Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biodynamika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biodynamika. Pokaż wszystkie posty

19 maja 2023

Komary i kukułki

Popadało, nawet dwa a może i trzy dni i w nocy też. Nie tak jak we Włoszech, gdzie w Emilii-Romanii domy pływają pośród wezbranych potoków i rzek, ale zawsze. Ziemia i przyroda odetchnęła. Skończył się kurz wznoszący się na drodze przy każdym kroku i podmuchu wiatru.
Posiałyśmy dynię we wcześniej uszykowanych wałach obornikowych. Anna robiła dziurkę, wsypywała w nią szufelkę gleby kompostowej, która nam dojrzała pod akacją, a ja po kilka nasion zeszłorocznych zbiorów, starannie przedtem namoczonych w świeżo udojonym mleku (sposób naszej pani sąsiadki). Zaraz popadało, raz i drugi, długo i krócej, więc niebo pobłogosławiło. Niechaj rośnie.

Poza tym większość pomidorów została wysadzona z doniczek na grządki w dużym tunelu, w miejsce wyrwanej rzodkiewki i szpinaku. Papryka jeszcze za mała, aby to zrobić, ale nocuje już w cieplicy, więc noszenie poranne i wieczorne z domu i do domu się skończyło.

Trawa na pastwisku niska, ale umyta, więc kozy chętnie na nią biegają. Na kilka godzin codziennej wyżerki.

Kaczka zakolegowała się wreszcie z gęsią i przystała do kurzej ferajny w kurniku. Z tego się cieszę.
Słychać, że jaja kurze 20 złotych za kilogram stoją na rynku. A w Biedronce marchew skoczyła z 4 do 8 za kilo. Szczęśliwie w ogródku mam pasternak, liście magiji i selera, pietruszkę, pak czoj, szczypior i koper i nie mnie dotykają te podwyżki. Do rosołu zawsze jest co włożyć. Już kalarepki się wiążą. 

Kwitnie bez za domem, glistnik całymi zielono-żółtymi kępami, akacje są już w bloku startowym. 

Pojawiło się w tym maju więcej komarów niż w zeszłych latach o tej porze. Dokuczają, razem z meszkami najbardziej późnym popołudniem i o zmierzchu, zatem przy obrządku trzeba się trochę oganiać i tarasowanie na razie się skończyło, albo odbywa się w słoneczne dni we wcześniejszych godzinach. Przy słodkich nawoływaniach gniazdujących gdzieś blisko ptasząt lub z oddali kukułki oraz przelotach łownych jaskółek.

16 grudnia 2021

Omijanie pecha

Przedzimie nadal się pitoli. Właśnie zszedł śnieg zamieniony najpierw w oblodzenie, ruszyły wilgocie i mgły nad burymi polami i lasem. Ha, trzeba zabrać się wreszcie za przedświąteczne porządki!

C.o. już jakiś czas chodzi kilka godzin w ciągu dnia, od kiedy nocami temperatura zaczęła spadać poniżej zera.  

Tymczasem pojawiła się nowa pralka. Kupiona w dniu i godzinie, które wyznaczyłam astrologicznie tak, aby ominąć pechowe układy. Nigdy nie wiadomo, jak by było gdyby, więc efekt trudno mi oceniać. Ot, przeznaczenie, że zaglądam w gwiazdy w takich wypadkach. Przyjechała po kilku dniach w czasie również harmonijnym. Wczoraj, przy Księżycu w znaku Byka, samodzielnie ją zainstalowałyśmy w miejsce starej, którą trzeba było wystawić tymczasowo na podwórze. Poczeka tam na złomiarzy. A dzisiaj ta nowa odbyła inauguracyjne pranie. Bez kłopotu.

Piłę udało się Annie naprawić, wymieniła sama prowadnicę i na razie podstarzały już sprzęt rżnie drewno bez problemów. Kupa gałęziówki na podwórzu zmniejsza się stopniowo. Trzeba miejsce uwolnić, bo działka w lesie wciąż niedokończona, i do wiosny będzie nowy zbiór.

Młynek odesłany, czeka na weryfikację, więc kasa jeszcze nieodebrana. Tutaj Anna porządziła się z datą sama. Zobaczymy jak będzie. 

Jednak pechowy miesiąc jeszcze się nie skończył, wczoraj zdarzyła się trzecia już w jego trakcie nagła awaria prądu podczas gdy pisałam na komputerze. W efekcie tekst znikł na zawsze. Ponad miesiąc drobiazgowej pracy tłumacza po prostu na darmo. I tak się plecie.

7 lipca 2021

Zrębki i inne drobiazgi

Powoli zaczyna grzać. Niemniej dynia dostała deszczu i zaczyna pędy puszczać w ogródku permakulturowym (gdzie nie ma podlewania). Anna spieszy się z wykoszeniem trawska wokół, bo potem nie da się wejść ze sprzętem, aby nie uszkodzić kwiatu.

Póki co kolejny, acz pierwszy maluczki zbiór. Tym razem bobu. Szykują się też czerwone porzeczki do zbioru.

W przydomowym ogródeczku cukinia nabrała już sporych rozmiarów.

Poza tym czeka do przerobienia kupa chrustu na podwórzu zebrana z gałęzi, które ogryzały kozy wczesną wiosną. Częściowo palę nimi pod płytą, ale w gorące dnie darowuję sobie tę czynność, aby domu niepotrzebnie nie nagrzewać. Korzystam wtedy z elektrycznej kuchenki. W tym wypadku pozwalamy sobie na to szaleństwo, bo panele słoneczne zaczęły produkować prąd i trzeba go używać. 

Brzozowe i czeremchowe gałęzie Anna przepuszcza przez rębak i robi z nich zrębki, które wykorzystamy do podsypania niektórych roślin.

Taki zabieg świetnie zabezpiecza glebę przed nadmiernym wysychaniem oraz chroni przed chwastami.

3 kwietnia 2012

Zająbiste dnie

Spadł śnieg jakieś trzy dni temu i nawet utrzymał się cały dzień. Zdecydowanie ochłodziło się z powodu wschodniego frontu atmosferycznego i silnego wiatru. Wykorzystałyśmy ten czas na prace wewnątrz domu, głównie na docinanie i klejenie glazury w kąciku łazienkowym na górze.
Potem zadzwonił telefon z ogłoszenia i prędko uorganizowała się podróż aż pod Białystok. Z Zofiją i dwiema dziewczynkami Dziuni. Wczoraj, czyli w poniedziałek. Z pewnym smutkiem wyzbyłyśmy się Zosi, w całkiem dobrej formie mlecznej w tym sezonie, a to z powodu zapanowania notorycznej niezgody w klanie białasów i niemożności wypuszczenia całego stada na wybieg. Misia zagięła parol na matkę i postanowiła ją zdetronizować. Skończyło się to raz krwawieniem i zadyszką tak dużą, że odtąd nie były wypuszczane razem, ale albo jedna albo druga. Misia dostała dzikich oczu i nawet rozważałam całkiem poważnie, czy ktoś na nią uroku nie rzucił. Ale chyba nie. Zwyczajnie ta kurduplowata Misia ubzdurała sobie, że nadaje się na przywódczynię i że będzie lepsza w tym od Zofiji, i już. A żeby chociaż miała po temu jakieś rzeczywiste racje! Żadnej, zapewniam!
Zapakowałyśmy dzieciaki do worków i do bagażnika, a Zosia razem ze mną jechała z tyłu samochodu, stojąc na rozłożonej plandece. Ja ją kontrolowałam i od czasu do czasu karmiłam uspokajająco suchym chlebem. Zniosła podróż bez histerii, choć z silnym tłumionym napięciem. Rozglądała się bacznie i przyglądała ciekawie mijanym widokom, z wielką ulgą rozpoznając znajome sobie krajobrazy, pola i lasy, ale za to wyraźnie dziwując się ludzkim osiedlom.
Trafiłyśmy bez większego błądzenia do maleńkiej wioseczki w głębi lasu, w bok od głównej drogi do Białegostoku. Przyjęło nas młode małżeństwo, osiedleńców-zapaleńców z miasta, którzy zdecydowali się podjąć babcine dziedzictwo i spróbować żyć z ziemi jako rolnicy, na wiosce w lesie. Na początek kupili sobie kilka kur i kurcząt z wylęgarni, no i kozy, od nas. Zofija zatem trafić lepiej nie mogła. Dostała dla siebie rozległą obórkę, w której niegdyś cztery krowy stacjonowały i pierwsze co zrobiła to zwiedziła tę nieprawdopodobną dla siebie prywatną przestrzeń. Prawdopodobnie szukając także swojego stada. Wypakowane z worków kaziuczki wyraźnie ją pocieszyły, bo od razu pokazała im rogi. I zaznaczyła, że ona tu rządzi.
Zademonstrowałam nowej właścicielce jak ją doić, szybko pojęła. Objaśniłam kilka tajemnic w jej osobistej obsłudze i charakterze. Bardzo mili i pozytywni młodzi ludzie.
Następnie trafiłyśmy do Le Roy Merlin na zakupy budowlano-ogrodnicze. Zeszło nam dość długo. Ania bowiem wsiąka w wielkich sklepach i wyciąga ją stamtąd tylko mój ból głowy i oklapłe samopoczucie. Wszelkie supermarkety ciągną ze mnie energię jak wielkie pijawy.
Ale zakupy udane. Przywiozłyśmy kilka krzewów porzeczek, czarnych, czerwonych i białych, jaśmin, różę pnącą, borówkę amerykańską, mieczyki i trochę ziół do przesadzenia na spiralę. Do domu zaś kilka metrów deski podłogowej do wyłożenia w kąciku kuchennym na górze. Płyta osb wygląda bowiem tragicznie. I zdecydowałyśmy się ją przykryć. Poza tym jeszcze tapetę do malowania i klajster.
W drodze powrotnej, na Narwi zobaczyłam pływające łabędzie. Jakoś na razie nie zdołałam zobaczyć bociana, choć Ania widziała ich już kilka. Ale ona ma lepszy wzrok i jest bystrzejsza ode mnie.
Strasznie piździło w tym Białymstoku i okolicach, iście po rosyjsku. Zdecydowanie na naszym południu podlaskim było i jest cieplej. Dzisiaj już pogoda się wyciszyła i wyjrzało nawet słońce zza chmur. A ponieważ wiatr ustał w ciągu dnia od rana, sunęły przez niebo ogromne ilości kluczy żurawich, gęsich i nie wiem jeszcze jakich. Jeden za drugim. Napełniając niebo wielkim wiosennie radosnym klangorem.
My zaś pracowałyśmy pilnie w ogródku. Chcąc wykorzystać położenie Księżyca w ognistym znaku Lwa, sprzyjającym krzewom owocującym i kwiatom do godziny mniej więcej 15. Ania wyznaczyła miejsce, przyniosła skompostowanej gleby i wody, a ja wykopałam dołki, posadziłam (podobno mam dobrą rękę do sadzenia, Ania tak twierdzi), podlałam i opatuliłam świeże krzaczki słomianymi chochołami. Jak na zimę. Czemu? Dopóki nie skończymy płota jest to zabezpieczenie przed pazerną na zielone Gusią i kurami. Zresztą nocą są jeszcze przymrozki, więc będzie to dodatkowa ochrona dla supermarketowych pieszczochów.
Zioła znalazły miejsce na spirali. Zresztą na spółkę z posadzonym kilka dni temu czosnkiem niedźwiedzim. Który mamy zamiar reaktywować w okolicy, przynajmniej na swoim terenie. Bo z relacji pani Heli wiemy, że w swoim dzieciństwie i młodości ruszała na wiosnę do lasu razem z innymi dziećmi po liście pachnące czosnkiem (nie znała ich nazwy), czyli czosnek niedźwiedzi był tu rośliną naturalnie bywałą, ale wytrzebioną.
Na koniec przycięłyśmy odpowiednio i przybiłyśmy do słupków resztę świerkowych i dębowych (z odzysku ze starego płota, tak! są jeszcze zdatne do tego) przęseł.
O innym osiągnięciu dnia, tj. o pierwszym w tym roku serze typu gouda uwarzonym nie wspomnę...

4 kwietnia 2011

Super-samiec

Zajechałyśmy na chwilę do miasteczka, do jednych i drugich znajomych, a tam ludziska grabią zeszłoroczne liście i zbierają gałęzie opadłe zimową porą z drzew, porządkują podwórka i przydomowe ogródki, kopią grządki i szykują się do siewu nowalijek do gruntu. Jak się dowiedziałam, według kalendarza biodynamicznego wysiew można zacząć od 8 kwietnia. Choć nie jestem pewna czy akurat w naszym regionie ma to sens.
U nas, mimo codziennych różnych zatrudnień, wciąż czas ucieka i w nawale różnych prac do wykonania, częściowo zaczętych, nie widać ani efektu, ani ich końca. Na dokładkę wszystkie kozy (no, z wyjątkiem Tyni i Zuzi) dostały rui! I jest dym nie z tej ziemi.
Winien jest Król, który w wieku trzech i pół miesiąca zaczął błyskawicznie dojrzewać, jest wysoki i zachowuje się jak dorosły kozioł, zaczął już nawet capić! Starym kozom w to graj. Ogonkami merdają, pobekują, niektóre bardzo dramatycznie i ekspresyjnie, a koziołeczek na to w koźlim języku: Łe-łe, łe-łe, łe-łe!
Rada w radę, doszłyśmy do wniosku, że trzeba sprawy kontrolować i nie próbować nawet sprawdzać, czy ten chłopaczek zdolny jest do rozrodu, czy nie. Zatem Król, w towarzystwie męskim Zulusa i Bartosza siedzi w dzień zamknięty w boksie, a kozy idą na wybieg ogryzać gałęzie. Kiedy kozuchy wracają do obory, koziołki wychodzą na trochę na podwórze, aby kości rozprostować, coś sobie skubnąć i napić się wody. Na szczęście to jednak jeszcze dzieci i daje się nimi manewrować bez trudu, choć głośnemu chóralnemu beczeniu nie ma końca.

Jeszcze nam się nie zdarzył tak napalony koziołek. Przeważnie zaczynają interesować się tymi sprawami ok. 8-9 miesiąca życia, no, w każdym razie po pół roku. I nawet, gdy już próbują na kozy skakać to te na ogół traktują lekceważąco zaloty niedorostków i pogardliwie traktują ich z byka rogami. A tu taki ewenement! Wszystkie są niezwykle chętne, nawet najbardziej krytyczna i najstarsza w stadzie Kazia! Jakby się lubczyku opiły.
No, ale... Król urodził się w przesilenie zimowe, w czas pełni księżyca i w porze zaćmienia na dokładkę! Słońce stało blisko planety Pluton, która daje wielki potencjał seksualny i prokreacyjny. No, to mamy super-samca Alfa-Alfa. Uch.

2 listopada 2010

Lokalne rozwiązania a planetarny chaos

Pewien internetowy znajomy podesłał mi film twórcy "Green Beautiful" Coline Serveau, który w tłumaczeniu z francuskiego brzmi: "Lokalne rozwiązania światowego bałaganu". Leciał w tym roku we francuskich kinach.
Jest to ważne przesłanie uświadamiające wszystkich, tak rolników jak mieszkańców miast i konsumentów żywności, nad jaką przepaścią stanęła planeta. Zarządzana złodziejsko i przestępczo przez skorumpowane rządy, eksploatowana do granic przez korporacje, zatruwana chemią i nawozami sztucznymi, które "zrodziły się z wojny", czyli zaczęły być sprzedawane na siłę rolnikom po II wojnie światowej przez dawne koncerny zbrojeniowe, produkujące bomby i broń chemiczną.
Realizatorzy wędrują przez kontynenty i wszędzie widzą i słyszą to samo. Wypowiadają się ludzie z Brazylii, Afryki Północnej, Francji, Włoch, Ukrainy i Indii. Tak samo prości jak wykształceni, z wieloma fakultetami.
Ziemia jest niszczona i gwałcona. Przez zmaskulinizowany i zracjonalizowany system oparty na zysku.
Jednocześnie film skupia się na pokazaniu alternatywy, jaką jest rolnictwo organiczne. Które potrafi szybko uzdrowić zmartwiałą glebę i przywrócić w niej różnorodność życia. I smaków, które daje w obfitości. Wypowiadający się reprezentują tę właśnie ścieżkę rozwoju.
Porzucili ślepą wiarę w wyższość rolnictwa intensywnego i chemicznego i wybrali współpracę z Matką Ziemią. Czasem przeszli przez osobisty dramat przemiany z rolnika-rekordzisty (jak pewien chłop indyjski czy dyrektor ukraińskiego kołchozu), czasem oparli się namowom przejścia na nowoczesne technologie w czasach, gdy były wdrażane (jak pewien samotny rolnik francuski), niektórzy studiowali zanikłe w Europie dziedziny nauki, takie jak mikrobiologia gleb i sami zaczęli robić badania, których już od lat nie wykonują zachodnie laboratoria.
Wszyscy są do siebie podobni pod jednym względem, głębokiej troski o życie ziemi, o przyrodę, i miłość do pracy rąk, z której żyją oni i ich rodziny. Dodajmy, szczęśliwe rodziny, nie dotknięte patologiami.
Film niepokoi, ale i zostawia nadzieję. Że ludzie się ockną i zdążą uratować planetę, swoją matkę.
Wydaje mi się osobiście, że za mało niepokoju przekazał. Że tragedia, która się dzieje została zbytnio rozjaśniona uśmiechami tych szczęśliwych rolników i obrońców bio-różnorodności. Ale może lepiej zabrać się samemu do działania, bo czasu zostało niewiele, raptem kilka lat, żeby się okopać do przetrwania najgorszego? A nie gadać po próżnicy?
W przekazach rolników zwłaszcza zachodnich, ale i południowoamerykańskich było wiele myślenia o katastrofie. Francuz sprzedający bezpośrednio swoje warzywa klientom z Paryża mówi, że Paryż w razie kryzysu ma zapasy jedynie na 4 dni. Jeśli przymuszona głodem ludzka szarańcza ruszyłaby na wieś, pożarłaby całą jego pracę w jednym momencie. Żyje z tego powodu w strachu. Jest jednym z niewielu małorolnych gospodarzy w tym rejonie. A w ostatnim czasie jeszcze ich liczba się zmniejszyła.
Film nie szafuje modnymi hasłami. Wyraz permakultura nie pada tam ani razu, choć jest pean na temat rolnictwa bezorkowego (głoszony przez francuskie małżeństwo mikrobiologów gleby). Jest wzmianka o biodynamice i jego twórcy oraz piękny leśny ogród uprawiany w Indiach. I pokaz przyrządzania przez indyjskich chłopów preparatów chroniących sadzonki ryżu przed szkodnikami. Ogólnie wszyscy pracują ze ściółkowaniem, nawożeniem naturalnym, gnojem zwierzęcym i kompostem. Zbierają własne nasiona i chronią stare odmiany roślin.
Na koniec może dodam opowieść naszej pani sąsiadki. Warto słuchać starych ludzi pod tym względem. Oni nie wierzą w propagandę nawozowo-chemiczną, bo widzieli inne rzeczy na własne oczy.
Nasza wioska ma najsłabsze gleby V i VI klasy, wydarte przez karczunek lasowi kilkadziesiąt lat temu.
- Myśmy gospodarzyli tak - opowiada - Trzymało się kilkanaście świń, 3-4 krowy, konia i kury. Jak chłopy gnój z chlewa i obory wyciągali to było tego z 12 fur naraz. To wszystko szło na pole. Rzucaliśmy pod ziemniaki, co trzy lata. Po ziemniakach szedł owies, a po owsie żyto. I znowu gnój i kartofle. Wtedy ziemia rodziła, kłosy były duże, a snopy ło, takie (pokazała w objęciu). No, ale byli na wiosce i tacy, którzy mieli gorszą od nas ziemię, a większe plony. Ło, takie (pokazała znowu, rozszerzając ramiona). Ale oni więcej nawet zwierząt trzymali i nawozili ziemię co roku, bo nie mieli co z gnojem robić. Ziemia dawała zawsze, nie kaprysiła. No, a teraz? Kogo stać na saletrę? na oprysk? Tyle ile zasiejesz to i zbierzesz, a czasem nawet mniej... Tyle kabanów czy kur, które można tym utrzymać daje gnoju ledwie pod zagonek kartofli i warzywniak za stodołą. No, i starzy jesteśmy, dzieci nie chcą na wsi robić, w dyrektory poszły, ech...

16 października 2010

Biodynamiczna permakultura

Ania wystartowała wczoraj z samochodem i odstawiła go do zakładu naprawczego, z którego stale od kilku lat korzystamy. Okazało się, że pękł tylny drążek skrętny, a nowy będzie kosztował ok. 600 złotych. Na allegro znalazłyśmy prędko prawie 3 razy tańszy, lecz trzeba poczekać na dostarczenie go. Zatem samochód unieruchomiony został do co najmniej przyszłego wtorku.
Anna wróciła kombinacją komunikacyjną: autostop + autobus + pieszkom.
Dziś kleimy terakotę w kuchni.

Tymczasem ja w wolnych chwilach wracam do tematu biodynamiki. W polskim necie temat jest słabo rozwijany. Nic dziwnego, że permakultura go zdominowała i zawładnęła szybciej umysłami młodych ludzi, gotowych uciec z Miasta na Wieś. Stała się hasłem rozpoznawczym, które rzucone pozwala zidentyfikować się nawzajem i określić stosunek do świata i życia, ducha i Boga. Biodynamika nie ma tej siły, choć właśnie na boskie siły i harmonię z żywą Ziemią najwięcej się powołuje.
Biodynamika stała się składową permakulturowych teorii i jest tym, czym alfabet dla języka, którym przekazuje się różne od siebie treści.
Od lat 80-tych, gdy w Polsce zaczął się ze sporym impetem reklamowym ruch biodynamiczny (on pierwszy wprowadził do naszej mowy określenie ekologii, które to określenie dzisiaj ma całkiem przeinaczony względem swego źródła sens), powstało trochę gospodarstw tego typu, ale i wielu działkowiczów wie od tamtej pory co to kalendarz biodynamiczny, sprzyjające i niesprzyjające sąsiedztwo roślin, kompost, preparaty ziołowe oraz co niektórzy rozumieją biodynamicznie=ekologicznie samowystarczalność w gospodarstwie. Czyli kwestię hodowli zwierząt, właściwego ich karmienia wyprodukowaną karmą, a potem nawożenia gleby uzyskanym od nich nawozem kompostowanym.
Ponieważ co nieco znam się na astrologii i posiadam w bibliotece stosowne książki do wyznaczania faz i położenia na tle zodiaku planet, w tym Księżyca i Słońca, i ja w tamtych czasach sporo liznęłam owej wiedzy. Choć stosować stale raczej nie stosowałam, tyle co przy sianiu grządek na działce rodziców.
Tym niemniej znam do tej pory sporo osób, właścicieli niewielkich ogródków, które kalendarz biodynamiczny stosują i rozumieją na czym polega, choć nie umieją sami go wyznaczyć i korzystają z różnych kioskowych wydawnictw oferujących go na każdy rok.
Niedawno pani P. uświadamiała mnie co do faz księżycowych w zbiorach i przy siewie. Jest miłośniczką swoich ogródkowych upraw warzywnych. Powołuje się też na niego pani Nina, instruktorka z naszego GOKu.
Co do nas: Ania, jako absolwentka konwencjonalnej polskiej uczelni jest nieco oporna względem magicznych (czyt. nie-naukowych) technologii, ale jednocześnie... zapytowywuje mnie dość często, czy Księżyc jest teraz korzeniowy, owocowy czy może dobry dla kwiatów. I niekiedy podejmuje decyzje w związku z tym. Choć w naszym wypadku, gdy jest się zależnym od maszyn innych ludzi (siew i zbiory) i ich terminów, zgranie tych prac z fazą księżycową jest najczęściej niemożliwe i zdane na los szczęścia.
Ciekawe byłoby poznać szczegółowo i rozsądnie historię przekształcenia się (?) lub wpływu bezpośredniego idei i praktyki biodynamicznej w permakulturową. I na ile jest to tylko zmiana nazewnictwa i uproszczenie zasad, a na ile usamodzielnienie się nowych odkryć, które wyrosły i może przerosły koncepcję Rudolfa Steinera.

O biodynamicznym rolnictwie (ideach im przyświecających, samym twórcy i jego naśladowcach) wartościowy artykuł, autorstwa prof. Prokopiuka znalazłam w necie pod adresem:
http://www.gnosis.art.pl/e_gnosis/rozwidlone_sciezki/prokopiuk_rolnictwo_biodynamiczne1.htm

Trochę informacji na popularnym poziomie o biodynamicznej uprawie ogrodu w dwóch artykułach Beaty Romanowskiej. Pierwszy jest pod adresem:
http://www.se.pl/kobieta/dom-wnetrza/ogrod-biodynamiczny-cz-i_53944.html
a drugi na tym samym portalu.