Upał od wczoraj, nie wysypiam się z tego powodu.
Ubyło jeszcze jednego kurczaczka z maluchów, jest teraz sześć.
Gusia nabrała dawnej werwy i zaczyna trenować odlatywanie. To zabawny widok na podwórzu, startującego na rozbiegu samolotu, choć przy tym osypuje się jeszcze puchem i nie wszystkie lotki są już wykształcone.
Wciąż jeszcze przerabiam pomidory na przeciery. Nastawiłam nalewki i zrobiłam dwie butelki soku z czeremchy. Lekko gorzkawy, ale słodki, z nutą wiśniową w tle. Można polubić, bo nie otrząsa kwachem, jak np. soki z porzeczek. Poeksperymentuję jeszcze i dodam następnym razem winogron, powinno to usunąć goryczkę. Ania nazbierała dzisiaj owoców dzikiego bzu, również na sok.
W tym roku jabłek w sadzie na lekarstwo, spady załatwiają w całości kozy, ale za to zapasy innych soków są równie bogate, jak w zeszłym stanowiły jabłkowe. Jest sok malinowy, z czarnej porzeczki, czeremchowy i będzie z czarnego bzu.
W piwniczce zewnętrznej prace nie posunęły się ani o jotę. Majster oczywiście zajęty innymi pracami. I poradziłyśmy sobie inaczej. Sklepiszcze ma zresztą mieszkańców. Na razie gryzoni nie zauważyłam, już posadzka je przystopowała, ale bywają czarne ślimaki bez skorupek, pomrowami zwane i polująca na nie... ropucha szara. Odkąd się ujawniła, wysiadując bardzo często na stopniach schodów prowadzących w głąb piwnicy stąpam z wielką ostrożnością, aby nie rozdeptać jej przypadkiem, jak suchy liść, który do złudzenia przypomina. W sumie cieszę się, że tam mieszka i dba o równowagę ekologiczną wewnątrz naszego schronu.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płazy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płazy. Pokaż wszystkie posty
27 sierpnia 2011
27 czerwca 2010
Niedziela
Z okazji niedzieli pospałam sobie do ósmej. I tyle mojego.
Potem zryw. Dojenie, doglądanie serów, naszykowanie mleka. Po śniadaniu firmowa praca, konieczna do wykonania. Czyli krojenie materiału na torby reklamowe. Tu taras sprawdza się idealnie. W poprzednich latach szycie w ciasnej chacie na Dąbrowie to była udręka i wielodniowa codzienna gimnastyka. Teraz rozłożyłyśmy na tarasie blat z płyty osb przeznaczonej na podłogę na poddaszu, i bela świetnie się rozwinęła do przycięcia elektrycznym nożem krajalniczym.
Zaraz potem (i nakarmieniu obu kwoczek z dziećmi) wyruszyłyśmy na bobrową łąkę. Z kaloszami, drewnianymi grabiami i butelką wody z kranu.
Przewrócenie siana na przestrzeni prawie hektara (już na to brakujące "prawie" zabrakło siły) zajęło nam trochę ponad 2 godziny.
Poranne zachmurzenie rozeszło się i czyste niebo upstrzyły zwyczajne po Bożemu i wróżące pogodę białe baranki. Raz tylko przeleciał nam tuż nad głową dwupłatowiec pograniczników. "Wopki czuwają" - jak mawiają tutejsi.
Idzie z wolna na upał.
Siano okazało się całkiem niezłe. Z wierzchu podeschło w ciągu dwóch ostatnich dni na wietrze, i przewrócone powinno być dobre do zebrania za 2 dni. Jeśli Bozia deszczu nie ześle.
Samo przewracanie nie było tak męczące, co latające zawzięcie wokół głowy i ramion muchy, krwiopijcze i boleśnie kąsające nadwodne pawęty i oski. Z początkiem lata komarów wyraźnie ubyło.
Łąka podeschła nieco, ale miejscami ziemia zasysa jeszcze kalosze, a spod nóg wybiegają co rusz zielone żabki i czarne ropuchy.
Na ten gorący czas różnych pilnych robót do wykonania nakłada się również zbiórka i zwózka siana... Ania telefonicznie uzgodniła dalsze czynności z pomocnym i zmechanizowanym sołtysem z B.
Po powrocie czekało mnie robienie sera. Ugotowałam też z rozpędu obiad na jutro (mianowicie rosół z koguta), żeby mieć więcej czasu na inne prace.
Potem zryw. Dojenie, doglądanie serów, naszykowanie mleka. Po śniadaniu firmowa praca, konieczna do wykonania. Czyli krojenie materiału na torby reklamowe. Tu taras sprawdza się idealnie. W poprzednich latach szycie w ciasnej chacie na Dąbrowie to była udręka i wielodniowa codzienna gimnastyka. Teraz rozłożyłyśmy na tarasie blat z płyty osb przeznaczonej na podłogę na poddaszu, i bela świetnie się rozwinęła do przycięcia elektrycznym nożem krajalniczym.
Zaraz potem (i nakarmieniu obu kwoczek z dziećmi) wyruszyłyśmy na bobrową łąkę. Z kaloszami, drewnianymi grabiami i butelką wody z kranu.
Przewrócenie siana na przestrzeni prawie hektara (już na to brakujące "prawie" zabrakło siły) zajęło nam trochę ponad 2 godziny.
Poranne zachmurzenie rozeszło się i czyste niebo upstrzyły zwyczajne po Bożemu i wróżące pogodę białe baranki. Raz tylko przeleciał nam tuż nad głową dwupłatowiec pograniczników. "Wopki czuwają" - jak mawiają tutejsi.
Idzie z wolna na upał.
Siano okazało się całkiem niezłe. Z wierzchu podeschło w ciągu dwóch ostatnich dni na wietrze, i przewrócone powinno być dobre do zebrania za 2 dni. Jeśli Bozia deszczu nie ześle.
Samo przewracanie nie było tak męczące, co latające zawzięcie wokół głowy i ramion muchy, krwiopijcze i boleśnie kąsające nadwodne pawęty i oski. Z początkiem lata komarów wyraźnie ubyło.
Łąka podeschła nieco, ale miejscami ziemia zasysa jeszcze kalosze, a spod nóg wybiegają co rusz zielone żabki i czarne ropuchy.
Na ten gorący czas różnych pilnych robót do wykonania nakłada się również zbiórka i zwózka siana... Ania telefonicznie uzgodniła dalsze czynności z pomocnym i zmechanizowanym sołtysem z B.
Po powrocie czekało mnie robienie sera. Ugotowałam też z rozpędu obiad na jutro (mianowicie rosół z koguta), żeby mieć więcej czasu na inne prace.
Subskrybuj:
Posty (Atom)