Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lisy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lisy. Pokaż wszystkie posty

9 października 2024

Ecie plecie

 


I spokojnie. trochę chyłkiem zaczęła się jesień. Nie jest jak dotąd nazbyt przykra, choć są już pierwsze chłody i codziennie muszę palić pod płytą, aby nagrzać ściankę kaflową i podgrzać mieszkanie. Na razie wystarcza godzina palenia, aby ugotować co trzeba przy okazji i nagrzać wodę w bojlerze. Do kąpieli trzeba oczywiście palić przynajmniej dwie godziny.
Anna kupiła nową piłę, stara zaczęła kaprysić i pozostaje jako zapas, i z tą piłą szaleje, tnąc gałęzie ściągnięte z sadu i działki furą, które znakomicie uzupełniają zapasy w drewutni na zimę. To chyba już drugi rok z rzędu, gdy nie kupujemy drewna ani nie ściągamy gałęziówki z leśnictwa. Starczają zimowe połamańce, uschłe stare jabłonki, chrust gromadzony latem, którym palę w ciepłym sezonie, bo to najpraktyczniejsze i najszybciej wodę ogrzewa nie rozgrzewając niepotrzebnie domu. 
Kozy wciąż nie weszły w ruję, co już zaczyna nas niecierpliwić.
Dokupiłyśmy ponadto kilka młodych kurek, jeszcze nie niosek i adoptowałyśmy mini kogutka ozdobnej rasy chińskiej, na tym skończyło się Anine odgrażanie się, że koniec z drobiem. Przeważył fakt, że pozostało trochę karmy, która by się zwyczajnie zmarnowała. Ale tak naprawdę sentyment, i wyraźna pustka na podwórku, która nastała po likwidacji większości stada na wiosnę z powodu ataków lisa. Lis na razie odstąpił pola, czasem jedynie słyszę jego szczekanie z głębi lasu, więc może uda się dalsza hodowla. A karmienie drobiu tak weszło mi w krew, że odczuwałam nawet lekką depresję, nie mając do kogo zawołać i zagadać za progiem, jak przywykłam przez tyle lat (właściwie od dziecka). Nowe kurki są zabawnie oswojone, biegną ku mnie, gdy tylko wyjdę na zewnątrz i towarzyszą wszędzie krok w krok. Pulcherii poprawił się humor z tego powodu i spokojnie kontroluje obejście z jakiegoś wyższego stanowiska, które sobie obiera do obserwacji. Daje głośny sygnał przy każdym niebezpieczeństwie, czy ze strony lasu, drapieżnych ptaków czy obcych ludzi przy bramie. I tak się plecie.

22 maja 2024

Doświadczanie kuchenne i różne inne

 

Przez dwa ostatnie dni pojawiły się pierwsze majowe, nader skąpe deszcze przy okazji burzowych lekkich manifestacji. Upał z dnia na dzień wzrasta, słońce stoi w dzień wysoko. Nad chatą kwitną akacje i od rana huczą radośnie pszczoły z pasieki sąsiada. Znak Bliźniąt zesłał też od razu owady w większej i aktywniejszej gromadzie (nie tylko meszki i komary, jak dotąd), motyle różnych barw, uaktywniły się pszczoły.

Jaskółki szaleją nad obejściem wyłapując pracowicie swój pokarm, acz wyprowadziły się z jakiegoś względu od nas i przeniosły do sąsiedztwa. Ale terytorium łowieckie jak widać zachowały.
Codziennie ratuję życie topiącemu się w ptasim poidle szerszeniowi. Suszy skrzydełka z boku, po czym odlatuje, gniazdując samotnie gdzieś pod dachem budynku gospodarczego. Samotniki nie są groźne i kąsają tylko przyciśnięte do muru. Zaczynają się też, niestety, muchy, acz najgorsze jak co roku dopiero przed nami.
Anna ogląda łąkę planując sianokosy. Nowy akumulator do władka zakupiony. Stary padł w zimę. Tymczasem udało się ściąć przy pomocy złapanego okazyjnie Andriuszy uschłą jabłoń w sadzie. Drewna mamy na 2 lata do przodu i w tym roku po prostu tylko porządkujemy to co jest i samo przybywa.
Słońce dzienne pozwala korzystać z darmowego prądu, więc eksperymentuję w kuchni, potrawy przyrządzając głównie na kuchence elektrycznej. W ten sposób palę pod płytą tylko wtedy, gdy ktoś chce się wykąpać, czyli co kilka dni. Dzięki temu w mieszkaniu panuje przyjemny chłodek w ten ciepły czas.

Jakie eksperymenty? Ano rozpracowuję przetwory mięsne w słoikach. Tak naprawdę nigdy tego dotąd nie robiłam, więc muszę wypróbować różne przepisy, aby dojść do swojego smaku. Zresztą ogół przepisów dotyczy przede wszystkim wieprzowiny, czasem kurczaków czy indyczyzny, a nasz asortyment nieco jest inny. Każdy rodzaj mięs zaś wymaga swoich przypraw i nieco innego potraktowania ogólnego.
Jak na razie wypadło zgrabnie, acz były mankamenty, które teraz będę poprawiać. Nim zabiorę się za większe ilości i tyndalizację.

Stado kaczek i częściowo indyków zostało wybite, udało się wygrać wyścig z lisem po stracie trzech kur i kaczora. Zaatakowany został także naczelny indor i już na nim kreskę położyłyśmy, bo tylko garść piór po nim została na drodze przed bramą i rozkrzyczana ze strachu gromadka reszty indyków. Psy pognały w las za tropem złodzieja, a mnie zastanowiło, że brak krwawych śladów czy ciała ofiary w pobliżu. Z doświadczenia bowiem wiem, że lis indora nie udźwignie w zębach, musi go wlec pracowicie i w spokoju do kryjówki, dzięki czemu udawało nam się w innych latach takie stracone sztuki odnaleźć w polu czy na pastwisku. Tutaj został spłoszony dość szybko, tymczasem wielkiego samca ni widu ni słychu. Szukałyśmy same i potem z psami w okolicznym lasku, krzakach i w ogródku, bez rezultatu. Anna dostała nawet ze zdenerwowania bólu serca i musiała walerianę zażyć. 
Tymczasem raniutko, skoro świt przywitało ją znajome gulganie na podwórku... Indor przetrwał noc gdzieś w lesie, po prostu w szoku skrył się przed drapieżnikiem tak skutecznie i cicho, żeśmy go nie mogły znaleźć. Miał kreskę nad sobą, a w ten sposób z tej naszej radości na razie mu się upiekło.

Nadto co kilka dni warzę ze świeżego twarogu koziego sernik. Doszłam, że przepis na sernik gotowany jest najlepszy i najwygodniejszy do wykonywania w stałych porach, nie wymaga wypiekania spodu. W ten sposób zagospodarowujemy twaróg, który jest pyszny, ale nie ma na niego klientów z racji choćby dużo wyższej ceny niż twaróg z mleka krowiego. Do którego wszyscy są przyzwyczajeni i łatwo go dostać.
Oczywiście zmniejszyłam ilość cukru i robię według swoich proporcji, bo ogólnodostępne przepisy na wszelkie ciasta i słodycze są niemożebnie przesłodzone, wprost nie do zjedzenia. Aż mnie zęby bolą na samo wspomnienie i zgaga się odzywa (na szczęście tylko w pamięci).

Sernik jest przepyszny i znika w ciągu 2 dni. Czasem trzech, gdy nakazuję wstrzemięźliwość, bo są akurat inne rarytasy do spożycia.

Zapisuję tu swoje proporcje, aby nie zapomnieć doświadczenia na później. Zatem...

Sernik gotowany w polewie kakaowej

(bez glutenu)

Składniki:
55-65 dag świeżego twarogu koziego domowej roboty (oczywiście może być też krowi, ale nie mam)
1/2 kostki masła
1 paczuszka budyniu waniliowego lub śmietankowego i opcjonalnie kilka łyżek mleka do jego rozmieszania
2 duże jaja, gęsie, indycze lub kacze (kurzych dałabym 3)
4 czubate łyżki cukru, w tym łyżka cukru waniliowego (niekoniecznie, bo wcale tej wanilii nie czuć i właściwie szkoda zachodu)
Duża garść rodzynek i nieco mniejsza pokrojonych na drobno daktyli

Można dorzucić co się lubi jeszcze, np. figi, orzechy, pestki dyni, wiórki kokosowe, co się ma i lubi.

Przyrządzanie:
Składniki mieszamy w płaskim garnku na małym ogniu, stopniowo rozpuszczając i mieszając stale, aby nie przywarły. Gdy już całość się zespoli w jedność pozwalamy jej pobulgotać kilka minut (ok. 5), ale mieszając co chwila.

Wtedy zestawić garnek z ognia i dosypać słodki wkład rodzynkowy, wymieszać i przelać wszystko do foremki, w której ma ostygnąć i nabrać twardego kształtu. Po wstępnym wystygnięciu najlepiej wstawić do lodówki, co przyspiesza proces.

Gdy już się ów proces po kilku godzinach dokonał wykładamy sernik z formy na talerz i zabieramy się do przyrządzenia polewy. Co do niej ciągle się uczę. Wciąż pojawiały się jakieś niedoróbki, więc skonsultowałam się z koleżanką mistrzynią od wypieków wszelakich. I już wiem, że trzeba dbać o niską temperaturę, bo w zbyt gorącej kakao oddziela się od masła tworząc nieładne grudki. Mleko zaś nie może być zimne. I stale mieszać, aż do uzyskania litej masy.

Składniki polewy: masło, mleko, cukier, kakao, proporcje do wybranej ilości są jeszcze w rozpracowywaniu i próbowaniu, dlatego nie podaję szczegółów. W praktyce używam po 3 łyżeczki wszystkiego, czubate (oprócz mleka, które czubka nie osiągnie).
Po jej wylaniu na sernik można całość posypać dodatkowo wiórkami kokosowymi. W ten sposób uzupełniamy owe niebywałe ilości cukru, z których zrezygnowaliśmy dla własnego zdrowia i urody, naturalną i zdrową słodyczą.

Dla ułatwienia można po prostu rozpuścić kilka tafelków czekolady i poradzić sobie tym sposobem.

Nie obżerać się, bo ser twarogowy to 100 procent białka, i po dłuższej chwili od zjedzenia jest się sytym i pełnym po uszy. I to bez nadmiaru cukru.

Najlepiej zagotować masę około południa, ma wtedy czas do wieczora dobrze zastygnąć, a polewa to już prędki pikuś. 

Sernik moim zdaniem zdobywa najlepszy smak po 2 dniach, ale rzadko udaje nam się tyle wytrwać. 

13 czerwca 2023

Kłopotowo

Wstałam w kwaśnym nastroju. Był to dzień wyznaczony na kolejną wizytę u stomatologa, tymczasem samochód, choć odpalony wstępnie i zagarażowany, miał na dziś umówioną wizytę w warsztacie. Mógł w każdej chwili stanąć w drodze i laweta brana była pod uwagę w razie takiego wypadku. Rozważałam przełożenie wizyty na za tydzień, ale czekanie jeszcze tyle dni wydawało mi się okropieństwem.

Udało mi się tym kwasem (ząb pobolewał mnie w nocy, zapewne przed zmianą pogody) sprawić, że Anna zdecydowała się zaryzykować.
- Podwiozę cię do gabinetu, jeśli się uda wrócimy, jeśli nie, przyjdziemy pieszo i wtedy wezwę lawetę.

Ruszyłyśmy na kwadrans przed wyznaczoną godziną wizyty. Samochód odpalił i zgasł dokładnie na skrzyżowaniu przed wjazdem do gminy. Anna oczywiście rozstrzęsiona i cała w nerwach, ja zaś wniosłam modły do anioła stróża o interwencję w opałach. Tylko tyle umiem.

Sposobem podpowiedzianym przez mechanika, otworzyła maskę, użyła ręcznej pompy paliwa, odłączyła elektrykę i po pewnej chwili włączyła. Samochód zawarczał, zapalił, ale zaraz zgasł.
- Jeszcze raz. Jeśli to nie pomoże, stoczymy go na pobocze i wzywamy pomoc. 
Powtórzyła zabieg. I wsiadłyśmy do auta. Ruszyło. I to całkiem dziarsko.
- O! Nawet kontrolka przestała się palić! - zdumiała się Anna.
Zajechałyśmy na miejsce, po zaparkowaniu weszłam punktualnie do gabinetu wraz z dzwonem kościelnym, który wybija każdą godzinę elektronicznymi melodyjkami.

Wyszłam po pół godzinie już bez zęba boleści, którego zdecydowałam się jednak wyrwać nie licząc na cudowne uleczenie. 
Anna odwiozła mnie do domu, kontrolka wciąż się nie paliła, więc nie zatrzymując się już więcej ruszyła pod Hajnówkę do warsztatu z delikwentem. Wróciła nim w miarę szybko. Po diagnozie, że trzeba wymienić to i owo, co wymaga czekania do daty podanej nam przez pierwszego, miejscowego mechanika. Póki co, samochód jeździ.

Także ruszył z maszyną znajomy rolnik i skosił sobie i nam łąkę. Akurat przed deszczem zdążył. Prognozy mówią, że zaniosło się co najmniej na tydzień. Ot, kolejna wpadka. Nie dało się odwołać, bo rolnik pracuje na etacie i akurat ma urlop.

Dzisiaj rano, ledwie po śniadaniu zasiadłam do pisania, Anna weszła z wieścią:
- Mamy kolejny kłopot!
- Co się stało?
- Coś zagryzło Zdzicha i uciekło. Tuż przy domu. Walczył, pełno piór w kilku miejscach przy drodze. Jeszcze ciepły.
- O, ja cię! Lis łakomczuch. Przecież i tak by go nie uciągnął w środku dnia bez zauważenia. Może więc lisica. Nic dobrego to nie wróży reszcie stadka.

Trzeba było Zdzicha szybko pozbawić głowy i wypatroszyć. Chociaż tyle dobrego. Tłuścioch zdrowy był.  

Pisane mu było zginąć po męsku w walce. Uratowałyśmy mu już życie dwa razy, ubijając jego rywali, starego indora i ostatnio koguta. Za trzecim razem dał gardła.

16 września 2022

Susze i chłody

Pastwisko już coraz mniej interesuje kozy, bo wyschło. Choć codziennie biegną truchtem na wyścigi na swój ogrodzony placyk, poprzez który ścieżkę sobie udeptały, prowadzącą prościutko do sadu. Tam pożywiają się skrupulatnie świeżymi spadami nocnymi. Które przedtem Anna pracowicie przebrała, zwożąc na taras kolejne wiadra albo skrzynki ze zbiorami. 

Dodatkowo dostają dwa razy dziennie krojoną niedojrzałą dynię, która w ten sposób nie marnuje się, resztki ogórków z tunelu, których już nie przetwarzam, obierki z cukinii, jabłek i warzyw. Jako uzupełniacz porcji owsa. Zatem głodu nie ma, jest głównie znudzenie. Ruja się opóźnia, mleka jakby mniej, ale starcza jeszcze na dwa udoje, choć w zmniejszającej się szybko ilości.

Ochłodziło się, zwłaszcza w nocy, toteż i enzymy gorzej działają i tłoczenie pulpy jabłkowej spowolniło, a także i cydry słabo chodzą w gąsiorkach. Jesteśmy już zresztą zmęczone tym gospodarskim kręceniem się w kółko. Ja na zmianę robię raz sokownik (na kuchni opalanej chrustem dla taniości) dający jakieś 2,5-3 litry soku, który butelkuję na gorąco i magazynuję w piwniczce (dwa lata, do następnych zbiorów potrafi dotrwać ilościowo i jakościowo, gdy się postarać i robić go systematycznie), a raz dżem jabłkowy lub z dodatkiem aronii czy dzikiej róży. Zjadamy go powoli razem z jogurtem, więc utrzymanie zrównoważonej stałej ilości zapasów na półkach jest ważne. Przydaje się, a wszelkie marmelady zachowują trwałość nawet kilkuletnią. W niewielkich ilościach także suszymy jabłka, owoce aronii, śliwki i plasterki bananów, z czego Anna komponuje sobie potem ulubione musli. A także pomidorki, liście selera i bazylii jako przyprawy.

Jak na razie, mimo deszczów, które zasiliły nieco przyrodę, grzybów w okolicy brak. Grzybnie wyschły. Trudno, w sumie zjadłam w tym roku stosowną dawkę kurek, resztę mogę darować mojej wątrobie. Choć zeszłoroczny susz już się skończył i trochę mi brakuje wzmacniacza smaku zup i sosów.

Poza tym ruszyła sprawa remontu hydrauliki i kuchni, choć nadal się wlecze, bo są opóźniające drobiazgi. Oraz nowy stary samochód (tym razem Peugeot- Partner, też Francuz) przeszedł wymianę tego i owego, więc jest nadzieja. Sama nie wiem na co. Ot, na sprawne codzienne prosperowanie jak zawsze. Mimo drobnych zmian w przyrodzie i polityce, które przecież się dzieją.

6 września 2022

Spadowisko

Dość szybko i skutecznie wielki upał zamienił się w rześkie chłody. Nadal słoneczne i suche. Ta susza sprawia, że dynia w naszych ogródkach zatrzymała w większości wzrost w fazie maleńkiej kulki, częściowo zżółkła, a po dwóch przymrozkach nocnych jej liście sczerniały. Oj, nie będzie dużych zbiorów jesiennych tego roku, po raz pierwszy od czasu rozpoczęcia jej uprawy! Żal.
Za to udały się pomidory różnej maści, zrobiłam spore zapasy soków pomidorowych i jeszcze przerabiam końcówkę. Nadwyżki sprzedały się bez problemów, bo owoce rzadkich odmian były smaczne, słodkie, bezpieczne jeśli chodzi o nawożenie i wolne od zarazy.

Ostatnie wiaderko ogórków dotarło do kuchni dwa dni temu. Anna wreszcie wyrywa uschłe krzaki. Zapasy kiszonych i sałatek zostały uzupełnione, resztę zjadają kozy. Ze smakiem.

Pastwisko wyschło jak pustynia, kozy pasą się na jabłkach spadowych w sadzie i każde zasilenie dodatkowe witają chętnie, odwdzięczając się mlekiem. Popołudniami Anna zabiera je na ugór, gdzie posilają się liśćmi leśnych krzewów, czeremchy, brzozy, robinii itp. Ale ogólnie marnie to wszystko wygląda.

Zebrana aronia, po raz pierwszy z owocujących naszych krzewów, okazała się mało soczysta. Anna uzupełniła zbiory na nieużytkach za wsią, i owoce wylądowały w zamrażarce, aby je użyć do dżemów jabłkowo-aroniowych i nalewki. Jeśli robić sok, to jedynie na bazie treści jabłkowej. Podobnie jest z dziką różą, którą dodaję do dżemów i cydru. Który powoli, stopniowo się tłoczy i nastawia, zgodnie z biegiem dni i codziennych prac.

Wróciłam do palenia w kuchni (do tej pory, w czas upalny, korzystając z fotowoltaiki używałam do gotowania głównie kuchenki elektrycznej albo gazowej). Chrustem. W domu od razu cieplej się zrobiło. Wieczory i poranki zimne już są i tarasowe przyjemności wieczorne zostały skrócone, a w zasadzie z powrotem wniesione do wnętrza. Niemniej warto spędzić tam trochę czasu o samym zmierzchu, gdy zapalają się światełka solarne, bo z lasów obok można usłyszeć pierwsze ryki byków jeleni i łosi, gotujących się do wrześniowego rykowiska i rui. To niezwykłe, piękne doznanie sił przyrody, które wciąż trwają skryte w swoich leżach.

Codzienny przerób jabłek wygląda następująco. Trzeba je rano zebrać, aby zdążyć przed kozami (zostawiając im te najgorszego sortu), przebrać, pokroić, nastawić sokownik, usmażyć porcję dżemu, rozdrobnić i zasypać pektoenzymem, wytłoczyć, przelać do gąsiora. Gotowe przetwory przelać do butelek i przełożyć do słoików. Gotowe schować do piwnicy. To oprócz serów, także codziennej pracy od kilku miesięcy. 

Kilka dni temu stracił głowę główny indor w stadzie. Nie dało się już czekać. Od jakiegoś czasu rozpoczął zawzięte walki z drugim, młodym indorem, który dorósł. Trzeba było ich rozdzielać, każdy nocował gdzie indziej, bo rozpętała się walka na śmierć i życie między samcami-przewodnikami stada. Również w dzień byli wypuszczani na zmianę. Kłopot.
Ostatecznie Anna zerwała mnie raniutko z łóżka, pomogłam jej związać i zapakować do wora delikwenta, po czym obezwładniony kobiecym sposobem, skutecznie stracił łeb na pieńku, wystawiwszy go przez dziurę w zawiązanym worku. Wyszła z tego kupa mięcha i dzisiaj jemy pierwszy rosół, z warzywami z naszego ogródka, marchewką, kalarepką, selerem, jarmużem i cebulą.

13 lutego 2019

Gra w pieska i liska

Śniegi tają z dnia na dzień. Trzeba uważać na lodowisko na dworze, bo zdarza się nagły fikołek, gdy poruszać się zbyt pewnie siebie.

Kury ruszyły na żer do lasu, grzebią, wyszukując korzonki spod śniegu, ale i jedząc glebę, która jest im potrzebna do budowy skorupek jaj. W efekcie od dwóch tygodni zamiast jednego dziennie mamy już  6-8 świeżych jajeczek. Gąska Pulcheria przestała się nieść w momencie, gdy zaczęły kury. To się nazywa równowaga w przyrodzie. Całą zimę nie trzeba było kupować.
Kury zwęszył oczywiście lis. Kury są czujne, kogut ostrzega, puszczam wtedy psa. Laba rusza biegiem w pogoń za przecherą, który potrafi nawet na drodze przy domu w środku dnia buszować i polować na drób. Na razie wszystko wydaje się w porządku. Lis ucieka, Laba wraca zziajana i wybiegana, co uwielbia. Lis co jakiś czas pojawia się za to w nocy i stojąc za ogrodzeniem od strony lasu, dwa metry od domu, ujada szczekliwie. Pewnie odgraża się psom i obiecuje kurom, że kiedyś na pewno je dopadnie.
Pasza ma cieczkę, więc odbywa na razie kwarantannę domową. Towarzyszy jej zakochany Pikuś, mały jak pięść, wysiadując godzinami na tarasie, a w nocy długo i melodyjnie wyjąc tęskne miłosne pieśni.

27 lipca 2016

Działania ludne

Czas letnich imprez okolicznych i spotkań z ludźmi. Nie powiem, troszkę się rozruszałam.
Najpierw święto kupałowe na Iwana w Dubiczach Cerkiewnych, które bardzo lubię i staram się bywać. Rzecz odbywa się w przyjemnym otoczeniu, nad zalewem wodnym, blisko lasu. Są stoiska ze sprzedażą różności, w tym także rzemieślników z Białorusi i Ukrainy. Można się zaopatrzyć w autentyczne wyszywanki, czyli soroczki haftowane ręcznie, lub maszynowo, w ceramikę i inne ozdobne gadżety. Gwoździem programu jest obrzęd rzucania wianków, urządzany przez ludowy zespół młodzieżowy. Ogień nad wodą, dziewczęta pięknie ubrane po słowiańsku, śpiew, okrążanie ognia, wejście w wodę, rzucanie wianków, na co czekają pilnie chłopcy stojący na brzegu. Rzucają się z takim impetem do wody, biegnąc i płynąc różnymi sposobami, także na łódkach czy kajakach, żeby na wyścigi zebrać wianki, że publiczność krzyczy i klaszcze z zachwytu. Jest w tym energia, pierwotna magia, ciągle. Na zakończenie pokaz sztucznych ogni nad wodą dopełnia półrocznicę małanki, czyli nowego roku w kalendarzu juliańskim.

Później coroczny nasz czeremszański festiwal, trzydniówka. Jak zawsze wylądowali u nas goście, prowadzący pracownię ceramiczną "Lipowa", całą gromadką. Anna spędzała większość dnia pod domem kultury, prowadząc stoisko z wyrobami ceramicznymi dzieciaków z koła garncarskiego (zarobek będzie przeznaczony na rzecz koła), oraz zajęcia ceramiczne dla chętnych gości festiwalu wraz z Jerzym Fiedorukiem. Trochę jej w tym pomagałam w sobotę i niedzielę. Spotykając przy okazji wielu znajomych.
Pogoda wbrew prognozom dopisała. Muzyka też (oprócz występu gospodarzy podobały się nadzwyczaj bułgarska Oratnica i dynamiczny afrykański zespół z Zimbabwe Mokoomba).

Goście odjechali, odpoczywam, dokarmiając kolejne dzieciaki, jakie się narodziły w naszym gospodarstwie. Mianowicie jenduszka wysiedziała 13 indycząt (wszystkie jaja) i 3 kurczaczków zielononożnych.
Tuż przed festiwalem wydarzyła się tragedia w grupie najstarszej induszki, która została zaatakowana w sadzie przez lisa. Przeżyła atak, lis spłoszony czymś umknął, ale z uszkodzonym gardłem, co uniemożliwiało jej jedzenie i picie. Po dwóch dniach zdecydowałyśmy się ją ubić, bo wyraźnie się męczyła i przestała już reagować nawet na dzieci. Zostawiła zatem 9 pikolących sierotek, które dołączyłyśmy do piątki niesprzedanych starszaków. Po kilku dniach pod wspólnym dachem zintegrowały się z nimi na tyle, że nie rozbiegają się chaotycznie, jak dotąd, tylko trzymają się stada i dwóch indyczek prowadzących.

19 listopada 2015

Ofiara z balbiny, tudzież ochrona wzmocniona

Kilka dni temu lis nam porwał Balbinę. Stało się to w sadzie i w zagrodzeniu. Pod naszą i psów, z racji deszczowej pory przesiadujących dnie całe w domu, nieuważność. Przyparł biedaczkę do siatki i schwytał, jeno kilka piórek zostało. Reszta stada uciekła. Balbin widocznie smutny chodzi, choć mu jeszcze Kuba została. Z imieniem Kuba jest u nas tak jak z Kolą od Coli, a nie od Mikołaja. Miał być gąsiorek, wyrosła gąska, a imię zostało. No, to od wyspy Kuby jest nazwana, a nie od Jakuba, czy też Kubania. Balbina jednak była jego żoną-siostrą od samego pisklęcia znaną. I Kuba ledwie mu serce zajmuje. Mam nadzieję, że jakoś sobie poradzi z tęsknotą. Białe gęsi zupełnie go nie interesują i właściwie kubańskie i owsiane osobno chodzą.
Na białe zresztą kryska jesienna nadeszła i stado zmniejszyło się już do połowy. Anna uskutecznia metodę skubania gęsi na rozgrzanym parniku z kartoflami i coraz szybciej jej to idzie.

To nie z powodu straty Balbiny, ale przy okazji, tudzież innych też, bo z 12 młodych niosek już tylko 7 zostało, nasza posesja zyskała wreszcie, po wielu miesiącach oczekiwania, tylną bramę i w tej chwili psy oraz ptactwo blaszkodziobe nie może już wędrówek niebezpiecznych uskuteczniać. Co do kur i indyków mam poważne wątpliwości, ich nic nie powstrzyma od przedzierania się przez płoty i grzebania w lesie. Choć nabrały czujności po kilku atakach i koguty na alarm biją, nawet, gdy obcego człowieka nagle na podwórzu zobaczą.

Listopad w pełnej krasie. Pada, rosi, tumani. Noce jednak zaskakująco są ciepłe i niewiele chłodniejsze od dnia. Kluseczka zjawia się tylko na śniadanie i kolację, resztę czasu spędzając pod licznymi dachami w obejściu, a to na tarasie, a to w altanie, a to pod okapami obory, kurnika i spichlerza, albo daszkiem drewutni. Najwyraźniej lubi senną słotę.
Długie wieczory przy rozgrzanym kaloryferze skłaniają mnie do twórczości takiej i owakiej. Pracuję nad książką, opisującą moje dzieje osiedlenia się w starej podlaskiej chatce, do czego namówił mnie zaprzyjaźniony pisarz, Alef Stern. Teraz już też mój szef na portalu pressmix.eu, na którym od niedawna zaczęłam się udzielać z felietonami. Także z tematami branymi z Kresowej.
Nostradamus o Arabach w Europie.
Okiem kozy.
Dlaczego kozy.

25 czerwca 2014

Psia obsada

Dawno nie opowiadałam o psach. Nadrabiam temat.
Laba jest już prawie dorosłą, roczną suką. Jeszcze do niedawna zachowywała się po szczeniacku i trudno było ją okiełznać. Jest żywiołowa, uwielbia biegać i ścigać kozy. Robiła to po swojemu. To znaczy ja goniłam kozy przed sobą, ona wyprzedzała stado i zaganiała je od drugiej strony na mnie z powrotem...
Jej relacja z Kolą zbudowała się z czasem. Kola długo była obrażona i stroiła fochy jedynaczki, właściwie do czasu, gdy Laba zaczęła wyglądać jak dorosły pies. Jednym słowem Kola nie znosi dzieci. Laba zachowała wobec niej pokorę i cześć, składa jej hołdy kilka razy dziennie. Nie ma i nie było jednak między nimi zażyłości siostrzanej, jest twarda hierarchia, szefowa i sługa. Zatem nie było nigdy psiej zabawy.
Kola mimo to bardzo widocznie zmieniła się przy Labie, dzięki jej obecności. Dopiero wtedy, gdy się zmieniła, zrozumiałam w jakiej depresji i osamotnieniu była po śmierci Miłki. Najważniejsze, skończyły się ciągle powtarzające się kontuzje tylnej łapy i kulenie przez kilka miesięcy z rzędu! Odmłodniała wyraźnie. Jest pełna zapału, energii, czuje się silna i ważna. Subtelnie także pilnuje porządku i posłuszeństwa wobec nas u reszty psów, nie na darmo nosi ksywę Policja.
Kiedy nastała Paszka, powstała już mini-wataha. Laba nagle, z dnia na dzień wydoroślała i spoważniała. Wzięła pod opiekę szczeniaka i jest najlepszą towarzyszką i nauczycielką Pasi, jaką można by jej wymarzyć. Nagle zrozumiała w którą stronę goni się kozy, słucha rozkazów, potrafi zagonić kozią młodzież do obory i trzymać ją w szachu tak, że można wszystkie kozy spokojnie poutykać w swoich boksach i żadne się nie rozlezie. Ponadto całe godziny spędza na zabawach z Paszką. Tu zauważam wielką inwencję w wymyślaniu zabaw u obu, psy bawią się ze sobą w podobne zabawy co ludzkie dzieci pozostawione samotnie na podwórku. A więc jest gonitwa i wyścigi, zabawa w chowanego, w berka, wspólne gonienie kota lub koguta dla postrachu, nie żeby skrzywdzić (kot się nie obraża, a czasem sam zaczyna zabawę, po czym sprowokowawszy psy wskakuje na daszek i stamtąd śmieje się z nich), dzisiaj było coś w rodzaju piłki nożnej, w której rolę piłki pełniła plastikowa doniczka skradziona z ogródka, podrzucana i "kopana" przednimi łapami i wyrywana sobie zębami. No, i oczywiście psie zapasy, nieustanna tarzanina po piasku i trawie, gryzienie sobie uszu i straszliwe warczenie i szczekanie na siebie nawzajem.
Laba ma też dużą czujność, choć jeszcze nie wychyla się przed szereg i zazwyczaj czeka na pierwszą reakcję Koli. Bo Kola reaguje natychmiast na rozkaz, gdy trzeba pobiec w las i postraszyć nie wiadomo co, a czego wystraszyły się kury. Biegnie wtedy w stronę kurzych gdakań i szczeka bardzo głośno i groźnie. Zazwyczaj to pomaga spłoszyć polującego drapieżnika, choć bywa, że niekiedy za późno. Laba biegnie tuż za nią i czasem się odzywa, czasem nie, zostawiając pole do popisu szefowej. Kiedy jednak Koli nie ma na podwórku, a ona coś zauważy zrywa się z alarmem bez czekania. Na ludzi tylko ujada przy płocie, niegroźnie, ale gdy chodzi o zwierzę zrywa się błyskawicznie do biegu. Od jakiegoś czasu bywało, że wybiegała z zagrody i obszczekiwała dramatycznie brzeg lasu na Górze po drugiej stronie drogi. Nie wchodziła jednak w głąb. Kombinowałam, że to może na jakiegoś grzybiarza szczeka, albo wioskowego partyzanta ukrywającego się przed policją, ale wczoraj okazało się wreszcie, że nie szło jej o człowieka. Z lasu bowiem wychylił się na chwilę lis. I Laba ruszyła z pazura błyskawicznie i tak odruchowo w jego stronę, że lis ledwie ogona w jej pysku nie zostawił. Tym sposobem uratowała życie kurom sąsiada Mikołaja, na które lisisko się zasadziło w krzakach przy drodze.
Paszka jest jeszcze maleńka, więc jej przydatność pasterska jest żadna. Zwłaszcza, że wciąż jeszcze zajmuje z góry upatrzoną pozycję w razie jakiegokolwiek hałasu czy zamieszania na podwórku. Ale widać stopniowe postępy. Przede wszystkim uwielbia zaganiać kurczaki i koguta, bo są jej wzrostu. Potrafi tak się zapamiętać, że  wgania całe kurze stado na ziemiankę albo daszek, gdzie oczekują zmiłowania pańskiego, czyli mojego. Ona biega wokół i szczeka piskliwym szczeniackim głosikiem calutka szczęśliwa. Teraz zauważam, że ośmiela się towarzyszyć Labie przy zaganianiu kóz do obory, nie odstępuje jej boku, choć jeszcze sama się nie wychyla. Ale już wykazuje aktywność, a nie strategiczne chowanie się przed biegnącym stadem.
Od samego początku codziennie i bez wyjątku zabieramy ją do każdego obrządku, aby oswoiła się z kozami, a one z nią. Uwielbia te wyjścia, bo może się wtedy swobodnie bawić z Labą przy nas. Gdy raz zaspała i spóźniła się, zaalarmowała nas ogromnym wyciem i piskiem dobiegającymi zza drzwi domu, tak histerycznymi, że trzeba było czym prędzej ją wypuścić na dwór.

Zmieniając na koniec temat wspomnę, że z gusiami stanęło na czterech żywych kubankach, reszta jaj była martwa, być może częściowo niezalężona. Anna wyrzuciła je i zgoniła indyczkę z gniazda, aby rozprostowała mięśnie. Rzeczywiście, chodziła z przykurczem jakiś czas. A my deliberowałyśmy co zrobić. Czy oddać jej czwóreczkę cennych dla nas gąsiąt pod opiekę i ryzykować, że coś się z nimi może stać z różnych powodów, czy nasadzić na kolejnych jajach zielonych nóżek, aby wysiedziała i wyprowadziła kurczęta w kurniku, a nie obce sobie i kurom gąsięta. Po południu decyzja zapadła. Gusie zostają w pudle pod elektryczną kwoką na kilka tygodni, zanim się nie opierzą, potem dołączą do stada starszych gęsi. A indyczka zasiadła na 15 jajach zielonych nóżek na kolejne trzy tygodnie.

25 marca 2014

Strata i zysk

Dwa dni temu zdechło jedno gąsiątko. To zwykła rzecz, gdy kupuje się jednoniówki, przeważnie jedno-dwa na dziesięć są spisane na straty. Przyczyną jest wirus pewnej choroby, której miana nie pamiętam, a który przenoszony jest od matki na pisklę poprzez jajo. Objawem jest wtedy dość szybkie podupadanie pisklęcia, oraz okulawienie, utrata równowagi. Dzieje się to w przeciągu dwóch tygodni. Niektóre przeżywają, ale są o wiele mniejsze od reszty, kuleją, skubią się itp. przez całe życie.
No, więc Anna zakopała padłe gąsiątko gdzieś w lesie, choć na dobrą sprawę nie warto tego robić. Bo las i tak wyciąga zawsze wszystko, co zakopane i pożera w przeciągu kilku godzin, lub doby. No, ale człowiek jest estetą. Poza tym lepiej nie rzucać truchła na żer naszym kurom bądź psom. Niech sobie poczeka na leśnego drapieżnika.
I ledwie to zrobiła odkryła w oborze nowonarodzone koźlątko. Nareszcie Gwiazda powiła! Zgadnijcie, jakiej płci? Tak, zgadza się! Koziołek....
Tak śmierć została zrównoważona narodzinami nowej istoty.

Wczoraj zaś dzień zapowiadał się pogodnie, po nocnym deszczu świat był świeży, umyty. Zabrałyśmy się za kończenie prac zdobniczych w altanie, a potem Anna zaprowadziła stado na ugór, aby trochę podjadło zielonego. Ja wróciłam do domu, napaliłam w piecu (gąsiątka lubią mimo wszystko ciepło, więc robię to dla nich, bo nam to już nie zawsze konieczne), wstawiłam obiad i w przerwie rozłożyłam karty. Hm... sekwencja kart pokazała najpierw nagłą stratę, potem zysk. Ledwie to odczytałam zadzwonił telefon. Anna wzywała mnie z pola na pomoc.
- Wypuść psa, coś się dzieje z gulgułami w krzakach, nie mogę odejść od kóz.
Wypuściłam Kolę, która pobiegła z głośnym szczekaniem ku stadu, i sama za chwilę dołączyłam. Przejęłam stado, a Anna z psami poszła szukać indyków.
Po kilku minutach wróciła niosąc w ręku martwą indyczkę...
- Mignęło mi coś żółtawego. Na pewno lis. Ciągnął ją przez krzaki i trafiłam po zgubionych piórach.
Miała zgruchotany kark jednym ucapieniem szczęk. Była jeszcze ciepła, więc poszła na rozbiór.
Gdy odjechali, a Anna obrała indyczkę, znajdując w niej oprócz kształtujących się dopiero jaj, także jedno całe, gotowe do wyjścia odnalazła się najstarsza indyczka, przyszła sama, zdenerwowana. Gdzie jeszcze dwoje?
Ruszyłam drogą na pola, a Anna rowerem przez wieś. Gulganie naprowadziło nas w jedno miejsce. Udało się przygnać do domu jeszcze jedną zgubę, indyczkę. Nie było jednak indora.
- Źle to widzę - orzekłam.
Ruszyłyśmy znów na pole, Anna rowerem i z lepszym wzrokiem szybciej odnalazła zgubę. Także zagryzioną lisimi zębami, ze zgruchotanym karkiem i lekko zasypaną piaskiem. Lisisko spłoszone uznało, że lepiej wiać, niż ciągnąć tak ciężką zdobycz, więc spróbowało ją ukryć.
- Kurwa! - wymsknęło mi się na ten smutny widok.
Indor także poszedł na rozbiór. Jako upolowana dziczyzna. Kawał mięcha, tłusty jak dotąd żadne nasze zwierzę nie było, to zapewne zasługa ciepłej zimy i możliwości żerowania od dawna.

3 lipca 2012

Na gorąco

Upały wróciły. Wewnątrz ocieplonej chaty jest całkiem znośnie (24 stopnie), nawet, jeśli muszę przez dwie godziny palić pod płytą co dwa-trzy dni. Robię wtedy twaróg, a żaden się tak nie udaje jak w kamionce podgrzewanej powoli na kuchni opalanej drewnem. No, i grzeję wodę na mycie.
Za to na zewnątrz w godzinach południowych obejście zdaje się zamierać. Zwierzęta kryją się w cieniu. Kozy w ogóle się nie pasą, jedynie w swojej zacienionej zagrodzie przeżuwają owsiane śniadanie i poranne jabłkowe guguły pracowicie wywąchane w trawie pod drzewami w sadzie. Najgorętszy czas spędzają wysiadując zagrzebane w piaskowym grajdole. Zaczynają się paść właściwie dopiero około 17, gdy upał staje się lżejszy. Jednak są przy tym flegmatyczne, rozlazłe i zmęczone oganianiem się od gzów, bąków i komarów.
Kaczki zalegają swoim stadkiem w zielonych szuwarach koło dającej chłód ziemianki, z Gusią czuwającą z boku na żelaznej klapie od zbiornika oczyszczalni.
Kwoki prowadzają kurczęta zacienionymi i osłoniętymi zakamarkami, patrząc ciągle lękliwie w górę. Przeżyły już dwa naloty krogulca. Dzięki szybkiej reakcji nadbiegającej Koli jak na razie skończyło się tylko utratą jednego młodszego pisklaka, za pierwszym zaskoczeniem.
Raz zdążyłam też odgonić lisa, który zaatakował dorosłą kurkę przy jaworze tuż za chatą. Kura zdołała mu uciec i ma się dobrze, choć straciła wszystkie pióra z ogona.
U sąsiadów grasują gorsi bandyci, jastrzębie. Prawie codziennie ginie jakaś kura.

Poza tym lęgną się nam kolejne pisklęta zielononożne, spod naszej białej kwoki.

Ogródek zaczyna dawać już niewielkie zbiory, oprócz ziół, zieleninki, koperku i szczypioru, które są od dawna. Buraki wyglądają dorodnie. Jemy zatem botwinkę z tych, które trzeba wyrwać, aby dać więcej miejsca najdorodniejszym. Oraz jajecznicę ze szpinakiem. Sałata już się kończy. Zostawiłam kilka przerośniętych główek na nasiona. Nastawiam też stale ogórki małosolne w kamionce, co prawda są ze sklepu, ale zawsze własnej roboty. Z innych darowanych za darmo, bo przez las potraw, to oczywiście grzyby, głównie kurki, ale i zaczynające się inne (kanie, czerwonogłowce, koźlarze), z których przyrządzam zalewajkę z grzybami (zupa nieznana kompletnie na Podlasiu, aż zdumiewające!), albo jajecznicę na kurkach, lub kotlet z kani. No, i jagody w różnej postaci, do domowego makaronu albo pierożków ze śmietaną.
Mój ojciec-lekarz, który wiele nauczył się z naturalnej medycyny lecząc chłopów, mawiał zawsze, że każdy powinien co roku najeść się w sezonie "ile się da" jagód. Bo to czyści organizm z robaków. A potem grzybów, bo to uzupełnia mikroelementy. W ogóle był zwolennikiem jedzenia do syta tego, co akurat dojrzewa w okolicy, choć z makrobiotyką nie miał nic wspólnego. Bo to samo obowiązuje z nowalijkami na wiosnę i z owocami, począwszy od truskawek, przez porzeczki, agrest, maliny po winogrona, jabłka, śliwki i gruszki.
No, staram się założyć tak ogródek, aby w przyszłości zaspokajał wszystkie te kolejne potrzeby. Czosnek niedźwiedzi, truskawki, poziomki, porzeczki i jagody już rosną, ale jeszcze nie dają plonu. Nic to. Poczekamy. I dodamy jeszcze innych krzaczków owocowych na jesieni. Za to szykuje się wielki zbiór jabłek, bo jabłonie - po zeszłorocznej przycince - obsypane są bogato owocami. I czeremchy również chwalą się kiściami zielonych wisienek.

Z innych, mniej ospałych wydarzeń, to wczoraj ganiałyśmy z A. i dwiema sąsiadkami... dwie świnki, które uciekły z chlewa. Były tak zachwycone świeżym powietrzem i zieloną trawą, że za nic nie chciały z powrotem do zamknięcia. Cała akcja przypominała mecz finałowy na mistrzostwach piłkarskich. Ganianinie nie było końca. W końcu prosięta zmęczyły się bieganiem i same pokornie weszły do siebie, ciężko zasapane (tak samo jak i my).

8 lipca 2011

Awarie i naprawy

Poranek znów pod podobnymi gwiazdami. Ania, wchodzi z podwórka, prawie płacząc z bezsilności:
- Karczer mi się popsuł. Nie ma ciśnienia.
Ja na to:
- Zlew się zatkał. Kapie. Podstawiłam garnek...
Oba sprzęty niezbędne w naszej codziennej pracy.
Na szczęście okazało się, że popsuła się wtyczka przejściowa, a myjka jest w porządku. Była w domu druga przejściówka, do innego urządzenia z Wielkiej Brytanii rodem i kłopot dał się rozwiązać.

Z innych awarii: poszłam paść kozy na ugór i kiedy zanurkowały w busz czeremchowy odwiedziłam grobik Kici w brzezince. Leżą na nim dwa rozłupane kamienie symbolizujące moje złamane serce po jej nagłym odejściu. Ze zdziwieniem odkryłam, że porasta je teraz dziki bluszcz z liśćmi w kształcie serca. Nigdzie w pobliżu taki nie rośnie... Uroniłam łzę na wspomnienie...
A po powrocie okazało się, że w obejściu mieszka uparcie podrzutek. I wystraszony łypie świecącymi oczyskami ze skrytki pod żerdziami albo pod daszkiem drewutni. Budząc co rusz ogromne zdenerwowanie koguta i kwoki z kurczętami oraz pasję szczekania u Koli.
Niestety, to nie pierwszy raz. Ludziska co roku w sezonie wyrzucają młode koty i psy na obrzeża różnych wsi. Podjadą ukradkiem, myk zwierzaka do lasu i niech martwi się kto inny. A, że my mieszkamy na skraju wioski, to na nas najczęściej spada cały kłopot...
Dzikie psy, w tym szczenne suki, które notorycznie szczeniły się na opuszczonym siedlisku przestały się zjawiać, przez wzgląd na nowych psich mieszkańców obejścia. W zeszłym roku płaczliwego podrzuconego kociaka wzięła i osobiście przepędziła Kicia. Trafił tym sposobem dalej na wieś i nawet znalazł sobie dom. Jeszcze na Dąbrowie wyszła ku nam z lasu zapchlona młodziutka suczka, kompletnie przerażona i wygłodzona... Na szczęście nasi znajomi akurat myśleli o psie dla swej córeczki i znajda szybko znalazła dom w wielkim Mieście, i ma się tam bardzo dobrze. Inaczej, nie wiem co byśmy z nią zrobiły. No, i Łacio to przecież też znajdek...
A teraz...
Może, gdybym nie zajrzała do Kici to byłabym sroższa. Ale uruchomiona świeżo tęsknota za kotką kazała mi nakarmić głodnego przybłędę. Przypiął się do mleka tak mocno, że wypił całą miseczkę jednym tchem i potem starannie ją wylizał. Wzięłam do ręki, sprawdziłam płeć. Koteczka...

Młoda, na oko ma najwyżej 7-8 miesięcy, ledwie co wyrośnięta. Reaguje na wołanie, lgnie do człowieka, nie umie polować. Na pewno zatem nie jest to potomstwo kotów oborowych, które najczęściej uciekają od ludzi i nie dają się nikomu wziąć do ręki, gryzą i drapią oraz polują, w tym także na kurczęta. Taaak, podrzucona z premedytacją.

Poza tym Ania odkryła w lesie za chatą białe piórka... które jedynie pozostały z naszego białego leghorna. Trudno powiedzieć, co go pożarło. Jastrząb, lis czy pies. Włóczy się taki jeden spory kundel wędrowny, wabiący się Ufo i właśnie od tej strony zagląda do naszego obejścia. Znany jest na wiosce, wraz ze swym bratem Nolem, z polowania na młody drób. Zatem Ania z rozpędu pomaszerowała do właściciela i ustaliła z nim, że Ufo będzie wiązany na dzień przy budzie. Nol jest już stary i nie widzi, więc nie wychodzi za daleko.
Ustalimy może w ten sposób winowajcę.

A oto nasza kwoczka z potomstwem wysiedzianym przez siebie i Usię. Już zdążyła zresztą gdzieś zgubić jednego kurczaczka. Przepadł bez wieści kilka dni temu.



I na koniec dnia pracy krótka chwila wytchnienia i zabawy. Gusia po raz pierwszy w swoim długim już, jak na gęś hodowlaną, życiu zaznała pływania. Co prawda w balii, ale zawsze...

8 kwietnia 2011

Dech i oczyszczalnia

Wczoraj Kicia wyszła rano z domu (dychająca) i nie wróciła na noc. Mocno to przeżywałam. Szukałam jej w obejściu, ale znajdź tu kota, który ma opracowany tysiąc skrytek, większości których człowiek nie jest w stanie zauważyć ze swojej wysokości patrzenia na świat! Nie znalazłam, nie wyszła na wołanie.
Wróciła dzisiaj rano, wychłodzona, z trudem oddychająca, słabiusieńka. Ze dwa razy przewróciła się z pozycji siedzącej i już sądziłam, że ją żegnam.
Dostała kolejne dwa zastrzyki z rąk Ani, ale żadnej poprawy nie było widać. Tyle, że leżąc uspokoiła się.
Tymczasem na dzisiaj zamówiony był pan Koparkowy ze swoją kopareczką i pan P. z pomocą przy montażu kupionej jeszcze późną jesienią oczyszczalni ścieków. Zjawili się obaj i sprawnie zabrali się do pracy. Przy czym okazało się, że brakuje kolanka przejściowego z redukcją o dużej średnicy, mającej połączyć rurę ściekową wychodzącą z domu ze zbiornikiem. Ania wsiadła w samochód i pojechała do Siemiatycz kupić ją w sklepie hydraulicznym, a przy okazji zabrała chorą kotkę do weterynarza. Wsadziłam ją w wiklinowy koci domek wyściełany poduszeczką, w którym jeszcze świętej pamięci Kocia Babcia podróżowała, zamknęłam szczelnie, choć kotka była tak słaba, że nie było mowy o jej jakimkolwiek buncie i ustawiłam koło Ani, aby miała ją na oku.
Tym razem była inna pani doktor, która Kicię sterylizowała rok temu. Stwierdziła po badaniu, że płuca nie są zajęte, za to jest silny obrzęk krtani, który powoduje, że kotka nie może nic przełknąć i ma trudności z oddychaniem.
Zaaplikowała jej antybiotyk, środek zmniejszający obrzęk i kroplówkę wzmacniającą. Kazała przyjechać z nią jutro. I życzyła cierpliwości.
Łoj, trzeba jej nam, trzeba. Przez kilka godzin po powrocie kotka była wyraźnie spokojniejsza i nawet zasnęła, posapując. Ale, gdy środek przestał działać znów zaczęło się łapanie powietrza z wielkim trudem i świstem. Ania odkryła, że nieco łatwiej jej złapać dech, gdy ma głowę wyżej, więc leży na łóżku z poduszeczką podtrzymującą kark. Tyle możemy zrobić. Słabizna z niej wielka. Ale trzyma się życia.
Księga I-Ching, pytana w jej sprawie radzi Czekać, mówi o Cierpliwości i Osłabieniu Sił oraz o Opresji powoli-powoli zmieniającej się w Radość. Oby! To tylko Księga, tak trudno jest uwierzyć chińskiej wyroczni, gdy patrzy się na tyle cierpienia.

Przez 7 godzin oczyszczalnia została umieszczona w naszym wydmowym piasku, 4 pakiety V-Box wypoziomowane na głębokości poniżej poziomu zamarzania (w tutejszym rejonie jest to metr dziesięć), wszystko co trzeba połączone rurami i zasypane.
Wszystkiemu towarzyszył wielki wiatr z zachodu, w porywach tak silny, że wznosił tumany piasku i żwiru leżące tu i ówdzie po różnych rozkopach na podwórzu i roznosił je po obejściu, pokrywając cienką warstwą ziemię, niczym pustynię saharską.

Z innych nowin, przedwczoraj Niewidzialne Złe zabrało mi w lesie kokoszkę Zieloną Nóżkę. Są już tylko cztery. Myślimy intensywnie o ogrodzeniu.

23 października 2010

Mądrość na przyszłość

Czasem słyszę pytanie, zdziwione, różnych przygodnych i znajomych ludzi, dlaczego akurat wywiało mnie na wschód? A nie w jakieś szczęśliwsze, bardziej cywilizowane, ludniejsze i bogatsze rejony, bliżej jakiejś wielkiej metropolii.
Skąd my tutaj? Po kiego licha?
Tu Pan Bóg mówi dobranoc, tu mieszkają ludzie z lasu, nie ceniący terminów, obietnic, z brakiem poczucia czasu, o innej religii i z dziwną historią, nieznaną w reszcie kraju, tu ziemia lekka, plony marne, zjadane w dodatku przez dziki i żubry, a dobytek żywy szabrowany przez lisy, kuny, jastrzębie, sokoły i wilki niekiedy też.
Trudno mi na to odpowiedzieć bez poruszenia spraw nieomal paranormalnych, zatem w większości milczę lub zbywam ciekawość jakimiś zrozumiałymi (zracjonalizowanymi) opowieściami. Niemniej, tyle teraz wyjaśnię. Najistotniejszą rolę w obraniu tego, a nie innego kierunku poszukiwań miejsca, bazy i ziemi odegrała moja intuicja, przeczucia i sny.
Mapę okolic z nazwą miejscowości (niestety przekręconą po obudzeniu) ujrzałam w półśnie kilka lat przed ich odkryciem. Mam ją narysowaną w notatniku, także dom (po przebudowie) i jego położenie, opatrzone datą mogącą powalić niedowiarków.

Mogę powiedzieć, że kierował mną jakiś atawizm i sentyment. Choćby stąd się biorący, że mój tata był fanatykiem Trylogii Sienkiewicza i miał za znajomych dwa małżeństwa przesiedleńców ze Lwowa. W rozmowie z nimi zawsze z rozkoszą przechodził na ruski akcent.
Pamiętam ich. Choć już dawno temu odeszli w nieskończoność. Byli to prości i niezwykle serdeczni ludzie, odbijający na tle innych czymś, co mój ojciec kochał, a ja od niego to przejęłam. Pan U. na przykład był namiętnym grzybiarzem. Takim, co skoro świt wychodził do lasu, a gdy znalazł grzyb siadał przy nim i patrzył pilnie... Twierdził po tych obserwacjach, że grzyby rosną skokowo. Widział, jak rosną grzyby!
Ale mniejsza o to.
Mną powodował głównie lęk. Wywołany długotrwałą serią apokaliptycznych snów. Które niestety zaczęły się już spełniać.
Strach przed głodem i chłodem mam zresztą po biednych chłopskich przodkach ze strony mamy, dotkniętych różnymi klęskami dawno temu. Nadwrażliwość po schłopiałych szlacheckich przodkach ze strony ojca.
Powodował mną lęk przed kryzysem i chęć zaradzenia mu w porę. Umoszczenia sobie gniazda i sprawienia, że głód mi nie zagrozi. Ani mnie, ani moim bliskim (którzy zresztą nadal nie mają pojęcia, co mnie wywiało, ani tym bardziej nie podzielają moich obaw).
Pchanie się na wschód, tyle razy dotknięty przez historię, biedny, zapomniany przez cywilizację... dość dziwnie wygląda. Jednak posłuchałam w tym swoich przeczuć, a nie logiki.
- Ach, to wielki trójkąt radiestezyjny z uśpioną białą energią czakramu! - ktoś mi na to rzekł - Rozumiem. On się ma obudzić. Sięga czubkiem aż do Rygi i zajmuje obszar co najmniej połowy Białorusi i część Podlasia. Świadczą o tym choćby nazwy zawierające człon "biały".
Ale ja nic o tym nie wiem. Oprócz tego, że na dzisiejszej Białorusi dziwnym zbiegiem okoliczności przyszli na świat wszyscy nasi wielcy wieszcze! I tego, że mój duchowy mistrz prawie pół tysiąca lat temu napisał, że wielkie światło obudzi się tam, gdzie jest granica kalendarzy i różne terminy postu i świąt.

W ciągu ponad dwóch lat w trakcie mieszkania na cudzym, czyli na Dąbrowie, zajęłam się tłumaczeniem tekstów Nostradamusa z francuskiego na polski. Nie tylko z nudów, ale przede wszystkim po to, aby zrozumieć co mnie naprawdę prześladuje, i co z tego może się rzeczywiście spełnić.
Wiele zrozumiałam, odkryłam, lecz nadeszła jakiś czas temu pora, aby przetłumaczyć też oprócz czterowierszy, także teksty prozą Proroka z Salon.
Kilka dni temu dopiero zrozumiałam jeden z nich. I odkryłam w nim dzieje konfliktu bliskowschodniego oraz coś, co wydaje się poruszać kwestie chaosu politycznego, który dopiero zaczyna się bujać w Polsce.
Posuwam się zdanie po zdaniu w głąb zrozumienia i nie jest to łatwe. Jednak dotarłam już do akcji Pustynna Burza, ugaszenia wielkiego dymu i egzekucji przywódcy i jego dworu, po wyjawieniu wszystkim ich wielkich zbrodni. W tym samym czasie w Europie "owczarnia miała zostać powierzona wilkom porywającym". I rozpoczęło się wielkie sprzeniewierzenie wartości duchowych i upadek autorytetu KK i jego kapłanów.
Co dalej?
Wspominam o tym, ponieważ panowie współ-blogujący na zalinkowanych na Kresowej blogach zajęli się projektowaniem funkcjonowania świata po przekroczeniu Peak Oil i wobec narastającego kryzysu paliwowego. Posługują się logiką i racją. A ponieważ brakuje w tym uwzględnienia tego, czego nie da się nijak uwzględnić bez jasnowidzenia i uruchomienia intuicyjnej półkuli mózgu, to dopowiem coś ze swej działki. Słowami Nostradamusa (zresztą jest ich więcej na ten temat, ale pozostawiam to sobie jeszcze do przemyślenia). Brzmią one tak w tłumaczeniu uwzględniającym styl epoki:

"Następnie, ponieważ omawiane zaćmienie przypadnie w okolicach początku pierwszego niebiańskiego domu, da ono złej partii jedną nieszczęsną przepowiednię, a to mianowicie wielkiej drożyzny żywności: przywódcom nastać w najwyższym podniesieniu, wraz z dobrowolną i niedobrowolną klęską głodu, jednak w większości z powodu uchybienia tego, którego pola nie wydadzą tyle swej powinności, ile będzie się miało nadziei. Mądry, kto się zaopatrzy."

Klęska spowodowana przez GMO, przyjmowane dobrowolnie i rozsiewane niedobrowolnie...
Owo "następnie", o jakim jest mowa w tym zdaniu, ma nastać po czasie chaosu politycznego spowodowanego wielkim śledztwem i wielkich zamachów terrorystycznych w Europie (nie było ich jeszcze) oraz coraz częstszych atakach epidemii różnych dziwnych chorób.
Do końca jednak jeszcze trochę...

Ha, każdy ma swój mit, który go wiedzie tam i gdzie indziej przez życie.
Ja mam właśnie ten.

20 września 2010

Czarna-biała

Wczoraj czarna kura (zeszłoroczna) nie wróciła do kurnika.
Przeszłam się, ale żadnych śladów łowów jastrzębia nie znalazłam.
Pewnikiem to lisia sprawka.
Mamy lisa za sąsiada. Niedawno przebiegł nam drogę przed samochodem jakieś pół kilometra od domu.
W takim razie stado zmniejszyło się do 14 sztuk. W tym jest 5 starych kur, reszta kurczaki. Oraz pięć kogutów, reszta kury. Codziennie niosą od 2 do 4 jaj. Jedna nioska ma już 3 lata i rzadko się niesie.
Gusia ma się dobrze. Jest zakochana w stadzie białych indorów pani Wiery. Wysiaduje u niej pod płotem całe popołudnia, zapominając nawet o kolacji. "Gulguły" są białe, to gąsce wystarcza, aby się rozmarzyć. Latem wysiadywała w ten sam sposób przy sznurze z rozwieszonymi na nim białymi koszulkami, które drukowałyśmy. Najlepiej się także pasie z białymi kozami.

16 maja 2010

Las atakuje

W kurniku pani Wiery tragedia. Wczoraj kuna wdarła się przez szparę w drzwiach, zabiła kwokę i pięcioro kurcząt, niedawno wyklutych. Jak tak dalej pójdzie Kola będzie mieć zapas rosołowy do końca roku. O ile wiem, kuny raz rozbestwione potrafią wybić całe stado.
Tej nocy coś wdrapywało się po ścianie chaty od strony lasu. Wstałam i goniłam psa, coby postraszył dzikiego gościa. Na razie "łaska" (tak mówią na te zwierzątka w moim rodzinnych stronach, skrót od łasica) trzyma się granicy lasu i nie zapuszcza wgłąb obejścia. Ale... pożyczona kwoczka pani Wiery zasiada na jajach niedaleko, w stodółce. Obawy rosną.
I nie miej tu dobrego psa, gospodarzu!
Pioter opowiada, że kiedyś w starej stodole na obecnej naszej posesji gnieździły się tchórze, robiły spore szkody, zanim je zdołano ubić. Poza tym dawno już tego nie było. Lisy również nie zaglądały tu od wielu lat. Głównym kłopotem były jastrzębie. Tych w tym roku jakoś nie widać (tfu, odpukać w niemalowane), i znienacka teraz atak czworonożnych drapieżców.
Zauważam, że lepsza w gonieniu dzikiego zwierza jest nasza mniejsza suka-kundelek. Robi najwięcej hałasu i śmiało biegnie między drzewa. Kola szczeka owszem w powietrze, ale nie postrzega wizyt małych zwierząt jako zagrożenia i rusza się bez refleksu.
Natomiast pasjami poluje na szczura w drewutni i wykopała już tam wielką jamę. Potrafi czatować na niego godzinami, zapominając o jedzeniu i piciu. Zabijając szczury przegryza im kark i porzuca je. Potrafi w ten sam sposób unieszkodliwiać także szerszenie!

11 maja 2010

Mokry maj

Owies wschodzi! Przybywa nowa zabawa z kozami. Trzeba kontrolować stado, aby nie wydeptywały pola. Zwłaszcza skore są do tego maluchy. Mokra trawa przed południem sprawia, że zjadają właśnie pojedyncze liście traw i zbóż z największym smakiem.
Na dokładkę białasy mają biegunkę. Wciąż dosypujemy im świeżej słomy do boksu, dostają więcej siana, niż reszta, także myjemy im wymiona, co znoszą bardzo nerwowo. Ot, kłopot. Kolorowe kozy są odporniejsze pod każdym względem. Nawet przy tak mokrym codziennym wypasie robią eleganckie suche bobki bez problemu.

Ania wstała wczoraj o świcie, w ulewę, i pojechała razem z Mikołajostwem na targ do Kleszczel. Staruszkowie kupili 2 prosiaczki (za 300 zł), a Ania sadzonki pomidorów (po 1 zł). Nie było ich raptem 40 minut. Nasi sąsiedzi spotkali znajomego sprzedającego i nie przebierali długo w prosiętach.
Mikołaj trzyma wieprzki przez rok. Będą na przyszłoroczne święta.

Koło południa powstał raban. Kogut wszczął alarm. Wyskoczyłam na taras. Lis! Bliziutko koło domu. Psy pognały go z wielkim szczekaniem daleko w las. Czyli już wiadomo, jak zginęła czarna nioska...

Kończymy tunel. Wiszą już jedne drzwiczki, drugie i trzecie są już odmierzone. W inspekcie niedługo będzie sałata do jedzenia (sadzonki mamy od pani z Opaki, bardzo żywotne).
Komarów z dnia na dzień od zatrzęsienia! Tarasowanie niestety już nie wchodzi w grę. Skończył się też spokojny sen, bo nie sposób ustrzec się przed dostaniem się do mieszkania tych krwiopijczyń. Po francusku komar nazywa się cousin, tak samo jak kuzyn. Krewniak, pokrewny. Ech, z takimi siostrami krwi!

25 marca 2010

Lisie podchody

Pamiętam początek naszej małej (na razie) hodowli kur. Zaczęła się jeszcze w dawnej chacie kilka wsi stąd. Ania kupiła na targu 5 wyrośniętych kokoszek i w gratisie dostała kulawego koguta, który wyglądał tak, jakby miał zaraz zdechnąć. Sprzedawca zwijał już majdan na targu i to były wręcz ostatnie poprzebierane sztuki. Przywiozła toto dumnie w pudle i wypuściła do garażu, bo jeszcze nawet kurnika nie było (w ciągu kilku dni postawiłyśmy go same ze starych wrót od zawalonej stodoły i kilku belek). Sypnęłam im ziarna. Kury chodziły między ziarnami jak głupie. "Może resztki z obiadu im zasmakują" - pomyślałam i przyniosłam jakieś gnioty kartoflane w starym garnku. Wszystko rzeczy, za które normalne kury dusze by oddały. I... nic. Kury krążyły po garażu, przyglądały się nowej sytuacji, pogdakiwały do siebie i srały beztrosko na jedzenie. "Zgłodnieją, to zmądrzeją" - stwierdziłam w końcu zniecierpliwiona i miałam rację.
Odkryły co się robi z ziarnem i innymi kurzymi smakołykami dopiero na trzeci dzień, już mocno wygłodniałe! Od tej pory nigdy tej sztuki nie zapomniały.
Kiedy już jadły i miały gdzie spać pojawił się nowy problem. Zaczęły się rozłazić, buszować po pobliskim lesie i polu i kusić zły los. Nie miały kompletnie instynktu obronnego i nie były świadome niebezpieczeństwa dopóki jedna z kur nie została zaatakowana raz przez dziką kotkę mieszkającą w lesie (matkę Łacia nota bene), a drugi raz przez jastrzębia, wtedy skutecznie. Kiedy jeszcze jedna zginęła pod dziobem latającego "bandyty", w kogucie (który przeżył i zaczął nabierać siły) obudził się instynkt i kury zaczęły odtąd bacznie obserwować niebo i krzaki.
Następnego roku czarna kura wyprowadziła 5 kurcząt. Niestety, za późno zauważyłam, że kwocze (myślałam najpierw, że zwariowała albo, że dostała ptasiej grypy) i uzbierałam jedynie 7 jaj, żeby jej podłożyć.
Kwoka genialnie opiekowała się dzieciakami i nauczyła je sygnałów ostrzegawczych, grzebać w ziemi i rozróżniać symptomy niebezpieczeństwa.
Niestety, już w następnym roku nie chciała usiąść. A reszcie niosek nie przychodziło to nawet do głowy. Tego roku rządził już drugi kogut, bo poprzedni padł w pojedynku z gąsiorem i ledwie żywy trafił na pieniek, a potem do rosołu.
Na szczęście zakwokała ("zakoktała", jak mówią tubylcy) kura, też czarna, naszej obecnej sąsiadki, i pani Wiera bardzo chętnie podłożyła jej nasze jaja, w liczbie 17. Dzięki temu nie musiała kwoce wybijać z głowy siadania, co czasem drastyczne jest i nawet bywa, kończy się śmiercią z przerażenia nurzanej w wodzie kury (celem terapii szokowej).
Wylęgły się dokładnie w dniu naszej przeprowadzki do Kresowej Zagrody. 15 małych żółciutkich kurcząt.
Do tego roku niewiele z nich przeżyło. Kilka. Reszta padła od wypadków i jastrzębia. To wielki problem dla wszystkich hodowców ze wsi. Mieszkamy wśród lasów, tak było, jest i będzie.
Ale o czym to ja chciałam?
A, o kurzym instynkcie samoobrony.
Wczoraj wczesnym popołudniem znów wywołał mnie na dwór nagły alarm koguta. Wypuściłam psy, które już wiedzą, że gdy kogut tak właśnie krzyczy (a nie inaczej) to trzeba bronić stada. Do tej pory zagrożeniem były jastrzębie, dlatego Kola zaczęła z miejsca biegać dookoła szczekając w górę na postrach. Kogut darł się tak długo, że zaalarmował pół wsi i już po chwili z czterech gospodarstw podnosił się koguci alarm. "Kryj się, kryj się, złe, złe!".
Dopiero po chwili zorientowałam się gdzie i co. Przyszła sąsiadka, już z dala opowiadając, że moje kury poszły się paść na Górę po drugiej stronie drogi i tam właśnie pojawiło się "coś żółtego", co uciekło w las, gdy krzyknęła.
- Kurdę, lis. Robi teraz podchody od innej strony...
Zabrałam psy i obeszłam dokładnie Górę, rozglądając się za jakimiś śladami lisiej jatki. Jednak nic nie znalazłam, a odliczone później kury pokazały stan podstawowy bez zmian. Dziewięć. Tylko drugi kogut, który doznał "bliskiego spotkania" przez kilkanaście minut odpoczywał po szoku, siedząc po prostu na ziemi jak gęś (co się kurom rzadko zdarza, chyba, że się wygrzewają w piasku).

23 marca 2010

Kot bojowy czyli Czarna-Dzika


Kicia ma już 4 lata. Jest naszym pierwszym "kresowym" kotem. Nastała po śmierci dwóch kotek, przywiezionych jeszcze z Warszawy (jedna z nich zdechła ze starości, druga zaginęła bezpowrotnie w lesie). Dostałam ją od naszych sąsiadów w poprzedniej wiosce. Kicia od początku jest wybitnie łowna, bez porównania z miejskimi kotami. Do domu nie ma prawa zajrzeć żaden gryzoń.
Wychowała 3 razy potomstwo. Okazując wiele instynktu macierzyńskiego. Nauczyła także swoje dzieci łowić myszy.
Od kilku miesięcy jest wysterylizowana. W domu są jeszcze 2 kocury, Łacio (tata) i Jasiek (syn), trzeba było. Trochę obawiałam się, że po zabiegu jej łowność zmniejszy się, ale nie. Mało tego, pozostała również "bojowość".
Kicia, od kiedy została pierwszy raz matką zaczęła bronić chaty niczym "kot bojowy". Przede wszystkim przed obcymi psami zachodzącymi w celach towarzyskich do naszych suk.
Wyglądało to tak: Kicia pozostawiała dzieci pod naszą opieką w domu i prawie cały czas spędzała na zewnątrz, siedząc na progu chaty albo gdzieś blisko. Jeśli na horyzoncie pokazał się jakikolwiek kundel zrywała się i wybiegała ku niemu jak rakieta z podniesionym sztywno ogonem. Ogon ma długi i cienki, ale wtedy jeżyła sierść na nim tak efektownie, że nagle, gdy tak biegła sprawiała wrażenie co najmniej dwukrotnie większej. Do tego w oczach morderczy błysk szalonej samicy, gotowej zginąć, a nie poddać się. I głos imitujący ryk tygrysa.
Żaden pies tego nie mógł wytrzymać. Każdy z piskiem strachu uciekał gdzie pieprz rośnie, z podkulonym ogonem. Każdy, mówię, niezależnie od wielkości, a bywały u nas całkiem spore wiejskie brytany.
Wspominam o tym, bo właśnie przedwczoraj wieczorem Kicia udowodniła, że nadal jest bojową kocicą, ba! czarną panterą!
Było już całkiem ciemno, gdy rozległ się jej okropny i straszliwy koci okrzyk wojenny w pobliżu tarasu, w gęstwinie akacjowej. Wyskoczyłam na dwór, wołając koty. Po chwili pojawiła się Kicia ze swoim przybocznym, Jaśkiem. Zjeżony stojący ogon i zapalone oczy świadczyły, że jest w ogniu walki obronnej.
Tylko przed czym? Tego nie udało mi się ustalić. W krzakach, wśród drzew trwała całkowita cisza. Gdyby był to pies na pewno słychać byłoby odgłos ucieczki, łamanych patyków, skowyt. A tu nic.

Wczoraj chyba wyjaśniło się kim jest ów nieproszony gość.
Około południa wywołał mnie na taras krzyk koguta. Znam to nagłe paniczne rozgdakanie. Kogut w ten sposób daje sygnał wszystkim swoim żonom, aby ukryły się przed drapieżnikiem.
Na moich oczach wyskoczył spośród bezlistnych jeszcze badyli rosnących koło przydomowego jawora - lis.
Natychmiast poszczułam go psami i uciekł w głąb lasu. Ale... trzeba się liczyć z jego niebezpieczeństwem dla drobiu. Kury w tej chwili najczęściej żerują w lesie (który zaczyna się tuż za chatą) i dopóki nie skończymy ogrodzenia tak niestety będzie.
Dobrze, że są psy. Oby to coś pomogło.