Zaczęło się od tego, że zginął kot. Kluska był na śniadaniu, potem zniknął. Nie pojawił się ani w porze kociego obiadu, ani kolacji, ani nie zamiauczał jak zwykle pod drzwiami tarasu, aby go wpuścić do domu, bo zimna noc zmierza wielkimi krokami, ani nie wskoczył mi na łóżko i nie położył się na poduszce obok. Bardzo mnie to zaniepokoiło. Ubrałam się i obeszłam podwórko, wołając go po imieniu, na co zawsze reaguje. Zajrzałam do chatki dziadka, do kurnika (kury spały i nic nie wymknęło się z ulgą spod grzęd, jak już bywało było), do obory, kozy tylko westchnęły zdziwione, do lamusa - cisza, tak samo w garażu i w ziemiance. No, zapomniałam zajrzeć do stodółki, dlatego trochę mnie to pocieszyło, gdy wróciłam, rozebrałam się i usłyszałam:
- A byłaś w stodółce?
- Nie, ale wołałam blisko, i nic, cisza... Jasiek zawsze się wtedy drze, gdy jest zamknięty, Kluska pewnie też by mógł.
- Ale pewnie tam śpi, była otwarta jakiś czas w dzień... Jutro wyjdzie, zobaczysz.
Nieco mnie to podniosło na duchu, ale gdy się położyłam spać, a sen nie przychodził, tylko głupie myśli, że Kluseczce coś się nieprzyjemnego stało, zaczęłam szukać telepatycznego kontaktu z nim. Co jak co, ale z kotami to mi się na ogół udaje. Wyobrażałam go sobie dotąd, aż poczułam jego obecność i poprosiłam, aby dał jakiś znak, sen, wizję, cokolwiek, gdzie jest i co mu jest. Po czym zasnęłam. I szybko się obudziłam, a budząc się ujrzałam pod zamkniętymi oczami taką scenę:
Siedzące duże świetliście białe zwierzę, dziwne, zbyt szybko mignęło, aby je zidentyfikować, pomyślałam jednak, że to chyba biała koza śpiąca w oborze. Tyle, że my już białych kóz nie mamy, tylko brązowe i rabe.
Dziwne zwierzę przemieniło się w leżącego rozciągniętego Kluseczkę. I tu miałam zagwozdkę, bo wyglądał tak, jakby spał rozciągnięty w jakimś wygodnym i ciepłym miejscu, albo może był martwy, bo tak był nieruchomy, a takie rozciągnięcie w tak zimny czas nocą oznacza tylko jedno u zwierzęcia... Otworzyłam oczy oszołomiona i rozdwojona w swoich wnioskach.
Biło mi serce, jeszcze długo, znamionując odbiór czyichś wrażeń, emocji, ale już żaden inny znak, ani sen się nie pojawił do rana.
Rano obrządek czyni Anna, zatem, gdy wróciła z obejścia pierwsze co spytałam to:
- Sprawdziłaś wszędzie? Nie ma Kluseczki?
- Wszędzie. Nie ma.
- W stodółce też?
- Tak.
O, rany. Posmutniałam i z godziny na godzinę humor mi spadał coraz niżej. Dwa razy obeszłam całe nasze gospodarstwo, wchodząc daleko w las, przy obu drogach, na granicy z panią sąsiadką, na Górze, zajrzałam do ziemianki, garażu, obory, kurnika znowu, pod żerdzie też, nawołując, i nic, cisza absolutna.
W międzyczasie zajęłam się czytaniem wieści od znajomego, ważnych i ciężkich od symboli, przede wszystkim
Białego Królika, w wersjach
psychodelicznych,
grzybiczno-kosmicznych i
sportowych też.
No, i wzięło mnie jeszcze raz na obejście obejścia. Przy okazji popołudniowego obrządku, który ja z kolei robię.
I otworzyłam stodółkę, aby nakarmić i zamknąć w niej ostatnie nasze stadko zielonożnych maluchów, wyprowadzonych przez Usię jesienią. I przywitał mnie... Kluseczka, rozciągający z widoczną ulgą swoje kocie ciałko na stercie słomy, tam magazynowanej od żniw.
- Ja cię! - a ja już go byłam opłakałam!
Kot oczywiście pobiegł prosto do domu i domagał się pełnej michy, bo od wczoraj nic nie jadł i nie pił. A mnie oświeciło, że zwierzę, które widziałam na wstępie swojej nocnej wizji to wielki
biały król, w formie olimpijskiej maskotki, czyli kot, po myśliwsku mówiąc. Kluseczka już opłakany zmartwychwstał, alleluja!