Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przepisy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przepisy. Pokaż wszystkie posty

19 lipca 2025

Żniwa porzeczkowe i dieta nie tylko lipcowa

Pogoda lipcowa zmienna, słabo przewidywalna. Nagłaśniane przez media upały (które trapią całą resztę Europy, łącznie z Anglią i Skandynawią) zamieniają się w najwyżej dwa dni ciepłe i słoneczne, po których zawsze przychodzi więcej niż tydzień dni chmurnych, ze słabym słońcem, z deszczami i burzowymi pomrukiwaniami. Kozy lubią tę pogodę, a że oba pastwiska już szczegółowo wygryzły, prędko zmykają każdą dostępną dziurą w świat zewnętrzny („do wilka”) i kończy się na bieganinie Anny po krzakach i lesie z wielkim krzykiem i gniewem. Tym niemniej przy okazji znosi do domu znalezione przy gonitwie kurki, które idą na marynatę w domowym occie jabłkowym.

Porzeczkowe żniwo dotychczasowe: 18 dżemów z czarnej i czerwonej, 10 buteleczek soku z nich, plus 3 i pół litra soku z sokownika oraz zapas mrożonych surowych owoców na kompoty, które pijemy przez cały dzień. Pozostaje jeszcze kilka krzaczków nieobranych, a zroszonych deszczem, więc czekają na słońce, te pójdą do gąsiora. Oraz 3 krzaki białych porzeczek, które dojrzewają najpóźniej. Z nich robię dżem, który przypomina w smaku i konsystencji żurawinę i można go używać jako dodatek do mięs na słodko. Mój ulubiony. 

Mam ostatnio istny odjazd na twaróg i kozie mleko. W ogóle z powodu szwankującego woreczka i innych starczych dolegliwości zmieniłam dietę na wysokobiałkową, niskotłuszczową i niesmażoną, łatwostrawną, niskosłodzoną, bezglutenową jak zawsze, bezjajeczną w praktyce i bezalkoholową. Odpadły z niej warzywa wzdymające: fasola, groszek, cebula, czosnek, brokuł, kalafior, kapustne, jedzona na surowo zielenina oraz potrawy smażone. Uprawiam także od kilku miesięcy post przerywany typu: 8-godzinne okienko żywieniowe (od 9.00 do 17.00) i 16 godzin niejedzenia. Piję w ciągu dnia 1,5 litra wody z dodatkiem kompotu, do tego jedna kawa o poranku, a po południu kakao. Na śniadanie i obiad zupa, mleczna z kaszką jaglaną albo kukurydzianą bądź ryżem, i na obiad jakaś zupa warzywna z wkładką mięsną, czasem ryba pieczona z warzywami i jogurtowym dodatkiem. Na kolację twaróg z odrobiną miodu lub chrzanu, pieczona wątróbka, befsztyk z frytkownicy albo kanapki. Z surowizny: arbuz, banan, jabłko, marchew tarta, zielona posypka do potraw z ziół ogródkowych, ogórek. I kiszonki: małosolne ogórki albo buraki. Z tłuszczy używam głównie masła i olejów z zimnego tłoczenia, lnianego, z ostropestu, z czarnuszki (odrobinę na smaczek) albo rydzowego, wszystkich na surowo do polewania zupy albo warzyw i sałatek. Wyzbyłam się sporą ilość kamieni, które jeszcze czasem doskwierają uciskiem pod żebrem, w dołku lub lekką kolką w boku, ale coraz to mniej. Od czasu, gdy się ważyłam ostatni raz przedtem (może 2 lata temu) schudłam prawie 10 kilogramów i poszło to teraz nadzwyczaj łatwo. I może trochę za szybko. Więc choć zostaje jeszcze kilka do zrzucenia nadwyżki dokarmiam się swobodnie w odpowiedniej porze, aby zachować równowagę i pełnię.

Spacerem delektuję się powolnym co dzień, w towarzystwie obu psów,  z lasem z jednej, a polami kwitnącej obecnie gryki, huczącej od pszczół i innych owadów zapylających - z drugiej strony.

19 października 2024

Śledzik w ostrej zalewie pomidorowej

 
Śledziowa Krwawa Mary

Przepis, którym się raczymy ostatnio pasjami, podał Gieno Mientkiewicz w "Śledziożercach", ale można go też spotkać w necie pod nazwą śledzi po kaszubsku. Zdjęcie powyżej pochodzi z internetu i nie oddaje do końca wyglądu potrawy, która rzeczywiście jest zrobiona z sokiem pomidorowym, a nie żadną pastą. Zapisuję tu ku pamięci, aby nie szukać ciągle w zapiskach pisanych.

Skład: 

4 wymoczone płaty śledziowe
1 cebula
1 liść laurowy
8 ziarenek pieprzu prawdziwego
8 ziarenek ziela angielskiego
2 łyżki octu jabłkowego
2 łyżeczki cukru
3 łyżki oleju
150 ml soku pomidorowego
szczypta soli, pieprzu, sosu tabasco do wzmocnienia smaku. Ja z braku tabasco dodaję łyżkę chińskiego sosu sojowego i szczyptę pieprzu cayenne.
posiekana nać pietruszki do posypania
Oraz, uwaga!
wódka czysta - 50 g, ale to opcjonalnie. Ja jednak wolę napić się naleweczki klasycznie osobno.

Najpierw zeszkliwiamy pokrojoną w talarki cebulę z dodatkiem oleju, przypraw, cukru i octu, potem dolewamy soku, wzmacniamy smak i zagotowujemy całość. Studzimy zalewę, mieszamy z pokrojonymi śledziami i wstawiamy do chłodziarki na 12 godzin. Na talerzu posypujemy zieloną pietruszką. 

Smacznego! I na zdrowie!

22 maja 2024

Doświadczanie kuchenne i różne inne

 

Przez dwa ostatnie dni pojawiły się pierwsze majowe, nader skąpe deszcze przy okazji burzowych lekkich manifestacji. Upał z dnia na dzień wzrasta, słońce stoi w dzień wysoko. Nad chatą kwitną akacje i od rana huczą radośnie pszczoły z pasieki sąsiada. Znak Bliźniąt zesłał też od razu owady w większej i aktywniejszej gromadzie (nie tylko meszki i komary, jak dotąd), motyle różnych barw, uaktywniły się pszczoły.

Jaskółki szaleją nad obejściem wyłapując pracowicie swój pokarm, acz wyprowadziły się z jakiegoś względu od nas i przeniosły do sąsiedztwa. Ale terytorium łowieckie jak widać zachowały.
Codziennie ratuję życie topiącemu się w ptasim poidle szerszeniowi. Suszy skrzydełka z boku, po czym odlatuje, gniazdując samotnie gdzieś pod dachem budynku gospodarczego. Samotniki nie są groźne i kąsają tylko przyciśnięte do muru. Zaczynają się też, niestety, muchy, acz najgorsze jak co roku dopiero przed nami.
Anna ogląda łąkę planując sianokosy. Nowy akumulator do władka zakupiony. Stary padł w zimę. Tymczasem udało się ściąć przy pomocy złapanego okazyjnie Andriuszy uschłą jabłoń w sadzie. Drewna mamy na 2 lata do przodu i w tym roku po prostu tylko porządkujemy to co jest i samo przybywa.
Słońce dzienne pozwala korzystać z darmowego prądu, więc eksperymentuję w kuchni, potrawy przyrządzając głównie na kuchence elektrycznej. W ten sposób palę pod płytą tylko wtedy, gdy ktoś chce się wykąpać, czyli co kilka dni. Dzięki temu w mieszkaniu panuje przyjemny chłodek w ten ciepły czas.

Jakie eksperymenty? Ano rozpracowuję przetwory mięsne w słoikach. Tak naprawdę nigdy tego dotąd nie robiłam, więc muszę wypróbować różne przepisy, aby dojść do swojego smaku. Zresztą ogół przepisów dotyczy przede wszystkim wieprzowiny, czasem kurczaków czy indyczyzny, a nasz asortyment nieco jest inny. Każdy rodzaj mięs zaś wymaga swoich przypraw i nieco innego potraktowania ogólnego.
Jak na razie wypadło zgrabnie, acz były mankamenty, które teraz będę poprawiać. Nim zabiorę się za większe ilości i tyndalizację.

Stado kaczek i częściowo indyków zostało wybite, udało się wygrać wyścig z lisem po stracie trzech kur i kaczora. Zaatakowany został także naczelny indor i już na nim kreskę położyłyśmy, bo tylko garść piór po nim została na drodze przed bramą i rozkrzyczana ze strachu gromadka reszty indyków. Psy pognały w las za tropem złodzieja, a mnie zastanowiło, że brak krwawych śladów czy ciała ofiary w pobliżu. Z doświadczenia bowiem wiem, że lis indora nie udźwignie w zębach, musi go wlec pracowicie i w spokoju do kryjówki, dzięki czemu udawało nam się w innych latach takie stracone sztuki odnaleźć w polu czy na pastwisku. Tutaj został spłoszony dość szybko, tymczasem wielkiego samca ni widu ni słychu. Szukałyśmy same i potem z psami w okolicznym lasku, krzakach i w ogródku, bez rezultatu. Anna dostała nawet ze zdenerwowania bólu serca i musiała walerianę zażyć. 
Tymczasem raniutko, skoro świt przywitało ją znajome gulganie na podwórku... Indor przetrwał noc gdzieś w lesie, po prostu w szoku skrył się przed drapieżnikiem tak skutecznie i cicho, żeśmy go nie mogły znaleźć. Miał kreskę nad sobą, a w ten sposób z tej naszej radości na razie mu się upiekło.

Nadto co kilka dni warzę ze świeżego twarogu koziego sernik. Doszłam, że przepis na sernik gotowany jest najlepszy i najwygodniejszy do wykonywania w stałych porach, nie wymaga wypiekania spodu. W ten sposób zagospodarowujemy twaróg, który jest pyszny, ale nie ma na niego klientów z racji choćby dużo wyższej ceny niż twaróg z mleka krowiego. Do którego wszyscy są przyzwyczajeni i łatwo go dostać.
Oczywiście zmniejszyłam ilość cukru i robię według swoich proporcji, bo ogólnodostępne przepisy na wszelkie ciasta i słodycze są niemożebnie przesłodzone, wprost nie do zjedzenia. Aż mnie zęby bolą na samo wspomnienie i zgaga się odzywa (na szczęście tylko w pamięci).

Sernik jest przepyszny i znika w ciągu 2 dni. Czasem trzech, gdy nakazuję wstrzemięźliwość, bo są akurat inne rarytasy do spożycia.

Zapisuję tu swoje proporcje, aby nie zapomnieć doświadczenia na później. Zatem...

Sernik gotowany w polewie kakaowej

(bez glutenu)

Składniki:
55-65 dag świeżego twarogu koziego domowej roboty (oczywiście może być też krowi, ale nie mam)
1/2 kostki masła
1 paczuszka budyniu waniliowego lub śmietankowego i opcjonalnie kilka łyżek mleka do jego rozmieszania
2 duże jaja, gęsie, indycze lub kacze (kurzych dałabym 3)
4 czubate łyżki cukru, w tym łyżka cukru waniliowego (niekoniecznie, bo wcale tej wanilii nie czuć i właściwie szkoda zachodu)
Duża garść rodzynek i nieco mniejsza pokrojonych na drobno daktyli

Można dorzucić co się lubi jeszcze, np. figi, orzechy, pestki dyni, wiórki kokosowe, co się ma i lubi.

Przyrządzanie:
Składniki mieszamy w płaskim garnku na małym ogniu, stopniowo rozpuszczając i mieszając stale, aby nie przywarły. Gdy już całość się zespoli w jedność pozwalamy jej pobulgotać kilka minut (ok. 5), ale mieszając co chwila.

Wtedy zestawić garnek z ognia i dosypać słodki wkład rodzynkowy, wymieszać i przelać wszystko do foremki, w której ma ostygnąć i nabrać twardego kształtu. Po wstępnym wystygnięciu najlepiej wstawić do lodówki, co przyspiesza proces.

Gdy już się ów proces po kilku godzinach dokonał wykładamy sernik z formy na talerz i zabieramy się do przyrządzenia polewy. Co do niej ciągle się uczę. Wciąż pojawiały się jakieś niedoróbki, więc skonsultowałam się z koleżanką mistrzynią od wypieków wszelakich. I już wiem, że trzeba dbać o niską temperaturę, bo w zbyt gorącej kakao oddziela się od masła tworząc nieładne grudki. Mleko zaś nie może być zimne. I stale mieszać, aż do uzyskania litej masy.

Składniki polewy: masło, mleko, cukier, kakao, proporcje do wybranej ilości są jeszcze w rozpracowywaniu i próbowaniu, dlatego nie podaję szczegółów. W praktyce używam po 3 łyżeczki wszystkiego, czubate (oprócz mleka, które czubka nie osiągnie).
Po jej wylaniu na sernik można całość posypać dodatkowo wiórkami kokosowymi. W ten sposób uzupełniamy owe niebywałe ilości cukru, z których zrezygnowaliśmy dla własnego zdrowia i urody, naturalną i zdrową słodyczą.

Dla ułatwienia można po prostu rozpuścić kilka tafelków czekolady i poradzić sobie tym sposobem.

Nie obżerać się, bo ser twarogowy to 100 procent białka, i po dłuższej chwili od zjedzenia jest się sytym i pełnym po uszy. I to bez nadmiaru cukru.

Najlepiej zagotować masę około południa, ma wtedy czas do wieczora dobrze zastygnąć, a polewa to już prędki pikuś. 

Sernik moim zdaniem zdobywa najlepszy smak po 2 dniach, ale rzadko udaje nam się tyle wytrwać. 

8 lutego 2024

Tłusto i słodko

Słodkie jem tylko raz do roku, w Tłusty Czwartek. Mam stały przepis na pączki serowe bez glutenu i białka kurzego. Oto on:

Jedno duże jajo gęsie

200 gram twarogu koziego

1 szklanka mąki bezglutenowej (stosuję mieszankę ryżowej, kukurydzianej i ziemniaczanej)

2 łyżeczki cukru

1 łyżeczka proszku do pieczenia

Ewentualnie kapka mleka koziego dla rozrzedzenia ciasta, gdyby twaróg był zbyt suchy.

Olej do smażenia

Cukier puder do posypania

Kłaść ciasto łyżką na gorący olej, smażyć do zrumienienia.

Całość zajmuje pół godziny pracy. 

Na zdjęciu ostatek, który zdołałam ocalić do fotografii.

12 sierpnia 2023

Sierpniowa zupa warzywna

Po dniach i nocach na tyle zimnych, że dojrzewanie pomidorów prawie zamarło, ruszają znowu upały. I przerób zbiorów. Głównie pomidorów, choć trochę słoików sałatek ogórkowych w kilku ulubionych smakach też do piwniczki powędrowało. U znajomych w gościnie spróbowałam kiszonych zielonych pomidorów i jutro robimy, bo w trzeci dodatkowy tunelik zaraza wlazła i trzeba było zebrać owoc w niedojrzałym stanie.
Generalnie codziennie jemy kiszonki, kapusty z burakiem, rzodkiewki, ogórki małosolne lub kwaszonki: korniszony, sałatki ogórkowe czy ćwikłę. Do tego jogurt na śniadanie z dodatkiem domowego dżemu lub pasteryzowanych jagód, wszystko tytułem nie jedynie smaku, ale i podtrzymania zdrowia i stałej odporności.

Dziś na obiad ugotowałam sierpniową zupę warzywną ze składników w większości z gospodarstwa wziętych. Oto składniki na 3-litrowy garnek (4-5 porcji dla dorosłych osób).

Jedna marchew starta.
Jedna cebula pokrojona w talarki.
Pół cukinii syryjskiej pokrojonej w kostkę.
Trzy garście kurek znalezionych w lesie za domem, przedtem sparzonych i dobrze opłukanych z piasku.
0,8 litra przecieru pomidorowego swojej roboty.
Jeden krojony pomidor mięsisty, jeszcze nagrzany słońcem w ogrodzie.
Dwie małe papryczki czerwone, nieostre.
Cztery wyżyłowane liście kapusty włoskiej, pokrojone.
Liść pietruszki.
Liść selera.
Trzy listki mięty (mięta wyostrza smak, spróbujcie tego sposobu, ja się przekonałam).
Kilka listków kolendry.
Suszona bazylia.
Ziarna pieprzu prawdziwego, ziela angielskiego, kolendry. Szczypta pieprzu cayenne i pieprzu ziołowego.
Siedem łyżek ryżu.
Sól do smaku.

Uzupełnić wodą, zagotować i ugotować do miękkości wszystkich składników.
Jeśli zupa jest bez wkładki mięsnej, typu jarskiego, można dodać na koniec podsmażonej na maśle czy oleju cebulki. W naszym przypadku nie pieścimy się. Dodaję przysmażonych dużych skwarków ze słoniny, albo boczku. 

8 lipca 2023

Ogrodowe specjały

Skarby ogrodu. Tadam!
Oto - oprócz jakichś zielonych przypraw w tle -  burak liściowy. Jasny i czerwony. Nadaje się do kiszonek albo do duszenia na patelni podobnie jak szpinak. Francuzi ponoć jedzą go z serem. U nas można także drobno posiekanych, duszonych czerwonych liści użyć do chłodnika (tego chłodnego na zsiadłym mleku, a nie do gorącej zupy!).  


Kapustne. Mamy już za sobą pierwszy letni "bigosik" z główki kapusty lipcówki. Starczył na dwa dni.


Arbuzowy eksperyment. Wraz z ustrojstwem podlewającym zmontowanym z wypalonych ale nie szkliwionych glinianych biskwitów, umieszczonym w glebie. Woda przesącza się powolutku przez porowate ścianki zakopanego w ziemi dzbanka. Widok z góry.


Ogóraski. I koper w tle. Na baczność. Małosolne już w obiegu. (Kozy też nie narzekają).


Pomidory, kwiaty aksamitki chroniące przed szkodnikami i coś tam. W ogóle w tunelu mało ogarniam co jest co. Cała uprawa przypomina istną zieloną dżunglę.


Tu i ówdzie trafia się fasolka.


Buraki, nasz ostatnio hit jedzeniowy. Cienko krojone, pieczone w naczyniu żaroodpornym, z dodatkiem marchwi, cebulki, bobu, jakiegoś mięska, i z włoską czarną kapustą, której liście robią za delikatny jarmuż na wierzchu, podpieczone na koniec od góry zamieniają się w chrupiące i smaczne chipsy, całość na talerzu posypana koperkiem i popijana jogurtem, zagryzana ogóraskiem, żyć nie umierać.


Tymczasem stopniowo zbieram porzeczki, najpierw czarne, teraz czerwone, z których warzę galaretki, w dziesiątki słoiczków idące.

12 sierpnia 2022

Ogórki i pomidory

Kilka dni temu przyjechała kostkowana słoma z pola zaprzyjaźnionego rolnika. Zapas na podściółkę dla drobiu i kóz do przyszłego roku uczyniony został. Na przyczepę rzuciły się od razu ptaki, wydziobując kłosy.

Wciąż rosną ogórki, choć Anna od dawna krzyczy, że się kończą. Otóż noce zrobiły się cieplejsze i ogór ruszył cudownym sposobem. 

Mamy zapasy kiszonych i kwaszonych jeszcze z zeszłego sezonu, uzupełniam sałatki, na razie w zalewie miodowej, mojej ulubionej. I podrzucam stary sprawdzony 

przepis na ogórek konserwowy

Sprawdza się doskonale, jeśli tylko ogórki są świeże, prosto z krzaka i odpowiednio drobne. Ja dodaję octu jabłkowego 2-letniego i czasem zamiast gorczycy sypię ziarenka kozieradki, lubię smak jaki dają.

Koper również rośnie pod ręką. W pełnym rozkwicie swej mocy.

Poza tym dojrzewają pomidory. 

Może nierówne, spękane i niewystawowe, ale niepryskane, słodkie, miękkie i soczyste. 

Przerabiam je wyciskarką, która oddziela ziarenka i skórkę od soku, potem go zagotowuję z dodatkiem soli kamiennej i szczypty ostrej suszonej papryki zeszłorocznej. Przelewam na gorąco do butelek, które już bez dodatkowej pasteryzacji idą do piwniczki zimować. Jest jeszcze kilka z zeszłego roku, stąd wiem, że sok przechowuje się długo i bezproblemowo i daje niepowtarzalne smakowo zupy i sosy. Bez porównania z tymi z dodatkiem przecierów sklepowych! Nadaje się też do picia lub drinków.

Co jeszcze? Ano bociany odleciały.

30 kwietnia 2022

Szybkie obiadki

To było wczoraj. Dzieło Anine przed włożeniem do pieca:


I po wyjęciu: 


Moje nie zdążyło doczekać się zdjęcia w całości. 


Oprócz placka sos paprykowy, cebula, ząbek czosnku, szpinak, kilka plasterków boczku i tarty ser żółty na wierzch. 

Dzisiaj dla odmiany tortille z mąki kukurydzianej z mlekiem i jajem gęsim wymieszanej z farszem z duszonego szpinaku i odrobiny twarożku. Zagryzane chrupiącymi korniszonami. Prawie wsio z gospodarstwa (prócz mąki, niektórych przypraw, oleju itp.). Coś trzeba robić z zieleniną. Bo rzodkiewki gonią.

6 kwietnia 2022

Chleb domowy

Raz na tydzień pieczony domowy...



Składniki
:

Pół kilograma mąki pszennej
25 deko żytniej
Pół litra wody
3 łyżki oleju
Garść jakichś ziaren, słonecznika, siemię itp.
Zakwas zostawiony z poprzedniego ciasta, trochę drożdży, sól

Ciasto razem z ziarnem zaczynione po południu na dzień przed pieczeniem, pozostawione w chłodzie na noc. W dzień przeniesione do ciepłej kuchni, aby urosło.

Pieczone w naczyniu żaroodpornym, zakrytym, otwartym pod sam koniec, aby przyrumienić skórkę.

Puste naczynie rozgrzać najpierw razem z piekarnikiem do 200 stopni, i wrzucić do niego ciasto jednym zręcznym ruchem. Piec około godziny, ale zerkać jak się ma, bo czas może być nieco różny w każdą stronę.

Tak wygląda w środku po ukrojeniu:


Cena samych produktów około 4 1/2 złotych na obecne stawki. Kosztów pieczenia nie liczę, bo każdy ma inaczej. U nas można wręcz nie liczyć. A wielkość przynajmniej dwukrotnie większa, niż chleba sklepowego.

6 września 2021

Ostra zupa z pomidorów i papryki

Pogoda rozjaśniła się, jest słonecznie w ciągu dnia, choć rześko z rana i pod wieczór. Mała fala (falka?) przymrozku zwarzyła nieco liści dyniowych w obu ogródkach, poczerniały z brzegów od zachodu skąd problem przyszedł, choć na szczęście nie zaszkodziło to wciąż jeszcze niedojrzałym owocom.

Znajomy rolnik zebrał ziemniaki, ale są bardzo soczyste od wody i pewnie będzie problem z przechowaniem. Pierwsze 2 i pół metra wylądowało w ziemiance, po przebrnięciu kolejnej już kontroli policyjnej na drodze wylotowej przy "wąskim pasie". Jeszcze drugie tyle do wzięcia.
Pogaduszki rolnicze to głównie narzekania. Na przykład ziarno i sadzeniaki kupione w Centrali Nasiennej okazały się bardzo złej jakości, nie dość że słabe to zarażone wszystkim co się da. Kiedyś tego nie bywało.

W naszych tunelach też pojawiła się zaraza na pomidorach, ale na razie wybiórczo w długim. Te z cieplicy trzeba było wyrwać. I z innych małych ostatnie ogórki zostały zebrane głównie na karmę dla kóz (bardzo je lubią) i jakieś ostatnie małosolne. 

Zbieram zioła. Kwiat krwawnika i wrotycz, glistnik i dziurawiec. Lubię mieć świeży zapas na kolejny rok. Muszę przyznać, że herbatki z udziałem glistnika i dziurawca dały poprawę w objawach kamicy, na którą od lat co rusz narzekam. 

Bateria pomidorowych soków gotowa na zimę. Brakuje już butelek. Po raz pierwszy spróbowałam kiszonych pomidorów. Najpierw nieduży słoiczek koktajlowych zalany świeżo wytłoczonym sokiem pomidorowym z dodatkiem soli. Po tygodniu posłużyły do zupy. Ten dzień wybił dzisiaj. I oto jak sobie z zupą poradziłam, mając różne inne dodatki prosto z ogródka. Wyszła pyszna, ostra, kwaśnawa, smaczna i pożywna. Polecam!

Zupa pomidorowo-paprykowa

Składniki:
Wkładka mięsna w postaci kawałka tłustej kości, u mnie sprawdziły się żeberka koźlęce w tej roli.
Słoiczek kwaszonych pomidorów koktajlowych w pomidorowej zalewie.
3 dojrzałe spore słodkie pomidory
1 mała ostra papryczka
2 większe czerwone słodkie papryki
Garść świeżych kurek z lasu
Warzywa: cebula, tarta marchew, seler, krojona dynia lub cukinia.
5 łyżek ryżu.
Przyprawy: świeże liście lubczyku, selera naciowego, nać pietruszki, 2-3 listki mięty, gałązka tymianku. Oraz klasycznie: płaska łyżka soli, kilka ziaren pieprzu czarnego, ziela angielskiego, liść laurowy.

Wykonanie:
Wziąć garnek 3-litrowy, na początek wrzucić kość, zalać wodą na tyle aby ją zakryć, posolić (pamiętając, że kwaszone pomidory będą nieco słone), dodać ziela i pieprzu, liść laurowy i zacząć gotować. Potem wrzucamy kolejno warzywa, które najdłużej się gotują, czyli seler, marchew i pietruszkę. Następnie pokrojone papryki, cebulę i grzyby. Dodajemy krojoną dynię lub cukinię oraz pokrojone słodkie pomidory wcześniej obrane ze skórki. Wreszcie ryż, aby nabrzmiał i zmiękł. Dopiero na koniec, gdy już wszystko jest miękkie i rozgotowane dodajemy kwaszone pomidory. Wcześniej przetarłszy je na sitku, aby rozebrać je ze skórki. Wlewamy miąższ wraz z kwaśnym sokiem, w którym się kisiły. I gotujemy jeszcze chwilę. Można uzupełnić ilość zupy wodą, gdyby okazała się zbyt gęsta lub pikantna oraz dodać odrobinę cukru, gdyby była jednak zbyt kwaśna. Na talerzu można polać zupę odrobiną dobrego oleju z zimnego tłoczenia i posypać siekaną nacią pietruszki.

Gdy papryczka była rzeczywiście ostra, przygotujmy się na mocne wrażenia smakowe. Super!

Porcja obiadowa dla 4 osób, dla dwóch na dwa dni, dla jednej na cztery.

2 lipca 2021

Sezon ogórkowy rozpędza się!

Urobek dzienny. Świeżutkie, prosto z krzaka. Marzenie smakosza. Ponieważ ochłodziło się i deszczy można spędzić więcej czasu w tunelu w ciągu dnia i podgonić zaległości.

Nastawiam kolejną partię małosolnych. A do obiadu znowu mizeria. Z tartych ogórasków lekko posolonych, z dodatkiem śmietanki zdjętej z mleka koziego i zakwaszonej kilkoma łyżkami koziego jogurtu, z pieprzem, łyżeczką octu jabłkowego i łyżeczką cukru.

Koper na dokładkę. Takoż dodaję do wszystkiego, co się da pokoperkować lub zakwasić. Jutro z dzisiejszych dodatkowych zbiorów leśnych będzie sos kurkowo-koperkowy.

10 maja 2021

Wiosna idzie

Jeszcze wczoraj o poranku świat był cały w szronie, przymrozek pokrył szadzią cieplicę przy domu, ale nie uszkodził na szczęście kwiatu śliwy, która akurat otworzyła się na świat. Grusze też już w gotowości, gdy robi się wreszcie ciepło. Wiosna wybucha nagle wraz z nawracającymi męcząco podmuchami ciepłego wiatru i jasnym słońcem na błękitnym niebie. Może będę mogła przestać stale palić w c.o. (przez wzgląd na ciepłą łazienkę i liczne sadzonki roślin, które nocują w domu). Dzisiaj gotuję już na kuchni, paląc suchym chrustem okolicznym. A skrzynie z sadzonkami (pomidory, ogórki, papryka) co rano wynoszę do cieplicy na słońce i wieczorem wnoszę do domu jako ćwiczenie na rozruch mięśni.

Indyczki prócz jednej spóźnialskiej wszystkie posadzone na jajach, w tym jedna na kupionych kaczych lęgowych. Zdzicho zdziwiony samotnością stoi całymi dniami blisko ich przegródki w kurniku, nadyma się i czeka wiernie, pilnując przed wrogiem.
Kozy wczoraj po raz pierwszy wyszły na trawę, z czego były mocno zadowolone. Od tej chwili siano im zbrzydło. Łaskawie w wolnej chwili korują jeszcze gałęzie sosnowe, które dowozimy z pobliskiej wycinki, ale to się pewnie szybko skończy. Dzieciaki (co prawda nie wszystkie, bo dziewczynki trzymamy z mamami, aby lepiej rosły) odstawione na noc pozwalają uzyskać codziennie kilka litrów mleka. Z serami podpuszczkowymi dotąd był pewien kłopot. Zimna atmosfera sprawia, że ser słabo i wolno się ścina, ostatnio zamiast zwartego serka wyszło smarowidło do chleba, ale i tak dobrze.

Zaczęły się sukcesywne zbiory rzodkiewki. Kwasimy jak co roku i zjadamy na bieżąco. Liście skarmiam kozom i gęsiom, bardzo je lubią. Jarmuż idzie na patelnię do duszenia albo do zupy jako stały dodatek. Osobiście nie tęsknię za surowymi sałatkami, choć bywa, że coś wymieszam z liści szpinaku, szczypioru i rzodkiewki z dodatkiem serka i oleju słonecznikowego albo winogronowego. Za to Anna sporo tego zużywa do szejków, które pije w ramach zdrowotności.

9 marca 2021

Zupa z kim-ći

Tej zimy po raz pierwszy nie kisiłyśmy tradycyjnie kapusty w kamiennej beczułce. W zamian bowiem własne uprawy dały tyle kapusty pekińskiej i pakczoja, że z trudem je zagospodarowałyśmy. Trochę eksperymentując. Okazało się, że oba rodzaje chińskich kapust, nie dość, że motyl się ich nie ima, rosną szybko i dwukrotnie w ciągu sezonu można mieć plon, to jeszcze świetnie nadają się do kiszenia. Bardziej w stylu koreańskim jednak.
Czyli wiosną i jesienią dominowało kim-ći na stole i jako drobna szybka zdrowotna przekąska. Anna na koniec zapełniła nią kilka wielkich słojów, dodając obficie naszej ostrej papryki, rzepę, rzodkiewkę, czosnek, szczypior i co tam jeszcze przyszło do głowy. I jadłyśmy tę kapustę, aż do wyczerpania zapasów, na zmianę z ogóraskami, których jeszcze wiele w piwniczkach dobrze się ma. Został jedynie w lodówce ostatni 3 litrowy słój, wyparty jakoś tak mimochodem przez ogórki kiszone i kwaszone, tudzież sałatki buraczane. Stał i stał, aż sobie o nim przypomniałam.

Prawdę mówili znawcy, że kim-ći raz zakwaszone może stać i stać, i mocy tylko nabierać. Od jesieni nabrało takiej, że ogień z ust bucha. I żadnej pleśni. Dzisiaj zapragnęłam zrobić z niego zupę. Kapuśniak, a co! W ojczyźnie kim-ći przyrządza się z nią wszystko, co do głowy przyjdzie. I udało się. Rewelacja.

Przepis na zupę z kim-ći à la polski kapuśniak

Wrzuciłam najpierw do garnka kość koźlęcą, pokrojoną marchew, pietruszkę i dynię (dla osłodzenia smaku). Przyprawiłam zielem angielskim i liściem laurowym. Kiedy się podgotowały i warzywa zmiękły dodałam pokrojone w kostkę ziemniaki i opieczoną na rozpalonym piecu cebulę. Znów gotowałam dotąd, aż ziemniaki stały się miękkie.
I wtedy dodałam kim-ći, kilka obfitych łyżek, aby zupa była gęsta i kwaśna. Nie potrzebowała w zasadzie soli, ale sypnęłam szczyptę, jak i świeżo mielonego pieprzu czarnego i majeranku, dla lepszego trawienia.
Aby zrównoważyć kwaśność i ostrość dodałam 3 łyżeczki koncentratu pomidorowego i łyżeczkę cukru. I gotowałam jeszcze 10 minut.
Efekt wspaniały! Wierzcie mi.

Nasz kapuśniak wzbogacony ostrym paprykowym smakiem wylądował na stole w miseczkach glinianych własnoręcznie toczonych. Kapnęłam na zupę odrobinę oleju słonecznikowego i posypałam garścią świeżego szczypiorku, rosnącego w parapetowej uprawie przedwiosennej. Moc w gębie!

25 stycznia 2021

Kiełki w ruch

Po krótkiej ale skutecznej odwilży, podczas której drób zdołał odzyskać dobry humor i rozprostował skrzydełka, a nawet ponownie zacząć się nieść, pojawia się kolejne pogodowe ekstremum, śnieg i z nim zapowiadane już zawieje śnieżne. Merkury zaczyna zwalniać na niebie w wilgotnym i ciepłym znaku Wodnika (lubiącym zalewać, wylewać i zawiewać), a to przynosi różne awantury atmosferyczne, wietrzne i chmurne. Jako byłam przepowiedziałam półtora tygodnia temu.

Odśnieżamy na bieżąco, żeby się nie dać, ale to dopiero początek. Zatem głównie oczyszczamy przestrzeń wjazdu i wyjazdu, oraz koleiny pod samochód, co trzeba często powtarzać. Na szczęście ta czynność jest przyjemna i ruch na świeżym powietrzu mocno wskazany, po którym lepiej się czujemy i policzki się rumienią, więc nie ma co narzekać.

W taki czas kucharzenie i internet to główne nasze rozrywki. Anna zakupiła niedawno wielką kutą patelnię chińską, wokiem zwaną i co rusz każe mi ryż prużyć. Na oknie stoi szereg słoików z wilgotnymi nasionami na kiełki. Słonecznik, fasola mung, soczewica, soja, czarnuszka i cieciorka. Co jakiś czas trwają żniwa i świeże "kluseczki" idą na chińskie danie.

Patelnia ma okrągłe dno i jest tak duża, że wymaga specjalnej podstawki na kuchenkę gazową, która niekoniecznie dobrze się sprawdza. Za to sprawdza się świetnie na naszej piecokuchni, po zdjęciu wszystkich fajerek. Anna zatem podsmaża najpierw cienko krojone i wcześniej zmacerowane w przyprawach kawałki mięsa koziego albo drobiowego (głównie dysponujemy gęsiną i indyczyną), po czym daje na patelnię warzywa i kilka ząbków czosnku, dorzuca garść albo i dwie świeżych kiełków i wszystko miesza z ryżem.
Już na talerzu polewa potrawę odrobiną oleju sezamowego, który ma dość ostry aromat.

Jemy z sałatkami ogórkowymi różnej maści, jaka się nawinie, albo z kapustką kiszoną.

Co prawda dzisiaj był rosół na skrzydle gąsiora i kostce koźlęcej, który starcza nam na dwa dni jedzenia z hakiem (resztka służy do zupki dyniowej albo sosu), ale już w planie kolejna chińszczyzna czeka.

Kiełki dostają też dość często kury i inne dziobate. W osobnym miejscu kiełkuje bowiem pszenica i owies dla nich. To stary dobry sposób na dowitaminizowanie drobiu zimą.

10 października 2020

Sezon fermentacyjny w pełni

Świat za mgłą, która od wczesnego poranka skrapla się i opada w postaci drobniutkiego dżdżu na twarze, pióra, sierść nas wszystkich, mieszkańców zagrody. I ponownie wznosi się wieczorami.

Kończą się (wreszcie) jabłka, choć jeszcze tego nie czuję, bo codziennie z nimi pracuję. Ale Anna już ich maleńko przynosi z sadu. Mówi, że koniec już. Resztki zostawia kozom, aby miały co robić na pożółkłym i zjedzonym pastwisku.
Zbiory, zwiezione taczką i w wiadrach, przesypane do skrzynek i pojemników zalegają na tarasie. Skąd zabieram je do mieszkania i starannie myję, obieram z wszelkich wad (plamek, parchów i brodawek, tudzież miejsc obitych, nadgniłych i robaczywych), kroję, gromadząc w zbiornikach. Schodzą mi na to całe godziny. Idą wszystkie rodzaje jak leci, antonówki, renety, malinowe, kosztele i sama nie wiem jakie. Odrzucone resztki zjadają zwierzęta, a te niezjedzone zasilają kompost.
Zdrowe części trafiają na przemiał w rozdrabniarce elektrycznej. Miazgę zalewam odrobiną wody z cukrem i pektoenzymem, co pozwala w ciągu doby, a najlepiej dwóch (jest już chłodno i procesy zwolniły) odpowiednio ją rozmiękczyć. Wtedy dopiero nadaje się do tłoczenia, nad czym czuwa Anna w letniej kuchence. 

Tłoczenie, z racji posiadania niewielkiej drewnianej tłoczni trwa cały dzień i noc. Urobek dzienny przelewamy do gąsiorów i gąsiorków, dodajemy nieco cukru i drożdże winne (vel cydrowe). Po czym sok zaczyna szybko bulgotać, dając znak, że żyje nowym życiem.
Nocny zlew soku, już obsiany muszkami octówkami, przecedzam i idzie na ocet. Taki mocny, z samego soku robiony. Co prawda, mamy wciąż duże zapasy octu, naprawdę świetnego, ale co roku zużywam sporą ilość do sosów pomidorowo-paprykowych, grzybów, marynat i sałatek (sprawdza się wyśmienicie), a na co dzień stosuję do płukania włosów czy w kuchni, więc uzupełnienie ubytków raz na dwa lata jest wskazane. Dojrzewanie jest stałe, octy pracują w piwniczce i stają się tylko lepsze i mocniejsze z wiekiem.

Na grządkach jeszcze są plony do zebrania (dynia, buraki, ostra papryka). I trochę zieleniny drugi raz posianej. Rośnie szpinak, mizuna, kapusta pekińska, pakczoj, rzodkiewka. Jakoś na jesień jednak mniej surowizna smakuje. Anna zmienia już skład szejków, którymi się żywi na śniadanie, a ja zieloną sałatkę z liści przyrządzam od wielkiego dzwonu.
Rzodkiewka trafia do kwaszenia w słoiku oraz wraz z pekinką, ostrą papryką i czosnkiem do kim-ći. Królują bowiem o tej porze roku wszelkie fermentacje, to jest po prostu sezon przemian tego typu i należy im się poddawać w zgodzie z rytmem przyrody. Jemy teraz przeważnie kiszonki i kwaszonki. I to najlepiej smakuje. Tak jadali nasi przodkowie i dobrze się mieli. Zważcie to w erze chorób epidemicznych.

20 września 2020

Placek z kapustą czyli okonomiyaki po polsku

Kapusta nam od lat nie wychodzi, wiadomo dlaczego - motylki. Białe, plenne. Ich potomstwo w postaci zielonych gąsieniczek szybko robi dziury w liściach i główki nie chcą się zawiązać. Należałoby roślinki w porę nakryć jakąś osłonką, ale zawsze przeoczamy ten moment. W tym roku eksperyment znów się nie udał, choć gąsieniczki szybko znalazły się w brzuszkach wiecznie głodnych kurczaków, to liście zjadły kozy, bo były zbyt dziurawe. Nieco lepiej mają się kalarepki w dużym tunelu, ale akurat to nie mój przysmak. Najwięcej... kozi. 

Za to świetnie udaje się pakczoj (pak choi). Jak pisze Wikipedia jest to rodzaj dzikiej chińskiej kapustki, której liście można śmiało zjadać także w postaci sałatek. Ponieważ udało się kilka główek po raz drugi teraz, na jesień wyhodować i nie były niczym zarażone, ani nadgryzione, poszukałam dla nich zastosowania.

Przebadałam internet i natchnął mnie przepis na japońskie placki z kapustą, nazywane Okonomiyaki. Oczywiście nie miałam japońskich składników, więc je zmieniłam, wykorzystałam zastępcze, posiadane, z ogródka i domowej roboty, zaś ze sztucznego dodatku glutaminiowych chipsów po prostu zrezygnowałam. Oto co wyszło:

Okonomiyaki po polsku

Składniki:

2 średnie główki pak choi (lub jedna duża, w oryginalnym przepisie to kapusta włoska, lub pekińska)
1 szklanka mąki (jako osoba bezglutenowa użyłam mąki ryżowej plus 3 łyżki ziemniaczanej)
1/2 szklanki mleka (może być podkwaszone, ja użyłam koziego jogurtu)
2 jajka (użyłam indyczego do ciasta i kurzego na wierzch)
kilka plastrów cienko pokrojonej słoniny (oryginalnie boczku)
1 średnia cebula
1 łyżka masła
sól, pieprz i koniecznie zioła ułatwiające trawienie kapusty (np. majeranek, oregano, bazylia, kumin)
tłuszcz do smażenia

Najpierw przyrządza się ciasto naleśnikowe, właściwie klasycznie. Mieszając mąkę, mleko i jajo do wiadomej lejącej się konsystencji. Można posolić i dodać przypraw.

Osobno pokroić cebulkę, podsmażyć ją na maśle do żółtego koloru na patelni i na koniec dodać do ciasta.
Pokroić drobno kapustkę i dodać do ciasta. Dobrze całość wymieszać.

Smażyć na gorącym oleju (lub smalcu) dość gruby placek, wielkości kilkunastu centymetrów średnicy, tak, aby dało się go łatwo przewrócić po solidnym zrumienieniu na drugą stronę. Po nałożeniu placka na tłuszcz układamy na jego powierzchni kawałki cienko pokrojonego boczku albo słoniny. One podsmażą się, gdy przewrócimy placek na drugą stronę. 

Klasycznie dla głodomora, który to danie może potraktować jako sycący obiad, Japończycy kładą na placku wyciągniętym na talerz i polanym sosem jeszcze jajo sadzone. To już do wyboru własnego. Dla mnie okazała się to przesada.

Oczywiście nie mając japońskiego sosu zastosowałam z powodzeniem sos słodko-kwaśny, niedawno zrobiony w dużym zapasie zimowym. Można też na jaju wierzchnim dać kapkę majonezu. Wyszło pysznie.

Podana proporcja starczyła na dwa placki i naprawdę syty obiad dla dwóch osób. Jako dodatek posłużyły polskie kiszone ogórki i kubeczek jogurtu na popitkę.

12 września 2020

Sos słodko-kwaśny

Pomidory i papryki w akcji. Szukam urozmaiceń. Leczo, przeciero-soki z odrobiną papryki, keczupy ostre i łagodne. I oto jeszcze wypróbowany ostatnio przepis na sos pomidorowo-paprykowo-ananasowy: 

Sos słodko-kwaśny

Składniki:

3 kg pomidorów
1 kg cebuli
1 kg papryki (użyłam w większości ostrych papryczek pepperoni i dwie czerwone słodkie)
puszka ananasów
puszka kukurydzy
2 łyżki curry
2 łyżki soli
10 ząbków czosnku
pół łyżeczki chili lub pieprzu cayenne
2,5 szklanki cukru (do słabszego octu owocowego można nieco mniej)
3/4 szklanki octu 10% (ja użyłam szklankę dwuletniego octu jabłkowego mojej produkcji)
2 łyżki mąki ziemniaczanej (gdy więcej octu to dwie czubate łyżki)

Przygotowanie
Pomidory obrać ze skórek, pokroić na drobno. Cebulę też pokroić, zmieszać razem z solą i gotować około godziny. W tym czasie pokroić paprykę i ananasa. Dodać do garnka i gotować jeszcze jakieś pół godziny. Pod koniec dodać kukurydzę i zmiażdżony czosnek.

Syrop z ananasów wymieszać z mąką ziemniaczaną i przyprawami oraz octem. Dodać do garnka i gotować ok. 5 minut. Zmniejszyć ogień i gotujący sos przekładać do wyparzonych wcześniej słoików.

Szczelnie zakręcone postawić do góry dnem, nakryć i czekać, aż ostygną.

Z podanych ilości wychodzi 5 litrów sosu, więc trzeba dobrać na wstępie stosowny garnek i odpowiednią ilość słoików.

Nadaje się do pizzy, placków ziemniaczanych i różnych wymyślności z patelni.

3 września 2020

Znak czasu

Piękny słoneczny, nieco jesienny dzień dzisiaj był. Jak od dość dawna każdy - owocny. Powstał kolejny zestaw zabutelkowanego soku przecierowego z pomidorów, twaróg i nastaw na cydr, zasypany enzymem. Anna buszując po tunelu w poszukiwaniu już naprawdę ostatnich ogórków (które kozy zjadają) i czerwieniących się pierwszych papryk, odkryła coś nowego. Sami zobaczcie, jak to było.

Te maleńkie, ledwie widoczne są najbardziej piekące. Już są bliskie...


A inne, większe oto jak pięknie prezentują się na świeżo wypieczonym talerzu ozdobnym. Są ostre, przyrządzam z nimi leczo, dodaję po kilka do przecieru pomidorowego, aby przydać mu charakteru, do zup albo węgierskiego gulaszu. 


Tymczasem pośród krzaczków zazieleniła się dziwna postać. Dobiegły mnie już wcześniej wieści, że pokazało się to coś na Podlasiu i to nawet w wyższych rejonach wedle Białostoka, ale zawsze co na żywo to na żywo...


I oto jej zbliżenie...


Znak czasów. 
Oprócz papryki w tunelu można napotkać nieco inaczej smakującą czerwień. Używam jej często jako dodatek do obiadu. Duszone świeże liście buraka liściowego, z dodatkiem ząbka czosnku, liścia selera, pokrojonej cukinii, przypraw... świetnie urozmaicają ziemniaki, ryż czy kopytka na talerzu. Pomagając potem w strawieniu całości oczywiście.

12 sierpnia 2020

Korniszony i co przy tym

 Upały trwają, ale szczęśliwie noce zaczynają być chłodniejsze, co sprawia, że dom zdąża się wychłodzić przed kolejną dawką ciepła ze słońca. I nie tylko słońca. Bo przecież zbiory trwają, a nawet dopiero się rozpędzają i kuchnia jest teraz polem codziennej wytrwałej pracy.

Trwa przetwarzanie. Ogórki, choć przecież udaje się je sprzedać potrzebującym, i te małe konserwowe i te większe, sałatkowe, te z tunelu i te z gruntu, to jakoś skończyć plonować nie chcą. Mimo, że Anna obiecuje mi to od dawna. Powstały wielkie zapasy kiszonych w słojach, i plastikowych butlach po wodzie i tych mniejszych, po mleku, tudzież hordy całe sałatek ogórkowych, meksykańskiej, z przyprawą do kurczaka, czy z miodem, w których cały czas sprawdza się nasz domowy ocet. Nabrał mocy przez dwa, trzy lata dojrzewając w głębokiej piwnicy. Nauczyłam się też kisić nie tylko z dodatkiem klasycznym kopru, czosnku i chrzanu, oraz liści dębowych i porzeczkowych, ale też z dosypką czarnuszki, czy dodaniem gałązki bazylii albo lubczyka. Na bieżąco jemy małosolne i w mizerii a la tzatziki. Anna tylko donosi skrzynki zielonych ogórasków i wynosi do piwniczek gotowe pełne słoje. Przynosząc z nich kolejne partie słoików i butelek do zapełnienia.

Ogórki skończyć się nie chcą. Dzisiejszą partię zamieniam w korniszony według przepisu ze starej powojennej książki, którą Nina bardzo szanuje i dała nam zerknąć. Twierdzi, że lepszego przepisu na zalewę nie spotkała, a wiele wypróbowała. Zatem do dzieła!

Poza tym już szykują się pomidory (na szczęście w ilościach dla nas przerabialnych), no, i jabłka. Czyli sokownik rusza do pracy, oraz tłoczarnia soku, który na cydr nastawiamy.

Trochę cukinii i patisonów już zostało zebranych, co z dodatkiem jabłek, mirabelek, cebuli, pomidorów i papryczek zamieniam w keczup domowy. Jak co roku w sporej ilości, takiej, która ma mi starczyć do przyszłych zbiorów.

W takich dniach, tygodniach właściwie, bo muszę liczyć to w czasie do przodu jeszcze długim, obie kuchnie pracują, i płyta i gazowa. Więc się nie dziwcie, że w południe i do wieczora temperatura wzmaga się, aż do tej równej z zewnętrzną, a wieczorem przez chwilę nawet i większą, gdy żelazna kuchnia oddaje ciepło, a na dworze robi się chłodniej. Na szczęście noc stabilizuje sprawę, czyniąc poranek bardzo znośnym, co poprawia humor.

16 lipca 2020

Letni urobek dzienny

Spieszę donieść, że pomagier odzyskał honor. Po dwóch dniach, gdy poczuł się lepiej sam przyszedł i dokończył robotę, czyli wrzucił resztę ciuków zgromadzonych w garażu na poddasze obory.

Ogórki ruszają całą parą. Zaczął się przerób codzienny. Powstają sałatki, które zamykam w słoikach, pasteryzuję i wynoszę do piwniczki. Na bieżąco kiszą się małosolne w kilku słojach tak, że zawsze są na podorędziu, do kanapek i zakąsek.


Pojawiły się również cukinie, więc bez inaugurującej zapiekanki z cukinii z serem się nie obyło.


Odgrażałam się, że zrobię prawdziwy chłodnik, nie taki gotowany, z którego jedynie nazwa została. I zrobiłam. Prawdziwy robiło się w gospodarstwie latem z zimnego zsiadłego mleka i buraczków, oraz dodatków z ogrodu, jako przystawkę do młodych ziemniaczków z koperkiem. Przynajmniej tak to pamiętam z dzieciństwa. Szukałam na You Tube przepisów i jedynie jednego polskiego Rosjanina znalazłam, co ukręcił taki chłodnik, nazywając go litewskim. Myślę, że to potrawa chłopska i słowiańska, ogólnie. Bo znam ją z rodzimego piotrkowskiego rejonu. Zaś zupa z młodych liści i łodyg buraczków wyrywanych podczas przerzedzania rzędów nazywa się nie chłodnik, a boćwinka lub botwinka. Tych rzeczy to ja nie mylę. Swoją drogą liściowe buraki sałaciane również u nas rosną... o.


Przyrządzając prawdziwy chłopski chłodnik letni pomieszałam jogurt z podduszonymi do miękkości startymi młodymi buraczkami (kilka "wyszło" z miękkiej gleby przy usuwaniu krzaczków bobu z grządki i w ten sposób dało się zagospodarować), dodałam pokrojone w kostkę świeże ogórki, szczypiorek, koperek, krojone gotowane na twardo jaja, na koniec pieprz czarny i sól. I to jest to! Lekki wegetariański gospodarski obiadek na szybko.

Nie do końca jaroszujemy, bo trzeba miejsce w zamrażarce zrobić na nowe zapasy. Zatem co kilka dni warzy się rosół, z którego różne zupy powstają, jak np. kurkowa. Już dwie były i znowu ma być. Anna co rusz znajdy z lasu przynosi. Raz nawet było tego kilka kilogramów i trzeba było do skupu jechać pozbyć się ich za trochę grosza.


Poza tym porzeczki dojrzewają i z wolna je rwę i przerabiam. Na galaretkę, dżemy i sok. Resztki idą do winka. Nic się nie może zmarnować.

Codzienny urobek w sezonie to oczywiście sery. Jeden żółty codzienny, i jeden twaróg co dwa dni z wieczornego mleka powstaje. Żółte, po kilkudniowym przeschnięciu i pomalowaniu specjalną okrywą, idą dojrzewać do piwnicy na półkę. Twaróg zjadamy do potraw (pierogi ruskie, kluski leniwe, zapiekanki, awanturki), karmię nim kurczęta i indyczęta, by rosły szybko i zdrowo, a nadmiar zamrażam. Czasem ktoś chętny też się trafi...