Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura. Pokaż wszystkie posty

22 maja 2026

Język snu

Przed laty pod wpływem natchnienia, gdy w ciągu jednej nocy zrozumiałam swoje sny skwapliwie zapisywane od dzieciństwa, napisałam zbiór haseł symboli, które najczęściej nam się śnią. Książeczka sprzedawała się nieźle, aż wyczerpał się czas odnowienia umowy z wydawnictwem. 
Wzięłam ją zatem na warsztat, dokonałam poprawek i uzupełnień, bo przez lata moja wiedza w tym temacie pogłębiła się. I oto wyszło I poprawione wydanie mojego sennika, pod tytułem "Język snu". 

To prosty i wygodny w użytku podręcznik do nauki rozumienia swoich snów, także w ich warstwach głębszych, duchowych, wizyjnych, jak i codziennych, refleksyjnych, psychologicznych. Wiele podstawowych haseł, dzięki którym można się przekonać, że porozumienie z nieświadomością nie jest trudne.
Nie masz snów? Zapominasz je? Nie wiesz jak je przywołać i jak używać w życiu? Miewasz koszmary? Słyszałeś głosy? Jasnowidziałeś sceny z przyszłości? Obudziłeś się we śnie? Przypomniałeś sobie poprzednie życie? Spotkałeś bogów, anioły lub dziwne istoty? Miewasz wizje, trans lub hipnagogiczne obrazy? Spotykasz duchy? Nie wiesz jak je rozróżnić? To książeczka dla ciebie jeśli tak, a jeśli nie, to tym bardziej polecam. Cena nader przystępna. Można pisać do mnie na email: ewasey@go2.pl , podam wtedy wszystkie potrzebne dane. Można także kupić na allegro, wystarczy kliknąć na ten link.



20 maja 2026

Wiosna po francusku

 Wiosna przyjemna, nawet od czasu do czasu pada deszcz i zasila tą naszą piaszczystą glebę. Kozy są już dojone raz dziennie, bo synkowie chodzą spać do osobnego pokoiku dla młodzieży. Stąd poranne mleko jest dla nas. Na twaróg, jogurt, do zupki porannej i kawy lub kakao.

Właśnie, nauczyłam się pić często kakao. Kupuję najlepszej jakości, nieodtłuszczane, nie żałuję sobie akurat przyjemności dla zdrowia. Najczęściej naturalne w kostkach sprowadzane z Ameryki Środkowej. Wypróbowałam już różne kraje, Peru, Honduras, Kolumbię, Ekwador, dobre, każde ma jakiś inny odcień smaku, ale najlepiej "mi wchodzi" afrykańskie z Sierra Leone. Dodaję dużo cynamonu, kardamon, goździk, trochę mleka, słodzę lekko (pół łyżeczki) cukrem trzcinowym. Kiepskie wyniki krwi w zeszłym roku po niespełna dwóch tygodniach skoczyły w górę i mają się dobrze. Samopoczucie bez porównania lepsze, jak nigdy dotąd. Dobry sen, brak koszmarów, świetny humor. Z tego humoru nie tylko spaceruję codziennie leśną drogą i gadam z lasem i ptakami, to jeszcze uczę się mówionego francuskiego, wkuwam słówka, powtarzam i toczę rozmowy po francusku z psami, kozami, drobiem, ptakami, drzewami, mrówkami itd. itp. Psy już rozróżniają nową melodię mojej mowy i reagują dość dobrze na kilka nowych stałych haseł. Idziemy na spacer, wracać, biegać, zostać, jeść, spokój, bon appetit! Ponieważ nigdzie mi się nie spieszy robię niewielkie postępy, ale za to utrwalam nowe ścieżki neoronowe w mózgu, co sprzyja aktywnej głowie na starość. Francuski ma w sobie nie tylko muzyczność, łatwo się rymuje i śpiewa, ale akcentacja na ostatnią sylabę i podnoszenie tonu pozwala podnieść nastrój, to zadziwiające.

Rozważałam jeszcze naukę chińskiego, bo ma niesamowicie prostą gramatykę, ale wymowa wydała mi się nie do powtórzenia. Podobnie niewymawialny dla mnie jest angielski, a chrapliwość niemieckiego odstręcza. Po prostu i zwyczajnie kocham się tylko w językach romańskich, a czasem odsłuchuję jakichś lekcji łaciny, dla wprawy i świadomości.

Dodatkowo czytam codziennie po kilka książek na raz. Tych klasycznych, papierowych i na czytniku. Od dwóch lat zgłębiam ukochaną literaturę fantastyczną i zrobiłam już spore postępy w nowym spojrzeniu na tę dziedzinę. Zaczęłam od klasyki, polskiej i światowej, ostatnio doczytuję wszystkie powieści Lema, te które ominęłam dawniej. Zaliczyłam więc jak dotąd całego Verne`a, Wellsa, Philipa K. Dicka, Stapletona, Zajdla, Oramusa, Jacka Dukaja, i pojedynczo wybierane i na razie wąchane opowieści wielu innych autorów. 

Koleżanki pomogły nam zaciągnąć nową folię na duży tunel, Anna zgryzła glebę i posadziła już pomidory, posiała ogórki, cukinie, fasolkę. Tu i tam. Ja zaś wydałam sennik, dawny z nowymi uzupełnieniami i poprawkami w treści. Można znaleźć na allegro pt. "Język snu".

30 stycznia 2026

Zimna podróbka

 Cały styczeń przeleciał bez wpisu. Było zimno i zimowo, las przepiękny, ośnieżony, poważny, codziennie go odwiedzam, spacerując. 

Mimo to dopadło mnie przygnębienie. Wraz z krótkotrwałą odwilżą, mokrym śniegiem, które już odchodzą szybkim krokiem poganiane przez kolejną, silniejszą falę mrozów. W sercu i głowie jawi się pustka. Film amerykański polecony przez znajomego, zachwycającego się tym razem muzyką (komputerową - jak sądzę po próbie obejrzenia) znowu okazał się komputerowym nieludzkim zgniotem. Zdumiewają mnie ludzie idący z zachwytem w ciemno za tym, co wymieli maszyna w przepaściach swej nieludzkiej obojętności i nieludzkiej logiki. Nie ma w tym sztuki, artyzmu, wyobraźni, czucia i serca, jest wielka podróba. W tej pustce trudno o jakąś radosną myśl, nadzieję, czystość (chyba że za czysty uznać mechaniczny metal połyskujący zafoliowanym plastikiem).
Gadające głowy prześcigające się w wymądrzaniach na każdy temat z komentatorami AI są równie puste. Donoszą już stąd i zowąd, że AI podsłuchuje przy pomocy cipów w aparatach i urządzeniach w całym domu, korzystając z wi-fi. Krążą filmiki, gdzie ludzie gadający z maszyną są już na skraju schizofrenii, albo ogłaszają AI nowym Bogiem, a siebie jego kapłanami.
Inni donoszą z dumą do urzędów na właścicieli psów trzymanych klasycznie w budach na zewnątrz, oskarżając ich o to, że pies czy inne zwierzę nie ma świeżej wody na zewnątrz stojącej, z której mógłby korzystać w każdej chwili. I to teraz, w temperaturach poniżej 10 stopni! Są młodymi "gniewnymi" „ormowcami”, wierzącymi w doskonały system, który zbawi ludzkość i zamieni nasze życie w raj. Doświadczenia przodków dla nich nie istnieją. Przecież maszyna to nie to, co dawna ludzka biurokracja i tyrania. Dawne sposoby życia, jedzenia, ogrzewania się odejdą w zapomnienie, wyśmiewane i ostatecznie potępione. Nowi tyrani już rosną, mają miłe buzie, płaczą na widok głodnego kota, karmiąc go chemiczną trucizną, nie umieją pisać długopisem ani rysować ołówkiem, nie wiedzą co to pieniądz, zmęczenie, głód, cudza własność.
Będzie ich więcej, wiele razy już ich śniłam. Nowi panowie świata, wychowani bezstresowo, dla których inni, zwykli ludzie będą pełnić rolę nowoczesnych niewolników. Wejdą do przypadkowego domu, rozgoszczą się, najedzą, prześpią, zostaną, albo pójdą, czasem to ty albo ty pierwsza opuścisz własne mieszkanie, bo tylko to cię uwolni od niechcianej gościny. Jakże uprzejmego, inteligentnego, zabawnego "państwa", tworu nowoczesnego nad-człowieczego komunizmu, "nowych ludzi".
Śniłam też koniec tego procesu, marny i żałosny, tego co się dopiero nieśmiało zaczyna, co podnosi metaliczną główkę i migocze kolorowymi obrazkami na ekranie. Rozsypie się na części, odpadną mu kończynki, rączki, nóżki, główka. Zostanie potłuczonym śmieciem, zalegającym kopce, albo rozżarzoną surówką w piecu wulkanicznym. Wszystko, co powiedziane na początku, zapisane i starannie przeniesione przez czas w starannie przepisywanych księgach, spełni się. "Nie może glina połączyć się z żelazem"... to już prorok Daniel zapisał.

Jedząc poranną jaglankę z żurawiną i masłem przyglądam się przez okno z miłością sikorkom, sąsiadom kowalikowi i dzięciołowi, rudym sójkom korzystającym z ptasiej stołówki na tarasie. „Częstujcie się, kochane dzieci! Niech was Opatrzność chroni! Uważajcie na siebie... zimno znowu idzie”. Ćwierkają do mnie z daleka, gdy wychodzę na dwór, las skrzypi wieloznacznie, gdy idę, jakby witał się i wymieniał najświeższe wiadomości.
Jak to zrobić, aby ignorować technologię? Nie brać pod uwagę ludzkiego szaleństwa, które nadchodzi? Pamiętam głos sprzed lat, który mnie obudził pewnej nocy: „Ufajcie! Pułapka jest mądrze zastawiona... siedem razy siedem...” Zrozumiałam potem zagadkę tych liczb i znalazłam ją w zapisie Nostradamusa w pewnym almanachu. I obliczyłam. Przed nami jeszcze przynajmniej 40 lat zwiększającego się „wielkiego ucisku”, „który gdyby nie został wcześniej zdjęty, nikt by nie przeżył, i to na całej Ziemi”. W nocy nie mogąc spać, po zakończeniu lektury „Dziejów” Herodota wzięłam się za „Rozmyślania” Marka Aureliusza. I natychmiast chłodna czystość starorzymskich cnót, ludzkiej szlachetności i filozofii owiała mnie chłodnym boskim powiewem, co za ulga!

13 listopada 2025

Nowinki z rezerwatu ścisłego i nieścisłego

Aby uczcić święto narodowe Anna wybrała się 11 listopada na kilkugodzinną wycieczkę zorganizowaną w rezerwacie Puszczy Białowieskiej. Za jedyne 10 złotych bilet. Musiała wyruszyć o wczesnym mglistym poranku, by zdążyć dojechać na czas pod Muzeum. Zebrała się tam grupa około dziesięciu osób przybyłych z różnych miejsc, Warszawy, Białegostoku i mniejszych miejscowości, jak nasza, w przewadze żeńskiej trzeba dodać. Rodzina z dziećmi i reszta dorosłych. Pod przewodem starszej pani pełniącej rolę przewodniczki przeszli trasę około 7-kilometrową. Takich grup było oczywiście więcej i każda osobno i w nieco innym czasie wychodziła na ścieżkę.

Doświadczenie było dość powolne. Z racji listopada nie było nadmiaru pięknych okoliczności przyrody, susza zniweczyła pewne atrakcje błotne, które tam na ogół do tej pory bywały, więc przewodniczka zabawiała uczestników informacjami o historii puszczy, czasach królewskich, carskich i wojennych. Posiadała także w torebeczce malutką, zgrabną książeczkę, którą często wyciągała, ze zdjęciami i opisami okazów możliwych do napotkania w lesie, grzybów, porostów, ptaków, zwierząt, drzew i roślin, aż Annie się westchnęło z zazdrości. Wydawnictwo musiało mieć już swoje lata. Obecnie trudno coś takiego znaleźć w ofercie księgarskiej.

Niedawno kupiłyśmy sobie trzy atlasy ptaków i owadów, aby umieć rozróżniać to, co nam się ukazuje codziennie przy domu. I jakież było moje rozczarowanie! W dwóch różnych atlasach ptasich zostały dokładnie te same ptaki ukazane, z innymi opisami, równie mało wartościowymi, zdjęcia różnej wielkości nie oddające dobrze ani kolorystyki danego gatunku, ani wyglądu samca czy samiczki. Strata pieniędzy! Nawet sikorki bogatki w nich nie uświadczysz, jedynie jedna, nader uboga.
Natychmiast doceniłam moje sfatygowane już dość, dwa małe atlasy, ptaków i chrząszczy, które kupiłam sobie jeszcze w czasach liceum, czyli w latach 70-tych. W tych małych książeczkach zmieszczono całą podstawę gatunków występujących w Polsce, pięknie barwnie narysowaną i opisaną ornitologicznie i entomologicznie z naukową dokładnością, ptaki są podobne do siebie jak najbardziej, i wszystkie sikoreczki, bogatka, modra, uboga, czubatka, sosnówka są w nim uwiecznione, podobnie chrząszcze i chrząszczyki. Wielkość tych atlasików naprawdę nieduża, poręczna, łatwo mieszczą się w torebce i nie obciążają plecaka podczas wycieczki, jak owe najnowsze wydawnictwa psudo-naukowe. Będą mi służyć do końca.

Bożesz właśnie, muszę zapisać, gdyż nie opisałam byłam na blogu, radości jednego dnia wrześniowego (chyba), gdy we wszystkich oknach w domu pojawiły się nagle gromadki furkoczących radośnie powietrznych gości, sikorek, które prosto z drogi przyleciały się pokazać. Rozćwierkane, uśmiechnięte, siadały na parapetach, stukały w szybę, furkotały pod dachem tarasu. "Jesteśmy już! Witajcie! Pamiętamy o was! I wy o nas nie zapominajcie!". No, więc nie zapominam i coś tam im zawsze podsypuję, szykując codziennie karmę dla hodowlanych ptaków, czyli dwóch kaczek i indyczki (Igor właśnie kilka dni temu czmychnął do nieba, naturalnie, ze starości). Sikorki często okupują sąsiednie drzewa, lipę i akacje i podczas spaceru zawsze słyszę ich wzmożone ćwierkanie. Mam wrażenie, że się ze mną komunikują, więc odpowiadam niezdarnym pogwizdywaniem w ich stylu. I tak sobie gwarzymy. Zimą oczywiście dostają stałe mocne porcje przetrwaniowe z ziaren różnego rodzaju zlepionych smalcem, (nie tak jak teraz), a Anna postanowiła ulepić im z gliny specjalny karmniczek.

Poza tym na wycieczce wreszcie uwierzyła, że nasz przydomowy dąb, świeżo niedawno przystojnie podgolony na Kmicica, w porównaniu z tym uwiecznionym na powyższym zdjęciu, to żaden gigant, ledwie stuletni nastolatek. "Tak, to on nas ma, a nie my jego, fakt"...

Ponoć tysiącletnie dęby już nie istnieją, orzekła pani przewodniczka. Jak mają istnieć, pytam. Gdy są wycinane w pień w ich młodości? Dawno poszły na klepki do beczek handlarzy winem, podobnie jak wiekowe sosny na maszty statków takich Kolumbów i Amerigów Wespółcich. Jeszcze kilka lat, a młodzież będzie się uczyć za pośrednictwem AI, że tysiącletnie dęby to jeno słowiański mit był i nigdy takowe nie istniały. No, może 500-latki, najwyżej.

2 czerwca 2025

Przed i po wyborach

Zadzwoniła prawie 90-letnia babcia do wnusi z pytaniem, czy idzie na wybory. "Jeszcze nie wiem, żaden mi się nie podoba" - odpowiada wnusia, fest już kobita. "Idź, i głosuj na Nawrockiego. Byle nie Trzaskowski!" - mówi babcia. "Ale Nawrocki to i to..." - wymienia wnusia - „W ogóle myślę nie iść, bo obaj kandydaci mi się nie podobają”. "Nieważne, nikt nie jest doskonały. Byle nie na Trzaskowskiego!", "Czemu?" -- pyta wnusia. "Bo on uchodźców do Polski sprowadzi!"

Kurtyna.

Kilka myśli powyborczych. Astrologowie stawiali na Trzaskowskiego, i dyskutowali między sobą zażarcie, kto analizuje horoskop bardziej obiektywnie, a kto w zgodzie ze swym fiksem politycznym. Wstrzymałam się z opinią, choć poznałam wynik zawczasu, ale inną drogą. Zaraz o niej. Najpierw o obiektywizmie w ocenie. Aby być obiektywnym trzeba umieć osiągnąć poziom Oka, widzenia ponad-jednostkowego, Okiem patrzy bowiem naddusza, czyli Brahman. Obraz jest wtedy jasny, bez zanieczyszczeń, choć i wtedy go widząc można się pomylić, ponieważ człowiek nawet frunąc świadomością na ten poziom dysponuje własnymi, ego-tycznymi doświadczeniami i emocjami. Trzeba się od nich nauczyć oddzielać, aby blask prawdy zalśnił. Astrologowie przeważnie ćwiczą się w intelektualnej ocenie, czy coś ma szanse powodzenia, a gdy w grę wchodzą różne czynniki zaczynają się gubić w niskiej sferze Odbić, czyli projekcji. Wczoraj był mecz. Więc dali się porwać. Tymczasem należało się wznieść wyżej. Ocenić horoskop każdego kandydata pod kątem, czy ten pan ma w swoim przeznaczeniu bycie prezydentem. Bo zawsze przeznaczenie rządzi, a nie przypadek. W dzisiejszej zjungizowanej astrologii unika się jednak jak ognia tego słowa, jak i wyrazu fatum czy Bóg i wola Opatrzności.

W horoskopie Nawrockiego zwróciła moją uwagę protekcyjna kwadratura Jowisza w Strzelcu we władzy do Słońca w Rybach. W horoskopie Trzaskowskiego zaś Ogon Smoka na Ascendencie i stellum ze światłami na Descendencie. To możliwy szef opozycji, a nie głowa państwa. Ogon Smoka przynosi przegraną na szerokim forum w tym wypadku, a stellum napędzenie do urn jego opozycji. Co jeszcze? Ano w horoskopie dnia wyborów było wskazanie, że wygra faworyt, ale astrologowie szukali go w rankingach, a nie w swojej głowie. Panowie i panie, już mnie ten dzień utwierdził w przekonaniu zgodnym z klasycznym rozumieniem astrologii.
Ascendent to nie tyle faworyt, co reprezentant prawicy, a Descendent to opozycja, która w regule hierarchii królestwa (Jako na niebie tak na ziemi) mieści się zawsze po lewej. Zatem w myśl tego pan Karol N. był reprezentantem Ascendentu, a pan Rafał Descendentu. I nagle astrologia dla współczesnego demokratycznego fiku-miku nie przestała działać, ani wzorzec boski się nie odmienił!

A teraz o tym, jak się dowiedziałam zawczasu kto wygra wybory. Ano, prosto. Zacisnęłam prawą piąstkę wyobrażając sobie w niej pana Karola. I lewą piąstkę z panem Rafałem. Podniosłam obie wyciągnięte ręce przed siebie i zapytałam samej siebie, swojego ciała i podświadomości o to, kto wygra. Z początku ręce krzyżowały się ze sobą po równo, o, będzie łeb w łeb - pomyślałam, ale na koniec nagle prawa ręka gwałtownie opadła w dół, przeważając wynik. I po co tyle lat nauki i studiowania map astrologicznych? Kiedy to takie proste! 

8 marca 2025

Przedwiosenne istnienie

Przyleciały żurawie, świetnie, bo już się o nie martwiłam, o tę rodzinę, która stale zza lasu południowego nadaje z rana i wieczora, a czasem przelatuje nad chatą. Nieco wcześniej zleciało się trochę wędrownych mniejszych ptaszków, i wreszcie słychać z okolicy i drzew wokół obejścia pocieszne kwilenia i kląskania, zamiast krakania, skrzeczenia, pohukiwań i chichotów zimowych ptaszydeł.
Po mroźnym okresie, dość długim, ale w przewadze suchym, bo rzadko spadała odrobina śniegu, zaczyna się suche przedwiośnie. Słońce wysoko i ostro świeci, dając tym radośniejszy nastrój światu, ale deszczu ni widu ni słychu.
Wykonuję codziennie poranny spacer drogą koło chaty, słuchając nowin leśnych, razem z węszącymi psami i przezwyciężając przedwiosenne niedomagania, które mnie dopadły, w tym nawrót kamicy po roku zupełnego spokoju w tym względzie. Leczę się domowymi sposobami, powoli wychodzę z zapaści, ale pewnie jeszcze to potrwa, bo ledwie się snuję, taki brak siły.
Zadałam sobie także dotrzymanie wielkiego postu, 3 dni całkowitej głodówki mam za sobą, teraz jem tylko zupę warzywną z odrobiną oleju i piję dużo wody z cytryną dla oczyszczenia organizmu. Zero mięsa, mąki, potraw smażonych, tłuszczu zwierzęcego, kawy i alkoholu. Nawet nieźle mi idzie. A to już piąty dzień.

Misia się rozpędziła i daje już 1,5 litra mleka dziennie, które zbieram, kwaszę i zamieniam w twaróg, a potem go gliwię i robię z niego pyszny serek topiony z kminkiem. Właśnie pierwsza porcja dojrzewa, musi to robić kilka dni, bo przekonałam się, że zesmażony zbyt wcześnie wychodzi za rzadki i mniej smaczny. Musi w tym swoim gliwieniu nieco wyschnąć i zacząć lekko charakterystycznie "pachnieć".

Poza tym drukarnia się wreszcie ogarnęła i po kilku dyskusjach i korektach dała termin realizacji, 19 marca. Kiedy zobaczę książkę w ręku i sprawdzę, czy nie ma błędów dopiero będę mogła zacząć fazę dystrybucji. Niewiele egzemplarzy, bo sto. Nie lubię szaleć, a szybki dodruk jest zawsze możliwy. Książka jest o niszowej treści i mało kto jest w stanie ją przeczytać, choć wszelkie trudności w niej są objaśnione. Nie spodziewam się cudów po ewentualnych czytelnikach. To rzecz dla znawców i miłośników tematu proroczego, historii, symbolizmu i boskich tajemnic istnienia.

18 stycznia 2025

Się kręci


Zofka przywitała z nami nowy rok. Kilka dni temu drugi raz. Miejscowi bowiem obchodzą również małankę według "ruskiego kalendarza", która wypada 13 stycznia. W praktyce odbywa się klasycznie, trochę petard i fajerwerków puszczanych w niebo z poszczególnych wsi. Chłopaki zazwyczaj robią to kulturalnie, koło dwudziestej pierwszej, bo później już pewnie nie trzymają się prosto na nogach, albo w ogóle leżą. 
Pogoda tego stycznia leniwa jest, udaje tylko zimę. Choć znajomi znad morza piszą o ogromnych śnieżycach i przeszkodach drogowych, u nas jest grzecznie. Kilka dni popadało nieco, nie na tyle jednak, aby trudzić się specjalnym odśnieżaniem, teraz zeszło całkiem i stopniało. Nad polami unosi się biała mgła. Czasem widać na skraju lasu idącą majestatycznie klępę albo rogatego jelenia, także zostawiają swoje ciężkie ślady na szutrowej drodze obok, z czego wnoszę, że podchodzą dużo bliżej naszej chaty, niż nam się zdaje. To dlatego prawie co noc pies warczy pod drzwiami i szczeka zawzięcie w ciemność, budząc mnie ze snu.
Młoda kura zaczęła się nieść, stąd zwiększyła się ilość jajek do dwóch co dwa dni. Pulcheria zakończyła swoją zimową sesję nieśną, ale jestem usatysfakcjonowana, bo mam duży zapas w lodówce na swoje potrzeby. 
Pierwszy raz w życiu przyrządziłam kartacze i nawet mi wyszły, acz nie z mięsa klasycznie wieprzowego. 

Poza tym rozleniwiłam się. Kończymy skład książki, o której napiszę, gdy wyjdzie z drukarni, zatem głównie teraz czytam. Wróciłam do dawnego zainteresowania ufologią, ze względu na temat, który odżył na amerykańskim Wschodnim Wybrzeżu przy okazji dziwnych dronów (teraz przyćmiony przez pożar w LA). Przypominam sobie dawne filmy i książki na ten temat, wywiady z badaczami itp. Anna zaś kręci na kole talerze, ozdabia je i wypala w słoneczne dnie. I tak życie leci.

20 września 2024

Trwanie w nietrwałości

 

[Powyższe zdjęcie upamiętnia sierpniowy plener malarski, jaki się odbył w naszej gminie, a przy okazji malarze zawitali do naszej wioski i uwiecznili kilka widoków, w tym naszego sadu również.]

Tak poza tym powoli kończymy prace, choć nie było jeszcze rui, więc i nie ma zwieńczenia sezonu i jego przegibnięcia się na przyszły rok. Jedynie jelenie z pobliskich lasów nie zapomniały terminu i kilka nocy ryczały groźnie w pełni swej męskiej mocy w krąg. Pokazały się też wilki, więc drżymy o stadko, wybiegając na byle bek z pastwiska. Tak, polują również w dzień, i potrafią nieomal na oczach gospodarza rozerwać swój łup, odskakując w las dopiero, gdy ten jest już blisko, np. z odgryzioną owczą głową w zębach. 

- A my nawet kapiszonów nie mamy, żeby straszyć! - jęczę.
- Trzeba czarów użyć?
- Na wzór Milarepy, można by narysować swoje pole na piasku i nakryć je przetakiem, dookoła niech się dzieje co chce, w środku mistyczny zakaz - żartuję sobie, bo i właśnie książkę o jodze indyjskiej i tybetańskiej skończyłam czytać po nocach.
Póki co zawierzam wszystko aniołowi stróżowi, bo co więcej można zrobić w takiej sytuacji?

Na innym pograniczu polskim trwa tymczasem walka z żywiołem wody, zalewającym miasta i wsie. Już w 2013 napisałam na tym blogu o tym , co wiem i co bym zrobiła, mieszkając na takich terenach. Zawczasu. Zastanawia ludzki upór trwania w niebezpieczeństwie. I odbudowywania się co rusz. W końcu - zapewniam was - nie będzie nic do odbudowania, a uparciuchy odpłyną w inny wymiar, wraz z tymi, którzy podtrzymują sens stawiania czoła żywiołom. Ziemia się zmienia, planeta wchodzi w czas przemiany i klimat z roku na rok oszaleje. Do stopnia, który jest wam sobie trudno wyobrazić. Co rozważam od 20 lat w pismach mojego Mistrza, który opisał te zjawiska pół tysiąca lat temu. A wydarzy się to i wypełni w trakcie obecnego stulecia.

Mobilność, otwartość na zmiany, ustępowanie żywiołom miejsca, roztropność, uwaga i czujność mogłaby co nieco uratować w swoim czasie, ale nie zatrzyma zmian i nie przywróci czasów, które właśnie mijają. Mamy za zadanie przeistoczyć się jako społeczeństwo i jednostkowo, organizacyjnie i w świadomości, aby wejść w ewolucję, zarządzoną przez naturę i wymogi czasu. Jak na razie wszystkie rozwiązania i projekty zakładają trwanie tego co było i posiłkują się starymi metodami, a zarządzający słabo albo wcale zdają sobie sprawę z nadchodzącej wielkimi krokami zmiany. I dlatego będą musieli odejść, zginąć, w najlepszym razie dać drapaka. Tylko ostatecznie, gdzie? Oto jest pytanie. Przetrwają ci "co idą, a nie stąpają po ziemi".

Na szczęście nic nie dzieje się nagle na tyle, aby nie było jeszcze czasu na zastanowienie się i decyzję. Choć jest go coraz mniej, przekonacie się.

Póki co obornik został wywieziony z koziarni i kozy mają czas na miłość i rozmnożenie się w przyszłym roku. Dalej myślę ostrożniej.

12 sierpnia 2024

Ptasie rozmowy


Czas płynie. Lubię to obserwować, płynąć razem z nim. Takim swoim dziecinnym stylem żabki, czasem na pieska.

Po drugim obrządku, gdy wszystkie dzienne czynności już zostały wykonane, zasiadamy na tarasie. Popijam wtedy prozdrowotnie wodę z cytryną z niewielką domieszką zeszłorocznego cydru i soku jabłkowego z tegorocznych zbiorów, który od jakiegoś czasu warzę codziennie. Aby zebrać go tyle, by starczyło na dwa sezony, bo co tyle owocują drzewa w sadzie. I przyglądam się światu, jego stałemu widokowi. W jego zakres wchodzi kawałek ogródka przydomowego mocno zarośniętego teraz wielkimi liśćmi dyni i cukinii, cieplica, płot, za nim za drogą ogrodzenie pastwiska i pastwisko, już wyschłe nieomal i przy nim obumierający stary sad, długi tunel i jeszcze kilka grządek. Po prawej osłonę stanowi gąszcz wysokich robinii akacjowych, w których gnieżdżą się różnorakie ptaki.
O tej porze lata już odchowały swoje młode i opuściły gniazda, ale buszują niedaleko i właśnie popołudniami zlatują się w nasze pobliże, jak dobrzy sąsiedzi, żeby usiąść na płocie albo blisko tarasu i delikatnym świergotem zagadać, popytać jak się wiedzie, itd. Nie znam się na gatunkach ptasich, rozróżniam wśród nich pleszki, które kocham za ruchliwość, uczuciowość, towarzyskość i pliszki, równie ciekawskie i wesołe. Mamy też mieszkającego wśród koron akacji dzięcioła, którego rzadko widać, ale słychać codziennie. Są też takie szare, większe od pliszek ptaszki, które biegają po ziemi, wygrzebując z niej owady, trochę jak kury, czasem widuję śmigającego głową w dół po pniu kowalika. Inne, wydające różne dziwne dźwięki słychać z większego oddalenia, szczytu dębu, albo z klonu. Lub przesuwają się z południa ku domowi i dalej gromadki kupiących się już przed odlotem bocianów.
Pod dach tarasu codziennie o stałej porze zalatuje także szerszeń samotnik, milkniemy wtedy, nieruchomiejemy i czekamy aż zbada teren i odleci spokojnie. Pojedyncze egzemplarze, żywiące się pośród drzew owocowych nie są agresywne, a groźne mogą się stać tylko przez przypadek, którego zawsze lepiej mądrze unikać.
Czasem z braku tematów do rozmowy, bo o czymże ciągle można gadać, odsłuchujemy jakąś audycję czy podcast. Np. pana Jackowskiego, którego słucham-nie-słucham i który wtapia się w spokój otoczenia swoimi przydługimi opowieściami politykierskimi, z których na ogół dowiaduję się co się w ogóle w świecie dzieje (telewizora nie mamy od lat blisko 20). Kiedy nagle zapada cisza pytam:

- Co to? Zasięg padł?

- Nie. Tylko patrzy sobie w głowę - odpowiada Anna, zerknąwszy na ekranik smartfona i parafrazując Sienkiewicza.

- Aha. A ty co o tym myślisz? Będzie wojna? Będzie krach?

- Będzie, niewątpliwie. Tylko kiedy?

- Ptaków by trzeba zapytać. Zresztą po co wiedzieć? I tak będzie co będzie. Cieszmy się życiem, póki zdrowie i cisza dopisują, a zapasy spokojnie rosną na zimę. Na wszystko jest właściwa pora.

Z innych spraw: zaczęłam robić żółte sery, niewielkie, z racji mniejszej niż dawniejszymi laty ilości mleka. Anna jeździ co rusz na jakiś okoliczny jarmark lub warsztaty wakacyjne dla dzieci. Jedna impreza odbyła się u nas w gospodarstwie. Wycieczka rowerowa dzieci spędziła trochę czasu na robieniu mydła w foremkach, przyrządzaniu i zjadaniu pizzy, oraz oglądaniu naszego bydełka, robiącego za dziką przyrodę na stepie.

Poza tym zbieramy jabłka, systematycznie opadające z drzew, cukinie i kabaczki, resztki ogórków, zaczątek pomidorów. 

- Co jutro na obiad?

- Leczo?

- Może być leczo, czemu nie?

29 lipca 2024

Szczyt lata


I kolejny miesiąc lata mija. Czas biegnie swoim trybem. Porzeczki zostały zerwane i spożytkowane, czarne, czerwone i białe. Kończą się ogórki - w tym roku powstał zwiększony zapas sałatek kilku rodzajów, bób został pożarty, zjadamy jarmuż i seler, fasolkę i fasolnik, a częściowo idzie do zamrażarki. Przed nami pomidory i jabłka.
Winko porzeczkowe bulgocze cierpliwie w gąsiorze. Nastawy ziołowych nalewek leczniczych uzupełnione macerują się (glistnik, piołun, orzech, goździk, pieprznik jadalny, dziurawiec).

Przeminął także doroczny festiwal folkowy w naszej gminie. Klasycznie, Anna prowadziła warsztaty ceramiczne i swoje stoisko, w czym jej pomagałam przez dwa popołudnia. Jako i zazwyczaj.


[Zdjęcie sprzed dwóch lat, ale nic się nie zmieniło]. No, może oprócz tego, że stopniowo wszystkim nam ubywa czasu i młodości, co sprawiło, że kilku dawnych znajomych ledwie poznałam przy niespodziewanej konfrontacji. Nie śmiałam zapytać czy i ja na tyle się zmieniłam. Cóż, w środku nic a nic mi nie brakuje, wręcz jakby ubywało mi zmartwień i ciężarów psychicznych, więc dusza wręcz się rozwija. Tyle dobrego.

Anna zaliczyła jeszcze inne jarmarki w okolicy i kilkudniowe warsztaty tradycyjnego wypału ceramiki tzw. siwej w domu kultury w sąsiedniej gminie. Z budową i paleniem stosownego pieca z cegły i gliny, co widać na zdjęciu poniżej.


I przykłady takich podlaskich miejscowych naczyń, robionych bez użycia szkliw.


Było trochę męczących upałów, ale przyzwyczajenie chyba robi swoje, ledwie je zapamiętałam. Teraz pojawiają się co rusz spontaniczne opady, zachmurzenie, wiatr, strząsający jabłka z drzew i pogoda jest znośna pod względem temperatury. 

29 lutego 2024

Siedem srok na drzewie

Ciepła, a od czasu do czasu nawet słoneczna pogoda sprzyja myśleniu o wiośnie. Nie wiadomo już za co się zabrać a co kończyć, żeby zdążyć na start kolejnego sezonu. Zwłaszcza, gdy się siedem przysłowiowych srok za ogon trzyma.

Anna co i raz różne biznesy załatwia, rolne, urzędowe, remontowe, zleceniowe, raz warsztaty, innym razem konstruuje zabudowę poddasza, lepi naczynia i talerze, szkliwi i wypala, jeszcze innym jakieś internetowe webinary obczaja i uczy się montażu filmików, tudzież walczy z kompostem i ściółkowaniem krzaczków oraz szykowaniem grządek pod zasiew. Dodać należy zwyczajne obowiązki, kozy, drób, noszenie drewna, pranie, czasem wypad do sklepu i oto jest się w czym pogubić. 
Ja też mam swoje sroki, oprócz obowiązków codziennych, gotowania, omiatania chałupy, obrządków zwierząt, bo aż trzy książki usiłuję skończyć, aby ruszyć jakoś z ich wydawaniem. Jestem drobiazgowa i redagowanie tekstów, wciąż dopisywanie szczegółowych treści, zabiera mi mnóstwo czasu. Nie jest to dobre dla ciała fizycznego i zdrowia, bo siedzenie boli, oczy słabną od gapienia się w ekran. Staram się jak mogę ćwiczyć Ći-kong lub ile się da chodzić zamiast siedzieć, i już na przykład nawet z oglądania filmów zrezygnowałam.
Po pierwsze i najważniejsze niemożebnie mnie znudziła sztuka filmowa, oglądam co najwyżej dziennie jeden lub dwa filmiki ulubionych "kanalarzy" na YT, a intelekt trenuję na książkach. Czytam je w nocy, bo dopada mnie niekiedy, częściej niż rzadziej, bezsenność śródnocna, więc zamiast się denerwować i przewracać z boku na bok, palę w ciemności chińską punktową latareczkę, biorę czytnik i wchodzę w światy wyobraźni, o niebo ciekawsze od obrazkowych współczesnych "bohomazów". Prawdziwa satysfakcja!
Od początku roku udało mi się już 15 książek przeczytać, teraz studiuję szesnastą. Różnego autoramentu, od "Dziejów" Herodota, opowieści filozofa Jamblicha czy Pitagorasa, religioznawczych wywodów Sir Frazera przez zadziwiające powieści fantastyczne Snerga-Wiśniewskiego (dopiero teraz widać, że był wizjonerem) czy współczesne fantastyki i koncepcje na temat SI autorstwa Jacka Dukaja, po podręczniki astrologiczne.

Temu wszystkiemu towarzyszy przyroda, śpiewy małych ptasząt wiosennych w lesie obok, klucze powracających gęsi i żurawi. Wczorajszy widok nawet mnie zadziwił, choć już widziałam nasze ptactwo w różnej akcji! Stało się to wkrótce po tym, jak po niebie przeparadował ogromny klucz dzikich gęsi. Nasze indyki stwierdziły, że też chcą poznać więcej świata. Zdołałyśmy jeden moment uchwycić na krótkim filmiku, najlepiej odtwarzać go w zwolnionym tempie, 0,5. 

Prawie wszystkie, oprócz trzech najcięższych indorów, które nie zdecydowały się na wspinaczkę wysiadywały niczym orły sokoły na gałęziach naszego podwórkowego dębu, gulgając do siebie z podziwem. Po chwili zostały stamtąd łatwo sprowadzone. Wystarczyło je zawołać na miskę owsa, zaraz wszystkie z szumem wielkich skrzydeł sfrunęły do obejścia i dały się zamknąć w ptaszarni. Niestety, Anna nie zdążyła tego lotu złapać aparatem, czego mocno żałujemy, bo widok był "nieziemski". Ot, brak (jeszcze?) refleksu filmowca.

20 grudnia 2023

Przedświąteczne lśnienie


Po prawie tygodniu stanęłam na nogi, smak wrócił, wyszorowałam nawet kuchenną pieczkę na wysoki połysk, choć już na drugi dzień, czyli dzisiaj, sił nie stało na dalszy ciąg porządków. Sprzątam nie dlatego, że tak wypada, ale że konieczność. A Święta, nasze odrodziny i Nowy Rok warto przywitać w odświeżonym wnętrzu.

Na podlaskiej wsi trwa odwieczny przesąd, mający coś wspólnego z chińskim feng-szuei, że jak komina nie wyczyścisz przed nowym rokiem, okien nie umyjesz i podłogi nie wyszorujesz, to cały następny rok będziesz żyć w brudzie i biedzie. Komin przewodzi energie z dołu ku górze, i nie tylko może się zatkać i doprowadzić do pożaru czy zaczadzenia mieszkańców, ale poprzez niego posyła się życzenia ku niebu, często opatrzone spaleniem w palenisku czegoś w ofierze (mogą być kości z kaczki, ptaka fruwającego albo jakieś zioła wonne). Stąd jeśli jest czysty i cug dobry w nim mieszka to i życzenia biegną szybciej i skuteczniej.
Sztuka feng-szuei uważa, że otworami okiennymi i drzwiami wpada do domu ze świata żywa energia Qi. Jeśli szyby są czyste, drzwi w odpowiednią stronę, we wzmacniającym kolorze, a wszystko dodatkowo opatrzone np. w dźwięczące dzwoneczki to Qi niesie dobro, szczęście i zdrowie. W przeciwnych przypadkach odwrotnie.
Wziąwszy jeszcze i ten fakt, że wszystko to dzieje się w okolicach równonocy zimowej i pory odrodzenia się światła nieba, to wdruk energii jest odpowiednio mocny i rzeczywiście długo działający, aż do następnego okrążenia.

Komin mamy już wyczyszczony, piec lśni, jeszcze tylko odkurzacz puścić w ruch, mopem parowym wymyć podłogi, okna przetrzeć, no i łazienkę umyć, nie jest źle. Bez pośpiechu, zdąży się do moich imienin.

Z jadła i napoju to przede wszystkim śledzie w różnych wariantach trzeba przyrządzić nieco wcześniej, a to zawsze idzie sprawnie. Są kupione, tylko odmoczyć. W wigilię zupa grzybowa w planie. Jarzębiak dojrzał odpowiednio do skosztowania. Nie obżeramy się jakoś specjalnie przez te trzy dni, zawsze z braku ochoty. Duch Świąt sprawia, że nie chce się jeść, bo Sytość fruwa w powietrzu. Po co się więc jeszcze dodatkowo przejadać? 

Anna rozpracowuje z pasją budowę gwiazdy betlejemskiej. Zmywarka cicho chodzi. Ja jeszcze trochę słaba po chorobie lubię po obiedzie uderzyć w krótką drzemkę dla regeneracji sił.
Każdego wieczoru przed snem czytam jakiś fragment książki na czytniku. Teraz zainteresował mnie "Lód" Jacka Dukaja, w zimowym klimacie podróży do Irkucka transsyberyjską koleją na początku XX wieku w towarzystwie Nikoli Tesli, pośród zwalczających się agentur rosyjskich ociepleników i lodowników, aby zbadać możliwość dogadania się z "lutymi", mroźnikami rozwalającymi biologiczne organizmy niczym kwantowy komputer. No, i tak się plecie.

3 grudnia 2023

Przedświąteczne nauki


Kilka wspomnień z warsztatów. Gotowy wzór.


Do roboty.


Szkielet do wypełnienia.


I wycinanki.

1 grudnia 2023

Gadu gadu i zima w pełni

 


I ścisnął mróz. Nie jakiś kosmiczny, ale nie listopadowy na pewno. Nieco śniegu naleciało, jednak mniej niż np. na Pomorzu, gdzie wilgotność jest większa. Anna zerwała resztki zieleniny z tunelu, którą skarmiam drób.

A drób ma się nieźle. Indyki zostały przeprowadzone ze stodółki pod dębem, zbyt zimnej na taki czas, do indyczarni w oborze, gdzie mają większe pomieszczenie pomiędzy kozami i garażem, ocieplone zatem z każdej strony, również od sufitu, bo na stryszku pełno siana zalega. Dostały świeżą słomianą podściółkę i póki co zimują, wypuszczane jedynie w słoneczne dni na kilka godzin, aby mogły rozprostować skrzydła. Bo fruwać lubią, niczym "orły, sokoły".

Za to kaczusie są mrozoodporne, ale i sprytne bestyje. Upatrzyły sobie legowisko w obejściu, pod resztkami starego tunelu, gdzie żeśmy część słomy zmagazynowały, aby mieć ją pod ręką, gdy potrzebne będzie odświeżenie ściółki w oborze. I tam, chronione od śniegu spadającego na głowę i wiatru dmuchającego w piórka spędzają swój kaczy czas, nierzadko wespół z kurami. Wychodząc jedynie na karmienie i do wodopoju.


My też się grzejemy, wychodząc na dwór jedynie w potrzebie.
Anna przez kilka dni słuchała bezpośredniej konferencji fejsbukowej pod wezwaniem "Żywe siedliska", i cieszę się, że ta już się skończyła, bo z trudem można się z nią było porozumieć w normalnych sprawach. Zaraz słychać było: "Cicho, cicho! Nie gadaj! Przeszkadzasz! Nie teraz! Za chwilę...". Ledwie to wytrzymałam.
To, co niechcący podsłuchałam przekonało mnie, że na ogół młodzi uczą młodych i już po dwóch trzech latach odgrywają ekspertów rolniczych, dietetycznych i ekologicznych, z pełną barwnością i swadą przydając sobie epickiego wyrazu i lecąc na wdzięku osobistym oraz modnym, wyświechtanym już słownictwie i wyrażeniach typu: "energie", "przestrzeń", "wibracje", "oczyszczenie", "wspólnota". Zwolennicy wegetarianizmu piali swoje, po czym dostawali ładunek informacji od praktykujących rolników, że gospodarstwo naturalne rodzące zdrowe rośliny musi być nawożone przez zwierzęta, bo bez zwierząt się nie da i już. A dietetycy przekonywali o wyższości spożywania masła i słoniny, nad olejami. I ich przeczysta ideologia nieco traciła na swej boskiej wzniosłości.
Acz było też sporo wykładów ludzi z pasją, merytorycznie przygotowanych, nie rozwlekłych w swojej opowieści, a nawet kilkoro starszych praktyków rzeczywistości, których warto było posłuchać. Więc co kto chciał to miał. Ostatecznie Anna wyszła z tego zadowolona, nawet zainspirowana i chętna do jakichś nie wiem jakich jeszcze działań, ale jeszcze bardziej ucieszona, że wreszcie się skończyło to nieustanne nadawanie i ma czas dla siebie.
Póki co zaczyna uczyć się angielskiego, i chodzi na warsztaty, przygotowując też przedświąteczne jarmarkowe stoisko. Jakie warsztaty? Ano w niedalekiej wiosce będzie nauka wycinanek ludowych i robienia gwiazdy betlejemskiej dla kolędników prowadzona przez twórczynie ludowe.

26 września 2023

Jesienne uciechy

I znów był jarmark. Tym razem w Ciechanowcu, z okazji święta ziemniaka. Dojazd i przyjazd łatwy, więc można było kilka godzin postać w oparach smażonych frytek, patrząc jak ludzie pochłaniają ze smakiem? zwykły cukier zamieniony maszynowo w watę. 

Pod strzechą, choć czy to taka, jaką dawniej kładziono na chatach? Może i tak. Jednak w praktyce poza skansenowej nie sposób już dostać słomy ciętej kosą w snopach, łatwiej robić to z trzciny. Łatwopalnej, dużo bardziej niż słoma, zwłaszcza gdy wyschnie w upalne lata.

Trochę wiejskich atrakcji pod publiczkę dla mieszczan. 

I stoisko, kątem oka kamery uchwycone.

Przy którym zatrzymała się miła para czytelników niniejszego bloga. Pozdrawiamy z tego miejsca serdecznie, także w imieniu koziołka Myszkina vel Puszkina, albo nawet i Putina.

Zaś od początku tygodnia ruszyły inne zajęcia, bo trzeba wykorzystać powrót słonecznej i ciepłej pogody. Powstały dwie wzniesione grządki w dawnym sadzie, ogrodzone deskami tartacznymi i wypełnione chruściano-korowo-liściowo-trocinowymi śmieciami, zgrabionymi na podwórzu w miejscach, gdzie zalegała gałęziówka, teraz już pocięta i ułożona na zimę. Z dodatkiem obornika i słomy.

Zbiór malin zmusił do nastawienia ich na sok. Do tego kocimiętka, melisa, aksamitka na susz do herbatek uśmierzających nerwy. Idzie ciemny czas, trzeba się przygotować.

18 września 2023

Kolorowe jarmarki

Anna czasem bierze udział w lokalnych imprezach wystawienniczych, jarmarkami nazywanych. W sezonie to sposób spotkania się z ludźmi i zaprezentowania swego dorobku twórczego, rzemieślniczego. Wczoraj "zaliczyła" imprezę doroczną urządzoną w Budach Leśnych na trasie między Hajnówką a Białowieżą. Nie było jakoś spektakularnie, ale też i nie umęczyła się zbytnio.

Wystawiła co nieco. Na przykład koszulki farbowane naturalnie metodą eko-print (czyli żywymi liśćmi) lub drukowane sitodrukiem.

I klasycznie, ceramika. Także z naturalnymi odciskami liści.

Lub wzorów serwetkowych, takich jakie dziergały nasze babcie.

25 lipca 2023

Lato w pełni

I przeminęły doroczne trzy dni festiwalowe. Z których zaliczyłam osobiście jeden, pierwszy. Zakończył się pechowo, ale i szczęśliwie, bowiem samochód zaparkowany blisko domu kultury nagle zaparł się i nie odpalił mimo prób odpowietrzenia pompy, a działo się to blisko północy. Pomógł życzliwie kolega Jerzy, który podpiął naszego zdechlaka pod swój samochód i zaholował nas do domu. Za co dostał sera i jajek w nagrodę.
Anna przez dwa następne dni dojeżdżała na zajęcia warsztatowe i do swego stoiska rowerem, starą holenderką nie do zdarcia. Ja zaś pilnowałam domu i karmiłam ptactwo co 2 godziny, jak co dzień. Oglądając co najwyżej niektóre koncerty w relacjach bieżących transmitowanych przez FB. 
Na koniec koleżanka przywiozła nasze klamoty na miejsce swoim autem i tak to się skończyło. Choć nie, bo teraz trzeba uruchomić kwestię naprawy zdechlaka, wziąć lawetę itp. i zależnie od opinii mechanika zdecydować co dalej.
Póki co uwagę znowu zajęły sprawy ogrodnicze, zbiory cukinii i patisona (idą sukcesywnie na leczo i w gębusie naszych kózencji), ogórka (trochę na sprzedaż, trochę na przetwory), pierwsze pomidory, buraki czerwone, kapustne, jarmuż, cebula. 

Wieczorem, gdy już ptaszki i kozy są zapakowane pod dach, siedzimy gadając albo i nie - na tarasie, popijając cienkusza albo rozcieńczone wodą soki czy rabarbarowy kompot w celu nawodnienia organizmu i jak przystało na każdego rolnika "patrzymy jak samo rośnie". Nie wiemy już co to ekran TV, długie siedzenie przed monitorem. Czasem radio w tle pracy leci, a wieczorem biorę czytnik do ręki i sunę przez literackie historie aż oczy zaczynają się same zamykać. 

19 lipca 2023

Prawie trzy dni ciemności

Jakieś 3 dni temu zapowiedziano nawałnicę. Cały dzień był słoneczny i spokojny, zaczęło się delikatnie zbierać przed wieczorem, ale obrządek poszedł sprawnie i spokojnie. Wszystkie zwierzaki ukończyły swój dzień jak zawsze i nakarmione, napojone, nasłonecznione, wydojone wylądowały pod swoimi dachami bezpiecznie. 

Przy okazji pokazuję ostatnio zbudowane samodzielnie ustrojstwo, zwane przenośnym traktorem dla ptaków.

Tak to wygląda w użytkowaniu przez nianię kurę z jej dziewięcioma indyczętami:

W użyciu jest też zagródka dla innego stada, niani indyczki z jej kaczymi i perliczymi dziećmi:

Jeszcze miejscy ugrzecznieni turyści na elektrycznych rowerach zajechali po drobne produkty z gospodarstwa, i chyba trochę byli zdziwieni, że jakaś zwykła zaganiająca kozy patykiem i niewybredną mową wiejska baba w znoszonym dresie, chwaląca się swym śmierdzącym kozim serkiem, odzywa się do nich jak do równych sobie. Ach, te szufladki w czystych głowach! I delikatne nosy!
Zmieniająca się szybko aura przegoniła nas z tarasu, lunęło siekąc od południowego wschodu mocnym skosem czynionym przez silny powiew wichru. Już chwilę potem nie było wody w kranie ani prądu, a z oddali niósł się głos syreny wzywającej strażaków do akcji.

- Och, jaka szkoda, że nie podstawiłam pustych wiader pod okapem dachu, kozy miałyby rano deszczówkę do picia! - zawołałam, ale na szczęście wodę dość szybko włączono, awaria hydroforni zawsze ma absolutny priorytet we wszelkich naprawach w gminie. Niestety, nasza wioska i takie jak nasze, gdzie mieszkańców jest jak na lekarstwo stoi zawsze na końcu w kolejce. Tym razem brakowało zasilania przez dwie noce i półtora dnia. Wicher połamał drzewa w gminie, zerwał kilka dachów i uszkodził łącza w wielu miejscach.

Co do zamrażarki nie było strachu. Już nieraz wypróbowana w dłuższym okresie, więc wiem, że zamrożenie może się utrzymać pięć i nawet chyba więcej dni (dalej niesprawdzone), zwłaszcza, gdy jest pełna i zawartość głęboko zmrożona.

Rano następnego dnia po prostu napaliłam pod płytą, aby zagotować wodę na kawę i umycie akcesoriów serowych, z rozpędu ugotowałam też wszystko co trzeba innego, obiad i karmę dla ptaków na następny dzień. Z tego bojler nagrzał się na tyle solidnie, że starczyło ciepłej wody na dwie kąpiele. Niestety, zabrakło zmielonej kawy, a młynek nie działał. W zamian jednak było kakao, w sporym zapasie kupione.

Padła mi akurat bateria czytnika, więc zabawianie się rozpoczętą lekturą nieznanej mi książki Verne`a „Pan świata” na zmianę z „Bożą inwazją” Philipa K. Dicka nie było możliwe. Wróciłam jednak dzięki temu do lektury książki papierowej i dokładnie przestudiowałam w wolnych od komputera chwilach przypisy do „Podróży nocnej do najszlachetniejszego miejsca” Ibn Arabiego. Dopiero wtedy zorientowałam się, że ich autorką i w ogóle tłumaczem tej starożytnej, przepięknej, mistycznej księgi jest kobieta. Kobietą była również redaktorka tekstu. Ho ho ho!
Anna zajęła się tymczasem szkliwieniem prac ceramicznych, bo większość wyprzedała na niedawnych jarmarkach okolicznych i musi zrobić nowe.

Czytnik i telefon dało się zregenerować korzystając z powerbanka, po czym następnego ranka wyczerpany został nabity znowu słońcem dzięki turystycznej paneli fotowoltaicznej. Działało też radio oraz wieczorem lampy słoneczne na tarasie, wniesione potem do pokoju. Długo ta zabawka nie była potrzebna, ale wreszcie okazało się, że warto ją mieć i sprawdza się w takich okazjach dobrze.

Kolejnego dnia jednak nie miałam już cierpliwości palić pod płytą, zwłaszcza że szło na upał, a suchy chrust się wyczerpał, mokrym po deszczu już tak sprawnie nie idzie gotowanie. Trzeba było jednak zakupić butlę gazu i przeprosić się z kuchenką gazową. Co poszło sprawnie i umiliło mi dzień. Prąd wrócił około południa.
Z tej radości na obiad przyrządziłam pierwsze leczo, z wykorzystaniem rozmrożonej zeszłorocznej papryki i tegorocznej cukinii i patisona, które podarował nam zalany obfitością ogrodu sąsiad, taczką nadmiary swych płodów rolnych zwiózłszy. Nasze jeszcze jakoś w powijakach. W zamian są jednak inne.

8 czerwca 2023

Kamyki pod nogi i górnolotny zapach

Jak na razie i jak zazwyczaj o tej porze roku wydarzenia uczą nas pracowitej pokory i cierpliwości. Nie! nic strasznego, ot, przeszkody i kamyczki od losu pod nogami do przeskoczenia. Sianokosy niepewne.
Po pierwsze i najważniejsze kilka dni temu nagle padł samochód. Szczęśliwie jednak (dobre duchy mają nas w opiece) Anna wróciła nim z łąki do domu i zatrzymał się tuż przed bramą. Miał kłopot z odpaleniem już na łące, ale dał się namówić i dowiózł właścicielkę na miejsce. Ponieważ nie dałam rady pchnąć go pod górkę, parkował pod bramą przy drodze dwie noce. Miejscowy warsztat okazał się "obłożony" aż do 26 dnia tego miesiąca, co okazało się datą horrendalnie daleką zważywszy sprawy pilne do wykonania, które nas czekają. Na szczęście pewien mechanik z polecenia, rozwijający biznes niedaleko Hajnówki, przyjechał na wezwanie osobiście, zajrzał pod maskę, odpowietrzył silnik i auto odpaliło. Może dojedzie na dniach do warsztatu samo.

Tym samym trzeba odwołać sianokosy, przynajmniej w najbliższym terminie. Jarmark też stoi pod znakiem zapytania. Poza tym zgrabiarka do siana okazała się mieć znowu kapcia na tym samym kole co poprzednio, i trzeba je najpierw wymienić. Zaangażowało się już w sprawę dwóch ludzi. No, i trzeba było kupić nową dętkę.

Poza tym przyszedł przymrozek i jednej nocy zwarzył większość kiełkujących już pięknie dyń i nieco pomidorów posadzonych w gruncie. Tym tunelowym nic się nie stało. Wysiałyśmy drugi raz dynie. Te posiane pod laskiem nie rokują dobrze, bo na początek przyszła susza, a potem przymrozek. Jeśli wykiełkują będzie cud.
Na szczęście po drugim siewie przyszła burza - wbrew wcześniejszym zapewnieniom sztucznego proroka - i deszcz zlał pięknie grządki i pastwisko. Padał też nocą. Wróciło nieco nadziei.

Pierwszy wylęg piskląt sprzedał się, teraz pojawił się drugi. Tym razem 3 perliczęta i 7 kaczuszek. Na razie grzeją się w pudle pod lampą kwoką, czekając na spokojny słoneczny dzień oraz kuriera ze specjalną siatką ogrodzeniową dla nich, aby można było je wystawić na zewnątrz z przyszywaną matką. Z lampą też był kłopot, bo gdy przyszło co do czego okazało się, że dotychczasowa znikła, prawdopodobnie spaliła się, Anna ją wyrzuciła i zapomniała o tym fakcie na śmierć. Trzeba było ratować się zwykłą żółtą żarówką i zamawiać nową lampę przez internet. A więc kolejna zwłoka.

Na ostatnich kilku jajach indyczych zniesionych przez Halinkę zasiadła kwoka, która już od ponad tygodnia wysiadywała na pusto w kurniku, blokując gniazdo nioskom. 

Pomidory już podwiązane. Ogórki rosną żwawo i niedługo trzeba będzie i dla nich robić podpory. Żeby nie było nudno wiążę popołudniami używane sznurki z ciuków, które posłużą jeszcze do dalszego podwiązywania. Taki recykling. I ćwiczenie medytacyjne.

Od jakiegoś czasu kwitną robinie akacjowe nad domem. Od rana do wieczora towarzyszy nam na dworze miły brzęk zbierających nektar owadów w chmurze upajającego zapachu. Tymczasem sąsiad już zrobił pierwsze miodobranie. Miód z kwiatów śliwy. Jasny, słodki, gęsty, mniam.

Wieczorami czytam książki. Unowocześniłam się i przekonałam do czytnika. Anna sprezentowała mi swój stary i tak oto jak przed laty wracam do bycia molem książkowym, jakim od dziecka byłam. W necie daje się znaleźć wiele interesujących mnie tytułów. Choć czasem jeszcze kupuję papierowe egzemplarze, głównie są to podręczniki do astrologii, językoznawstwa lub stare teksty opatrzone setkami przypisów i komentarzy, które na czytniku słabo się prezentują i nie dają swobodnie używać. 

16 lutego 2023

Nieruch

Kozom brzuszki rosną. Nam też. Aczkolwiek nie jem jakoś nadzwyczaj wiele, to jednak w zimie mało się ruszam. Tyle co ogarnąć piec, omieść mieszkanie, ugotować, zrobić jeden z obrządków (drugi wykonuje Anna) i tyle. Resztę pracy wykonuję na siedząco. Czyli czytam, piszę, uczę się i gapię w ekran czy to komputera, czy telewizyjny (żeby mnie źle nie zrozumiano, nie mamy telewizji, tyle co Netflix). Ówże telewizyjny wielkości wystarczającej, wisi na ścianie głównego pokoju, własnoręcznie przywieszony jakiś czas temu i robi wieczorami za kino.

Dziś zaś tłusty czwartek. Wypadało uczcić dorocznym smażeniem serowych pączków bezglutenowych, moimi rękami rzecz niejasna, bowiem wytwarzanie słodkości należy od zawsze do Anny. Jak co roku muszę odkrywać wymaganą gęstość ciasta, stąd zazwyczaj pierwsza partia jest nieudana. Zbyt rzadko je przyrządzam. Raz tylko wyszły mi prawie idealnie okrągłe po usmażeniu, zdaje się rok temu. Dzisiaj nie było najlepiej. Ciasto na przedostatnim kaczym jaju umieszane, okazało się za rzadkie, a gdy to odkryłam po spartolonej próbie i dodałam mąki, to już smak się nieco zmienił i nie jest to to, co trzeba. Ale trudno. Jednak domowniczka wcina, nie patrząc na rosnące brzucho. Raz do roku można. Ma zakaz krytykowania. Bo jakże to? Zajadać i psioczyć? Nie idzie w parze.

Z filmów oglądam przeważnie słodkie romanse, zabawne familiaki, fantastykę i japońską anime. Jakby ktoś pytał. Niezwyczajnej łagodności ze mnie człowiek. Nie znoszę kryminałów, chyba że są wybitnie inteligentne, ani horrorów. Tudzież idiotyzmów, których teraz mnóstwo się zrodziło i mnożą się matematycznie, pewnie sztuczna inteligencja je wymyśla.

Z innych wydarzeń ponad tydzień temu Anna zwlokła ze świata bakcyle i zaczęła niedomagać. Kaszel, osłabienie. Oprócz witamin wlałam jej w gardło zwiększoną dawkę wody jodowej, raz, drugi, trzeci, dostała pierwszej nocy gorączki jak trzeba, kapkę powyżej 38, i rano zaczęła zdrowieć. Po dwóch dniach już tylko pokasływanie zostało i utrzymywało się całkiem długo. Aż przeszło.
Ja zaś, może dlatego, że suplementuję jod od jakiegoś czasu systematycznie, w ogóle nie zachorowałam. Ale odpukać, sezon przedwiosenny jeszcze przed nami!