Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mydło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mydło. Pokaż wszystkie posty

12 sierpnia 2024

Ptasie rozmowy


Czas płynie. Lubię to obserwować, płynąć razem z nim. Takim swoim dziecinnym stylem żabki, czasem na pieska.

Po drugim obrządku, gdy wszystkie dzienne czynności już zostały wykonane, zasiadamy na tarasie. Popijam wtedy prozdrowotnie wodę z cytryną z niewielką domieszką zeszłorocznego cydru i soku jabłkowego z tegorocznych zbiorów, który od jakiegoś czasu warzę codziennie. Aby zebrać go tyle, by starczyło na dwa sezony, bo co tyle owocują drzewa w sadzie. I przyglądam się światu, jego stałemu widokowi. W jego zakres wchodzi kawałek ogródka przydomowego mocno zarośniętego teraz wielkimi liśćmi dyni i cukinii, cieplica, płot, za nim za drogą ogrodzenie pastwiska i pastwisko, już wyschłe nieomal i przy nim obumierający stary sad, długi tunel i jeszcze kilka grządek. Po prawej osłonę stanowi gąszcz wysokich robinii akacjowych, w których gnieżdżą się różnorakie ptaki.
O tej porze lata już odchowały swoje młode i opuściły gniazda, ale buszują niedaleko i właśnie popołudniami zlatują się w nasze pobliże, jak dobrzy sąsiedzi, żeby usiąść na płocie albo blisko tarasu i delikatnym świergotem zagadać, popytać jak się wiedzie, itd. Nie znam się na gatunkach ptasich, rozróżniam wśród nich pleszki, które kocham za ruchliwość, uczuciowość, towarzyskość i pliszki, równie ciekawskie i wesołe. Mamy też mieszkającego wśród koron akacji dzięcioła, którego rzadko widać, ale słychać codziennie. Są też takie szare, większe od pliszek ptaszki, które biegają po ziemi, wygrzebując z niej owady, trochę jak kury, czasem widuję śmigającego głową w dół po pniu kowalika. Inne, wydające różne dziwne dźwięki słychać z większego oddalenia, szczytu dębu, albo z klonu. Lub przesuwają się z południa ku domowi i dalej gromadki kupiących się już przed odlotem bocianów.
Pod dach tarasu codziennie o stałej porze zalatuje także szerszeń samotnik, milkniemy wtedy, nieruchomiejemy i czekamy aż zbada teren i odleci spokojnie. Pojedyncze egzemplarze, żywiące się pośród drzew owocowych nie są agresywne, a groźne mogą się stać tylko przez przypadek, którego zawsze lepiej mądrze unikać.
Czasem z braku tematów do rozmowy, bo o czymże ciągle można gadać, odsłuchujemy jakąś audycję czy podcast. Np. pana Jackowskiego, którego słucham-nie-słucham i który wtapia się w spokój otoczenia swoimi przydługimi opowieściami politykierskimi, z których na ogół dowiaduję się co się w ogóle w świecie dzieje (telewizora nie mamy od lat blisko 20). Kiedy nagle zapada cisza pytam:

- Co to? Zasięg padł?

- Nie. Tylko patrzy sobie w głowę - odpowiada Anna, zerknąwszy na ekranik smartfona i parafrazując Sienkiewicza.

- Aha. A ty co o tym myślisz? Będzie wojna? Będzie krach?

- Będzie, niewątpliwie. Tylko kiedy?

- Ptaków by trzeba zapytać. Zresztą po co wiedzieć? I tak będzie co będzie. Cieszmy się życiem, póki zdrowie i cisza dopisują, a zapasy spokojnie rosną na zimę. Na wszystko jest właściwa pora.

Z innych spraw: zaczęłam robić żółte sery, niewielkie, z racji mniejszej niż dawniejszymi laty ilości mleka. Anna jeździ co rusz na jakiś okoliczny jarmark lub warsztaty wakacyjne dla dzieci. Jedna impreza odbyła się u nas w gospodarstwie. Wycieczka rowerowa dzieci spędziła trochę czasu na robieniu mydła w foremkach, przyrządzaniu i zjadaniu pizzy, oraz oglądaniu naszego bydełka, robiącego za dziką przyrodę na stepie.

Poza tym zbieramy jabłka, systematycznie opadające z drzew, cukinie i kabaczki, resztki ogórków, zaczątek pomidorów. 

- Co jutro na obiad?

- Leczo?

- Może być leczo, czemu nie?

3 lipca 2023

Piękny potwór a natura

Pogoda jak to przy pełni, niepewna. Trochę wiatru, trochę chmur, trochę rosy i dżdżu, trochę słońca.
Trwają prace przy konstruowaniu kurzego traktora. Trzeba było kupić siatkę wolierową, taką, owaką. Przeszukać zakamarki w szopce i wyciągnąć deski, beleczki i resztki płyt z różnych budów zdatne do konstrukcji. Anna docięła je pod wybrany wymiar i przy pomocy pomagiera złożyła w całość, umocniła, ze mną zaś naciągnęła i docięła siatkę, teraz stanęło jeszcze na drzwiczkach do tego ustrojstwa. Praca delikatna, wymagająca skupienia i odporności na stres. 
Dlatego nasze dwa wylęgi kaczo-indyczo-perlicze wciąż wychodzą na zmianę do zagródki, jedynej zabezpieczonej szczelnie od zewnątrz i od góry specjalną siateczką. Do tego przedwczoraj pojawił się na świecie trzeci lęg. Już prawie uznany za nieudany eksperyment.
Kurza kwoka wysiedziała 9 jaj od Halinki i wylęgła 9 indycząt. Żwawych i silnych.  Kolejny problem logistyczny do pokonania. Póki co próbujemy te dodatkowe dzieci sprzedać. O ile jednak na początku sezonu jaja i małe indyczęta szły od ręki, to teraz nikt nie odpowiada na ogłoszenie. Trudno, jakoś będziemy je chować i czekać na klienta. Szkopuł w tym, że kwoka ma w zwyczaju szybko, już po miesiącu czy tak jakoś, ledwo odchowane kurczęta odpychać od siebie i porzucać. Co dla indycząt jest zgrozą. Indyczka bowiem prowadza je i chroni troskliwie prawie do dorosłości.

Poza tym zaczynają się z wolna zbiory ogórków. Te poniżej na obrazku poszły wszystkie już na drugą porcję małosolnych. Ponoć rakotwórcze, jak ogłosił urząd europejski od zdrowia (czy raczej chorób), ale jak sądzę dotyczyć to może w istocie ogórków zachodnich, z dużych gospodarstw, gdzie podlewa się szklarniowe uprawy wodą z gnojowicy. Mieszkańcy Niemiec od lat już narzekają na brak smaku w jarzynach, znajoma mówiła, że wszystko tam smakuje jednakowo, tylko wygląda inaczej. Dlatego polskim jedzeniem była zachwycona. A rozmawiałam z nią na ten temat już prawie 20 lat temu.
Pamiętacie historię sprzed kilku lat, gdy w Niemczech zmarło trochę ludzi w wyniku zjedzenia surowych ogórków? Całą sprawę wyciszono skutecznie, ale rolnicy wymieniali się uwagami właśnie na temat owego nawożenia i podlewania substancjami pochodnymi od zwierząt karmionych wiadomo jak w chowie zamkniętym. Najwyraźniej problem się nawarstwia, ziemie jałowieją, użyźniane sztucznie lub takim to pseudo-naturalnym cudem biotechnologii.
Mój mistrz Michał wieszczył, że ogromne połacie pól zostaną porzucone jako ugory, z powodu "pięknego potwora, którego zrodzi ziemia". Jak sądzę miał na myśli także uprawę roślin modyfikowanych, pięknych i dorodnych z wyglądu. Ale dobrze, dobrze, wierzcie nie wierzcie, zamknijcie oczy i uszy. My osobiście na razie nie boimy się rakotwórczego kiszonego ogórka, bo wszystko uprawiamy w zgodzie z Matką Naturą. Ale mieszczuchy niech lepiej baczą, co i od kogo kupują w tej materii, bo i do Polski zaraza produkcji zmechanizowanej przyszła, jedynie ma mniej lat.


I dla urozmaicenia i uspokojenia tematu trochę innej natury wrzucam. Glina, ceramika, wzorek z przyrody wzięty, mydelniczka pod mydełko domowej roboty (jakby ktoś pytał). Prosto z pieca wyjęta.

6 września 2022

Spadowisko

Dość szybko i skutecznie wielki upał zamienił się w rześkie chłody. Nadal słoneczne i suche. Ta susza sprawia, że dynia w naszych ogródkach zatrzymała w większości wzrost w fazie maleńkiej kulki, częściowo zżółkła, a po dwóch przymrozkach nocnych jej liście sczerniały. Oj, nie będzie dużych zbiorów jesiennych tego roku, po raz pierwszy od czasu rozpoczęcia jej uprawy! Żal.
Za to udały się pomidory różnej maści, zrobiłam spore zapasy soków pomidorowych i jeszcze przerabiam końcówkę. Nadwyżki sprzedały się bez problemów, bo owoce rzadkich odmian były smaczne, słodkie, bezpieczne jeśli chodzi o nawożenie i wolne od zarazy.

Ostatnie wiaderko ogórków dotarło do kuchni dwa dni temu. Anna wreszcie wyrywa uschłe krzaki. Zapasy kiszonych i sałatek zostały uzupełnione, resztę zjadają kozy. Ze smakiem.

Pastwisko wyschło jak pustynia, kozy pasą się na jabłkach spadowych w sadzie i każde zasilenie dodatkowe witają chętnie, odwdzięczając się mlekiem. Popołudniami Anna zabiera je na ugór, gdzie posilają się liśćmi leśnych krzewów, czeremchy, brzozy, robinii itp. Ale ogólnie marnie to wszystko wygląda.

Zebrana aronia, po raz pierwszy z owocujących naszych krzewów, okazała się mało soczysta. Anna uzupełniła zbiory na nieużytkach za wsią, i owoce wylądowały w zamrażarce, aby je użyć do dżemów jabłkowo-aroniowych i nalewki. Jeśli robić sok, to jedynie na bazie treści jabłkowej. Podobnie jest z dziką różą, którą dodaję do dżemów i cydru. Który powoli, stopniowo się tłoczy i nastawia, zgodnie z biegiem dni i codziennych prac.

Wróciłam do palenia w kuchni (do tej pory, w czas upalny, korzystając z fotowoltaiki używałam do gotowania głównie kuchenki elektrycznej albo gazowej). Chrustem. W domu od razu cieplej się zrobiło. Wieczory i poranki zimne już są i tarasowe przyjemności wieczorne zostały skrócone, a w zasadzie z powrotem wniesione do wnętrza. Niemniej warto spędzić tam trochę czasu o samym zmierzchu, gdy zapalają się światełka solarne, bo z lasów obok można usłyszeć pierwsze ryki byków jeleni i łosi, gotujących się do wrześniowego rykowiska i rui. To niezwykłe, piękne doznanie sił przyrody, które wciąż trwają skryte w swoich leżach.

Codzienny przerób jabłek wygląda następująco. Trzeba je rano zebrać, aby zdążyć przed kozami (zostawiając im te najgorszego sortu), przebrać, pokroić, nastawić sokownik, usmażyć porcję dżemu, rozdrobnić i zasypać pektoenzymem, wytłoczyć, przelać do gąsiora. Gotowe przetwory przelać do butelek i przełożyć do słoików. Gotowe schować do piwnicy. To oprócz serów, także codziennej pracy od kilku miesięcy. 

Kilka dni temu stracił głowę główny indor w stadzie. Nie dało się już czekać. Od jakiegoś czasu rozpoczął zawzięte walki z drugim, młodym indorem, który dorósł. Trzeba było ich rozdzielać, każdy nocował gdzie indziej, bo rozpętała się walka na śmierć i życie między samcami-przewodnikami stada. Również w dzień byli wypuszczani na zmianę. Kłopot.
Ostatecznie Anna zerwała mnie raniutko z łóżka, pomogłam jej związać i zapakować do wora delikwenta, po czym obezwładniony kobiecym sposobem, skutecznie stracił łeb na pieńku, wystawiwszy go przez dziurę w zawiązanym worku. Wyszła z tego kupa mięcha i dzisiaj jemy pierwszy rosół, z warzywami z naszego ogródka, marchewką, kalarepką, selerem, jarmużem i cebulą.

21 listopada 2015

Mydlane impresje

Osiedleńcze życie rozwija się powoli, z różnymi wspólnotowymi skutkami. Staramy się wspomagać, lub chociaż wysłuchiwać nawzajem. To chyba potrzeba każdego zwykłego człowieka, prawda?
Czasem nasze talenty dodają się do siebie i starają uderzyć we wspólny ton. Na przykład mydlano-fotograficzny. Aby uderzyć nim i przekazać go dalej. Zademonstrować, dać poczuć.


Podziwiajcie fantazję Małgosi Klemens, mieszkającej kilka dobrych rzutów beretem od nas w leśnym Wygonie, która ją oddała swoim aparatem pewnego wieczoru.


Tematem sesji była oczywiście umiłowana twórczość Ani, gliniano-mydlana.


Czarno, biało, brązowo, zielono...


Mydelniczkowo...


Rozmaita.


Autor fotografii M. Klemens - Galeria Leśna Wygon

26 stycznia 2015

Zimowe świętowanie

Przesuwa się już styczeń kolejnego roku w kalendarzu w tempie niezauważalnie prędkim. Niedawno skończył się prawosławny okres świąteczny, świętem Jordanu, a w naszym domu kultury dorocznym koncertem kolęd. Śpiewanych przez miejscowe siły, począwszy od przedszkolaków, przez podstawówkę, gimnazjalistów, uczniów pobierających naukę gry albo śpiewu, tudzież orkiestrę dętą, ludowe zespoły śpiewacze z okolicznych wiosek i chóry, dziewcząt oraz cerkiewny i kościelny. Poza tym każdy dzień podobny do siebie. Bezśnieżna zima pozwala na codzienne rozluźnienie w temacie grzania chaty i opieki nad dobytkiem. Drób się niesie już prawie jak na wiosnę. Mimo, że kury nioski wiekowe, od dwóch do czterech sezonów mają. Zdarzają się też pojedyncze jaja gęsie. Kilka dni temu narodził się pierwszy koziołek z tegorocznej serii. Z mamy pierwiastki. Wyszedł bez problemu, choć najpierw wysunął główkę. Anna wsadziła mu palec do pyszczka, żeby sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, mimo tego odwrócenia. Zassał od razu. I zaraz był cały na tym świecie. Spokojny z niego, czyli niepłaczliwy gość. Z babki Baby Luby, z matki Ludmiły, Ludek mu na imię, bo jak inaczej. Vel Ludzik.
Anna od początku miesiąca, wykorzystując ciepłą aurę znowu bawi się w drwala leśnego. Andriusza podzielił się z nią swoją działką w lesie za wsią. Drewno słabe, same sosnowe cienkie żerdzie, ale dobre i to. Poza tym robią się mydła, z pierwszej koziej siary. Bo mleka trochę z naszej pierwiastki już i dla nas jest, starcza do porannej kawy i do mojej śniadaniowej zupy na płatkach ryżowych. To tyci tyci daje już sporo radości. Mleko sklepowe było nie do przełknięcia! Nawet kot od niego odwracał głowę i zostawiał psom do wypicia.

24 lipca 2014

Wokół festiwalu

Zawiesiłam wpisywanie ze względu na nadmiar zdarzeń i notorycznie inny stan świadomości, w który mnie one wprawiły. Powoli wracam do normalności, ale zdaje się, już będzie odrobinę inaczej. Zwyczajnie się zmieniam.
Przed festiwalem, klasycznie, było mnóstwo pracy. Trafiły się fuchy, chociaż Anna zarzekała się, że już żadnej nigdy nie weźmie. Przyszło co do czego, nie odmówiła.
Potem był festiwal, trzydniówka. Anna jeździła na wiele godzin w ciągu dnia, gdyż razem z Jurkiem Fiedorukiem prowadziła warsztaty z gliny, a potem stoisko z wyrobami ceramicznymi dzieciaków z koła garncarskiego przy domu kultury. Przy okazji też wystawiła swoje mydła, które cieszyły się dużą popularnością. Ja w tym czasie pilnowałam gospodarstwa, rozmawiałam z gośćmi, wszystko na sporym rauszu, w który wprawiło mnie mocne roczne winko jabłkowe, w pewnym nadmiarze wypite pierwszego wieczoru.
Apogeum festiwalowe było w sobotę. Koncert okazał się po prostu i jednym słowem WSPANIAŁY. I nie do opisania. Ludzie na widowni również. Panowała ogólna atmosfera przyjaźni i bratania się. Ktoś poczęstował mnie szklaneczką śliwowicy (dostępnej legalnie u zaprzyjaźnionego Słowaka, który od kilku lat zjeżdża ze swoimi wyrobami na festiwal). Ktoś wyściskał przechodząc obok. Co rusz natykałam się na dawnych znajomych i trzeba było się witać. Wystąpiły po sobie same dobre i coraz to lepsze zespoły. Od ukraińskiego Kozak System, przez angielski The Ukrainians, rumuński Taraf de Haidouks po Czeremszynę. Która wystąpiła w zwiększonym składzie śpiewaczym i dała taki popis białego śpiewu chóralnego, że znajomi Ślązacy, którzy po części przeżywali to po raz pierwszy popadli w zachwyt (choć już i tak byli w euforii po występie rumuńskiej orkiestry cygańskiej).
- W jakim języku oni śpiewają? - pytali mnie później i trzeba było objaśniać podlaskie oczywistości.
- Te kilka wolnych utworów na początku to było coś zajebistego. Czemu nikt w Polsce tego nie zna, nie wie? Tu wszyscy śpiewają na widowni razem z zespołem, znają słowa, rozumieją!
Ano tak. 
Niedziela była spokojna, poświęcona bardziej imprezom towarzyszącym, warsztatom tego i owego, konkursom, niż muzyce. Skończyło się wszystko o zmierzchu dyskoteką prowadzoną przez DJ Wojcia i pożegnaniami. 
Pogoda dopisała, było wręcz skwarnie. 
Potem należało festiwal odespać i otrzeźwieć. 

Z innych, już rolniczych spraw to ważna jest historia kubanek. Zdechły prawie wszystkie, po kolei na zarazę wirusową (nasz weterynarz nie jest specjalista od gęsi, a inny, którego nam polecił jako znawcę, obsługuje jedynie wielkie fermy). Został tylko największy gąsiorek, który zresztą wykluł się pierwszy. Dostał imię, Kubuś. Oraz towarzystwo trzech zielononóżek, które się wykluły pod indyczką (z 15 jaj pozostało 7, których nie zgniotła, a z 5 wyklutych piskląt przeżyła trójka, którą odebrałyśmy nerwowej niani, aby dać im szansę odchowania się). Dzięki słonecznej pogodzie Kubuś dnie spędza w zagródce w ogródku przy tarasie, co bardzo sobie chwali. Uspokoił się już po stracie stadka i oswoił ze mną, a nawet złapaliśmy ze sobą dobry kontakt.

No, a brojlery poszły pod nóż, a raczej pod siekierę. Jednego już zjadłyśmy, oj, smakowity. Miały wagę od 1,5 do 2 kg. Kartoflami, osypką, twarogiem, zielonym i serwatką karmione.

30 kwietnia 2014

Tak to wygląda

Bardzo pogodny, ciepły dzień to był, słoneczny. Mnóstwo owadów błonkoskrzydłych, pszczół (rodem z maleńkiej pasieki sołtysostwa), chrząszczy, muszek, os i osek, bąków uwijało się wokół przekwitającej czeremchy, śliwy i ulęgałki (lubaszką na Podlachii zwanej). Sad bliski wybuchu kwiecia, może zdąży przed zapowiadanym ochłodzeniem. Zresztą, co ja się będę martwić, chyba wie co ma być i dobrze swoje kwitnienie zaplanował.
Ruszyły meszki, ale nie są na razie jakieś mocno przykre. Może z powodu mydełka dziegciowego, którym się myję przed wyjściem do ogródka, a może z powodu słońca i dopiero mają zamiar się rozpędzić z czasem. Badam sprawy.
Gusie spędzają większość takich ciepłych dni na zielonym morzu, są zachwycone i coraz pewniejsze siebie. Wczoraj Anna ustawiła im platformę z desek do wchodzenia i wychodzenia z kurnika, który ma wysoki próg. Tylko dwie zrozumiały do czego służy. Dzisiaj już wszystkie śmigały po niej, w każdą stronę.
Pomalowałyśmy na spółkę oba ule z zewnątrz pokostem lnianym.
Anna poprawiła jedną grządkę i obsiała ją, sama już nie wiem czym. Nie robimy tego na hurra, ot, codziennie jedna-dwie grządki idą pod ziarno i sadzonki. Tyle, na ile siły pozwalają.

29 kwietnia 2014

Szlachcic na zagrodzie...

Wczoraj był dzień Jarego. Od 9 godziny do 16.30 z krótką przerwą obiadową, wzmocnili z Anią ogrodzenie ogrodu w przyszłości permakulturowego przęsłami z żerdzi świerkowych puszczonych dołem i górą. Jary, jako wioskowy fachman od ogrodzeń z leśnej siatki chciał się założyć o trzy wina wisienka, że dziki tego nie ruszą, ale wolimy się nie zakładać, zwłaszcza o alkohol tego rodzaju. Bo jakby Jary przegrał, to sam by musiał te wina wypić, więc i tak byłby wygrany.
Przyjechał także traktor i stalerzował ogrodową przestrzeń, wcześniej przeoraną, aby ułatwić nam posianie tam czegokolwiek na ten wiosenny czas.
Popołudniami chmurzy się, wczoraj nieco przy tym grzmiało, ale bez sensacji, a trochę deszczu zawsze się przyda na naszych piaskach. Sad już jest w pełnej gotowości do co-dwuletniego rozkwitu. Śliwy przekwitły, czeremcha przekwita, kwitną właśnie grusze ulęgałki. A my popołudniami w ogródku przydomowym gotujemy grządki, siejemy i sadzimy. Dzisiaj było truskawkowo. Posiana fasolka i bób. Zbudowana nowa grządka wzniesiona na wsadzie kompostowym. Pokazują się pierwsze komary. Dzisiaj specjalnie narażałam się na ich apetyt, wymyta mydełkiem dziegciowym. Tak jakby mniej siadają, ale tylko dłonie i szyję namaściłam zapachem, więc pogryzły mnie w pięty i głowę. Jutro pomażę dziegciem ogrodowe ciuchy, w ramach dalszego ciągu testowania.
Te ogródkowe prace są tak wciągające i miłe, oraz absorbujące, że Annie jak gdyby znudziła się już telewizja. Wczoraj nawet przez moment na nią nie patrzyła, choć pierwsze dwa dni gapiła się jak zaczarowana w jakieś celebryckie wygłupy oraz filmy. Ale z tej okazji mogła poczuć wspólnotę z takim Wańką, który także do północy oglądał "Zaklinacza koni", aż mu się jego kobyła Kaśka przypomniała i zatęsknił za nową. Franka konyka-darmozjada chce sprzedać i kupić prawdziwego kunia. Już się nabawił grzywiastym kuniopodobnym zwierzem, który włazi ludziom w ogródki i w obejścia (przypomnę, u nas też bywały).
Ogrodzenie pastwiska zdaje jak na razie egzamin w pełni. Kozy pasą się spokojnie i bez kaprysów. Czują się bezpiecznie i mają dużo przestrzeni, to w końcu  prawie półtora hektara. Oczywiście gorzej będzie w upały oraz w lato, gdy zaczną atakować gzy i ślepaki wespół z komarami, na otwartej przestrzeni stado jest wtedy bardzo niespokojne, kozy wolą wówczas wypas w lesie i w krzakach. A na pastwisku tego nie ma. Ale gdy jest gorąco i tak mało się pasą, jedynie wczesnym rankiem i przed wieczorem, więc mają inne ogrodzone przestrzenie do pobytu w cieniu, kaczy dołek i cienistą zagrodę w sadzie. Zaczynamy w tej sprawie odczuwać sporą ulgę. Anna może spokojnie zająć się innymi koniecznymi pracami w obejściu, zamiast tracić codziennie kilka godzin na łażenie z kozami po lesie i sąsiedzkich łąkach, pilnując, aby nie wdarły się nikomu w szkodę.
Poza tym jest jeszcze jeden walor ogrodzenia, psychologiczny i duchowy też. Zagrodzenie wzmacnia uczucie posiadania, osadzenia i zagruntowania, a zatem osobistej siły wobec innych. I budzi szacunek, naprawdę!

2 marca 2014

Ozdabianie świata

Plusowa temperatura w nocy i w dzień obudziła już kleszcze. O czym wczoraj przekonałam się osobiście. Strząsając ze swojej nogi dorodnego pajęczaka, pnącego się w górę. Najprawdopodobniej przyniosła go do domu Laba, biegająca z lubością po okolicznych chaszczach i polu. Nic to, mydełka dziegciowe już dojrzewają i za kilka tygodni zabezpieczymy się, i my i psy ich zapachem przed tymi gryzoniami. Zaczynając test praktyczny skuteczności drzewnej smoły.
Anna przez kilka ostatnich dni wyrzynała pracowicie ozdoby drewniane, które zostaną umieszczone na altanie. Ale i wzięła się za wycinanie deseczek do balustrady na tarasie przy domu, który wciąż czeka na dokończenie i już zdążył nieco poszarzeć.
Weszło jej na ambicję obejrzenie rezultatów remontu chaty, sprzedanej w zeszłym roku na naszej wiosce, o czym pisałam byłam na tym blogu swego czasu. Kupił ją człowiek z Białostoka, w celach nikomu nieznanych. Rozmawiałam z nim dwa razy, ale dwa razy stawały na przeszkodzie spokojnej rozmowie zwierzęta. Najpierw przybysz, wysiadłszy z samochodu i poruszając się zamaszyście spłoszył mi stado kóz, które wypasałam w pobliżu jego nabytku, i musiałam gnać za kozami, a nie wdawać się w wymianę opowieści. Za drugim razem z kolei tak agresywnie oganiał się od mojego psa, że Kola o mało go nie zaatakowała naprawdę. Wniosek: mieszczuch pełną gębą, który nie ma w ogóle czucia, ani żadnej intuicji w kontakcie z przyrodą i zwierzętami... Tym niemniej chata wygląda okazale, choć brakuje jeszcze wymiany dachu, bo eternit nie jest malowniczy. Stare pochyłe szopy w obejściu zostały zburzone i uprzątnięte, studnia obudowana, chata w środku odremontowana, tak samo został zerwany paskudny biały siding i w jego miejsce dana drewniana szalówka, zdobiona białą snycerką. Co prawda mało tradycyjną, ale teraz nowe tradycje powstają, więc lepsze to, niż nic.
Na naszej wioseczce powolutku dzieją się wciąż skrywane przemiany, ale kto wie do czego jeszcze doprowadzą? Zmieniają się mieszkańcy z tutejszych na nietutejszych, status rolniczy na inteligencko-letniskowo-wypoczynkowy. Ciekawe co będzie dalej.

Póki co praca trwa i dzień po dniu biegnie podobny jeden do drugiego jak bracia.
Z wolna jakość wystroju naszej chatki poprawia się. Choć do końca jeszcze daleko. W każdym razie w łazience brakuje już jedynie lustra, również w pokoju pracownianym są już obróbki okien zrobione, w kuchni została zamontowana półka nad blatem, oprócz oszlifowanej belki sufitowej oraz wyrównanego i pomalowanego sufitu, sień gotowa. Czekają malowania, progów, drzwi wewnętrznych, przyklejenie brakującej terakoty w kuchni i łazience.
Co do wielkich wydarzeń, o których w ostatnich dniach i dzisiaj głośno w mediach, hm... chciała by ja powróżyć chociaż, czy bude wojna, czy ne bude, ale jakoś niewielką mam ku temu wyobraźnię i karty gadać nie chcą. Zaś gość niedzielny, który w temacie tkwi głęboko, a wojna go rajcuje jak mało co na świecie, bo Baran jest i domorosły partyzant-teoretyk, niestety odmawia losowania kart, ani nawet dotknięcia tego szatańskiego narzędzia, jakim jest Tarot, pod karą egzorcyzmowania mnie i wykrzykiwania: Apage, apage! No, to nie będziem nic wiedzieli, tylko będziem czekali z rozdziawionymi gębusiami na bieg zdarzeń u wschodnich naszych sąsiadów. I tyle.
Tym niemniej sąsiad z Polesia, bo o nim mowa, rejestruje właśnie swoich partyzantów pod nazwą Stowarzyszenia, w czym co nieco mu pomagamy, drukując potrzebne pisma na naszej drukarce.

5 grudnia 2013

Wystawka mydlarska

Krótka prezentacja mydlarskich dokonań Ani, w większości już gotowych, lub prawie gotowych do użytku.
Niektóre wyglądają ciekawie, jak na przykład biało-czarne kawowe.




Poniżej mydełko z makiem, mlekiem kozim i woskiem. Bardzo dobrze wygładza suchą i zniszczoną skórę.


I mydełko z mlekiem kozim oraz odrobiną płatków owsianych.



Oraz mydełko z węglem leczniczym, o właściwościach dezynfekujących.



20 listopada 2013

Konserwacja dobrego samopoczucia

Ociepliło się nieco, dzisiaj wyjrzało na cały krótki dzionek słońce. Tu muszę zanotować, że zapowiadanych onegdaj przymrozków nocnych nie było, i jak dotąd noce są o temperaturze powyżej zera, kilku stopni. Trawa rośnie, acz niewiele i nasze ugorowane pole zieleni się spod rżyska. Gdyby kozy nie hasały, to by się tam mogły spokojnie paść. Niestety, stoją przeważnie w zagrodzie za oborą, gdzie zjadają kostkę siana i ogryzają czuby sosnowe, okorowując je przy okazji. Anna, szalejąc znowu na działce leśnej codziennie przywozi im na pace nowy zapas zielonych witaminek.

Mimo owego ciepła późnojesiennego temperatury rzędu kilku stopni w dzień i nieco niższe w nocy dość jednak wychładzają chatę. Palenie w ścianowym na wieczór niekoniecznie ogrzewa dobrze wnętrze trzech pokoi. Nie ma też ciepłej wody w kranie, ani ogrzanej łazienki. Zatem kilka dni temu zainaugurowałyśmy palenie w c.o. Zawsze to trochę stresu jest. Bo woda z instalacji odparowuje w pewnym stopniu, trzeba odpowietrzać kaloryfery, regulować ciśnienie itp. Tymczasem pojawił się inny problem. Najpierw trudność rozpalenia, za nic drewno zająć się nie chciało. Choć postarałam się dać suche kawałki. Na kuchnię zaczął wychodzić ciemny, gryzący dym. Przypisałam to brakowi cugu, bo dzień był dżdżysty i niskociśnieniowy. W końcu udało się rozpalić, ale przy byle otwarciu pieca dym zaraz wychodził na kuchnię. Cug był słabiutki. Nie udało się pieca rozgrzać powyżej 40 stopni i kaloryfery, a tym bardziej woda w kranie były ledwo ciepłe.

Odpuściłyśmy sobie zabawę z c.o. na kilka dni, aż pogoda się zmieni. A dzisiaj, gdy nastał pogodny wyż i z doświadczenia wiem, że cug powinien być dobry, zdecydowałyśmy się przystąpić do uruchamiania pieca po raz drugi.
Tym razem jednak bardziej metodycznie i od podstaw. Ciągle bowiem pamiętam słowa jednego z naszych majstrów o tym, że zwyczajowo co roku na zimę piec i komin powinny zostać dokładnie przeczyszczone, aby w zimie niespodzianek nie było. Wróży to brak kłopotów tego typu na cały przyszły rok. Taką granicą jest dla tutejszych Boże Narodzenie i Nowy Rok. Owa praktyczna mądrość ludu nie docierała do naszych umysłów, pewnie ze względu na to, że piece i komin są świeżej daty i nie trzeba jeszcze być aż tak rygorystycznym w konserwacji. Tymczasem jednak policzyłam na palcach i ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że będziemy zimować w tej chacie już piąty raz! A przewody piecowe jeszcze nie były ani razu czyszczone!
Anna zatem uzbroiła się w stare ciuchy i rękawicę i pracowicie wybrała ręką , a potem szufelką sadze, popiół i resztki gruzu murarskiego z wylotu pieca do komina. Poświeciłam latarką i dopatrzyłyśmy się, że piecokuchnia, która ma dwa rodzaje otworów wylotowych, tzw. letni - górny i zimowy - dolny, nazbierała już sporą ilość popiołu w miejscu dolnego wylotu, który został po prostu zapchany i stąd pochodził ów dym, wychodzący na pokoje przy rozpalaniu oraz brak cugu! Tutaj trzeba było wybrać owe śmiecie starą łyżką wazową (he, kobieta zawsze sobie poradzi w takich subtelnych kwestiach). Nazbierało się wszystkiego więcej, niż połowę węglarki, więc nie w kij dmuchał.
Już potem rozpalenie poszło jak burza. Piec zahuczał bardzo szybko i łatwo doszedł do 60 stopni. W domu zrobiło się ciepło, a ja zauważyłam, rozbierając się z grubego swetra z golfem, że jednak nie ma to jak zażyć trochę cieplnego komfortu w taki chłodny czas. Humor od razu, automatycznie się poprawia.

A poza tym pokazujemy wynik Aninego mydlarskiego hobby, pięknie opakowany, ręcznie oczywiście. Dzisiaj kąpiel w gorącej wodzie mydełkiem kozim uskuteczniam. Anna wybiera kawowe.





3 listopada 2013

Domowa alchemia w niedzielne zaćmienie

No, i Anna doigrała się. Pewnie dlatego, że go pochwaliłam, Kościk zrobił woltę i nie przyszedł wczoraj do pracy, jak było umówione. Nie wiadomo dlaczego. Na Podlasiu nikt z niczego się nie tłumaczy, gdy nie musi. Ot, tak mu wypadło. A może po prostu obudził się rano i stwierdził, że pi...przy całą tę robotę, skoro na razie ma na piwo?
Anna szalała sama w lesie z siekierą, zbyt dużą i ciężką dla niej na kilka godzin obciosywania  gałęzi. Uparta jest i postanowiła mimo wszystko wyrobić się w zaplanowanym przez samą siebie terminie. Wróciła kwękająca i z godziny na godzinę było coraz gorzej. Lewa ręka (jest leworęczna) zaczęła jej cierpnąć, z czasem boleć. W nocy pojękując przekładała się z boku na bok, próbując daremnie znaleźć dla bolącej ręki najlepsze położenie. W końcu, po kilku godzinach nocnego wysiadywania przed komputerem i tabletce przeciwbólowej zasnęła o samym świcie...
Trudno, musiałam wstać i zrobić za nią poranny obrządek. Rano okazało się, że ma dłoń spuchniętą i ledwie porusza palcami.
Na szczęście kryzys minął i w ciągu dnia zaczęło stopniowo robić się lepiej, obrzęk powoli schodzi.
Na tyle się polepszyło, że po wieczornym obrządku wyciągnęła wszystkie potrzebne akcesoria oraz mleko z zamrażarki, najpierw kazała mi utrzeć mak w ceramicznym naczyniu aptekarskim, a potem ustawiła przy kuchence i garach, abym mieszała na ogniu stwardniałe oleje, palmowy i kokosowy oraz wosk pszczeli. Gdy zamieniły się w płyn wyniosła wszystko na taras i tam przeprowadziła kolejne alchemiczne czary. Ubrana w strój kosmiczny, kombinezon, okulary i rękawice ochronne, aby "żarliwy" wodorotlenek sodu nie prysnął przypadkiem na ciało wymieszała wszystko co i jak trzeba ze sobą w wysokim garnku, który wcześniej "wycyganiła" ode mnie, już na zawsze..
W ten sposób powstało kolejne mydło, z mlekiem kozim, makiem, woskiem i różnymi olejami naturalnymi. Zdecydowałyśmy się nie dodawać do naszych mydeł olejków eterycznych, mnie na przykład drażnią pachnące mydełka i od lat używałam zwykłego szarego mydła do mycia, z tego właśnie powodu. Pomimo to i tak mają przyjemny mleczny zapach, więc nie ma właściwie potrzeby dodatkowo go "upiększać".
Ostatnio Anna testuje na sobie mydełko autorstwa naszej nauczycielki mydlanej profesji, Niejakiej, z dodatkiem dziegciu bukowego. Ponieważ, jak to Koziorożcom się zdarza, ma z natury wrażliwą skórę, widzi pozytywny wpływ na zmniejszenie się piekących ją zadrażnień na twarzy od kurzu i potu. Ja natomiast wpadłam na myśl, po obejrzeniu pewnego filmu o syberyjskim traperze, że specyficzny, smolisty zapach dziegciu odstrasza komary, a więc kleszcze pewnie też. Zatem namówiłam Annę do przetestowania tej akurat właściwości w lesie (o komary już o tej porze raczej bardzo trudno). Okazuje się, że - CHYBA TO DZIAŁA! Od kiedy myje się tym mydełkiem przed wyjazdem do lasu, nie przyniosła na sobie żadnego kleszcza do domu (co zdarzało jej się notorycznie po niemal każdym spacerze w lesie).

A poza tym zaczęło siąpić po południu, a wieczorem lać, i zrobiło się ogólnie dużo cieplej na dworze, jak zwykle w nów księżycowy, niż było przez ostatnie kilka rześkich, acz pogodnych i słonecznych dni.