Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pionierstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pionierstwo. Pokaż wszystkie posty

13 kwietnia 2023

Między Wielkanocą a Wielkanocą

Wraz z Wielkanocą ustąpiły wschodnie chłody i aura zrobiła się cieplejsza. Zleciały masowo bociany i już zniosły i wysiadują jaja. Dość często wychyla się słońce, ale nawet gdy go nie ma, jest ogólnie milsze powietrze, noce ciepłe, sprzyjające wzrostowi traw i sporo wilgoci, bo pada co jakiś czas, wzmacniając wiosenne zasiewy.

Na wiosce oczywiście panuje wielki tydzień i sąsiedzi są przed świętami, ale już czuć wzmożoną energię czynu. Słychać traktory, warkot tnącej piły. Ruszają powolutku krzewy owocowe, maliny i drzewka posadzone rok temu. Szparag jest już w ziemi. Kwitnie żółto forsycja pod oknem i pojawiły się pierwsze cytrynki.

Anna rżnie piłą zalegające drewno i zwozimy je stopniowo taczką, by ułożyć w ścianki pod okapem paszarni. Lubię te codzienne fizyczne czynności, bo czuję jak mi się "ciało zastało" przez zimę i rozruch jest pozytywny, krew szybciej krąży i oczyszcza, wiadomo.
Kozy z dziećmi codziennie wychodzą na kilka godzin na kaczy dołek, gdzie zjadają siano. Trawy jeszcze za mało, aby je wypasać. 
Indyki mają się ku sobie i czekamy na pierwsze jaja, bo widać że się Zdzicho stara.
Cztery nowo kupione półroczne kurki już się zaaklimatyzowały i zgrały ze stadem. Stare nioski ruszyły z jajami, jest ich cztery, codziennie znajduję dwa jaja. Ziarnko do ziarnka. Jest już tego trochę.

Właśnie zjadłyśmy ostatnią dynię z zapasów, ale są już pierwsze, niewielkie jeszcze zbiory ogrodnicze, liście wyrosłe z pozostawionych na jesieni pędów. Pakczoj, jarmuż, szpinak, pietruszka, szczypior. Albo duszę je na patelni z domieszką mleka lub sera, albo dodaję do zup warzywnych, które najczęściej zjadamy na obiad. Przekonałam się do jedzenia zup głównie ze względów zdrowotnych, bardzo zmniejszyły się moje okresowe kamicowe dolegliwości, jak sądzę, dzięki temu. Jakoś na razie nie chcę sprawdzać jak się ma alergia, bo może też się zmniejszyła. Po prostu przywykłam do niejedzenia chleba i wypieków oraz grochu i fasoli. Niech tak będzie. Do tego to oszczędny i doskonały sposób na zużytkowanie darów natury, a większość składników w takim posiłku pochodzi z gospodarstwa.

Uporządkowałyśmy bałagan zalegający na tarasie i wróciły wieczorne posiadówy na rozkładanych krzesłach przy śpiewie wiosennych ptaków i z psami u stóp. Z kubkiem kakao albo szklaneczką rozcieńczonego domowego cydru jabłkowego w ręku. Trudno opisać przyjemność takiego odpoczynku po pracowicie spędzonym dniu.
Tymczasem czytam, że szaleni naukowcy zachęcają do zapisywania danych cyfrowych swych starszych krewnych, aby młodsi mogli, gdy zostanie wdrożona super-technologia, cieszyć się krewnymi w wiecznym wirtualnym świecie, zapisanym w komputerze. Do lasu ich wysłać-by, do uprawy ziemi, do kontaktu ze zwierzętami! tych szaleńców. Bo marzy im się istny koszmar, bez cudów przyrody, bez duszy, namalowany cienką kreską sztucznej inteligencji, bezzapachowy i niesmaczny, choć oczywiście zmysły dadzą się technologicznie oszukać. Na jakiś czas. Potem już tylko wieczność piekielna, gdy śmierć od człowieka ucieknie i bezsilne zgrzytanie zębów. Nie dopuść do tego, Boże!

17 października 2022

Naturalny nadruk

Pośród ostatnich zbiorów i przetwarzań Anna wpadła w objęcia nowego hobby. Jakiś czas temu musiała, ze względu na projekty w domu kultury, wrócić do sitodruku. Co obudziło w niej dawne zamiłowania poligrafa. Z tego powodu zaliczyła w tym roku odpowiednie kursy, aby się dokształcić. Jeden w temacie druku na ceramice. I ostatnio - sztuki zwanej ekoprintem. Oznacza to drukowanie liśćmi na tkaninie. Nie tylko liśćmi, bo kolory można uzyskać z różnych przypraw, typu kurkuma czy papryka. Wciągnęło ją. 

Na kuchnię powędrował wyciągnięty z piwnicy wielki kocioł, służący do farbowania. A szanowna artystka buszuje po krzakach wszędy i owędy, aby najbardziej farbujące liście odnaleźć i jeszcze przed zimą wykorzystać, opanowując nowe rzemiosło. Ponoć najefektowniej wychodzi liść sumaka.

Rezultaty może są jeszcze dyskusyjne, ot, pierwsze próby, ale popatrzcie sami.


Osobiście widzę tu świetny biznes preppersowski, koszulki maskujące dla buszujących w lesie.

Ewentualnie pamiątka z Puszczy.


Osobiście, przyzwyczajam się dopiero do tego kanonu piękna. Choć bycie niewidzialnym na tle lasu, który mnie otacza, jest bezwzględnie w moim guście.

To co powyżej oddaje możliwości nadruku przez naturalne zabarwienie liści jesiennych. Na wiosnę będzie nowa przygoda i nowa jakość kolorystyczna.

6 czerwca 2022

Leśny park czyli Chrust+

Czuć w powietrzu, jak planiści wibrują i mózgi im trzeszczą, aby nam życie zrewolucjonizować i system uzdatnić albo zacieśnić, na dwoje babka wróżyła. Wyobrażam sobie, że istnieją tacy pomysłowi scenarzyści, zaopatrzeni w najnowocześniejszy sprzęt komputerowy, łącza i statystyki wszelkiego rodzaju, tudzież mądrzejącą z sekundy na sekundę sztuczną inteligencję, wsadzeni do wielkiej sali z kolumnami, z ogromnym telebimem na każdej ścianie i grają ze sobą grupami w najlepsze scenariusze. Komputer wybiera któryś, a gdy akcja posunie się do takiej niemożliwości, że scenariusz utyka na amen, wchodzi inna grupa ze swoim pomysłem i tak to idzie do przodu, gdzieś nad naszymi przyziemnymi głowami. W końcu, gdy zostanie ustalony wspólny i najbardziej pojemny scenariusz, rządzący dostają wiadomość przez czarny ebonitowy starodawny telefon bez podsłuchu, czego mają się trzymać. I na razie trzymają się.

Ponieważ w Polsce wchodzi scenariusz pt. Chrust+ , muszę stwierdzić, że wyprzedzam epokę o prawie 20 lat. Gdy to żem ze stolicy zjechała do lasu, aby życia u podstaw zaznawać i upajać się nim, z siekierką w ręku. Pchnęłam zatem wczoraj Annę do zrobienia stosownych zdjęć poglądowych, i oto prezentuję czarno na białym, jak można przejść rewolucję paliwowo-energetyczną zimy się nie bojąc. I żeby blog na czasie był i rękę na pulsie zmian trzymać.

Oto chrust. Kupa chrustu. Chrust to podstawa. Zbiera się go w lesie z ziemi, bo sam opada sposobem naturalnym, bowiem drzewa co rusz go z siebie zrzucają. Najgoręcej i najszybciej pali się rzecz jasna chrust sosnowy. Potem brzozowy. Ów chrust po przybyciu na podwórze nie musi leżeć, aby dostać się do pieca i dać z siebie ogień, a z nim obiad czy zaparzoną kawę. Najlepszy jest dla niego piec kaflowy, płytą zwany, ale oczywiście żelazna koza również się nada. A i nawet siekiery nie potrzebuje, bo się daje w rękach łatwo połamać.

Jednak są jeszcze gałęzie, tzw. gałęziówka, która pozostaje po pracy drwali przy wycince leśnej. Ową gałęziówkę pozyskują zwykli ludzie za pewien grosik, tzw. asygnatę, którą się płaci już po zgromadzeniu potrzebnej ilości przed zwózką na podwórze. Leśniczy mierzy i oblicza wartość składowiska, po czym inkasuje stosowną opłatę. Oj, symboliczną już teraz, gdy się porówna z ceną węgla, miału, brykiet czy gazu.
My z takiej gałęziówki korzystamy prawie co roku, gdy tylko w pobliżu jakaś działka leśna idzie pod wyczes. Anna robi to sama, czasem z pomocą pomagiera, gdy trzeba grubsze lub dłuższe gałęzie spomiędzy drzew wyciągnąć na przydroże. Poza tym odpady chrustowe ładuje za pozwoleniem pańskim oczywiście, na przyczepkę i zwozi wiosną, jesienią, kiedy może na podwórze. Po co? Ano służą za przysmak kozom, spragnionym wtedy zielonego i witamin. Kozy okorowują dokładnie taki chrust, co sprawia że dużo szybciej wysycha i nadaje się do porąbania i do pieca. Głównie pod płytę kuchenną, choć grubsze kawałki z powodzeniem potrafią rozgrzać piec kaflowy, ścianowym u nas zwany, bez konieczności rąbania grubych pni.

Grubsze gałęzie i tzw. czuby drzewne rąbie się siekierą lub tnie piłą na mniejsze, składuje w drewutni albo pod ścianami, gdzie schną na wietrze i słońcu, by na zimę trafić do pieca c.o., którego chrustem raczej nie napalisz. Tzn. pewnie by ten co mamy (piecokuchnią zwany) i chrust spokojnie łyknął, ale komu się będzie chciało stać przy piecu godzinami i dokładać stale owe patyczki, by w domu ciepło utrzymać?

Poniżej, o, widać już pocięte i ułożone szczapy, które nam nasz stary klon w tym roku podarował, zrzucając kilka konarów. Najgrubsze są tak twarde, że trzeba albo klinem je łupać, albo ławeczki z nich porobić i poczekać, acz struchleją z czasem. Niektóre dadzą się wrzucić w całości do pieca c.o., a taki kawałek pali się długo i pracowicie, i przez 3 godziny można o dokładaniu nie myśleć.


Takie zabezpieczenie, robione systematycznie co roku pozwala mieć zawsze gotowy zapas wysuszonego odpowiednio drewna (tylko duraki mokrym palą, jak mówią u nas na wiosce) przynajmniej z rocznym, jeśli nie dwuletnim wyprzedzeniem.
Mnie już wieści z Polski dochodzą od ziomków, że zduni się znowu pojawili i furorę robią u co bogatszych. Biedni niech też się cieszą, bo fucha zbierania patyków w lesie również może być opłacalna. Jak mi opowiadał dziadek, przed wojną "las wyglądał jak park, tak był wyczyszczony przez zbieraczy chrustu". Można go było w wiązkach kupić nawet na targu albo zamówić z dowozem od chłopa mieszkającego przy lesie. Staruszkowie, nie mający wtedy emerytury, też się tym parali, na wyścigi z liczną wygłodzoną bosonogą dzieciarnią. Idą nowe czasy, oby z korzyścią dla parków!

30 stycznia 2021

Zimowy surwiwal domowy, czyli awaria prądu

Pierwszego dnia, czyli 25 stycznia w poniedziałek sypało cała noc i dzień. Wieczorem najpierw przestała lecieć woda z kranu. Wkrótce zgasło światło. Po kilku godzinach na szczęście wróciła woda.

Następną noc z poniedziałku na wtorek sypało dalej w zupełnej ciszy wielkimi wilgotnymi płatami śniegu. Kot wychodził na siku i zaraz wracał, zestresowany, kilka razy w ciągu nocy. Wreszcie rano zaryzykował pobiec przez śnieg do swojej tajemnej norki i zaraz wrócił, waląc z hukiem w drzwi, żeby go wpuścić. Cały mokry.
Noc wydawała się jasna, mimo braku oświetlenia drogowej lampy i zachmurzonego nieba, na którym nie było widać księżyca. Śnieg świecił.

Rano okazało się, że napadało śniegu po kolana. Kiedy brnie się w kaloszach przez niego, nasypuje się do środka. I wciąż pada. Odkryłyśmy, że złamała się stara jabłoń w sadzie. Na szczęście nie uszkadzając ogrodzenia. Przekopałyśmy ścieżki i dojścia do miejsc priorytetowych, obory, kurnika, stodółki, drewutni, paszarni, ziemianki i w końcu uruchomiłyśmy bramę. Pracując szuflą plastikową wciąż spadającą z rękojeści, drugą szuflą metalową, też już starą i powyginaną, trochę szpadlem w miejscach zamarzniętych, przy furtkach.
Wieczór przy kagankach, spędzony na rozmowie i opowieściach. W ruch poszły trochę karty tarota.

Środa: odśnieżania ciąg dalszy. Na podwórzu pojawiły się góry i wąwozy. Droga wiejska jest odśnieżona przez spychacz gminny, nawet ta boczna przy lesie. Można wyjechać do sklepu, choć akurat nie potrzebujemy.

Zawartość zamrażarki pozostaje na miejscu. Mimo, że głos sztucznej inteligencji w telefonie pod numerem elektrowni ogłasza, że prąd będzie dopiero jutro o 14.00. Na dworze temperatura bliska zera stopni, więc wyciąganie zawartości mogłoby jej jedynie na tym etapie zaszkodzić. Wyciągnęłam tylko zapasy z podręcznej zamrażarki w lodówce kuchennej i w garnku wystawiłam na taras. Część mięsa poszła na obiad, a rozmrożone podroby dla zwierząt usmażyłam.
Znów wieczór przy rozmowie, cydrze i kartach. Tym razem rozpytywałyśmy o sprawy ogólne, polskie czy światowe lub gospodarcze. Wychodzi na to, że będzie wszczęta kolejna panika związana z zarazą i pojawi się nowa mutacja wirusa.

Czwartek: opady ustały, temperatura zerowa. Wyszło słońce, więc wypuściłam ptaki z kurnika, aby rozprostowały skrzydła. Mocno zdumione zmianą scenerii. Dokarmiam dzikie ptaki słoniną i ziarnem. Na śliwie przy tarasie pojawiają się sójki, potem o stałej porze zaglądają sikorki bogatki.


Przeszłyśmy się do ula, aby odgarnąć pszczołom śnieg z otworu wentylacyjnego i odkryłyśmy, że oprócz jabłoni w sadzie jeszcze dwa drzewa na kaczym dołku runęły, złamane w połowie tak, że ogrodzenie wciąż stoi. Ale wszystko się jeszcze może zdarzyć przy obcinaniu złamanych gałęzi. Na szczęście gałęzie nie zablokowały drogi. Trzeba będzie na wiosnę wynająć do tego ekipę.
Sztuczna inteligencja monotonnym głosem przedłuża godziny awarii z 14.00 na 22. Wieczór przy grzańcu, bo dobrałyśmy się do wina gronowego, bardzo jeszcze słabego, ale smacznego. Odcedziłam wsad owoców, które pójdą na ocet winny.

 

Nie palę w c.o. ze względu na pełną produktów zamrażarkę stojącą w najchłodniejszym pokoju, aby wydłużyć czas zamrożenia do maksimum. Nie dlatego, że piec bez prądu nie zadziała, bo działa tak i tak. Za to zamknąwszy drzwi do jadalnego i odciąwszy nową połowę domu, używamy starą część, która w ten sposób daje się łatwiej ogrzać tradycyjnym sposobem. Palę pod płytą kuchenną, przy okazji ogrzewając ściankę kaflową między kuchnią, a pokojem. Ciepła w zupełności wystarcza, gdy Anna rano pali w ścianowym, aby operację powtórzyć wieczorem. Zatem stoi na kuchni czajnik z wrzątkiem i garnek z przyprawionym korzeniami winem, dokładam dość długo, i tak spędzamy czas. Przy płomykach maleńkich świeczek zapachowych.

Piątek: Anna znów odkuła szpadlem bramę, aby móc wyjechać w ważnych sprawach do gminy. Przy okazji wzięła ze sobą młynek, aby zmielić kawę u znajomych, bo w domu mielona już się skończyła. Zamrażarka jakimś cudem jeszcze trzyma niską temperaturę. Spędziłam wieczór w ciemnościach ostatniej świeczki, nieco dumając nad kartami. W dzień, gdy było słońce czytałam 4 tom „Krajobrazów duszy” Jarosława Bzomy i trochę mnie wciągnęło w wewnętrzne światy.
Sztuczna inteligencja znów nie dotrzymała słowa. O 22 była dalej ciemność. Anna wróciła podreperowana ze świata elektrycznej cywilizacji. Wypiłam małą czarną przed snem, jak nigdy.

Sobota: Od rana nosiło Annę. Znów zaczęło prószyć z nieba, a ona ma terminowe dokumenty do wysłania. Zadzwoniła z samego rana nie na infolinię, tylko do konsultanta i zgłosiła awarię na wiosce, bo w zestawie recytowanym przez sztuczną inteligencję zginęła jej nazwa, a wciąż trwał brak energii. Konsultant przyjął, i po jakimś czasie okazało się, że nasza wieś zaczęła być wymieniana na liście do naprawy. Padła obietnica, że już o 9.30 się skończy. Po obrządku, o 9.40 zadzwoniła do sołtyski z pytaniem, czy może u niej jest światło i tylko u nas coś nie tak. I w tym momencie włączyli.
- No, widzisz? Gdybyś zadzwoniła do niej wcześniej, już byśmy dawno miały światło! - zaśmiałam się.

Powalczyłyśmy z obiema lodówkami. Wkład w zamrażarce zachował twardość głębokiego zamrożenia, ale uznałam, że sprzęt trzeba rozmrozić i umyć. Mrożonki w skrzynkach trafiły na taras, gdzie było kilka stopni na minusie. Lód w zamrażarce był jeszcze twardy, mleko i twaróg zamrożone na kamień, podobnie mięso. Jedynie warzywa nieco zmiękły, ale fasolka zaraz trafiła do garnka, a inne na patelnię do chińszczyzny. Zamrożenie wytrzymało 5 dób! I pewnie jeszcze utrzymałoby się ze dwie. Zapewne w lecie nie byłoby tak łatwo i długo, instrukcja mówi o 16 godzinach gwarantowanych dla utrzymania zamrożenia, które można zwiększyć jeszcze o kilka, trzymając w środku wkłady do lodówki samochodowej, co robimy stale. Umyłam obie lodówki, wytarłam wnętrza i stopniowo zapełniamy zamrażarkę, uzupełniając wkład o kilkanaście kilogramów artykułów co kilka godzin. Teraz szukamy w internetowych sklepach szufli do odśnieżania, bo w okolicznym sklepie wszystkie wykupione, a dostawy są jedynie we wtorki.

20 września 2020

Placek z kapustą czyli okonomiyaki po polsku

Kapusta nam od lat nie wychodzi, wiadomo dlaczego - motylki. Białe, plenne. Ich potomstwo w postaci zielonych gąsieniczek szybko robi dziury w liściach i główki nie chcą się zawiązać. Należałoby roślinki w porę nakryć jakąś osłonką, ale zawsze przeoczamy ten moment. W tym roku eksperyment znów się nie udał, choć gąsieniczki szybko znalazły się w brzuszkach wiecznie głodnych kurczaków, to liście zjadły kozy, bo były zbyt dziurawe. Nieco lepiej mają się kalarepki w dużym tunelu, ale akurat to nie mój przysmak. Najwięcej... kozi. 

Za to świetnie udaje się pakczoj (pak choi). Jak pisze Wikipedia jest to rodzaj dzikiej chińskiej kapustki, której liście można śmiało zjadać także w postaci sałatek. Ponieważ udało się kilka główek po raz drugi teraz, na jesień wyhodować i nie były niczym zarażone, ani nadgryzione, poszukałam dla nich zastosowania.

Przebadałam internet i natchnął mnie przepis na japońskie placki z kapustą, nazywane Okonomiyaki. Oczywiście nie miałam japońskich składników, więc je zmieniłam, wykorzystałam zastępcze, posiadane, z ogródka i domowej roboty, zaś ze sztucznego dodatku glutaminiowych chipsów po prostu zrezygnowałam. Oto co wyszło:

Okonomiyaki po polsku

Składniki:

2 średnie główki pak choi (lub jedna duża, w oryginalnym przepisie to kapusta włoska, lub pekińska)
1 szklanka mąki (jako osoba bezglutenowa użyłam mąki ryżowej plus 3 łyżki ziemniaczanej)
1/2 szklanki mleka (może być podkwaszone, ja użyłam koziego jogurtu)
2 jajka (użyłam indyczego do ciasta i kurzego na wierzch)
kilka plastrów cienko pokrojonej słoniny (oryginalnie boczku)
1 średnia cebula
1 łyżka masła
sól, pieprz i koniecznie zioła ułatwiające trawienie kapusty (np. majeranek, oregano, bazylia, kumin)
tłuszcz do smażenia

Najpierw przyrządza się ciasto naleśnikowe, właściwie klasycznie. Mieszając mąkę, mleko i jajo do wiadomej lejącej się konsystencji. Można posolić i dodać przypraw.

Osobno pokroić cebulkę, podsmażyć ją na maśle do żółtego koloru na patelni i na koniec dodać do ciasta.
Pokroić drobno kapustkę i dodać do ciasta. Dobrze całość wymieszać.

Smażyć na gorącym oleju (lub smalcu) dość gruby placek, wielkości kilkunastu centymetrów średnicy, tak, aby dało się go łatwo przewrócić po solidnym zrumienieniu na drugą stronę. Po nałożeniu placka na tłuszcz układamy na jego powierzchni kawałki cienko pokrojonego boczku albo słoniny. One podsmażą się, gdy przewrócimy placek na drugą stronę. 

Klasycznie dla głodomora, który to danie może potraktować jako sycący obiad, Japończycy kładą na placku wyciągniętym na talerz i polanym sosem jeszcze jajo sadzone. To już do wyboru własnego. Dla mnie okazała się to przesada.

Oczywiście nie mając japońskiego sosu zastosowałam z powodzeniem sos słodko-kwaśny, niedawno zrobiony w dużym zapasie zimowym. Można też na jaju wierzchnim dać kapkę majonezu. Wyszło pysznie.

Podana proporcja starczyła na dwa placki i naprawdę syty obiad dla dwóch osób. Jako dodatek posłużyły polskie kiszone ogórki i kubeczek jogurtu na popitkę.

28 lipca 2020

Zrywanie ogórka

Doroczny festiwal muzyki folkowej w Czeremsze, czyli naszej gminie, odbył się, acz był bardziej dostępny online, niż na żywo. Liczba widzów ograniczona przepisami i koniecznością zachowania odstępów. Nie miałam możliwości uczestniczyć, bo pilnowałam gospodarstwa pod nieobecność Anny, która prowadziła w niedzielę warsztaty ceramiczne. Ale coś tam obejrzałam z koncertów nadawanych przez FB, a także z kilkoma osobami dane mi było spotkać się i porozmawiać mimo wszystko.
Rozmowy w tym roku były dla mnie ciekawe, wszyscy mają jakiś swój ogląd świata i jego wydarzeń, z różnych perspektyw, zależnych od sytuacji indywidualnej. A gdy się mieszka na dalekiej wiosce i wie tyle, co zje, to tym ważniejsze doświadczenie.
Odjechał Jerzy, dzisiaj Adam, i mam dzień powrotu do swego zwykłego stanu świadomości. Cisza i spokój... po rozmowach, opowieściach, wrażeniach konkluzja taka, że jednak życie dobrze mnie poprowadziło, w najlepszą stronę z możliwych. I nawet jeśli coś by się zmieniło na gorzej, to i tak jestem naprawdę szczęśliwa, że podjęłam taką, a nie inną decyzję wyprowadzki z miasta, osiedlenia się, rodzaju życia i pracy. Ech...

Anna zaś wróciła do swego tunelu, swych zasiewów i zbiorów.


Ogórki plonują. Ponoć nie wszystkim się w tym roku udały, nie wzeszły, albo wzeszły późno, są małe i dopiero kwitną. Podgryzają je ślimaki, albo pada na nie zaraza. Tym bardziej jest dumna z pierwszego ogrodniczego sukcesu. Ponieważ studiowała swego czasu ogrodnictwo na SGGW w Warszawie, skorzystanie z dawnej wiedzy i własnoręczne jej wypróbowanie w praktyce daje jej mnóstwo radości. Mówi teraz ogrodniczym żargonem. Na przykład idzie do ogórka, zbiera ogórka, kisi ogórek (a nie ogórki), z czego się podśmiewam nieustannie.


Co kilka dni wczesnym rankiem, właściwie skoro świt, aby uniknąć upału, zbiera okazy zamówionej przez znajomych wielkości, przeważnie niedużej, zdatnej do kiszenia i konserwowania, choć i sałatkowe również.
Nadeszły upały i cieplejsze noce, wbrew powiedzeniu o świętej Hance, co sprawia, że ogórek ruszył i przez jakiś czas będzie go "trochę dużo".

Co do pomidorów zaczynają się, ale w jednym tunelu i na grządce złapały zarazę. Będzie mniej, niż w założeniu, ale trudno. Dla nas starczy.
Dojrzewa też papryka różnego rodzaju.
Cukinia wpada często do garnka.
Porzeczki zerwane, czarne niestety bardzo słabo obrodziły, ale białe i czerwone i owszem. Zrobiłam kilkanaście słoiczków dżemu i galaretki, nastawiłam balon wina.
Także kiszę ogórka, robię sałatki. Naprawdę jest co robić.
Tymczasem zaczynają się pierwsze spady jabłek. Na razie kozy je zjadają, ale trzeba się przygotować na kolejny przerób tego, co daje Matka Ziemia.

21 lutego 2020

Bezglutenowe pączki serowe

Po raz pierwszy w życiu usmażyłam wczoraj pączki. Zawsze to było dzieło mamy, ciotek, albo siostry. Od prawie 7 lat jestem na diecie bezglutenowej i tyle samo nie jadłam pączków. Pewnie dlatego, gdy uświadomiłam sobie po południu, że właśnie mija Tłusty Czwartek, dostałam kopa motywacyjnego. I wyszły, szybko, sprawnie, nader smaczne, kruche i delikatne. Były przepyszne, bez żadnego dziwnego posmaku innej mąki, niż pszenna.
Uwieczniłam resztkę, bo błyskawicznie znikły. Nie utyłam po nich, ale spuchłam z dumy, i owszem. 


Oto przepis:

Bezglutenowe pączki serowe.


Składniki:
Szklanka mąki bezglutenowej, sprawdziła mi się wyśmienicie mieszanka: 1/3 mąki ziemniaczanej, 1/3 mąki kukurydzianej i 1/3 mąki ryżowej.
2 jajka
200 gramów twarogu koziego (mam jeszcze końcówkę zapasów zeszłorocznych, przechowanych w zamrażarce, twaróg w ten sposób przechowywany traci swoją konsystencję i z czasem nieco wysycha, ale do różnych potraw typu pierogi, kluski leniwe, awanturka absolutnie się nadaje)
3 łyżeczki cukru
Paczuszka cukru waniliowego
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
Szczypta soli
Cukier puder do posypania
Olej do smażenia

Wykonanie:
Do miski wbijamy jaja, roztrzepujemy, dodajemy pokruszony na drobno twaróg (jeśli jest zbyt suchy można dodać kapkę mleka), dosładzamy wedle upodobania (radzę niewiele), dosypujemy cukier waniliowy, proszek do pieczenia i odrobinę soli, i wszystko ucieramy na gładko. Po czym dodajemy stopniowo mąkę, mieszając ciasto. Gdy składniki się połączą, a ciasto będzie wyrobione i na tyle gęste, by nie traciło kształtu, stawiamy na ogniu wąski rondelek. Lejemy oleju tyle, aby kładzione pączki nie przywierały do dna. Nie są duże, więc i nie trzeba do tego zbyt wiele oleju.
Gdy tłuszcz jest już odpowiednio rozgrzany kładziemy na nim łyżką wybierane ciasto, podobnie jak przy kluskach kładzionych. Maczając przedtem łyżkę w oleju, aby nie przywierało. Smażymy do zrumienienia po każdej stronie, wybieramy łyżką cedzakową na kratkę, aby pączki spokojnie obkapały z tłuszczu (można na talerz wyłożony papierem kuchennym, ale to tylko trochę pomaga). Na koniec posypujemy cukrem pudrem. Gotowe!

Całość przygotowania i smażenia zajęła mi ledwie kwadrans!
Pozostałość oleju użytego do smażenia zlałam do słoiczka i będzie z niego mydło do prania. Nic się nie może zmarnować...

18 maja 2019

Nowalijki

W okolicy ludzie odprawili korowaj na świętego Jurię i deszcz się pojawił, nawet w obfitości. Zimna zośka przeminęła i robi się teraz ciepło, parno i burzowo w planie. Trawa na pastwisku ruszyła, kozy mają większy apetyt, bo dotąd ledwie coś na łące skubnęły już chciały wracać na siano. Pewnie była mało soczysta i niesmaczna.
My zaś stopniowo organizujemy ogródek. Dziś odbył się pierwszy zbiór nowalijek. Anna zebrała szpinak z grządki pod niewielką folijką, w kolejce czekają rzodkiewki. Szczypior też pięknie się prezentuje i jest w stałym użytku. Wyszła miedniczka liści szpinakowych, łodygi także zjadamy, w postaci szejka, zimny i zielony kozi kefirek, mniam!
W ogóle owe nakrycia włókniną albo folią rozciągniętą na pałąkach to świetny pomysł na taką mokrą porę w warzywniku. Roślinki są bezpieczne od nadmiernego zalania i stłuczenia silnym deszczem, czy nie daj Boże gradem.
Poza tym dawno już funkcjonuje spirala ziołowa przy domu, a na niej dorodny lubczyk, żywokost, szczypior i mięta. W tle permakulturowe grządki obornikowe z wysianą dynią, która - mam nadzieję - obrodzi i zakryje nieciekawy widok swoimi szerokimi liśćmi.


Ponadto przez kilka dni montowałyśmy własnoręcznie zakupioną przez internet konstrukcję pod tunel foliowy z rurek aluminiowych, z przeznaczeniem pod pomidory. Nie było to trudne i spokojnie się wszystko udało. Przypomniały mi się czasy dzieciństwa, gdy z pasją budowałam modele samolotów. Dzisiaj okopałam stelaż dookoła, naciągnęłyśmy folię i zasypałam dolne krawędzie ziemią dla zabezpieczenia przed odfrunięciem.
Rzecz gotowa prezentuje się z przodu tak:


A z boku tak:


Kazałam od razu zrobić zdjęcie, bo w prognozie jest burza na wieczór i konstrukcja dopiero przejdzie test wiatrowy. Być może zdjęcia okażą się jedyną pamiątką po jej istnieniu...

Przejrzałam krzewy i drzewa, czarne i czerwone porzeczki zawiązały się pięknie, mniej jest zawiązków śliwek, ale są. Będzie też, jak Bóg pozwoli, trochę jabłek z dwóch czy trzech jabłoni.
Póki co niedawno nastawione wino z kwiatów mniszka lekarskiego miło dla ucha bulgocze w gąsiorze.

12 maja 2019

Grządki

Deszcz zaczął padać, choć nie jest to nic nadzwyczajnego. Ziemia potrzebuje więcej. Niemniej kurz został zmyty, a trawa nie rudzieje. oszczędzamy wciąż jeszcze pastwisko, w nadziei, że jednak ruszy, bo prognozy są dżdżyste na ten tydzień.  Kozy wędrują po okolicznych łączkach, rowach, nieużytkach, oczywiście pod kontrolą, która musi pędzić za nimi nieraz z całych sił. Młodzież rośnie.


Inne zajęcia w gospodarstwie, to ogródek przydomowy. Permakulturowy, dopóki deszcz go solidnie nie zmoczy musi stać nietknięty. Czeka na obsianie dynią, klasycznie. Przydomowy zaś wymaga zabezpieczeń przed drapieznymi kurami, wiadomo. W tym roku używamy po raz pierwszy sposobu podpatrzonego w internecie. Kilka rurek pcv kupionych w sklepie elektrycznym - pierwotnie służą do kabli, wetkniętych odpowiednio (na pręt stalowy zbrojeniowy lub w wersji ekonomicznej na wycięta gałąź leszczyn) i obciągniętych włókniną. Solidnie przyciśniętą na brzegach, aby uniemożliwić odfrunięcie w razie większego wiatru.


Grządki zostały obsiane, roślinki już kiełkują i rosną. Przez folię prześwituje szpinak i szczypiorek. Gleba na niektórych grządkach pozostaje od dwóch trzech lat ta sama, bez specjalnego wzruszania. Na innych została na nowo zasilona dawką obornika, i dobrze nasączona wodą. Taka grządka jest ciepła, dlatego przymrozki, które miały miejsce w naszym regionie przez dwie noce z rzędu nie zrobiły u nas szkody. Może też przez bliskość domu, zakrzaczeń, ogrodzeń.


Podlewanie nadal z kranu, o czym świadczy wąż. 


17 października 2018

Po Sąsiedzku

Nie dlatego, że chcę siać propagandę polityczną przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi, daję ten filmik. O nie! Ale wiem, że czytelnicy mojego bloga ciekawi są otoczenia, w jakim mieszkamy. Oto Sąsiadowi z Polesia udało się w piękny październikowy dzień sfilmować bobrową wieś, z której pochodzi Stiopa. A my mamy w niej łąkę pod samą granicą, o czym można poczytać niejedną historyjkę tutaj.
Filmik uwiecznia podlaską wioskę, jedną z wielu takich, które można spotkać zjeżdżając z głównych dróg. I przyrodę. I poniekąd życie na niej.
Mn.w. w 3.50 minucie mowa jest o Ani z Kresowej. Tak, poświęciła się pewnego wieczoru, aby przewieźć ul pełen pszczół do gospodarstwa Stiopy, zakupiony w dalszej wiosce. Była przygoda, bo pogranicznikom wpadło do głowy, aby ją zatrzymać i kontrolować. Wywiązała się nawet dyskusja, gdy zażądali otwarcia paki, na temat tego, co mogą żądać, o co prosić, a czego nie oczekiwać, względem przepisów prawnych. Pszczoły już zaczynały brzęczeć i kto wie, do czego by mogło dojść, gdyby chłopcy mundurowi uparli się jednak tam zajrzeć... Na także swoje szczęście odstąpili. A potem zaglądała do nich chyba nie raz. ;)

Film "Stefan pokazuje swoją wieś Bobrówkę"...

19 września 2018

Przedwyborcze poruszenie na dole

Wybory samorządowe przed nami. W naszej gminie ferment jak nigdy. Wszyscy ożywieni, poruszeni. Możliwościami, jakie ujawniły się spontanicznie. Były od dawna, ale dopiero teraz jakiś duch zmiany tchnął w głowy ludzi twórczych, ktoś kogoś do kogoś skierował, rzucił pomysł, ktoś go podłapał i szybko się rozkręciło i kręci. Jak to się mawia: ten ma władzę, kto ma media.
Otóż media znalazły się już od dawna gotowe, od lat działające w internecie w postaci prywatnej telewizyjki kręconej internetową kamerką przez Sąsiada z Polesia. Znalazł się kandydat na wójta, sprytny, wygadany i na tyle nie bojący się wystąpień przed publicznością, że to zaczęło mieć ręce i nogi. Spotkali się, a nie powiem w kogo tchnęło.

Sąsiad z Polesia, namiętny politykier i człowiek-legenda internetowa, można rzec człowiek biografii, anarchista i katolik w jednym, absolwent prawa i bywały na Harwardach i salonach ministerialnych emigracyjny ober-śmieciarz, od kilku lat pasie swoje kozy na łąkach wioskowych, ku uciesze albo i zgrzytaniu zębów swych sąsiadów. Urodzony w znaku Barana, niedźwiedź, nie do zagadania i nie do zdarcia, bo walkę na gębę po prostu kocha, (czego inni starannie unikają) wrzuca teraz filmiki, wywiady, wypowiedzi tak samo mieszkańców gminy, jak i własne przemyślenia na swój kanał jutubowy i zaczął się ruch. Zrazu maleńki, jakieś śmieszki, krytyki, oburzenia, zdziwienia, ale widać, że włączają się ludzie, dotąd stojący z boku i obserwujący życie gminy krytycznie, acz w milczeniu. Chodzą słuchy, że dwaj panowie, Stiopa i sąsiad z Polesia wraz z komitetem wyborców, który został wcześniej założony z planem startu w wyborach mają szanse wygrać. Czemu? Bo nikt dotąd nie gadał z ludźmi, mieszkańcami tak jak oni. Żaden z kandydatów na wójta czy radnego nie wychylił się nigdy poza zwyczajowe zbieranie podpisów po domach i grzeczne przedstawienie swej kandydatury.

Wrzucam jeden z przykładowych filmików, aby unaocznić reszcie świata, że w Polsce są oddolne możliwości działania i mobilizowania ludzkiej energii, tylko potrzeba pomysłu, fantazji i chęci rozruszania nas, malkontentów, kręcących się w codziennym trudzie wokół swoich spraw z niewielką nadzieją, a może i brakiem nadziei, że ktoś to doceni.

Przykładowo, wypowiedź Sąsiada z Polesia uświadamiająca pewne prawa obywatelskie zwykłym mieszkańcom:
Samorząd, a dostęp do informacji

6 września 2018

Miażdżenie i tłoczenie

Pogoda jest znośna. Nie za ciepło, nie za zimno. Czasem pada, więc kozy wciąż - także dzięki sadowi - trzymają się pastwiska cały dzień i dają nam w ten sposób czas na inne prace. Bo wciąż walczymy z urodzajem jabłek. Doszły też śliwki, spadające już z drzewek. Będzie kompot i jeszcze trochę powideł.
Anna opracowała metodę przerobu jabłek następującą. Kilka lat temu skuszona propagandą reklamową kupiła elektryczne urządzenie zwane rębakiem, służące do cięcia na drobne gałęzi, by przyspieszyć ich rozkład w kompoście.


W naszych warunkach - gdzie gałęzie są wielkie i jest ich mnóstwo - ten zakup okazał się po prostu zabawnym pomysłem. Sprzęt stał nieużywany, do czasu, aż Anna odkryła dzięki internetowi nowe dla niego zastosowanie...


Otóż, aby wytłoczyć sok z jabłek w mechanicznej tłoczni trzeba je najpierw zmiażdżyć. Są na to różne patenty, mniej i bardziej pracochłonne. To nas także hamowało dotąd od tłoczenia na zimno i prasa stała bezużytecznie na stryszku.
Teraz w ruch poszedł rębak, który rozdrabniarką jabłkową został. Anna powiększyła otwór w plastikowej okrywie i można tam wrzucać całe jabłka. Włącza urządzenie miażdżące, wrzuca umyte wcześniej jabłka i w ciągu kilku minut uzyskuje miazgę, którą wkłada następnie do tłoczni i przykręca stopniowo, cisnąc z niej sok. W ciągu dnia uzyskuje w ten sposób pełny gąsiorek. Sokownik nie umywa się do tego przerobu, ale i tak go codziennie stawiam na kuchni, bo w nim przetwarzam jabłka, aronię, winogrona czy czarny bez i czeremchę na soki butelkowane, lekko słodzone, które mają nam starczyć na kolejne dwa lata, do następnego jabłkowania sadu.

23 maja 2018

Musza pogoda

Pogoda szczęściem przestała być sucha i nadal jeszcze podlewa deszczem nasze rzadkie pastwisko i ogródek permakulturowy, przez co nadzieja wstąpiła w nasze serca, że nie będzie bardzo źle.
Trawa rośnie i pozieleniała tam, gdzie zaczynała już żółknąć. Kozy pasą się z chęcią.
Zakończyłyśmy tworzenie nowych wałów i wałków (a raczej wzgórków) pod dynię na całej połaci ogrodu. Do tej pory uruchomiona była tylko połowa. Po prostu z roku na rok przybywa tam naturalnego nawozu od kóz i drobiu oraz kompostu, starej słomy, siana, albo i świeżo skoszonej trawy, jak się ostatnio trafiło. Znajomy rolnik wziął się nagle do koszenia swego podwórka, nie konsultując się z pogodynką. Lunęło jeszcze tego samego dnia. Dał sygnał, Anna zebrała dwie przyczepki świetnej żyznej paszy, ale niewiele kozy skorzystały. Lunęło ponownie. Całość wiosennego zbioru wylądowała więc w ogródku jako cenny nawóz użyźniający pod porzeczki, i insze roślinki.
Zatem właśnie kończąc zapasy dyniowe zeszłoroczne (wczoraj były kruche placuszki z dyni i mąk bezglutenowych na obiad) zakończyłyśmy także siew tejże smacznej bani różnych rodzajów. Tudzież cukinii. Wyszło na zakładkę.
Przy domu zaś, pod włókniną, zabezpieczającą grządki przed kurzymi zakusami, pięknie urosła już rzodkiew, którą raczymy się codziennie w postaci tartej sałatki do wszystkiego oraz skubię pierwsze liście szpinaku.
W kąciku ziołowym góruje lubczyk, wzrasta żywokost, szałwia i mięta.

Zaczął się własnie znak Bliźniąt i od razu to widać w przyrodzie. Przede wszystkim w postaci większej upierdliwości owadów, much i gzów ze ślepakami, które się pokazały jak na zawołanie.

5 stycznia 2018

Podsumowanie bez postanowień

Przyznaję, że wpisy na tym blogu stały się rzadsze od jakiegoś czasu. Wpływa na to kilka powodów. Po pierwsze i najważniejsze: szczegóły z osiedlania się, budowania, hodowania i zagospodarowywania przestrzeni zostały już tu wielokrotnie opisane pod różnymi kątami. W tym nowym roku minie 9 lat od chwili przeprowadzki do Kresowej Zagrody. Nastawienie zdążyło się zmienić. Pewnie najbardziej to dojrzeć i ustabilizować się na jednym poziomie, i dlatego brak koniecznej ekscytacji codziennymi zdarzeniami czy osiągnięciami, osiąganymi co rusz w podobny sposób. Ot, przyzwyczajenie.
Jesteśmy teraz na etapie każdego, nieomal każdego rolnika gospodarującego z roku na rok niezmiennie z dziada pradziada. Chyba trochę tak. W takim razie, o czym tu pisać więcej? W większości sytuacje powtarzają się podobnie, rok po roku.

Mimo, że staramy się wprowadzać zmiany, inwestycje (drobne), urozmaicać hodowle (dla własnej przyjemności, nie dla pieniędzy, których jest ni mniej ni więcej podobnie od lat), to wciąż na wiosnę trzeba siać i sadzić, potem wciąż łatać ogrodzenie, rąbać i układać drwa, jesienią ganiać z kozami, lub za kozami, które urywają się z nudnego pastwiska w ciekawsze leśne gęstwy sąsiednie, w tym czasie serowarzyć, dbać o pszczoły, miód odciągać, owoce zbierać i przetwarzać, aby na koniec roku móc odpoczywać przy ciepłym piecu, karmiąc dobytek dwa razy na dzień i spokojnie oczekiwać kolejnego przychówku.

Jak zawsze zrobiłam podliczenie roczne dochodów i wydatków i jak zawsze bilans wyszedł na zero. To dobrze, bo było kilka nagłych wypadków w tamtym sezonie i jakiś chochlik kazał nam wymienić podstawowe sprzęty agd, które uległy awarii, przede wszystkim kuchenkę gazową i lodówkę, w którą piorun strzelił. Na dokładkę mój komputer zaczął chodzić jak czołg i też się doprosił wymiany na nowszy i szybszy  model. Jakoś starczyło, Bogu dzięki.

Obecnie zimujemy. Zdrowo się odżywiając i zjadając zapasy starannie jak co roku zrobione i podarowane nam przez gospodarstwo i pracę własnych rąk. Wystarczy na pewno do wiosny, a może i dłużej. Oczywiście, nie wszystko da się samemu wyprodukować. W zasadzie trzeba używać pieniądza, gdy chce się pić kawę naturalną i czarną herbatę, upiec chleb czy ciasto z mąki, której nie mamy swojej, posmarować ten chleb masłem, ugotować ryż czy kaszę. Kupujemy także makaron dla psów i podroby dla kotów i to jest właściwie największy stały wydatek na żywność. Bo domownicy są karmieni z garnka, żadnej sztucznej karmy nie dostają.  Mleko już się w praktyce kończy, jest tyle co do kawy i dla kocieja Macieja, pozostało w zapasie kilka serów, i w zamrażarce zamrożonego twarogu na sernik, oraz mleka w razie potrzeby dla jakiegoś koźlątka na początek. Jaj nie brakuje świeżych, ani mięsa drobiowego i koziego, nieco wędliny domowej, do tego soki, dżemy i powidła, keczup domowy i marynaty grzybowe, ogórkowe i buraczane. Kapusta zakiszona, jak i zawsze jakaś świeża kiszonka z kapusty, buraczków, nawet kalafiora oraz kim-ći stoi w słojach. Zioła zebrane, można w razie chęci jakiś napar herbatopodobny czy leczniczy uskutecznić. Miód w dostatecznej dla nas ilości także do użytku w każdej chwili. Na popitkę jest też piwo domowe i wino.

Właściwie skłamałam pisząc, że nic nie robimy oprócz podstaw. No, tak. Anna szaleje z siekierką w lesie prawie każdego dnia dwie godziny, bo działkę wzięła z leśnictwa i drewno składa na kolejny zapas doroczny. Ja zaś staram się uczyć, zwiększać swoją wiedzę na różne tematy, poznawać nowe dziedziny, udoskonalać to, co już umiem. Myśleć, pisać, rozumować. Ot, jak zawsze.

Co do domowników mają się świetnie. Kola, a właściwie babcia Kola ("babciu, babciu, a dlaczego masz takie wielkie zęby?") ma się dobrze, a nawet jak na swój zaawansowany wiek 13 lat bardzo dobrze. Operacja okazała się udana i potrzebna. Pies jest odrodzony, ma dobry nastrój, interesuje się światem i towarzystwem, to najważniejsze. Nawet jakby milsza się zrobiła, mniej "kolczasta" i warkliwa, z chęcią pozwala się przytulać, czego do tej pory nie lubiła.
Kociej Maciej jest już dorosłym kocurem. I jest piękny. Puszysty, kosmaty, z wielką kitą, znać, że ma w genach jakiegoś rasowego przodka. Być może uda mi się odnaleźć w jakiejś szafie zdjęcioroba, to unaocznię.

Podsumowując: oby nam się (i Wam oczywiście jako nam) wiodło podobnie i po równym także i w tym 2018 roku!

14 maja 2017

Gospodarcze widoki

Pokazuję trochę zdjęć ostatnich, w popołudniowym słońcu robionych. Niniej nasze stadko dzikich kur leśnych, pod wodzą koguta. Proszę się nie obawiać. Kury żerują raptem 3 metry od domu, gdzie taka oto puszcza porasta. Kilka razy dziennie przebiega tamtędy pies, jeden z drugim, więc miejsce w miarę bezpieczne od lisa. Choć trzeba czuwać i na każdy ptasi wrzask wyskakiwać z chaty z pomocą. Zdarzają się próby ataków ptaków drapieżnych z góry.


A poniżej niewielka perspektywa na kawałek naszego permakulturowego ogrodu. Widać raptem dwie sadzonki czarnej porzeczki z plantacji liczącej sobie kilkadziesiąt krzewów. Oraz niebywałą dla tego spłachetka leśnego piasku wybujałość trawy (to jest moc naturalnego nawożenia gnojem, słomą, kompostem i starym sianem). W tym roku krzaczki nabierają wreszcie rozpędu, po sezonie suszy i upału sprzed dwóch lat, gdy były w silnym niebezpieczeństwie nieprzetrwania. Nawet każda ma po kilka kiści zawiązanych już owoców! Po sąsiedzku zaś, w głębi mała zagroda, jeszcze nie zagospodarowana, więc mimo dwóch uli z pszczołami wypasają się tam ostatnio kozy. Pszczoły są spokojne, kozy także zachowują dystans.


A oto widok z wnętrza pastwiska, mającego ponad hektar obszaru. Po zeszłorocznym użytkowaniu ogrodzenie okazało się mocno nadwyrężone przez kozy. Dlatego teraz, nim wypuścimy stado na pastwę trzeba było zacząć od naprawy i wzmocnienia płota. (Przypomnę: słupy dębowe co 4 metry stawiane, obciągnięte siatką leśną, wymagały wzmocnienia poprzecznymi świerkowymi żerdziami u góry i gdzieniegdzie u dołu, gdzie kozy potrafiły przejść). Widok przedstawia kupę złożonych kilka lat temu przy zakładaniu ogrodzenia żerdzi, czekających jeszcze na ewentualne użycie tu i ówdzie. Do zdjęcia pozuje Laba.


A tutaj kolejne dwa ule. Pszczółki wreszcie zaczęły się uwijać. Kwitły już śliwy węgierki i jeden gatunek czeremchy, teraz zdziczałe grusze i osika dają czadu. Nie licząc leśnego i łąkowego kwiecia. Sad jabłoniowy w tym roku odpoczywa.


Poniżej jeden bok pastwiska, do którego przylega nieużytek czeremchowo-brzozowy (także do nas należący). Trzeba było pracowicie zabezpieczyć tę stronę ogrodzenia, bo kozy kuszone gałęziami i liśćmi brzozy i czeremchy rosnącej wzdłuż płota stawały na siatce i rujnowały ją, w końcu przeskakując na zewnątrz. W pracy pomógł nam Jary, który jest mistrzem od tego rodzaju ogrodzeń. Przepletliśmy wspólnie długie żerdzie przez oka siatki u góry i przybiliśmy końce do słupów. Dolnych zabezpieczeń już nie trzeba przeplatać. Było tego trochę, ale dzięki pracowitości zwykłego wiejskiego chłopaka udało się tego dokonać w ciągu jednego dnia, w całkiem przyzwoitym czasie 7 godzin, z przerwami na obiad i kawę.


21 czerwca 2016

Przesilenie

No, i proszę, przesilenie roku, wraz z pełnią księżyca, dokonało się bez większych atrakcji pogodowych, jak to bywało w ostatnich latach. Co prawda pogoda ostatnio była mocno zmienna nawet na przeciąg jednego dnia, poranki witały rześkie, pochmurne i wietrzne, w południe zaczynało przygrzewać mocno słońce, by zaciągnąć niebo jakąś deszczową albo burzową chmurą, po czym wieczór łagodniał i uspokajał się. Albo przedpołudnie deszczowe, popołudnie parne i gorące.

W obejściu życie toczy się w zgodzie z rytmem rocznym. Na świat przyszły kolejne indyczęta, w liczbie dziewięciu sztuk (na 15 jaj podłożonych). Zamieszkały z matką w stodółce, gdzie dokarmiam je co dwie godziny i mają bezpieczną przestrzeń, wyścieloną świeżą słomą, zdatną do przedszkolnych nauk życiowych. Kwoka z trójką kurcząt przeniosła się w zamian do lamusa, skąd w pogodne dnie wychodzi z nimi na podwórko. Kurczaki kupione w wylęgarni są już spore, samodzielne, mieszkają w osobnej przegrodzie kurnika, gdzie są bezpieczne od zakusów dorosłych zazdrosnych kur. Karmię je trzy razy dziennie, poza tym żerują swobodnie na skraju lasu za domem.
Indyczki-matki zostały już na początku przerzedzone. Jedną z nich przymusem oddzieliłam od piskląt, ponieważ kłóciły się wszystkie trzy ze sobą o miejsce, i cierpiały od tego małe, dziobane albo deptane (kilka sztuk padło w takich wypadkach, niestety). Po nocy spędzonej w kurniku otrzeźwiała z macierzyńskiego czaru hormonalnego i wróciła pod opiekuńcze skrzydła indora. Mało tego, wkrótce zaczęła się nieść i znowu zbieram jaja, bo może zechce jeszcze raz zasiąść na nich. Dwie zaś pozostałe matki z dziećmi przeniesione zostały do obory, do jednego wolnego boksu, gdzie miały cieplej i swobodny dostęp do światła słonecznego, którego już im w zamknięciu stodolnianym, w czas chłodów nocnych i deszczów dziennych, zaczynało brakować i podupadały na nóżki. Słońce uczyniło cud i wróciły do pełni zdrowych sił, jak nie przymierzając mały Collin z "Tajemniczego ogrodu". Wypuszczamy już je na kilka przedpołudniowych godzin do sadu, gdzie pod okiem gulgających matek z zapałem polują wśród trawy na drobne owady. Rosnąc do wieku i wielkości zdatnych do sprzedaży.

W ogrodzie permakulturowym, oprócz rzodkiewek, jak w zeszłym roku, które były naszym pierwszym większym plonem, obrodziły też nieźle truskawki. Dały kilka łubianek owoców, które poszły do lodów, do słodkich deserów i na niewielką ilość dżemu truskawkowego. Dla kogoś to pewnie żaden powód do dumy, ale mnie satysfakcjonuje, bo ewidentnie z roku na rok ten nasz jałowy skrawek ziemi, wyśmiewany przez okolicznych rolników, że na nic nie zdatny, tylko żeby las posadzić, zaczyna przynosić plony. Niewielkie, drobne, ale słodkie, zdrowe, pyszne. Własne!

12 maja 2016

Przygody codzienne

Dni pogodne, acz z majowymi ulewami prawie co dzień, choć od trzech dni pada jedynie w sąsiednich wsiach i na Białorusi, zapraszają najpierw do pracy na dworze, a potem na taras, aby odpocząć. Przez kilka dni z rzędu sadziłyśmy z zapałem w obu ogrodach drzewka, krzewy i kwiaty. Ogród permakulturowy, daleki od nawodnienia i możliwości podlewania go w razie suszy, z bardzo kiepską leśną glebą wymaga wciąż dodatkowego wysiłku przy każdym nasadzeniu. W ruch poszła taczka, widły i wieloletni kompost, gromadzony od początku zamieszkania w zagrodzie, został poważnie naruszony, aby posłużyć roślinom za pokarm. Na koniec każda sadzonka dostała opatulinkę ze słomy, aby osłonić ją od chwastów, wilgoć utrzymać i podtrzymać dokarmianie w sezonie. Posadzone trzy lata temu porzeczki, w zeszłym roku mocno nadwyrężone suszą i brakiem naszej opieki, odbijają z zapałem i wiele z nich, mimo, że niewysokie, zakwitło i ma po kilka gron zalążków owoców na sobie. Te, co uschły zostały teraz wymienione na nowe, białe, czerwone i czarne. Doszły też maliny, oraz pigwa, dereń, jagody kamczackie, wiśnie kaukaskie, śliwy węgierki, agrest w dwóch kolorach, forsycja i jaśminowiec. Wszystko trzeba było obficie zaopatrzyć na starcie w nowe życie. Oby im się udało!

Posiane zostały też dynie różnych rodzajów, patisony, cukinie i fasolka. Pierwsze posiane roślinki kiełkują już szczęśliwie, także truskawki, te które przeżyły suszę dorodnieją w tym roku i pięknie kwitną.

Trwa też rżnięcie i porządkowanie zalegającego na podwórku drewna, aby przygotować miejsce pod nowy zbiór z lasu, który ma na dniach zjechać. Poprawianie ogrodzeń pastwiskowych i ogrodowych. Oraz codzienny wypas naszego bydełka, które z racji braku głównego pastwiska melinujemy tu i tam, na mniejszych wygrodzonych obszarach trawiastych, na ugorze i w sadzie. Poza tym trzeba z nimi chodzić po okolicznych łączkach i zakrzaczeniach. Czasem i kilka godzin dziennie, aby się najadły.

Poza tym kurczęta rosną w oczach, spędzają całe dnie w ogródku w drewnianej zagródce, po południu wypuszczane luzem, aby sobie mogły eksplorować świat, uczyć się go i polować na owady, co uwielbiają.

Z przyjemności relaksowych pozostaje nam grillowanie i tarasowanie wieczorne, razem z towarzyszącymi psami u stóp i kotami u głów. I licznymi ptasimi glosami w uszach.

Z wieści najnowszych: zakwitł jabłoniowy sad.

17 marca 2016

Ogrodowy przegląd

Spadł śnieg i stopniał po dwóch dniach. Wzięło nas zatem na przeglądanie włości. Anię to już do ogródka ciągnie grządki robić, ale jej perswaduję, że dopóki zielone nie zacznie kiełkować i nasz drób nie zmieni kierunku, to to, co wykona zawczasu i przygotuje, w diabły jej rozgrzebią do cna. Trzeba czekać.
Zatem kubki toczy i miseczki lepi z gliny, i rozpoczyna kurs w domu kultury, mianowicie naukę szycia ze słomy. Ma on do samej zimy się ciągnąć po kilka godzin w tygodniu. Czyli nowy fach obstalowuje.

Na razie mleka jest niedużo. Co dwa dni robię twaróg, resztę wypijają psy i my. Ja w postaci kwaśnego, Ania mleka do kawy. Zatem pracy poza obrządkiem i paleniem w piecu nie ma. Ślęczę jeszcze nad pisaniem, kilka rzeczy pokończyłam lub kończę i zaczynam myśleć o ich pchnięciu w świat. Pojawiają się też nowe inspiracje, pewnie z wiosną i przeszukuję sieć, aby swoją wiedzę ugruntować. I może wnioski jakieś twórcze wyciągnąć.

No, ale o tych włościach zaczęłam...
Zabrałyśmy taczkę pełną przerobionego żyznego kompostu, widły i szpadel oraz wszystkie psy, żeby odwiedzić ogród permakulturowy. Do ogrodu jeszcze mu daleko, ale że sam wyraz od ogrodzenia pochodzi, to i nie wstyd go tak nazywać w zgodzie z prawdą. Ogrodzenie stoi, ma się dobrze i dziki go nie sforsowały już drugą zimę z rzędu.
Tam, nieco w głębi, blisko uli wykopałam kilka dołków, nałożyłam w nie obficie pokarmu, bo ziemia tam gorzej, niż nijaka i nic poza lichutką rzadką trawą nie rośnie, a Anna wsadziła kupione na targu krzaczki. Pigwy, jagody amerykańskiej i wiśni kaukaskiej.
Przejrzałyśmy stan porzeczek, które w zeszłym roku, podczas suszy mocno dostały po liściach. Bałam się, że większość uschła. Ale nie! Co najmniej 70 procent stanu żyje i chce mu się żyć, choć drobne jest. Nadrobiłyśmy zatem jesienne zaniedbanie, wynikłe z mojego szpitalowania i potem długiego osłabienia. Rozwiozłyśmy po całej plantacji kilka pełnych taczek nadgniłej starej słomy, złożonej w pryzmie w rogu ogrodu dwa lata temu i otuliłyśmy każdy żyjący krzaczek tak, aby słomiany kołnierz dał mu zastrzyk pokarmu, no i trzymał wilgoć, gdy przyjdzie susza. Bo przyjdzie na pewno prędzej, czy później. Nadchodzące lata będą upalne i coraz upalniejsze, choć na razie jeszcze wilgotne na początku. I to trzeba nauczyć się wykorzystywać. Permakulturowy sposób pokrywania grządek słomą i gnijącym łatwo sianem wydaje się do takich warunków stworzony.
W zeszłym roku, przypomnę nasz świeżo i tylko częściowo zorganizowany, a w dużej części sezonu w ogóle nie doglądany ogród dał nam koszyk ziemniaków dziko wyrosłych, piękne i dorodne rzodkiewki w dużej ilości (na jesień w drugim rzucie nie wyrosły z powodu suszy), trochę czerwonych buraczków, kilka truskawek i dwie pełne taczki całkiem sporych dyń różnego rodzaju. Te urosły najlepiej na pryzmach słomy i miały się dobrze bez podlewania, przetrwały suszę i właśnie ostatnią dynię dzisiaj skarmiłam zwierzętom, bo dobrze się przechowały na poddaszu aż do teraz.

23 lutego 2016

Przy pełni księżyca

Schodząc wczoraj przy pełni Księżyca wieczorową porą na ziemię znalazłam na YT taki kwiatek
Obejrzyjta, mieszczuchy!
Co do mnie, zgadzam się z pełnym pasji mówcą, acz w szczegółach niekoniecznie. Z kilku co najmniej względów.

No, tak, małorolne gospodarstwo to jest gospodarcza nisza, niereklamowana, nieznana, można się nią zająć i zarabiać na reklamie i pośrednictwie, sprowadzając ludzi wracających z zagranicy z kasą, pracowitych i przedsiębiorczych, osadzając, dając im przestrzeń prosperowania i życia. Można, ale w praktyce tak nie jest. I nikt poważny nie chce się tym zająć. Czemu? W Polsce istnieje cała góra przeszkód prawnych, biurokratycznych, przepisów skarbowych, sanitarnych, weterynaryjnych, agencyjnych często od czapy. Wchodzą teraz na przykład w życie nowe przeszkody dla obcych, z miasta chcących kupić ziemię. I niby możesz już, rolniku sprzedawać sławetny dżem, kiełbasę i ser w swoim gospodarstwie (lecz nie poza nim, ani nie przez pośredników), ale na ten przykład na spirytusie na pewno nigdzie daleko nie zajedziesz, chyba, że do więzienia.
Jeśli na takiej gospodarce człek osiądzie, to go cieszy nawet jeszcze po kilku latach ciężkiej pracy, gdy zarobi 10 albo i 20 tysięcy, ale na ROK, a nie na miesiąc, jak się narratorowi wydaje, (a może tylko pomyliło przy przeliczaniu euro na złotówki). Mniejsza o to jednak. Bo w końcu chodzi o gotówkę w papierkach, a nie fakt, że wydatki miesięczne i roczne rzeczywiście mocno potrafią spaść i tu nie ma bezpośredniego przełożenia na zarobki i wydatki miejskie. W podliczeniu zaś notorycznie zysków nie masz, ponieważ, aby wypracować ów „zysk” gotówkowy musisz zainwestować, zapłacić za maszyny rolne, pomocników, materiał budowlany, zwierzęta, weterynarza, karmę dla zwierząt, potrzebne do przerobu akcesoria i energię. Ponadto opłacić podatek, rachunki za prąd, wodę, gaz, benzynę czy ropę, internet i telefon (tu można sobie z czasem przyoszczędzić na tym i owym, wprowadzając wynalazki alternatywne, ale panowie i panie, NIE ŁUDŹMY SIĘ! to są groszowe oszczędności). W sumie naprawdę świetnie jest, a wiem, co mówię, gdy gospodarstwo kilkuhektarowe, bez maszyn, na lichej podlaskiej ziemi pozwoli, mieszkając i żywiąc się gospodarzom, wyjść w rocznym bilansie na ZERO.
Dlatego rodziny z dziećmi w wieku szkolnym muszą podwójnie główkować i pracować, aby zarobić jeszcze na potrzeby latorośli. Co niektórym udaje się, gdy mąż i ojciec potrafi sprostać zadaniom, jest przedsiębiorczy, obrotny, ma zmysł do handlu i żadnej pracy się nie boi. Najlepiej jednak, gdy oboje małżonkowie opanują jakiś fach rzemieślniczy, który pomaga im dorobić. A na wsi są takie możliwości. Znam takich, co choć z miasta przyszli, to nauczyli się zduństwa, tkactwa, garncarstwa, stolarki, ciesielki czy plecionkarstwa, szyją, haftują, lub chociaż drwa rąbią, jagody i zioła zbierają, albo pomagają na budowach. I jakoś ciągną swój wózek, choć wcale nielekki.

Jeśli nie jesteś wegetarianinem (sic!) i zdecydujesz się na jakąkolwiek hodowlę zwierząt, oprócz uprawy ogrodu czy szklarni, możesz siebie i bliskich wykarmić i napoić nawet w 70-80 procentach „za darmo” (w istocie nic nie jest za darmo, bo za twoją ciężką codzienną pracę i dbałość). Ponadto płacisz niższy KRUS, a nie ZUS, a jak prąd sobie odłączysz to jeszcze więcej zaoszczędzisz. Pszczółki wyhodujesz i świeczki sobie zrobisz sam z własnego wosku. Gotować i grzać się możesz wrzucając do pieca chrust z lasu i gałęzie, prawie za darmo, jeśli masz własne zakrzaczenia, lub nawet, jeśli je kupujesz, to za grosze (w porównaniu z tymi, którzy, aby ogrzać zimą murowany dom jednorodzinny wydają ponad 3 tysiące na sezon, to wychodzi nawet 8-10 razy mniej). Wcale się nie podśmiewam.
Ale trochę mi śmieszno i trochę straszno, że są ludzie, którzy myślą, że wystarczy w takim zrujnowanym gospodarstwie na końcu świata zamieszkać i już wszystko samo im da kasę. A oni tylko kupony będą odcinać. Bo przecież klienci w Polsce pchają się drzwiami i oknami po produkty gospodarskie!

Widziałam ludzi, którzy tak jak z wielkim życiowym hukiem zjechali na wieś odmieniać swoje życie na proste i oczywiście lepsze, tak szybko z niej uciekli, zostawiając zwierzątka, kwiatki i ogień w piecu na rzecz zwykłego życia w mieście i stałych zarobków. Oprócz gospodarstwa, na którym trzeba dopiero nauczyć się pracować i rozumieć je jako przestrzeń dającą pracę i zarobek, a nie tylko przyjemność (takie jest zwyczajne myślenie miejskie o wsi), co zajmuje sporo czasu i pożera oszczędności zgromadzone na początek, bo człowiek w radosnej młodzieńczej wierze, że „jakoś to będzie” zużywa posiadane zasoby na sprawienie sobie tego, o czym marzył w mieście, czyli kotka, pieska, konika, kózkę, kurkę, nie biorąc pod uwagę ekonomii takich nabytków. Czyli nie umie, a czasem uwaga! nie chce (z powodu swych zagruntowanych przekonań ideologicznych) na hodowli zarabiać w jakikolwiek sposób. Czyli okazuje się, wciąż myśli po miejsku i musi dorabiać poza gospodarstwem, aby na nie zarobić! Wykarmić swoją inną pracą inwentarz, wykarmić siebie, bo inwentarz nie służy mu z zasady do żywienia się nim.
Istnieje także inna wielka sprawa, nieporuszona w takich reklamach filmowych, jak powyżej przedstawiona, tj. obszar życia społecznego wokół owego gospodarstwa, czyli konieczność dostosowania się do nowego dla mieszczucha życia wiejskiego. A to też bywa w praktyce spory problem do przeskoczenia dla „niekumatych” miejskich odmieńców.

Podsumowując, co mogę powiedzieć?
Nie zamieniłabym życia na dalekiej wiosce w drewnianej chacie wśród zwierząt z żadnym mieszczuchem na jego wymuskane lśniące i zdezynfekowane wnętrze, sute zarobki co miesiąc i miejskie przyjemności (z których dawno wyrosłam), tudzież wyjazdy zagraniczne i inne spędy. Wybieram ciągle ciężką pracę rąk, obcowanie z prawdziwym życiem i śmiercią, porami roku, ludźmi, którzy są różni, ale na pewno nie sztampowi (albo sztampowi inaczej, a to już coś), jak w mieście, zwierzętami i całym majdanem ich radości i smutków.

Pomimo, że znam prawdę i radosne młodzieńcze reklamy życia na wsi nie są w stanie mnie wzruszyć. 

21 listopada 2015

Mydlane impresje

Osiedleńcze życie rozwija się powoli, z różnymi wspólnotowymi skutkami. Staramy się wspomagać, lub chociaż wysłuchiwać nawzajem. To chyba potrzeba każdego zwykłego człowieka, prawda?
Czasem nasze talenty dodają się do siebie i starają uderzyć we wspólny ton. Na przykład mydlano-fotograficzny. Aby uderzyć nim i przekazać go dalej. Zademonstrować, dać poczuć.


Podziwiajcie fantazję Małgosi Klemens, mieszkającej kilka dobrych rzutów beretem od nas w leśnym Wygonie, która ją oddała swoim aparatem pewnego wieczoru.


Tematem sesji była oczywiście umiłowana twórczość Ani, gliniano-mydlana.


Czarno, biało, brązowo, zielono...


Mydelniczkowo...


Rozmaita.


Autor fotografii M. Klemens - Galeria Leśna Wygon