Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ogłoszenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ogłoszenia. Pokaż wszystkie posty

22 maja 2026

Język snu

Przed laty pod wpływem natchnienia, gdy w ciągu jednej nocy zrozumiałam swoje sny skwapliwie zapisywane od dzieciństwa, napisałam zbiór haseł symboli, które najczęściej nam się śnią. Książeczka sprzedawała się nieźle, aż wyczerpał się czas odnowienia umowy z wydawnictwem. 
Wzięłam ją zatem na warsztat, dokonałam poprawek i uzupełnień, bo przez lata moja wiedza w tym temacie pogłębiła się. I oto wyszło I poprawione wydanie mojego sennika, pod tytułem "Język snu". 

To prosty i wygodny w użytku podręcznik do nauki rozumienia swoich snów, także w ich warstwach głębszych, duchowych, wizyjnych, jak i codziennych, refleksyjnych, psychologicznych. Wiele podstawowych haseł, dzięki którym można się przekonać, że porozumienie z nieświadomością nie jest trudne.
Nie masz snów? Zapominasz je? Nie wiesz jak je przywołać i jak używać w życiu? Miewasz koszmary? Słyszałeś głosy? Jasnowidziałeś sceny z przyszłości? Obudziłeś się we śnie? Przypomniałeś sobie poprzednie życie? Spotkałeś bogów, anioły lub dziwne istoty? Miewasz wizje, trans lub hipnagogiczne obrazy? Spotykasz duchy? Nie wiesz jak je rozróżnić? To książeczka dla ciebie jeśli tak, a jeśli nie, to tym bardziej polecam. Cena nader przystępna. Można pisać do mnie na email: ewasey@go2.pl , podam wtedy wszystkie potrzebne dane. Można także kupić na allegro, wystarczy kliknąć na ten link.



3 lipca 2023

Piękny potwór a natura

Pogoda jak to przy pełni, niepewna. Trochę wiatru, trochę chmur, trochę rosy i dżdżu, trochę słońca.
Trwają prace przy konstruowaniu kurzego traktora. Trzeba było kupić siatkę wolierową, taką, owaką. Przeszukać zakamarki w szopce i wyciągnąć deski, beleczki i resztki płyt z różnych budów zdatne do konstrukcji. Anna docięła je pod wybrany wymiar i przy pomocy pomagiera złożyła w całość, umocniła, ze mną zaś naciągnęła i docięła siatkę, teraz stanęło jeszcze na drzwiczkach do tego ustrojstwa. Praca delikatna, wymagająca skupienia i odporności na stres. 
Dlatego nasze dwa wylęgi kaczo-indyczo-perlicze wciąż wychodzą na zmianę do zagródki, jedynej zabezpieczonej szczelnie od zewnątrz i od góry specjalną siateczką. Do tego przedwczoraj pojawił się na świecie trzeci lęg. Już prawie uznany za nieudany eksperyment.
Kurza kwoka wysiedziała 9 jaj od Halinki i wylęgła 9 indycząt. Żwawych i silnych.  Kolejny problem logistyczny do pokonania. Póki co próbujemy te dodatkowe dzieci sprzedać. O ile jednak na początku sezonu jaja i małe indyczęta szły od ręki, to teraz nikt nie odpowiada na ogłoszenie. Trudno, jakoś będziemy je chować i czekać na klienta. Szkopuł w tym, że kwoka ma w zwyczaju szybko, już po miesiącu czy tak jakoś, ledwo odchowane kurczęta odpychać od siebie i porzucać. Co dla indycząt jest zgrozą. Indyczka bowiem prowadza je i chroni troskliwie prawie do dorosłości.

Poza tym zaczynają się z wolna zbiory ogórków. Te poniżej na obrazku poszły wszystkie już na drugą porcję małosolnych. Ponoć rakotwórcze, jak ogłosił urząd europejski od zdrowia (czy raczej chorób), ale jak sądzę dotyczyć to może w istocie ogórków zachodnich, z dużych gospodarstw, gdzie podlewa się szklarniowe uprawy wodą z gnojowicy. Mieszkańcy Niemiec od lat już narzekają na brak smaku w jarzynach, znajoma mówiła, że wszystko tam smakuje jednakowo, tylko wygląda inaczej. Dlatego polskim jedzeniem była zachwycona. A rozmawiałam z nią na ten temat już prawie 20 lat temu.
Pamiętacie historię sprzed kilku lat, gdy w Niemczech zmarło trochę ludzi w wyniku zjedzenia surowych ogórków? Całą sprawę wyciszono skutecznie, ale rolnicy wymieniali się uwagami właśnie na temat owego nawożenia i podlewania substancjami pochodnymi od zwierząt karmionych wiadomo jak w chowie zamkniętym. Najwyraźniej problem się nawarstwia, ziemie jałowieją, użyźniane sztucznie lub takim to pseudo-naturalnym cudem biotechnologii.
Mój mistrz Michał wieszczył, że ogromne połacie pól zostaną porzucone jako ugory, z powodu "pięknego potwora, którego zrodzi ziemia". Jak sądzę miał na myśli także uprawę roślin modyfikowanych, pięknych i dorodnych z wyglądu. Ale dobrze, dobrze, wierzcie nie wierzcie, zamknijcie oczy i uszy. My osobiście na razie nie boimy się rakotwórczego kiszonego ogórka, bo wszystko uprawiamy w zgodzie z Matką Naturą. Ale mieszczuchy niech lepiej baczą, co i od kogo kupują w tej materii, bo i do Polski zaraza produkcji zmechanizowanej przyszła, jedynie ma mniej lat.


I dla urozmaicenia i uspokojenia tematu trochę innej natury wrzucam. Glina, ceramika, wzorek z przyrody wzięty, mydelniczka pod mydełko domowej roboty (jakby ktoś pytał). Prosto z pieca wyjęta.

27 marca 2022

Wiosna, gdzie ty?

Pogoda ciągle niezdecydowana. Nieustanne przymrozki nocne powodują, że słoneczne i ciepłe dnie nie wystarczają, aby przyroda ruszyła z wiosną. Co prawda przeszłam z tego powodu w dzień na palenie pod płytą opałem zgromadzonym dzięki kozom - pracowitym zgryzaczkom gałęzi leśnych. A świat wokół pełen jest ptasich treli. 

Anna nie mogąc się doczekać ciepła wzięła i posiała już grządki tunelowe, głównie rzodkiewką, koprem i szpinakiem. Trzeba było rozciągnąć szlauchy do podlewania. A zasiewy nakryć włókniną dla ochrony przed nocnym zimnem.

Pomidory i papryka kiełkują w domu, czekając na swój czas.

Poza tym odbywa się wydobycie obornika z koziarni. Andriusza obiecuje, nie przychodzi, więc na razie praca samodzielna i powolna przez to. Wydobyte "złoto" idzie do ogrodu na kolejne wały, zbudowane wzdłuż tunelu. Marzą się truskawki, więcej ich. No, i klasycznie dynia. Zeszłoroczne zbiory wciąż jeszcze używamy, karmiąc nimi kozy, drób i siebie.

Gdy to się skończy czeka odsadzenie dzieciaków na noc do osobnego boksu. Rosną ładnie. Dzięki temu będzie można doić rano mleko i zacząć robić twarogi i jogurt. Jestem już ich bardzo spragniona.

Oto nasze pociechy tegoroczne. Gdyby ktoś chciał kupić, prosimy o kontakt. Cena przystępna. Utrudnienia kontrolne w okolicy wyraźnie się zmniejszyły, poza tym nie mieszkamy na "wąskim pasie przygranicznym" ale kapkę obok. Można się umówić przez e-mail. 

Koziołki i kózki karmione mlekiem matek są najlepszym materiałem reprodukcyjnym, nie chorują i duże rosną, przekazując w genach swoje najlepsze cechy potomstwu. Wiem coś o tym, bo bywało, że zakupione rasowe sztuki z instytutu czy od farmera odstawiającego koźlęta tuż po urodzeniu, mocno nas rozczarowywały w hodowli. Jest naprawdę duża różnica w jakości.


 Oto słodkie zabawy w ciągu dnia.

Przykłady koziołeczków.


Mają już 2 miesiące.

15 lipca 2021

Upalny surwiwal

Trwają 32 i 35-stopniowe upały (w słońcu temperatura po południu sięga 40 stopni), ze śladową ilością zachmurzeń lub deszczyku. W Polsce zaś nawałnice, grad, wichury i trąby powietrzne zrywające dachy i wyrywające drzewa z korzeniami, podtopienia ulic i miast podczas ulew. Codziennie jest cieplej w domu, bo rozgrzane noce nie dają dostatecznej ochłody w mieszkaniu. Było 23, potem 24, dziś 25 stopni w kuchni. Czyli robi się coraz nieznośniej.
Myję się w zimnej wodzie, bo nie chcę palić pod płytą, aby nie dodawać temperatury. Gotuję na maszynce elektrycznej. Pan z elektrowni zbadał niedawno licznik i stwierdził, że mamy nawet lekką nadwyżkę w produkcji prądu z paneli słonecznych, więc jest darmowy.
Kozy pasą się kilka godzin przed południem, potem trochę na dołku w cieniu klonów i grabów, po czym lądują w oborze na sianie i owsie do końca dnia. Nawet nie ma jakiejś zastraszającej ilości owadów, jest trochę dokuczliwych gzów i krwiopijczych much, ślepaków o wiele mniej niż zazwyczaj co roku i są dużo mniejsze. Muchy mnożą się powoli, komary zanikły zupełnie. Ptaki kryją się w cieniu i wychodzą dopiero późnym popołudniem, zmęczone, z otwartymi dziobami i rozchylonymi skrzydłami dla ochłody, choć zawsze mają świeżą zimną wodę w naczyniach w różnych miejscach podwórza porozstawianą.
Ogórki plonują, Anna zbiera po kilkanaście kilogramów co 2 dni. Wstaje wtedy o świcie i pracuje pilnie, gdy jeszcze daje się wejść do tunelu. W większości je sprzedajemy umówionym wcześniej klientom (można się umawiać np. mejlowo – adres w profilu tego bloga - nawiasem mówiąc), niekiedy z dowozem nawet, gdy blisko, świeże prosto z krzaka. Takie najlepsze na przetwory. Nasze są niczym niepryskane, na naturalnym nawozie i podlewane nagrzaną w zbiorniku wodą. Sama zrobiłam już ponad 20 słoików krojonych ogórków w zalewie słodko-kwaśnej, 10 słoików marynowanych i zakisiłam dwa 5-litrowe pojemniki. Pewnie będzie tego dużo więcej. Spasteryzowane wylądowały szybko w chłodzie ziemianki i w piwniczce domowej, aby nadmiernej fermentacji zapobiec. Wychodzą twarde, chrupiące, jak trzeba, żadnych kapci.
Sery podpuszczkowe płyną (właściwie rosną pod wpływem mnożących się drożdżowych bakterii), jak zawsze, gdy robi się cieplej ponad 24 stopnie w pomieszczeniu. Przeszłam więc na twarogi, zresztą idą dobrze, bo młodzież ptasia sporo tego je, my także lubimy kluski leniwe albo sernik, a poza tym kozy, jedząc mniej trawy dają mniej mleka, z siana i owsa mleka nie ukręcisz. Choć dokarmiam je krojonymi ogórkami dla orzeźwienia.
Sama ulubiłam sobie zjeść codziennie mizerię ze świeżego ogórka ze śmietanką kozią i koperkiem, zaprawianą cukrem i octem jabłkowym lub porzeczkowym. Albo kubek zimnego domowego jogurtu z dodatkiem słodkiej porzeczkowej galaretki albo innego dżemu z lat przeszłych.
Nastawione zostało wino na suszonych kwiatach bzu.
I odkryłam w necie almanach Nostradamusa, którego nie znam, więc zabrałam się w wolnych chwilach do pracy translatorskiej. Pozwala zapomnieć o upale. Do tego od czasu do czasu miewam webinary astrologiczne, brać astrologów polskich i niepolskich uwielbia wykładać i uczyć się nawzajem od siebie, ma też wielu ciekawskich i chętnych do nauki czy rozważań słuchaczy. Jak ja, nie przymierzając.

21 maja 2021

Kolejny wylęg

Już są. Nowe indyczęta rasy domowej tradycyjnej, czarno-czerwone i czarno-lawendowe czyli jasne. Komu, komu? 16 ich.

26 marca 2018

Kryzys wiosenny

Powaliła nas choroba. Anna szybko zrejterowała do lekarza i zaczęła kurację antybiotykową. Ja pozostałam przy swoich metodach. Po tygodniu czasu mogę powiedzieć, że obie czujemy się jednako ch...jowo.
Kiedy razem miałyśmy powyżej 38 stopni gorączki musiałyśmy skoordynować swoje wysiłki, aby wykonywać codzienne konieczne prace, nawet pełznąc i czołgając się. Aby potem paść na kilka godzin w ciepłą pościel i usiłować wypocząć.
W tym czasie wykociła się ostatnia koza, na świat przyszły dwie śliczne kłapciate kózki, trzeba było dopełnić obowiązków położnej. Nie zauważyłyśmy z tego chorobowego przemęczenia, że koza ma ranę na wymieniu, wyglądała na zabrudzenie łożyskiem. Anna odkryła prawdziwą przyczynę dwa dni później, gdy zdojone mleko z nabrzmiałego strzyka zaczęło być mocno różowe. Na szczęście w domu jest stale w pogotowiu lekarstwo i strzykawka. Koza dostała trzy razy antybiotyk, specjalne odkażające smarowania i opuchnięcie już schodzi, mleko też wróciło do zwykłej barwy.
Dostała cios rogami od własnej matki, która była już mocno zmęczona ciasnotą i zamykaniem ich na całe dnie. Kiedy pogoda zaczęła się wyraźnie poprawiać i ocieplać, w dzień słońce wysoko stać, a my odzyskałyśmy nieco sił, kozy są wypuszczane na kilka godzin na podwórze, gdzie zajmują się korowaniem zwiezionego drewna i jedzeniem siana, a koźlęta bieganiem i zabawą. Bardzo to uspokoiło nastroje.
Wizja zbliżającej się wiosny, ćwierkające wiosenne ptaszki, ciepło w ciągu dnia (w nocy są nadal przymrozki i gleba wcale nie odmarzła) poruszyła też rolniczy biznesik. Ogłoszenia dawno wisiały tu i ówdzie, a dopiero teraz bywa po kilka telefonów dziennie. A to ktoś kózkę kupił, a to kozła pożyczył, a to koguta się sprzeda, może indora lub indyczkę. Tylko o jaja nikt nie pyta, a wysypują się z lodówki, mimo, że codziennie karmię nimi psy i koty, a Anna zrobiła wielojajeczny sernik z przedostatniego twarogu zeszłorocznego, przechowanego w zamrażarce.

Zajrzał też majster ustalony jeszcze przed zimą, do wykończenia pokoju głównego, który wciąż pozostaje w pierwotnej wersji. Szykuje się zatem ostry remont zaraz po świętach.

Póki co snuję się po świecie w zwolnionym tempie, z trzaskającym bólem zatok czołowych, tłumionym tabletkami przeciwbólowymi, nosem odtykanym kroplami do nosa, i niedomiarem temperatury, 36,4.

22 września 2017

Gustowny Gucio

Mży i mgli oraz dżdży na przemian. W przerwach między robieniem przetworów i serów oraz dokarmiania gadziny domowej i przydomowej, studiuję astrometeorologię. Dzisiaj równonoc jesienna o 22.02 wypada, wypada więc zacząć szczegółowe obserwacje pogodowo-planetarne, aby choć na tym w życiu dobrze się poznać. Jeśli uda mi się coś odkryć na przyszłość w dziedzinie pogody nie omieszkam dać znać.

Tymczasem kozom wsio rawno, byle można było się dobrze najeść. Ich pani wciąż uskutecznia namiętne grzybobranie przy okazji ich wypasu, nie mają źle, snując się po opłotkach i okolicznych gęstwach leśnych. Spadają już liście, jeszcze zielone, a kozy bardzo to lubią, bo wystarczy się schylić, żeby brzuch wypełnić. Na pastwisku zaś gromadnie kanie i prawdziwki wyległy...


Oto i Gustowny Gucio, szefunio, półtoraroczny kozioł. Grzeczny, dobrze wychowany, uległy i łagodny w obejściu. Można spokojnie go kiełnać, nawet taka słaba baba jak ja to potrafi. Bezrogi, z domieszką rasy anglonubijskiej i alpejskiej. Nie skacze na człowieka i nie bodzie bez sensu. Choć muskularny i przepychać się przysłowiowymi łokciami potrafi. Kozy go szanują.


Z tej perspektywy lepiej widać jego reproduktorskie walory. Gdyby ktoś chciał kupić, niech daje znać. Jeszcze ma szansę ma przedłużenie żywota. Jako ojciec sprawdził się już dwukrotnie w całym stadzie, radzi sobie i dzieci zabawne powołuje. Raz rogate, raz bezrogie, uchate a jakże też.

27 kwietnia 2015

Wiosenny chleb

Wczoraj był rozruch pieca chlebowego po zimie. Suche drewno tak go rozgrzało, że żal się zrobiło, że więcej wypieków nie zostało zaplanowane. Bułki zrumieniły się dosłownie w 4 minuty! Chleb w jakieś 25 minut. Pizza w 10. Bezglutenowa, żebym mogła i ja coś na piecu skorzystać. Z kozim serem.
Pewnie by i wielki indyk się upiekł. Tyle, że brakło okazji na takie pieczyste.

Wstępnie postanawiamy piec chleb w soboty po popołudniu, ewentualnie w niedzielę. Jeśli komuś zamarzy się jakiś chleb, razowy, żytni, pszenny, mieszany, na zakwasie lub na drożdżach albo na tym i na tym, z pieca opalanego drewnem można dawać znać. Upieczemy, prześlemy. Przeważnie waży ok. 1 kilograma.

13 maja 2014

Małe niespodzianki

Deszczowo się zrobiło od kilku dni, a nawet burzowo, choć burze są krótkie i symboliczne (dziś był jeden błysk i grzmot i krótka ulewa). Kozy i gęsi z doskoku pasą się na trawie.
Noga koziołka spuchła od raciczki po sam koniec uda. Okazuje się, że został zaatakowany na pastwisku przez jakiegoś żądlącego owada, jak sądzę, szerszenia, bo pszczoła chyba by nie przyniosła aż tak znacznego skutku. Powoli zaczyna już lepiej i szybciej chodzić.
Anna pojechała wczoraj do Bielska, przy okazji sprawy dwóch innych wioskowych ziomali wioząc ze sobą, między innymi do Agencji Rolnej, bo termin składania wniosków o dotację rolną zbliża się wielkimi krokami. Była kolejka z tego powodu, wniosek złożyła i przy okazji dowiedziała się, że w tym roku płatności będą wsie jednakie. To znaczy, czy orzesz, siejesz i żniwujesz, czy też ugorujesz swoje pole płatność będzie jednakowa. Jednym słowem rolnicy dostają sygnał, że mogą leżeć bykiem i nikomu nie zależy na uprawie pól. Chyba, że sami sobie ową uprawą i produkcją zysk zapewniają taki, że opłaca im się pracować i w koszty uprawowe wchodzić. A to jest wielka rzadkość na Podlasiu.
Z owego Bielska Ania przywiozła, oprócz zakupów także niespodziankę, prezent, który sama sobie zrobiła. Nie mogła oprzeć się pokusie, gdy przeczytała ogłoszenie w naszym podlaskim "Kramiku", gdzie cena owej niespodzianki była zachęcająco niska, sto złotych mianowicie. A w rzeczywistości okazała się o połowę niższa.
Tym sposobem sprawiła sobie maleńkiego, 6-tygodniowego szczeniaczka, potomkinię suki border collie rodem z Anglii i polskiego owczarka nizinnego. Właściciel suki i rolnik pełną gębą sam zdecydował o pomieszaniu tych ras, aby uzyskać lepszego pasterza, gdyż jak stwierdził po latach hodowli border collie, które używa przy swoim stadzie owiec, że niekoniecznie sprawdzają się idealnie przy wypasie. Mieszanka wydaje mu się lepsza pod tym względem.
Puchate, czarno-białe maleństwo zatem wylądowało po południu w naszej zagrodzie i zostało przywitane przez mieszkańców domu i obory ze sporym zainteresowaniem. Kola pomerdała grzecznie ogonem i zdawkowo powąchała gościa. Laba w pierwszej chwili zjeżyła się, ale wkrótce ciekawość zwyciężyła i chęć wspólnej zabawy. Koźlęta z uwagą obwąchały łaciate cudactwo.
I tak mieszka z nami trzecia suka. Pasta, Pastka, Pastusia, Pasterka.

Dzisiaj zaś zaczęły się kluć indyczęta pod starą indyczką.

23 marca 2014

Koziołki na sprzedaż

Oto tegoroczne koźlęta, przeważnie koziołki, do sprzedania w tym roku. Rasy barwnej uszlachetnionej, z dużą domieszką krwi alpejskiej. Cena rozsądna, można śmiało kupować. 




Jak widać poniżej, kózka ze złamaną nóżką radzi sobie sama na pastwisku. Pewnie z nami zostanie...



17 marca 2014

Jeden z kilku

Poniżej Melek od Meli. Odsłona ku reklamie reszty. Wszystkie zapowiadają się na dobre capy. Może komuś wpadnie w oko, to niech pisze. Są po bardzo mlecznych kozach, pół krwi alpejskiej, barwne uszlachetnione.


Wszystkie są spokojne i ułożone, niewiele z czasem capią, płodne, potomstwo ulepszone. Rogate. Jest za co złapać i przytrzymać.

22 czerwca 2013

Dusza domu

Miał być ulewny deszcz o 14. Nic z tego. Stoi nawet do tej pory w internecie, choć już jego pora minęła. Niebo prawie czyste, stabilne, błękitne. O 16 było na tarasie stopni 31. W obejściu panowała całkowita cisza. Koty rozciągnęły się w zaciszu płota, drób skrył się w cieniu grabów w zagrodzie, kupkami wedle swego gatunku, pies ukrył się w wilczej jamie koło ziemianki, kozy nawet nie beknęły w oborze, a gdy się weszło słychać tylko było chrzęst żujących cierpliwie szczęk. Dolewałam wody, dolewałam wody, dolewałam wody.
W końcu o 17 przymusiłam kozuchy do wyjścia. Żar jeszcze był spory, ale owady nie były zbyt dokuczliwe. Poszłam z nimi na Górę i w bok. Na siedliska puste i niezamieszkane, i to jedno znajome, wciąż do sprzedania. Popadłam w zamyślenie nad naturą wymiany rzeczy.
To prawidło prastare. Ktoś odchodzi, w jego miejsce przychodzi drugi, dziedzicząc dorobek i możliwości. Czasem status. Nieco podobnie jest w zwierzęcych stadach, gdy hierarcha się zmienia. Jednak warto być świadomym pewnych zasad w tym ekonomicznym procesie.

Jeśli chodzi o miejsca osiadłe, siedliska, działki, chaty, które mają swoją historię, trzeba wiedzieć, że ich historii tak łatwo się nie wymaże, żadną gumką, ani siłą nieświadomości i ignorowania, tudzież niedowiarstwa. Niektóre siedliska dźwigają garb, którego są świadomi jego sąsiedzi i mieszkańcy wioski, i ów garb projektują na nieświadomego tej rzeczy nowego właściciela miejsca.
Jako astrolog-amator mogę rzec, że chwile, w których pierwszy właściciel danego miejsca wykopał fundamenty, położył kamienie węgielne pod podwaliny swojej chaty, wyrąbał polanę w lesie, gdzie ustanowił swoją działkę, rzutują potem na całe dzieje tego miejsca. Mimo, że mogą je zamieszkiwać zupełnie różni od siebie ludzie w bardzo różnych czasach.
Niektóre domy stawia się długo i mozolnie, "na swojej krwawicy" i nigdy nie są skończone zupełnie, nawet gdy już się zaczynają sypać i wymagają generalnego remontu, po prostu podstawowe braki mocy i energii charakteryzują na zawsze jego potencjał. Całkiem tak samo, jak niektórzy ludzie są od urodzenia silni i zdrowi, a inni chorują i niedomagają.
Inne z kolei mają wciąż zmieniających się obcych sobie mieszkańców i naznaczone są ucieczką.
Są też domy stawiane łatwo, tanio i prowizorycznie, a stoją i służą wielu ludziom bardzo długo.

Kiedy przychodzi do sprzedaży jakiegoś siedliska, reklama jest tylko pozornie dźwignią handlu. Najlepiej traktować ogłoszenie jedynie jako sygnał, że coś jest. I absolutnie nie przywiązywać się do zdjęć, reklamowanych zalet i wyobrażeń sprzedającego, co do interesów kupującego. Zwłaszcza, jeśli sprzedający pochodzi ze wsi i na reklamie słabo się zna.

Obserwuję po sąsiedzku dzieje prób sprzedaży siedliska koło Góry na naszej wiosce. Ludzie, którzy się nim wstępnie interesują mają interesy z miasta i nadzieje stamtąd. Także wymagania, których owo siedlisko nie spełnia. Bo spełniać nie może. Nie jest to działka podmiejska i domek letniskowy, tylko mający swoje spore lata stary drewniany dom, mocno zużyty i pamiętający różne skomplikowane sytuacje. Bo domy pamiętają, zwłaszcza drewniane. Nowy mieszkaniec będzie tą pamięcią otoczony i ogarnięty, i będzie musiał z nią zharmonizować swoje życie.

Mówi się, że stare domy mają dusze. Nie wiem co to dusza, nigdy nie udało mi się tego do końca zrozumieć,  wyobrażam ją sobie w tym wypadku jako niewidzialną, ale wyczuwalną aurę miejsca. Zamieszkaną przez liczne świadomości żyjących w nim kiedyś ludzi i pamięć zdarzeń, których było ono świadkiem. Zatem dość łatwo intuicyjnie wyczuwam, czy ktoś do czegoś pasuje, czy nie.

Zauważcie, że niektórzy ludzie w ogóle nie pasują do wielu miejsc, pejzaży, otoczenia, środowisk, wyglądają na ich tle dziwacznie i pewnie tak samo się czują. Pańcie miejskie lub drobnomiejskie w oborze na przykład. Itp.
Tak samo można nie pasować do domów, miejscowości, przyrody, narodowości, religii czy co tam.

Wnioskowawszy tak właśnie sobie, i pasąc stado w okolicy zaczęłam zastanawiać się nad sprawą od innej strony. Kto mógłby pasować do tego siedliska? i nie być steranym życiem menelem, który za grosik postanowił zaznawać świętego spokoju do końca życia wśród żulików podlaskich. Albo wyzbytym świadomości wirtualnym idealistą, któremu sypiąca się na głowę chata i obejście w gruzach nie będzie zupełnie przeszkadzało w zaznawaniu radości fejsbókowych przez całą dobę.

Nie ukrywam, że zależy mi na dobrym i pozytywnym przyszłym sąsiedzie. Nie ukrywam też, że duszę miejsca znam, jak wszyscy stąd. I pragnę to jakoś połączyć ze sobą, trudną przeszłość z dobrą przyszłością...

Nie ukrywam, że medytuję nad tym, w takich właśnie pasterskich chwilach, gdy moje przeżuwacze rwą skwapliwie zielsko i muszę głównie z nimi być i czuwać, czego one potrzebują dla swojego spokoju i bezpieczeństwa przeżuwania.
I dziś przyszło.

Myśl - rozwiązanie.

To miejsce wymaga lekarza. Człowieka, który ma w sobie wewnętrzne zranienie, jakie postanowił w sobie przezwyciężyć i żyć mimo niego.
To miejsce wymaga miłości i wysłuchania. I uzdrowienia go dla osowiałych, uciekających, z chorobą sierocą, dotkniętych egoizmem i życiem w nieludzkich miejskich warunkach. I ono wtedy może błysnąć i dać z siebie wszystko. Bo ma potencjał podarowania przemiany i odmienienia się wraz z nowym właścicielem, on ku przyrodzie, ono ku ludziom.

29 kwietnia 2013

Oczekiwane nieoczekiwane

I stało się. Oczekiwane nieoczekiwane, nagle.
Anna raniutko pojechała na targ, a tam wraz z zakupem kaczuszek (kolejna partia naszych karmicielek na ten rok) i paszy, porozmawiała z tym i owym, i przyjechała z nową starą koncepcją uprawy naszego pola. Podzwoniła i wszystko złożyło się do kupy. Tylko trzeba było jeszcze do Bielska pojechać po owies z wyką na siew.
Po południu przyjechał Miećka swoim wielkim traktorem i skultywował i zbronował agregatem to nasze nieszczęsne pole. Na którym nieco wcześniej ręcznie z woza drabiniastego żem gnój rozrzucała widłami. Potem podjechała jego żona mniejszym sprzętem ciągnącym rozsławiony ostatnio przez pana Jacka przyrząd siewny "Kos". I Miecia posiał nim nasze włości wszerz i wzdłuż. Pięknym ekologicznym ziarnem wraz z równie ekologiczną wyką. I towarzyszył mu wioskowy bocian, idący za traktorem świeżo poruszoną ziemią.
Wpadł też sąsiad z Polesia wioskę dalej, i pomógł worki trzymać przy mieszaniu ziarna czystego z tym wymieszanym z wyką i załadować raz Kosa zawartością owych worków. Potem odjechał na rowerze z białym wilczurem polarnym biegnącym obok, aby zdążyć przed wieczorem do domu.
I tak to się nam plecie.
Nie opowiem już o pewnym przedziwnym telefonie z ogłoszenia od pewnego starszego pana, rozpytującego o sens swej koncepcji (iście doktorowsko-doolitle`wskiej) na życie na podlaskiej wsi, na którą zjechał po 40 latach pobytu za granicą.
Ech, cuda się dzieją, cuda!

23 kwietnia 2013

Siedlisko na sprzedaż

Oto obiecany adres ogłoszenia na allegro o sprzedaży siedliska w naszej wsi.

20 kwietnia 2013

Odkrycie o świcie

Wstajesz rano i dopiero odkrywasz co będziesz robić. Jaką pracę wykonywać.
Wstało się nam dziś obu o piątej rano, zadziwiające (zwłaszcza dla mnie!). Anna napaliła pod kuchnią, ugotowała sobie płatki owsiane i kawę, i wodę w czajniku. Zrobiło się przyjemnie ciepło w to chłodne nocami przedwiośnie. Wczorajszy deszcz nieco oziębił bowiem ziemię i atmosferę, acz z najważniejszej strony był konieczny dla naszego wysuszonego już poletka i sadu.
I po śniadanku skończyłyśmy układanie paneli, ostatni rządek, starczyło (czego do końca pewna nie byłam).
A potem wystartowałyśmy bohatersko z widłami i taczką do gnoju. Sprawa jest pilna, nie da się ukryć.
Anna zrywała złoty parkiet w boksie Misi, a ja woziłam urobek do ogródka i na kupę kompostową co słabiej przerobione fragmenty. Przez kilka ładnych, pracowitych godzin. Ciesząc się, że właśnie przechodzę coroczne odczulanie na pyłki, które skutecznością dorównuje homeopatycznemu lekarstwu, które wcześniej zażywałam z wieloletnim pozytywnym skutkiem.
W tym czasie obserwowałam życie na wiosce (a toczyło się wyjątkowo aktywnie, bo przy sobocie o wiośnie ludzie wylegli, przyjeżdżali i wyjeżdżali), pożycie naszego drobiu (zwłaszcza gulgułów i perliczek, najbardziej hałaśliwych z towarzystwa) oraz przyrodę. Na ten przykład w pewnej chwili przeleciały nad nami nawołując się głośno dwa żurawie, okrążywszy wcześniej pole.
- Ktoś się pojawi z drogi? - wywróżyłam, czy tylko zapytałam los.
Nie trzeba było długo czekać. Pojawił się właściciel zwolnionej zimą chaty na naszej wiosce. Z prośbą o pomoc w daniu ogłoszenia o sprzedaży siedliska. Tym samym czynię tu pierwszy wstępny sygnał, że takowe jest gotowe przejść w dobre ręce. Stara chata na 70-arowej działce siedliskowej, blisko naszej Góry, na Manchatanie. Po sąsiedzku. Cena przystępna.
Kiedy zrobimy ogłoszenie ze zdjęciami i kontaktem do obecnych właścicieli dam znać na blogu.

Po czym gnój szczęśliwie wydobyłyśmy na powierzchnię, a ja po szybkim obiedzie (ostatnia porcja bigosu) padłam na łóżko i zasnęłam jak dziecko na całą godzinę.
Nie ma to jak wstawać o świcie, hehe.

10 października 2012

VooVoo w Czeremsze

Basia Samosiuk poprosiła nas, aby rozesłać blogową drogą wieść ważną dla naszej kultury miejscowej i zamiejscowej, zatem powtarzamy za nią:


Zapraszamy do CZEREMCHY na premierę płyty zespołu VOO VOO "Nowa płyta"
dn. 21 października 2012 godz. 18.00, sala Gminnego Ośrodka Kultury ul. 1 Maja 77
Bilety: 20 zł w przedsprzedaży, 30 zł w dniu koncertu.
Info, bilety:
e-mail:gok.czeremcha@gmail.com ; tel. 602739584

15 marca 2012

Praca i nagroda


Zimny wiatr nie sprzyjał pracy na dworze. Ale zaczęłyśmy pomyślnie mocowanie śrubami zawiasów na furtce, zbudowanej przez nas już w zeszłym roku. Najpierw starannie obejrzawszy robotę majstrów przy dwóch innych furtkach do koziej zagrody i przy wejściach do boksów. Zmarzłam jednak dość szybko i z bólem głowy wróciłam do chaty piec rozpalać.
Ogłoszenie dane w prasie lokalnej zaczęło przynosić rezultaty. W ciągu dwóch dni czwórka dziewczynek poszła na swoje. Nieco to uspokoiło przepełnione i przez to nerwowe Kaziuki, a nam usprawniło obrządek. Doimy już Kazię i Misię. Nie są jeszcze w pełni swoich możliwości, bo te nadejdą po wyjściu stada na zielone pastwisko, ale dają razem dziennie (tj. w dwóch udojach) ponad dwa litry mleka. No, nie są to nasze rekordzistki...
Zajadam się teraz świeżym twarożkiem z zielonym szczypiorem, który rośnie z posadzonych w doniczkach cebul i z tartym chrzanem. Popijając kawą zbożową gotowaną na pełnym kozim mleku.
Kury i psy piją z apetytem wzmacniającą po zimie serwatkę.
Po południu poszedł pod siekierkę następny kogut. Zbliża się szybko czas lęgowy i musimy się pozbyć nadmiaru samców, aby nie było pustych jaj. Tak, sprawdziłyśmy już raz popularne na wiosce twierdzenie, że im więcej kogutów tym słabsza wylęgalność, rzeczywiście tak było. I musi być w tym jakaś ważna obserwacja.
Na kolację dziś zatem rarytas, świeża zdrowa kurza wątróbka z cebulką!

26 lutego 2012

Dalsze linki

Podaję linki do dalszych części filmu, nakręconego siłami naszego czeremszańskiego GOK-u.

Ginące Rzemiosła, część II

Ginące Rzemiosła, część III

23 lutego 2012

Drużyna Pierścienia, czyli ginące rzemiosła górą

Nasza gmina ma swoje miejsce od czasu do czasu błyskające w medialnej przestrzeni kraju. Latem jest to oczywiście festiwal muzyki folkowej, tzw. przez miejscowych "folki", no i jeszcze kilka innych imprez, które dołączyły (muzyka ukraińska i teatry wędrowne). Ale i zimą pojawiają się prze-błyski. Niedawno Polsat puścił w porze największej oglądalności, tj. w dzienniku wieczornym reportaż, pokazujący zapomniane dawne "piękno" naszej gminnej stolicy (w postaci starego niszczejącego dworca kolejowego). Gwoździem reportażu zaś był fakt, iż nasz Wójt odkopał jakiś zagrzebany w segregatorach urzędu przepis sprzed 5 lat i na jego mocy powołał do życia... Drużynę Pierścienia!
Nie wiadomo kto jest jej członkiem, ale wiadomo (z owego reportażu tv), że członkowie drużyny mają do użytku 9 par gumofilców, dwa rowery marki nieznanej (nie zdziwiłabym się, gdyby to była ukraina), kilka latarek oraz odkurzanych starannie raz do roku od czasów zimnej wojny przyrządów mierzących poziom skażenia radioaktywnego. W takim razie nic już nam nie straszne. Ani 5-metrowe śniegi, jakie spadły na Alasce, ani wielka fala, jak ongiś we Wrocławiu. Tajemnicza Drużyna w gumofilcach czuwa!
Poważniejąc dodam, jako ciemno-widz, że takie drużyny mają coraz większą rację bytu i powinno zacząć się o tym poważnie myśleć, bowiem klimat zacznie niedługo fikać nieprzewidywalne koziołki. Tylko lokalnymi siłami ratowniczymi będzie można utrzymać jaki taki porządek i poczucie bezpieczeństwa. Kiedy? Myślę, że już za parę lat...

No, i podaję obiecany link do (na razie niestety tylko 1 części) filmu o Ginących Rzemiosłach, jaki w minionym roku powstał dzięki GOK-owi w Czeremsze. Można tam się dopatrzeć kawałka naszego małego świata, he. I dziewczyny w czerwonej koszulce pomagającej wyciągnąć owcę z obórki do strzyży... Wsio do muzyki lokalnego zespołu Czeremszyna. Adres brzmi: http://www.youtube.com/watch?v=laTTW0CrzRE

I dla ubarwienia swojskich przekazów telewizyjno-filmowych warto popatrzeć, jak Klaudiusz walanki na swojej wiosce naszedł. Tu od siebie dodam, że ów sławny gumofilc na zimę się nie nadaje w ogóle do użytku, chyba, że na ślizgawkę po śniegu. Nie ma to jak walanki. Może warto rozpracować na nowo technologię...

9 stycznia 2012

Małanka

W Polsce jest już dawno po sylwestrowych zabawach. Tymczasem na wschodzie wszystko jeszcze przed ludźmi. Fajerwerki, szampany, muzyka do białego rana, naleweczki i kiełbaseczki na wzmocnienie. Małanka, to po białorusku: błyskawica, błysk na niebie. Na Ukrainie nazywa się tak sylwestrową zabawę na zakończenie "ruskiego roku".
No, i podobno są jeszcze wolne miejsca...

Kiedy? 13 stycznia 2012 O godzinie 20:00 – 05:00
Gdzie? Gminny Ośrodek Kultury w Czeremsze.
Do tańca zagra zespół CZEREMSZYNA oraz DJ VOJCIO i DJ ZIUTEK
Zapewniona pełna opcja żywieniowa - na: gorąco, zimno, słodko, mokro - jadła i poidła nie zabraknie!!!!
Gwarancja Organizatorów, że zabawa potrwa do białego rana.
Wszystko za jedyne 150 PLN/osoba
PRZYBYWAJCIE NA PODLASIE !!!
Więcej informacji:
e-mail:czeremszyna2@wp.pl, tel.602739584