Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koty. Pokaż wszystkie posty

25 grudnia 2022

Święta noc

Rano w kurniku okazało się, że zdechł w nocy stary dziesięcioletni gąsior Balbin. Odszedł spokojnie, nie niepokojony. Ciało wyniosłam w darze lasowi.

Bożonarodzeniową nocą obudziłam się we śnie, bo coś przyszło od drzwi tarasowych i wskoczyło spokojnie na tapczan, ułożyło się w moich nogach, jak zawsze bywało. Maciuś? zapytałam w myślach, zaskoczona. Usunęłam się trochę, jak zawsze, aby miał miejsce wyżej koło mnie. Wstał i podszedł blisko, łasząc się z miłością. Głaskałam go od głowy po czubek ogona czując w dłoniach jego gładką sierść, kształt.
Obudziłam się natychmiast, ze łzami w oczach. Jakiś czas czułam ogromne wzruszenie w sercu i miłość, z jaką on zawsze zjawia się przy mnie w snach, po czym najpierw Laba zaczęła wydawać szczególne dźwięki przez sen. Popiskiwała tak jak, gdy pieściła się z Maćkiem, iskała jego sierść, a on siedział przed nią spokojnie, poddając się. Gdy się uciszyła, zaczęła mruczeć Pasza na innym posłaniu, także przez sen. Dość niezwyczajnie. Bo gdy obie biegają we śnie inaczej wzdychają i słychać, że szczekają. Teraz obie nie szczekały, a mruczały, popiskiwały.
Pasza wkrótce obudziła się, wstała i podeszła do drzwi na taras, zaczęła je ze zdziwieniem obwąchiwać, po czym ułożyła się koło nich. Wtedy wstała też Laba, podeszła do niej i również chwilę wąchała próg. Po czym obie rozeszły się z powrotem do siebie.
I wtedy dobiegł mnie z zewnątrz jeden nawołujący okrzyk gęsi. Nigdy w domu nie słychać ich gęgania z kurnika, ale może to był okrzyk wydany przez owdowiałą Pulcię. Jeśli tak, to u niej zjawił się z wizytą Balbin.

6 września 2022

Spadowisko

Dość szybko i skutecznie wielki upał zamienił się w rześkie chłody. Nadal słoneczne i suche. Ta susza sprawia, że dynia w naszych ogródkach zatrzymała w większości wzrost w fazie maleńkiej kulki, częściowo zżółkła, a po dwóch przymrozkach nocnych jej liście sczerniały. Oj, nie będzie dużych zbiorów jesiennych tego roku, po raz pierwszy od czasu rozpoczęcia jej uprawy! Żal.
Za to udały się pomidory różnej maści, zrobiłam spore zapasy soków pomidorowych i jeszcze przerabiam końcówkę. Nadwyżki sprzedały się bez problemów, bo owoce rzadkich odmian były smaczne, słodkie, bezpieczne jeśli chodzi o nawożenie i wolne od zarazy.

Ostatnie wiaderko ogórków dotarło do kuchni dwa dni temu. Anna wreszcie wyrywa uschłe krzaki. Zapasy kiszonych i sałatek zostały uzupełnione, resztę zjadają kozy. Ze smakiem.

Pastwisko wyschło jak pustynia, kozy pasą się na jabłkach spadowych w sadzie i każde zasilenie dodatkowe witają chętnie, odwdzięczając się mlekiem. Popołudniami Anna zabiera je na ugór, gdzie posilają się liśćmi leśnych krzewów, czeremchy, brzozy, robinii itp. Ale ogólnie marnie to wszystko wygląda.

Zebrana aronia, po raz pierwszy z owocujących naszych krzewów, okazała się mało soczysta. Anna uzupełniła zbiory na nieużytkach za wsią, i owoce wylądowały w zamrażarce, aby je użyć do dżemów jabłkowo-aroniowych i nalewki. Jeśli robić sok, to jedynie na bazie treści jabłkowej. Podobnie jest z dziką różą, którą dodaję do dżemów i cydru. Który powoli, stopniowo się tłoczy i nastawia, zgodnie z biegiem dni i codziennych prac.

Wróciłam do palenia w kuchni (do tej pory, w czas upalny, korzystając z fotowoltaiki używałam do gotowania głównie kuchenki elektrycznej albo gazowej). Chrustem. W domu od razu cieplej się zrobiło. Wieczory i poranki zimne już są i tarasowe przyjemności wieczorne zostały skrócone, a w zasadzie z powrotem wniesione do wnętrza. Niemniej warto spędzić tam trochę czasu o samym zmierzchu, gdy zapalają się światełka solarne, bo z lasów obok można usłyszeć pierwsze ryki byków jeleni i łosi, gotujących się do wrześniowego rykowiska i rui. To niezwykłe, piękne doznanie sił przyrody, które wciąż trwają skryte w swoich leżach.

Codzienny przerób jabłek wygląda następująco. Trzeba je rano zebrać, aby zdążyć przed kozami (zostawiając im te najgorszego sortu), przebrać, pokroić, nastawić sokownik, usmażyć porcję dżemu, rozdrobnić i zasypać pektoenzymem, wytłoczyć, przelać do gąsiora. Gotowe przetwory przelać do butelek i przełożyć do słoików. Gotowe schować do piwnicy. To oprócz serów, także codziennej pracy od kilku miesięcy. 

Kilka dni temu stracił głowę główny indor w stadzie. Nie dało się już czekać. Od jakiegoś czasu rozpoczął zawzięte walki z drugim, młodym indorem, który dorósł. Trzeba było ich rozdzielać, każdy nocował gdzie indziej, bo rozpętała się walka na śmierć i życie między samcami-przewodnikami stada. Również w dzień byli wypuszczani na zmianę. Kłopot.
Ostatecznie Anna zerwała mnie raniutko z łóżka, pomogłam jej związać i zapakować do wora delikwenta, po czym obezwładniony kobiecym sposobem, skutecznie stracił łeb na pieńku, wystawiwszy go przez dziurę w zawiązanym worku. Wyszła z tego kupa mięcha i dzisiaj jemy pierwszy rosół, z warzywami z naszego ogródka, marchewką, kalarepką, selerem, jarmużem i cebulą.

26 lipca 2021

Ptasia mowa

W dniach 23-25 tego miesiąca mieliśmy w gminie doroczny festiwal muzyki folkowej, który odbył się mimo wszystko, radując ludzi i stałych przyjezdnych gości, którzy są w nim osadzeni od lat ponad dwóch dziesiątek. Nie odwiedziłam osobiście żadnego występu z różnych racji, choć nie ze strachu przed dżumą. Za to Anna spędziła tam całe godziny i dnie, współprowadząc warsztaty ceramiczne i swój kramik z wyrobami z gliny i nie tylko. Jerzy nocował u nas, jak zwyczajnie, więc miałam możliwość zażyć nieco atmosfery imprezy i pogadać o świecie w sposób jaki lubię, poza systemowy (nie jestem anty, ale trochę spoza i trochę sponad). Wpadła także na godzinkę znajoma Ślązaczka, bywała co roku o tej porze, aby wypić piwo bezalkoholowe na altanie i wymienić niusy życiowe. A poza tym karmiłam zwierzynę, gotowałam i przetwarzałam jak zawsze, urozmaicając sobie wolne chwile tłumaczeniem almanachu Nostradamusa na zmianę z podsłuchiwaniem na live koncertu ze sceny gminnej.

Dlatego zapiszę tu ważniejszą historię, jaka zapadła mi w serce i działa się mniej więcej równolegle. Zacznę od tego, że w tym roku drobnych ptaków różnych gatunków zrobiło się wokół mnie jakoś więcej. Od wiosny przepięknie śpiewały i fruwały w kątach widzenia niemal wszędzie. Myślę, że to wynik wykraczającej poza normy przyrody betonozy polskiej, ale i zapewne ogólnych zmian klimatycznych, które owe stworzenia przeczuwają, szukając spokojnych i bezpieczniejszych dla siebie terenów na wylęgi, jakie najwyraźniej się kurczą. Bywało, że pod dachem tarasu wił sobie gniazdko jakiś ptaszek, przeważnie była to makolągwa albo rudzik. W tym roku zrobił to kopciuszek. I to tuż nad oknem, przy którym siedzę zawsze przy komputerze. Zatem, gdy jest uchylone w ciepły czas prawie stale słyszałam wciąż to, co dzieje się u drobniutkiej sąsiadeczki.
Kopciuszek w pewnym momencie zaczął być charakterystycznie słyszalny, okazało się, że karmi swoje narodzone świeżo pisklątko. Maluch wydawał głośne wołania, a potem radosne odgłosy, gdy matka przylatywała z jakimś smacznym kąskiem. Ptak szybko nauczył się spokoju na mój widok, gdy często wychodziłam na taras za tym czy owym. Odfruwał na śliwę obok rosnącą i spokojnie czekał, aż przejdę. Bał się jedynie kota, co od razu poznawałam po wzmożonych okrzykach ostrzegawczych i niespokojnym furkotaniu.
Kot zaś jest o tej porze roku częstym tarasowcem, w nocy i w dzień, rzadko idąc w dalszą drogę albo przesiadując towarzysko w mieszkaniu. Wychodziłam natychmiast i pacyfikowałam Maćka, zabierając go do domu albo wyganiając w dalsze rejony obejścia. Kocur jest spokojnym sporadycznym łowcą mysz, karmionym w domu, a moimi ptakami, które co roku hoduję od pisklaczka nie interesuje się pod kątem łownym wcale. Uznał zapewne w całej swej wrodzonej uprzejmości, że są moje i nie ma do nich prawa łownego. Kopciuszek, jak zaobserwowałam, również podlegał pode mnie, a nie jego widzimisię.
Maciej jednak w zamian bardzo lubi przebywać godzinami w pobliżu owych moich ptasząt, czy to kurcząt, indycząt czy kacząt, kryjąc się gdzieś w pobliżu pod krzaczkiem i słuchając ich spanikowanych rozmów ze sobą ze spokojem drzemiącego lwa. I tym sposobem nie raz napędził mamie kopciuszycy stracha. Ja też miałam obawy, bo zwierzętom wierzyć do końca nie należy, mają jednak instynkt, który nimi zarządza, zatem czuwałam, wiedząc, że zbliża się moment, gdy młode wyfrunie z gniazda. Mogło wtedy łatwo wpaść w zęby kota. Zapewne i mama kopciuszek była tego świadoma, bo z dnia na dzień robiła się bardziej nerwowa. 

Zbliżała się pełnia. Spodziewałam się, że wtedy sprawy się rozstrzygną. 

Tymczasem działa się jeszcze jedna historia w tle. Z tajemniczym cichym drapieżnikiem porywającym i kasującym podrośnięte kurczaki, które kręciły się tuż przy płocie w ciągu dnia. Jednego z nich padłego znalazłam w kupie niesprzątniętych jeszcze gałęzi akacjowych, zamordowanego i zostawionego sobie na później. Domyślamy się, że jest to kuna, która zamieszkała gdzieś w pobliżu, może na strychu paszarni. W gospodarstwie jest dużo myszy, więc pełni rolę naturalnego wroga gryzoni, ale przy okazji - jak widać - bywa groźna inaczej.
W noc przed pełnią, gdy martwiłam się o kopciuszczę bardziej niż zwykle, przeczuwając wylot z gniazda i pierwsze niezdarne obloty, nagle na tarasie zrobił się mały raban. Najpierw rozkrzyczała się w gnieździe nad oknem mama ptaszka. Po czym rozległ się bojowy okrzyk, czy raczej groźny ostrzegawczy syk Kocieja Macieja. Który wziął i przepędził skradającą się kunę na terytorium sobie podległym. Być może ratując tym samym ptaki przed wybraniem z gniazda. 

Następnego dnia, jak przewidziałam byłam, napotkałam kopciuszczę w trawie po drugiej stronie drogi. Uciekło przede mną, oczywiście pozostawiłam je, wierząc, że matka jest gdzieś w pobliżu i czuwa nad niezdarą. Nasłuchiwałam czy nie usłyszę charakterystycznego ćwierku przy domu. Daremnie. Jednak po obrządku wieczornym, gdy wracałam pustym już podwórkiem, coś mnie nagle zawołało siedzące nad wejściem do ziemianki. Maleństwo! Najwyraźniej przyleciało się pokazać. Fruwało już zręcznie samodzielnie. Pogadaliśmy chwilkę (znało dobrze mój głos, bo zawsze przemawiałam do nich wychodząc na taras) i uspokoiłam się. 

Następnego dnia młodziutkie ptaszę siedziało na poręczy altany, gdy przyszłam do porannego obrządku. Przywitało się, wyraźnie ucieszone. I po chwili odfrunęło. Już go nie widuję, ale wierzę, że daje sobie radę. 

5 stycznia 2021

Poświąteczne rozważania

Święta minęły niepostrzeżenie i spokojnie, jak zawsze daj Panie Boże. Na Nowyj God chłopaki z wioski postrzelali na wiwat o białoruskiej północy, czyli naszej 22 i poszli spać. Nasze zwierzęta nie bojące. Psy jedynie uszami zastrzygły. Kot odwrócił się na drugi bok i spał dalej.

Pogoda się mazi. Zmokłe kury i indyki okupują otwarte pomieszczenia pod dachem. Ale zaczęły się nieść od razu na "barani skok". Codziennie zbieramy 6-7 i więcej jaj. Wysypują się z lodówki. To zasługa młodych zeszłorocznych kurek, które właśnie osiągnęły swój wiek nieśny.

Kurza hodowla idzie prościej, gdy pozwolić ptakom na mnożenie się we własnym zakresie. I nawet nadwyżki sprzedajemy chętnym. Nie kupujemy piskląt z wylęgarni już od kilku lat. Robią to kwoki w swojej letniej porze, czasem przy wsparciu zbywających zasiadłych jenduszek. Dwie-trzy kury na stado zawsze mają ochotę w ciągu lata i wygodniej jest pozwolić im wysiedzieć choćby po kilka jaj, niż bić się z ich hormonami macierzyńskimi. Prowadzają potem pilnie młode, kurczęta szybko rosną i uczą się od kwok wszystkiego, co potrzebują do życia. Jedynym mankamentem tej metody był u nas zawsze ubytek tych kurcząt spowodowany atakami lisa, kani albo włóczących się psów. Zazwyczaj bowiem idąc za dorosłymi szybko lądowały w lesie na grzebalisku i tam kusiły los. 

Ostatnio wzięłam się na sposób, karmię je osobno w jednym miejscu i pozwalam żerować w obrębie ogrodzonego ogródka pod okiem psów. Póki nie dorosną. W tym roku las pożarł więc jedynie 4 zbyt samodzielne kogutki, z sześciu narodzonych. Dwa dorosły szczęśliwie, i pełnią już role szefów stada. Piejąc na wyrywki rano i w ciągu dnia. Aż mi serce rośnie.
Kurki zaś ostały się w całej liczbie i tak się składa, że stado liczy sobie teraz, wraz z pozostającymi starszymi nioskami nieco mniej, niż 20 sztuk. Nieco mniej, bo właśnie niedawno odeszła była najstarsza kura, licząca sobie nie wiem ile, w sposób prawie naturalny. Bo już w agonii oddała żywot na pieńku, aby psy mogły skorzystać z mięsa. Jeszcze druga, równie stara, prosi się o wyrok, spędza już bowiem większość dnia w gnieździe przysypiając. Ale ciągle nie ma na to odpowiedniej chwili. Głodem nie przymieramy, żeby o tym natychmiast pomyśleć, jako o zdobyciu przysmaku obiadowego.
Tak to się zatem toczy wśród naszych braci i sióstr mniejszych, swoim powolnym torem, zrywami. Każde z nich ma swój czas i los, który go wyznacza.

Drobiowe zapasy zamrażarkowe uzupełnili jeszcze przed świętami dwaj gąsiorowie, pozostali nam sprzed zeszłego sezonu. Doszli dorosłego wieku i zaczęli walczyć o jedyną samicę-gęsicę, czyli Pulcherię, ciągając się za łby z Balbinem ile mieli siły. Znudziło mi się rozganiać towarzystwo i pozwoliłam na egzekucję. Teraz pokój zamieszkał w obejściu. A w wolnowarze co rusz smakowity rosołek bulgocze. 

Nie wiem, czy wiecie, ale robiłam obserwacje i wyliczenia praktyczne i doszłam, że z jednej starej kury można uzyskać aż 18 smacznych pełnowartościowych porcji obiadowych! Plus resztki dla psa czy kota. Więc co dopiero z jednej gęsi... Pieczyste to naprawdę ogromne marnotrawstwo jedzenia. Jak się zaczną czasy zaciskania pasa już niedługo, to pewnie wielu sobie przypomni stare sposoby szanowania pokarmu i mnożenia dobrego, zamiast wylewania spalonego tłuszczu do zlewu.

Oczywiście, po świętach trzeba było zrobić podliczenie doroczne zysków i strat.
Powiem tyle. Poszło trochę oszczędności na inwestycje, głównie tunel, oprzyrządowanie ogrodnicze i garncarskie, sadzonki i instalację fotowoltaiczną, dlatego na zero w ciągu roku nie udało się wyjść. Ale kilkutysięczny minus, mam nadzieję da się odrobić w nadchodzącym sezonie choćby dzięki odpowiednio w czasie umocowanemu ogrodniczeniu. Bo ten były sezon był rozruchowy, późno rozpoczęty i bardzo eksperymentalny. Niemniej, te osoby, które u nas zaopatrzyły się w ogórki są bardzo zadowolone z zakupu, żadnych kapci po zakiszeniu czy zamarynowaniu ogóraski nie zaliczyły, były świeżutkie i naprawdę prosto z krzaka rwane. Co ma ogromne znaczenie w przetwórstwie.
Anna nabrała doświadczenia i odwagi, wie już co i jak, ustala właśnie plany siewne, zamawia nasiona, rozpracowuje kalendarz itp. Na pewno będzie mniej papryki, której ilość w tym roku nieco nas przerosła. Powstało mnóstwo mniej i bardziej ostrych sosów i suszu, ale i tak część skarmiłam kurom. 

Kozie stado zmniejszyłyśmy do wymaganego minimum, aby przy dotacji na pastwisko pozostać. Zarobiły na swoje utrzymanie mlekiem i sprzedażą młodzieży oraz dały nam zapas jedzenia na cały rok w postaci serów, mleka, jogurtów i mięsa. Zysku pieniężnego poza tym niewiele, ale i nie zaliczyły straty. Sianokosy i pasza roczna opłacone.

Drób zarobił na siebie jajami, mięsem, pisklętami i sprzedażą niektórych dorosłych sztuk z nawiązką. Zwróciły się koszty ziarna i witamin co najmniej w dwójnasób. Nie mówiąc o stałym zaopatrzeniu w świeże jaja i dorywczo w mięso, uskutecznianym na bieżąco.

Generalnie zatem gospodarstwo zarabia na siebie, na opłaty za opał, paliwo, podatki, pracowników, prąd i śmiecie, aczkolwiek pewnie dałoby się z niego więcej wycisnąć, gdyby nam się chciało. Ale wiek już postępuje, mamy też inne zainteresowania, które potrzebują uwagi i czasu, zatem powoli ustawiamy sprawy tak, aby było najwygodniej dla nas.
Zysk, jako przyrost na koncie nie jest najważniejszy. Człowiek z miasta pewnie tego nie rozumie, bo konto daje mu poczucie bezpieczeństwa. Jednak wieśniak ma ziemię i tu bezpieczeństwo zależy od jego pracowitości w sezonie wegetacyjnym i sprytu w uzyskaniu jedzenia, opału i utrzymaniu chaty w jakimś porządku i przyzwoitym stanie. Zatem konto zastąpione jest przez inwentarz i przetwory zmagazynowane w piwniczce, które teraz nas codziennie żywią. I pozwalają ograniczyć wizyty w sklepie do naprawdę niezbędnego minimum (zapałki, papier toaletowy, masło, olej, sól i cukier raz na jakiś czas).

Co do mnie to rozwijam się. Czytam, uczę się, piszę, zaglądam w przyszłość przez dziurkę od klucza w drzwiach snów. I tak to biegnie swoim własnym tempem ku kolejnej wiośnie, wraz z przyrastającym światłem. Czego i wam wszystkim  z serca życzę!

5 stycznia 2020

Zimowy wczas

W nocy niepostrzeżenie cichcem spadł śnieg. Wpuściłam wtedy Kocieja do domu i wydało mi się, że świat świeci w promieniach księżyca, ale brak okularów na nosie wszystko zamazał. Kociej prędko położył się koło mnie na poduszce, mrucząc. Dotknęłam go i odkryłam, że jest mokry bardziej, niż tylko od zwykłej rosy, a przecież pośród mżawki nigdy by nie wysiadywał, jak to sucholubny kot. Pachniał lasem, liśćmi i wilgocią.


Poranne słońce wpadające przez uwolnione od zasłony drzew okno, kazało mi otworzyć oczy w dobrym, jak rzadko o tej porze dnia, humorze.
- Ech, biegnij zrobić zdjęcia zimie, bo pewnie jutro już jej nie będzie! - powiedziałam. I o dziwo, Anna chwyciła za aparat i poszła cyknąć to i owo.

Pierwszy wpadł jej w oko kaczy dołek, pusty, chroniony przez drzewa, lasek samosiejek sosnowych, dębów i klonów. Zwierzęcy wybieg, nazywany kaczym dołkiem, bo w dołku leży. Teraz pusty, gdyż drób nie skory brnąć po kolana w świeżym śniegu.


Na dworze pierwsze powitały ją oczywiście Balbiny, czyli naczelna małżeńska straż obejścia, Balbin (drugi w rzędzie) i Pulcheria, vel w skrócie Pulcia.


W pewnej odległości stało stadko gęgusi, albo gęgułek lub gęgolinek, czyli tegoroczny wylęg z zakupionych jaj gęsi kubańskiej. Bardzo wrzeszczące to stadko, zwłaszcza, gdy się wyjdzie na dwór, podnoszą od razu wielkie głosy, aż pewnie w całej wsi słychać. Na szczęście wioska rolnicza i zwierzęce krzyki i ryki nikomu nie obce, nie dziwne i nie tylko nie przeszkadzają, ale poprawiają humor mieszkańcom, którym dzięki temu wydaje się, że wciąż jest tak, jak dawniej bywało...


W ich pobliżu stał nowy, młodziutki jeszcze, tegoroczny czarny indorek, który nie ma dotąd imienia. Ale szybko wtopił się w stado indyczek i jest już jednym z nich. Nie gulga jeszcze ostrzegawczo, ani się nie stroszy, przyjmując barwy bojowe lub ochronne, nieśmiały nastolatek.


I dosłownie ostatnia to chwila na zdjęcia dobra się okazała, bo zaraz po powrocie do domu słońce zaszło i niebo zasnuły bure chmury.

12 grudnia 2019

Późna jesień, czyli myślał indor...

Późna jesień, gdy temperatury chodzą około zera i są w przeważającym procencie na plusie, nie jest zła. Kociej Maciej co prawda dawno już zmienił letnie nawyki i większość nocy przesypia w domu, wychodząc dopiero nad ranem i wracając wkrótce na śniadanie, ale zdarza mu się jeszcze zabalować.

Prace w gospodarstwie przystopowały na tyle, na ile mogą. Kozy spędzają czas w koziarni przy otwartych na ścieżaj wrotach w dzień, na sianku i owsie, z dodatkami warzywnych smakołyków od czasu do czasu. W praktyce nie są już dojone oprócz jednej, najpóźniej zakoconej i najwięcej dającej, raz dziennie, co pozwala mieć jeszcze codzienne świeże mleczko do kawy, wkład do szejka owocowego i zabielinkę do porannej zupki ryżowej albo jaglanej.

Czas przedświąteczny i przedzimowy każe także przejrzeć stado drobiu pod kątem zbiorów i oszczędności. Właśnie dorosły tegoroczne kogutki, trochę ich za dużo na podwórku, robią raban w kurniku, wyjadają nioskom karmę. Z pięciu zrobiło się dwa. Podobnie pod nóż poszedł dwuletni indor, tłusty, ledwie toczący się i posiadający największy apetyt w swoim stadzie. Nie wiem ile ważył, bo nie dorobiłam się jeszcze wagi mierzącej powyżej 3 kilogramów. Na oko przynajmniej 6 kilogramów miał, jeśli nie więcej, już po oporządzeniu. Wstępne sortowanie kawałków przyniosło wniosek, że na samych rosołach z niego i najlepszych kąskach mięsnych mogłybyśmy spokojnie żywić się suto ze dwa miesiące. Oczywiście nie pazernie i na bogato, lecz gospodarnie, nie marnując żadnego kęska.
W dodatku właśnie pokroiłam wszelkie tłustości z niego wzięte i utoczyłam z nich prawie 2 litry smalcu i słoik skwarków dla piesków i kota. Skończyło się dla nich mleko, ale są inne smakołyki.

Szybko jego ważne miejsce w stadzie zapełniło się. Dzisiaj przyjechał następca, maści czarnej, tegoroczny samiec, kupiony w powiecie w rolniczej wymianie barterowej. Czyli żadna to oszczędność na karmie, jednak w kolejce do nieba stoją jeszcze starsze indyczki.

Kilka dni temu zaś, nieco wcześniej, w ramach robienia miejsca w zamrażarce, wyprodukowałyśmy jakieś 7-8 kilogramów kiełbasy z zalegających mięsiw kozich. Było drugie tyle, bo pomagała nam miejscowa koleżanka, dokładając nieco swoich materiałów, a przy okazji ucząc nas poglądowo, jak robią kiełbasę tutejsi. Przyniosła ze sobą własne zioła, które wyhodowała i zmieliła na domowy pieprz ziołowy, o wiele bardziej aromatyczne, niż sklepowy. Przyprawiłyśmy zatem obficie i smakowicie, także czosnkiem. Kiełbasa wyszła nad podziw smaczna i o wiele lepiej nabita, niż nam się to udawało (a raczej nie udawało) zrobić. Tajemnica jest prosta. Po pierwsze trzeba mięso mielić przez specjalne grube sitko i nabijać kiszkę przez maszynkę ręczną, a nie elektryczną.
Urobku nie wędziłyśmy. Poszedł do zamrażarki w całości.

Wyciągam pęto co jakiś czas i zaparzam je w garnku. Przepis prosty: zagotować wodę, tyle, aby zanurzyć całość kiełbasy, dodać kilka liści laurowych, ziaren pieprzu i ziela angielskiego oraz łyżkę soli. Wrzucić surową kiełbasę na wrzątek, zdjąć z ognia i poczekać 30-40 minut, aż się zaparzy. Ja stawiam garnek na piecu c.o., woda nie ma szans się gotować, ale też nie stygnie zbyt szybko, o co chodzi w tym wszystkim. Potem wyjąć kiełbasę i schłodzić.
Można też inaczej: biała kiełbasa wpada do zupy typu żurek, czy zalewajka, albo krupnik. Mimo, że jestem bezglutenowa, to czasem robię barszcz na mące gryczanej, albo krupnik z niepalonej kaszy gryczanej.
Ewentualnie, co wypraktykowałyśmy zaraz tego samego dnia, świetnie sprawdza się jako

szybka podlaska kolacja. 

Obieram 2-3 ziemniaki, kroję na cienkie plastry, wrzucam do małej brytfanki z kawałkami słoninki, lekko solę i posypuję ziołami, dodaję też kawałek surowej kiełbasy. I wstawiam na kwadrans do pieca... kaflowego, gdy już żar się w nim wypali przy wieczornym paleniu. Tak, zwykły kaflowy piec ścianowy (pokojowy) może służyć świetnie jako piec chlebowy, czyli piekarnik. Jeśli tylko pali się w nim drewnem, a nie węglem! Udają się w nim w ten sposób także ciasta i chleb. Kto ma, niech próbuje. Duża oszczędność energii, bo dwie funkcje w jednym.

16 marca 2017

Przygoda dnia

Grunt to zacząć pracę w odpowiednim czasie i tempie. Jeśli ruszasz razem z wiosną w odpowiednim rytmie, czyli wolnym krokiem, bo ona tak zaczyna, to można mieć pewność, że do końca sezonu wszystko zostanie zapięte właściwie na ostatni guzik.
Oto kupa drewna do zagospodarowania. Porżnięta już latoś, choć zeszłoroczna. Układam codziennie po kilka taczek, porąbanych w ścianki do przeschnięcia w ciągu lata. Na zimę będzie suchutkie, doskonałe.


Czuby sosen przywiezione z okolicznej działki w lesie (zawsze pytamy najpierw leśniczego, więc mogę pisać oficjalnie na blogu). Inaczej skończyłyby na gnijącej z wolna kupie na brzegu lasu. A tu proszę, kózki nakarmione witaminkami, a chrust przyda się do palenia pod kuchnią i w chlebówce w nadchodzącej ciepłej porze.


Młodzież rośnie.


I na koniec dnia pracy niesamowita przygoda Kocieja Macieja. Otóż, przestraszony nachalnością wielkiego psa, przyjeżdżającego do sąsiadów, który przybiegł bliżej, niż można i obległ Macieja, kłapiąc wielkimi zębami w ogromnej paszczy, Kociej nic nie myśląc ruszył w górę. Zręcznie wdrapał się tak wysoko, że aż mi się w głowie zakręciło, jak spojrzałam! Lekko licząc 11 metrów nad ziemią. Na czubku akacji za domem zawiesił się.


Chwiał się tam na cieniutkiej gałązce jakaś godzinę, może i więcej. W rytm powiewów wiatru. Zdecydował się zejść dopiero, gdy miał pewność, że obce złe i głupie psisko odjechało.

12 stycznia 2017

Zwierzęta zimą

Przetrwanie niebywałego od kilku lat ataku Pani Zimy nie jest trudne. Mróz w nocy sięgał 25 stopni. Ot, zamiast jednej taczki drewna trzeba przywieźć pod dom dwie. Rozpalić dodatkowo w ścianowym piecu rano i wieczorem. Ubrać sweter do chodzenia po domu przed południem, gdy jeszcze c.o. nie ruszyło. Po południu już trzeba się rozbierać, bo gorąco. Poza tym tak samo.
Świat zrobił się malowniczo biały za oknem, choć jakoś nie ciągnie do dłuższych spacerów, przynajmniej mnie. Wystarcza mi zrobienie popołudniowego obrządku zwierząt, który trwa dość krótko, bo nie ma o tej porze udoju. Nakarmić każdą kozę osobno, napoić, przynieść z domu kolejne wiadro ciepłej wody (w taki mróz bardzo lubią ciepłą), bo wypijają nawet trzy wiadra, przynieść kostkę siana, podrzucić im do żłobów. Przy okazji nakarmić drób, zamknięty w taki czas w kurniku.
Pogadać z nimi chwilę. Pokrzyczeć, gdy się biją na rogi, lub niecierpliwią. Choć każda zna swoją kolejkę i raczej żadna nie wstaje wcześniej z ogrzanego miejsca, niż wypada, ale zdarzają się niecierpliwe, które uważają, że powinny być pierwsze. Gwiazda, Luba, Malwina, kozy z charakterkiem.
Oba koźlęta mają się dobrze, rosną, są zdrowe, wesołe i ruchliwe.
Po czym należy pożegnać się kulturalnie i zamknąć szczelnie oborę, żeby wiatr nie zrobił jakiejś niespodzianki.

Dla rozrywki wzięło nas na dietę i oczyszczanie tak samo ciała, jak umysłu (haha). Noce, długie i nudne sprzyjają medytacji, którą nagle znowu zaczęłam z przyjemnością uprawiać, nawet godzinami, gdy spać się nie chce.

Maciuś przeszedł dwa dni temu inicjację. Złapał mianowicie w kuchni męcząco tuptającą po kątach od jakiegoś czasu mysz. Mysz okazała się całkiem sporym mysiorem. Było trochę ambarasu, bo zdobycz krzyczała wniebogłosy, psy się zbiegły i koniecznie chciały kotu dopomóc, aż ten nie wiedząc co czyni wziął i swój lup wypuścił z zębów. Mysior przyczaił się w kącie na jakiś czas, ale został ponownie znaleziony i wydobyty, i już ledwie zipał. Kot, nie wiedząc co dalej się robi z nieczynną zabaweczką, oddał ją łagodnie Labie, która wzięła ją w zęby, a wtedy mysior ostatkiem sił drgnął i zdumiony pies wypuścił go z pyska. Myszka zbiegła pod łóżko, gdzie ją w końcu wypatrzyłam przy pomocy latarki. Całkiem blisko. Dało się wyciągnąć padlinę na szufelce i bezpiecznie zutylizować.

- Och, Maciusiu, Maciusiu! Dzielny z ciebie chłopak! - pochwaliła go pani od psów.

29 listopada 2016

Maciej kot, czyli spadanie na cztery łapy

Co nowego? Ano długie jesienne wieczory i noce, podczas których spać się nie chce, bo ileż można?!
Wczoraj znów spadł śnieg, spadła też temperatura, woda zamarzła w zwierzęcych poidłach. W domu ciepło. Drewna mamy dostatek, więc strachu przed zimą nie ma.
Z innych nowin to ta, że zamieszkał z nami nowy domowik

Zacząć historię należy od smutnej wiadomości. Mianowicie Kluseczka zachorował śmiertelnie (prawdopodobnie zatruł się padłą myszką) i odszedł od nas. Wkrótce potem przysłał zastępstwo.


Nie pochwalę sposobu i z góry zastrzegam, że gdyby nie fakt, że akurat - zrządzeniem losu - zabrakło u nas kota, nie przyjęłabym podrzutka pod dach. Zresztą dbają o to psy.

Było to w dniu wywózki gnoju z obory, gdy podczas pracy Anna zauważyła samochód, który przystanął opodal na drodze i stał tam dość długo. Po czym w końcu zawrócił i odjechał, nie wjeżdżając nigdzie dalej na wioskę. Potem pojawił się na Manchatanie mały bezdomnik. Usiłował przymilać się do sąsiadów, ale bez skutku. Nie wzruszył niczyjego serca. Kilka dni później mignęła mi czarna kitka, umykająca pośród sprzętów w altanie. Nawoływanie nie pomogło. Stworzenie zaszyło się w swojej skrytce. Zresztą słusznie, bo po podwórzu biegały "cięte na koty" psy.
Dwa dni później jednak, już przymuszone zapewne głodem, stworzonko nagle pojawiło się całkiem blisko i podeszło na zawołanie, miaucząc. Wzięłam do ręki, kocurek. Najwyżej kilkutygodniowy. Czarny, z białymi skarpetkami i muszką, elegant. Przyniosłam mu mleczko i dałam trochę chrupek, które zostały po Kluseczce. Mleko wypił, chrupki spróbował i zostawił, nienawykły. Po czym uciekł w swoją stronę, postraszony przez psy.
Jak się okazało sypiał w garażu, a dożywiał się w oborze, zjadając resztki kurzej karmy z naczyń. Miał po niej bolesną biegunkę.

Najpierw przeprowadziłam rozmowę wstępną z Anną, która jest psiarą i do nowego kota nigdy jej nie tęskno. I gdy już delikatnie zmiękczyłam grunt, nagle doszło do bliskiego spotkania.

Wypuszczone na dwór psice dopadły kociaka, który ufnie czekał na progu na dostawę mleczka. Pierwsza była przy nim Laba. Przycisnęła go do ziemi i zdawało się, że za chwilę pożre go żywcem. Anna wszczęła alarm. Wielkim krzykiem udało jej się odgonić sukę. Kotek uciekł i skrył się w stosie bali niedaleko domu.

Laba dostała wielką reprymendę, bura trwała bez końca. Ja wyszłam poszukać kotka i sprawdzić, czy nie jest ranny. Przyszedł na moje wołanie bardzo szybko. Nic mu nie było, oprócz tego, że był bardzo wystraszony i  cały mokry od psiej śliny.

Skracając opowieść: kotek spał jeszcze kilka dni w oborze, z kozami, co mu się nawet podobało. Dnie spędzał w domu, karmiony, i oswajany z psami i Kicią, która trochę z początku fukała na obcego. Odrobaczyłam go w tym czasie i reaktywowałam kuwetę. Kociak okazał się pojętny, natychmiast załatwił się gdzie trzeba. Systematyczne dokarmianie świeżym kozim mlekiem, twarożkiem, jajkiem na twardo, makaronem, słoninką, kawałkami mięsa i podrobów uregulowało szybko trawienie. Teraz już potrafi nawet zawołać, że chce wyjść, choć jeszcze nie zmuszam go do tego. Psy (i Kicia) go zaakceptowały, a Laba (i jej pani) wręcz uwielbia.

Ma na imię Maciuś.

19 listopada 2015

Ofiara z balbiny, tudzież ochrona wzmocniona

Kilka dni temu lis nam porwał Balbinę. Stało się to w sadzie i w zagrodzeniu. Pod naszą i psów, z racji deszczowej pory przesiadujących dnie całe w domu, nieuważność. Przyparł biedaczkę do siatki i schwytał, jeno kilka piórek zostało. Reszta stada uciekła. Balbin widocznie smutny chodzi, choć mu jeszcze Kuba została. Z imieniem Kuba jest u nas tak jak z Kolą od Coli, a nie od Mikołaja. Miał być gąsiorek, wyrosła gąska, a imię zostało. No, to od wyspy Kuby jest nazwana, a nie od Jakuba, czy też Kubania. Balbina jednak była jego żoną-siostrą od samego pisklęcia znaną. I Kuba ledwie mu serce zajmuje. Mam nadzieję, że jakoś sobie poradzi z tęsknotą. Białe gęsi zupełnie go nie interesują i właściwie kubańskie i owsiane osobno chodzą.
Na białe zresztą kryska jesienna nadeszła i stado zmniejszyło się już do połowy. Anna uskutecznia metodę skubania gęsi na rozgrzanym parniku z kartoflami i coraz szybciej jej to idzie.

To nie z powodu straty Balbiny, ale przy okazji, tudzież innych też, bo z 12 młodych niosek już tylko 7 zostało, nasza posesja zyskała wreszcie, po wielu miesiącach oczekiwania, tylną bramę i w tej chwili psy oraz ptactwo blaszkodziobe nie może już wędrówek niebezpiecznych uskuteczniać. Co do kur i indyków mam poważne wątpliwości, ich nic nie powstrzyma od przedzierania się przez płoty i grzebania w lesie. Choć nabrały czujności po kilku atakach i koguty na alarm biją, nawet, gdy obcego człowieka nagle na podwórzu zobaczą.

Listopad w pełnej krasie. Pada, rosi, tumani. Noce jednak zaskakująco są ciepłe i niewiele chłodniejsze od dnia. Kluseczka zjawia się tylko na śniadanie i kolację, resztę czasu spędzając pod licznymi dachami w obejściu, a to na tarasie, a to w altanie, a to pod okapami obory, kurnika i spichlerza, albo daszkiem drewutni. Najwyraźniej lubi senną słotę.
Długie wieczory przy rozgrzanym kaloryferze skłaniają mnie do twórczości takiej i owakiej. Pracuję nad książką, opisującą moje dzieje osiedlenia się w starej podlaskiej chatce, do czego namówił mnie zaprzyjaźniony pisarz, Alef Stern. Teraz już też mój szef na portalu pressmix.eu, na którym od niedawna zaczęłam się udzielać z felietonami. Także z tematami branymi z Kresowej.
Nostradamus o Arabach w Europie.
Okiem kozy.
Dlaczego kozy.

28 września 2014

Koniec sezonu

W czasie nowiu pogoda, w zgodzie z prawem niebiańskim załamała się i zrobiło się chłodno, wręcz zimno. Przez kilka dni obficie padało. Teraz znów uspokoiła się, choć rano mgła osiada na ziemi drobnymi kroplami dżdżu, imitującymi siąpiący deszczyk. No, i noce wciąż są chłodne. W każdym razie Anka Warszawianka już narzeka, ja tylko wciągam katankę, gdy wychodzę z domu na dwór.
Stary Mikołaj, obserwujący świat w pogodne dni ze swej ławeczki przed domem, stwierdził dzisiaj, że tego roku żurawie wcześniej odleciały, a to zapowiada wczesny atak zimy.
Myślę, że zdążymy mimo wszystko z zakończeniem budowy, przynajmniej najważniejszych elementów (dach, sufit, okna, drzwi, ściany działowe i wylewka). Drewno na zimę już dawno pocięte i składowane, nabiera suchej mocy.
A mnie się już marzy koniec sezonu. Uch, po prostu jestem zmęczona.
Jabłka spadają w coraz to mniejszej ilości. Robię jeszcze soki, gromadząc je w ostatnich posiadanych butelkach, nastawiam jabłkowo-aroniowe napojki, wczoraj powstał dżem jabłkowo-śliwkowy (ostatnie śliwki z naszej jedynej śliwy na niego poszły), suszymy sukcesywnie jabłka na kuchni w chatce dziadka i w piecu chlebowym, co rusz powstają jakieś racuchy z jabłkami albo szarlotka. Resztki oraz zgniłe spady zjadają gęsi i kozy. Niezjedzone lądują na kompoście. Nic się nie ma prawa zmarnować.
Kozy wciąż są w dobrej formie mlecznej, ale już się zaczynają nudzić na pastwisku. Snują się bez celu, uciekają z zagrody w sadzie na wioskę, albo na Górę, wracają do obory wcześnie same i już o 16 warują grzecznie w swoich boksach.
Jasiek jakiś czas temu nie wrócił do domu. Zginął bez wieści. Gdzieś na wiosce, gdzie zawsze chodził, w pogoni za kocicami. Może padł w zębach wioskowych psów, może wpadł pod samochód, nie wiem. Żal. To było jedyne żywe wspomnienie po mojej ukochanej kici-Czarnej Dzikiej i Łatku, który też tak przepadł bez wieści któregoś dnia.
Zaś Kicia-Czarna i Klusek spędzają większość zimnych już nocy w domowych pieleszach. Klusek nad moją głową, Kicia w nogach. Przed świtem miauczą pod drzwiami, aby je wypuścić, więc obowiązkowo się budzę. A potem zasypiam i głowę mam pełną dziwnych snów. Nie, nie mają nic wspólnego z polityką.

20 grudnia 2013

Gonienie króliczka

Zaczęło się od tego, że zginął kot. Kluska był na śniadaniu, potem zniknął. Nie pojawił się ani w porze kociego obiadu, ani kolacji, ani nie zamiauczał jak zwykle pod drzwiami tarasu, aby go wpuścić do domu, bo zimna noc zmierza wielkimi krokami, ani nie wskoczył mi na łóżko i nie położył się na poduszce obok. Bardzo mnie to zaniepokoiło. Ubrałam się i obeszłam podwórko, wołając go po imieniu, na co zawsze reaguje. Zajrzałam do chatki dziadka, do kurnika (kury spały i nic nie wymknęło się z ulgą spod grzęd, jak już bywało było), do obory, kozy tylko westchnęły zdziwione, do lamusa - cisza, tak samo w garażu i w ziemiance. No, zapomniałam zajrzeć do stodółki, dlatego trochę mnie to pocieszyło, gdy wróciłam, rozebrałam się i usłyszałam:
- A byłaś w stodółce?
- Nie, ale wołałam blisko, i nic, cisza... Jasiek zawsze się wtedy drze, gdy jest zamknięty, Kluska pewnie też by mógł.
- Ale pewnie tam śpi, była otwarta jakiś czas w dzień... Jutro wyjdzie, zobaczysz.
Nieco mnie to podniosło na duchu, ale gdy się położyłam spać, a sen nie przychodził, tylko głupie myśli, że Kluseczce coś się nieprzyjemnego stało, zaczęłam szukać telepatycznego kontaktu z nim. Co jak co, ale z kotami to mi się na ogół udaje. Wyobrażałam go sobie dotąd, aż poczułam jego obecność i poprosiłam, aby dał jakiś znak, sen, wizję, cokolwiek, gdzie jest i co mu jest. Po czym zasnęłam. I szybko się obudziłam, a budząc się ujrzałam pod zamkniętymi oczami taką scenę:
Siedzące duże świetliście białe zwierzę, dziwne, zbyt szybko mignęło, aby je zidentyfikować, pomyślałam jednak, że to chyba biała koza śpiąca w oborze. Tyle, że my już białych kóz nie mamy, tylko brązowe i rabe.
Dziwne zwierzę przemieniło się w leżącego rozciągniętego Kluseczkę. I tu miałam zagwozdkę, bo wyglądał tak, jakby spał rozciągnięty w jakimś wygodnym i ciepłym miejscu, albo może był martwy, bo tak był nieruchomy, a takie rozciągnięcie w tak zimny czas nocą oznacza tylko jedno u zwierzęcia... Otworzyłam oczy oszołomiona i rozdwojona w swoich wnioskach.
Biło mi serce, jeszcze długo, znamionując odbiór czyichś wrażeń, emocji, ale już żaden inny znak, ani sen się nie pojawił do rana.
Rano obrządek czyni Anna, zatem, gdy wróciła z obejścia pierwsze co spytałam to:
- Sprawdziłaś wszędzie? Nie ma Kluseczki?
- Wszędzie. Nie ma.
- W stodółce też?
- Tak.
O, rany. Posmutniałam i z godziny na godzinę humor mi spadał coraz niżej. Dwa razy obeszłam całe nasze gospodarstwo, wchodząc daleko w las, przy obu drogach, na granicy z panią sąsiadką, na Górze, zajrzałam do ziemianki, garażu, obory, kurnika znowu, pod żerdzie też, nawołując, i nic, cisza absolutna.
W międzyczasie zajęłam się czytaniem wieści od znajomego, ważnych i ciężkich od symboli, przede wszystkim Białego Królika, w wersjach psychodelicznychgrzybiczno-kosmicznych i sportowych też.
No, i wzięło mnie jeszcze raz na obejście obejścia. Przy okazji popołudniowego obrządku, który ja z kolei robię.
I otworzyłam stodółkę, aby nakarmić i zamknąć w niej ostatnie nasze stadko zielonożnych maluchów, wyprowadzonych przez Usię jesienią. I przywitał mnie... Kluseczka, rozciągający z widoczną ulgą swoje kocie ciałko na stercie słomy, tam magazynowanej od żniw.
- Ja cię! - a ja już go byłam opłakałam!
Kot oczywiście pobiegł prosto do domu i domagał się pełnej michy, bo od wczoraj nic nie jadł i nie pił. A mnie oświeciło, że zwierzę, które widziałam na wstępie swojej nocnej wizji to wielki biały król,  w formie olimpijskiej maskotki, czyli kot, po myśliwsku mówiąc. Kluseczka już opłakany zmartwychwstał, alleluja!

29 listopada 2013

Kiszona teraźniejszość

Przymrozki, a nawet pierwszej nocy mróz wysokości - 8 stopni szybko się skończyły. Jasiek już jednak nocuje na stałe w domu. Dwie noce przespał na poduszce i pod kołdrą koło mnie, a teraz wymościł sobie gniazdko na kupie kartonów z książkami, zalegających w pokoju sypialnym, na podsuniętym mu starym swetrze. Bo ten nasz jeden główny pokój pozostaje wciąż w wersji pierwotnej, prawie nienaruszony od początku. No, zdarłam tylko ze ścian tapety, wyszorowałam ściany i sufit został obity gipsokartonem, wciąż nie pomalowanym, ani nie zaszpachlowanym. Ta zalegająca enklawa przedremontowego i przeprowadzkowego bałaganu wróży, że nie będzie jeszcze końca świata w bliskim czasie, bo daleko nam do zakończenia remontu domu.
A propos wróżenia, to podobno dzisiaj andrzejki. Wyrosłam z nich całkiem niedawno, tj. przestałam interesować się tym, co w przyszłości mnie jeszcze czeka. Remont, to pewne. Dojenie kóz też pewne. Cztery pory roku jak najpewniejsze. Reszta w rękach Najwyższego niech pozostaje.
Póki co Anna rozlicza projekt. Przewalając stosy papierów i faktur całymi godzinami. Trzeba chodzić na paluszkach... czego Laba jakoś wcale skumać nie potrafi i wciąż wybucha wojna domowa. A ja palę w piecach i przyrządzam obiadki. Na ten przykład kurczak pieczony (tj. spory 2-kilogramowy brojler naszego chowu), trzy dni konsumowany na różne sposoby, skończył w potrawce ryżowej. Albo jak dziś, jesienny smakołyk, babka ziemniaczana z wielkimi skwarami ze świńskiego podgardla (wersja wegetariańska nie jest na moje siły i cierpliwość) z dodatkiem surówki z kiszonej kapusty z beczki.

24 listopada 2013

Szare komórki pracują!

Z zapowiedzi zimy pewnie wyjdą nici. W dzień zaniosło się, owszem ciężkimi i ciemnymi chmurami, ale przyniosły mżawkę i deszczyk, jest mglisto i ciepło. Nawet Kicia spędziła zeszłą noc na dworze, co zresztą było spowodowane obrażeniem się. Choć z naszego punktu widzenia powinno być odwrotnie, czyli to my powinnyśmy czuć się obrażone na nią. Poprzedniej nocy bowiem ułożyła się do snu w kartonie przy kuchni, pozwoliłam jej tam zostać (zazwyczaj śpi ze mną w zamkniętym pokoju, dlaczego, to cała opowieść o jej przypadku i traumie) i w rezultacie zrobiła to, co zawsze wtedy, zsikała się, ale z tą różnicą, że nie na podłodze (usunęłam kuwetę z domu, aby ją nauczyć jednak wychodzenia), a do miski Laby! W sumie można uważać to za jakąś tam kocią kulturę, ale wiem, że z jej strony było to zaznaczenie terenu wobec psa, którego niezbyt lubi. No, więc wczorajszego wieczoru powędrowała jak zwykle wieczorem za drzwi, w celach profilaktycznych (diabli wiedzą, czy się wtedy załatwia, czasem tak, czasem nie, gdy nie utrafię w moment), i już nie wróciła. Choć uczciwie ją wołałam, a nawet w nocy wstawałam w tym celu. Wróciła dopiero rankiem, i to wcale nie najpierwszym. Ot, honorna i harda istotka!
Aliści właśnie pada, więc obraza majestatu zniknęła. Kicia wysiaduje na moich kolanach, gdy to piszę, przy ciepłym jeszcze kaloryferze i dba o swoją dobrą relację na tę noc, hehe.
Tyle mojego.

Poza tym znowu zaliczyłam wpadkę z kawą tzw. prawdziwą. To prawda, że nie kupujemy nigdy drogiej kawy, czy ziarnistej do zmielenia, która byłaby najpewniejsza, jeśli chodzi o zawartość glutenu, ale fakty wciąż mnie zaskakują. Ja mogę nawet zrozumieć, że mielona "Kawa palona" z Biedronki jest sfałszowana kawą zbożową, ale także paloną, zatem nazwa z grubsza się zgadza i nie ma czego wymagać od producenta.   Natomiast, gdy już tak samo reaguję na kawę Tchibo, która ma w rozpisce zawartość węglowodanów i tłuszczy nie wiadomo jakiego pochodzenia na opakowaniu, i na kawę Kronung, która jest droższa, i bez owej rozpiski, to zaczynam popadać w smutek i niewiarę w ludzkość. Kiedy zatem zaliczyłam kolejne dolegliwości po owym rarytasie kawowym (tym razem całonocny ćmiący ból w jelicie cienkim, który nie pozwolił mi zasnąć i dał czas na przemyślenia), ledwie wstałam przed świtem, (jak nigdy), z łóżka, oznajmiłam Annie:
- My mamy jeszcze w domu Maczu Pikczu?
- Co takiego???
- No, wiesz, to coś, co podarował nam Jerzy i ty próbowałaś nauczyć się pić. Jak to się nazywa, Sierra Madre?
- Ach, mówisz o Yerba Mate?
- Tak!
- Tak. Gdzieś jest.
- Poszukaj z łaski swojej, przechodzę na picie tego świństwa. Myślę, że jej jeszcze nie fałszują zbożówką i mi nie zaszkodzi.
Po dokładnym przeglądzie kredensu i szuflad znalazła się prawie cała paczka Yerby i nawet drewniane naczyńko z bombillą, które sobie sprawiłyśmy w daremnym zamiarze wejścia w ten zbożny nałóg.
W internecie przeczytałam jak parzyć, zaparzyłam, i z lubością (wstręt wyrzuciłam za okno zdecydowanym gestem) wypiłam jedno i drugie parzenie w czasie dnia. Uff, wreszcie jakaś baza dla przyzwyczajenia się!

Kilka dni temu zaś wzięłam się za tłumaczenie łacińskich wersów z przepowiedni Nostradamusa i całkiem mnie to bawi. Nie jest to niemożliwe. Zaliczyłam naukę łaciny przez rok w pierwszej klasie liceum, teraz zaś mamy internet. Świetny słownik łacińsko-francuski pod ręką plus omówienie gramatyki łacińskiej po polsku, i hm, daje się. Jak na razie przynajmniej, nieźle. I do tego właśnie popijanie yerby przez rurkę całkiem mi pasuje.

Być może to zielsko uruchomiło mi lepiej komórki mózgowe (w każdym razie po kawie były strasznie przymulone, i nie tylko mózgowe), bo po południu zrobiłam wstępne podliczenia rozliczeń, tegorocznych kosztów i zysków z gospodarstwa. I, muszę przyznać, jest kapkę (kapeczkę lepiej), niż w zeszłym roku. Hodowle pokryły koszty swego utrzymania (uprawa pola i łąki, zakup pasz, wynajem pracowników) oraz KRUS, podatki, pozyskanie drewna, elektryczność, a nawet zakup kilku narzędzi. Dotacja unijna pokryje zaś koszt ogrodzenia. Naszym zyskiem jest żywność, świeża, zdrowa, pewna, ogrzany dom i prąd w kontakcie. Cały rok jaja, mięso, mleko, sery i twarogi, oraz warzywa i owoce.
Nie jest więc źle, nie spadamy, a leciutko, leciutko wznosimy się nawet. To dodaje zapału do pracy, rozwijania jednak gospodarstwa i zaplecza. Ma to sens.

31 października 2013

Kamykiem na stos

Robota na działce leśnej ruszyła szczęśliwie. Grzyby zanikły. Kościk przychodzi codziennie rano do pracy i razem z Anią walczą w gęstwinie drzewnej jakieś 6 godzin. A weź pracuj przy czyszczeniu lasu, i to świerka tyle godzin! Nawet wprawieni drwale mówią: dwie-trzy godziny i do domu! Wcale to nie jest lekka praca. A na wieść, że świerk jest do wytargania krzywią się niechętnie: za żadne skarby! Kłuje, lepi się, bywa ciężki, długie żerdzie wymagają skomplikowanych manewrów między drzewami, aby je wyciągnąć na brzeg lasu i ułożyć na stos.
Ja zaś w tym czasie, jak zawsze: serowarzę dzień w dzień (kozuchy dają jeszcze wspólnymi siłami jakieś 6-7 litrów mleka), gotuję obiad dla strudzonych drwali, a musi być obfity i pożywny, zatem z mięsem na pewno, dobrą surówką, słodkim kompotem na popitkę. Oprócz obiadu na zakończenie, Anna zabiera ze sobą zapas kanapek (chleb z kiełbasą i serem, domowe wsio oczywiście), termos z kawą i butelkę napoju, przeważnie sok naszej roboty rozcieńczony przegotowaną wodą, albo wodę mineralną (sklepową). Widzę, że Kościka takie traktowanie mobilizuje pozytywnie do codziennej pracy. 
Na koniec zaś, kiedy już wszyscy dwunożni są nakarmieni, wyruszam z czteronożnymi na łąkę sąsiedzką, czyli z kozami i psami oboma. Co tam robię? Niosę ze sobą stołeczek i kijek pasterski. Kiedy mi się siedzenie znudzi i patrzenie na pasące się kozy, zabieram się do zabawy kijkiem. Wyszukuję na owej ugorowej łące wyorane kamienie, mniejsze, większe i toczę je ową pasterską laską ku brzegowi pola, a tam składam na kupce. Tak sobie, z nudów, a przy okazji w podzięce za użytkowanie trawy nieobecnemu sąsiadowi, aby było nie bez zapłaty. Grę ową, nieco podobną do golfa, zwanego "piłką do dołka" nazwałam: "kamieniem na stos".
Kiedy wracam ze stadem, wedle nowego zimowego czasu o 16, czyli wraz z zachodem słońca na horyzoncie, kozy przejmuje do dojenia Ania, zamknąwszy przedtem wszelki drób w kurniku, a ja nakarmiam jeszcze raz ostatni czworonogi, czyli koty i psy. Dostają swoje kolacyjne porcje mleka i "pijaneczki dla koteczka", oraz chleba ze smalcem utopionym ze słoniny. Po czym wszyscy rozchodzą się do swoich zwykłych zajęć.
My, dwunożcy do komputerów, psy na posłania, a koty, ło, patrzcie sobie gdzie i jak...


Przy okazji reklamuję umiejętności i wytwory naszego znajomego rzemieślnika-plecionkarza. Ów koci koszyczek, wykonany został ze słomy i łyka, koty go uwielbiają, a dostały go tytułem przetestowania. Jak widać test przeszedł pozytywnie. Jeśli komuś coś takiego się podoba, chciałby zamówić dla swego mruczącego pupila, niech daje znać. Chętnie skontaktuję, gratisowo.

29 sierpnia 2013

Zwierzęce problemy

Kluseczka zaczął się wybudzać około 21 godziny. Po dwóch godzinach zeskoczył sam z sofy i przyszedł na dalszą drzemkę do mojego łóżka. Nie miauczał, ani nie domagał się dramatycznie jedzenia, jak niegdyś robiła to Kicia po sterylizacji. Wytrwał do świtu, kiedy to wstaje Anna. Nakarmiła go i napoiła mlekiem, zjadł ze smakiem, po czym jeszcze jakiś czas spał ze mną. Potem jak zwykle wyszedł z domu i zniknął w sobie znanym miejscu w obejściu.

Jeszcze jeden dramacik wczoraj miał miejsce. Znów indyczka ze swą dziatwą nie pojawiła się jak zwykle w porze wieczornego karmienia i powrotu do kurnika. Obeszłam sąsiedzkie włości daleko, nie usłyszałam żadnego gulgania. Zabrałyśmy się zatem za dojenie, zrezygnowane. Gdy niespodziewanie pojawiła się na rowerze nasza pani sołtys i z daleka już woła swoim śpiewnym białoruskim akcentem:
- A u was jenduszki są?
- Nie, nie wróciły! - odkrzyknęłam.
- Bo u mnie przed domem jakieś gulgają. Ja myślała może, że to pani Marusi jenduszki, ale najpierw sprawdzam u was. Przyszły od tamtego końca wsi.
Ania zostawiła mi udój i pojechała na rowerze za naszą informatorką. Przygnała wkrótce uparte zguby. Ewidentnie zbłąkane w drugiej części wioski, gdzie tracą orientację w kierunkach świata. Ledwie doszły do drogi asfaltowej od razu ruszyły szybciutko do kurnika, rozpoznawszy gdzie są.
- To, że się gubią to jeszcze nic - śmiał się niedawno stary Mikołaj. - Kiedyś jedna kobieta trzymała u nas całe wielkie stado indyków. Siadywały często rzędem na transformatorze, blisko tam od niej. Aż razu pewnego zrobiły spięcie i ludziom wiele sprzętów się popaliło we wiosce.

28 sierpnia 2013

Śpiący królewicz

Rano Kluseczka pojechał do weterynarza w Bielsku na zabieg usunięcia jąder. Wrócił w południe.
- Wszystko poszło dobrze. Teraz śpi - oznajmiła mi Ania przy powrocie.
Wyjęłyśmy go z kociego domku, bezwładnego od snu i ułożyłyśmy na sofie. Przykryłam go starym polarem, bo wydawał się chłodny.
- Lekarka powiedziała, że będzie spał dwie-trzy godziny...
Dobrze. Czekałam cierpliwie.Choć mocno zaniepokoiła mnie opowieść o tym, że Kluska dostał podwójną dawkę środka usypiającego, ponieważ po pierwszej nie zasnął w odpowiednim czasie.
Minęło kilka godzin i wpadłam w panikę. Kot leżał bez zmian, bez ruchu, bezwładnie, lekko oddychając. Odkryłam, że się zmoczył.
Zaczęłam nim szarpać, tarmosić, mówić po imieniu, prosić, aby się obudził. Jedynie Kicia zainteresowała się tym, co się z nim dzieje i położyła się koło niego, liżąc mu mordkę.
Ania zadzwoniła do weterynarza.
- To się zdarza. Proszę się nie martwić. Będzie spał do wieczora - odpowiedział weterynarz.
No, to jest już wieczór. Godzina 20. A kluseczka śpi nadal. Już jakieś 10 godzin. W objęciach Kici.

9 czerwca 2013

Notatki codzienne

Łacio zniknął. Nie pokazał się od ponad tygodnia. Obawiam się niestety, najgorszego tym razem. Jego zapach zaczął znikać z domu i obejścia i w rolę naczelnego kocura z dnia na dzień wciela się Jasiek. Polega to głównie na głośnym kocim zawodzeniu podczas obchodzenia terytorium. Jak to on, rzadko bywa w domu, wpadając jedynie na główne posiłki i świeże mleko.

Wczorajszy nów księżyca sprowokował wylęg jaj, na których zasiadła Usia pod wanną. Jakiś czas temu zabrałyśmy je stamtąd, dołożyłyśmy do jednego z gniazd i posadziłyśmy na nich Usię, w zamian za jedną kwokę, która ma chyba ptasie ADHD i nie potrafiła cierpliwie usiedzieć w gnieździe. Jest już 8 kurczątek na tym świecie. Zostały odebrane kwoce, przebywają w pudełku pod żarówką w kuchni. Kwoka musi wysiedzieć jeszcze pozostałe jaja, które mają nieco późniejszy termin.

Dzisiaj były dwie burze. Druga trwała długo, kręciła się nad okolicą i kilka razy wracała. Spadł długi obfity deszcz, który ochłodził i oczyścił wreszcie atmosferę. Kiedy wyszło w końcu  słońce kozy zdążyły się jeszcze popaść na łące, bardzo zadowolone ze zniknięcia mucholi.
Pogoda nie przeszkodziła uwędzić kilka serków.

2 czerwca 2013

Na co dzień i od święta

Toczą się dnie bardzo pracowite, całkiem wbrew temu co pokazuje poniższa ilustracja. Chce się powiedzieć za Szekspirem: "Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś..."... A marzy mi się taka spokojna drzemka bez zobowiązań, oj, marzy. Kluseczka zagospodarował sobie wolną przestrzeń i wygospodarował mieszkanko w korobce słomianej, ręką Anny uczynionej. Oto przykład, do czego mogą nadawać się słomiane naczynia, świetne z nich gniazdka, i gniazdeczka dla domowych milusich. Zresztą.


Dnie kręcą się stale wokół tych samych czynności, jak to ciepłą porą, jeden za drugim przelatują jednakowo. Warzę sery, karmię drób, tuczę to i owo, pasę i doję. Mało czasu na cokolwiek innego. Tym niemniej czasem zdarza się okazja odetchnięcia od pracy.
Wczoraj odbyły się w Czeremsze ukraińskie "Dżereła", w innym terminie niż zazwyczaj. Miejscowi zeszli się licznie, a muzyczka zagrała, całkiem całkiem. Na zdjęciu gra zespół z Narwi "Narwa", śpiewający (moim zdaniem) po ukraińsku. Podobało mi się. Mieli "narwa".


Były tez stoiska. W tym roku przyjechali wystawcy z Ukrainy z innych branż, niż dotychczas. Ceramicy. Oto przykład na przykład.


Na Ukrainie, zresztą podobnie jak na Białorusi rękodzieło ludowe wysoko stoi. Nie zostało zniszczone przez przestrojenie systemu. Są tam ludzie, którzy umieją, prosperują i mają zbyt. Nie to, co u nas. A ich wyroby wcale nie są powalająco drogie, jak to bywa u polskich rzemieślników.


Oprócz ceramiki można się było wystroić, nastroić, ustroić, jak kto woli. Kobiece soroczki, pięknie ręcznie haftowane. Do wyboru do koloru.


I dziewczęta i chłopcy z regionalnego zespołu tańca, nie pamiętam już z jakiej podlaskiej miejscowości, więc nie będę zmyślać.


12 maja 2013

Pogoda i nie

Upał nie znika na Podlasiu, choć internetowe prognozy obiecują deszcz i spadek temperatury choć o kilka stopni. Nie jest to dobre. Wzrost roślin na naszym piaszczystym wzgórku prawie zanikł, trawy są znikomej wielkości, nawet w porównaniu z sąsiednimi wsiami, deszcz jest bardzo potrzebny.
Rozważam odprawienie jakiegoś choćby osobistego korowodu przywołującego dżdże. W ostateczności można gęś złożyć w ofierze bóstwu deszczowemu. Bo kaczki są jeszcze za małe...
Ale dość tych ponurych na poły-żartów.

Zaczynają się komary komarzyć. Jedna z kuzynek mocno bzykała mi dzisiejszej nocy nad uchem. Wzięłam się i posmarowałam octem (własnoręcznie zrobionym zeszłej jesieni), tzn. te wystające spod kołdry części ciaa, stopę, kolano, rękę i uszy wraz z czołem. Nie mogłam uwierzyć, że pomogło.
Powtórzyłam eksperyment dzisiaj po południu, gdy wysiadywałam godzinkę w altanie, oganiając się od komarów. Tym razem posmarowałam sobie nogi i ręce i twarz. I niewiele pomogło. Siadały na mnie i tak, i ginęły dopiero od pacnięcia dłonią, a nie zapachu.
Niemniej Kluseczka dał popis zręczności i kociego refleksu. Ułożył się do drzemki w słomianym koszu, w którym przyniosłam napitek do posiedzin. I w pewnym momencie zaczął nam umilać chwile wielki szerszeń, kołując głównie nad kufelkiem. Uciekłam na wszelki wypadek spod dachu, a kociak-pirat jedynie oko uchylił, to widzące i nagle zrobił błyskawiczny ruch łapką, pac! i zdziwiony szerszeń wylądował nieopodal na stole, dość długo dochodząc do siebie. Kot przyglądał mu się leniwie i bez lęku. W końcu owad wrócił do sił, zabuczał i odleciał. Dając nam wszystkim święty spokój.

Odbyłyśmy też dzisiaj obrzędy ludowe w sąsiedniej wsi przez las. Z czego zdam relację zdjęciową w najbliższym czasie, gdy tylko Anna aparat wydoi do komputera.
Było pięknie, pogodnie, majowo, kolorowo i egzotycznie (dla nas), choć miejscowo (dla tutejszych). Błogosławiliśmy domy i gospodarzy, którzy wyszli przed chaty z poczęstunkiem lub zachętą, życząc dobrego urodzaju tego roku, ciepłego lata, mnożących się zwierząt i oczywiście odśpiewując na koniec całą piersią "mnogije lieta".
Piszę w liczbie mnogiej tylko dlatego, żeśmy cały rytuał przeszły od chaty do chaty z zespołem obrzędowym i wczułam się w końcu w rolę.