Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuny. Pokaż wszystkie posty

26 lipca 2021

Ptasia mowa

W dniach 23-25 tego miesiąca mieliśmy w gminie doroczny festiwal muzyki folkowej, który odbył się mimo wszystko, radując ludzi i stałych przyjezdnych gości, którzy są w nim osadzeni od lat ponad dwóch dziesiątek. Nie odwiedziłam osobiście żadnego występu z różnych racji, choć nie ze strachu przed dżumą. Za to Anna spędziła tam całe godziny i dnie, współprowadząc warsztaty ceramiczne i swój kramik z wyrobami z gliny i nie tylko. Jerzy nocował u nas, jak zwyczajnie, więc miałam możliwość zażyć nieco atmosfery imprezy i pogadać o świecie w sposób jaki lubię, poza systemowy (nie jestem anty, ale trochę spoza i trochę sponad). Wpadła także na godzinkę znajoma Ślązaczka, bywała co roku o tej porze, aby wypić piwo bezalkoholowe na altanie i wymienić niusy życiowe. A poza tym karmiłam zwierzynę, gotowałam i przetwarzałam jak zawsze, urozmaicając sobie wolne chwile tłumaczeniem almanachu Nostradamusa na zmianę z podsłuchiwaniem na live koncertu ze sceny gminnej.

Dlatego zapiszę tu ważniejszą historię, jaka zapadła mi w serce i działa się mniej więcej równolegle. Zacznę od tego, że w tym roku drobnych ptaków różnych gatunków zrobiło się wokół mnie jakoś więcej. Od wiosny przepięknie śpiewały i fruwały w kątach widzenia niemal wszędzie. Myślę, że to wynik wykraczającej poza normy przyrody betonozy polskiej, ale i zapewne ogólnych zmian klimatycznych, które owe stworzenia przeczuwają, szukając spokojnych i bezpieczniejszych dla siebie terenów na wylęgi, jakie najwyraźniej się kurczą. Bywało, że pod dachem tarasu wił sobie gniazdko jakiś ptaszek, przeważnie była to makolągwa albo rudzik. W tym roku zrobił to kopciuszek. I to tuż nad oknem, przy którym siedzę zawsze przy komputerze. Zatem, gdy jest uchylone w ciepły czas prawie stale słyszałam wciąż to, co dzieje się u drobniutkiej sąsiadeczki.
Kopciuszek w pewnym momencie zaczął być charakterystycznie słyszalny, okazało się, że karmi swoje narodzone świeżo pisklątko. Maluch wydawał głośne wołania, a potem radosne odgłosy, gdy matka przylatywała z jakimś smacznym kąskiem. Ptak szybko nauczył się spokoju na mój widok, gdy często wychodziłam na taras za tym czy owym. Odfruwał na śliwę obok rosnącą i spokojnie czekał, aż przejdę. Bał się jedynie kota, co od razu poznawałam po wzmożonych okrzykach ostrzegawczych i niespokojnym furkotaniu.
Kot zaś jest o tej porze roku częstym tarasowcem, w nocy i w dzień, rzadko idąc w dalszą drogę albo przesiadując towarzysko w mieszkaniu. Wychodziłam natychmiast i pacyfikowałam Maćka, zabierając go do domu albo wyganiając w dalsze rejony obejścia. Kocur jest spokojnym sporadycznym łowcą mysz, karmionym w domu, a moimi ptakami, które co roku hoduję od pisklaczka nie interesuje się pod kątem łownym wcale. Uznał zapewne w całej swej wrodzonej uprzejmości, że są moje i nie ma do nich prawa łownego. Kopciuszek, jak zaobserwowałam, również podlegał pode mnie, a nie jego widzimisię.
Maciej jednak w zamian bardzo lubi przebywać godzinami w pobliżu owych moich ptasząt, czy to kurcząt, indycząt czy kacząt, kryjąc się gdzieś w pobliżu pod krzaczkiem i słuchając ich spanikowanych rozmów ze sobą ze spokojem drzemiącego lwa. I tym sposobem nie raz napędził mamie kopciuszycy stracha. Ja też miałam obawy, bo zwierzętom wierzyć do końca nie należy, mają jednak instynkt, który nimi zarządza, zatem czuwałam, wiedząc, że zbliża się moment, gdy młode wyfrunie z gniazda. Mogło wtedy łatwo wpaść w zęby kota. Zapewne i mama kopciuszek była tego świadoma, bo z dnia na dzień robiła się bardziej nerwowa. 

Zbliżała się pełnia. Spodziewałam się, że wtedy sprawy się rozstrzygną. 

Tymczasem działa się jeszcze jedna historia w tle. Z tajemniczym cichym drapieżnikiem porywającym i kasującym podrośnięte kurczaki, które kręciły się tuż przy płocie w ciągu dnia. Jednego z nich padłego znalazłam w kupie niesprzątniętych jeszcze gałęzi akacjowych, zamordowanego i zostawionego sobie na później. Domyślamy się, że jest to kuna, która zamieszkała gdzieś w pobliżu, może na strychu paszarni. W gospodarstwie jest dużo myszy, więc pełni rolę naturalnego wroga gryzoni, ale przy okazji - jak widać - bywa groźna inaczej.
W noc przed pełnią, gdy martwiłam się o kopciuszczę bardziej niż zwykle, przeczuwając wylot z gniazda i pierwsze niezdarne obloty, nagle na tarasie zrobił się mały raban. Najpierw rozkrzyczała się w gnieździe nad oknem mama ptaszka. Po czym rozległ się bojowy okrzyk, czy raczej groźny ostrzegawczy syk Kocieja Macieja. Który wziął i przepędził skradającą się kunę na terytorium sobie podległym. Być może ratując tym samym ptaki przed wybraniem z gniazda. 

Następnego dnia, jak przewidziałam byłam, napotkałam kopciuszczę w trawie po drugiej stronie drogi. Uciekło przede mną, oczywiście pozostawiłam je, wierząc, że matka jest gdzieś w pobliżu i czuwa nad niezdarą. Nasłuchiwałam czy nie usłyszę charakterystycznego ćwierku przy domu. Daremnie. Jednak po obrządku wieczornym, gdy wracałam pustym już podwórkiem, coś mnie nagle zawołało siedzące nad wejściem do ziemianki. Maleństwo! Najwyraźniej przyleciało się pokazać. Fruwało już zręcznie samodzielnie. Pogadaliśmy chwilkę (znało dobrze mój głos, bo zawsze przemawiałam do nich wychodząc na taras) i uspokoiłam się. 

Następnego dnia młodziutkie ptaszę siedziało na poręczy altany, gdy przyszłam do porannego obrządku. Przywitało się, wyraźnie ucieszone. I po chwili odfrunęło. Już go nie widuję, ale wierzę, że daje sobie radę. 

21 września 2011

Wieści zwierzęce

Nieprzypadkowym przypadkiem nawiążę tematem do sąsiedzkiego blogu. Tym razem (w poprzednim roku był to, przypomnę "chomik", zwierzątko niewiele większe od myszy, ale krzyczące znacznie od niej głośniej, które chciało koniecznie zanurzyć się na zimę w ogródkowym inspekcie koło domu) w nocy obudziło mnie intensywne skrobanie gdzieś w ścianie tarasowej, blisko drzwi. Odgłos jednak był większy od tego, który robi mysz. Coś próbowało - jak sądziłam - dostać się do środka, wgryzając się w trzeszczącą piankę, którą izolowane są okna i drzwi w ścianie. Na szczęście po kilku minutach dźwięki ustały...
Zapomniałam o tym do rana, ale rano Kola zaczęła się dziwnie zachowywać. Nie przychodziła na wołanie, tylko jak przymurowana, z napiętym wzrokiem i merdającym ogonem wpatrywała się intensywnie w jeden punkt w ogródku przed tarasem.
Zachowuje się tak zawsze wtedy, gdy pojawi się obcy przybysz, dzikie zwierzę. Psica z pasją poluje na szczury polne, które kopią nory w zimie pod daszkiem drewutni (raz nawet udało jej się zagryźć wielkiego samotnego samca, ale tylko dlatego, że nie uciekał, tylko próbował się odgryźć). Podobnie reagowała na zeszłorocznego chomika, aż po dwóch dniach musiał się wyprowadzić z obejścia. Zatem i tym razem uznałam, że wizytuje nas ów chomik, szukający jesienno-zimowego przytuliska, nie dociekałam kto zacz, tylko zajęłam się dojeniem kóz.
Tymczasem okazało się inaczej...
Zwierzę, ukryte pod oknami inspektu opartymi o słup, pod naporem ciekawskiego i rozgorączkowanego instynktem łowieckim psa nagle rzuciło się do ucieczki. Kola pogoniła za nim. Rozległ się głośny krzyk, przypominający rozdzierający głos ptaka, rodzaj ćwierkania (wystraszone gryzonie zazwyczaj ćwierkają, to głos u mysz nieco podobny do cykania świerszczy). Dopadła zwierzątko na tyle blisko, że stanęło i zaczęło się bronić, skrzecząc przy tym odstraszająco z całej siły. Pies dostał pazurem po nosie i zaskoczony przystopował w gonitwie...
Pobiegłam kawałek za dom, do lasu, ale nic już nie zobaczyłam. Za to na tarasie i w pobliżu czuć było intensywny ostry zapach...
Raniony psi nos został zdezynfekowany wodą utlenioną.
Sprawdziłam następnie w wikipedii. Łasicowate należą także do skunksowatych i mają gruczoły zapachowe, którymi znaczą teren...
Nie łasica, było z pewnością większe, sądząc po głośnym krzyku. Co innego, kuna albo tchórz. Stawiam na kunę leśną (przyszło z lasu i tam uciekło), tj. tumaka.

Było to trzy dni temu. Nie pojawiło się już z powrotem. Być może bywało wcześniej i łowiło myszy pchające się do chaty, pewnie wchodząc za nimi jakąś szparką pod szalunek.

Z innych wieści zwierzęcych: kogut Ancymon stracił ogon z niewiadomych przyczyn. Wydarte długie, dostojne pióra walają się w kurniku. Niechybnie z czymś walczył i raczej nie sądzę, że był to któryś z młodych kogutków. Te jeszcze nawet nie ośmielają się zapiać przy nim, a co dopiero stanąć do pojedynku. Może to Kola się zemściła za atak, albo poszarpał go kot, usiłujący wydostać się z kurnika (Jasio uwielbia tam spać w dzień). Kogut teraz wygląda, hm... kuso i niepoważnie.

No, i dzisiaj przed wieczorem zobaczyłam pierwszy wielki klucz żurawi w tym roku. Leciały z północy prosto na południe. Znaczy zima szybko się zacznie.

23 października 2010

Mądrość na przyszłość

Czasem słyszę pytanie, zdziwione, różnych przygodnych i znajomych ludzi, dlaczego akurat wywiało mnie na wschód? A nie w jakieś szczęśliwsze, bardziej cywilizowane, ludniejsze i bogatsze rejony, bliżej jakiejś wielkiej metropolii.
Skąd my tutaj? Po kiego licha?
Tu Pan Bóg mówi dobranoc, tu mieszkają ludzie z lasu, nie ceniący terminów, obietnic, z brakiem poczucia czasu, o innej religii i z dziwną historią, nieznaną w reszcie kraju, tu ziemia lekka, plony marne, zjadane w dodatku przez dziki i żubry, a dobytek żywy szabrowany przez lisy, kuny, jastrzębie, sokoły i wilki niekiedy też.
Trudno mi na to odpowiedzieć bez poruszenia spraw nieomal paranormalnych, zatem w większości milczę lub zbywam ciekawość jakimiś zrozumiałymi (zracjonalizowanymi) opowieściami. Niemniej, tyle teraz wyjaśnię. Najistotniejszą rolę w obraniu tego, a nie innego kierunku poszukiwań miejsca, bazy i ziemi odegrała moja intuicja, przeczucia i sny.
Mapę okolic z nazwą miejscowości (niestety przekręconą po obudzeniu) ujrzałam w półśnie kilka lat przed ich odkryciem. Mam ją narysowaną w notatniku, także dom (po przebudowie) i jego położenie, opatrzone datą mogącą powalić niedowiarków.

Mogę powiedzieć, że kierował mną jakiś atawizm i sentyment. Choćby stąd się biorący, że mój tata był fanatykiem Trylogii Sienkiewicza i miał za znajomych dwa małżeństwa przesiedleńców ze Lwowa. W rozmowie z nimi zawsze z rozkoszą przechodził na ruski akcent.
Pamiętam ich. Choć już dawno temu odeszli w nieskończoność. Byli to prości i niezwykle serdeczni ludzie, odbijający na tle innych czymś, co mój ojciec kochał, a ja od niego to przejęłam. Pan U. na przykład był namiętnym grzybiarzem. Takim, co skoro świt wychodził do lasu, a gdy znalazł grzyb siadał przy nim i patrzył pilnie... Twierdził po tych obserwacjach, że grzyby rosną skokowo. Widział, jak rosną grzyby!
Ale mniejsza o to.
Mną powodował głównie lęk. Wywołany długotrwałą serią apokaliptycznych snów. Które niestety zaczęły się już spełniać.
Strach przed głodem i chłodem mam zresztą po biednych chłopskich przodkach ze strony mamy, dotkniętych różnymi klęskami dawno temu. Nadwrażliwość po schłopiałych szlacheckich przodkach ze strony ojca.
Powodował mną lęk przed kryzysem i chęć zaradzenia mu w porę. Umoszczenia sobie gniazda i sprawienia, że głód mi nie zagrozi. Ani mnie, ani moim bliskim (którzy zresztą nadal nie mają pojęcia, co mnie wywiało, ani tym bardziej nie podzielają moich obaw).
Pchanie się na wschód, tyle razy dotknięty przez historię, biedny, zapomniany przez cywilizację... dość dziwnie wygląda. Jednak posłuchałam w tym swoich przeczuć, a nie logiki.
- Ach, to wielki trójkąt radiestezyjny z uśpioną białą energią czakramu! - ktoś mi na to rzekł - Rozumiem. On się ma obudzić. Sięga czubkiem aż do Rygi i zajmuje obszar co najmniej połowy Białorusi i część Podlasia. Świadczą o tym choćby nazwy zawierające człon "biały".
Ale ja nic o tym nie wiem. Oprócz tego, że na dzisiejszej Białorusi dziwnym zbiegiem okoliczności przyszli na świat wszyscy nasi wielcy wieszcze! I tego, że mój duchowy mistrz prawie pół tysiąca lat temu napisał, że wielkie światło obudzi się tam, gdzie jest granica kalendarzy i różne terminy postu i świąt.

W ciągu ponad dwóch lat w trakcie mieszkania na cudzym, czyli na Dąbrowie, zajęłam się tłumaczeniem tekstów Nostradamusa z francuskiego na polski. Nie tylko z nudów, ale przede wszystkim po to, aby zrozumieć co mnie naprawdę prześladuje, i co z tego może się rzeczywiście spełnić.
Wiele zrozumiałam, odkryłam, lecz nadeszła jakiś czas temu pora, aby przetłumaczyć też oprócz czterowierszy, także teksty prozą Proroka z Salon.
Kilka dni temu dopiero zrozumiałam jeden z nich. I odkryłam w nim dzieje konfliktu bliskowschodniego oraz coś, co wydaje się poruszać kwestie chaosu politycznego, który dopiero zaczyna się bujać w Polsce.
Posuwam się zdanie po zdaniu w głąb zrozumienia i nie jest to łatwe. Jednak dotarłam już do akcji Pustynna Burza, ugaszenia wielkiego dymu i egzekucji przywódcy i jego dworu, po wyjawieniu wszystkim ich wielkich zbrodni. W tym samym czasie w Europie "owczarnia miała zostać powierzona wilkom porywającym". I rozpoczęło się wielkie sprzeniewierzenie wartości duchowych i upadek autorytetu KK i jego kapłanów.
Co dalej?
Wspominam o tym, ponieważ panowie współ-blogujący na zalinkowanych na Kresowej blogach zajęli się projektowaniem funkcjonowania świata po przekroczeniu Peak Oil i wobec narastającego kryzysu paliwowego. Posługują się logiką i racją. A ponieważ brakuje w tym uwzględnienia tego, czego nie da się nijak uwzględnić bez jasnowidzenia i uruchomienia intuicyjnej półkuli mózgu, to dopowiem coś ze swej działki. Słowami Nostradamusa (zresztą jest ich więcej na ten temat, ale pozostawiam to sobie jeszcze do przemyślenia). Brzmią one tak w tłumaczeniu uwzględniającym styl epoki:

"Następnie, ponieważ omawiane zaćmienie przypadnie w okolicach początku pierwszego niebiańskiego domu, da ono złej partii jedną nieszczęsną przepowiednię, a to mianowicie wielkiej drożyzny żywności: przywódcom nastać w najwyższym podniesieniu, wraz z dobrowolną i niedobrowolną klęską głodu, jednak w większości z powodu uchybienia tego, którego pola nie wydadzą tyle swej powinności, ile będzie się miało nadziei. Mądry, kto się zaopatrzy."

Klęska spowodowana przez GMO, przyjmowane dobrowolnie i rozsiewane niedobrowolnie...
Owo "następnie", o jakim jest mowa w tym zdaniu, ma nastać po czasie chaosu politycznego spowodowanego wielkim śledztwem i wielkich zamachów terrorystycznych w Europie (nie było ich jeszcze) oraz coraz częstszych atakach epidemii różnych dziwnych chorób.
Do końca jednak jeszcze trochę...

Ha, każdy ma swój mit, który go wiedzie tam i gdzie indziej przez życie.
Ja mam właśnie ten.

16 maja 2010

Las atakuje

W kurniku pani Wiery tragedia. Wczoraj kuna wdarła się przez szparę w drzwiach, zabiła kwokę i pięcioro kurcząt, niedawno wyklutych. Jak tak dalej pójdzie Kola będzie mieć zapas rosołowy do końca roku. O ile wiem, kuny raz rozbestwione potrafią wybić całe stado.
Tej nocy coś wdrapywało się po ścianie chaty od strony lasu. Wstałam i goniłam psa, coby postraszył dzikiego gościa. Na razie "łaska" (tak mówią na te zwierzątka w moim rodzinnych stronach, skrót od łasica) trzyma się granicy lasu i nie zapuszcza wgłąb obejścia. Ale... pożyczona kwoczka pani Wiery zasiada na jajach niedaleko, w stodółce. Obawy rosną.
I nie miej tu dobrego psa, gospodarzu!
Pioter opowiada, że kiedyś w starej stodole na obecnej naszej posesji gnieździły się tchórze, robiły spore szkody, zanim je zdołano ubić. Poza tym dawno już tego nie było. Lisy również nie zaglądały tu od wielu lat. Głównym kłopotem były jastrzębie. Tych w tym roku jakoś nie widać (tfu, odpukać w niemalowane), i znienacka teraz atak czworonożnych drapieżców.
Zauważam, że lepsza w gonieniu dzikiego zwierza jest nasza mniejsza suka-kundelek. Robi najwięcej hałasu i śmiało biegnie między drzewa. Kola szczeka owszem w powietrze, ale nie postrzega wizyt małych zwierząt jako zagrożenia i rusza się bez refleksu.
Natomiast pasjami poluje na szczura w drewutni i wykopała już tam wielką jamę. Potrafi czatować na niego godzinami, zapominając o jedzeniu i piciu. Zabijając szczury przegryza im kark i porzuca je. Potrafi w ten sam sposób unieszkodliwiać także szerszenie!

15 maja 2010

Pohulaty tancowaty


Wczoraj o 20 lądowanie w sali GOKu w Czeremsze na koncercie Hulajhorod. To zespół ukraiński, folkowy, śpiewający tradycyjnie tradycyjne pieśni, czyli prosto z brzucha i polifonicznie, jak to na wschodzie od zawsze trwa. Można było też potancowaty, bo brali w tany do polki i kazaczoka ludzi z sali. 3, 5- i 7-głosowy kolektiw brzmiał jak wielki chór. Taką muzykę trzeba zawsze słyszeć na żywo, mnie się marzy posłuchać białego śpiewu w polu, na ławeczce we wsi, na żywo, jak to drzewiej bywało i na Rusi i na Podlasiu. Jeszcze ponoć w latach 60-tych i 70-tych był to spotykany często słuczaj.
- Ludzie śpiewali cały dzień, w pracy, w polu i po pracy. Teraz seriale w telewizji oglądają - wspominał starszy pomocnik naszego majstra 2 lata temu.

Z innych nowin: coś ukatrupiło kurę sąsiadki. W charakterystyczny dla kuny sposób. Oderwana głowa, wypity mózg. Reszta dostała się naszym psom do jedzenia. Kilka dni wcześniej znalazłam koło domu trupa dużego polnego szczura z odgryzioną głową. Teraz to się składa w całość.
Trzeba psy często puszczać, szczuć w stronę lasu, żeby hałasowały. Kola zresztą, dokarmiana chętnie przysmakami mięsnymi przez Wierę i Mikołaja poczuwa się do strzeżenia ich obejść i zawsze biegnie także sprawdzać ich posiadłości. Na kunę nie ma innego sposobu, jak pies.

Jaja pod gęsią nie zalęgły się. Wyrzuciłyśmy je. Gusia, wychudzona siedzeniem wylądowała przymusem w koziej zagrodzie, gdzie ma się paść na trawie, przewietrzyć i umyć na deszczu.