Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Goście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Goście. Pokaż wszystkie posty

12 grudnia 2025

Francuska przygoda

Opóźniłam się z poniższą relacją z jakichś takich zwyczajnych codziennych szarych przyczyn jesiennych. Ale ponieważ historia była u nas niezwyczajna, jestem w obowiązku zamieścić ją jednak na blogu.

Otóż około 23 listopada (a więc jakieś 3 tygodnie temu) spadł pierwszy śnieg tego roku i aura mocno się popsuła. Lekko po południu (ale niedaleko do wczesnego zmierzchu) tego dnia przed naszą bramą zatrzymały się ni stąd ni zowąd - trzy konie, mały pies i dwoje ludzi. Anna, ujrzawszy ich z okna wyszła przed dom zobaczyć co i jak. Długo nie wracała. W końcu poszłam za nią wiedziona ciekawością. Targała właśnie trzy kostki siana na taczce. Goście poprosili o trochę siana dla koni.
Okazało się, że pojawili się wędrowcy rodem aż z Francji, poprosili o możliwość rozbicia się namiotem w zagrodzeniu i ugotowania sobie czegoś w domu. No problem. Byli to sympatyczni młodzi ludzie, rozmawiający trochę po rosyjsku i angielsku, ja zaś dołączyłam do tego z moją lichutką w mowie francuszczyzną.
Samuel i Marie, z regionu Anjou, po naszemu zwanego Andegawenią, od 8 miesięcy wędrujący z końmi kupionymi bodaj w Kazachstanie, przez Kirgistan (albo odwrotnie), Rosję, Litwę, Łotwę, Podlasie gdzieś hen za Rzeszów, gdzie mieli w planie dotrzeć „gruzowikiem” i zimować do kwietnia, po czym ruszyć przez Słowację na południe, do siebie.

Wywiedziałam się, że dziennie robili en pied od 16 do 25 kilometrów, zależnie od pogody, choć teraz śnieg nieco ich opóźnił w marszu, koń się pośliznął i muszą uważać na jakość drogi. Ogrzali się przez kilka godzin przy piecu, wysuszyli, ugotowali sobie makaron, poczęstowałam ich zupą burakową czyli la soupe vegetarienne, notre fromage et cacao de ceremonie avec lait de chevre et sucre brun. Smakowało. Dostali wodę dla koni, które dużo jednak nie piły, bo śnieg im wystarczył.

Rozmowa czasem zamierała, bo brakowało nam słówek, mimo że wyciągnęłam ku pomocy moje dwa diksjonery, no i był automatyczny tłumacz w smartfonie w razie czego, ale w sumie było miło.

Następnego dnia Francuzi wpadli o poranku na kawę i herbatę. Opowiadali o wilkach, żubrach i łosiach widzianych przez nich wcześniej, ale u nas nic im się nie przytrafiło. Przy czym największy zachwyt budziły w nich łosie, których nazwę wymawiali jak angielskie wash. A żubry nazywali bizonami. Porozmawiałam trochę po ichniemu, z wtrąceniami rosyjskimi, które nieco rozumieli, nader niezdarnie, co rusz zapominając francuskich czasowników. Mój główny problem był jednak z pojmowaniem mówionej francuszczyzny, bo tego nie trenowałam w ogóle od czasów licealnych, nie było potrzeby. Rozumiem pisany język, potrafię też sformułować jakoś zdania i co nieco opowiedzieć od siebie, ale raczej z brakiem wzajemnej komunikacji. Byli jednak przyjemnie zaskoczeni, że mogą usłyszeć swój język tak daleko od kraju, odpowiadając mi po rosyjsku albo angielsku (tą mową włada Anna).
W każdym razie nieco się wystraszyli słysząc o temperaturach zimowych możliwych na wschodzie Polski oraz dużych ilościach śniegu (tam gdzie zmierzali trwała właśnie zwyczajna kilkudniowa awaria prądu na dużym obszarze z powodu śnieżycy). Pogoda ich zdziwiła. W swojej Andegawenii zimą miewają najwyżej 3-5 stopni na minusie i niewiele śniegu. Rosję i wschodnie kraje przebyli porą ciepłą, w dużej części „gruzowikiem”, a zeszło im tak długo, bo biurokracja tam uniemożliwia szybsze poruszanie się. Zaśmiałam się: Le dernier Français à avoir voyagé ici en hiver fut Napoléon!

Rozstaliśmy się serdecznie i Bon voyage! Vous prenez ce fromage! Oni ruszyli całym swoim stadem na sąsiednią gminę en pied, a my do miasta. Śnieg zaległ w lasach i na leśnych duktach, ale drogi już były w miarę odgarnięte. Tym niemniej mocno im współczułyśmy jeszcze dość długo, mając nadzieję, że przetrwali dzielnie zimno, wilgoć i błoto kolejnych dni.

12 sierpnia 2024

Ptasie rozmowy


Czas płynie. Lubię to obserwować, płynąć razem z nim. Takim swoim dziecinnym stylem żabki, czasem na pieska.

Po drugim obrządku, gdy wszystkie dzienne czynności już zostały wykonane, zasiadamy na tarasie. Popijam wtedy prozdrowotnie wodę z cytryną z niewielką domieszką zeszłorocznego cydru i soku jabłkowego z tegorocznych zbiorów, który od jakiegoś czasu warzę codziennie. Aby zebrać go tyle, by starczyło na dwa sezony, bo co tyle owocują drzewa w sadzie. I przyglądam się światu, jego stałemu widokowi. W jego zakres wchodzi kawałek ogródka przydomowego mocno zarośniętego teraz wielkimi liśćmi dyni i cukinii, cieplica, płot, za nim za drogą ogrodzenie pastwiska i pastwisko, już wyschłe nieomal i przy nim obumierający stary sad, długi tunel i jeszcze kilka grządek. Po prawej osłonę stanowi gąszcz wysokich robinii akacjowych, w których gnieżdżą się różnorakie ptaki.
O tej porze lata już odchowały swoje młode i opuściły gniazda, ale buszują niedaleko i właśnie popołudniami zlatują się w nasze pobliże, jak dobrzy sąsiedzi, żeby usiąść na płocie albo blisko tarasu i delikatnym świergotem zagadać, popytać jak się wiedzie, itd. Nie znam się na gatunkach ptasich, rozróżniam wśród nich pleszki, które kocham za ruchliwość, uczuciowość, towarzyskość i pliszki, równie ciekawskie i wesołe. Mamy też mieszkającego wśród koron akacji dzięcioła, którego rzadko widać, ale słychać codziennie. Są też takie szare, większe od pliszek ptaszki, które biegają po ziemi, wygrzebując z niej owady, trochę jak kury, czasem widuję śmigającego głową w dół po pniu kowalika. Inne, wydające różne dziwne dźwięki słychać z większego oddalenia, szczytu dębu, albo z klonu. Lub przesuwają się z południa ku domowi i dalej gromadki kupiących się już przed odlotem bocianów.
Pod dach tarasu codziennie o stałej porze zalatuje także szerszeń samotnik, milkniemy wtedy, nieruchomiejemy i czekamy aż zbada teren i odleci spokojnie. Pojedyncze egzemplarze, żywiące się pośród drzew owocowych nie są agresywne, a groźne mogą się stać tylko przez przypadek, którego zawsze lepiej mądrze unikać.
Czasem z braku tematów do rozmowy, bo o czymże ciągle można gadać, odsłuchujemy jakąś audycję czy podcast. Np. pana Jackowskiego, którego słucham-nie-słucham i który wtapia się w spokój otoczenia swoimi przydługimi opowieściami politykierskimi, z których na ogół dowiaduję się co się w ogóle w świecie dzieje (telewizora nie mamy od lat blisko 20). Kiedy nagle zapada cisza pytam:

- Co to? Zasięg padł?

- Nie. Tylko patrzy sobie w głowę - odpowiada Anna, zerknąwszy na ekranik smartfona i parafrazując Sienkiewicza.

- Aha. A ty co o tym myślisz? Będzie wojna? Będzie krach?

- Będzie, niewątpliwie. Tylko kiedy?

- Ptaków by trzeba zapytać. Zresztą po co wiedzieć? I tak będzie co będzie. Cieszmy się życiem, póki zdrowie i cisza dopisują, a zapasy spokojnie rosną na zimę. Na wszystko jest właściwa pora.

Z innych spraw: zaczęłam robić żółte sery, niewielkie, z racji mniejszej niż dawniejszymi laty ilości mleka. Anna jeździ co rusz na jakiś okoliczny jarmark lub warsztaty wakacyjne dla dzieci. Jedna impreza odbyła się u nas w gospodarstwie. Wycieczka rowerowa dzieci spędziła trochę czasu na robieniu mydła w foremkach, przyrządzaniu i zjadaniu pizzy, oraz oglądaniu naszego bydełka, robiącego za dziką przyrodę na stepie.

Poza tym zbieramy jabłka, systematycznie opadające z drzew, cukinie i kabaczki, resztki ogórków, zaczątek pomidorów. 

- Co jutro na obiad?

- Leczo?

- Może być leczo, czemu nie?

29 lipca 2024

Szczyt lata


I kolejny miesiąc lata mija. Czas biegnie swoim trybem. Porzeczki zostały zerwane i spożytkowane, czarne, czerwone i białe. Kończą się ogórki - w tym roku powstał zwiększony zapas sałatek kilku rodzajów, bób został pożarty, zjadamy jarmuż i seler, fasolkę i fasolnik, a częściowo idzie do zamrażarki. Przed nami pomidory i jabłka.
Winko porzeczkowe bulgocze cierpliwie w gąsiorze. Nastawy ziołowych nalewek leczniczych uzupełnione macerują się (glistnik, piołun, orzech, goździk, pieprznik jadalny, dziurawiec).

Przeminął także doroczny festiwal folkowy w naszej gminie. Klasycznie, Anna prowadziła warsztaty ceramiczne i swoje stoisko, w czym jej pomagałam przez dwa popołudnia. Jako i zazwyczaj.


[Zdjęcie sprzed dwóch lat, ale nic się nie zmieniło]. No, może oprócz tego, że stopniowo wszystkim nam ubywa czasu i młodości, co sprawiło, że kilku dawnych znajomych ledwie poznałam przy niespodziewanej konfrontacji. Nie śmiałam zapytać czy i ja na tyle się zmieniłam. Cóż, w środku nic a nic mi nie brakuje, wręcz jakby ubywało mi zmartwień i ciężarów psychicznych, więc dusza wręcz się rozwija. Tyle dobrego.

Anna zaliczyła jeszcze inne jarmarki w okolicy i kilkudniowe warsztaty tradycyjnego wypału ceramiki tzw. siwej w domu kultury w sąsiedniej gminie. Z budową i paleniem stosownego pieca z cegły i gliny, co widać na zdjęciu poniżej.


I przykłady takich podlaskich miejscowych naczyń, robionych bez użycia szkliw.


Było trochę męczących upałów, ale przyzwyczajenie chyba robi swoje, ledwie je zapamiętałam. Teraz pojawiają się co rusz spontaniczne opady, zachmurzenie, wiatr, strząsający jabłka z drzew i pogoda jest znośna pod względem temperatury. 

25 lipca 2023

Lato w pełni

I przeminęły doroczne trzy dni festiwalowe. Z których zaliczyłam osobiście jeden, pierwszy. Zakończył się pechowo, ale i szczęśliwie, bowiem samochód zaparkowany blisko domu kultury nagle zaparł się i nie odpalił mimo prób odpowietrzenia pompy, a działo się to blisko północy. Pomógł życzliwie kolega Jerzy, który podpiął naszego zdechlaka pod swój samochód i zaholował nas do domu. Za co dostał sera i jajek w nagrodę.
Anna przez dwa następne dni dojeżdżała na zajęcia warsztatowe i do swego stoiska rowerem, starą holenderką nie do zdarcia. Ja zaś pilnowałam domu i karmiłam ptactwo co 2 godziny, jak co dzień. Oglądając co najwyżej niektóre koncerty w relacjach bieżących transmitowanych przez FB. 
Na koniec koleżanka przywiozła nasze klamoty na miejsce swoim autem i tak to się skończyło. Choć nie, bo teraz trzeba uruchomić kwestię naprawy zdechlaka, wziąć lawetę itp. i zależnie od opinii mechanika zdecydować co dalej.
Póki co uwagę znowu zajęły sprawy ogrodnicze, zbiory cukinii i patisona (idą sukcesywnie na leczo i w gębusie naszych kózencji), ogórka (trochę na sprzedaż, trochę na przetwory), pierwsze pomidory, buraki czerwone, kapustne, jarmuż, cebula. 

Wieczorem, gdy już ptaszki i kozy są zapakowane pod dach, siedzimy gadając albo i nie - na tarasie, popijając cienkusza albo rozcieńczone wodą soki czy rabarbarowy kompot w celu nawodnienia organizmu i jak przystało na każdego rolnika "patrzymy jak samo rośnie". Nie wiemy już co to ekran TV, długie siedzenie przed monitorem. Czasem radio w tle pracy leci, a wieczorem biorę czytnik do ręki i sunę przez literackie historie aż oczy zaczynają się same zamykać. 

19 lipca 2023

Prawie trzy dni ciemności

Jakieś 3 dni temu zapowiedziano nawałnicę. Cały dzień był słoneczny i spokojny, zaczęło się delikatnie zbierać przed wieczorem, ale obrządek poszedł sprawnie i spokojnie. Wszystkie zwierzaki ukończyły swój dzień jak zawsze i nakarmione, napojone, nasłonecznione, wydojone wylądowały pod swoimi dachami bezpiecznie. 

Przy okazji pokazuję ostatnio zbudowane samodzielnie ustrojstwo, zwane przenośnym traktorem dla ptaków.

Tak to wygląda w użytkowaniu przez nianię kurę z jej dziewięcioma indyczętami:

W użyciu jest też zagródka dla innego stada, niani indyczki z jej kaczymi i perliczymi dziećmi:

Jeszcze miejscy ugrzecznieni turyści na elektrycznych rowerach zajechali po drobne produkty z gospodarstwa, i chyba trochę byli zdziwieni, że jakaś zwykła zaganiająca kozy patykiem i niewybredną mową wiejska baba w znoszonym dresie, chwaląca się swym śmierdzącym kozim serkiem, odzywa się do nich jak do równych sobie. Ach, te szufladki w czystych głowach! I delikatne nosy!
Zmieniająca się szybko aura przegoniła nas z tarasu, lunęło siekąc od południowego wschodu mocnym skosem czynionym przez silny powiew wichru. Już chwilę potem nie było wody w kranie ani prądu, a z oddali niósł się głos syreny wzywającej strażaków do akcji.

- Och, jaka szkoda, że nie podstawiłam pustych wiader pod okapem dachu, kozy miałyby rano deszczówkę do picia! - zawołałam, ale na szczęście wodę dość szybko włączono, awaria hydroforni zawsze ma absolutny priorytet we wszelkich naprawach w gminie. Niestety, nasza wioska i takie jak nasze, gdzie mieszkańców jest jak na lekarstwo stoi zawsze na końcu w kolejce. Tym razem brakowało zasilania przez dwie noce i półtora dnia. Wicher połamał drzewa w gminie, zerwał kilka dachów i uszkodził łącza w wielu miejscach.

Co do zamrażarki nie było strachu. Już nieraz wypróbowana w dłuższym okresie, więc wiem, że zamrożenie może się utrzymać pięć i nawet chyba więcej dni (dalej niesprawdzone), zwłaszcza, gdy jest pełna i zawartość głęboko zmrożona.

Rano następnego dnia po prostu napaliłam pod płytą, aby zagotować wodę na kawę i umycie akcesoriów serowych, z rozpędu ugotowałam też wszystko co trzeba innego, obiad i karmę dla ptaków na następny dzień. Z tego bojler nagrzał się na tyle solidnie, że starczyło ciepłej wody na dwie kąpiele. Niestety, zabrakło zmielonej kawy, a młynek nie działał. W zamian jednak było kakao, w sporym zapasie kupione.

Padła mi akurat bateria czytnika, więc zabawianie się rozpoczętą lekturą nieznanej mi książki Verne`a „Pan świata” na zmianę z „Bożą inwazją” Philipa K. Dicka nie było możliwe. Wróciłam jednak dzięki temu do lektury książki papierowej i dokładnie przestudiowałam w wolnych od komputera chwilach przypisy do „Podróży nocnej do najszlachetniejszego miejsca” Ibn Arabiego. Dopiero wtedy zorientowałam się, że ich autorką i w ogóle tłumaczem tej starożytnej, przepięknej, mistycznej księgi jest kobieta. Kobietą była również redaktorka tekstu. Ho ho ho!
Anna zajęła się tymczasem szkliwieniem prac ceramicznych, bo większość wyprzedała na niedawnych jarmarkach okolicznych i musi zrobić nowe.

Czytnik i telefon dało się zregenerować korzystając z powerbanka, po czym następnego ranka wyczerpany został nabity znowu słońcem dzięki turystycznej paneli fotowoltaicznej. Działało też radio oraz wieczorem lampy słoneczne na tarasie, wniesione potem do pokoju. Długo ta zabawka nie była potrzebna, ale wreszcie okazało się, że warto ją mieć i sprawdza się w takich okazjach dobrze.

Kolejnego dnia jednak nie miałam już cierpliwości palić pod płytą, zwłaszcza że szło na upał, a suchy chrust się wyczerpał, mokrym po deszczu już tak sprawnie nie idzie gotowanie. Trzeba było jednak zakupić butlę gazu i przeprosić się z kuchenką gazową. Co poszło sprawnie i umiliło mi dzień. Prąd wrócił około południa.
Z tej radości na obiad przyrządziłam pierwsze leczo, z wykorzystaniem rozmrożonej zeszłorocznej papryki i tegorocznej cukinii i patisona, które podarował nam zalany obfitością ogrodu sąsiad, taczką nadmiary swych płodów rolnych zwiózłszy. Nasze jeszcze jakoś w powijakach. W zamian są jednak inne.

25 lipca 2022

Czas słońca

Środek roku, czerwiec i lipiec to czas, gdy napór koniecznych prac i nowych sytuacji jest w naszym życiu dużo silniejszy, niż w ciągu całej reszty roku. Nie tylko dlatego, że rolnictwo to dyktuje, ale i dlatego, że obie jesteśmy spod znaku Koziorożca, a lato stwarza dla nas wyzwanie z racji położenia słońca naprzeciw naszych zimowych urodzin. W efekcie nie ma wiele czasu na rozrywkę, a gdy już się taka trafia, to jest ona powiązana ściśle z wysiłkiem i pracą, a nawet ich eskalacją.
Od momentu przesilenia letniego wysiłek się wzmógł. Najpierw sianokosy, potem drugie sianokosy i zwózka siana, całkiem samodzielna, przy całkowitym braku rąk do pracy w okolicy. Potem jeszcze odbył się u nas jak co roku pokaz pieczenia chleba, urządzany przez GOK w ramach projektu albo półkolonii dla dzieci. To jeden dzień przygotowań i następny poświęcony imprezie, zabawianiu "gości" i stadka dzieciaków, które przyjechały z opiekunami na rowerach. Poczęstunek, pokazywanie, objaśnianie itp. 
Zaraz potem rzucił się ogór, podlewanie, zbiór. I porzeczki, to samo. Przy czym w tej sprawie los mi pomógł, a raczej przeszkodził, bowiem większość krzaków czerwonych i białych porzeczek zdążyły przede mną opędzlować kury. Kiedy tylko zobaczyły, że zrywam, zaraz wzięły się do dzieła. To co zostawiłam na następny dzień, cudownie po prostu znikło. Skończyło się zatem na kilkunastu słoiczkach dżemu i gąsiorze wina, które już pięknie chodzi. Przepadło przynajmniej drugie tyle. 
- O, nie! - stwierdziła Anna - koniec z kurami! KONIEC! W przyszłym roku zostają tylko kaczki i indyki.
Mnie w to graj. Kurzych jaj i tak nie mogę jeść, więc całe to bieganie koło kur nadmierne mi się wydaje. Choć kocham wszystkie swoje ptaki i nigdy im nic nie brakuje, ale logika dziejów przemawia przeciw dalszej ich hodowli. Nie wybijemy ich, ale spokojnie dojdą swego końca bez odmładzania stada. Kaczki, gęsi i indyki również znoszą jaja i dla nas aż nadto wystarcza.
 
A potem nadszedł czas festiwalu i kolejne zakręcenie. Głównie dlatego, że Anna prowadzi na nim warsztaty ceramiczne jako pomoc mistrza oraz własne stoisko, co zajmuje cały boży dzień, aż do nocy. Docierałam na imprezę po południu, gdy już prace domowe były ukończone i co nieco towarzysko się odprężałam, witając się ze starymi znajomymi i rozmawiając o tym i owym.

Zdarzało mi się też pilnować kramu. Przy okazji uaktualniam swoją gębusię, po kilku ładnych latach od ostatniego zdjęcia.

A tu też ja w tle, ale bez głowy. I dobrze, bo prace najważniejsze. Wszystkie dzieła z sitodrukiem sprzedały się pięknie. To ostatnie zdobnicze zainteresowanie rozwijane przez Annę, mającą z sitodrukiem i poligrafią dużo wspólnego od lat. I jeszcze zbliżonko.


Poniżej przykłady prac Aninych, których dawno na blogu nie było. 


Mydelniczki...


Na jarmarku wystawiało się przynajmniej kilku profesjonalnych ceramików, ale nie było tak źle z utargiem. Kilka rzeczy trafiło ludziom do gustu i sięgnęli do portfelików. Mimo widma nadchodzącej inflacji czy też gorszego krachu, o którym wieszczą jasnowidze i ekonomiści.

Doroczne trzydniowe świętowanie rdzenności naszej narodowej i tutejszej zakończyłyśmy goszcząc na kolacji mistrza ceramiki Jerzego z rodziną, a raczej częścią rodziny, żoną i najstarszą córką. Piecyk do pizzy spisał się na medal. Sera, cebulki, jarmużu, bazylii oraz sosu paprykowego własnej roboty nie żałowałam. Pogaduszki na tarasie przy świetle solarnym były równie pyszne.

10 listopada 2021

W oku wiatru

Pewnie ludzie z miast, słuchając wzmożonych właśnie doniesień z mediów, parlamentu itp. bardziej są poruszeni własnymi wyobrażeniami i niekiedy strachem, niż my tutaj, gdzie sprawy toczą się widzialnie, namacalnie.
Życie codzienne, oprócz kontroli na drodze, przy wyjeździe i powrocie, nie zmieniło się, (jak na razie). Można się do tego przyzwyczaić, gdy nie ma wzajemnych utrudnień. Właśnie zrobiłyśmy wypad do fajnego komisu meblowego, w jednej z sąsiednich gmin, bo wzięło nas na remont chaty, kuchni i łazienki. Ponieważ działamy zazwyczaj spontanicznie i pod wpływem natchnienia, to biorę to mimo wszystko za dobrą wróżbę na przyszłe przetrwanie napierających zmian.

Także zmienia się niewidzialnie nastawienie mieszkańców. Zaczynamy ze sobą rozmawiać, czujemy to samo. I to jest pozytywne.
Obserwuję siebie w relacji z rozwijającą się sytuacją tuż za płotem. Wzrasta czujność, uważność, prędkość kojarzenia, wszystko nabiera sensu. Podkręcają się endorfiny, nie czas na lamenty, strach, a duch czuwa. Myślenie o śmierci zaczyna być częste, stałe a śmierć oswojona. Mam już swój wiek i właściwie jest to zwyczajne dla człowieka w moim wypadku. Sny też są czujne, zapowiadające wcześniej to i owo.

O ile idących grupkami ludzi z tobołkami widywałam w nich już rok temu, potem nalot zwiększał się w owych wizjach, przemykały się jakieś milczące czarne typy pustymi ulicami miasteczek i wsi, aż nagle jeden z nich, zamaskowany zaatakował ostro przypadkowego przechodnia w jednym z koszmarów. Teraz budzą mnie sny jawne, gdy drogą obok przejeżdża kolumna eskortująca i głos przez megafon ogłasza coś ważnego dla dwóch wiosek. Widzę napierające gromady i zmieszanie sił obronnych otaczających je w jakimś miejscu. Zwiduje mi się wielka zwarta kolumna eskortowana i pilotowana w jej dalekiej drodze.
Niestety nie spodziewam się innego biegu wypadków, jak ich eskalacja. 

No, i właśnie mamy teraz eskalującego Marsa na niebie. Trzymajmy się płota i pozwólmy wiać wiatrowi gdzie chce. Wszystko ma swój czas i cel. Póki co przemeblowujemy kuchnię, palimy w piecu, pasiemy i doimy kozy, jak zawsze.

26 lipca 2021

Ptasia mowa

W dniach 23-25 tego miesiąca mieliśmy w gminie doroczny festiwal muzyki folkowej, który odbył się mimo wszystko, radując ludzi i stałych przyjezdnych gości, którzy są w nim osadzeni od lat ponad dwóch dziesiątek. Nie odwiedziłam osobiście żadnego występu z różnych racji, choć nie ze strachu przed dżumą. Za to Anna spędziła tam całe godziny i dnie, współprowadząc warsztaty ceramiczne i swój kramik z wyrobami z gliny i nie tylko. Jerzy nocował u nas, jak zwyczajnie, więc miałam możliwość zażyć nieco atmosfery imprezy i pogadać o świecie w sposób jaki lubię, poza systemowy (nie jestem anty, ale trochę spoza i trochę sponad). Wpadła także na godzinkę znajoma Ślązaczka, bywała co roku o tej porze, aby wypić piwo bezalkoholowe na altanie i wymienić niusy życiowe. A poza tym karmiłam zwierzynę, gotowałam i przetwarzałam jak zawsze, urozmaicając sobie wolne chwile tłumaczeniem almanachu Nostradamusa na zmianę z podsłuchiwaniem na live koncertu ze sceny gminnej.

Dlatego zapiszę tu ważniejszą historię, jaka zapadła mi w serce i działa się mniej więcej równolegle. Zacznę od tego, że w tym roku drobnych ptaków różnych gatunków zrobiło się wokół mnie jakoś więcej. Od wiosny przepięknie śpiewały i fruwały w kątach widzenia niemal wszędzie. Myślę, że to wynik wykraczającej poza normy przyrody betonozy polskiej, ale i zapewne ogólnych zmian klimatycznych, które owe stworzenia przeczuwają, szukając spokojnych i bezpieczniejszych dla siebie terenów na wylęgi, jakie najwyraźniej się kurczą. Bywało, że pod dachem tarasu wił sobie gniazdko jakiś ptaszek, przeważnie była to makolągwa albo rudzik. W tym roku zrobił to kopciuszek. I to tuż nad oknem, przy którym siedzę zawsze przy komputerze. Zatem, gdy jest uchylone w ciepły czas prawie stale słyszałam wciąż to, co dzieje się u drobniutkiej sąsiadeczki.
Kopciuszek w pewnym momencie zaczął być charakterystycznie słyszalny, okazało się, że karmi swoje narodzone świeżo pisklątko. Maluch wydawał głośne wołania, a potem radosne odgłosy, gdy matka przylatywała z jakimś smacznym kąskiem. Ptak szybko nauczył się spokoju na mój widok, gdy często wychodziłam na taras za tym czy owym. Odfruwał na śliwę obok rosnącą i spokojnie czekał, aż przejdę. Bał się jedynie kota, co od razu poznawałam po wzmożonych okrzykach ostrzegawczych i niespokojnym furkotaniu.
Kot zaś jest o tej porze roku częstym tarasowcem, w nocy i w dzień, rzadko idąc w dalszą drogę albo przesiadując towarzysko w mieszkaniu. Wychodziłam natychmiast i pacyfikowałam Maćka, zabierając go do domu albo wyganiając w dalsze rejony obejścia. Kocur jest spokojnym sporadycznym łowcą mysz, karmionym w domu, a moimi ptakami, które co roku hoduję od pisklaczka nie interesuje się pod kątem łownym wcale. Uznał zapewne w całej swej wrodzonej uprzejmości, że są moje i nie ma do nich prawa łownego. Kopciuszek, jak zaobserwowałam, również podlegał pode mnie, a nie jego widzimisię.
Maciej jednak w zamian bardzo lubi przebywać godzinami w pobliżu owych moich ptasząt, czy to kurcząt, indycząt czy kacząt, kryjąc się gdzieś w pobliżu pod krzaczkiem i słuchając ich spanikowanych rozmów ze sobą ze spokojem drzemiącego lwa. I tym sposobem nie raz napędził mamie kopciuszycy stracha. Ja też miałam obawy, bo zwierzętom wierzyć do końca nie należy, mają jednak instynkt, który nimi zarządza, zatem czuwałam, wiedząc, że zbliża się moment, gdy młode wyfrunie z gniazda. Mogło wtedy łatwo wpaść w zęby kota. Zapewne i mama kopciuszek była tego świadoma, bo z dnia na dzień robiła się bardziej nerwowa. 

Zbliżała się pełnia. Spodziewałam się, że wtedy sprawy się rozstrzygną. 

Tymczasem działa się jeszcze jedna historia w tle. Z tajemniczym cichym drapieżnikiem porywającym i kasującym podrośnięte kurczaki, które kręciły się tuż przy płocie w ciągu dnia. Jednego z nich padłego znalazłam w kupie niesprzątniętych jeszcze gałęzi akacjowych, zamordowanego i zostawionego sobie na później. Domyślamy się, że jest to kuna, która zamieszkała gdzieś w pobliżu, może na strychu paszarni. W gospodarstwie jest dużo myszy, więc pełni rolę naturalnego wroga gryzoni, ale przy okazji - jak widać - bywa groźna inaczej.
W noc przed pełnią, gdy martwiłam się o kopciuszczę bardziej niż zwykle, przeczuwając wylot z gniazda i pierwsze niezdarne obloty, nagle na tarasie zrobił się mały raban. Najpierw rozkrzyczała się w gnieździe nad oknem mama ptaszka. Po czym rozległ się bojowy okrzyk, czy raczej groźny ostrzegawczy syk Kocieja Macieja. Który wziął i przepędził skradającą się kunę na terytorium sobie podległym. Być może ratując tym samym ptaki przed wybraniem z gniazda. 

Następnego dnia, jak przewidziałam byłam, napotkałam kopciuszczę w trawie po drugiej stronie drogi. Uciekło przede mną, oczywiście pozostawiłam je, wierząc, że matka jest gdzieś w pobliżu i czuwa nad niezdarą. Nasłuchiwałam czy nie usłyszę charakterystycznego ćwierku przy domu. Daremnie. Jednak po obrządku wieczornym, gdy wracałam pustym już podwórkiem, coś mnie nagle zawołało siedzące nad wejściem do ziemianki. Maleństwo! Najwyraźniej przyleciało się pokazać. Fruwało już zręcznie samodzielnie. Pogadaliśmy chwilkę (znało dobrze mój głos, bo zawsze przemawiałam do nich wychodząc na taras) i uspokoiłam się. 

Następnego dnia młodziutkie ptaszę siedziało na poręczy altany, gdy przyszłam do porannego obrządku. Przywitało się, wyraźnie ucieszone. I po chwili odfrunęło. Już go nie widuję, ale wierzę, że daje sobie radę. 

28 lipca 2020

Zrywanie ogórka

Doroczny festiwal muzyki folkowej w Czeremsze, czyli naszej gminie, odbył się, acz był bardziej dostępny online, niż na żywo. Liczba widzów ograniczona przepisami i koniecznością zachowania odstępów. Nie miałam możliwości uczestniczyć, bo pilnowałam gospodarstwa pod nieobecność Anny, która prowadziła w niedzielę warsztaty ceramiczne. Ale coś tam obejrzałam z koncertów nadawanych przez FB, a także z kilkoma osobami dane mi było spotkać się i porozmawiać mimo wszystko.
Rozmowy w tym roku były dla mnie ciekawe, wszyscy mają jakiś swój ogląd świata i jego wydarzeń, z różnych perspektyw, zależnych od sytuacji indywidualnej. A gdy się mieszka na dalekiej wiosce i wie tyle, co zje, to tym ważniejsze doświadczenie.
Odjechał Jerzy, dzisiaj Adam, i mam dzień powrotu do swego zwykłego stanu świadomości. Cisza i spokój... po rozmowach, opowieściach, wrażeniach konkluzja taka, że jednak życie dobrze mnie poprowadziło, w najlepszą stronę z możliwych. I nawet jeśli coś by się zmieniło na gorzej, to i tak jestem naprawdę szczęśliwa, że podjęłam taką, a nie inną decyzję wyprowadzki z miasta, osiedlenia się, rodzaju życia i pracy. Ech...

Anna zaś wróciła do swego tunelu, swych zasiewów i zbiorów.


Ogórki plonują. Ponoć nie wszystkim się w tym roku udały, nie wzeszły, albo wzeszły późno, są małe i dopiero kwitną. Podgryzają je ślimaki, albo pada na nie zaraza. Tym bardziej jest dumna z pierwszego ogrodniczego sukcesu. Ponieważ studiowała swego czasu ogrodnictwo na SGGW w Warszawie, skorzystanie z dawnej wiedzy i własnoręczne jej wypróbowanie w praktyce daje jej mnóstwo radości. Mówi teraz ogrodniczym żargonem. Na przykład idzie do ogórka, zbiera ogórka, kisi ogórek (a nie ogórki), z czego się podśmiewam nieustannie.


Co kilka dni wczesnym rankiem, właściwie skoro świt, aby uniknąć upału, zbiera okazy zamówionej przez znajomych wielkości, przeważnie niedużej, zdatnej do kiszenia i konserwowania, choć i sałatkowe również.
Nadeszły upały i cieplejsze noce, wbrew powiedzeniu o świętej Hance, co sprawia, że ogórek ruszył i przez jakiś czas będzie go "trochę dużo".

Co do pomidorów zaczynają się, ale w jednym tunelu i na grządce złapały zarazę. Będzie mniej, niż w założeniu, ale trudno. Dla nas starczy.
Dojrzewa też papryka różnego rodzaju.
Cukinia wpada często do garnka.
Porzeczki zerwane, czarne niestety bardzo słabo obrodziły, ale białe i czerwone i owszem. Zrobiłam kilkanaście słoiczków dżemu i galaretki, nastawiłam balon wina.
Także kiszę ogórka, robię sałatki. Naprawdę jest co robić.
Tymczasem zaczynają się pierwsze spady jabłek. Na razie kozy je zjadają, ale trzeba się przygotować na kolejny przerób tego, co daje Matka Ziemia.

4 lipca 2020

Wątek chlebny

Żeby nie było, że nic się w gospodarstwie nie dzieje oprócz rośnięcia roślin wszelakich powiem, że w ostatnich dniach czerwca odbył się u nas pokaz pieczenia chleba, zorganizowany przez GOK. Przybyło osiem osób, pań, które uczestniczyły w całym procesie, miesiły ciasto, wstawiały do pieca, a także raczyły się gotowym chlebkiem, w przeddzień upieczonym. Wiadomo, świeżego się nie je, można skrętu kiszek dostać. Zwłaszcza, gdy jest to chleb żytni, a tym razy taki był. Na zakwasie.

W praktyce więc piec chlebowy był przez nas trzy razy rozpalany. Przed, w trakcie i po pokazie, tym razem, aby wypiec to, co uczestniczki wymiesiły. Każda bowiem dostała w prezencie po całym chlebie na zakończenie pokazu. Spotkanie było miłe, na otwartej przestrzeni, w altanie, z elementem spacerowym po wsi w międzyczasie, gdy piec się nagrzewał.


Ogień trza było rozbuchać, aby rozgrzał ściany i sufit wnętrza pieca aż do białości. Trwa to do 1,5 godziny.


Należało przy tym przymknąć drzwiczki, lekko uchylone, aby powietrze mogło dochodzić.


Na koniec, gdy już drewno się wypaliło, a resztki węgli usunięto, można wsadzić do pieca wyrosły tymczasem w blaszkach chleb.


I po niecałej godzinie (od 40 do 50 minut, zależnie od gorącości pieca), bo to jednak chleb żytni, wymagający ciepła, wyciągnięty tak się zaprezentował.

30 sierpnia 2019

Pokaż pokaz

Pieczenie chleba zaczęło się od... dojenia. Ot, kubek mleka do ciasta ciastkowego przy okazji.


Potem rozpalenie pieca.


Zgromadzoną energię społeczną należało zatrudnić, najpierw objaśniając co...



 i jak...

I do czego...


Następnie pomóc kozom przemieścić się. Tak całkiem przy okazji. Stąd...


Tędy...


Po czym trzeba było wrócić do pieca i ognia, i chleba. Czyli do tematu.


I tadam!


Było do niego masełko, i tak przy okazji trochę żółtego domowego sera.

22 sierpnia 2019

Rytualnie

Pogoda zmienna latoś, ale znośna. Najpierw idzie na upał, który pojawia się na jedno popołudnie tak solidnie, jak ostatnio do 33 stopni, a potem w nocy leje jak z cebra i temperatura spada do 17 w dzień, po czym znowu z wolna przyrasta, wraz ze słońcem wychylającym się zza chmur.

Jak co roku o tej porze, 18 sierpnia udałyśmy się na wielikoje świato Spasa na górę Grabarkę. To już mamy we krwi, trzeba odbyć cały rytuał. Wejść na górę, wrzucić grosik na ofiarę, pomodlić się, posłuchać chóru cerkiewnego i śpiewnej liturgii w języku starosłowiańskim, naszym, zapalić świeczki woskowe w intencji pod cerkwią, napełnić wzięte ze sobą baniaczki kryniczną wodą, obmyć się w świętej strudze i zostawić tam swoje boleści. Na koniec obejść stragany z dewocjonaliami i jarmarcznymi zabawkami, zjeść loda, i wrócić późnym wieczorem do domu, mając wschodzącą kulę księżyca w pełni za przewodniczkę.

Następnego dnia zjechał mój najdawniejszy przyjaciel, Adaś i kolejne dwa wieczory spędzone zostały na gadaniu, gadaniu, gadaniu i dyskusjach różnorakich, o życiu, świecie, muzyce, polityce, przepowiedniach, książkach, serialach i planach na przyszłość. Znikło trochę piwa i cienkusza domowego (ja pijam już tylko własnej roboty winko z dolewką soku i rozcieńczone wodą) i wypaliło się trochę gałązek na grillu, ocieplając klimat wieczorny.
Przydało się też łażenie za kozami, które już ledwie wytrzymują na pastwisku, bo Anna nazbierała koszyczek kurek, a my z Adamem wiadereczko owoców czeremchy. Z kurek powstał sos-rewelacja do klusek leniwych z domieszką twarogu koziego i pysznej świeżej kwaszonki, mieszanej z ogórków i liści buraczanych. A z owoców czeremchy kilka buteleczek soku i gąsiorek nowego wina. Piąteczka.

Ogórki już się kończą. W większości przerobione na sałatki, głównie z domieszką domowego octu jabłkowego i różnorakich przypraw i zakiszone. Ruszają pomidory i papryka. Także są już cukinie i patisony, zatem sezon leczo cygańskiego przed nami. Ponieważ temperatura sprzyja domowemu serowarstwu, to i zapas żółtych serów rośnie, z mleka niepasteryzowanego, na domowym zakwasie. Jest jak trzeba.

28 kwietnia 2016

Czas płynie zasiadając

Noce wciąż zimne, w granicach 1-2 stopni, zatem wiadomo, zieleń się ociąga. Trawa mikroskopijna, listeczki na drzewach nadal dziecinne. Niemniej w jednym oknie kwitnie już śliwa węgierka, a w drugim klon. Wokół obu drzew, nawet w mało pogodne i wietrzne dni kręcą się pracowicie pszczoły. Anna zajrzała do ula jakiś czas temu, żeby podejrzeć jak się mają. I czy nie wymagają dokarmienia. Ale nie wymagają. Miały jeszcze całą jedną ramkę miodu zeszłorocznego, a na sobie, w swoich nożnych zbiorniczkach dużo żółtego pyłku. Królowa żyje. Rój zatem sobie radzi. 
Praca i nas pogania, czy też my pracę, trudno rzec. Ale bez niej nie da się na wsi żyć bezpiecznie i spokojnie. Trzeba było wyrównać i przygotować pastwisko, zaorane jesienią, pod zasiew trawy, co się udało. Potem Anna własnoręcznie przez dwa dni, na półtora hektarze rozsiała kilka worków mieszanki traw. I na razie sprawy stoją, czekając na cieplejsze noce. Trawa bowiem rusza dopiero, gdy temperatura spada najwyżej do 5 stopni w nocy. 
Na dokładkę rozchorowała się jedna z młodych kóz, całkiem niespodziewanie. Ot, zeszła ze spaceru jakaś skwaszona, jeść nie chciała, ani pić. Zrobiłam jej odczarowywanie na wszelki wypadek, przy zabiegu reiki upadła nagle z osłabienia na kolana. Źle. Zaaplikowałyśmy jej z punktu kieliszek wódki, poszła z tego wszystkiego spać. Po kilku godzinach lepiej nie było. Rano zatem Anna zapakowała delikwentkę do samochodu i zawiozła do bielskiego weterynarza, bo nasz był akurat zajęty w terenie. Wróciły szybko, koza dostała dwa zastrzyki na poprawienie pracy żwacza. Nie miała wzdęcia. 
Rzuciłam monetami i Księga odpowiedziała mi, że sprawa potrwa dłużej, ale dobrze się skończy. Przez dwa dni poiłyśmy kozę ze strzykawki, siłą, bo nie chciała pić. Miała jakieś dziwne trudności z przełykaniem, krztusiła się, beczała z udręki. Szczęście, że Anna nie lubi się cackać, bo w końcu taki ostatni przymusowy wlew niespodziewanie jej pomógł! Wyszła po południu na karmienie sama, chętnie i wreszcie spróbowała owsa, a potem napiła się z wiadra już bez tortur. Smętki trwały prawie tydzień, ale jest już dobrze. Dawny apetyt wrócił i krztuszenie się minęło. 
Ponadto przez trzy dni byli goście, mimo chłodu i tego, że nie ogrzewamy poddasza, nie narzekali. Mieli rowery i rowerami śmigali po puszczy, a słońce jak na życzenie akurat wyjrzało zza chmur, i przenikliwy wiosenny wiatr ustał. 
Przy pomocy Sławka udało się złożyć drewno w lesie na kupy i czeka teraz na pomiar leśniczego. My zaś obsiałyśmy jeszcze jedną grządkę w ogrodzie permakulturowym, i sprzątamy porżnięte drewno na podwórku pod daszki, aby zrobić miejsce na nowo zwiezione. 
W pełnię Księżyca, a raczej dzień po, nasadziłyśmy trzy indyczki na jajach. Trzeba było przytaszczyć z nowego kurnika ciężkie stare koryto, drugie lżejsze, wymościć je słomą, ułożyć każdej porcję jaj (po 16 sztuk) i zmusić ptaki do zasiądnięcia. Udało się sposobem. Każda została nakryta pudłem tekturowym i w ten sposób rozsiadła się grzecznie, już na drugi dzień można było im te kaptury ściągnąć. Siedzą w transie. Zrzucane raz dziennie pod wieczór, aby się wykupkały, napiły wody i zjadły cokolwiek, czasem jeszcze biorą szybką kąpiel w piasku. Po czym bezbłędnie wracają każda na swoje gniazdo.
Nadto kilka dni temu przybyło nam ptaszków, jak co roku  tej porze. Przyjechały z bielskiej wylęgarni, 10 jednodniowych kogutków (po złotówce) na wypas i powiedzmy-tucz, czyli żer, oraz 10 kokoszek (po 4 złocisze każda). Mieszkają w kuchni, w tekturowym pudełku, w dzień pod lampą-kwoką, w nocy na ciepłej jeszcze blasze pieca, przy nagrzanym paleniem w dzień kominie. Jedzą same dobre, jajeczko na twardo z twarożkiem, płatkami owsianymi i osypką, a popijają domowym jogurtem na kozim mleku. Tak będzie do czasu, aż się opierzą i pójdą na swoje.
Z innych rzeczy, kilkoro młodzieży koziej znalazło już swoje domy i przystanie. W oborze robi się jaki taki porządek.
A ja jak zwykle, co dzień ser, czasem dwa, dzisiaj zaś ciućki kozie warzyłam, bo goście do cna wyjedli, jako przekąskę rowerową zabierając. Tak to jest, jak się człek upiera wegetarianinem być i forsować mięśnie na świeżym powietrzu.
Takoż piszę swoje, tłumaczę, nawet za łacinę się chwytam, kombinuję, hobby swoje rozwijając.
Zasię również drugi nasz kogut, zielononożny powędrował na drugą stronę. I miejsca królewskiego w kurniku ciapatemu ustąpił. A to z tej przyczyny, że po walce koguciej zostało mu opętanie. Opętał go mianowicie duch pokonanego koguta. I w naszym kolorowym kurduplu zaczął mnie ścigać na podwórzu! Do tego stopnia, że ten musiał wylądować na pieńku. Skończył jako pieczyste, dzisiaj trzeci dzień jedzony, w towarzystwie szparagów z wody z masełkiem. Jego dusza zaś wybiegła głównym kominem i pieje rozgłośnie, trzepiąc i bijąc czupurnie skrzydłami. Księga mówi, że coś przywoła... oby dobrego i ciekawego...
Teraz już tylko siedzieć i czekać..

23 maja 2015

Rower, pszczoły i wał

Dwie rowerzystki nas odwiedziły i trochę się wzięłam rozerwałam byłam towarzysko. Jedna zajrzała do ula fachowym okiem. Teraz już wiadomo, gdzie są czerwie, jak wygląda królowa, że trzeba rój podkarmić i że w tym roku miodu raczej nie będzie. W drugim ulu nikt już nie mieszka. Choć na początku wiosny jeszcze coś brzęczało i latało, ale niewiele, zanikło.
Wczoraj padało, dzisiaj pochmurno. Pomachałam znów trochę łopatą na wale i skończyłam jeden, pierwszy. Drugi jest niestety dłuższy. Posadzone wraz z jedną z rowerzystek sadzonki dyni wszystkie padły, i to tak jakoś dziwnie, bo białe się zrobiły. W takim razie posiałyśmy na nowo dynię z nasion na grządkach.
Truskawki przyjęły się w połowie. Kwitną. Krzaczki czarnych porzeczek, tak samo posadzone w zeszłym roku w większości ożyły z wiosną albo odbijają od korzenia właśnie. Trudno powiedzieć jak dalej będzie. Częściowo są wyściółkowane.

6 września 2014

Karma karmiczna

Dnie pełne pracy. Pociesza mnie fakt, że to już bliżej, niż dalej do zimy, czyli czasu rolniczych wakacji.
Pszczoły zostały nakarmione po raz ostatni przed zimą, niedługo po ich ustawieniu w ogrodzie. Po raz pierwszy przez Anię. Ubraną stosownie w kapelusz, rękawice i szczelne ciuchy, z odymiaczem w ręku. Tuż przed wieczorem, aby spokojniejsze były. Żadna jej nie użądliła i przywitały ją przyjaźnie oba roje. Gdzie się tego nauczyła? spytacie. W internecie, na filmikach z jutuba, w przeddzień starannie obejrzanych.

Sezon jabłkowy rozkręca się w naszym sadzie i jest bliski pełni. Co rano Anna zbiera w nim kilka skrzynek jabłek, zanim wpuści tam kozy, które zjadają z zapałem odpadowe resztki i przeszukują trawę cały poranek w poszukiwaniu nadgniłych okazów, które łatwo się gryzą i są słodkie.
Obdarowujemy jabłkami kogo się da ze znajomych i chętnie zamieniamy na inne dobroci. Nina wpadła sobie nazbierać i przywiozła pyszny keczup własnej roboty. Dała przepis, składniki mam w zasięgu ręki, więc jutro do roboty. Ktoś dał dorodne cukinie, inny skrzyneczkę malin. Powędrowały do kilkulitrowego słoja na sok rozgrzewający, a z reszty, która się nie zmieściła usmażyłam pyszny dżem jabłkowo-malinowy. Jabłka świetnie przyjmują inne smaki, tak w winie, jak w innych przetworach. Robię więc dżemy jabłkowo-śliwkowe, jabłkowo-różane i jabłkowo-aroniowe, sok jabłkowo-czeremchowy, idzie też czas na jarzębinę. Cydru chodzi już ze 30 litrów, szykujemy większy gąsior 20-litrowy, bo pierwsze próby wykazują, że jest bardzo smaczny. Octu jest z 10 litrów nastawionych, ale to nic. Nastawiamy beczkę. Jest gdzie go przechowywać, w przyszłym roku drzewa będą odpoczywały, zatem zapas musi być większy, poza tym im dłużej ocet stoi, tym lepszy, więc straty nie będzie.
Antonówki jeszcze się nie zaczęły. A z nich najsmaczniejsze są soki, susz i wino, zatem największa praca dopiero przede mną. Także na suszu daje się nastawić wino i jest pyszne, gdy podojrzewa przez co najmniej rok. Osobiście nie cierpię smaku jabcoka, więc wiem co mówię. To jest jeden ze sposobów na uniknięcie jabolowego kwachu w gębie.

Co do budowy, to została ukończona w fazie pierwszej, czyli stanęły ściany zewnętrzne po belki stropowe. Brakuje jeszcze wylewki, ścian wewnętrznych i wprawienia okien i drzwi (to będzie faza trzecia). Do dachu ma być inna ekipa.

24 lipca 2014

Wokół festiwalu

Zawiesiłam wpisywanie ze względu na nadmiar zdarzeń i notorycznie inny stan świadomości, w który mnie one wprawiły. Powoli wracam do normalności, ale zdaje się, już będzie odrobinę inaczej. Zwyczajnie się zmieniam.
Przed festiwalem, klasycznie, było mnóstwo pracy. Trafiły się fuchy, chociaż Anna zarzekała się, że już żadnej nigdy nie weźmie. Przyszło co do czego, nie odmówiła.
Potem był festiwal, trzydniówka. Anna jeździła na wiele godzin w ciągu dnia, gdyż razem z Jurkiem Fiedorukiem prowadziła warsztaty z gliny, a potem stoisko z wyrobami ceramicznymi dzieciaków z koła garncarskiego przy domu kultury. Przy okazji też wystawiła swoje mydła, które cieszyły się dużą popularnością. Ja w tym czasie pilnowałam gospodarstwa, rozmawiałam z gośćmi, wszystko na sporym rauszu, w który wprawiło mnie mocne roczne winko jabłkowe, w pewnym nadmiarze wypite pierwszego wieczoru.
Apogeum festiwalowe było w sobotę. Koncert okazał się po prostu i jednym słowem WSPANIAŁY. I nie do opisania. Ludzie na widowni również. Panowała ogólna atmosfera przyjaźni i bratania się. Ktoś poczęstował mnie szklaneczką śliwowicy (dostępnej legalnie u zaprzyjaźnionego Słowaka, który od kilku lat zjeżdża ze swoimi wyrobami na festiwal). Ktoś wyściskał przechodząc obok. Co rusz natykałam się na dawnych znajomych i trzeba było się witać. Wystąpiły po sobie same dobre i coraz to lepsze zespoły. Od ukraińskiego Kozak System, przez angielski The Ukrainians, rumuński Taraf de Haidouks po Czeremszynę. Która wystąpiła w zwiększonym składzie śpiewaczym i dała taki popis białego śpiewu chóralnego, że znajomi Ślązacy, którzy po części przeżywali to po raz pierwszy popadli w zachwyt (choć już i tak byli w euforii po występie rumuńskiej orkiestry cygańskiej).
- W jakim języku oni śpiewają? - pytali mnie później i trzeba było objaśniać podlaskie oczywistości.
- Te kilka wolnych utworów na początku to było coś zajebistego. Czemu nikt w Polsce tego nie zna, nie wie? Tu wszyscy śpiewają na widowni razem z zespołem, znają słowa, rozumieją!
Ano tak. 
Niedziela była spokojna, poświęcona bardziej imprezom towarzyszącym, warsztatom tego i owego, konkursom, niż muzyce. Skończyło się wszystko o zmierzchu dyskoteką prowadzoną przez DJ Wojcia i pożegnaniami. 
Pogoda dopisała, było wręcz skwarnie. 
Potem należało festiwal odespać i otrzeźwieć. 

Z innych, już rolniczych spraw to ważna jest historia kubanek. Zdechły prawie wszystkie, po kolei na zarazę wirusową (nasz weterynarz nie jest specjalista od gęsi, a inny, którego nam polecił jako znawcę, obsługuje jedynie wielkie fermy). Został tylko największy gąsiorek, który zresztą wykluł się pierwszy. Dostał imię, Kubuś. Oraz towarzystwo trzech zielononóżek, które się wykluły pod indyczką (z 15 jaj pozostało 7, których nie zgniotła, a z 5 wyklutych piskląt przeżyła trójka, którą odebrałyśmy nerwowej niani, aby dać im szansę odchowania się). Dzięki słonecznej pogodzie Kubuś dnie spędza w zagródce w ogródku przy tarasie, co bardzo sobie chwali. Uspokoił się już po stracie stadka i oswoił ze mną, a nawet złapaliśmy ze sobą dobry kontakt.

No, a brojlery poszły pod nóż, a raczej pod siekierę. Jednego już zjadłyśmy, oj, smakowity. Miały wagę od 1,5 do 2 kg. Kartoflami, osypką, twarogiem, zielonym i serwatką karmione.

21 czerwca 2014

Podejrzliwość

Nikt na wsi teraz nie rozmawia o polityce, ta sprawa nie istnieje. Ważne są sianokosy i inne prace sezonowe. Politykują jedynie staruszkowie na ławeczkach pod płotem przy drodze, z racji emerytury nie mający rolniczych obowiązków i z zainteresowaniem śledzący media. Nie bezkrytycznie, to jednak stare pokolenie. Nauczone podejrzliwości i znające ludzką naturę. Doskonale wiedzą, że góra zajmuje się zawsze korytem, a doły ciężką pracą i nigdy nie było inaczej.

Tak i u nas. Wylęgła się jeszcze piąta gąska, ale nie wiemy czy przeżyje. Ma dość spore zranienie na szyjce, nabawiła się go przy wychodzeniu z jaja. Jaja gęsie mają twardą skorupę i to częsta przypadłość u piskląt. Jutro zobaczymy jak przeszła noc pod indyczką.
Pani sprzedająca jaja zachwalała je, że wszystkie zalężone i z każdego wyskakuje gąska. Trudno mi było w to uwierzyć, bo znam realia. Poza tym było już jednak późno, jak na wylęgi. No, i tak zdaje się jest. Ech, dobra teraz i połowa narodzonych.
Nakryłam Kicię. Pod moją nieobecność wskoczyła na stół i wlazła do pudła gąsiątek. Usadowiła się w kąciku pod lampą-kwoką, niczym w solarium, a gąsięta, ufnie i spokojnie siedziały tuż obok niej, zadowolone z towarzystwa.

Pogoda zmienna. W ciągu dnia przeszły trzy chmury i trzy deszcze. Po nich wychodziło słońce. Anna z Jarym porządkowali teren budowy, po czym zwieźli przyczepkę zalegających jeszcze w miejscu zakupu budynku starych dachówek.
Nasi goście nazbierali w tym czasie w lesie prawdziwków i raczyli się jajecznicą z grzybami na obiad. Sprawdziłam, rzeczywiście były to prawdziwki. Po czym poszli gdzieś na leśnej polanie świętojańskiej paproci szukać.

19 czerwca 2014

W drodze

Zaczęły lęgnąć się gąsięta. Nie znam efektów, bo dzień był naprawdę zakręcony i naprawdę, kiedy to piszę, jeszcze się nie skończył.
Anna pod wpływem słońca zdecydowała przedwczoraj o skoszeniu łąki. Została skoszona, a wczoraj pojechała przewrócić siano. Robiła to sama większość dnia. Ja pilnuję gospodarstwa, a to jest mnóstwo zajęć. Dzisiaj przeczytała w prognozie internetowej, że jutro ma zacząć padać. Rzeczywiście, tak się składa, że znajomi zaczęli na fejsie dawać zdjęcia świeżych chemicznych smug czynionych w okolicach Warszawy i innych miast. Do nas to płynie z wiatrem. Będzie jutro. Zgodnie z prognozą meteo. Ma padać.
Zatem zadziałała spontanicznie. Wzięła z wioski Wanię, który jedyny się ostał do pomocy (Jary został porwany przez kogoś innego) i pojechali na łąkę zgrabiać siano. Załatwiła kostkarkę i zwózkę. Po 17 przyjechał pełen rozrzutnik, Wańka, Ania i wzięty jeszcze do pomocy młodszy brat Jarego rozładowali go i zapakowali siano na poddaszu obory. Potem jeszcze obróciła trzy razy samochodem zwożąc na pace resztę kostek z łąki. Te już wylądowały w garażu, żeby było szybciej.
To tylko część ostatniego zakręcenia. Mam wrażenie, że wszystko przyspieszyło, kręci się jak na karuzeli. A to tylko Uran przez aniny Ascendent przechodzi.
Znów wczoraj piekłyśmy chleb. Jutro rusza budowa. Legną się gąsięta. I kilka innych projektów jest w drodze.

16 czerwca 2014

Znowu rośnie

Czemu nie ma zdjęć? Są. W aparacie. Już starzejące się i dezaktualizujące, bo przecież wszystko się zmienia i rośnie z dnia na dzień. W komputerze przeładowana pamięć, niemożność ściągnięcia, brak czasu, aby zrobić miejsce. I tak schodzi, jak to w sezonie ciepłym.
Co się działo? Raz wyjechałam do powiatu, miasta zażyć, urząd odwiedzić i sklepy. Po drodze zahaczyłyśmy o znajomych, jednych drugich. Jakiś barter się uskutecznił, jakieś projekty zawiązały.
Raz ktoś z towarzystwem wpadł z wizytą, serów posmakować, kozy spotkać. Drugi raz ktoś inny.
Poza tym co dzień tak samo. Rano wstać, kozom karmy dać... itd. itp.
Dzisiaj Anna odkryła, że pod kwoką pikoli siedem zielononóżnych pikolątek, już suchych i chętnych coś przekąsić. Zatem znowu pudło z pisklętami wylądowało w domu, kwoka sztuczna włączona, na czas dosiedzenia przez kurę reszty jaj. Część z piętnastu podłożonych zmarnowała. To stara kura, której charakterek poznałyśmy już parę razy. Co roku robi taki numer. Jest nerwowa, poderwana, niszczy niechcący jaja nogami, gwałtownymi ruchami, wychodzi z gniazda, nie chce wracać długi czas itd. itp. I tak dużo wysiedziała, bo zdarzyło jej się wysiedzieć tylko trójkę. Ma pod sobą jeszcze dwa jaja. Czekamy ponadto na indyczkę i jaja gęsie.
Był Jary. Wykopał fundamenty wzdłuż linek, odmierzonych przez majstra. No, tak, bierzemy się z wolna do budowy. Procedury w toku. Efekty dokumentuję. Może kiedyś jednak będzie możliwość ściągnąć zdjęcia z aparatu.
No, i przyrządzam kolejny w tym roku pasztet z kozy.

Po pełni popadało, ale dzisiaj pogoda była w miarę wyrównana. Sprzyja roślinności, nie sprzyja sianokosom. Czekamy z nimi, jak wszyscy, którzy nie zrobili ich tuż przed pełnią, gdy trafiło się trzy dni bez deszczu, upalnych. No, cóż, na Podlachii wielikoje świata co rusz, jak nie ichnie to nasze, nie wiadomo kiedy pracować. Trudno. Nie ma się co kopać z koniem. Przecież jutro też jest dzień.

1 czerwca 2014

Dzień dziecka na farmie

Na cały wczorajszy dzień pogoda się ustabilizowała i wyszło nawet słońce. Dzieciaki z miasteczka wraz ze swoimi opiekunami zjechały po 10 według wcześniejszego planu. Z okazji Dnia Dziecka stowarzyszenie społeczne, do którego należą ich rodzice, wraz z urzędem gminy i domem kultury urządziły im piknik, połączony z wycieczką rowerową i odwiedzinami "na prawdziwej farmie" (czyli u nas), a potem ogniskiem z kiełbaskami (już po powrocie do miasteczka). To na owe odwiedziny potrzebny był sernik, a także chleby z pieca chlebowego, ser, napoje i sałatki.
Udało nam się wszystko szczęśliwie zgrać w czasie i Anna oprowadziła około 20-osobową grupę po gospodarstwie. Z kóz jedynie Fela uratowała honor "farmy" (nazwanie dane przez jednego z dzieciaków) i nie dała drapaka na widok takiej watahy ludzkiej. Najadła się za to po pachy suchego chleba i pozowała do zdjęć. Gęsi zaś nie pozwoliły się do siebie zbliżyć, tylko z przerażeniem w oczach i gęsimi okrzykami "spadamy!" uciekły przed chłopcem, który "chciał je tylko pogłaskać" i nie dawał sobie tego zamiaru wyperswadować.
Oczywiście gwiazdą wycieczki stała się Paszka, Pasia, "słodkie stworzenie", która też musiała zostać w końcu ochroniona i ukryta w domu przed nadmiarem dziecięcej miłości do zwierząt. Anna na sam koniec musiała ją wydłubywać spod łóżka, gdzie się skryła, aby pokazać jeszcze raz dzieciom, by mogły się z nią pożegnać, bo nie chciały bez tego odjechać.

No, a dzisiaj najpierw od rana wiało, a potem nadeszły chmury i rozpadało się na dobre. Kozy i gęsi wróciły z pastwisk przed końcem dniówki. Sołtys, mimo, że dwoił się i troił przewracając siano na łące, aby przeschło na wietrze, nie zdążył go zebrać. Mnie zaś morzy spanko i zaraz się chyba walnę do łózka, mimo wczesnej jeszcze pory.