Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
9 stycznia 2024
Kłopoty zimowe
19 grudnia 2022
Wspólnota
Wczorajszym, sobotnim przedpołudniem Anna wybrała się ze
swoją wystawką na jarmark do Hajnówki, już dawno temu zaklepany. Nie byłam z tego zadowolona, drogi ośnieżone, mróz trzaskający. I dzień rozpoczęłam przypadkowym wylaniem gorącej kawy na stolik komputerowy, na szczęście obyło się bez takich zniszczeń jak poprzednio, gdy trzeba było router wymienić. Ale kawa musiała być drugi raz parzona. Ot, taki znak. Znaczek.
Ledwie wyjechała za bramę, niedaleko domu, jeszcze w
zakresie opłotków, zaryła na poboczu w śniegu, kilka centymetrów
od głębokiego na 2 metry rowu. Wezwana na pomoc, zła, że nowa kawa znowu mi wystygnie, poszłam z szuflą śnieg
odgarniać. I musiałam stwierdzić, że sprawa wygląda na poważną do ogarnięcia, nawet dla dwóch
osób.
I wtedy nagle przystanął ktoś jadący z wioski do gminy. Od razu uznał, że
pomoże. Były na szczęście pasy spinające do użycia, wożone od czasu sianokosów. Nie byliśmy pewni ich wytrzymałości, więc kierowca ów zdecydował się na ryzyko, w razie czego miał zawrócić i swój hol przywieźć z domu. Jednak jego samochód był mniejszy niż nasz, a droga śliska. Deliberowaliśmy dalej jak tego dokonać.
I chwilę
potem zatrzymał się jadący ze sklepu na rowerze Andrij.
I zaraz za
nim inny wioskowy ziomal wracający akurat z miasta swoim nowym starym
busem. Taki zbieg okoliczności na naszej bocznej drodze jest naprawdę ewenementem, tu całymi godzinami nic nie jeździ ani nikt nie chodzi!
Oczyściłam szuflą śnieg spod kół i pod karoserią ile się dało,
samochód został doczepiony z tyłu do busa, za kierownicą usiadł ów sąsiad, jako bardziej po męsku zdecydowany kierowca i poszło!
Nasze auto wyciągane tyłem na drogę zachwiało się i zawisło niebezpiecznie nad rowem. Wtedy rzuciliśmy się jak jeden mąż w trójkę ze wsparciem. Ja,
Anna i Andriusza pchnęliśmy go od czoła w górę, nurzając się sami
po pas w śniegu.
Udało się pojazd ustawić prawidłowo w kierunku
jazdy szybko i sprawnie. Podziękowania, piwko się należy, chłopaki! itp. po czym
podróż była kontynuowana. Dzielna Anna wróciła bez większych przygód
po zmroku, całkiem zadowolona, bo sprzedała większość swoich wyrobów,
nadały się na prezenty świąteczne.
Ot, takie cuda sprawia zwykła ludzka wspólnota.
28 marca 2019
Dieta diet
Lekarze recytują jedno. Dietetycy co innego. A dietetyczne sekty jeszcze co innego. Każdy za dowód mając doświadczenia na szczurach i myszach robione. I ponoć na ludziach też, tylko w żadnym artykule propagandowym nie znajdzie się informacji jakim kryteriom poddawane były owe doświadczalne króliki. Jeśli smalec wg wielu powoduje sklerozę, to czy badano to na ludziach, którzy tylko tłuszcze i białko jedli, unikając węglowodanów, czy może wpierdzielali i tłuste i słodko-mączyste (co na logikę biorąc, tak własnie miało miejsce). I z tego klątwa padła na tłuszcz, a nie na słodkie. A poza tym ile czasu poświęcono na taki eksperyment.
Albo, czy badani pod kątem szkodliwości mleka spożywali mleko od krów pasionych na łące, czy z ferm zamkniętych i ras modyfikowanych, pasteryzowane czy niepasteryzowane, albo czy sprawdzano skutki picia mleka krowiego tak samo jak koziego, owczego czy bawolego chociażby? I czy byli to ludzie wychowani na mlecznej diecie z tradycyjnej wioski, cz\y może mieszkańcy Nowego Jorku, którzy krowy często na oczy nie widzieli.
Jakakolwiek próba rzeczowej rozmowy z ludźmi np. na fejsie od razu burzy krew. Każdy ma swoją dietę za jedyną cudowną i najwłaściwszą. Weganie są zdrowi, nie chorują na raka, szczęśliwi, łagodni i dobrzy. Wszystko ponoć, albo do czasu. Wszelkie zaprzeczające informacje ostro cenzurują i bombardują krzykiem zbiorowego oburzenia wobec każdego, kto publicznie przyzna, że mu ta dieta w dłuższym okresie czasu zaszkodziła, i to poważnie. A może zaszkodzić. Nie tylko powodując to, co każdy widzi. Weganina poznasz po beztłuszczowym chudym ciałku, pałających dziwnym blaskiem oczach i ziemistej cerze, skórze podatnej na alergiczne wypryski, oraz wątpliwym pięknie resztek mięśni w skórzanym woreczku obkurczonym na szkielecie jak na wieszaku. Jedzenie nisko tłuszczowe grozi także zmianami w mózgu, przyspieszeniem czy ujawnieniem się takich schorzeń jak stwardnienie rozsiane chociażby. Ale tu już głos oponentów się podnosi, którzy uważają, że paliwem dla mózgu jest glukoza (a zatem cukier i węglowodany), a nie tłuszcz.
Z kolei zwolennicy diety ketogenicznej są podjarani, mocno wysportowani, często umięśnieni i gadają jak najęci. Miast alkoholu podkręcają się kawą kuloodporną, czyli z dodatkiem masła i oleju kokosowego. Przynajmniej na filmikach propagujących tę dietę tak się prezentują, bo w życiu żadnego ketomaniaka nie spotkałam. Z trudem przebija się informacja, że to dieta lecznicza dla osób mających padaczkę i podobne problemy neuronalne. Czyli jednak tłuszcze poprawiają pracę mózgu, a nie osłabiają.
Chorym na Haschimoto i problemy tarczycowe zaleca się dietę niskotłuszczową i najlepiej wegańską, lub zbliżoną. Z podkreśleniem produktów nieprzetworzonych i ekologicznie wyrosłych.
Ja sama eksperymentuję z dietami od kilku lat. I nieco się miotam w odkrywaniu tego, co mi szkodzi, a co sprzyja. Nie dowierzam żadnym twierdzeniom, o ile nie odczuję poprawy. Fakt jest taki, że gdy człowiek przekracza pięćdziesiątkę winien zmienić sposób odżywiania się dość radykalnie. Wtedy wegetarianizm czy nawet weganizm powinien wesprzeć siły żywotne i zdjąć z organizmu ciężar przetwarzania substancji potrzebnych już w o wiele mniejszych ilościach. A takimi najczęściej są dania mączne i słodkie. Tworzące zbędny balast kilogramów i blokujące system krwionośny, a zatem powodujące zatory, zawały i miażdżycę. Przy okazji rezygnacji z ciast, makaronów, pierogów, pączków, kremów, chleba i bułeczek u kobiet zaczyna lepiej pracować tarczyca, a to bardzo ważne w okresie przejściowym. Diametralna zmiana diety (na jakąkolwiek inną!) powoduje zbawienny szok dla organizmu, który przechodzi na inny tryb pracy i często usuwa przy okazji wieloletnie przyczyny różnych chronicznych przypadłości.
Właśnie, co do owej tarczycy, odkryłam wreszcie wszystko, co powodowało moje dolegliwości, także brzuszne. Bo mało kto wie, że niepokoje hormonów tarczycowych prowadzą do silnych zaburzeń trawiennych. I dlatego też odpowiednią dietą można je uspokoić.
Metodą eliminacji produktów, niczym innym, doszłam do tego sama.
Szkodliwy okazał się nie tylko gluten. Po jego całkowitej eliminacji okazało się, że reaguję źle także na produkty zawierające syrop glukozowo-fruktozowy, wytwór technologii żywieniowej, całkowicie nienaturalny. Po rezygnacji także z lodów, keczupów i sklepowych napojów, gdzie jest ów syrop radośnie dodawany poczułam się o wiele lepiej. Wtedy jednak okazało się, że dolegliwości powracają co jakiś czas i musi być jeszcze jakiś powód. W tym roku wreszcie odkryłam, że szkodzą mi również strączkowe. Precz poszedł więc zielony groszek, groch i fasola.
Zafundowałam sobie dwa tygodnie beztłuszczowej wegańskiej diety, z jednym posiłkiem dziennie, zakończonej czyszczeniem wątroby metodą Moritza. Przy której odkryłam, że moja wątroba już wcześniej rozpoczęła usuwanie kamieni żółciowych, a to dzięki piciu codziennie soku jabłkowego, od jesieni. I co jakiś czas to robi, nawet bez zażywania soli gorzkiej, przez co pod tym kątem czuję się znacznie lepiej.
Poszukiwania w internecie odkryły mi także informację, że przy zaburzeniach typu Haschimoto szkodzi własnie gluten, strączkowe i olej rzepakowy! A tu cię mam zatem, ostatnia moja zmoro!
Na czym więc stanęłam? Przesłuchując różnych dieto-guru natknęłam się na wypowiedzi dra Kwaśniewskiego. Który swoich zaleceń wcale z sufitu nie wyciągnął, lecz oparł był na badaniach radzieckich lekarzy z czasów wojenno-powojennych. I tu mi się lampka zapaliła. Lekarze owi bowiem mieli dostęp do ludzi, którzy przeżyli długotrwały głód, czy to podczas oblężenia Leningradu, czy wyzwolonych z obozów koncentracyjnych, czy - choć tego oficjalnie nie przyznawano, bo po cóż - więzionych w gułagach. Nie robili zatem wątpliwych eksperymentów na szczurach i myszkach laboratoryjnych, jak współcześni lekarze, lecz obserwowali różne i konkretne skutki działania pokarmów na ludziach stojących praktycznie na krawędzi śmierci. Obserwacje na dużej ilości ofiar, którym podawano różnego rodzaju pokarm, przy wychodzeniu z wygłodzenia, zgromadzono i z pewnością dokładnie przeanalizowano. Cała współczesna reszta, dostępna w sieci, głosząca to i tamto wydaje się przy tej wiedzy twórczością fantastyczno-naukową. Niestety.
Po dwóch tygodniach żałowania sobie tłuszczu i białka oraz akcji oczyszczającej, zastosowałam radę rosyjskiego uzdrawiacza, osiadłego w Polsce, pana Haretskiego, który uważa, że po takim oczyszczeniu zjeść należy tłusty bulion na nóżkach wieprzowych. Zaaplikowałam sobie zatem rosół z domowego indyka, w wolnowarze wiele godzin warzony, z którego wypłynęła prawie centymetrowa warstwa tłuszczu. I dopiero poczułam ulgę. Żadnych rewelacji ani buntów ze strony pęcherzyka żółciowego naprawdę nie było!
A co mówią lekarze? Cytuję:
Z diety należy całkowicie wyeliminować: smalec, słoninę, boczek. Wyklucza się także żółtko jaj, które może powodować silne skurcze pęcherzyka żółciowego.
Boczek pieczony był następnym moim wymarzonym daniem, którego sobie nie poskąpiłam. Co do żółtka, to uwielbiam, na śniadanie albo na obiad jajko sadzone (na słonince) albo jajko gotowane w koszulce. Żadnych sensacji nie ma.
Być może jeszcze się przejadę, i rację będą mieli wrogowie diety optymalnej. Trudno, odszczekam. Na razie jednak czuję się lepiej, niż wcześniej. Co prawda do końca ona optymalna nie jest, bo jej twórca obrzydzeniem pała do jabłek i soków owocowych, jak również do miodu. Otóż od czasu do czasu, tak raz na miesiąc zjadam łyżeczkę miodu. A z dobroczynnych właściwości jabłek w każdej postaci skwapliwie korzystam. Niemniej większość zaleceń całkiem bezwiednie stosuję. Po prostu kierując się instynktem (apetytem) i tym, co mi nie szkodzi.
Choć wiem także, że to nie koniec dążenia do zachowania zdrowia. Czas na leczniczą gimnastykę i ruch na świeżym powietrzu!
26 czerwca 2016
Miodne sianokosy i inne sprawy
7 lipca 2015
Podlaskie grzanie
Czyli przede wszystkim zmienić rytm dojenia i wypasu kóz. Widmo atakujących perszingów czyli bąków, czyli ślepaków jest dla mnie tak straszliwe, że bez szemrania, ani żadnego przysypiania zrywam się codziennie o 5.30. Aby wykonać konieczny poranny obrządek w spokoju chłodnego cienia. Las zachowuje wilgoć i rześkość, która przy okazji skłania mnie do wykonywania w przerwach między kozami (doimy na zmianę) wstępnych ćwiczeń do tai-chi, rozluźniających stawy. Tu muszę dodać, że sztywność kręgosłupa po tak krótkim czasie wygibasów prawie znikła i przestało mnie boleć przy siedzeniu, co mnie cieszy. Na ćwiczeniach cotygodniowych w Warszawie poznałam starsze kobiety, które opowiadały cuda, jak to wyszły z ciężkich stanów zrostowych i zniekształceń kręgosłupa tylko ćwicząc systematycznie tai-chi. Ta chińska sztuka, czy raczej gimnastyka (posiadająca także metafizyczne właściwości, ale to do innych opowieści się nadaje) oparta jest na bardzo łagodnych i naturalnych ruchach rozciągających, nie lubi forsowania, ruch nie musi być z początku perfekcyjny, ot, taki, na ile pozwala ciało, jego rozciągliwość i giętkość. Powtarzany systematycznie jednak uelastycznia wszystkie stawy i sprawia, że osiemdziesięciolatkowie poruszają się jak młode osoby!
Potem natychmiast, czyli przed siódmą kozy maszerują na pastwisko. Wtedy są jeszcze zainteresowane jedzeniem trawy i temperatura jest znośna. Około dziesiątej Anna wyprowadza je z pastwiska na spacer po pobliskim lesie i nieużytkach, tak do południa.
W południe wraca z nimi do zagrody i pakujemy stado do obory. Kryją się chętnie przed uprzykrzonymi muchami. Siedzą tam bez szemrania do 17 godziny. I wtedy wypuszczamy je do sadu, albo idą znowu na przechadzkę między drzewa.
Anna przynosi z niej czasem garść jagód, a na ogół przechadza się z laptopem, na którym zainstalowała sobie program do nauki angielskiego. I odsłuchuje go, dozorując stado.
Najgorętsze godziny spędzamy w domu, przy różnych koniecznych czynnościach. Wszelkie forsowne prace i działania na zewnątrz są ograniczone do minimum. Zdarza mi się nawet odwalić sobie prawdziwą sjestę i odespać budzenie o świcie.
Obywamy się świetnie bez klimatyzacji i wiatraczków, a nawet i chłodzące prysznice bierzemy tylko po jakichś dłuższych i pot rodzących czynnościach na zewnątrz, żeby szybciej się ostudzić.
Wieczorny udój zaczynamy o 20 albo 21, gdy słońce już się schowało za lasem i muchole odleciały. W ten sposób tak się porobiło, że mleka z wieczornego udoju jest teraz tyle, co dawniej z porannego i vice versa.
Radzę sobie z nadmiarem w ten sposób, że połowę przelewam do garnka i wstawiam do lodówki, a rano dolewam do świeżego mleka. Mieszanie wieczornego z porannym jest nawet zalecane przy niektórych serach. Wykształca się bowiem wtedy w odstałym mleku dojrzała śmietanka i zakwas już może być albo zmniejszony, albo słabszy dodany. Czasem nawet wcale.
Nie mamy niestety studni, w której najlepiej chłodzi się mleko, wpuszczając zbiornik zawieszony na łańcuchu na sporą głębokość, gdzie panuje zawsze piwniczny chłód. To sposób praktykowany jeszcze ciągle w małych gospodarstwach, trzymających jedną, dwie krowy.
W mieszkaniu do południa jest znośnie. Niestety, ze względu na wyrób twarogu i gotowanie karmy, tudzież nagrzanie wody w bojlerze muszę palić pod płytą przez co najmniej półtorej godziny dziennie. W sumie kuchnia jest tak oszczędnie zbudowana, że nagrzewa się tylko symbolicznie, ale i tak po południu uwalnia nieco dodatkowego i odczuwalnego ciepła, co sprawia, że temperatura w samej kuchni staje się na jakiś czas porównywalna z tą na dworze. Nigdy jednak nie jest przesadnie, i także dzięki temu, że podłoga jest wyłożona terakotą (na której z lubością wylegują się w taki czas psy) dość szybko wraca do znośnego poziomu. Nadmiar ciepła wędruje na poddasze, skąd wydostaje się oknami na zewnątrz. Dwa okna na dole, zaopatrzone w w moskitierę i dwa na poddaszu są stale otwarte albo uchylone, jest przewiew. Okna od wschodu są w ciągłym cieniu lasu, słońce tędy nigdy nie zagląda, od południa są ocienione dachem tarasu, więc nie ma żadnego problemu przegrzania pokoi południowych. Tu się kryjemy w najgorsze godziny dnia. Najbardziej nagrzewają się okna od zachodu, stale są więc zasłonięte żaluzjami. Na poddaszu jest duszno tylko wtedy, gdy drzwi do niego są zamknięte. Stały przewiew, żaluzje w oknach i fakt, że połowa domu stoi w cieniu wysokich akacjowych drzew od wschodu, a druga polowa jest wystawiona na słońce, już zniżające się dopiero od 16 godziny do najwyżej 18 (słońce kryje się wtedy za zachodnim lasem obrastającym Górę przed zagrodą), sprawia, że daje się tam wytrzymać nawet w wielki upał. Co nie na wszystkich poddaszach, jak wiadomo jest możliwe w taki czas.
Wczesnym wieczorem, po udoju albo czekając na udój przesiadujemy na tarasie. Popijając różne rzeczy. Zimne piwo, drinka z miętą i cytryną, sok jabłkowy rozcieńczony wodą z lodem. Takiego spokoju i relaksu w otoczeniu przyrody życzę każdemu z was!
21 czerwca 2015
Sztywny kręgosłup w przesilenie letnie
Ponieważ codzienne bieganie wyszło mi kolanem, a potem nastała zima, i powrót do sportu zaczęłam odwlekać w nieskończoność, sięgnęłam po sprawdzoną już przez siebie metodę. I sztukę. Sztukę sztuk. Naprawdę stworzoną dla takich stacjonarnych typów jak ja.
Kilka miesięcy chodziłam na cotygodniowe zajęcia z tego starożytnego kunsztu w Warszawie, co pozwoliło mi nie poddać się potężnej depresji, jaka na mnie wtedy spadła. Stąd znam moc równoważącą tych ćwiczeń i nie muszę przyjmować jej na wiarę. Idą mi na najbliższe dwa lata kwadratury Saturna, już mi sztywnieje kręgosłup. Trzeba coś z tym zrobić. Mam piękne okoliczności przyrody na co dzień, czemu nie korzystać?
18 maja 2014
Wichry i burze
Ja tymczasem wciąż robię to samo, chyba, że mnie wicher porwie na chwilę ze sobą. Tak jak wczoraj.
Najpierw Anna całe przedpołudnie reperowała wraz z Jarym i Andriuszą nasze trzy zdechłe rowery. Andriusza okazał się całkiem niezłym specjalistą od tego pojazdu i ku naszemu zaskoczeniu, wszystkie postawił na nogi. Albo wymieniając dętki, czy zardzewiały łańcuch, albo regulując przerzutki. I nawet niewiele za to wziął, dwa mocne piwa.
Po obiedzie odbyła podróż do umówionego pszczelarza i zawiozła do niego nasze nowe ule. Za tydzień ma się zgłosić po odbiór odsadników. Przy okazji omówiła pewien stolarski projekt z poznanym w owej wiosce młodym stolarzem, aby się zastanowić, czy go realizować, czy nie.
Ledwie wróciła i szybko zrobiłyśmy wspólnie obrządek, przy zapowiadającej się na niebie burzy, wyruszyłyśmy do Mielnika. Wyminęłyśmy burzę po drodze i zostawiłyśmy ją za sobą. W Mielniku wpadłyśmy na chwilę do kina, gdzie urządzono uroczyste seanse trzech filmów dokumentalnych o Bugu, aby podrzucić świeżo uwędzone serki koledze, który zjechał na swoje nadbużańskie włości na łykend, a potem zaraz ruszyć z powrotem, zahaczając o pewną wioskę po drodze. Tam obejrzałyśmy pewien drewniany budynek gospodarczy do sprzedania. Nawet nam się spodobał, mimo pewnego zużycia i wstępnie umówiłyśmy się z właścicielem na dalszy ciąg targu. Choć decyzje wciąż tylko wiszą w powietrzu, są różne i trzeba spośród nich wybrać najlepszą.
W drodze powrotnej wyminęłyśmy jedną burzę z urwaniem chmury, a druga pożegnała nas już w domu, właśnie odeszła była na białoruską stronę wraz z deszczem.
Ponieważ jeszcze jakiś czas błyskało się malowniczo na niebie, nie otwierałam już komputera, tylko przy przedostatniej butelce swojego wina porzeczkowego wypytywałam wraz z Anną Księgę I-Cing, co tak naprawdę przedsięweźmiemy, a z czego zrezygnujemy. No, i już wiem. Oczywiście, trzeba czekać, co czas pokaże. Ale ja już to widzę okiem wyobraźni.
Wraz z burzami odeszła deszczowa pogoda i dzisiejszy dzień okazał się słoneczny i ciepły. Na wieść, że znajomi maratończycy dobiegli wczoraj szczęśliwie do mety hajnowskiego maratonu zapragnęłam chociaż zacząć chodzić na co dzień boso, jeśli z powrotem nie zacząć biegać-podbiegać sobie drogą przyleśną każdego ranka. Bo nie tyle chodzi o rozwój mięśni, ale o sprowokowanie organizmu do głębokiego oddychania, które to oddychanie wraz z szybszym krążeniem krwi pozytywnie pobudza procesy odmładzająco-uzdrawiające. Oraz wyobraźnię. Bo jakoś, niestety, na tle podkręcenia u Anny wypadam miałko i leniwie. Mimo, że zawsze tak mam latem, gdy jestem przemęczona i zmęczona monotonią codziennych prac to w tym roku paraduje mi przez ascendent istne przeciwieństwo Urana, planeta Saturn, ciężka, zasadnicza i rozpoczynająca tym samym nowe spojrzenie na swoje życie, nieco podobnie przynosząca nowe cele i rozwiązania, jednak na bardzo długą metę i tak powoli, choć nieodwołalnie, że nijak się to ma do rewolucji Urana. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
22 marca 2014
Grodzenie ogrodu
Od tygodnia Anna jeździła na wioskę dopytywać się o chłopaków, który by do roboty zdatny był. Ale, a to ten wyjechał do miasta, a to ów u kogoś innego pracuje, a to inny ma fazę pijacką... Miesiąc temu co rusz któryś zaglądał i o pracę się prosił, a gdy przyszło co do czego, żadnego.
Dzisiaj udało się skoptować Iwana, Wanię czyli. Wczoraj źle się czuł po 5 mocnych piwach, ale dzisiaj z rana był w odpowiednim stanie. Niestety, Jarego, który najlepiej na grodzeniu się zna, nie można było zdybać. Najął się u innego rolnika z naszej wioski.
Było nie było, doszłam do kompanii ja. Jako młotkowa z gwoździami.
Wania klasycznie, dniówkę rozpoczął od śniadania, kawy i papieroska. W tym czasie mogłam zajrzeć na fejsa i sprawdzić, czy już ruskie nie ruszyły na Unię i zaraz mi się za płotem nie zjawią. Ale nic nikt o tym nie bąknął.
Pracowaliśmy następnie od rana w podnoszącym się wiosennym słońcu coraz bardziej rozgrzani, ściągnęłam katanę i tylko w koszulce z krótkim rękawem udzielałam się, biegając po narzędzia do domu i z powrotem w dosłownym sensie. Wania przyjął to ze stoickim spokojem.
- Ot, młode lata poczuła - stwierdził filozoficznie.
- Nie, to cegła na głowę jej spadła - śmiała się Anna.
No, z czasem siły mnie odeszły i już tylko człapałam za nimi, od słupa do słupa, gdy rozwijali i naciągali siatkę. Do mnie należało przybijanie wielkim młotkiem gwoździami sztachet do słupów, z nawiniętą i naciągniętą na nich siatką. Aż mi się odcisk zrobił na palcu, trudno. Rączki mam na klawiaturze ćwiczone.
Rozciągnęliśmy 3 rolki, po 50 metrów każda. Pracując do 15.30 z małymi przerwami na papierosa i piwo dla Wańki, a dla mnie na karmienie gąsiątek.
Nareszcie Anna zarządziła fajrant. Pozostało jeszcze ze 20 metrów do ogrodzenia, nie licząc bramy i furtki, które trzeba będzie inaczej zrobić, to na następne razy będzie. Podreptałam do domu i upichciłam szybko kiełbasę białą z cebulką duszoną na patelni. Na gotowanie obiadu było już zdecydowanie za późno i za długo czekać. Jako dodatek wyciągnęłam z piwniczki sałatkę z opieniek z marchewką i papryką na ostro. I kolejne piwo dla Wańki. I tyle.
Potem jeszcze trza było drób nakarmić i zamknąć w kurniku, obrządek w koziarni zrobić, przewinąć gąsięta (tj. wymienić podściółkę w pudle, w którym na razie mieszkają), nakarmić psy i koty, ugotować kolejne porcje kaszy i jajek na jutrzejszą karmę dla piskląt, oraz zrobić nowy opatrunek na nóżkę małej Kulawinki. Dopiero po tym wszystkim, już całkiem opadła z sił, mogłam usiąść do komputera i to wszystko wam szczegółowo opisać.
1 września 2012
Makabryczne siły przyrody
Przez kilka dni w naszym sadzie rezydowała w namiocie Kamphora z najbliższą rodziną. Całe dnie spędzała na zwiedzaniu Hajnowszczyzny, więc niewiele jej obecności zaznałyśmy. Jakoś chłodne wieczory i rześkie poranki we mgle i rosie nie wystraszyły dzielnych pań, brakowało jedynie koni, aby wsiadły i pojechały z rozwianymi grzywami przed siebie, w podlaską bezludną przestrzeń.
Wizyta sąsiada zza lasa zaowocowała filmikiem, gloryfikującym nasz ser, zatem spójrzcie. Szkoda, że nie został w nim poruszony temat domowego cydru, którym przy okazji serów raczyliśmy się wtenczas w zespole na tarasie. Oto nasze sery zagrodowe.
Poza tym pojawiły się groźne i okrutne zawirowania, aż trudno mi o tym pisać.
Kola podczas porannego śniadania unieszkodliwiła Kluseczka sposobem znanym tylko sobie i swojej wilczej rasie. Stosuje go od lat do paraliżowania szerszeni. Okazało się, że kota też potrafi.
Ugryzła go precyzyjnie w prawe oczko, które... wypłynęło na wierzch.
Kociak przeżył i żyje, ale przypomina potworka. Wciąż nie możemy zabrać go do weterynarza, z braku samochodu (znów jest u mechanika z powodu stawania w trakcie jazdy) i czasu. W dniu wypadku na przykład trzeba było zaraz jechać (autobusem, a z powrotem pociągiem i rowerem) do Białostoka, aby w urzędzie podpisać tak długo wyczekiwaną umowę.
Kolejnego dnia zjawił się wreszcie od dawna zapowiadający się drwal i ściął osikę, rosnącą na podwórzu koło budynków gospodarczych. Zabieg całkowicie zalegalizowany, bo stosowne pozwolenie na wycięcie tego drzewa zdobyłyśmy już dawno i był pan urzędnik z gminy, który wydał opinię, iż rzeczywiście drzewo zagraża posesji w razie runięcia na przykład od wiatru. No, i upadło i faktycznie uszkodziło, na szczęście tylko daszek starej drewutni i kilka płyt eternitowych na starym spichlerzyku, co daje się przeżyć, bo właśnie dach ma być - w ramach zatwierdzonego wreszcie projektu - wymieniony na nowy.
A poza tym codziennie przetwarzam, chwytając równowagę psychiczną. Ostatnio poszły na konserwowane patisony i sałatka z czerwonych buraczków.
15 stycznia 2012
I znów nowy rok
Myśmy na Małankę w GOKu nie wybrały się, już tłumaczyłam dlaczego. Lubię biesiady, przy których można sobie porozmawiać w gronie znajomych. Tańce i swawole męczą mnie już po godzinie i chce mi się zwyczajnie spać.
Ale za to trafiła się inna towarzyska rozrywka, całkiem nieplanowana. Cud koniunkcji zaczął działać. Jakiś czas temu namierzyłam przez internet nowego sąsiada, osiedleńca w wiosce "rzut beretem przez las". I nagle zgadaliśmy się konkretniej i zaprosiłam go na herbatę zapoznawczą do domu, po zachodzie słońca i nakarmieniu wszelkiej zwierzyny. Tak jakoś o 17 to się wydarzyło. No, i okazało się, że ciekawy człowiek i dobrze nam się rozmawiało. Głównie o kwestiach osiedleńczych i remontowych, ale także wstępnych i nie-wstępnych konkluzjach na temat wioskowych "swoich i tutejszych" oraz ich alkoholo-licznych przypadłości.
Ledwie wyszedł po swojej wizycie za próg zadzwonił telefon. Odebrałam. I ku mojemu zdumieniu usłyszałam życzenia noworoczne od dawnego klienta z okolic, przekrzykującego się z melodyjnym disco-polo w tle.
- Proszę się nie dziwić. Mamy teraz Małankę, nowy rok świętujemy. Ja wszystkim życzę, tak jak mam numery w telefonie ustawione, po kolei. Przepraszam każdego za to, co nie wyszło i życzę wszystkiego dobrego.
- Rozumiem. W takim razie nawzajem wszystkiego najlepszego dla pana i rodziny!
No, i zaraz na nowyj hod spadł śnieg i mamy zimę. Dzisiaj nawet dzieciaki przybyły z miasteczka, żeby na saneczkach z naszej Góry pozjeżdżać.
19 grudnia 2011
Dziecinne sprawy
- A ryba może być?
- Przecież ryba to też mięso!
No, udało się koledze Krzysiowi przyrządzić na główny posiłek dnia racuszki z jabłkami. Zjadł. Ale dodał uczenie:
- Jeśli można coś powiedzieć, to nigdy nie miesza się owoców z niczym, zawsze je się osobno.
- Będę pamiętać. Ale teraz smakowało?
- Tak. I zjem jeszcze jednego.
Pić? Herbata nie, woda mineralna nie, sok fortuna z rurką, o tak. I loda na dokładkę. Zakąszając mandarynkami. Osobno.
- Chudzinek z ciebie. Weź, no się postaraj jakieś mięśnie wyhodować, bo cię wiatr zdmuchnie.
- Lubię kluski śląskie z dziurką, z mąki ziemniaczanej i z brokułem. Pycha!
- No, to jedz te kluski na śniadanie, obiad i kolację, będziesz grubszy i większy urośniesz.
Chłopiec przykleił się w pewnym momencie do komputera i dalejże nam pokazywać swoje umiejętności w grach zręcznościowych.
- Jesteś uzależniony?
- No, trochę... ale mój kolega bardziej.
- Ile siedzisz codziennie przy klawiaturze?
- Szczerze, czy mam skłamać?
- Szczerze oczywiście.
- Ile się da. Ale w domu jest tylko jeden laptop, to rzadko mogę dłużej. Jakieś dwie godziny?
- A u kolegi co robicie?
- On też ma jeden komputer. Siedzimy przy jednym i razem gramy.
- A mama myśli, że się bawisz i uczysz?
- No... lubię jeszcze koszykówkę.
- A czytać książki lubisz?
- Nie za bardzo. Wolę jak mi ktoś opowie.
- Jaką ostatnio czytałeś?
- No, ostatnio to nic. Białoruski muszę poćwiczyć.
Po chwili, kiedy już się dał odczarować i odciągnąć od pełznącego na ekranie ślimaka, na którego czyhały jadowite larwy:
- A gdzie wolisz mieszkać? Na wsi czy w mieście?
- Na wsi. Tutaj mam więcej kolegów i znam tylu ludzi, że w Warszawie nigdy bym tylu nie znalazł. Bo nawet nie wiedziałbym gdzie szukać. A tu są, od razu. Wyjdę na drogę i wszystkich znam. To jest fajne.
- To czemu do szkoły nie chodzisz?
- Bo się dzieci śmiały, że mam długie włosy i wyglądam jak dziewczyna. I że mięsa nie jem.
- Mama cię uczy?
- No, tak... ale ja już wszystko umiem.
I tak jest z tym światem... młodym światem... dorastającym światem...
25 października 2011
Babska siekierezada
Załatwiłyśmy za to, żeby nie marnować dnia, zmianę opon na zimowe, u pierwszego w okolicy (sąsiednia gmina) mechanika samochodowego, który niedawno zakład otworzył. I nie trzeba już będzie grzać 40 km do powiatu jednego, drugiego albo trzeciego, aby ktoś pod maskę zajrzał. Młody człowiek, po studiach. Który postanowił "ruszyć trochę ten martwy teren" swoją przedsiębiorczością i tym, że "mu się chce". Oby nie oklapł w tym zapale, jak inni!
Dzisiaj nie zjawił się także Jary, choć wieczorem przysięgał, kiedy przyszedł sępić na papierosy, że rano na pewno już będzie do roboty. Ania podjechała rowerem do jego chaty, pytać co się dzieje. Ano, chłopak już w lesie gałęziówkę ładował dla kogo innego. Tym się różniącego od nas, że wcześniej go z łóżka ściągnął. I że chłop, nie baba..
Z gniewnej bezsilności wzięłyśmy się same za stawianie płota.
A raczej przestawienie na razie jego zrobionej już części w nieco inne miejsce, jakiś metr dalej. W tym celu trzeba było odmierzyć nową prostą linię pod linkę, wyznaczyć miejsca na słupki, wykopać pod nie dołki, przestawić słupki i przybić na nowo do nich przęsła ze sztachetami. Wymagało to pewnej logistyki, przewidywania i planowania, rąbania i wycinania pieńka po osice, która niegdyś rosła w miejscu na płot wyznaczonym, a także pogłębiania dołków po szpadlu rękami, zwiezienia starych cegieł do ich umocnienia w ziemi i różnych takich drobnych czynności organizacyjnych. Nic zatem, czego by baba nie umiała sama zrobić, gdy się zaprze.
W międzyczasie toczyłyśmy kilka rozmów sąsiedzkich, uzgadniających różne stanowiska względem kilku palących dla każdej strony spraw. I psioczyłysmy na Podlasiaków między sobą ile weszło, a co! To nie żadne święte krowy przecież, tylko ludziska chytre, wykrętne, zazdrosne, działające nie wprost, obłudne, robotne, a leniwe jak mało kto, odkładające wszystko na święty nigdy, i sto podobnych innych cech można by wymienić, już my wiemy jakich... Oczywiście, mamy dystans, ale kiedy emocje same chodzą, to i trzeba im dać upust, nieprawdaż?
Nie tylko ich "dusza bolit" (i zapijać ów ból muszą notorycznie), nas też szlag trafia nie raz, i nie dwa.
A z tą siekierką i mną - to było tak...
Dawno temu zainteresowałam się astrologią, w ten sposób, że koniecznie chciałam poznać swój horoskop i zrozumieć co we mnie siedzi. Taki wiek. Mieszkając w niewielkiej miejscowości miałam słaby dostęp do możliwości nauki tej na poły ezoterycznej, a na poły bardzo ścisłej dziedziny. Działało wtenczas Towarzystwo Astrologiczne w Poznaniu, wydające roczne biuletyny i druki wewnętrzne (tj, to, czego pragnęłam najbardziej, efemerydy gwiazd i tablice domów, niezbędniki do samodzielnego obliczenia kółka), krążące między członkami na subskrybcję. Szczęściem zupełnym w swych hippisowskich wędrówkach po kraju spotkałam młodego człowieka rodem bodajże z Gdańska, Słoniem przezwanego (był duży, powolny i dokładny), który pod moim wpływem zapisał się do Stowarzyszenia, bo miał tę możliwość i załatwił mi podstawowe podręczniki, a potem zjeżdżał do mnie z wizytami, podczas których całe noce żesmy spędzali na omawianiu astrologicznych tematów. No, i on, już taki podszkolony na kursach astrolog zajrzał któregoś razu z wielce mądrą miną w moje gwiazdy i zaraz wytknął:
- O!
- Co takiego?
- Koniunkcja Słońca z Marsem!
- No, i co z tego?... eee.
- U kobiety!
- To takie dziwne?
- No, częste u mistrzyń sportu, siłaczek. Ale na bokserkę nie wyglądasz...
- No, to do czego się nadaję?
- Hm, z siekierką i do lasu, drwa rąbać! - orzekł w prawdziwym natchnieniu (jak teraz to już rozumiem i doceniam) Słonik. Ech, gdzieś do RPA go potem wywiało, pomarańcze zrywać, pod palmami plażować, kokosy łupać, czy jakoś tak.
23 sierpnia 2011
Sztuka przetrwania
Tak było przedwczoraj. Gdym obejrzała sobie na YT wykład Darka Kwietnia na tematy surwiwalowe, tj. o sztuce przetrwania w obecnych czasach.
Temat dla mnie jak najbardziej nie nowy, bo - do diabła - właśnie z tego powodu mieszkam na wiosce daleko od szosy, w przygranicznych leśnych bezludziach i staram się żywić samodzielnie i czcić wolność od cywilizacji w jak największym stopniu, możliwym na razie do urzeczywistnienia. Natomiast był całkiem nowy dla mojego gościa, który mi w tym oglądaniu towarzyszył, trzeciego dnia nudząc się już coraz bardziej świeżym powietrzem, gdakaniem kur, pianiem koguta, beczeniem kóz, dojeniem, brakiem telewizji, niemożnością obejrzenia meczu, poskajpowania ze znajomymi itd.
Wykładowca sztuki przetrwania właściwie tylko wprowadzał do tematu samego przetrwania, więc niewiele podawał sposobów na nie. A wprowadzenie polegało na przytoczeniu licznych przykładów absurdalnych reakcji młodych ludzi na kwestię - ćwiczonego z własnej woli dla rozrywki - realizującego się hipotetycznie armagedonu. Otóż pobyt osób, nawet świetnie wytrenowanych wojskowo w zwykłym "szczerym polu" przez kilkadziesiąt godzin kończył się histerią i paniką, a w rezultacie popadnięciem w chaos i zbłądzeniem. Ludzie, zbierający się w lesie na wyznaczoną "godzinę 0" zabierali ze sobą z domu laptopy, a nawet pewna dziewczyna wzięła... pralkę. Jako niezbędniki do przetrwania. Ktoś nie potrafił się zwyczajnie załatwić w leśnych krzewach i po kilku dniach wstrzymywania wylądował w szpitalu. Brak komórek, internetu i telewizji był najgorszy do zniesienia. Z trudem panowano nad budzącą się z tego powodu agresją... I więcej jeszcze można sobie o tym posłuchać samemu, więc relacjonować całości nie będę.
Te przetrwaniowe informacje ukazały się jeszcze raz w obejrzanym tego wieczoru - niezamierzonym sposobem - filmie "Wojna światów" Spielberga. Już w sposób dosadnie ilustracyjny, choć wciąż fabularny i przez to bajkowy.
Rozmyślam ostatnio wciąż nad tłumaczonym właśnie almanachem Nostradamusa, no, i pewnym zdaniem z niego:
"Przyjdą takie czasy... gdy szczęśliwi będą ci, którzy będą szli i nie będą stąpać po ziemi, a jeszcze szczęśliwsi ci, którzy nie będą mieli nic lub mało."...
Rzeczywistość skrzeczy... ludźmi absolutnie nie gotowymi, rozmamłanymi i rozpieszczonymi, zidiociałymi od patrzenia w ekran, czytania i pisania niepotrzebnych ostatecznie tekstów, gadającymi od rana do wieczora i w nocy też, z rękami w kieszeniach, o tym, jak i co powinno wyglądać.
Ale to tak sobie jeno wzdycham... Nie da się nikogo uratować od niego samego na siłę. Sztuka przetrwania też na tej świadomości polega.
4 lipca 2011
Kacza pogoda
Nie muszę mówić, że z tego powodu od razu spadła kozom mleczność.
Podobnie stale pod dachem przebywają kury. I dorosłe w kurniku, i średniaki w stodółce i kwoka z 10 kurczętami w lamusie ukryta. (Drugiej udało się wysiedzieć dwójkę piskląt, reszta jaj była niezalężona lub wychłodzona, zatem dzieciaki dołączyły do grupy i weszły pod skrzydła jednej niani, a druga kwoczka wróciła do koguciego stada).
Tylko Gusia, przezywana Kaczką nic sobie nie robi z tej pogody i pasie się sama na lichej trawce w obejściu, nie zważając na strumienie lejące się jej na głowę i po grzbiecie. Mało tego, codziennie znosi jedno jajo (nawet nie co drugi dzień, jak zawsze!). Dlatego nazwałam taką aurę "kaczą pogodą".
Zaćmienia, w tym roku aż trzy w jednym miesiącu (byłym) zapowiadają anomalie pogody nawet do pół roku. No, od sierpnia szykuje się kolejna atrakcja kosmiczna, czyli przelot komety Elenin, widoczny na niebie aż do jesieni. Niezbyt się z tego cieszę i chyba nie będę jej wypatrywać. Choć pewnie nie skończy się tak, jak w filmie Spielberga z bodajże 1999 roku o tytule, który brzmiał coś jak "Dzień ostateczny", gdzie kometa o nazwie nomen omen Ele uderzyła fragmentem o Ziemię, powodując potop.
Jednak światowymi finansami w sposób tajemny, tj. astrologiczny może zachwiać. Jeśli nie już w listopadzie tr., to w "miesiącu opozycyjnym", którym jest maj.
Ale dość wieszczenia. Jak na razie bąbelkują liczne wulkany na świecie i mamy zimny początek lata, wbrew prognozom dotychczasowym, że będzie gorąco i sucho. Jest zimno i mokro. A mnie strzyka boleśnie w lewej stopie.
Mam tę przypadłość od wczesnego dzieciństwa, gdy na ślizgawce, w butach z łyżwami odmroziłam sobie nogi. Z zaczerwienienia pod palcami lewej stopy wynikł wielki niegojący się długo wrzód, który ciągle przyklejał się do opatrunków, zmienianych mi przez Tatę, a zagojony odnawiał się przez wiele lat zawsze na jesień, w chłodnej porze. Teraz mam tam już prawie niewidoczną bliznę i notoryczny nerwoból. Który odzywa się właśnie, gdy robi się chłodno, nawet latem. Jedyną radą na to bolesne kłucie są ciepłe skarpetki w dzień i termofor w nocy na stopę. Babcieję, jednym słowem...
26 czerwca 2011
Apetyt na koziołki

Na kanwie podanego linka przez jedną z naszych czytelniczek http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,114757,9830148,Wielkie_zarcie_miesa.html dotyczącej wpływu wielkich hodowli na jakość naszego środowiska, chciałabym dodać kilka uwag.
Ostatnio spotykamy się z zainteresowaniem koźlęciną. I nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie lekkość podejścia do tego tematu. Właściwie większość koziej młodzieży z tego roku jest już sprzedana, została jedna kózka i dwa koziołki z marca, zwane Czesio i Lesio. Właściwie powinnyśmy je sprzedać, w sumie nawet są chętni. Gdyby nie małe ALE... Odbieramy telefony od osób zainteresowanych koziołkami, chociaż NIE, oni zainteresowani są koźlęciną. W sumie to samo. Przecież i tak z góry skazane są na śmierć. Jak słusznie zauważono w artykule, męscy osobnicy w takich ilościach jakie oferuje nam Matka natura nawet w małej hodowli są zbędne. Ale nawet przy ogromnym urodzaju trudno pogodzić mi się z myślą, że koziołek w wieku 3-5 msc. starczający na jeden - dwa obiady dla średniej rodziny mógłby teraz trafić na stół. Energia przyrody włożona w jego stworzenie jednak zasługuje na trochę więcej uwagi. Ten sam koziołek hodowany w sezonie letnim przy małym zużyciu paszy zabity w grudniu starcza nam na pół zimy, przy okazji radość mają psy, lisy i pewnie wiele innych organizmów. Można pomyśleć, że dzwoniący nie zdają sobie sprawy z wielkości koziołków, może gdyby zobaczyli, ich ręka w wyobraźni wyciągająca już nóż do gardła zatrzymałaby się na chwilę zastanowienia. Ale chyba jednak nie, ponieważ odwiedzają nas też klienci, zaczęły się wakacje, pojawili się letnicy, mający często domy letniskowe w okolicznych wsiach, po pokazaniu koziołków nadal uważają, że mogłyby być atrakcją na sobotni grill, przyjadą dzieci ... wnuki ... byłaby pyszna uczta.
Nie są zainteresowani dotykaniem zwierząt, przebywaniem z nimi, ciepłem ich skóry... są zainteresowani ich ciałem, chwilą przyjemności tylko dlatego że są bogaci i stać ich na codzienne jedzenie mięsa, a i to ostatnio ich nie satysfakcjonuje... teraz szukają smakowitych kąsków. Jako hodowca kóz pewnie odbieram to trochę zbyt osobiście, ale następne takie telefony spotkają się ze zdecydowaną odmową.
Nie po to dokarmiałam ich przez pierwszy tydzień na 20-stopniowym mrozie co kilka godzin, aby teraz jakiś rozkapryszony człowiek zjadł koziołka na jeden obiad.
Na bazie moich przemyśleń przypomina mi się wczorajsza rozmowa z podwożącymi mnie rolnikami do miasta S.
Jedziemy ... biegnie dwójka ludzi ... na to Pani, żona właściciela auta:
- Kurczę ... patrz, dbają o zdrowie, wzięliby się do jakiejś roboty, pomogli rolnikowi, skopali ogródek ... cokolwiek. Ale nie, oni ćwiczą. Najpierw się najedzą, jak ... a potem ćwiczą, a energia leci prosto do nieba.
Jedziemy dalej, rozmawiamy o zbożu, mijamy pola, patrzymy na owies ... trochę mały w tym roku. Pani mówi, że słoma i tak już nikomu nie potrzebna, ważne żeby chociaż ziarno obrodziło. I tutaj pada uwaga:
- A czego to ludzie nie wymyślą, teraz to już zaczęli owsem palić w piecach.
Fuka oburzona dodając:
- Tego to już Pan Bóg chyba nie wytrzyma!
I tutaj chyba czas na wniosek: ILE JESZCZE PAN BÓG WYTRZYMA?
A jeśli On wytrzyma, to ile takich pomysłów wytrzyma nasza przyroda???
22 czerwca 2011
Surwiwal codzienny
Nie czuje się tego, gdy jest samochód. Wszędzie dojedziesz o każdej porze. Ale nagle przestrzeń inaczej brzmi, gdy auto się popsuje. Bo nawet mechaników na lekarstwo w okolicy.
Tak więc dojechała szczęśliwie uszkodzonym samochodem do warsztatu (to jakieś 50 km od nas), mechanik nawet zaglądać nie chciał, od razu stwierdził, że drążek skrętny, tym razem prawy padł i dawno mówił, aby wymienić od razu oba, przy poprzednim uszkodzeniu lewego. Zatem, nim część przyjdzie ze sklepu internetowego samochód musi odstać swoje.
Trwał cały czas kontakt przez komórkę ze mną, a za moim pośrednictwem z internetem. Znajdowałam numery telefonów sklepów, nazwy potrzebnych akcesoriów oraz badałam rozkłady jazdy pociągów i autobusów. Miejscowi znają pory odjazdów wszelkich pojazdów na pamięć, ale ciągle nie my.
Kiedy już ustalone było jak wracać (rowerem na stację PKP w S., która oddalona jest od miasta jakieś 7 km i pociągiem z rowerem do Czeremchy, a potem z Cz. do domu znów rowerem), trrrach! pękła guma w tylnym kole roweru...
Mało tego. Pękł szew plecaka pełnego zakupów i szew nogawki od spodni.
- Czary jakieś? - zdumiewała się Ania.
- Siła cię rozpiera, czarownico - zaśmiewałam się przez telefon.
Poradziła sobie. W sklepiku kupiła agrafkę, spięła plecak, rower schowała w samochodzie, zostawionym w warsztacie i zdążyła na autobus do stolicy sąsiedniej gminy. Tamże przesiadła się szczęśliwie na pociąg i dojechała do Cz. Po drodze wstąpiła do pani Heli i pożyczyła rower. Na nim przyjechała do domu o całkiem przyzwoitej godzinie, tj. po 18. W sumie wyprawa zajęła jej ponad 6 godzin.
I tak to się żyje na podlaskiej wsi. Po prostu świetna zaprawa surwiwalowa przed końcem świata.
9 czerwca 2011
Klucz do czasoprzestrzeni tj. sztafeta 3 x 7
Pobiegali sobie trochę ze Sławkiem po tej przestrzeni, ale szybko jasnym się stało, że znaleźć klucz na polu to jak znaleźć przysłowiową szpilkę w stogu. Zadzwoniła zatem do mnie z prośbą o ratunek.
- W szufladzie tu i tu powinien być zapasowy, zobacz.
Znalazłam szybko.
- No, to teraz przynieś mi go! Nie ma innej rady... Albo najlepiej przyjedź moim rowerem.
- Skąd! W życiu! Nie umiem jeździć na męskim rowerze, przecież wiesz. Nie mówiąc o tym, że siodełko za wysoko.
- To go przyprowadź. Wyślę Sławka i spotkacie się wpół drogi, on wróci rowerem i będzie szybciej. Rower wezmę z powrotem na pakę.
Trudno, wciągnęłam krótkie spodenki, czapeczkę od słońca, wzięłam owo wielkie, ciężkie rowerzysko, co Anine czasy młodzieżowe jeszcze pamięta, kluczyk do jednej kieszeni, komórkę do drugiej i wyruszyłam w drogę.
To może jakieś 7 kilometrów. Jedno mgnienie oka, gdy jedzie się samochodem. A tu szłam, szłam drogą przez lasy i pola, bez końca. Oganiałam się wciąż od upierdliwych much, które koniecznie chciały się kawałek rowerem przejechać, i od wstrętnych mucholi także.
Kiedy wreszcie minęłam uroczysko Kon`yk (Konik, po polsku) i zdało mi się, że jest już blisko do następnej wsi nagle zza zakrętu wyłonił się... Sławko. Biegł równym krokiem długodystansowca.
Ze zdumienia oniemiałam.
- Człowieku, zrobiłeś na mnie wrażenie! - wykrzyknęłam, kiedy stanął i łapał oddech.
- Biegłem cały czas, bez zatrzymania - wyjaśnił.
- Niezły jesteś! - i oddałam mu rower, on wsiadł natychmiast na niego i odjechał. A ja w tył zwrot i do chaty drałuję. Jednak po kilku krokach coś mnie zatrzymało. Jakaś myśl. Wiem! Klucz!
Został w mojej kieszeni...
Zadzwoniłam do Ani. Sławka już nie było na horyzoncie.
- Q..wa!
- Idę do was. Jakoś dojdę.
I znowu szłam i szłam, a wsi ciągle nie było.
W końcu przeparadowałam przez ową sąsiednią wioskę, odprowadzana zdziwionym wzrokiem kilku starych kobiet wysiadujących na ławeczkach przed swoimi chatkami i minęłam cerkiew. Do niej przynależą wierni z naszej wsi i dopiero teraz poczułam, co to znaczyło kiedyś iść na liturgię i z liturgii, pieszo oczywiście. I na glodniaka, jak Pan Bóg przykazał.
Dalej droga wiodła już prosto na pola trzeciej wsi. Zostało mi raptem ze 2 kilometry.
W tym momencie Sławko dotarł rowerem do Ani i Ania przejęła rower i wyruszyła na moje spotkanie.
Spotkałyśmy się na zakręcie wiodącym do bobrowej łąki. Wzięła kluczyk i pomknęła do samochodu, a ja z rozpędu szłam za nią, w nadziei spotkania zaraz samochodu. Lecz... nie skręciłam w odpowiednim miejscu i droga wśród pól i łąk zawiodła mnie do trzeciej wsi. Zadzwoniłam.
- Aniu, do naszej łąki jechało się przez drogę asfaltową koło jakichś chałup?
- Gdzie ty jesteś?! Znowu gdzieś cię poniosło! Zgubiłaś się.
No, więc w tył zwrot i drep-drep drogą, którą tam doszłam. Przez przestrzeń polną wiatr, który wcale nie chłodził 32-stopniowego upału niósł krzyki i wyzwiska chłopa i baby kłócących się namiętnie w jakimś obejściu. Już dawno zauważyłam, że o ile miejscowi gadają między sobą po swojemu, to przeklinają po polsku, tu nic się nie zmienia. Pominąwszy czasem końcówki ukraińskie - aty, dodawane w miejsce naszego -ać. No, i wznosząc jedyny sztandar nieśmiertelnego ruskiego (rusińskiego, jako dawniej zwano): "job twoju mać!". - "Oj, będzie burza!" - pomyślałam. Ale nie było.
Udało nam się wrócić do domu, owszem. Ale byłam już tak padnięta, że to był koniec dniówki. Jeszcze na dokładkę wściekłe muchole, podjarane przez upał, umilały nam jak mogły pracę przy kozach, po prostu do łez. Ze zdenerwowania i bezradności.
Wczoraj od rana Ania wyruszyła na łąkę zwozić siano. Umówiona z różnymi ludźmi, kostkarzem-traktorzystą i dwoma ładowaczami na wóz. Do południa szło wszystko według planu. Ale mężczyźni zostali skuszeni przez sąsiadeczkę, która im za przywiezienie taczki ze sklepu zaoferowała litra i obiad. Nie dość, że zaczęło się opóźnienie, to jeszcze panowie podczas kostkowania siana wzięli się i pospali pod rozrzutnikiem... jak dzieci.
Jednak potem pracowali jak pszczółki, ładując wóz trzy razy. Bo okazało się, że coś z wozem było nie tak. A może z ich umiejętnościami układania kostek. To trudno powiedzieć. Można jedynie wniosek podać, że ten, kto się najwięcej w jakiejś sprawie mądruje, najmniej umie.
W każdym razie, pominąwszy flegmatyzm, brak umiejętności planowania i organizacji pracy, też wypijanie hektolitrów piwa, wody i innych trunków w tej spiekocie, panowie spisali się doskonale i pod wieczór załadowany wóz jechał już do naszej wioseczki...
Jechał, jechał, aż dokładnie w miejscu, w którym oddałam Sławkowi rower bez klucza, tuż przed uroczyskiem Kon`yk, wóz złapał gumę.
W tym samym momencie ja doiłam kozy i zabolał mnie mocno palec wskazujący lewej ręki. Tak silnie, że musiałam zrobić przerwę w dojeniu. A wszystko nie miało żadnej mechanicznej przyczyny, więc od razu pomyslałam: "Oj, coś się wydarzyło nie tak!"...
Trzeba było jeździć i pożyczać koło zapasowe od Big Johna. Próbowali je na drodze wymienić, ale nie dało się bez konieczności rozladowania wozu, więc dali spokój i traktor dociągnął powoli wóz z flakiem na pierwszym lewym kole. Było już szaro, gdy dotarli do naszego obejścia i nawet rozładowali tę furę i upakowali kostki pod dachem.
Kiedy skończyli była 22. Kiedy się rozjechali, 23.
Od 8 rano.
Dostali jeszcze obiecaną butelkę na koniec (a, bo zapomniałabym, Ania ogłosiła sprytnie, że jak ktoś znajdzie kluczyki do samochodu na łące to stawia butelkę, i znaleźli, skurczybyki!). Nie ma to jak odpowiednia motywacja! A w naszym regionie dobre jedzenie i picie "droższe piniendzy".
I tak się dzień skończył.
A dzisiaj zaczął się dla nas o 6 rano. Bo dla nich co najmniej 3 godziny wcześniej.
Panowie z trzeciej wioski ambitnie, bez umawiania się załadowali inną, pożyczoną przyczepę resztą kostek siana i dowożący przypyrkotał swoim traktorem w chwili, gdy się odwracałam z boku na bok w łóżku.
To się nazywa krzepa...
Sianokosy są zawsze najtrudniejszym egzaminem dla rolnika w roku, wcale nie żniwa (które wynalezienie kombajnu zamieniło w samą przyjemność patrzenia z brzegu pola, jak ziarno się sypie na przyczepę). Zdają go ci ludzie od dziecka i mają taką wytrzymałość, odporność na różne warunki pogodowe i siłę fizyczną, że w głowie Mieszczucha to się po prostu nie mieści. Nie wiem, czy by Pudzian temu sprostał. Serio.
Do wczesnego popołudnia zwieźli jeszcze pozostałe 3 fury siana plus przyczepkę samochodową. Załadowali i rozładowali. Nasze puste po zimie poddasze oborowe pomieściło wszystko w swoim głodnym brzuchu.
Przeżywając to wszystko myślimy sobie teraz, że w tych prostych, niewykształconych i często prymitywnych ludziach drzemie taka siła, że gdyby ją obudzić, to świat można by ruszyć z posad (co już paru spryciarzy próbowało kilka razy w historii wykorzystać). Inteligent z Miasta nigdy żadnej rewolucji sam nie zrobi, choćby pękł. Co najwyżej może bombę atomową wymyśleć. Jak sądzę w tym wypadku, w zamian za kompleks braku siły mięśni i siły przetrwania, która drzemie w ludzie, w każdym ludzie Ziemi.
31 maja 2011
Niusy oborowe
Trafiłam dzisiaj śmiertelnie dwa potwory, właśnie przy dojeniu Dziuni.
Z życia obory to jeszcze nowina: polubiły ją jaskółki i często wlatują do środka, przysiadają na belce pod sufitem i przezabawnie gadają ze sobą. Jak na razie gniazdka nie widać. Może to przedbiegi, a może jedynie miejsce schadzek?
Zwiozłyśmy kolejne trzy przyczepki gałęzi. Sterta rośnie i wygląda co najmniej malowniczo i egzotycznie, ale i przeraża mnie swoją wielkością. Rozmiar pracy do wykonania jest porażający. Robota w sam raz dla jakiegoś harcerza z Miasta, który chciałby poćwiczyć technikę rąbania siekierką gałęzi. Dla nas to jak na razie strata cennego czasu.
Pisklęta mają się dobrze. Na razie mieszkają w wielkim pudle w stodółce. Karmimy je co 2 godziny mieszanką próżonej kaszy, twarożku, krojonego jajka na twardo, płatków owsianych, od jutra szukam zieleniny, pokrzywy i krwawnika na dokładkę. Piją kwaśne mleko i serwatkę.
Kwoczka zaś uparcie siedzi na 9 jajach.
19 stycznia 2011
Eco-fiction
Świat się na wywrót odmienił. Post o intencji jak najbardziej religijnej, pokutnej, duchowej i oczyszczającej dzięki temu ciało w najlepszy sposób, został zdegradowany do diety wegetariańskiej świątek piątek, czyli czynnik religijny starannie wykasowany. I zamieniony w ideologię: ratujmy Ziemię, ratujmy zwierzęta, ratujmy się od miażdżycy, ratujmy swoją wątrobę, serce, srotototo. A to przecież nie to samo!
Gdyby tak spełniły się plany NWO i Nowy Człowiek (nadczłowiek), wyzwolony z okowów zabobonnej religii, wszechstronnie wyedukowany i zdrowy, osiadły w cywilizowanej ekowiosce ogrzewanej wiatrakami, elektrownią wodną lub solarami, z piękną oszkloną biblioteką, klubem internetowym, polem golfowym dla sportsmenów jadł jedynie warzywa i owoce (podlewane i podsypywane gnojówka ludzką - przez rolników uważaną obecnie za jeszcze gorszą od świńskiej, ale wegetariański gnój na pewno jest o niebo wartościowszy) to wszelkie zwierzęta hodowlane, które pod skrzydła ludzkie się w zamierzchłych czasach Abla schroniły, przepadłyby tak samo, jak giną inne gatunki dzikie, a może jeszcze prędzej... Zniknęłyby krowy, kozy, kury, świnie, cały drób różnej jakości, co mogło to by zdziczało, ale powrót do natury byłby już tylko ich degradacją. Po świecie snułyby się watahy dzikich psów robiących czystkę w stadach owych odegnanych od ludzi zwierząt, nie umiejących sobie radzić zimą, a nowy człowiek rozpocząłby kolejny etap swojej ewolucji, jakim byłoby przejście na odżywanie się energią słoneczną. Nie dałoby się bowiem uprawiać wystarczającej ilości warzyw i owoców ze względu na szkodniki, zdziczałe króliki, ptactwo dawniej przydomowe, a teraz szukające łatwej paszy, dzikie świnie, kozy itp.
O ile koty domowe potrafią sobie radzić same, to jednak psom byłoby gorzej. Z człowiekiem pozostałyby przecież jedynie mutanty ze zdegenerowanym systemem trawiennym, zdolnym trawić groch i kapustę, na ogół dla tego gatunku śmiercionośne.
Ludzie musieliby przenieść się w cieplejsze rejony świata, aby wytrwać na jarskiej diecie. Bo nawet najwięksi siłacze wśród mężczyzn, karmieni specjalnie fasolą dla wigoru nie dawaliby rady przeżyć zim nowej epoki lodowcowej, o jakiej usłyszałam byłam kilka lat temu z ust... Białorusina. Tak, tak, u ruskich głosi się od jakiegoś czasu całkiem odwrotną teorię od Al Gore`a. Teorię długich i krótszych cyklów ociepleń i oziębień, według której weszliśmy kilka lat temu w erę stopniowego wieloletniego wychładzania się klimatu.
Tajna broń Amerykanów, Haarpem zwana, umieszczona na Alasce oraz systematyczna praca mróweczek samolotowych, siejących chemiczne smugi na niebie Europy od lat bodajże już 60 pozostaje jednak w rękach jakiegoś albo złośliwego gnoma, albo podwójnego agenta Wschodu i Zachodu. Bo w Rosji upały się zaczęły na owo głoszone oziębienie klimatu, a na Zachodzie śniegi i mroźne zimy oraz deszcze i powodzie - na ocieplenie.
Ale miało być o czymś innym, bardziej realnym.
Dziś na obiad świąteczny ugotowałam czerwony barszcz. Jako dodatek do podsmażanych pierogów grzybowo-kapuścianych. I starczy nam jeszcze na jutro spokojnie, i może nawet na pojutrze... Panie Boże, odpuść grzech obżarstwa w każdy dzień roku niezależnie od pory i potrzeby organizmu! Świętuję radość uwolnienia się od przymusu zjadania wszystkiego, co produkuję. A nadwyżkę zdrowej żywności zagospodaruj Ty, o Najwyższy, bo ludzcy biurokraci i ustawodawcy zbyt się zbiesili od jakiegoś czasu.
Poza tym popracowałyśmy radośnie na poddaszu, przy sprzątaniu bałaganu pobudowlanego. Trzeba było zamieść dokładnie trociny z podłogi, pozbierać odpadki drewniane zdatne do pieca i posegregować te, które jeszcze się mogą do czegoś przydać, jak resztki desek szalunkowych czy płyt osb i gipsokartonu.
Na wieczór sama przyjemność. Pożyczyłam w gminnej bibliotece reprint z XIX wieku, książeczki pt. "Łyki i kołtuny. Pamiętnik mieszczanina podlaskiego (1790-1816)".
3 stycznia 2011
Oborowe życie
Jest tak: białaska Zofiji dostała na imię Jaśmina, bo nic innego od jasności nie przyszło nam do głowy. Co nieco dostaje mleka ze strzykawki, ale jest coraz lepiej i chyba już niedługo nie będzie musiała.
Mleko daje czasem Luba, czasem Gwiazda (mają jedynaki), czasem Kazia lub Dziunia (są rozdojone), a teraz zawzięłyśmy się jeszcze na Misię. Król ciągnie tylko z jednego strzyka, drugi nabrzmiał i robi się czerwony, trzeba doić, aby nie powstało zapalenie, do którego białe kozy mają genetyczną skłonność.
Ania wczoraj popracowała w oborze, przeniosła część kostek siana, magazynowanych w czwartym boksie, używanym zazwyczaj jako podręczna stodółka, do przejścia między boksami, a uwolnioną przestrzeń zabezpieczyła przed kozim apetytem płytami. Przeprowadziłyśmy tam Zofiję z małą. I to rozwiązało silne napięcie i agresję panujące w boksie białasek. Zofija z jej ADHD najlepiej czuje się sama. Od razu zrobiła się spokojniejsza, a jej dziecko tym bardziej. Także reszta kóz, czyli jej córka Misia i wnuczka Gwiazda poczuły się znacznie lepiej bez narwanej babuchy.
Niby głupia obora, głupie zwierzęta, każdy [w podtekście: głupi] chłop se poradzi, powie jakiś mądrala. Ale w rzeczywistości jest tak, że trzeba być zwierzęcym psychologiem i umieć nie tylko obserwować, ale i reagować i organizować życie zwierząt tak, aby było z korzyścią dla każdej sztuki. To jest tajemnicą tzw. "dobrej ręki" i tego, że u jednego rolnika hodowla świetnie się rozwija, a u drugiego prym wiodą ciągłe straty i kłopoty zdrowotne zestresowanych zwierzaków.
No, a Zulus dostąpił wizyty w domu. Gdzie w cieple kuchennym i przy dobrym świetle wypróbowałyśmy różne metody nauczenia go picia mleka w sposób najwygodniejszy i najszybszy dla nas i dla niego.
Pojenie go ze strzykawki jest stresujące dla maleństwa, bo może się zachłysnąć, nie ssie, raczej broni się i boi, niż chce pić. Choć z czasem robi się łatwiejsze i pije chętniej, gdy lęk mija i przeważa poczucie sytości potem.

Picie z kubka nie wchodzi w grę. Zanurzony pyszczek i nic, żadnego chłeptania.

Picie z butelki, to samo. Smoczek jest za duży, mały miętoli go w buzi i wcale nie ssie, a przy pierwszej okazji wypluwa agresora.
W końcu okazało się, że najlepiej mu idzie picie... łyżeczką.
I na tym stanęło.
Po powrocie do obory mały złapał za maminy cyc. To jest zawsze pierwsza reakcja każdego dziecka, gdy się czegoś wystraszy i zestresuje. Ssanie uspokaja.
Zuzia powoli zaczyna produkować więcej mleka, więc mam nadzieję, że to absorbujące zajęcie dokarmiania za jakiś czas się skończy lub ograniczy. Bo na razie karmimy go kilka razy dziennie, średnio co 2-3 godziny, i co najmniej raz po zachodzie słońca, ok. 18.

Pozostałe koźlęta mają się znakomicie. Kibuc kaziukowy bezproblemowy zupełnie. Niuńki pasjami uprawiają sport. Rozpędzają się, wpadają biegiem na ścianę, odbijają się od niej czterema nogami, robiąc zwrot i biegną z powrotem.