Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płazy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płazy. Pokaż wszystkie posty

27 sierpnia 2011

Stan obejścia

Upał od wczoraj, nie wysypiam się z tego powodu.
Ubyło jeszcze jednego kurczaczka z maluchów, jest teraz sześć.
Gusia nabrała dawnej werwy i zaczyna trenować odlatywanie. To zabawny widok na podwórzu, startującego na rozbiegu samolotu, choć przy tym osypuje się jeszcze puchem i nie wszystkie lotki są już wykształcone.
Wciąż jeszcze przerabiam pomidory na przeciery. Nastawiłam nalewki i zrobiłam dwie butelki soku z czeremchy. Lekko gorzkawy, ale słodki, z nutą wiśniową w tle. Można polubić, bo nie otrząsa kwachem, jak np. soki z porzeczek. Poeksperymentuję jeszcze i dodam następnym razem winogron, powinno to usunąć goryczkę. Ania nazbierała dzisiaj owoców dzikiego bzu, również na sok.
W tym roku jabłek w sadzie na lekarstwo, spady załatwiają w całości kozy, ale za to zapasy innych soków są równie bogate, jak w zeszłym stanowiły jabłkowe. Jest sok malinowy, z czarnej porzeczki, czeremchowy i będzie z czarnego bzu.
W piwniczce zewnętrznej prace nie posunęły się ani o jotę. Majster oczywiście zajęty innymi pracami. I poradziłyśmy sobie inaczej. Sklepiszcze ma zresztą mieszkańców. Na razie gryzoni nie zauważyłam, już posadzka je przystopowała, ale bywają czarne ślimaki bez skorupek, pomrowami zwane i polująca na nie... ropucha szara. Odkąd się ujawniła, wysiadując bardzo często na stopniach schodów prowadzących w głąb piwnicy stąpam z wielką ostrożnością, aby nie rozdeptać jej przypadkiem, jak suchy liść, który do złudzenia przypomina. W sumie cieszę się, że tam mieszka i dba o równowagę ekologiczną wewnątrz naszego schronu.

27 czerwca 2010

Niedziela

Z okazji niedzieli pospałam sobie do ósmej. I tyle mojego.
Potem zryw. Dojenie, doglądanie serów, naszykowanie mleka. Po śniadaniu firmowa praca, konieczna do wykonania. Czyli krojenie materiału na torby reklamowe. Tu taras sprawdza się idealnie. W poprzednich latach szycie w ciasnej chacie na Dąbrowie to była udręka i wielodniowa codzienna gimnastyka. Teraz rozłożyłyśmy na tarasie blat z płyty osb przeznaczonej na podłogę na poddaszu, i bela świetnie się rozwinęła do przycięcia elektrycznym nożem krajalniczym.
Zaraz potem (i nakarmieniu obu kwoczek z dziećmi) wyruszyłyśmy na bobrową łąkę. Z kaloszami, drewnianymi grabiami i butelką wody z kranu.
Przewrócenie siana na przestrzeni prawie hektara (już na to brakujące "prawie" zabrakło siły) zajęło nam trochę ponad 2 godziny.
Poranne zachmurzenie rozeszło się i czyste niebo upstrzyły zwyczajne po Bożemu i wróżące pogodę białe baranki. Raz tylko przeleciał nam tuż nad głową dwupłatowiec pograniczników. "Wopki czuwają" - jak mawiają tutejsi.
Idzie z wolna na upał.
Siano okazało się całkiem niezłe. Z wierzchu podeschło w ciągu dwóch ostatnich dni na wietrze, i przewrócone powinno być dobre do zebrania za 2 dni. Jeśli Bozia deszczu nie ześle.
Samo przewracanie nie było tak męczące, co latające zawzięcie wokół głowy i ramion muchy, krwiopijcze i boleśnie kąsające nadwodne pawęty i oski. Z początkiem lata komarów wyraźnie ubyło.
Łąka podeschła nieco, ale miejscami ziemia zasysa jeszcze kalosze, a spod nóg wybiegają co rusz zielone żabki i czarne ropuchy.

Na ten gorący czas różnych pilnych robót do wykonania nakłada się również zbiórka i zwózka siana... Ania telefonicznie uzgodniła dalsze czynności z pomocnym i zmechanizowanym sołtysem z B.
Po powrocie czekało mnie robienie sera. Ugotowałam też z rozpędu obiad na jutro (mianowicie rosół z koguta), żeby mieć więcej czasu na inne prace.