Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chemtrails. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chemtrails. Pokaż wszystkie posty

30 czerwca 2014

Znowu pada

Anna, która stara się zachowywać dystans wobec moich poglądów na rolę chemtrails, tj. chemicznych smug na niebie sprowadzających deszcz, niedawno wpadła w determinację i zaprzeczyła sama sobie:
- Zaczynam mieć taką teorię spiskową, że "oni" specjalnie nie chcą, aby ludzie zebrali siano. I żeby było drogie i zmniejszyła się hodowla. No, patrz co się dzieje! Znowu pada!
A tu co rusz ktoś podjeżdża pod nasz płot i oferuje ściętą trawę na swojej łące do zebrania. Bo akurat był dzień pogody i można było to zrobić.
- Bierzcie, suszcie, zabierajcie sobie - serdeczny uśmiech na twarzach.
Tylko nerwy są z tego większe. Bo Anna nakręca się na sianokosy, gdy tymczasem na drugi dzień niebo zachodzi chemicznym klejem i po kilku godzinach zaczyna padać. Nie są to jakieś ogromne ulewy przeważnie (właśnie dopiero jedna się zdarzyła dzisiaj taka, jaką opisuje w swoim świeżym wpisie pan Jacek mieszkający w środkowej Polsce), ale siano wymaga przesuszenia, a tu pogoda nie chce z tą potrzebą współpracować. Wręcz złośliwie staje na przeszkodzie wszelkim planom. Trzech dni pogody pod rząd nie przewiduje żadna dostępna prognoza, także te dłużej dystansowe wróżą taki mokry cały lipiec (w czym zaczęły sobie przeczyć, bo niedawno głosiły inaczej).
No, jak ma być inaczej, jeśli zima była ciepła i bezśnieżna? Ciepła zima to mokre lato, taki jest mój sposób prognozowania, który mi się zawsze sprawdza.
Co prawda spotkałam się jeszcze z inną ludową przepowiednią pogody na tegoroczne lato. Nasz młynarz (nasz, bo już u niego się głównie zaopatrujemy w mąkę i osypkę) zdradził swoją metodę następującą:
- Patrzę co pierwsze liście wypuszcza. Brzoza czy olcha. Jak brzoza to będzie sucho, gdy olcha - będzie mokro. W tym roku ruszyły jednocześnie. Wróżę, że będzie to i to na przemian, po równo.
Hm. Może i tak po trosze jest. Na dwa dni słońca, lub chociaż wietrznego bezdeszczu przypadają dwa dni mokre. I klops. Jednego dnia skosisz, drugiego przewracasz, a trzeciego dnia nie ma, żeby zebrać. Wdaje się deszcz i siano nie nadaje się do zebrania. Przez dwa dni nasiąknie tak dalece, że potrzebowałoby co najmniej dwóch dni wielkiego upału (którego nie ma) i wiatru, aby wyschnąć i dać się zebrać dnia trzeciego. I tego właśnie brak. Ludzie czekają jeszcze z sianokosami, ale ile można? Trawa przerosła, zakwitła, traci na wartości. To i co, że bujnie wyrosła dzięki wilgoci. Jeśli ścięta gnije na łące.
- Nie ma co! Ty w niedzielę do kościoła idź i proś Boga o pogodę na sianokosy - orzekł Wania, który też się na nie szykuje, ale w roli pomagiera.
No, właśnie, może by jakiś rytuał przywołujący słońce zrobić na wiosce? Znam jedynie korowody, którymi przywoływano deszcz, niestety.

Zamiast u siana zatem, Anna spędziła dzień szyjąc i doglądając ekipy, która się zjawiła, aby dokończyć budowanie szalunków z desek pod fundament budynku, który ma stanąć. Chłopcy zrobili, co mieli zrobić, moknąc w dużej części, ale dzielnie nie przejmując się deszczem, który wtedy nie był jeszcze zbyt obfity. Lunęło sporawo po kilku godzinach, późnym popołudniem. Aż mnie na mocny sen zebrało. I zalewania betonem nie było. Przeniesione na inny dzień.
O, i znowu pada...

9 czerwca 2014

Koszmar powrócił

Zaczął się koszmar, od chwili, gdy nastały "upały". Piszę w cudzysłowie, bo wiadomo, że w praktyce owe szumnie reklamowane w mediach upały okazują się kilkoma godzinami słonecznego ciepła przerwanymi jakimś deszczem, niewielką burzą, zachmurzeniem, siąpieniem, aby znowu wróciło do łask słońce. Ponieważ nauczyłam się całkiem dobrze wróżyć pogodę z chemtraili, tudzież chemtrailsów, czyli chemicznych smug i chemicznych chmur na niebie, to i dzisiaj rano mi się udało. Kiedy ranek był jak najbardziej pogodny, a mój koszmar właśnie zaczynał się budzić.
- Oj, bude deszcz dzisiaj, całkiem niedługo, koło południa - orzekłam. Nawet Anna, która na wzmiankę o chemicznych smugach niecierpliwi się wzruszając ramionami, tym razem przyznała mi rację, że coś z tym niebem jest nie tak. Jakby pomazane białawym klejem.
Tymczasem koszmar powrócił i pognał za kozami na pastwisko, lecąc z bzykiem i buczeniem w podnoszącym się słońcu dołączającą skądeś z lasu gromadą.
No, i zachmurzyło się, upał ustąpił chłodowi i spadł deszcz. Stado trzeba było zagnać do obory, tak samo gęsi, nazywane pieszczotliwie kaczkami. Zmoczyło, poszumiało, koszmar zniknął na jakiś czas, po czym chmury zaczęły się rozstępować łagodnie, zrazu niepewnie, potem coraz szybciej, i zwierzęta poszły znowu na swoje żerowiska.
Wróciły przed wieczorem w tumanie towarzyszących im koszmarzątek i było nie było, trzeba mi się było zmierzyć z koszmarem raz jeszcze tego dnia. Jak co dnia w ten letni miesiąc. Podczas obrządku, czyli dojenia.
Nie ma nic gorszego dla mnie, niż latający bąk nad głową i plecyma, na których potrafi przysiąść swoim obrzydłym, chrzęszczącym odwłokiem muszego giganta, bo mnie niestety wszelkie owady kąsające bardzo lubią. A ja piszczę, oganiam się, wykonuję dziwne dżezzowe ruchy, a kozy patrzą na mnie z przymrużeniem oczu. Ponieważ tak się tego robactwa boję, to i zabić potrafię okrutnie i bez pardonu. Żadnych tam modlitw ani medytacji nad nimi nie odprawiam. Ot, najlepiej wychodzi to klapkiem zdjętym z nogi. Zatem często można mnie zobaczyć przy obrządku w jednym bucie, z drugim trzymanym w garści, albo na podorędziu. Kiedy koszmar usiądzie na ścianie obory blisko kozy łatwo go trafić, jeśli tylko ręka mi nie zadrży i uderzenie będzie mocne i celne. One jakoś klapka nie widzą! Może dlatego ślepakami je zwą.
Kiedy ślepak upadnie, trzeba go natychmiast odnaleźć i rozdeptać nogą. Bo inaczej ożyje. Rzadko pada na śmierć. Kiedy minie zbyt długi czas, minuta, dwie, okazuje się, że go już w miejscu upadku nie ma, choć nikt nie widział, jak odlatywał, bo powrócił z omdlenia do przytomności. To są cuda, do których zdolne są te potworne koszmary. Umieją znikać, stawać się niewidzialne. Uważam, całkiem serio uważam, bo zbyt często tego doświadczyłam, że one mają zdolność wyprzedzenia światła i przemieszczają się w czasie. Dlatego znikają. Dematerializują się jednym słowem. Robią to rzadko i tylko w bezpośrednim zagrożeniu życia, w tej chwilce resztki świadomości, gdy spadają na ziemię uderzone klapkiem (albo końskim ogonem lub innego stworzenia bożego).
Tym razem znowu się koszmar tak zamanifestował. Mianowicie Anna trafiła ślepaka dłonią, gdy przysiadł na wymieniu Tyni podczas dojenia. A że ona doiła to i nie uciekła, jak to ja bym uczyniła, tylko klapnęła go własnoręcznie. I co zrobił ślepak? Ano spadł do garnka z mlekiem i w nim wziął i utonął. Na naszych oczach.
- Dobra, odcedzimy go na durszlaku - powiedziałam i zaraz zlałam mleko z garnka do wiaderka. Na płachcie cedzakowej pozostała gruba warstwa piany mlekowej, w której niechybnie koszmar się skrył. Zlałam ją więc do psiej miski i zawołałam Kolę, aby zjadła. Nie było tego dużo, pies chlipnął ze dwa razy, żaden owad mu w zębach nie zazgrzytał, bo go tam po prostu nie było!
- Spodziewałam się tego. Zniknął i jest zniknięty - westchnęłam.
Koszmar trwa nadal.

13 września 2013

Mokro

Od wczoraj leje, czyli Pan Bóg zesłał urlop od pasienia. Choć do końca nie jestem przekonana, że to Najwyższy zarządził. Bo najpierw na niebieściutkim i słonecznym niebie latały samoloty z kierunku zachodniego na wschód (nigdy nie widziałam odwrotnego ruchu) i zostawiały regularne smugi chemiczne, na drugi dzień zrobiły się z nich rosnące chmury, a trzeciego dnia zagęściły się i zaczęło już siąpić.
200-litrowa beczka stojąca pod dachem tarasu pełniutka wody.
Na nic się ona teraz nie zda, oprócz pojenia zwierzyny, bo zbiory ogródkowe trwają.

Koty spędzają mokry czas oczywiście w domu, na ciepłej i miękkiej pościeli. Wczoraj urozmaiciłyśmy sobie mokry wieczór paląc w chlebowym. Ot, tak, dla rozrywki. Wyszła babka ziemniaczana z tegorocznych ziemniaczków, obiad na dwa dni, ciasto z dynią (bez zapachu i bez smaku, jak dla mnie, ale Ania twierdzi, że z masłem może być), bułeczki prosto na dnie pieca pieczone, na spróbowanie metody, oraz dynia zapiekana w brytfance. Po wyjęciu wypieków z pieca wsadziłyśmy do wnętrza siatkę pełną grzybów do suszenia.
No bo, no bo, zapomniałabym!
Zaczęły się grzyby.
Anna nazbierała kilka koszyków, głównie maślaków, ale są też i prawdziwki.

15 maja 2011

A ciemność światła nie ogarnia

Wczoraj był dzień hardkorowy. Od rana trwał bunt. Nie, ja to pieprzę, rzucam, wyjeżdżam, wracam w rodzinne strony, do miasta, nie ma odwołania. Zaczynam od początku. Z pracą, zarabianiem, mieszkaniem. Nawet ta myśl obudziła we mnie twórczy wigor, odgrzebałam jakieś stare furiackie teksty z lat młodzieńczych, z myślą ich wydania jako bestselleru. Potem ogarnęła mnie trzęsawka i zaczęło przechodzić... Przekształciło się to wszystko w zewnętrzne zdarzenia następującej treści:
Najpierw w miasteczku podrzuciłyśmy pani Lenie jeszcze ciepłe z popołudniowego udoju "mleczko od krówki". Pani Lena opowiedziała nam, że - ponieważ jest cukrzyczką - sprawdza sobie poziom cukru po każdym posiłku. Otóż jako stara rolniczka od dziecka dużo spożywała i nadal lubi mleko. Dotąd kupowała na wiosce i piła mleko od krowy, lecz zauważyła, że potem podskakuje jej cukier. Ciężko jej było ograniczyć dawne przyzwyczajenia. Jednak po mleku kozim nic takiego się nie dzieje! Po prostu rewelacja. Miło było nam to usłyszeć.
Następnie prawie biegiem wpadłyśmy do GOK-owskiego kina "Tor", które działa od kilku miesięcy. Wreszcie znalazł się czas i chęć, aby tu zawitać. Szedł polski film "Sala samobójców".
Abstrahując od samego filmu (który mi się spodobał i całkiem był w hardkorowym nastroju wczorajszego dnia) to ekran jest duży i widoczny, krzesła miękkie, a sala na tyle pojemna i mało akustyczna, że nie przeszkadzały nawet zbytnio w słyszeniu filmu notoryczne rozmowy młodzieżowej widowni przez komórkę. Było nawet tak, że w scenach, gdy bohaterowie krzyczeli dramatycznie, jedna panna starała się koniecznie odpowiedzieć coś swemu rozmówcy czy rozmówczyni po drugiej stronie fali, przekrzykując kinowy krzyk!
- Co? Co mówisz?!!! Jestem w kinie! W ki-nie, słyszysz?!! To gdzie teraz jesteś?!!! Powtórz, bo nie słyszę!!! - całkiem jak w jakimś satyrycznym skeczu.
Ale dało się przeboleć, dzięki właśnie wyżej wspomnianej rozpraszającej się naturalnie rozszerzalności dźwięków w sali.
Na koniec, poruszone hardkorowym filmem w stylu neo-post-modernizmu (proszę nie szukać tego hasła, wymyśliłam właśnie) wylądowałyśmy na urodzinach kolegi w domu wspólnych znajomych. Była biesiada na tarasie, przy grillu i ognisko, ale dość szybko zimno zagnało gości do ciepłego wnętrza. Jednak przecież jakiś czas przy ogniu trwała rozmowa o najciekawszych filmach w stylu horror obejrzanych w życiu, a potem już we wnętrzu - z tematu permakultury szybko przeszliśmy do Nostradamusa i chemicznych smug tudzież fali promieniowania atomowego i innych horrorów, które osaczają ludzkość po cichutku, aż wszyscy ockną się nagle w bardzo niemiły sposób...
Kilka kieliszeczków jak zawsze pysznej nalewki oraz specjalny charakter dnia sprawił, że wprawiłam pozytywnie medytujących joginów (och, tacy też mieszkają w naszej gminie, a jakże!) w stan frustracji, a zło-wieszczyłam z rozczuleniem i tęsknotą za tym, aby coś wreszcie rozwaliło ten chory ludzki kazamat. Zamiast przepowiadać - jak Pan Bóg przykazał - o zwyciężającej ciemność planetarną wspólnocie rodowej i komunie z morusowej wyspy Utopia oraz ekowioskach anastazjowców i rolników organicznych odradzających umierającą przyrodę Ziemi.
Ale to był taki dzień, do diabła!

26 marca 2011

Niewymierność

Dziś chemiczne chmury zniknęły i wyszło piękne słońce, a na niebieściutkim niebie pasły się jedynie kształtne boże baranki. Co prawda o poranku świat znów był cały biały od spadłego w nocy śniegu, ale biała pierzyna zniknęła prawie całkiem już w południe.
Zaordynowałyśmy odpoczynek po ciężkiej pracy. Z tej okazji mogłam na spokojnie zająć się pomiarami. Nie będę tu podawać szczegółów co i jak, w każdym razie wyszłam z różdżką na zewnątrz, potem zbadałam nią cały dom i wykryłam kilka nieszczelności. Których tak do końca nie byłam świadoma. Np. lekko wypaczone okno w trzecim pokoju, albo rura na poddaszu wstawiona w szczyt, które ma odprowadzać smrodek z oczyszczalni ścieków. Gałązka kiwała się zatem prawidłowo w tych miejscach. Pomedytowałam nad mlekiem i każdym serem, a jakże. Nic, różdżka ani drgnęła. Zatem przygotowałam innego rodzaju badanie, którego procedurę pozostawiam do własnej wiedzy. I wyszło mi jak wyszło.
Nie będę tutaj podawać wyników, ani nikogo nakręcać na tak albo nie, za albo przeciw. Bo jest to moja subiektywna gra ze światem i z życiem i to ja biorę odpowiedzialność za swoje i tylko swoje decyzje w tej arcy-poważnej sprawie. Mogę przecież się mylić i opierać na kruchej i ułudnej podstawie nie mającej żadnego racjonalnego podłoża. Ot, fiku-miku w głowie i fanatyzm w oczach. Powiem tyle, że wynik mnie zaskoczył, a to znak, że różdżka nie działała pod wpływem autosugestii. Tym niemniej wynik jest tymczasowy, będę sprawdzać najczęściej jak się da (najlepiej codziennie), i - mam nadzieję - że z tego dostanę takiego czuja, że będzie mnie strzykało w łokciu albo drapało w gardle na samo zwyżkowanie promieniowania. Jan, mój znajomy radiesteta od wahadełka, szukający wody pod studnie, doszedł do takiej wprawy, że określa ciek wodny na podstawie łupania w małym palcu lewej ręki. To się daje osiągnąć przy pewnej sensytywności i powtarzaniu badań, czyli nakierowaniu uwagi podświadomej na konkretne zjawisko.

W każdym razie wypuściłam kury z więzienia, a potem kozy, które i tak większość dnia pokutowały w oborze i mocno już były znudzone. 7 jaj, czekających w gnieździe, w tym 5 od zielonych nóżek, to jest radość dnia. Wszystkie się niosą!
Na obiad naleśniki (tylko mąka ze sklepu) z twarożkiem i zeszłorocznymi powidłami śliwkowymi.

24 marca 2011

Promieniowanie Niewidzialnego

No, i zgadłam. Chemiczne smugi dotąd wałkował silny wiatr na niebie, aż rozwlokły się na nim w postać gęstej i szczelnej chmurnej zawiesiny od krańca do krańca horyzontu. Zalegającej dzisiaj od rana przez cały dzień. Wiatr nie ustał ani nie zmienił kierunku, z czego wnoszę, że gdyby nie samoloty, mielibyśmy taką samą pięknie słoneczną i bezchmurną pogodę, jak wczoraj.
Ale mniejsza o to. Mniejsza też o panikę sianą przez niektórych ludzi odnośnie skażenia radioaktywnego, które ponoć zwlokło się nad nasz kraj już wczoraj, a w najbliższą sobotę ma osiągnąć wartości maksymalne. Nie powiem, że się nie boję tej ewentualności, albo że absolutnie ufam państwowym mediom i instytucjom ostrzegającym o skażeniach. Zaglądam jednak na stronę Instytutu w Lublinie, który zamieszcza poziom skażenia na bieżąco. Przede wszystkim mowa jest w tych internetowych andergrandowych ostrzeżeniach o fali promieniowania idącej od zachodu, przez Atlantyk. W takim razie na razie mamy u nas silny wiatr ze wschodu, czyli przeciwny.
Cholera, zamiast melinować się w chacie i nosa nie wyściubiać przez co najmniej tydzień musimy dokonać kilku ważnych wyczynów, które dłużej już nie poczekają. I chociaż do tej niebezpiecznej soboty zdążyć z głównymi pracami na zewnątrz.
Ponadto, ponieważ - jak się dowiedziałam od wtajemniczonych - skażenie jest innego rodzaju, niż z konwencjonalnych bomb i reaktorów atomowych, gdyż z plutonowego paliwa MOX to i liczniki Geigera i inne ostrzegacze nie pokazują tego, co trzeba, a przynajmniej pełnych rozmiarów zagrożenia, no, a dostań tu taki czy inny wykrywacz na mojej wiosce! - doszłam do wniosku, że... najlepiej mi będzie przeprosić się z najlepszym miernikiem niewidzialnych promieniowań wszelkiego rodzaju. Dawno zarzuciłam zabawę z tym przyrządem, ale widzę, że na nadchodzące czasy będzie jak znalazł! Mam na myśli... wahadełko, tudzież różdżkę (którą można zmontować ze zwykłej rozdwojonej gałązki drzewa).
Jeśli potrafię zmierzyć ciśnienie sobie i innym przy pomocy złotej albo srebrnej obrączki zawieszonej na nitce oraz krawieckiej miarki, a potem wynik porównany z ciśnieniomierzem okazuje się prawie w 100 procentach jednakowy, to czemu nie zacząć mierzyć w jakiś podobny sposób poziom szkodliwego promieniowania?

Na razie jednak praca była pilniejsza od eksperymentów badawczych, nawet jeśli groziła chorobą popromienną.
I tak od godzin przedpołudniowych do godziny prawie 16 wydobywałyśmy gnój z obory. Narosło go od wczesnej jesieni tyle, że zrobiła się warstwa bliska metra, kozy już przeskakiwały do siebie nawzajem przez płotki. Z tego też powodu przy wytężonej pracy udało nam się "zerwać parkiet" i wywieźć go na taczce w kilka strategicznych miejsc raptem w boksie kaziuków.
Jutro najpewniej (o ile nie będzie padał deszcz, diabli wiedzą czy napromieniowany) czeka nas powtórka z rozrywki i parkiet w boksie białasek.

Trudno się mówi, chłopaki wioskowi zawiedli, zresztą nieczęsto można liczyć na ich obietnice, ta praca musi być wykonana bez dwóch zdań. W kolejce przecież czekają inne pilne wiosenne prace.

Na pocieszenie, gdy już kończyłyśmy dzisiejszą robotę zawołał mnie z nieba nad głową klangor gęsi. Leciał wielki klucz i już na szczęście, dzięki Ci Panie Boże! we właściwą stronę, czyli z południa na północ.

23 marca 2011

Dzień serowy i drzewiowy


Dzień słoneczny, choć wietrzny, a zimny wiatr z południowego wschodu mocno dokuczył. O 9 rano zjawili się panowie dwaj, z drabiną i piłą motorową. I przystrzygli stary sad jabłoniowy. Powstało z tego kilka wielkich kup gałęzi, na które wkrótce rzuciło się żarłoczne stado kóz. Pracowali pilnie bez przerw do 15.
Kozy, na moje oko szybko okorują co grubsze gałęzie i ogryzą cienkie, reszta przewiana przez wiatr i osuszona przez wiosenne słońce posłuży do zgromadzenia chrustu przydatnego do wędzenia.
Ja natomiast miałam dzień robienia sera. Jak na razie wypada taki co drugi dzień. Wymięszałam i wyczarowałam goudę (wychodzi jednak najsmaczniej ze wszystkich żółtych serów, jakie dotąd próbowałam robić z koziego mleka). Oprócz tego twarożek.

Patrzyłam też w niebo.

A cio to? Jutro będą chmury?

12 marca 2011

Aktywność

Pracowita sobota. Początek sezonu dojenia jest zawsze trudny. Młodzież spanikowana zmianami, odseparowaniem od matek, stare niecierpliwe, nie znające swojej nowej kolejki. Co rusz któreś wyskakuje z boksu, trzeba je pacyfikować i stopniowo, w porządku, który ma być trwały do następnej zimy, karmić, poić i doić, każdą na osobności. Matki pamiętają to jako przyjemność (można się spokojnie napić i najeść, a także doznają ulgi w napiętych od mleka wymionach), więc nie ma z nimi problemu. Jedynie młode szaleją. W sumie poszło dobrze. Nie zdajałam kozuch jeszcze do końca, aby nie zabierać koźlętom możliwości possania, zebrałam rano jakieś 5 litrów mleka, po południu pół litra (zestresowane koźlęta w dzień dopuszczone do matek starannie je wycyskały).
Na pierwszy rzut mleko zaspokoi nasze apetyty po zimie, pod różną postacią. Uwielbiam np. w niedzielę rano zagotować sobie kawę zbożową na kozim mleku (bez dodatku wody). Słodzę ją niewielką ilością sztucznego miodu lub cukru i popijam tym nektarem (spróbujcie kiedyś!) kanapkę śniadaniową, najlepiej teraz z jajem gotowanym na twardo i szczypiorkiem. Żywa boskość.
Do obiadu częstym u mnie dodatkiem jest kwaśne mleko. Ania dolewa sobie świeżego mleka do prawdziwej kawy, w miejsce śmietanki. Koty napełniają najchętniej brzuszki ciepłym mlekiem prosto z udoju. Podobnie jak i ja.
No, a z kwaśnego mleka - twarożek. Łączony ze szczypiorkiem, czosnkiem, cebulką, różnymi ziołami. Przeróżne warianty. Twarożek przygotowuję tak, jak moja Mama to robiła. Opiszę ten prosty sposób, gdy już go zrobię.
Kiedy się nasycimy, tym i jeszcze budyniami, zupkami mlecznymi i co tam jeszcze Bozia dała w Swojej łaskawości, pomyślę o jakimś serze podpuszczkowym. O tej porze roku wychodzą i przechowują się najlepiej u tych, którzy jeszcze nie mają profesjonalnej dojrzewalni.

W południe kozy wyszły przed oborę. Szybko znudziły się ogryzaniem sosnowych gałęzi i za przywództwem doświadczonej Kazi wyruszyły sprawdzić, jak się ma pastwisko. Koźlęta biegły za matkami z wielkim spanikowanym bekiem, po części wyrażającym strach, a po części fascynację nowością. Obeszły połowę sadu, zagryzły jakimś zgniłym jabłkiem, które wychynęło spod śniegu, po czym poprowadziłam je drogą na ugór. To jest przezabawne uczucie, jak prowadzisz za sobą stado prawie 20 kóz w różnym wieku i ono biegnie truchtem za tobą, pobekując i żywo reagując na znajomy ton głosu. Wołam je nim zawsze tak samo. "Koooozy! Koooozy! Chodźcie-chodźcie, idziemy-idziemy, dobrze wam idzie!". Znają tę melodię, działa na nich jak głos fletu fakira na węża.
Po drodze minęłyśmy gąskę, ze szczęściem wypisanym na dziobatej gębusi, wysiadującą po środku największej kałuży. Wyszła z niej wkrótce jako gęś rasy brudnej, ale wyschła szybko, wystawiając się na słońce, a błoto z niej dziwnym sposobem odpadło, odkrywając śnieżny kolor upierzenia...
Na ugorze kozuchy przegryzły kilka gałązek brzozy i zaszyły się na obrzeżach lasu przy drodze, zagryzając sosnowe igły porostami z kory drzew. Następnie Kazia znajomą sobie dobrze drogą od zaplecza zaprowadziła stado z powrotem do obejścia. I już wszystkie z zaspokojoną ciekawością zajęły się rzuconymi na resztki śniegu przed oborą gałęziami z wycinki lasu.

Po tym wszystkim Ania wzięła się za listwowanie trzeciego pokoju. Oczywiście beze mnie nie mogło się obejść. Jestem w tych sprawach nieodzownym Przynieś Wynieś Pozamiataj, czyli Młotkowym.
Zeszło nam tak do drugiego dojenia. I karmienia Braćków. Którzy żwawi się okazują i zabawni nad wyraz, zwłaszcza, gdy próbują chodzić po terakocie (rozjazd czterech nóżek na cztery strony świata murowany) albo lakierowanej podłodze. Piją mleko ze strzykawki tak zgrabnie, jak żadne nasze dotychczasowe koźlę, z czego wnosimy, że potrzebują tego.
Walentynka, ich matka, po dostawach cukrowych ma się lepiej, zniknęło prawie od razu drżenie mięśni i polegiwanie, ale nie zmienia to faktu, że jest pereszadką (pierwiastką) i dwójka na początek mocno ją nadwyręża pod względem mleczności.

Ania zdążyła jeszcze przyciąć ukośnicą deski do oszalowania ściany w trzecim pokoju i padłyśmy...

W komputerze zaś czytam o zapowiedziach przemieszczania się chmury radioaktywnej znad Japonii (Niemcy spodziewają się jej już po tygodniu, Rosjanie na Kamczatce raptem jutro, a nasi w ogóle niczego się nie boją). Trzeba uważać, jednym słowem. I gdy będą jakieś opady siedzieć w domu i nie wypuszczać zwierząt na zewnątrz.

19 stycznia 2011

Eco-fiction

Zdecydowałam. Ponieważ postu ni widać, ni słychać, będę odtąd gotować postne potrawy z okazji Świąt wszelakich.
Świat się na wywrót odmienił. Post o intencji jak najbardziej religijnej, pokutnej, duchowej i oczyszczającej dzięki temu ciało w najlepszy sposób, został zdegradowany do diety wegetariańskiej świątek piątek, czyli czynnik religijny starannie wykasowany. I zamieniony w ideologię: ratujmy Ziemię, ratujmy zwierzęta, ratujmy się od miażdżycy, ratujmy swoją wątrobę, serce, srotototo. A to przecież nie to samo!
Gdyby tak spełniły się plany NWO i Nowy Człowiek (nadczłowiek), wyzwolony z okowów zabobonnej religii, wszechstronnie wyedukowany i zdrowy, osiadły w cywilizowanej ekowiosce ogrzewanej wiatrakami, elektrownią wodną lub solarami, z piękną oszkloną biblioteką, klubem internetowym, polem golfowym dla sportsmenów jadł jedynie warzywa i owoce (podlewane i podsypywane gnojówka ludzką - przez rolników uważaną obecnie za jeszcze gorszą od świńskiej, ale wegetariański gnój na pewno jest o niebo wartościowszy) to wszelkie zwierzęta hodowlane, które pod skrzydła ludzkie się w zamierzchłych czasach Abla schroniły, przepadłyby tak samo, jak giną inne gatunki dzikie, a może jeszcze prędzej... Zniknęłyby krowy, kozy, kury, świnie, cały drób różnej jakości, co mogło to by zdziczało, ale powrót do natury byłby już tylko ich degradacją. Po świecie snułyby się watahy dzikich psów robiących czystkę w stadach owych odegnanych od ludzi zwierząt, nie umiejących sobie radzić zimą, a nowy człowiek rozpocząłby kolejny etap swojej ewolucji, jakim byłoby przejście na odżywanie się energią słoneczną. Nie dałoby się bowiem uprawiać wystarczającej ilości warzyw i owoców ze względu na szkodniki, zdziczałe króliki, ptactwo dawniej przydomowe, a teraz szukające łatwej paszy, dzikie świnie, kozy itp.
O ile koty domowe potrafią sobie radzić same, to jednak psom byłoby gorzej. Z człowiekiem pozostałyby przecież jedynie mutanty ze zdegenerowanym systemem trawiennym, zdolnym trawić groch i kapustę, na ogół dla tego gatunku śmiercionośne.
Ludzie musieliby przenieść się w cieplejsze rejony świata, aby wytrwać na jarskiej diecie. Bo nawet najwięksi siłacze wśród mężczyzn, karmieni specjalnie fasolą dla wigoru nie dawaliby rady przeżyć zim nowej epoki lodowcowej, o jakiej usłyszałam byłam kilka lat temu z ust... Białorusina. Tak, tak, u ruskich głosi się od jakiegoś czasu całkiem odwrotną teorię od Al Gore`a. Teorię długich i krótszych cyklów ociepleń i oziębień, według której weszliśmy kilka lat temu w erę stopniowego wieloletniego wychładzania się klimatu.
Tajna broń Amerykanów, Haarpem zwana, umieszczona na Alasce oraz systematyczna praca mróweczek samolotowych, siejących chemiczne smugi na niebie Europy od lat bodajże już 60 pozostaje jednak w rękach jakiegoś albo złośliwego gnoma, albo podwójnego agenta Wschodu i Zachodu. Bo w Rosji upały się zaczęły na owo głoszone oziębienie klimatu, a na Zachodzie śniegi i mroźne zimy oraz deszcze i powodzie - na ocieplenie.

Ale miało być o czymś innym, bardziej realnym.
Dziś na obiad świąteczny ugotowałam czerwony barszcz. Jako dodatek do podsmażanych pierogów grzybowo-kapuścianych. I starczy nam jeszcze na jutro spokojnie, i może nawet na pojutrze... Panie Boże, odpuść grzech obżarstwa w każdy dzień roku niezależnie od pory i potrzeby organizmu! Świętuję radość uwolnienia się od przymusu zjadania wszystkiego, co produkuję. A nadwyżkę zdrowej żywności zagospodaruj Ty, o Najwyższy, bo ludzcy biurokraci i ustawodawcy zbyt się zbiesili od jakiegoś czasu.

Poza tym popracowałyśmy radośnie na poddaszu, przy sprzątaniu bałaganu pobudowlanego. Trzeba było zamieść dokładnie trociny z podłogi, pozbierać odpadki drewniane zdatne do pieca i posegregować te, które jeszcze się mogą do czegoś przydać, jak resztki desek szalunkowych czy płyt osb i gipsokartonu.

Na wieczór sama przyjemność. Pożyczyłam w gminnej bibliotece reprint z XIX wieku, książeczki pt. "Łyki i kołtuny. Pamiętnik mieszczanina podlaskiego (1790-1816)".

7 grudnia 2010

Jak kometa cd.

Ciekawostka. Szary Wilk zrobił wczoraj zdjęcie "komety" nad swoją bieszczadzką krainą. Spójrzcie, tak wyglądał ów czelendżer, który szybko zniknął z moich oczu na orbicie. Widziałam go i ja w dniu 9 października tr. Opis tej obserwacji znalazł się na tym blogu we wpisie "Jak kometa".
http://henrygreywolf.blogspot.com/2010/12/mikoajek.html

9 października 2010

Jak kometa

Dzień jak co dzień (przetwarzanie grzybów i jabłek) przerwał telefon od zapracowanej w swoim ogrodzie Barbary.
- Wpadnie zaraz do was mój kolega, Jurek Fiedoruk. Sery są?
- Są. Zapraszam.
No, i zaraz wpadł, z synkiem. Spróbowali sera, wzięli od razu dwa. Dochodzące dojrzałości.
I pogadaliśmy sobie. O trendzie, który wieje teraz z Miasta na Wieś. O rzemiosłach, domach z gliny, starych domach podlaskich, warsztatach i kursach różnorakich, ludziach eko-wioskowych, którzy szukają tu i tam ziemi w większej ilości. Prowadzi teraz warsztaty garncarstwa dla dzieci w czeremszańskim GOKu.
Kiedy odjechał rozpakowałyśmy pakę samochodu (ziemniaki dla nas na zimę i żyto, do oddania siewcy), przeniosłyśmy wory kartofli do piwnicy i Ania pojechała na wioskę zawieść ziarno. Zabrałam się sama za dojenie kóz.

W trakcie udoju ujrzałam na niebie coś, czego nigdy nie widziałam. Było kilka minut przed 18. Niebo już lekko pociemniałe od zachodzącego słońca.
Nad Górą, wysoko, leciało coś jak samolot. Zrazu pomyślałam, że to chemtrails, bo zostawiał za sobą jasną, świecącą smugę.
Smuga jednak nie ciągnęła się, a towarzyszyła "samolotowi" w pewnej odległości. Dokładnie jak ogon komety.
- Ki diabeł? - pomyślałam i nagle przypomniał mi się dzisiejszy sen. Śniłam o wielkim pocisku, wystrzelonym z przelatującego dziwnego pojazdu, który spadł po środku naszej wioski. I nie wybuchł. Ostrzegałam mieszkańców wsi (było ich 350), aby uciekali jak najszybciej, bo to coś może w każdej chwili wybuchnąć. I ludzie zaczęli gromadnie wychodzić ze wsi.
Śledziłam poziomy lot pojazdu przez kilkanaście sekund. W końcu smuga zaczęła blednąć i zjawa szybko zniknęła. Działo się to na czyściutkim niebie.
Nie jestem znawcą lotnictwa. Ale nie był to samolot odrzutowy na pewno (nie zostawiał żadnego dźwięku ani śladu na niebie). Najbardziej przypominało to "coś" rakietę, czelendżera, lecącą płasko. Mogłoby być kometą, gdyby spadało albo tak szybko nie poruszało się i nie znikło.

UFO by mnie tak nie zdumiało, jak ten widok.

26 sierpnia 2010

Ciepło zimno

Pogoda od dwóch dni jesienna się zrobiła. Wielkie skłębione chmurzydła na niebie, temperatura spadła poniżej 20 stopni. To dobrze dla serów, wyjęłam je z lodówki i poukładałam na regale w najchłodniejszym pokoju przy uchylonym na dwór oknie, niech dojrzewają. Ale kozy straciły ochotę na całodzienną wędrówkę po polach i wokół obejścia. Najchętniej to w ogródku by pobuszowały, dynię i pomidory zeżarły. Pasłam je dzisiaj osobiście na łące pani Wiery za stodołą, po skoszeniu przyjemnie zieloną. Tak jakby zapomniały, że jesień przyszła wczesna i jadły, jak dawniej, z zapamiętaniem. Niemniej mleka już mniej. Z 10 litrów dziennie spadło do 8, w porywach 8,5 litra.
Z tego wszystkiego rozpalam pod kuchnią codziennie przez godzinę-dwie i jest przyjemnie ciepło wewnątrz do następnego popołudnia. Ocieplenie chaty sprawdza się. Przedtem napalenie pod płytą ogrzewało raptem kuchnię, trochę pokój na wieczorne kilka godzin i tyle.

8 lipca 2010

Konkretna robota

Praca, cóż tu mówić więcej. Brygada kończyła szalowanie deskami i obróbkę blachą, zaczęła też stopniowo obramowania okien. Na koniec czeka mnie jeszcze jedno malowanie, już na ścianach. My kroiłyśmy materiały i po południu zaczął się druk. Ania przy karuzeli, ja biegałam z materiałem i rozwieszałam go na sznurze. Upał powodował, że nadruki schły w mgnieniu oka.
Jest to zajęcie, do którego już nasi sąsiedzi przywykli i "wszystko o nim wiedzą". O tym, że czasem drukujemy też książki i broszury nie mają w większości pojęcia. A o tym, że coś piszę wiedzą może dwie sąsiadki, ale nie rozpytują co to, ani nie chcą tego przeczytać. Sitodruk i szycie są najbliższe chłopskiemu rozumieniu rzeczywistości i one im absolutnie wystarczają. Trzeba się konkretnie urobić po pachy, żeby zarobić niewielki grosik na chleb. Normalka.

Upał, ale na niebie snują się od dawna pokratkowane aluminiowe pseudo-chmury, wróżące kolejną anomalię pogody. Idzie susza. Ale po wczorajszej burzy pani Zina zadowolona niosła rano z lasu wiadereczko pełne kurek. Zarabia zbieraniem grzybów na drogie lekarstwa. Od kilku lat choruje. Ma bateryjkę w sercu i co drugi dzień jeździ na dializy do szpitala.
W sadzie dojrzewają z wolna jabłka. Wiele ich, choć są drobne i przy byle wietrze czy deszczu spadają na ziemię. Kozy uwielbiają je wybierać, dlatego chętnie pędzą rano do sadu, zajrzeć pod każde drzewo. Nadgryzłam łakomie jedną większą od innych papierówkę, kwaaaśna. Zofka chętnie dokończyła.
Przy tym wszystkim pożyczona kwoka opiekująca się starszą grupką zielonych nóżek zaczęła świrować i już sądziłam, że odrzuciła kurczaki. Namiętnie bowiem właziła w dziury w słomie i uciekała kurczętom, aż te wystraszone i zestresowane skuliły się w kącie stodółki i za nic nie chciały same wyjść na zewnątrz. Tymczasem odnalazłam kwokę za deską opartą o ściankę w drewutni. Sparło ją na jajo. I to była cała przyczyna. Gdy je zniosła wróciła do uszczęśliwionych dzieciaków jak najlepsza niania.

27 czerwca 2010

Niedziela

Z okazji niedzieli pospałam sobie do ósmej. I tyle mojego.
Potem zryw. Dojenie, doglądanie serów, naszykowanie mleka. Po śniadaniu firmowa praca, konieczna do wykonania. Czyli krojenie materiału na torby reklamowe. Tu taras sprawdza się idealnie. W poprzednich latach szycie w ciasnej chacie na Dąbrowie to była udręka i wielodniowa codzienna gimnastyka. Teraz rozłożyłyśmy na tarasie blat z płyty osb przeznaczonej na podłogę na poddaszu, i bela świetnie się rozwinęła do przycięcia elektrycznym nożem krajalniczym.
Zaraz potem (i nakarmieniu obu kwoczek z dziećmi) wyruszyłyśmy na bobrową łąkę. Z kaloszami, drewnianymi grabiami i butelką wody z kranu.
Przewrócenie siana na przestrzeni prawie hektara (już na to brakujące "prawie" zabrakło siły) zajęło nam trochę ponad 2 godziny.
Poranne zachmurzenie rozeszło się i czyste niebo upstrzyły zwyczajne po Bożemu i wróżące pogodę białe baranki. Raz tylko przeleciał nam tuż nad głową dwupłatowiec pograniczników. "Wopki czuwają" - jak mawiają tutejsi.
Idzie z wolna na upał.
Siano okazało się całkiem niezłe. Z wierzchu podeschło w ciągu dwóch ostatnich dni na wietrze, i przewrócone powinno być dobre do zebrania za 2 dni. Jeśli Bozia deszczu nie ześle.
Samo przewracanie nie było tak męczące, co latające zawzięcie wokół głowy i ramion muchy, krwiopijcze i boleśnie kąsające nadwodne pawęty i oski. Z początkiem lata komarów wyraźnie ubyło.
Łąka podeschła nieco, ale miejscami ziemia zasysa jeszcze kalosze, a spod nóg wybiegają co rusz zielone żabki i czarne ropuchy.

Na ten gorący czas różnych pilnych robót do wykonania nakłada się również zbiórka i zwózka siana... Ania telefonicznie uzgodniła dalsze czynności z pomocnym i zmechanizowanym sołtysem z B.
Po powrocie czekało mnie robienie sera. Ugotowałam też z rozpędu obiad na jutro (mianowicie rosół z koguta), żeby mieć więcej czasu na inne prace.

14 czerwca 2010

Wygrana

Jaka dziwna pogoda! czy to oczy miastowych widzą?
Po rozprażonych dniach rozjarzonych od słońca odbijającego się na wszelkie sposoby w aluminiowych chmurach, przetykanych logicznymi pasmami chemicznych smug, krótka i niegroźna burza nocna wprowadziła mój region w świat całkiem inny. Gdybym akurat nie paliła pod płytą, żeby zagrzać wodę na kąpiel i zrobić twarożki i ricottę, byłoby w domu zimno. Nie mówiąc o dworze.
Deszczowo, dżdżyście, buro na niebie, drzewa stojące spokojnie jak pomniki. Kozy stojące w oborze przez większość dnia, przy mikołajowym sianie. Kury moknące pod daszkiem kurnika, nie zainteresowane wcale żerowaniem. Psy rozespane, koty śpiące na tarasie, potem na nowych krzesłach w ogrzanej ogniem kuchni.
W duszy dziwne myśli, smętek, senność, ospałość. W radiu (słuchamy Trójki) od rana wałkowali temat zmiany klimatu, przy pomocy wciąż powtarzanych głupawych sloganów wyciąganych z ust przechodniów rozpytywanych na ulicy, prawdziwych "znawców tematu".
Z tego wszystkiego wsiadłyśmy do samochodu i pojechałyśmy oglądać rajoną nam łąkę rzut beretem od granicy. Ania nie zdołała jej odnaleźć, ale coś niesamowicie pachniało na dużej przestrzeni i dyskutowałyśmy co, no i naszłyśmy (na Podlasiu mówi się "najść coś" po rusku, a nie spotkać, znaleźć) cały szereg młodych wierzb pełnych gałązek zdatnych na ogrodzenie, które potem wrasta w ziemię i zieleni się.
Teren zmeliorowany, żyzny, bo nad rzeczką, ale teraz podmokły, śliski, rozmiękły. Fajny spacer. A potem jazda 10 km do sklepu, żeby kupić gratisowego loda (trafił mi się poprzednio patyczek z napisem: "Wygrałeś loda!").

8 czerwca 2010

Wietrzyk

Wyprawa do Hajnówki, w sprawach firmowych, ale przy okazji kupiłyśmy też dawno upatrzone kafelki do kuchni. Kurczę, ból głowy zyskuję już w każdym mieście. Choć przecież oni tam ciągle jeszcze mają niebo nienaruszone smugami.
Zrobiłam ser miękki do krojenia (wg przepisu z książki). Poprzedni bardzo zasmakował znajomemu, który go zamówił na za 2 tygodnie. Ładnie skórzasty zaczął się robić w wietrze, co ostatnio zaczął rzeczywiście suszyć sery i zmniejszył procent wilgotności ze 100 do 90, aż planowałam go (tj. ser, nie wiatr) sfotografować, niestety nie zdołał się długo ostać.

7 czerwca 2010

Żywotność

Od rana na nogach. Ja - ser, kozy, obiad, zmywanie, znów kozy plus kwoka z małymi na wolnym wybiegu, palenie pod płytą i znów ser, tym razem twarożek. Ania z powiedzmy-Sławkiem Starszym od świtu grodzili wybieg kozom w sadzie, przybijając do wkopanych już słupków sosnowe żerdzie. Praca miała przerwy (na papierosa, piwo, obiad) i nie była zbyt intensywna, kto by się spieszył i do czego w taki upał! Do końca dniówki roboczej, tj. 17.30 stanęło ogrodzenie dwóch boków. Jeszcze dwa z bramą i szlus. Będzie wolniejszy czas na pracę umysłową. A czeka przecież parę rzeczy do zrobienia, 3 horoskopy, skład książki o Księdze I-Cing, sprawy biurowo-urzędowe itp.
Pasąc kozy w sadzie zauważyłam, że poziomki pod jedną z jabłoni już się zawiązały, a pod drugim drzewem odkryłam dziką miętę. W jeszcze innej jabłoni zaś w dziupli zamieszkała para szpaków. Niezbyt dużo sobie robiła z ludzkiej obecności w sadzie.
Dziś notuję nadzwyczajną aktywność owadów błonkoskrzydłych. Mamy słoneczny znak Bliźniąt, a w dodatku Księżyc w ognistym znaku Barana, są wtedy najaktywniejsze i niezwykle ruchliwe. Towarzyszył nam nieustający brzęk w uszach przeróżnych much i muszek wespół z komarami i osami, a wokół stada kóz unosiła się stale chmura ich z dodatkiem błyskawicznie przemieszczających się gzów (zwanych tu też końskimi muchami).
Jednych pszczół w tej zgrai bardzo mało.
Znajomy stary pszczelarz z Kajanki narzekał, że i w pobliskich okolicach wymierają pszczelarzom całe roje. On jeszcze prosperuje, ale liczy się z kłopotami w hodowli.
Na rozsłonecznionym niebie piękne bałwany przetykane chemicznymi smugami w kształcie trójkąta i wielkiej litery H z biegiem dnia zamieniły się w skłębione bure chmury robiące nienaturalne wrażenie, z których w końcu spadł mały deszcz. Wściekłe muszydła pochowały się wreszcie.

8 maja 2010

Akceptacja życia

Wczorajszy dzień okazał się upalny. Wymarzony dla kóz. Popasłam je ze 2 godziny na ugorze, patrząc przy okazji w niebo. Od jakiegoś czasu widzę na nim często chemiczne smugi, przeważnie przywiewane z południa i z zachodu, ale tym razem na moich oczach wysoko lecący samolot zostawił ślad, który wisiał na niebie bardzo długo, po czym zamienił się w wielki korytarz, dołączający do trzech innych, prościutkich jak pod linijkę, tworzących promienie wielkiej gwiazdy rozkwitających na południowym-zachodzie.
Bardzo mnie to zjawisko smuci. Do tej pory nie było tego nad białowieskim regionem. Ale teraz widać atak na przyrodę i zdrowie wszystkich istot wzdłuż linii Bugu.
Mimo pilnych prac, trza nam było do urzędów jechać w Hajnówce. Skarbówki, Księgowej i Agencji Rolnej. W tej ostatniej w kwestiach nas interesujących (chcemy zgłosić dotychczasowy nieużytek jako łąkę pastwiskową), tak jak jest w istocie teraz, pan nie umiał nam nic wyjaśnić. Od rana w mieście nie było prądu. Zatem usługi agencyjne, bez komputerów spadły nieomal do zera.
Gdyśmy wróciły zachmurzyło się i polało majowym deszczem, ale kozy jakoś go wytrzymały na łące. I najadły się po pachy.
Niestety, wilgotne dni ostatnie dają się już we znaki wzrostem populacji komarów. Zwierzęta są nimi poddenerwowane pod wieczór i chętnie uciekają do obory. Gdzie na razie niewiele lepiej. Musimy rozejrzeć się za jakimś środkiem anty-owadzim, żeby im ulżyć.
Zatem grillowy obiad na tarasie trwał niezbyt długo. Spróbowałyśmy pierwszy ser gouda z krowiego mleka Aninego wyrobu, dojrzał już (w 4 tygodnie) i ma smak. Nie przeszkadzały nam nawet w konsumpcji powiewy wiatru niosącego świeży smród wyciąganego obornika z chlewa sąsiadów. Dzisiaj sadzą kartofle. To się nazywa akceptacja życia.