdując samotnie gdzieś pod dachem budynku gospodarczego. Samotniki nie są groźne i kąsają tylko przyciśnięte do muru. Zaczynają się też, niestety, muchy, acz najgorsze jak co roku dopiero przed nami.
Anna ogląda łąkę planując sianokosy. Nowy akumulator do władka zakupiony. Stary padł w zimę. Tymczasem udało się ściąć przy pomocy złapanego okazyjnie Andriuszy uschłą jabłoń w sadzie. Drewna mamy na 2 lata do przodu i w tym roku po prostu tylko porządkujemy to co jest i samo przybywa.
Słońce dzienne pozwala korzystać z darmowego prądu, więc eksperymentuję w kuchni, potrawy przyrządzając głównie na kuchence elektrycznej. W ten sposób palę pod płytą tylko wtedy, gdy ktoś chce się wykąpać, czyli co kilka dni. Dzięki temu w mieszkaniu panuje przyjemny chłodek w ten ciepły czas.

Jakie eksperymenty? Ano rozpracowuję przetwory mięsne w słoikach. Tak naprawdę nigdy tego dotąd nie robiłam, więc muszę wypróbować różne przepisy, aby dojść do swojego smaku. Zresztą ogół przepisów dotyczy przede wszystkim wieprzowiny, czasem kurczaków czy indyczyzny, a nasz asortyment nieco jest inny. Każdy rodzaj mięs zaś wymaga swoich przypraw i nieco innego potraktowania ogólnego.
Jak na razie wypadło zgrabnie, acz były mankamenty, które teraz będę poprawiać. Nim zabiorę się za większe ilości i tyndalizację.

Stado kaczek i częściowo indyków zostało wybite, udało się wygrać wyścig z lisem po stracie trzech kur i kaczora. Zaatakowany został także naczelny indor i już na nim kreskę położyłyśmy, bo tylko garść piór po nim została na drodze przed bramą i rozkrzyczana ze strachu gromadka reszty indyków. Psy pognały w las za tropem złodzieja, a mnie zastanowiło, że brak krwawych śladów czy ciała ofiary w pobliżu. Z doświadczenia bowiem wiem, że lis indora nie udźwignie w zębach, musi go wlec pracowicie i w spokoju do kryjówki, dzięki czemu udawało nam się w innych latach takie stracone sztuki odnaleźć w polu czy na pastwisku. Tutaj został spłoszony dość szybko, tymczasem wielkiego samca ni widu ni słychu. Szukałyśmy same i potem z psami w okolicznym lasku, krzakach i w ogródku, bez rezultatu. Anna dostała nawet ze zdenerwowania bólu serca i musiała walerianę zażyć. 
Tymczasem raniutko, skoro świt przywitało ją znajome gulganie na podwórku... Indor przetrwał noc gdzieś w lesie, po prostu w szoku skrył się przed drapieżnikiem tak skutecznie i cicho, żeśmy go nie mogły znaleźć. Miał kreskę nad sobą, a w ten sposób z tej naszej radości na razie mu się upiekło.

Nadto co kilka dni warzę ze świeżego twarogu koziego sernik. Doszłam, że przepis na sernik gotowany jest najlepszy i najwygodniejszy do wykonywania w stałych porach, nie wymaga wypiekania spodu. W ten sposób zagospodarowujemy twaróg, który jest pyszny, ale nie ma na niego klientów z racji choćby dużo wyższej ceny niż twaróg z mleka krowiego. Do którego wszyscy są przyzwyczajeni i łatwo go dostać.
Oczywiście zmniejszyłam ilość cukru i robię według swoich proporcji, bo ogólnodostępne przepisy na wszelkie ciasta i słodycze są niemożebnie przesłodzone, wprost nie do zjedzenia. Aż mnie zęby bolą na samo wspomnienie i zgaga się odzywa (na szczęście tylko w pamięci).

Sernik jest przepyszny i znika w ciągu 2 dni. Czasem trzech, gdy nakazuję wstrzemięźliwość, bo są akurat inne rarytasy do spożycia.

Zapisuję tu swoje proporcje, aby nie zapomnieć doświadczenia na później. Zatem...

Sernik gotowany w polewie kakaowej

(bez glutenu)

Składniki:
55-65 dag świeżego twarogu koziego domowej roboty (oczywiście może być też krowi, ale nie mam)
1/2 kostki masła
1 paczuszka budyniu waniliowego lub śmietankowego i opcjonalnie kilka łyżek mleka do jego rozmieszania
2 duże jaja, gęsie, indycze lub kacze (kurzych dałabym 3)
4 czubate łyżki cukru, w tym łyżka cukru waniliowego (niekoniecznie, bo wcale tej wanilii nie czuć i właściwie szkoda zachodu)
Duża garść rodzynek i nieco mniejsza pokrojonych na drobno daktyli

Można dorzucić co się lubi jeszcze, np. figi, orzechy, pestki dyni, wiórki kokosowe, co się ma i lubi.

Przyrządzanie:
Składniki mieszamy w płaskim garnku na małym ogniu, stopniowo rozpuszczając i mieszając stale, aby nie przywarły. Gdy już całość się zespoli w jedność pozwalamy jej pobulgotać kilka minut (ok. 5), ale mieszając co chwila.

Wtedy zestawić garnek z ognia i dosypać słodki wkład rodzynkowy, wymieszać i przelać wszystko do foremki, w której ma ostygnąć i nabrać twardego kształtu. Po wstępnym wystygnięciu najlepiej wstawić do lodówki, co przyspiesza proces.

Gdy już się ów proces po kilku godzinach dokonał wykładamy sernik z formy na talerz i zabieramy się do przyrządzenia polewy. Co do niej ciągle się uczę. Wciąż pojawiały się jakieś niedoróbki, więc skonsultowałam się z koleżanką mistrzynią od wypieków wszelakich. I już wiem, że trzeba dbać o niską temperaturę, bo w zbyt gorącej kakao oddziela się od masła tworząc nieładne grudki. Mleko zaś nie może być zimne. I stale mieszać, aż do uzyskania litej masy.

Składniki polewy: masło, mleko, cukier, kakao, proporcje do wybranej ilości są jeszcze w rozpracowywaniu i próbowaniu, dlatego nie podaję szczegółów. W praktyce używam po 3 łyżeczki wszystkiego, czubate (oprócz mleka, które czubka nie osiągnie).
Po jej wylaniu na sernik można całość posypać dodatkowo wiórkami kokosowymi. W ten sposób uzupełniamy owe niebywałe ilości cukru, z których zrezygnowaliśmy dla własnego zdrowia i urody, naturalną i zdrową słodyczą.

Dla ułatwienia można po prostu rozpuścić kilka tafelków czekolady i poradzić sobie tym sposobem.

Nie obżerać się, bo ser twarogowy to 100 procent białka, i po dłuższej chwili od zjedzenia jest się sytym i pełnym po uszy. I to bez nadmiaru cukru.

Najlepiej zagotować masę około południa, ma wtedy czas do wieczora dobrze zastygnąć, a polewa to już prędki pikuś. 

Sernik moim zdaniem zdobywa najlepszy smak po 2 dniach, ale rzadko udaje nam się tyle wytrwać. 

8 czerwca 2023

Kamyki pod nogi i górnolotny zapach

Jak na razie i jak zazwyczaj o tej porze roku wydarzenia uczą nas pracowitej pokory i cierpliwości. Nie! nic strasznego, ot, przeszkody i kamyczki od losu pod nogami do przeskoczenia. Sianokosy niepewne.
Po pierwsze i najważniejsze kilka dni temu nagle padł samochód. Szczęśliwie jednak (dobre duchy mają nas w opiece) Anna wróciła nim z łąki do domu i zatrzymał się tuż przed bramą. Miał kłopot z odpaleniem już na łące, ale dał się namówić i dowiózł właścicielkę na miejsce. Ponieważ nie dałam rady pchnąć go pod górkę, parkował pod bramą przy drodze dwie noce. Miejscowy warsztat okazał się "obłożony" aż do 26 dnia tego miesiąca, co okazało się datą horrendalnie daleką zważywszy sprawy pilne do wykonania, które nas czekają. Na szczęście pewien mechanik z polecenia, rozwijający biznes niedaleko Hajnówki, przyjechał na wezwanie osobiście, zajrzał pod maskę, odpowietrzył silnik i auto odpaliło. Może dojedzie na dniach do warsztatu samo.

Tym samym trzeba odwołać sianokosy, przynajmniej w najbliższym terminie. Jarmark też stoi pod znakiem zapytania. Poza tym zgrabiarka do siana okazała się mieć znowu kapcia na tym samym kole co poprzednio, i trzeba je najpierw wymienić. Zaangażowało się już w sprawę dwóch ludzi. No, i trzeba było kupić nową dętkę.

Poza tym przyszedł przymrozek i jednej nocy zwarzył większość kiełkujących już pięknie dyń i nieco pomidorów posadzonych w gruncie. Tym tunelowym nic się nie stało. Wysiałyśmy drugi raz dynie. Te posiane pod laskiem nie rokują dobrze, bo na początek przyszła susza, a potem przymrozek. Jeśli wykiełkują będzie cud.
Na szczęście po drugim siewie przyszła burza - wbrew wcześniejszym zapewnieniom sztucznego proroka - i deszcz zlał pięknie grządki i pastwisko. Padał też nocą. Wróciło nieco nadziei.

Pierwszy wylęg piskląt sprzedał się, teraz pojawił się drugi. Tym razem 3 perliczęta i 7 kaczuszek. Na razie grzeją się w pudle pod lampą kwoką, czekając na spokojny słoneczny dzień oraz kuriera ze specjalną siatką ogrodzeniową dla nich, aby można było je wystawić na zewnątrz z przyszywaną matką. Z lampą też był kłopot, bo gdy przyszło co do czego okazało się, że dotychczasowa znikła, prawdopodobnie spaliła się, Anna ją wyrzuciła i zapomniała o tym fakcie na śmierć. Trzeba było ratować się zwykłą żółtą żarówką i zamawiać nową lampę przez internet. A więc kolejna zwłoka.

Na ostatnich kilku jajach indyczych zniesionych przez Halinkę zasiadła kwoka, która już od ponad tygodnia wysiadywała na pusto w kurniku, blokując gniazdo nioskom. 

Pomidory już podwiązane. Ogórki rosną żwawo i niedługo trzeba będzie i dla nich robić podpory. Żeby nie było nudno wiążę popołudniami używane sznurki z ciuków, które posłużą jeszcze do dalszego podwiązywania. Taki recykling. I ćwiczenie medytacyjne.

Od jakiegoś czasu kwitną robinie akacjowe nad domem. Od rana do wieczora towarzyszy nam na dworze miły brzęk zbierających nektar owadów w chmurze upajającego zapachu. Tymczasem sąsiad już zrobił pierwsze miodobranie. Miód z kwiatów śliwy. Jasny, słodki, gęsty, mniam.

Wieczorami czytam książki. Unowocześniłam się i przekonałam do czytnika. Anna sprezentowała mi swój stary i tak oto jak przed laty wracam do bycia molem książkowym, jakim od dziecka byłam. W necie daje się znaleźć wiele interesujących mnie tytułów. Choć czasem jeszcze kupuję papierowe egzemplarze, głównie są to podręczniki do astrologii, językoznawstwa lub stare teksty opatrzone setkami przypisów i komentarzy, które na czytniku słabo się prezentują i nie dają swobodnie używać. 

5 maja 2022

Stadny odpoczynek

Prace ogrodowe posuwają się stopniowo do przodu, głównie dzięki determinacji Anny. Ona to naprawdę lubi! Co możecie zobaczyć. Glebogryzarka z boku i efekt jej pracy. Podłoże pod zasiew. Który potem będzie zabezpieczony ściółką przed zarastaniem.

Po pracy odpoczynek, stadny. Trawa jeszcze maleńka, poza tym pogoda szczędzi wody, noce i poranki wciąż są chłodne, więc kozy muszą zadowalać się ogryzaniem krzaczków i gałązek brzozowych głównie. Dzieciaki niedawno po raz pierwszy wyszły na pastwę. Ale było płaczu, nawoływań, strachu i podniecenia!

Wiem, u was już wiosna w pełni. Ale u nas ledwie dwa dni temu zauważyłam rozkwitły w sadzie żółty mniszek, poczułam wieczorem zapach kwiatów czeremchy, zakwitł też stary klon, brzozy puściły listeczki, a u sąsiadów śliwa się bieli. Wiosnę czuć raczej dzięki bzykom, pszczołom i bąkom, które kręcą się za jakimkolwiek pożytkiem, ptakom budzącym o świcie, jaskółkom furkoczącym nad głową i żurawiom lub bocianom lecącym wysoko lub kołującym nad łąkami.

17 czerwca 2021

Ptaki i reszta

I nadeszły. Dziś pierwszy dzień, jakoś znośny. Dom dobrze w nocy wywietrzony i tym samym wychłodzony chroni znakomicie w dzień przed gorącem, stojąc w cieniu wysokich robinii i klonów z tyłu domu od wschodu i dorodnego dębu od południowej strony. Ten rzuca długi cień na podwórze, idąc niczym wielka wskazówka zegara słonecznego stopniowo ale precyzyjnie ku chacie. Osiąga jej skraj w chwili zachodu słońca. Przez cały czas jego wędrówki ulgę pod nim znajdują ptaki domowe, gęsi, indyki i kury, kryjąc się dodatkowo pod daszkiem drewutni, gałęziówką albo na przykład przyczepką samochodową.

Od wczesnego poranka przez uchylone okna sypialni słychać z lasu i okolic ptasie trele i kląskania, jak nigdy. Ptaków, tych drobnych i śpiewających jakby dużo więcej się zrobiło, niż poprzednimi laty. Przerywane dodatkowym pianiem naszego nowego koguta, Kusym nazwanego. 

Ten pojawił się u nas z konieczności. Na początku sezonu były w gospodarstwie dwa koguty własnego chowu. Ponieważ jeden zaczął być agresywny wobec drugiego stracił główkę i poszedł do gara. Drugi jednak niedługo cieszył się jedynowładztwem. Pewnego wieczora nie powrócił. Pożarł go las. Dlatego Anna przywiozła od znajomego rolnika zastępcę-następcę. No, bo wiadomo. "Kury bez koguta nie wiedzą jak chodzić" - jak mawiają tutejsi.

Kogut biały, wysoki, z czerwonym wielkim grzebieniem, ale bez... ogona. Ot, kilka piórek mu zostało. Kury ponoć mu wydziobały. Został więc Kusym. I jest. Na razie grzeczny, admiruje kury, jednak ja kogutom z zasady nie wierzę. Na szczęście Paszka też nie wierzy i pilnuje go, gdy zdarza mu się za mną pobiec. Mores musi być.

Ptaki towarzyszą nam w cieniu altany czy tarasu cały dzień, ale koncerty wzmagają się wieczorem. Pliszki, pleszki, rudziki, makolągwy, zięby, kowaliki, strzyżyki, czyżyki i co tam jeszcze matka natura zrodziła, ćwierka, dzwoni, turka, kląska, gwiżdże i szczebiocze oraz fruwa nad głową, z drzewa na krzew, z krzewu na płot albo pod dachami, aby schwytać owada.
Z tych zresztą też jest nieco emocji. Bo od świtu już huczą pszczoły i inne bzyki nad głową u czubków kwitnących akacji, a przed wieczorem buczy nisko zlatujący na taras szerszeń, który sobie skrytkę zorganizował wśród ogrodniczych akcesoriów pod moim oknem. Nad głową furkoczą zaś zaaferowane jaskółki oborowe. 

Ech. Pięknie jest! 

31 maja 2021

Aktualności ogródkowe

 Idzie na pogodę. Klują się kolejne ptasie dzieci.

Anna jeździ raz w tygodniu na targ do sąsiedniej gminy. Wreszcie się ruszyło. Są sadzonki tego i owego, kwiaty i warzywa oraz dużo zainteresowanych ludzi. Częstokroć znajomych, więc od razu nowiny przywozi. Dokupiła jeszcze dzisiaj nieco pomidorów i oto cały długi tunel już został obsadzony.

Pszczelarze narzekają na wymieranie rojów. Mówią, że nigdy tak nie było jak teraz. Przypisują to opryskom pól rzepakowych.

Tymczasem w innych mniejszych tunelikach wraz z zielonym koprem, który częściowo suszę a częściowo mrożę na zapas, już kolejna dawka rzodkiewki gotowa do rwania. Żeby tak klienci się do niej rwali, ale nikogo to nie wzrusza! Prawie nikt nie słyszał z tutejszych o możliwości kiszenia i rewelacyjnym smaku kiszonej rzodkiewki. A mały pęczek do kanapek każdy może kupić w Biedronce. Więc same musimy sobie z nadmiarem poradzić. Przy pomocy stada kóz to właściwie prosta sprawa.

Było też koszenie trawy w ogródku permakulturowym, podkaszarką. Zagrabiam pokos pod krzaki porzeczek, aby je dokarmić, ale z przykrością muszę przyznać, że już drugi rok z rządu właściwie nie owocują. Są tylko pojedyncze owocki gdzieniegdzie, mimo że krzewy, przynajmniej niektóre wyglądają całkiem dorodnie, jak na tak słaby kawałek ziemi. Za to te posadzone w ogródku przydomowym mają owocu obficie, jak zawsze. Tu mamy dużo lepszą i użyźnioną glebę.

Dynia wykiełkowała, ale nie wszędzie. Trzeba będzie dosiać w tych miejscach. I wyściółkować słomą tam, gdzie wyrosła, aby nie zarosła perzem i trawą.

Drzewka owocowe przyjęły się.

Co drugi dzień zbieramy dużą michę truskawek. Pierwszy rok, gdy się udało je wyhodować. Ale trzeba było posadzić w tunelu. Stopniowo będziemy je wysadzać na zewnątrz wraz z poziomkami, które w tunelu dają zbyt kwaśne owoce.

2 sierpnia 2020

Połowa roku


Niby rok rolniczy już nam się przemknął przez punkt kulminacyjny, którym zawsze są sianokosy, moment największego napięcia i mobilizacji wszelkich sił, ale praca wciąż trwa. Wreszcie zaczęły się w okolicy żniwa. Wczoraj Anna zwiozła kilka transportów słomy żytniej od rolnika, reszta została na polu na później do zwózki, bo dziś Eliasza, pracować w polu "nie lzia", czyli nie uchodzi. Poranek zatem spędziłam na podawaniu jej ciuków (są dużo lżejsze, niż sienne) na balkonik, by je ukryć na poddaszu oborowym. 
Słoma ważna rzecz. Oczywiście na podściółkę dla wszelkich zwierząt. Ale i do budowania wałów i gleby w ogrodzie. Dlatego część, która jeszcze przyjedzie wyląduje od razu tam, aby deszcz przez jesień i zimę łapać, a od wiosny sprawnie pracować jako podkład pod grządki. 

W tym sezonie odnowiłyśmy pszczoły, które jakoś nie chcą się nas trzymać długo. Z dwóch kupionych okazyjnie rojów, jeden na drugi dzień zwiał, ale drugi jest. Choć też go trzeba było łapać, na szczęście osiadł na ogrodzeniu i dał się zmieść szczotką do wiadra i z powrotem do ula wrzucić. Dokarmiamy go syropem cukrowym co jakiś czas. Zaczął czerwić, wygląda na silny, potrafi dziabnąć pszczelarkę. W tym roku oczywiście miodu nie będzie.

Porzeczek i jabłek dużo mniej, niż zazwyczaj. Ledwie dwa balony wina nastawiłam i kilkanaście słoików galaretek i dżemu porzeczkowego zrobiłam. Jabłka dopiero się zaczynają, ale już widać, że są drobniejsze. Było zimno podczas kwitnienia i potem sucho podczas zawiązywania owoców. Do tego sad się starzeje z roku na rok, niektóre drzewa żółkną, pewnie trzeba będzie je wyciąć niedługo. I dosadzić młodsze pokolenie drzewek na terytorium odgrodzonym od kóz, gdzie wreszcie będą mogły być bezpieczne.

Za to doszły plony ogródkowe i tunelowe, zwiększone w tym roku. 

Kurczęta i indyczęta mają się dobrze. Właśnie je integruję ze starym stadem, czyli przyuczam do samodzielnego wchodzenia do kurnika o odpowiedniej porze. Do tej pory trzeba je było wyłapywać do pudła i zanosić. Stopniowo zatem codziennej troski ubywa. Choć przetwórstwo jeszcze potrwa i będzie chwilami intensywne, oj, tak.  

17 października 2018

Po Sąsiedzku

Nie dlatego, że chcę siać propagandę polityczną przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi, daję ten filmik. O nie! Ale wiem, że czytelnicy mojego bloga ciekawi są otoczenia, w jakim mieszkamy. Oto Sąsiadowi z Polesia udało się w piękny październikowy dzień sfilmować bobrową wieś, z której pochodzi Stiopa. A my mamy w niej łąkę pod samą granicą, o czym można poczytać niejedną historyjkę tutaj.
Filmik uwiecznia podlaską wioskę, jedną z wielu takich, które można spotkać zjeżdżając z głównych dróg. I przyrodę. I poniekąd życie na niej.
Mn.w. w 3.50 minucie mowa jest o Ani z Kresowej. Tak, poświęciła się pewnego wieczoru, aby przewieźć ul pełen pszczół do gospodarstwa Stiopy, zakupiony w dalszej wiosce. Była przygoda, bo pogranicznikom wpadło do głowy, aby ją zatrzymać i kontrolować. Wywiązała się nawet dyskusja, gdy zażądali otwarcia paki, na temat tego, co mogą żądać, o co prosić, a czego nie oczekiwać, względem przepisów prawnych. Pszczoły już zaczynały brzęczeć i kto wie, do czego by mogło dojść, gdyby chłopcy mundurowi uparli się jednak tam zajrzeć... Na także swoje szczęście odstąpili. A potem zaglądała do nich chyba nie raz. ;)

Film "Stefan pokazuje swoją wieś Bobrówkę"...

14 maja 2018

Sucho i mokro

Gonimy czas, hehe.
Kwitnie robinia, pospolicie zwana akacją, miesiąc wcześniej, niż zwykle. Do rozkwitu szykuje się też lipa. Pożytki pszczele skończą się zatem wcześniej, niż zwykle.
Wreszcie dzisiaj dopiero dotarł do nas deszcz. Wciąż tylko słyszało się, tam oberwanie chmury, tam zatopiło miasta, tam grzmiało, tam lało, całkiem nawet blisko, a u nas najwyżej chłodniejszy wiatr zawiał i kilka ostatnich kropel resztki chmury przyniosły. Na pustyni i deszcz nie pada. Tymczasem mikra trawa w sadzie, ogryziona na początek wypasania przez kozy, zaczęła już miejscami przysychać. W maju! A co będzie w lecie?
Przypominają się słowa starego Mikołaja. "Suchy maj, nieurodzaj".
Anna posiała ogródek przy domu, nasionami dyni i cukinii, oraz fasolki. Szpinak i rzodkiewka wzeszły. Krzewy porzeczkowe zawiązały nawet sporo owoców. Te przy domu da się podlać, ale w ogródku permakulturowym już nie, za daleko. Podobnie jabłonie, owszem, kwitły w piękną pogodę, jest dużo zawiązków, ale czy przetrwają suszę? Ot, zmartwienia rolnika.

Mimo dotąd zgoła upalnej pogody obrodziły też w tym roku meszki, a i komarów jakby więcej się pojawia. Nie są to ilości, które pamiętam z pierwszych majów na tej wiosce, gdy porą o zmierzchu nie dało się wyjść na dwór, bo do nosa i oczu się rzucały, jak na Syberii nieomal. Ale bywa męcząco akurat przy porannym i wieczornym dojeniu. Kozy też tego nie lubią. Schodzą z pastwiska wcześniej, beczą, wierzgają nogami, zrywają się nagle i biegną jak szalone przed siebie, lub kładą się na brzuchu, aby najczulsze miejsca osłonić przed ukąszeniami. Gdy wracają do obory za nimi ciągnie chmura mikroskopijnych owadów, których ukąszenie boli wielokrotnie bardziej, niż komara. Z roku na rok ich ilość wzrasta.

Poza tym kolejne indyczki zasiadły, w tym na jajach gęsich. Kurczęta z wylęgarni mają się dobrze. Kury się niosą. Jutro pierwsze lody.

8 marca 2018

Przed przedwiośniem

Wreszcie puściło ostre mrozisko, zmuszające nas do palenia w piecach od rana do nocy. Od wczoraj odwilż pełną parą, pcha się przedwiośnie. Ptaki ze świeżym przypływem sił rozbiegają się po obejściu, penetrując przestrzenie dotąd zakryte śniegiem i zamrożone. Chce im się grzebać, szukać pokarmu. Jak na razie znoszą po 5 jaj dziennie, ale pewnie na dniach będzie jajeczny szturm.

Anna zwiozła co mogła z leśnego urobku, do reszty trzeba traktor wynająć. Szykuje się pszczół posłuchać, czy się ruszają, brzęczą w ulu. Jak trzeba będzie, dokarmić przed wiosną. Mnie się różne plany snują po głowie. Działać się chce.

Urodziło się nowe stadko kozich dzieci, w większości płci męskiej. Jeszcze tylko jedna koza do wykotu. Nie było większych perturbacji, oprócz tego, że pierwiastki mają po dwójce, a mleka mało. Zatem dokarmiamy trzy razy dziennie trójkę koźląt, z butelki, mlekiem zdojonym od Gwiazdy.

4 września 2017

Jesienne ptaki

Leje. Mamy jesień. Mimo lata. Bywa. Kozy jednak dramatycznie nie chcą wejść w ten rytm i mimo deszczu domagają się spaceru po lesie, za zielonym, którego niedługo już przecież nie będzie. Na pastwisku już właściwie nic się nie zieleni, trochę jabłek z jednej owocującej co roku jabłoni interesuje je raptem kilka minut. Potem przeskakują ogrodzenie w miejscach wyczajonych (z drugiego, niewzmocnionego w tym roku boku) i mkną po dzikich łąkach, polach, rżyskach i lasach w poszukiwaniu żeru. Wracają po dwóch trzech godzinach mokre, Anna za nimi z koszem w ręku, w gumiakach. Ostatni czas tego koniecznego wypasu (sąsiadka ma nieogrodzony ogórek, stąd konieczność) zużywała na zbieranie grzybów i ziół, które potem stosuje do różnych maceratów mydlarskich i wywarów dla pszczół.
Udało się ukręcić kilka słoiczków miodu gryczanego dosłownie w ostatniej chwili przed pogorszeniem pogody  (pszczoły wyczaiły pole gryki w obrębie swoich oblotów).
Trwa robienie przetworów, keczupu i sosu paprykowo-czosnkowego, oraz soków, z czarnego bzu i czeremchy.
Poza tym wciąż się noszę z zamiarem sfotografowania naszego przychówku ptasiego, ale mokra i szara aura weszła mi w drogę. Napomknę więc tylko, że indyki lawendowe


szczęśliwie zmieniły upierzenie (wyglądały w tym czasie bardzo smętnie), indor nosi już nowy garniturek, w nieco ciemniejszym odcieniu bardzo jasnego błękitu, z ciemnym krawacikiem na gardle. Nie udało mi się takiego na internetowych zdjęciach znaleźć, więc jest to jego cecha szczególna, bardzo zabawna.
Druga zasiadająca na jajach induszka wylęgła jakiś czas temu siedem indycząt, na które szybko trafił się kupiec, ku naszej wielkiej uldze.
Z maleństw zatem jest kilka dopiero co całkiem opierzonych lawendowych induszek, wysiedzianych przez kurę, ale prowadzanych przez indyczkę. Oraz kilka kurek czubatych, które wyszły z zakupionych jaj, wysiedzianych przez kwokę, które czupurkami, lub czuprynkami (a czasem czupiradłami) zwiemy i są one uciechą dla oczu i serca, gdy tylko wyjdzie się na dwór. Dlaczego? Tego się nie opisze.

30 czerwca 2017

Reszta zbiorów

Leje, grzmi, po czym wraca gorąca i parna pogoda, na szczęście z wietrzykiem, który nieco łagodzi męki kóz, dręczonych na pastwisku przez gzy i ślepaki.
Sprzedaż indycząt idzie dość powoli, ale skutecznie. Została ich ostatnia dwudziestka, która nie trzyma się już niedokończonej zagródki, której skończyć nie mamy czasu, tylko wyrusza śmiało w świat, a dwie matki jenduszki dramatycznie nawołując biegną tam, gdzie te smarkaczątka idą. Czyli mamy co chwila imprezę z poszukiwaniem ptaków i przyganianiem ich z pola albo sadu. Wrrr...

Miód z drugiego ula został wybrany, jednak w mniejszej, niż zakładana ilości. Inne ramki z zasklepionym miodem okazały się częściowo zaczerwione. Anna przełożyła je do słabszego ula, gdzie - mamy nadzieję wylęgną się nowe pszczółki i zasilą tamten rój, i wtedy dopiero dobierzemy się do reszty zbiorów.

25 czerwca 2017

Mlekiem i miodem płynąca

Żeby nie było, że tak fajnie jest prowadzić gospodarstwo, że miodem i mlekiem ziemia opływa sama, jaja codziennie w kurniku się znajduje, a pieczenie same do gąbki wpadają, to muszę najpierw ponarzekać na notoryczne zmęczenie ostatnio, zakwasy w zastałych przy komputerze mięśniach i brak czasu na cokolwiek innego, niż praca rolnika...
Niby też ona taka spokojna, leniwie sobie płynie, ale jak dowali, to daje popalić, niczym w jakimś filmie sensacyjnym. Do takich momentów należą oczywiście sianokosy, gdzie napięcie stopniuje się stanem pogody i trzeźwości niektórych pracowników. Żniwa też bywają pasjonujące, na czyje to pole teraz kombajn zajedzie i czy zdąży przed zapowiadanym deszczem, albo czy się znowu nie popsuje, ale żniw już nie mamy, odkąd liche owsiane poletko zamienione zostało na dzikie pastwisko (pomimo obsiania mieszanką  szlachetnych traw urosło na nim wszystko, tylko nie to, co trzeba, na szczęście kozy to jedzą). Zatem pozostają jeszcze wykoty, oraz tego roku doszło wreszcie - wyczekiwane od dawna - miodobranie.

Anna jakiś czas temu zlustrowała ule i uznała, że dwa z nich nadają się do wybierania. W trzecim rój wciąż jest słaby, mimo zasilenia nową matką już drugi raz, a dwa kolejne są zbyt młode, dopiero z wiosną zasiedlone, żeby to robić.
Przygotowała się merytorycznie, oglądając kilka tematycznych filmików pszczelarskich na YT i wczoraj uznała, że to zrobi. Mistrz pszczelarski już od jakiegoś czasu mocno ją motywował, bo czas najwyższy.
W sumie dość łatwo jej poszło wybranie czterech ramek pełnych zasklepionego miodu i przywiezienie ich w pudle, nakrytych prześcieradłem na taczce z ogrodu do chatki dziadka, gdzie sobie kręcalnię tymczasową urządziłyśmy. Czekała już w niej wyszorowana po kilkakroć stara miodarka ręczna, jeszcze po dziadku, dawnym właścicielu siedliska odziedziczona. Trzy plastikowe pojemniki po pokarmie dla pszczół, zaadoptowane jako wiaderka, odsklepiacz (też dziadkowy), kilka misek i kubków, w razie czego.
Wstawiłyśmy pierwsze dwie ramki do miodarki i wzięłam się za kręcenie. I tu wyszło nasze obopólne nieprzygotowanie tematu. Jak kręcić, ile czasu, jak szybko, kiedy uważać, że się wszystko zrobiło, kiedy i ile oczekiwać miodu...  Nawet nie wiedziałyśmy, że trzeba ramki odwrócić po pewnym czasie i kręcić drugie tyle. W sumie zeszło nam na ten eksperyment naukowy kilka godzin i zdało się nam, że żadnego rezultatu nie przyniósł. Anna popadła w rozpacz.
- Tyle pracy! Tyle wysiłku, starań i pieniędzy w to włożonych, tyle czekania, a teraz k...wa nic?
Trzasnęła drzwiami i poszła, pochlipując. Ja zaś podstawiłam pod kranik, z którego ciurkał jednak miodzik wiadereczko i poszłam rozpracowywać temat teoretycznie. Wkrótce znalazłam rady pszczelarzy jak to robić miodarką ręczną, rzuciłam komputer i poszłam sprawdzać nabytą wiedzę w praktyce. Anna już, w bezdennej depresji rąbnęła była się spać. Teraz dopiero zaczęło z niej wychodzić całe zmęczenie ostatnich dni.
W takim razie, nie niepokojona, szybko poradziłam sobie z odebraniem miodu z dwóch pierwszych ramek, odsklepiłam następne, wstawiłam do wirówki, zakręciłam. Najpierw wolno. Potem trochę szybciej. Potem najszybciej jak się dało. Po czym wyjęłam ramki, przekręciłam je na drugą stronę, wstawiłam i proces powtórzyłam. Z kranika leciało całkiem zgrabnie żółte słodkie coś. Zeszło mi tak prawie do północy, przy okazji piwko żem sobie wypiła i pozastanawiałam się nad czasem odmierzanym strużką lejącego się leniwie złotego miodu. Wybrałam prawie pół wiaderka, zamknęłam je, zakorkowałam kranik miodarki i poszłam spać,
Raniutko zerwałam się i pierwsze, co zrobiłam to odetkałam kranik. Zleciało jeszcze z półtora litra. A gdy miodarkę przechyliłam, podkładając pod jeden bok drewienka, ściekły jeszcze dwa pełne kubki. I zabrałam się do przecedzania miodu i wlewania go do słoików. Trzeba było nieco pokombinować, jak sobie pracę usprawnić, nie mając jeszcze skompletowanego profesjonalnego sprzętu pszczelarskiego. Ale nie było to trudne. Trwało co prawda trochę, ale mniej, niż się spodziewałam.
Na koniec podliczyłam zapełnione słoiki, wagę i ucieszyłam się. Rozpacz Anny była zgoła bezpodstawna. Wyszło z czterech ramek osiem kilogramów miodu jasnego, z troszeczkę zielonkawym odcieniem, jak przystało na miód leśny. Prawdziwy, nie podrabiany. I różnorodny. Bo pszczółki pasą się na czystym, oddalonym od ludzi terenie, pożytkując na kwiatach leśnych, brzóz, czeremchy, osiki, sosen, buków i klonów, tudzież śliw i dzikich grusz (jabłonie w tym roku odpoczywają).
Świadectwo fotograficzne będzie później, w wolniejszej chwili...

5 maja 2017

Zimny maj

Mozół dnia codziennego skutkuje zmęczeniem i spadkiem chęci zapisywania onego na blogu. Wciąż tak samo się kręci. Zimna wiosna, chmury, częste deszcze sprawiły, że rozkwitła kilka dni temu śliwa stała smętna i opuszczona, jak panna młoda czekająca na narzeczonego, który jak by zapomniał o ślubie. Żadna pszczoła ani trzmiel nie chciały rzucić na nią okiem. Zimno sprawiło, że nektar nie płynął, kwiaty zaczęły się w końcu osypywać na ziemię.
- Oj, w tym roku śliwek nie będzie - stwierdziła Anna.
Smutno jakoś. I dziwnie.
Dzisiaj jednak, wbrew prognozom telewizyjnym, zapowiadającym dwa kolejne dni deszczowe, od rana wyjrzało słońce i ogrzało świat. Chłód znikł. Rozkwitła czeremcha i wspaniale zapachniła ogródek przy domu. Zleciały się muchy miodne i dalejże nadrabiać stracone dnie. Nektar popłynął, nawet na opadającej już śliwie. Młode pszczółki obległy chatę, taras, ogródek, świat się rozbrzęczał, jak na maj przystało. Dzięki Ci, Boże!

Co poza tym? Od Świąt wielkanocnych zaczął się codzienny udój kóz, dzieciaki sypiają już w osobnym pokoju. I codzienny przerób mleka na sery. Coś tam z wolna powstaje, choć najsampierw musimy się nimi dobrze najeść same. Dziś ukręciłyśmy pierwsze lody, jagodowe.
Prace w obejściu idą zrywami, to tu to tam, więc można powiedzieć, wszystko jest zaczęte, nic nie skończone. A czeka choćby ogrodzenie pastwiska na naprawę, aby móc na nie stado wypuścić i mieć z głowy ich osobiste pasienie po opłotkach. Tak samo nowy kurnik na uszczelnienie, bo dwie jenduszki już zasiadły na jajach. A dwie w kolejce stoją. Każdego dnia pchamy coś do przodu, a to płotek, a to furteczka, a to dziura załatana, jednak końca wciąż nie widać.

2 kwietnia 2017

Przymiarki

Kolejny, nie wiem już który wielki słój kapusty wespół z burakami, zakiszony do schrupania. Lubię tę mieszankę, bo czerwony kolor działa mi na apetyt, wiadomo.

Od jakiegoś czasu jest trochę mleka, nieco ponad litr dziennie, bo Lubą odstawiamy na noc od dzieci do osobnego boksu. Czyli jeden, poranny udój jest nasz. Trawy ani liści jeszcze nie ma, kozy co najwyżej ogryzają świeżą korę z gałęzi sosnowych, przyciągniętych z leśnej wycinki, więc i mleka dają jeszcze niewiele.
Niemniej codziennie nastawiamy na nim jogurt, ze specjalnych bakterii w sklepie mleczarskim kupionych (z jogurtów pseudo-naturalnych ze sklepu wychodzi takie gó..no, że tylko dla piskląt lub psów się nadaje), i wypijamy go po pół litra na głowę z ogromną wiosenną chęcią.

Pisklęta rosną zdrowo, karmione w dzień co 2 godziny, prużoną kaszą z domieszką siekanego jaja na twardo, pszennej osypki, tartej marchewki i siekanej drobno pokrzywy.

Po naradzie z mistrzem pszczelarstwa Anna dokarmiła nieco nasze pszczółki, przy okazji sprawdzając stan rojów. Jeden wydaje się być słabszy i mniej liczny od reszty, ale wszystkie czerwią.

Jedna z wylężonych zeszłej jesieni mini-kurek zniosła dziś pierwsze jajeczko, zielone. Będzie do wielkanocnego koszyka.
Niesie się jedna z jenduszek. Zbieram jaja.

Przymierzamy się do ważnej na wiosnę operacji, wydobycia i wywózki gnoju. Do ogrodu oczywiście, który mamy zamiar nieco rozszerzyć. To jedna z trzech najważniejszych prac w ciągu roku, dwa razy gnój, raz sianokosy.

27 lutego 2017

Sezonowy sen

Od ostatniego razu przybyła w oborze jeszcze jedna para gąb do wykarmienia, znowu koziołki. Są w dużej przewadze w tym roku. Ostatnia koza już nie zdoła wyrównać stosunku liczbowego dziewczynek do chłopców, nawet gdyby się postarała.

Dzieciaczki mają się dobrze. Niektóre już z zapałem biegają po dworze.

Dzisiaj intensywne słońce sprawiło, że po raz pierwszy na poważnie wyległy na świeże powietrze pszczoły. Podejrzałam, wybrawszy się do permakulturowego ogródka. Wszystkie ule ożyły, więc jest dobrze.
Tak samo, po zimie krzaczki porzeczek, malin i truskawek gotowe są do wskrzeszenia.

Anna miała niedawno sen. Była w nim prognoza pogody na ten sezon. Dostała ostrzeżenie, że wiosna ruszy szybko, a późnym latem i jesienią będzie mocna susza. Dlatego trzeba wcześnie siać, aby roślinki zdołały urosnąć, zakwitnąć i wydać owoce.
Sen odnotowuję, będzie można sprawdzić w swojej porze, czy się spełnił.

5 sierpnia 2016

Humory, brzęczenia i smaki

Pogoda wilgotna i pochmurna tego lata, czasem przynosi dzień, albo kilka ciepłych, i bardzo ciepłych, jak nie przymierzając dzisiaj, gdy temperatura bliska jest 30 stopni. W rezultacie pastwisko, które obrodziło nam wszystkim, ale nie posianą trawą wciąż się jeszcze ździebko zieleni i kozy mogą tam spędzać swój dzionek. Trza tylko od czasu do czasu kolejne przejście wynalezione przez nie w ogrodzeniu (przeważnie kładą się na siatce i obniżają ją tak, że mogą przeskoczyć na zewnątrz) załatać, przybijając poprzeczną żerdź między słupkami mocującą siatkę od góry.

W takie duszne i parne dnie, które trafiły się ostatnio, powietrze zrodziło dziwne humory, jakby powiedział dawny medyk. Czyli złapałyśmy rotawirusa, pewnikiem od dzieciaków, które biorą u nas mleko, albo od tych, z którymi Anna ma styczność na warsztatach ceramicznych. Kilka dni osłabienia, a najpierw mdłości i różnych brzusznych niedomagań już za nami. W sumie szybko i sprawnie udało się nam to zakażenie przejść, w porównaniu z opisami dolegliwości innych dorosłych, którzy zapadli na żołądkową grypę. Dla mnie to było pierwsze takie zakażenie w życiu. Wspomagam się przetworzonymi jagodami, mieszanymi z kefirem, boski smak i moc zasysania i bezpiecznego usuwania wirusowych toksyn z organizmu. Obyło się bez innych lekarstw.

Anna pilnie uczy się pszczelarstwa. I co rusz biega do swoich uli coś tam robić, i podkarmiać roje. Robimy to syropem z cukru. Syrop fruktozowo-glukozowy pędzony z pszenicy wykluczony, choćby ze względu na moją alergię na gluten, ale ogólnie to cholerne chemiczne świństwo, którego nie powinno się używać.
Przy okazji przynosi na sobie liczne ślady ukąszeń, na rękach, na szyi, głowie, a i na brzuchu i nogach też, i muszę z nich nieraz żądło wyciągać końcami paznokci. Smaruje je potem octem jabłkowym i opuchlizna ani swędzenie się nie pojawia. Ogólnie całkiem nieźle znosi taką szkołę od swoich nowych pszczółek, które o niebo są agresywniejsze od pierwszych, leniwych i mało-miodnych.
- Wiesz, jak się tak stanie przy otwartym ulu i one się podnoszą i buczą wokół ciebie, to pojawia się takie szczególne wrażenie, wibracji, drżenia, które cię ogarnia. To niesamowita energia, chmura żywej energii. Od razu podnosi adrenalinę i ciśnienie... Ja po przyjściu od uli mogłabym nieźle zawalczyć.
- Zatem pewnie wielu pszczelarzy jest od niej uzależnionych?
- Sądząc po moim mistrzu to tak...
Na razie skończyło się na dwóch słojach pysznego miodu i trzeciego, uzyskanego od mistrza z jego pasieki w odwiecznej zamianie na towar.
Kanapka z kozim twarożkiem i miodem, nie do opisania posiłek wspomagający i mój ulubiony to jest.
Bo, tak jak zawsze letnią porą przeszło się naturalnie na warzywno-owocowe jedzenie. I na razie nic mięszejszego nie jest potrzebne do życia.
Zebrałam w ogródku przy domu pełną skrzynkę zielonej fasolki. Część zjadłyśmy, a resztę zblanszowałam i zamroziłam w kilku sporych porcjach. Powoli zaczynają dojrzewać pomidory. Bywają cukinie i patisony, uformowało się kilka dyniek. Zaczyna się pora leczomanii.

Ogród, dzięki wilgotnemu latu wygląda okazale, dynie utworzyły wielką wysoką gęstwę i kwitną na wyścigi. Całość takimi dniami jak dzisiejszy brzęczy i huczy od uwijających się w kwiatach pszczelich robotnic.

Spadają już pierwsze jabłka. Anna zbiera je co drugi dzień, spiesząc się rano przed kozami, które od świeżych spadów potem rozpoczynają pastwiskowy dzień. Robię z nich sok, codziennie, w sokowniku. Wychodzi jakoś 3,5 litra za każdym razem. A to oznacza, że jabłka są o 1/3 bardziej soczyste, niż dwa lata temu, gdy zrobiłam takie zapasy sokowe, że starczyło nam właściwie do teraz. I z pewnością zabraknie posiadanych butelek, trzeba będzie się postarać o dodatkowe.
Z resztek, gniazd jabłkowych i gorszych spadów nastawiamy ocet. Też już się kończy ten sprzed dwóch lat, a używałam go do wszystkiego, potraw, przetworów i przede wszystkim do mycia włosów. W tym roku zrobimy zatem jeszcze więcej, bo dopiero teraz ostatnie butelki stojące w piwniczce pokazują, jaki skarb zaczął się w nich wytwarzać po dwóch latach, mocny i smakowity.

13 lipca 2016

Słodko i parno

Pogoda, wbrew prognozom, zwilgotniała, zburzowiała i wciąż trwa przy zmienności. W tym sensie, że trzeba czuwać i wypatrywać niespodzianek cały dzień, aby utrafić we właściwy moment, by kozy wypuścić na pastwisko, drób z jego skrytek, a potem w razie nagłego deszczu i często burzy szybko zebrać z pola i obejścia z powrotem pod dach. Bywa, że kilka razy na dzień.
Jednak wolę takie rozwiązanie, od narastającego parnego i dusznego upału, którego przedsmak też mieliśmy kilka dni temu. I który pobudził do aktywności mnożenia się muchy. Na szczęście gzy i ślepaki już sobie odpuszczają i zdarzają się rzadko, dużo rzadziej, niż w czerwcu.
W ogóle jednak przyznaję, choć sezon jeszcze się nie skończył, że są zmiany w populacji owadów, widoczne bardzo, zwłaszcza zadziwia od kilku lat (czterech?) prawie całkowity brak komarów, które na wiosnę zastąpiły trochę meszki, ale nie w jakichś kosmicznych ilościach. Ślepaki, czyli końskie muchy są aktywne tylko w czerwcu, może dwa-trzy tygodnie w roku. Potem gdzieś znikają. Czy raczej zanikają.
W tym roku widzę mniejszą ilość much, których zawsze o tej porze było nieznośne zatrzęsienie. Owszem, zaczęły teraz trochę dawać do wiwatu, ale wyraźnie słabiej, niż jeszcze w zeszłym roku. Jaskółki, które jak co roku osiedliły się w koziarni, muszą się chyba nieźle napracować, żeby wykarmić niedawno wyklute pisklęta.

W każdym razie wieczory spędzane na tarasie, już w połowie wykończonym, przy palącej się świeczce własnej roboty z wosku nalanego do glinianego naczyńka, czasem z szumem wiatru, lub deszczu, lub błyskawicami w tle, należą do przyjemnych. Bez konieczności nakładania długich spodni i koszuli z rękawami, aby się od nieznośnych krwiopijców zabezpieczyć. Nie trzeba. Ot, czasem jakiś chrząszcz przeleci z charakterystycznym buczącym chrzęstem skrzydełek, błyśnie w świetle ognia ćma albo inny świetlik, i wsio. Śpiewają w buszu wieczorne ptaszęta, ręka podnosi do ust szklaneczkę z domowym winem z dodatkiem wody sposobem greckim pitym, i dusza syci się światem bez przeszkód.

Prace postępują do przodu, choć już dawno straciłam poczucie, gdzie jest ten przód, a gdzie tył. Po prostu prace się pracują, jak należy w tym letnim, sprzyjającym pracom czasie, i co tu dużo gadać.
Kupa drewna już w połowie jest porżnięta i porąbana, ja z wolna zwożę je pod różne dachy i daszki. Których jednak może zabraknąć ostatecznie, dlatego trzeba w razie czego rozważyć wariant postawienia nowego. Pewnie krytego odzyskaną z zakupionego chlewika dwa czy trzy lata temu dachówką, którąśmy złożyły na zapleczu w razie takiej potrzeby.

Nasze leniwe pszczoły dostały nową matkę, aby je trochę może rozruszać, a wolny ul - nowy żywotny odkład pszczeli. Anna z zapałem uczy się pszczelarstwa, bo udało jej się trafić na pszczelarza-emeryta, który takiej nauki chętnie się podjął. Co rusz teraz biega do swoich rojów, dymić, oglądać plastry, matkę, czerwie, trutnie, i obserwować przyjęcie się rojów, obloty i co tam jeszcze Dusza Roju wymyśliła.

Z racji dużej ilości wody, której niebo nie skąpi w tym roku, ogród trzeba było drugi raz wykosić, aby zrobić miejsce sadzonkom do oddychania i życia, bo mikre są jeszcze i łatwo trawsku byłoby je zagłuszyć. Bób został zjedzony. Teraz zaczyna się epoka botwinki. Na dojrzenie czekają pomidory, wzrasta nowa sałata, dynia, bujna i szeroko rozkołysana kwitnie chętnie.

Z porzeczek zerwanych z naszych dwóch owocujących krzewów udało się nastawić mały gąsiorek wina. W tamtym roku starczyło tylko pod nalewkę. Ilość przyrasta, choć bardzo powoli, jak widać. Zatem Anna popytała, pojechała gdzieś i przywiozła pełną skrzynię czarnych porzeczek prosto z kombajnu usypanych. 20 kilogramów. Trzy dni trwała skrzętna praca, żeby je zagospodarować, ale udało się je przerobić. Na 11 litrów czystego soku z sokownika, dwa litry galaretki, 8 słoiczków dżemu i nastawić kilka gąsiorków wina, mojego ulubionego.
Do tego udało się zjeść i przerobić 6-7 kilogramów jagód, przez wioskowych zbieraczy dostarczanych w cenie skupu. I trochę ogórków na sałatki zimowe. Zatem zapasów coraz więcej.
Grzybów tylko wciąż nie ma, co przy takiej parnej wilgotności dziwnym jest, podobnie jak brak komarów.

26 czerwca 2016

Miodne sianokosy i inne sprawy

Wraz z wakacjami nastały upalne dnie. Pojawili się także goście, dwie kajakarki, pragnące zrobić sobie wycieczkę po Bugu, od jego krańca granicznego w Niemirowie do Warszawy, skąd przybyły. Do Bugu nam dość daleko, ale nie aż tak, żeby rzecz nie miała sensu. Ot, został się u nas samochód, a kajaki popłynęły wraz z załogą przez kraj.
Była tego dobra strona dla nas. Mianowicie nocleg i użytkowanie grilla przyniósł nam pomoc na łące i w ogrodzie, i to bardzo realną i potrzebną. Bo właśnie człowiek z bobrowej wioski doniósł był nam, że druga łąka jest skoszona, kilka dni ciepłych i bezdeszczowych się szykuje i można sprzątać siano. Niewiele myśląc Anna wyruszyła na nowe zbiory. Przerzuciła jednego dnia siano na połowie owej łąki, bo drugą Sąsiad z Polesia wziął sobie, który w hodowlę kóz się dawno wdał, a kolejnego dnia załatwiła kostkarkę i zwiozła. I to właśnie był dzień wizyty naszej pomocnej kajakarki i przydała się i do grabienia, i do ładowania kostek na przyczepę i do rozładowywania i pakowania w paszarni. Było tego trzy i pół obrócenia, czyli około 120-130 kostek. No, już naprawdę nam chwacit na ten rok.
Kajakarka następnego dnia wypieliła nam pięknie grządki w ogrodzie permakulturowym i pomogła do ula zajrzeć, bo się kiedyś pszczołami zajmowała i wykształcenie ma owadologiczne. Anna nową wiedzę zdobyła, przejrzała wszystkie ramki, miodu będzie tylko dla nas, ze dwie-trzy ramki, bo nasz rój leniwy jest i niewiele zbiera. Dobrze wiedzieć i za nowym odkładem się obejrzeć. Do drugiego pustego ula.
Następnego dnia kajakarki zgrupiły się, wraz z pierwszym dniem wakacji i wyruszyły w swoją drogę wodną, Anna pojechała z nimi nad rzekę i wróciła ich samochodem, gdy już się w kajakach znalazły. Późnym wieczorem dotarł do nas sms, że mimo upału i późnego wyruszenia zdołały kilometrowy plan dzienny wyrobić i właśnie rozbiły się szczęśliwie obozem na brzegu. 
No, cóż, hobby jak każde inne, prawda?

Mnie zaś przyszło strzec naszego ptactwa przed powtarzającymi się atakami krogulczycy. Pierwszego razu trafem wyszłam akurat z domu po chrust pod płytę i pomogłam indyczkom i indorowi agresorkę odpędzić, bo do wnętrza obory przez otwarte drzwi wzięła wefrunęła. Trzeba przyznać, że dorosłe indyki wykazały się prędką reakcją i szaloną odwagą, a indor, stacjonujący za progiem na podwórzu jak rakieta wystrzelił z miejsca w górę na ponad dwa metry, aby ptaszysko przestraszyć. Bezczelne usiadło na dachu i czyhało dalej, więc je spłoszyłam rzutami kamieniem.
Dzisiaj zaś alarm podniosły gęsi, balbiny. Krogulczyca cichaczem siadła w lesie za domem na kuraku, żerującym w krzakach. Wrzask ptactwa wywołał mnie natychmiast z domu razem z psami, które już wiedzą doskonale co wtedy robić. Pobiegły ze szczekaniem w odpowiednią stronę i drapieżnica zwiała, zostawiając łup, który na szczęście żył i umknął na swoich nogach pod kupę gałęzi się schronić. Wylazł spod niej dopiero po kilku godzinach, tak się wystraszył.
No, cóż, krogulce najwyraźniej karmią swoje młode gdzieś w gnieździe w pobliżu i trzeba się strzec.
Z innych spraw: dzisiaj została posadzona na jajach kolejna indyczka, która robi to już po raz drugi w tym sezonie. Zniosła następną partię jaj i właśnie wczoraj ją sparło na twarde siedzenie. Ponieważ już miejsca nam brakuje dla matek z dziećmi, wylądowała w drugiej paszarni przy nowym kurniku, w której graty trzeba było trochę przesunąć, by miejsce zrobić i skrzynkę wymościć.

Poza tym truskawki i rzodkiewki się skończyły, jak i sałata i szpinak wyjedzone zostały, a zaczęły się jagody. Były już lody z pierwszymi świeżymi z lasu, uzbieranymi przez siostrę Sławka i dżemik jagodowy też powstał.