Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ogród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ogród. Pokaż wszystkie posty

20 września 2026

Jesień tuż

I lato za nami. Nie było najgorsze. Ani za gorące, ani za zimne, ani za mokre, ani za suche, burze i wiatry okazały się szczęściem słabowate. Kozy postanowiły zaciążyć już w sierpniu, czyli przynajmniej miesiąc wcześniej niż zwykle przyroda ustaliła (bydełko domowe i dzikie jednakowo odprawia gody na wrześniową pełnię). Jelenie trzymają się w każdym razie tradycji i słyszę z tarasu ich męskie ryki dobiegające z pobliskiego lasu.

Bociany odleciały, sterczą zewsząd puste gniazda. Takoż jaskółki i letnie ptaszęta, które umilały mi żywot codziennie śpiewem i bliskością. Pojawiają się już sikorki, więc trzeba pomyśleć o zapasie karmy zimowej dla nich. I to one teraz ćwierkają znajomo z gałęzi przydomowego dębu i klonu.

Stare jabłonie (znów któraś się złamała pod ciężarem owoców) obrodziły i dały smaczne, duże jabłka. Przerobiłam dużą ilość na dżemy oraz susz i codziennie wypijane ze smakiem kompoty. 
Dynie i niektóre cukinie jeszcze w ogrodzie zalegają. Nie ma ich wiele, co roku zmniejszamy zasiew, ale i on sam z siebie się zmniejsza, czasem z powodu chłodów wiosennych.
Pomidorów starczyło na trochę butelek soków i na bieżąco do jedzenia. Jeszcze trochę ich dojrzewa w pudle na poddaszu, bo w tunelu za zimno im nocami. No, tak, tego lata było raptem kilka dość ciepłych nocy.
Przerabiam teraz śliwki węgierki, których pokazało się i dojrzało bardzo dużo, na powidła oczywiście, które obie uwielbiamy.
I kapkę soczków malinowych do herbaty.
Codzienne spacery drogą przy chacie nie pozwalają ominąć obojętnie krzewów czeremchy rosnących i owocujących obficie. Zajadamy się obie na bieżąco, ale i nalewka się wyprosiła.
Ekstrakty ziołowe, które zwykle mam w domu w razie potrzeby, zrobione. Na goździkach, na piołunie, na glistniku, na orzechu, to w razie potrzeby służy za doraźną pomoc.
Grzybów niewiele. Kurki bywały i znudziły się, nie przerabiam, bo mam w occie jeszcze zeszłoroczne. Z kolei podgrzybków i prawdziwków mało, jak się jakiś trafi to robaczywy, więc obejdziemy się bez suszu. Będzie zupa jagodowa na wigilię. Bo jagód było wiele i udało się kupić kilka litrów. 

Opałowe drewno kupione ma zjechać na dniach na podwórze. To zapas na któryś rok do przodu. Trzymamy się sprawdzonej przez wieki tradycji i zawsze palimy wyleżakowanym drewnem, przynajmniej dwuletnim, a w kuchni chrustem. 

Zapas żółtych serów po lecie dojrzewa w chłodziarce, ostatnie twarogi zjadamy, a nadmiarowe wędrują do zamrażarki. Kozy zaczynają zmniejszać mleczność, a nam się już znudziły obfite udoje, idzie czas odpoczynku. 
Kaczuszki mają się wesoło wraz ze swą bonne maman, czyli przybraną mamuśką, indyczką-induszką. Ponieważ parluję z moimi zwierzątkami po francusku, to i kaczuszki zostały kanarkami (po francusku canards), indyczka została dęduszką (francuska nazwa dinde, jak i polska nawiązuje do Indii, a nie do Turcji, jak angielska), a Pasza została małą hienką (bo pies we Francji to chien).

Jednym słowem rolnictwo przycięte nieco do potrzeb. I pracy dzięki temu kapkę mniej i bez nerwów. A spokój jest, bo nie boimy się nadchodzącego kryzysu cenowego i jakościowego żywności. O którym przelatujące gawrony już coraz głośniej kraczą.
Anna rozwija hobby ceramiczne i przędzalnicze (kupiła sobie tradycyjne kółko do przędzenia i turkocze teraz wieczorami, przerabiając zgromadzone zapasy owczej wełny). Ja opracowuję przy pomocy AI dawne teksty astrologiczne tłumaczone z francuskiego i łaciny i czytam poważne i mniej poważne książki. I tak się plecie...

1 sierpnia 2026

Letnie smaki i uwagi

Lato w rozkwicie, czy we lwim ogniu kolejnych upałów. Kręcący się wciąż po wodnym znaku Raka Merkury napędza wilgoć, więc lew co najwyżej powarkuje potrząsając burzową grzywą i waląc leniwie ogonem tu i tam, bez żadnej grozy poważniejszych piorunów. Parny ukrop.
W sadzie lecą już z pozostałych jeszcze przy życiu starych jabłoni owoce, pierwsze papierówki. Robię z nich codziennie garnek kompotu, z dodatkiem rabarbaru i kilku listków mięty, z łyżką cukru i cynamonu, przepyszny. Żaden sok czy napój sklepowy nie umywa się do tego wychładzającego letniego napoju! Czasem wrzucam do niego garść porzeczek albo pierwszych śliweczek, bo świdośliwa już się była obyła (najbardziej przy pomocy pewnego grubiutkiego nisko latającego ptaszka, z którym się wręcz ścigałyśmy, aby zdążyć cokolwiek zjeść z pierwszego wiosennego owocu). Będą jeszcze maliny i węgierki, ale to z czasem. 

Z ptaszkami jest tak, że aż do następującej rozmowy doszło:
-"Spójrz, prawie wcale nie ma much w oborze i wokół! To wręcz niemożliwe o tej porze roku!"
-"A czemu, jak myślisz?"
-"To zasługa dokarmiania ptaków. Tyle ich się po zimie sprowadziło do nas, i tak pięknie pracują, że mamy spokój z owadami! Poszła fama po całym lesie! Ptasie radio działa. W kurniku zaś kaczuszki biegające pięknie czyszczą otoczenie!"

Oj, tak, wciąż jakieś ptaszę kręci się nisko nad podwórzem, ćwierka, kląska i gwiżdże z pobliskich drzew i mam wrażenie, że to na mój widok, gdy ledwie próg domu przekroczę. Nad głową w koziarni śmigają jaskółki, wiercą się i zaglądają śmiało prześmieszne pliszki i pleszki, w ogródku migają derkacze, kowaliki, sikorki i rudziki, po pastwisku przechadzają się bociany towarzysząc dostojnie kozom.

Zatem zapasy porzeczkowego dżemu zostały uzupełnione. Jak i spory zapas pasteryzowanych czarnych jagód zrobiony, robię go co roku. Mam ten nawyk od mamy, i przekonałam się, że należy słuchać głosu przodków w tej materii. Nie ma lepszego i skuteczniejszego oraz prędzej działającego lekarstwa na biegunkę jak tak przyrządzone jagody. Sprawdzone! A nadają się w tej formie zimą i do jagodzianek, i do pierożków, i do makaronu z serem i jagodami (jedliście kiedykolwiek?) albo zupy jagodowej z makaronem, czy jako słodki dodatek do jogurtu. 

Latoś ogórków w ogrodzie jak na lekarstwo, ale ponieważ mam jeszcze zapas z zeszłego roku sałatek, to zadowalamy się małosolnymi, sosem jogurtowym tzaziki, ogórkami po koreańsku lub mizerią na kozim jogurcie. I starczy. Za to szykuje się dobry zbiór pomidorów, pierwsze już się czerwienią. Dokańczam zatem zapasy soków zeszłorocznych, nie do przechwalenia w zupie, sosie czy po prostu jako napój.

Poza tym Anna pozostaje w letnich rozjazdach na różne zajęcia, jarmarki, festiwale, kursy, warsztaty, które prowadzi lub im się poddaje, ja zaś obczajam sprawy domowe, przetwórcze i dokarmiam zwierzynę domową. Bieguski już są prawie dorosłe, część znalazła nowych właścicieli.  I tak schodzi nam lato.

26 czerwca 2026

Lato lato

Mówiąc w skrócie: wiosna już za nami. Nie była najgorsza w sensie pogody. Raz mocno wiało i wtedy nowa folia z naszego tunelu wyrwała się i opadła. Trzeba było naprawiać, ale tym razem zrobiłyśmy to bardziej fachowo, zgrzewając także zaczepienia pod sznur na drugim końcu folii. W tym celu przydał się w ogrodzie mały stoliczek i stare żelazko na przedłużaczu. Naciągnąć płachtę folii długości 30 metrów pomogli nam panowie z firmy, która akurat stawiała nam ogrodzenie, dla nich to pięć minut wysiłku, dla nas byłaby to tortura. 

Tak więc folia pracuje, ogrodzenie stoi. Nadeszła fala zwrotnikowych upałów letnich, Anna więc zmuszona jest podlewać swoje uprawy (paprykę, pakczoje, rzodkiewkę, ogórki i pomidory) wcześnie rano. Spacer leśny także jest przyjemny tylko w okolicach siódmej godziny. Potem kryjemy się w domu z zamykanymi o świcie oknami i przysłoniętymi żaluzjami, co najwyżej dokarmiając ptaki i oporządzając kozy. 

Wylęgło się troszkę kaczuszek z zakupionych jaj pod induszką, teraz chowają się ze swoją czułą przybraną mamuśką w kurniku. Przezabawne stworzonka. 

Poza tym jest już po sianokosach. Udało się skosić na łące, zagrabić zgrabiarką, skostkować i zwieźć siano bez kropli deszczu, który wtedy przez kilka dni był postrachem mediów i miało się pietra na ramieniu. Zwierzęta zatem zabezpieczone na kolejną zimę. Robię żółte sery. Czytam fantastykę. I tak się plecie.    

20 maja 2026

Wiosna po francusku

 Wiosna przyjemna, nawet od czasu do czasu pada deszcz i zasila tą naszą piaszczystą glebę. Kozy są już dojone raz dziennie, bo synkowie chodzą spać do osobnego pokoiku dla młodzieży. Stąd poranne mleko jest dla nas. Na twaróg, jogurt, do zupki porannej i kawy lub kakao.

Właśnie, nauczyłam się pić często kakao. Kupuję najlepszej jakości, nieodtłuszczane, nie żałuję sobie akurat przyjemności dla zdrowia. Najczęściej naturalne w kostkach sprowadzane z Ameryki Środkowej. Wypróbowałam już różne kraje, Peru, Honduras, Kolumbię, Ekwador, dobre, każde ma jakiś inny odcień smaku, ale najlepiej "mi wchodzi" afrykańskie z Sierra Leone. Dodaję dużo cynamonu, kardamon, goździk, trochę mleka, słodzę lekko (pół łyżeczki) cukrem trzcinowym. Kiepskie wyniki krwi w zeszłym roku po niespełna dwóch tygodniach skoczyły w górę i mają się dobrze. Samopoczucie bez porównania lepsze, jak nigdy dotąd. Dobry sen, brak koszmarów, świetny humor. Z tego humoru nie tylko spaceruję codziennie leśną drogą i gadam z lasem i ptakami, to jeszcze uczę się mówionego francuskiego, wkuwam słówka, powtarzam i toczę rozmowy po francusku z psami, kozami, drobiem, ptakami, drzewami, mrówkami itd. itp. Psy już rozróżniają nową melodię mojej mowy i reagują dość dobrze na kilka nowych stałych haseł. Idziemy na spacer, wracać, biegać, zostać, jeść, spokój, bon appetit! Ponieważ nigdzie mi się nie spieszy robię niewielkie postępy, ale za to utrwalam nowe ścieżki neoronowe w mózgu, co sprzyja aktywnej głowie na starość. Francuski ma w sobie nie tylko muzyczność, łatwo się rymuje i śpiewa, ale akcentacja na ostatnią sylabę i podnoszenie tonu pozwala podnieść nastrój, to zadziwiające.

Rozważałam jeszcze naukę chińskiego, bo ma niesamowicie prostą gramatykę, ale wymowa wydała mi się nie do powtórzenia. Podobnie niewymawialny dla mnie jest angielski, a chrapliwość niemieckiego odstręcza. Po prostu i zwyczajnie kocham się tylko w językach romańskich, a czasem odsłuchuję jakichś lekcji łaciny, dla wprawy i świadomości.

Dodatkowo czytam codziennie po kilka książek na raz. Tych klasycznych, papierowych i na czytniku. Od dwóch lat zgłębiam ukochaną literaturę fantastyczną i zrobiłam już spore postępy w nowym spojrzeniu na tę dziedzinę. Zaczęłam od klasyki, polskiej i światowej, ostatnio doczytuję wszystkie powieści Lema, te które ominęłam dawniej. Zaliczyłam więc jak dotąd całego Verne`a, Wellsa, Philipa K. Dicka, Stapletona, Zajdla, Oramusa, Jacka Dukaja, i pojedynczo wybierane i na razie wąchane opowieści wielu innych autorów. 

Koleżanki pomogły nam zaciągnąć nową folię na duży tunel, Anna zgryzła glebę i posadziła już pomidory, posiała ogórki, cukinie, fasolkę. Tu i tam. Ja zaś wydałam sennik, dawny z nowymi uzupełnieniami i poprawkami w treści. Można znaleźć na allegro pt. "Język snu".

27 kwietnia 2026

Ptasie figle

Wczesna, ale zimna ta wiosna. Wczorajszej nocy obudził mnie wielki wiatr i deszcz jak z rynny, spadł też grad, a rano znów zawiało i spadł śnieg. Zniknął do wieczora, ale zmartwienie jest, bo czeremcha, świdośliwa i grusza już kwitną, a jabłonie szykują się z kwiatami. Dziś wyszło słońce, przydaje się mimo oziębionego powietrza, bo można zrobić pranie i zmywanie za darmo oraz nagrzewa się woda w zbiorniku, wczoraj już wystygła. Pewnie potrwa to do pełni, która to, na zmianę z nowiem, potrafi zmienić pogodę na przeciwną.

Kozy wychodzą prawie codziennie na trawę w sadzie. Mają już wyczyszczoną obórkę, obornik rozwieziony na pryzmy. Młodzież hasa na swobodzie jak wszelkie dzieci. To zawsze co roku nasza wiosenna radość życiowa. 

Ptaszki przechodzą same siebie ze śpiewami na różne głosy. Migają mi na podwórku przezabawne pleszki (uwielbiam je za dowcip i wesołość). Takie potrafią robić kawały, siadają kozie na plecach, i trzymają się jak na ujeżdżanym koniu, gdy ta próbuje obracaniem się strącić jeźdźca. Albo prowokują kota do ataku i zmykają, są naprawdę bez lęku. Staje taka przede mną i kiwa ogonkiem, prawie słyszę w duchu jak się śmieje. Pogwizdujemy do siebie na wyrywki.
Sikorki też daleko nie odbiegły, bo widuję parkę przez okno w kuchni, skaczą po gałązkach akacjowych, pamiętają, choć już ptaków nie dokarmiam. Kowaliki, dzięcioł, milczące derkacze przemykające po ziemi jak małe kurki, barwne rudziki i inne kląskacze i gwizdacze. Słyszę czasem dudka, ale tego podejrzeć jest dość trudno.  

Czytam z zapałem kolejne książki Stanisława Lema. Dużo rozmyślam, próbując ogarnąć ten świat i to, co już wiem o nim, z książek i własnych snów. Jedno jest pewne, świat jest niezmienny w swoich zmianach. Teraz też czeka nas ogromne szast-prast, w ciągu kilku lat znajdziemy się w innym filmie, a to jeszcze nie koniec. Przed kilkudziesięciu laty odwiedził mnie zmarły ojciec, przepowiedział mi kilka rzeczy w życiu, które się spełniły (np. że zamieszkam "za rzeką, w kraju krasnoludków"), a gdy pytałam go co będzie dalej, odparł: "przeżyjesz tyle i tyle lat po wojnie. Więcej nie pozwolono mi powiedzieć". Był wtedy ubrany w mundur polskiego żołnierza z rogatywką.
Poza tym wreszcie siatki w kilku oknach zostały zamontowane i do tego rolety, przygotowania do pory letniej rozwijają się.

18 listopada 2025

Wszystko się może zdarzyć...

A zdarzyło się... marchewkowe pole. Prawdziwe, całe w marchewkach! Kombinat rolny dwie czy trzy wioski dalej, który je obsiał i zebrał kombajnem zostawił resztki dla chętnych. Chętni skrzyknęli się, a jakże. Także i Anna dostała cynk i któregoś niedawnego dnia wyjechała po porannym obrządku naszą francuską paką na warzywobranie. Kilka godzin później przywiozła tyle, ile zdołała własnoręcznie zebrać z tego, co zostało po maszynie w bruzdach, i ile się zmieściło w samochodzie. Oraz trochę naci, która dostała się od razu kozom i drobiowi. Zjadły ze smakiem. 

Następnego dnia stanęłyśmy obie do kolejnej parogodzinnej pracy. Trzeba było marchew przebrać i posegregować do skrzynek. Trudno mi powiedzieć ile ich było. Dużo. Marchew będąca w całości trafiła do ziemianki, ta naruszona, spękana i połamana do sieni, skąd na bieżąco pobieramy ją do jedzenia. Krojona pędzi do kozich brzuchów dwa razy dziennie, ponadto Anna reaktywowała sokowirówkę i tak oto codziennie wypijamy po dużym kubku świeżego soku marchwiowego. Ja z dodatkiem soku z cytryny (jabłko wolę pogryźć osobno). Zresztą kombinat zebrał warzywa krótko przed przymrozkami, umiejętnie wyczekując chwili, gdy są najsłodsze. I to jest prawda, są słodkie i nie potrzebują dosmaczania owocami. Tym sposobem przeszłyśmy naturalnie na dietę z wysoką ilością błonnika, co ma swoje duże zalety zdrowotne.

W takim razie śpiewamy sobie zgodnie:

Marchewkowe pole rośnie wokół mnie
W marchewkowym polu, jak warzywo tkwię
Głową na dół, zakopany niczym struś
Chcesz mnie spotkać, głowę obok w ziemię wpuść!

Mało tego... przyszedł cynk, że zostało trochę buraków po kombajnie. Dwa dni Anna biła się ze sobą, aż nie wytrzymała i pojechała. I znów skrzynek przybyło... na kuchni pitraszę zupę burakową i buraki do sałatki z chrzanem, do marchewki doszedł mocniejszy czerwony kolorek, a Anna szykuje zakwas.

3 listopada 2025

Linienie

Oj, spojrzałam w kalendarz i zdumiało mnie samą, jak długo nie odzywam się na tym blogu (zresztą na innych też). Może dlatego, że zmieniam skórę? Bo jak inaczej nazwać proces, który się we mnie odbywa, jak nie wylinką? 

Lato było znośne i druga jego część była całkiem do rzeczy, pogodna, ciepła, nie skwarna. Jesień przyszła spokojnie, kilka razy chwyciły niewielkie przymrozki, ale zdążyłyśmy zebrać z ogrodu wszystkie płody ziemi, a więc cukinie, dynie, buraki oraz zielone liściaste aromatyczne zioła, w rodzaju bazylii, czy pietruszki, które ususzyłam i stosuję jak zawsze w kuchni. Kupiłyśmy nieduży zapas ziemniaków na zimę i owies dla kóz. Uzupełniłam zapasy soku pomidorowego, jednak w tym roku z pomidorów kupowanych na targu, bo nasze - w gruncie - zostały po prostu zjedzone na bieżąco. 

Pierwsze wrażenia z wiosny, gdy z racji zimna nic nie wschodziło bardzo długo, paniki ogrodniczki Anny, że nic się nie uda, nie potwierdziły się. Pogoda na tyle się unormowała, że w końcu rośliny wzeszły, zakwitły i zaowocowały, choć niektóre gorzej niż zwykle (jak np. ogórki, których starczyło tylko na bieżącą konsumpcję i tylko raz czy dwa zrobiłam z nich małosolne). Jabłonie zakwitły, ale zmarzły co do jednej, aż dziw, bo miały rok niekwitnienia, więc teraz ciekawe, co będzie w przyszłym, zdecydują się, czy nie. Są już stare i żadnej ich decyzji nie wykluczam. Porzeczki, czarne, czerwone i białe jak najbardziej się udały i wspomogły zapasy zimowe. Także świdośliwy było na tyle dużo, że spróbowałam z niej zrobić dżem. Wyszedł sok z ciekawie smakującymi owockami, słodki z natury na tyle, że właściwie nie wymaga dodatku cukru, no, może troszeczkę. No, i maliny, jakie również pozamieniałam w soczki, które najbardziej Anna lubi jako dodatek do herbat różnych rodzajów. I w nalewkę także, tak odrobinę. 

Udało się nawet zrobić trochę żółtego sera, w co już zwątpiłam. 

Zdechła gusia Pulcheria. Wiekowa już była, chyba przekroczyła 10 lat życia. W zamian więc - bo na podwórzu zrobiło się jakoś "łyso" - dokupiłyśmy parę białych rocznych kaczek, Kakusia i Kasię. Szybko oswoiły się z parą indyków i z nowym miejscem, i już poprawiają mi humor swoim kaczym chodem i inteligentną kontaktowością.

Poza tym wynajęłyśmy firmę drwali, która fachowo podcięła wielkie konary drzew rosnących przy domu i grożących awariami w razie przypadków pogodowych. Z jawora, dębów, akacji, brzozy. Zrobiło się z tego spore źródło opału, które trzeba jeszcze pociąć i porąbać na drobne, bo niektóre konary grube były jak pnie. 

To tyle okoliczności dotychczasowych. O mojej wylince powiem, że idzie powoli, ale pozytywnie. Przygotowuję kolejną książkę do druku.    

21 sierpnia 2025

Kryniczny chłód

Trochę ciepła przeplatanego chłodnymi nocami, które robią się coraz zimniejsze. Rano o poranku trzeba już wkładać katankę do dojenia, bo dreszcz przechodzi przez ciało. A okno w sypialni zamykać wieczorem, bo obudzić się można z chrypką i pokasływaniem mimo ciepłej kołdry. Kiedy się mieszka przy lesie powietrze nad ranem jest wilgotne i mgliste, o tym trzeba pamiętać (albo się przekonać na swojej skórze).

Taka temperatura sprzyja jednakże robieniu serów, raczej wtedy nie puchną i dojrzewają spokojnie na powietrzu, zamiast się pocić i lepić w upale. Wykorzystuję ją zatem jak i porę sezonu, gdy mleka jest dostatek, aby zrobić zapas żółtych na jesień, a z czasem na zimę. Pizza się szykuje.

Anna zaś w rozjazdach, również jak najbardziej sezonowych. Bo imprez w regionie sporo, jarmarki, święta, koncerty i warsztaty urządzane w domach kultury tu i tam. Właśnie odbyła dwudniowe warsztaty balwierskie w Korycinach, gdzie instruktorka z Łodzi uczyła barwić tkaniny naturalnymi barwnikami, w tym wypadku indygiem wytwarzanym w Indiach. 

Odbyłyśmy także wieczorny doroczny wyjazd pielgrzymkowy na święto Spasa na górze Grabarce. Pomodliłam się, zapaliłam świece wotywne w intencji zdrowia naszego i rodziny, obmyłam się w strudze, zostawiłam chorobę do spalenia w specjalnym piecu przez siostrzyczki, napiłam świętej wody i nabrałam trochę zapasu do butelki (który wypiłam w całości już w nocy). Zimna, kryniczna woda ze studni jest najsmaczniejsza. 

Poza tym ogród karmi nas już co dzień, dając: cukinie, patisony, buraki, czosnek, ogórki, pomidory, fasolkę oraz wszelkie zielone smakowe zioła przyprawowe do herbatek, zup, sosów, sałatek albo kanapek. Mnie zaś wziął i chwycił apetyt na kakao! Piję je wieczorami - niealkalizowane, gotowane na świeżo udojonym mleku kozim, z cynamonem, kardamonem i posłodzone łyżeczką miodu z pasieki sąsiada (sto procent miodu w miodzie). Ot, taki mam odlot w kierunku słodkiego ciepła.

6 lipca 2025

Podsumowanie czerwcowych dokonań

Krótko o dokonaniach. Dokonały się sianokosy, na naszej łące przy ścianie. Skosił jeden, skostkował drugi, zwiozła Anna na przyczepie, ktoś dopomógł wrzucić część urobku na strych obory. Ponad 320 ciuków, starczy, bo zostało sporo jeszcze z zeszłego roku.

Teraz zaczynają się zbiory porzeczek. Najpierw czarne. Warzę właśnie dżemidło i nieco soku do buteleczek. Jutro następna partia. Czerwone i białe mogą jeszcze wytrzymać do następnego weekendu. 

Świdośliwa zerwana, częściowo zjedzona, częściowo zamrożona, służy do gotowania kompotu letniego z domieszką porzeczek, dobrze słodzi ich kwaskowość. Kompot uzupełniamy wodą i tak pijemy przez cały dzionek. Zamiast szkodliwych letnich napojów sklepowych.

Wiatry wysuszają pastwisko. Upały je wypalają. Kozy pasą się dość krótko o poranku ze względu na upał i muchole, których nie znoszą i z zadowoleniem wracają do boksów. Potem jeszcze wycieczkują na chwilę do lasu za chatą, gdzie w cieniu żywią się liśćmi krzewów i drzewnych odrostów, a Anna w tym czasie podlewa ogródek i rośliny w cieplicy.

Ponadto jastrząb upolował ostatnią kurę nioskę i pod naszą nieobecność zjadł z niej wszystko, co dla niego najlepsze, ozdabiając miejsce stosem pierza. "To bóg Mars wziął swoją ofiarę i oby nią się zadowolił!" - orzekłam na ten widok. Trudno, i tak właziła nieposłusznie do ogródka rozgrzebując podlane grządki, i za nieposłuszne oddalenie się za ogrodzenie została ukarana przez los (las).

Po zgryzionym pastwisku przechadzają się codziennie ze spokojem dwa wioskowe bociany, wojtusie. To już dobra wróżba. Wyszukują świerszcze, myszy i różne owady, bo ropucha i ogromny zaskroniec żyją sobie bezpiecznie w cieniu naszej chaty i w zaciszu ogródka przydomowego, gdzie w zbiornikach gromadzi się zawsze deszczówka.

Od tygodnia mamy też kolektor na słońce do podgrzewania wody. Testujemy skuteczność i jak na razie sprawdza się. Choć nie wiadomo jak by się rzeczy miały w ciągu wielodniowych skwarów. Na razie duże wahania pogody od upału do zimnych nocy utrzymują temperaturę wody w znośnym zakresie stopni.

Zaopatrzyłyśmy się także w tegoroczny miód leśny, prawdziwie wiarygodny, u naszego sąsiada, który od jakiegoś czasu bawi się z powodzeniem w przydomową pasiekę, ma chłop rękę do pszczół, nie to co my. I błogosław mu, Panie!

Ceramika się kręci. Głownie podczas warsztatów i imprez letnich dla dzieci (wycieczka dzieci na rowerach do naszej altany, aby zrobić mydełka, zjeść świeżo przyrządzoną pizzę i przejechać się po wsi). 

22 czerwca 2025

Początek lata

I minął pierwszy dzień lata. Spokojnie, jak dawno już nie, bo przeważnie w tym dniu zaczynały szaleć zjawiska atmosferyczne w rodzaju gwałtownego wiatru i burzy z piorunami i obfitymi opadami. Pewnie to się obudzi na dniach, gdy Słońce będzie mijało Gromowładnego Jowisza, w znakach wodnych noszącego przydomek Pana Deszczów.

Bociany już hodują swą młodzież, jaskółki - dopiero niedawno - założyły sobie gniazdko pod okapem budynku gospodarczego, blisko obserwuję i słyszę wilgi, derkacze, dudka, słowika, stukanie dzięcioła. Rozkoszą jest siedzieć popołudniami na tarasie popijając wodę albo herbatkę z chabrów nazbieranych podczas porannego spaceru.

Ogródek wciąż w powijakach. Ogórki i buraki nie wykiełkowały, pomidory są niskie i dopiero niektóre zakwitły. Zjadamy szczypior, bazylię, nać pietruszki, rukolę i dziki brokuł.

Kozy zgryzły oba pastwiska, których ukrócone trawy marzą teraz o niebiańskim podlaniu. Szykuje się do spożycia owoc świdośliwy. Zjadam go z jogurtem domowym.


A w ogródku przekwita peonia. A może piwonia? Kto to wie...


Oraz cudownie wyrosła poprzez siatkę klatki dla kurcząt - trująca, ale jakże piękna naparstnica. (Kozy, także małe, nawet jej nie chcą powąchać, i dobrze).

22 maja 2025

Tęczowe słupy

No, i maj dalej kapryśny. W Polsce zimne maje to nie nowina, tym bardziej na wschodniej flance. Czytam w Dziennikach Marii Dąbrowskiej, że w latach wojny, ale i w późniejszych takie właśnie bywały, że w maju chodziło się jeszcze w futrach, w Warszawie padały śniegi, w sadach wymarzały kwiaty, żywność od tego mocno drożała. Więc nie nowina. Ukuto też formułkę "zimny maj", która legła w tytule sławnego przeboju Kory i Maanamu. Tym niemniej lud zrobił się podejrzliwy, i teraz zimno i długo utrzymujący się niż tylko w rejonie naszego kraju na mapie Europy podsunął podejrzenie o broni pogodowej skierowanej na polskie rolnictwo. Ponadto na niebie pokazują się słupy tęczowe, które ktoś ochrzcił "tęczą Trzaskowskiego", bo wzmogły się w okolicach wyborów i ludziska przesyłają sobie zdjęcia tych cudów niebieskich nad różnymi wsiami i miastami z okrzykami "Jakie cudne!" albo opatrzone złośliwymi i wszystkowiedzącymi kpinami. Ja powiem w tej sprawie tylko jedno: "A diabli wiedzą jak to jest!" Żyć trzeba.

Nieco więcej popaduje, zdarzają się nawet ulewy, temperatura nocna podskoczyła, zatem ruszyła trawa i kozy mają co jeść podczas popasu. W suchym rejonie mojej wioseczki i tak jest jeszcze mikra i rzadka, ale to akurat przypadłość miejsca i jakości gleby. W każdym razie sianokosy na pewno będą późne w tym roku, tak czy siak.

Na spokojnie zajmujemy się ogródkiem. W tym roku długi tunel jest odkryty, uznałyśmy że szkoda naszej pracy i podlewania, bo zapasy z mniejszego areału nam dwóm wystarczają (nie wiadomo, jak wypadną z gruntu w tym roku, zawsze jest ta niepewność). Pory, pakczoj, pomidory i fasolowe zostały wysadzone w cieplicy i na grządkach przy domu. Kwiaty jabłoni zmarzły, jeśli jakiś się zawiązał i uchował to będzie cud. Podobnie śliwy, choć tu jakby nieco lepiej, bo drzewa są niewysokie i rosną w miejscach chronionych przez budynki, zobaczymy w praniu. 

Poza tym codziennie spacerujemy po drodze leśno-polnej, z psami towarzyszkami, nie zważając na kaprysy aury. Oto jedna z nich, Pasia, na zdjęciu sprzed trzech lat, (ale nic się nie zmieniła).

2 maja 2025

Kwiaty i mróz

Wiosna, wiosna. Okazuje się zmienna, nawet ekstremalnie. Pogoda waha się od letnich, 30-stopniowych upałów do kilkustopniowych przymrozków nocnych. Te zwarzyły już rozkwitłe jak nigdy i wbrew swemu rytmowi dwuletniemu wszystkie żyjące jabłonie w naszym sadzie w chwili największego rozkwitu (to też do tej pory, ile już tu mieszkamy, nie zdarzyło się, zazwyczaj rozkwitały szczęśliwie po przymrozkach). Śliwy, zdziczałe grusze i świdośliwy zdążyły się szczęśliwie zawiązać, podobnie porzeczki. Forsycja i czeremcha już przekwitły. Teraz zakwita bez. 

Podczas porannego spaceru odkryłam na progu lasu łan kwitnących dzikich konwalii, do tego żółci się w trawie mniszek. Sama trawa niewielka, jak to na naszej pustyni piaszczystej, słabo nawadniana przez rzadkie deszcze i poranne mgły, pada teraz wczesną ofiarą wygłodniałych kóz, które penetrują obszary zazielenione po kilka godzin dziennie. Jak tak dalej będzie, nie wykarmimy ich i trzeba będzie pomyśleć, co dalej z tym zrobić. Pastwisko prawie nie ruszyło.

Anna z opóźnieniem zabrała się za siewy i nasadzenia w ogródku. Roślinki są słabowite i przyrastają niewiele, czasem trzeba pudła z sadzonkami wnosić na noc do mieszkania, aby nie zmarzły. Używamy na razie rukoli, mięty, pietruszki, tymianku, oraz udało się wrzucić "na ząb" kilka pierwszych szparagów, posadzonych dwa lata temu, które przyjęły się i dały smakowite korzonki. Tyle naszego.

Także z pewnym opóźnieniem zaczęła dopiero co nieść się indyczka.

Spaceruję porankami i czytam wieczorami. To moje przyjemności. Przestałam się martwić o świat.

6 września 2024

Koniec lata



Lato kończy się dość upalną suszą. Piszę dość, choć temperatura codziennie sięga 30 stopni, zaś niebo bywa bezchmurne, ale trwa to krótko, a późniejsze poranki i wcześniejsze wieczory zrównują odczucia do przyjemnego ciepła. Cienia ci u nas dostatek, jak widać na powyższym zdjęciu. Drzewa swoje robią.
Powoli dobiega końca przetwarzanie ogrodowych zbiorów, mniejszych niż w latach ubiegłych. To nie jest wynik jakiejś katastrofy, a zamierzony efekt. Po prostu świadomie zmniejszamy nadmiary, nam osobiście niepotrzebne, słabo sprzedawalne albo wcale, które nie przynosiły żadnej satysfakcji z nijakich zysków, a raczej wkład pracy i czasu, aby je uzyskać.
Ogórek już się skończył, ale dał nam siebie tyle, że uzupełniłam braki w zeszłorocznych kiszonych zapasach, głównie w postaci krojonych sałatek o kilku smakach i paru słoiczków korniszonów na domowym occie. Służyły też oczywiście na surowo do mizerii i tza-tziki.
Papryki nie było wcale, bo tej ostrej mam jeszcze mrożony zapasik na tę zimę i Anna wiosną stwierdziła, że w ten sezon zrobi sobie z nią przerwę i przyoszczędzi na podlewaniu.
Teraz kończą się pomidory, w tym roku szybko psujące się i mało słodkie. Uzupełniłam zasób soku pomidorowego, który piję i zjadamy często. Zawiera ważny dla zachowania zdrowia i odporności składnik, likopen, więc czemu go sobie żałować? Wyciskarka wolnoobrotowa daje radę dokładnie oddzielić sok od skórki i ziarenek, potem stawiam sok w garze na ogniu, dosmaczam nieco solą kamienną, pieprzem czarnym albo odrobiną ostrej papryki i wrzący przelewam do butelek. Nie trzeba już pasteryzować. Mniam! Nie ma pyszniejszej zupy czy sosu jak z takiego właśnie soku. Niech się wszystkie koncentraty fabryczne schowają. Butelki przechowuję w ziemiance i nic złego się nie dzieje ich zawartości.
Anna ściągnęła już z ogrodu cukinie. Trzech różnych odmian. Ładnie wyrosły na wzniesionych grządkach i wałach, część leżakuje w ziemiance, część na tarasie, na bieżąco używam je do naszych potraw oraz karmię nimi kozy, robią za dodatek warzywny dla nich, podobnie dzieje się z burakiem liściowym. 
Kapustne i jarmuż tudzież fasolkę szparagową zjadamy na bieżąco. Z ziół skończyła się mięta i kocimiętka, bo zrobiłam z nich syrop, którym dosładzamy napoje. Czeka jeszcze nać pietruszki i selera oraz bazylia do ususzenia na przyprawę.
Buraczków czerwonych było mniej niż w tamtym roku, zrobiłam z nich kilka słoików ćwikły.
Jabłka już się kończą. Spadają resztki, owoce duże i słodkie, w większości nadgryzione przez osy i szerszenie. Dały trochę pysznych dżemów i kilkadziesiąt butelek (małych i dużych) soku z sokownika. Musi starczyć na kolejne 2 lata, do następnego kwitnienia drzew. Co roku zresztą przezimowuje ich mniej, więc i sad minimalizuje nasze uzyski i pracę, sam z siebie.
Kilka późnych śliwek węgierek da pewnie kilka słoiczków dżemu. I jeszcze jakiś kompot z dodatkiem rabarbaru i słodkiego jabłka.
Ziemniaki, przywiezione od znajomego rolnika w dużo mniejszej ilości, bo starzejące się resztki przetrzebionego drobiu są na odchodnym, leżą już złożone w piwnicy, sięgam kiedy i po ile chcę. Zakupiłyśmy beztłuszczową frytkownicę i dość często wrzucamy do niej trochę krojonych kartofelków, cukinię czy pierwszą dynię, cebulkę, czosnek, kilka liści jarmużu, aby mieć szybki obiad albo kolację. Pokropioną na talerzu olejem tłoczonym, lnianym czy z ostropestu. Z dodatkiem sałatki ze świeżych pomidorów i cebulki na przykład.
Do codziennego przetwarzania należy oczywiście serowarzenie, potrwa to jeszcze przez jesień, acz stanie się stopniowo rzadsze i mniejsze. Teraz dopiero robię żółte sery, nawet wychodzą mimo upału, bo zrobiło się sucho, tworzą się więc pewne zapasy na tygodnie i miesiące do przodu. Używamy do kanapek, zapiekanek i pizzy. Co kilka dni zaczyniam w jogurtownicy kolejną dawkę świeżego jogurtu, który zjadamy na śniadanie z dodatkiem dżemu domowego i tak się plecie.
Spytacie zatem, co kupujemy w sklepie, bo chyba niewiele potrzeba... No, tak, ostatnio uzupełniłam zapas cukru, bo był w promocji w Biedronce, soli kamiennej, skrobi ziemniaczanej, kilku cytryn, które używam do napojów, jogurciku activia, którym zaczyniam domowy wyrób z koziego mleka (wypróbowałam kilka i ten najlepiej się sprawdza smakowo i jakościowo) i butelkę czystej wódki, żeby nastawić malinówkę. Maliny bowiem już masowo schną i chyba nie zdołają odrodzić się na jesień z owocami. Kupujemy również makaron, który u nas idzie dla psów, bo ja jem z rzadka tylko bezglutenowy, a Anna własnoręcznie, gdy jest potrzeba przyrządza sobie makaron domowy, z jajek od naszych dwóch ostatnich kur, głównie do rosołu. Takie i podobne zakupy robimy raz na dłuższy czas, koszty żywienia są więc mocno zredukowane.
Co do grzybów, to po zebraniu pewnej ilości kurek na początku lata, zanikły w lesie wszystkie gatunki i jak na razie nie wygląda to słodko dla grzybiarzy. Zdołałam się jednak nimi najeść, nastawiłam kurkówkę i kilka słoiczków w occie. I chwacit, jak to na Podlasiu mawiają.


Jak widać na powyższym zdjęciu domowniczki, Pasza z Labą mają się dobrze, starannie pilnując obejścia i stad tego i owego. A raczej już stadek. Samo gumno, wydziobane starannie przez drób przypomina plażę, mieszkamy wszak na wydmie leśnej. Wciąż mamy nadzieję, że przynajmniej po bokach jakaś trawka odrośnie w przyszłym roku, jak bywało na samym początku naszego zamieszkania tutaj. Jest plus tej sytuacji taki, że nie potrzeba kosić podwórka i hałasować sąsiadom.

12 sierpnia 2024

Ptasie rozmowy


Czas płynie. Lubię to obserwować, płynąć razem z nim. Takim swoim dziecinnym stylem żabki, czasem na pieska.

Po drugim obrządku, gdy wszystkie dzienne czynności już zostały wykonane, zasiadamy na tarasie. Popijam wtedy prozdrowotnie wodę z cytryną z niewielką domieszką zeszłorocznego cydru i soku jabłkowego z tegorocznych zbiorów, który od jakiegoś czasu warzę codziennie. Aby zebrać go tyle, by starczyło na dwa sezony, bo co tyle owocują drzewa w sadzie. I przyglądam się światu, jego stałemu widokowi. W jego zakres wchodzi kawałek ogródka przydomowego mocno zarośniętego teraz wielkimi liśćmi dyni i cukinii, cieplica, płot, za nim za drogą ogrodzenie pastwiska i pastwisko, już wyschłe nieomal i przy nim obumierający stary sad, długi tunel i jeszcze kilka grządek. Po prawej osłonę stanowi gąszcz wysokich robinii akacjowych, w których gnieżdżą się różnorakie ptaki.
O tej porze lata już odchowały swoje młode i opuściły gniazda, ale buszują niedaleko i właśnie popołudniami zlatują się w nasze pobliże, jak dobrzy sąsiedzi, żeby usiąść na płocie albo blisko tarasu i delikatnym świergotem zagadać, popytać jak się wiedzie, itd. Nie znam się na gatunkach ptasich, rozróżniam wśród nich pleszki, które kocham za ruchliwość, uczuciowość, towarzyskość i pliszki, równie ciekawskie i wesołe. Mamy też mieszkającego wśród koron akacji dzięcioła, którego rzadko widać, ale słychać codziennie. Są też takie szare, większe od pliszek ptaszki, które biegają po ziemi, wygrzebując z niej owady, trochę jak kury, czasem widuję śmigającego głową w dół po pniu kowalika. Inne, wydające różne dziwne dźwięki słychać z większego oddalenia, szczytu dębu, albo z klonu. Lub przesuwają się z południa ku domowi i dalej gromadki kupiących się już przed odlotem bocianów.
Pod dach tarasu codziennie o stałej porze zalatuje także szerszeń samotnik, milkniemy wtedy, nieruchomiejemy i czekamy aż zbada teren i odleci spokojnie. Pojedyncze egzemplarze, żywiące się pośród drzew owocowych nie są agresywne, a groźne mogą się stać tylko przez przypadek, którego zawsze lepiej mądrze unikać.
Czasem z braku tematów do rozmowy, bo o czymże ciągle można gadać, odsłuchujemy jakąś audycję czy podcast. Np. pana Jackowskiego, którego słucham-nie-słucham i który wtapia się w spokój otoczenia swoimi przydługimi opowieściami politykierskimi, z których na ogół dowiaduję się co się w ogóle w świecie dzieje (telewizora nie mamy od lat blisko 20). Kiedy nagle zapada cisza pytam:

- Co to? Zasięg padł?

- Nie. Tylko patrzy sobie w głowę - odpowiada Anna, zerknąwszy na ekranik smartfona i parafrazując Sienkiewicza.

- Aha. A ty co o tym myślisz? Będzie wojna? Będzie krach?

- Będzie, niewątpliwie. Tylko kiedy?

- Ptaków by trzeba zapytać. Zresztą po co wiedzieć? I tak będzie co będzie. Cieszmy się życiem, póki zdrowie i cisza dopisują, a zapasy spokojnie rosną na zimę. Na wszystko jest właściwa pora.

Z innych spraw: zaczęłam robić żółte sery, niewielkie, z racji mniejszej niż dawniejszymi laty ilości mleka. Anna jeździ co rusz na jakiś okoliczny jarmark lub warsztaty wakacyjne dla dzieci. Jedna impreza odbyła się u nas w gospodarstwie. Wycieczka rowerowa dzieci spędziła trochę czasu na robieniu mydła w foremkach, przyrządzaniu i zjadaniu pizzy, oraz oglądaniu naszego bydełka, robiącego za dziką przyrodę na stepie.

Poza tym zbieramy jabłka, systematycznie opadające z drzew, cukinie i kabaczki, resztki ogórków, zaczątek pomidorów. 

- Co jutro na obiad?

- Leczo?

- Może być leczo, czemu nie?

29 lipca 2024

Szczyt lata


I kolejny miesiąc lata mija. Czas biegnie swoim trybem. Porzeczki zostały zerwane i spożytkowane, czarne, czerwone i białe. Kończą się ogórki - w tym roku powstał zwiększony zapas sałatek kilku rodzajów, bób został pożarty, zjadamy jarmuż i seler, fasolkę i fasolnik, a częściowo idzie do zamrażarki. Przed nami pomidory i jabłka.
Winko porzeczkowe bulgocze cierpliwie w gąsiorze. Nastawy ziołowych nalewek leczniczych uzupełnione macerują się (glistnik, piołun, orzech, goździk, pieprznik jadalny, dziurawiec).

Przeminął także doroczny festiwal folkowy w naszej gminie. Klasycznie, Anna prowadziła warsztaty ceramiczne i swoje stoisko, w czym jej pomagałam przez dwa popołudnia. Jako i zazwyczaj.


[Zdjęcie sprzed dwóch lat, ale nic się nie zmieniło]. No, może oprócz tego, że stopniowo wszystkim nam ubywa czasu i młodości, co sprawiło, że kilku dawnych znajomych ledwie poznałam przy niespodziewanej konfrontacji. Nie śmiałam zapytać czy i ja na tyle się zmieniłam. Cóż, w środku nic a nic mi nie brakuje, wręcz jakby ubywało mi zmartwień i ciężarów psychicznych, więc dusza wręcz się rozwija. Tyle dobrego.

Anna zaliczyła jeszcze inne jarmarki w okolicy i kilkudniowe warsztaty tradycyjnego wypału ceramiki tzw. siwej w domu kultury w sąsiedniej gminie. Z budową i paleniem stosownego pieca z cegły i gliny, co widać na zdjęciu poniżej.


I przykłady takich podlaskich miejscowych naczyń, robionych bez użycia szkliw.


Było trochę męczących upałów, ale przyzwyczajenie chyba robi swoje, ledwie je zapamiętałam. Teraz pojawiają się co rusz spontaniczne opady, zachmurzenie, wiatr, strząsający jabłka z drzew i pogoda jest znośna pod względem temperatury. 

8 maja 2024

Zimno i sucho


Zeszło się z wpisami, przepraszam. Długo była zimna wiosna, noce chłodne, trawa po prostu nie rosła, kozy stały w oborze, czasem jedynie wypuszczane na wypas. Uciekały z niego szybko, już po pół godzinie gonione przez chmary meszek, a później komarów. Deszczu prawie brak. 
Niedawno się ociepliło, kilka słonecznych dni z powiewami wiatru wysuszyły glebę jeszcze bardziej. I trawa nadal kiepska. Owady odpuściły i kozy wytrzymują już na pastwisku kilka godzin, jednak co to za pastwisko! Tylko się nachodzą, i tyle.
Anna pracuje w ogrodzie, podlewa co może i ile się da. Jemy już nowalijki, rzodkiewkę, szczypior i rukolę. Mleka niewiele. Ale dla nas dwóch starcza. Na jogurt co kilka dni, serek świeży (opracowałam nowy sposób przyrządzania, prędki, bez podpuszczki), zdatny na kanapkę i na pizzę, bo jest w praktyce lepszy niż mozzarella z Biedronki, oraz twaróg.
Ten zjadamy w formie klusek leniwych raz w tygodniu oraz sernika, który przyrządzam według najbardziej smakującego nam i najmniej pracy wymagającego przepisu na sernik gotowany w polewie czekoladowej. Przepis po kilku próbach zmodyfikowałam "pod nasz smak", tak aby nie wchłaniać niepotrzebnie nadmiaru cukru i tłuszczu, które królują w popularnych przepisach. Aż mi dziw, ile ludzie potrafią słodzić, a potem to jeszcze pożerać w ogromnych ilościach! Dwoje znajomych, którzy wpadli w drodze powrotnej z Podlasia z wizytą, poczęstowani, byli mile zaskoczeni smakiem, co mi dodało skrzydeł. Zamieszczę go wkrótce na blogu dla pamięci. Bo mi się takie rzeczy przydają, zwłaszcza gdy ruszam z czymś w sezonie po kilkumiesięcznej przerwie i po prostu nie pamiętam szczegółów.

Poza tym po ostatnich stratach w ptactwie (w kilka dni lis porwał nam trzy nieśne kury i kaczkę) uprosiłam Annę, aby zmniejszyć ich hodowlę. Jaja wysypują się z lodówki, nie ma klientów, ja kurzych jaj nie jem, a indyczych i kaczych mam zapas na wiele miesięcy naprzód. Zatem dzisiaj stracił głowę jeden z indorów i kaczor. Tak na początek, na nowiu w znaku Byka. Nie ma więc straty, tylko zysk na karmie i zdrowym jedzeniu.

14 kwietnia 2024

Pierwsze popasy


Zaczęły się pierwsze wypasy, a raczej krótkie, najwyżej godzinne popasy w ogródku permakulturowym, który zmienia funkcję w tym roku. Ponieważ nawożenie poprawiło w nim jakość i gęstość trawy, stado ma tam pastwisko na zmianę z drugim. Powoli dosadzamy tam krzewy, różne, aronii, pigwy, dzikiej róży itp. więc trzeba stać i pilnować, aby nie przeszły do gałązek.


Dzieciaki z początku nie były nawet zainteresowane zielonym, bo jeszcze na cycu wiszą, ale po kilku dniach przekonały się, instynkt bierze górę.


Kilku chłopaków trafiło już na noc do dziecińca, więc poranne mleko od dwóch uwolnionych matek jest dla nas. Pierwsze białe twarogi zrobione. Pierogi ruskie powstały. I oczywiście jogurt, nasze codzienne śniadanie.

23 listopada 2023

Rozgrzewki czas

Nasilające się zimno i nocne mrozy kazały nam przedwczoraj uruchomić piec c.o. To zawsze dzień napięcia. Bo trzeba najpierw wyczyścić piec i przewód kominowy wiodący do pieca (udało się w oparach pyłu, który trafił na kompostownik jako zasilacz gleby) i wyrównać wodę w grzejnikach oraz ciśnienie czyli wykonać stosowne odpowietrzenie. Tym razem, gdy już wszystko się dokonało jak trzeba, zaczął szwankować sterownik do pompy wspomagającej obieg. Nie jest to awaria uniemożliwiająca grzanie, bowiem mamy system postawiony hydraulicznie, więc jedynie obieg ciepła w kaloryferach zwolnił i dom ogrzewa się jakąś godzinę później.

Kolejnego dnia sterownik "odpoczął" i zadziałał jak zawsze. Na koniec padł, gdy już piec stygł. Zatem jest sprawa do załatwienia. Trudno, urządzenie działało bez szwanku całe 12 lat, ma prawo zasłabnąć.

Dzisiaj piździ zimny wiatr, zawiewając lodowatym deszczo-śniegiem, po którym zapewne pozostanie wielka gołoledź, i nawet ptactwo pozostało w swoich zamknięciach. A kozy, które od chwili pierwszych opadów śniegu uznały, że czas zimować pod dachem są zabezpieczone zamkniętymi wrotami do koziarni. Mają w środku zacisznie i cieplutko, wylegują się na ściółce żując siano i ledwie odpowiadając pojedynczym zdawkowym beknięciem na powitanie, gdy się do nich zajdzie, nakarmić czy napoić.
Już tylko dwie kozy są dojone co dwa dni, reszta zasuszona. Magazynuję te resztki w zamrażarce, w butelkach. W ten sposób Anna ma w zimie swoje mleko do kawy, ja zabielacz do zupki porannej, a koźlątka awaryjne dokarmianie na przedwiośniu w czasie, gdy jakaś matka wraca do mleczności dłużej niż szybciej.

Niedawno jeszcze udało się nam zwieść od ziomków ze wsi zalegającą u kogoś w stodole słomę żytnią. Było tego kilka obróceń przyczepką (plus pełna paka) przez dwa dni. Słoma za stara na skarmianie, ale nadaje się w zupełności na podściółkę w kurniku i koziarni, reszta zaś trafiła na wały dyniowe w sadzie i kilka grządek wzniesionych. 

Ponadto spróbowałam nastawioną 2 miesiące temu czeremchówkę, i powiem wam, nie ma lepszego lekarstwa na rozgrzewkę w ten zimny i przewiewny czas! 

13 listopada 2023

Zanikanie

Poranki już mocno rześkie, wilgotne i mgliste. Powoli przygotowujemy się na śnieg i mróz. Liście selera i pietruszki z cieplicy i grządek, kwiat aksamitki i liście kocimiętki powędrowały do suszenia. Aksamitkę piję codziennie w ramach herbatki, a także robię mocniejszy napar, razem z szałwią, czasem dorzucam liście dębu i dolewam do gorącej kąpieli. Profilaktycznie, nie żeby się leczyć. Ot, przyjemnie jest się wypławić raz w tygodniu w jakichś zapachowych naturalnych substancjach. Kocimiętka ma właściwości nasenne i uspokajające, podobne do melisy, więc mieszam je z aksamitką jako swoje ziółka wieczorne.

Anna jeszcze czasem idąc za kozami w las przynosi garść grzybów. Podgrzybki i maślaki już zanikły, ale można nadal znaleźć kurki i zielonki (w moim rodzimym regionie także podsłonkami nazywane). I tak czasem jeszcze zdarza się zupa grzybowa, albo sos ze świeżych grzybów.

Wczoraj przy niedzieli ponadto wylądowała na jarmarku w Białymstoku. Kulturalnie pod dachem urządzony, więc zimno nie doskwierało, zebrał blisko stu wystawców. 

Wróciła wieczorem, może nie tyle wzbogacona, bo po odjęciu kilku stówek zapłaty za stoisko pozostało niewiele, ale zadowolona z poobracania się pośród ludzi, znajomych i nieznajomych ceramików, w dużym mieście, w swojej branży.


Tak nawiasem mówiąc, zapomniałam byłam zapisać na blogu, że we wrześniu Anna odbyła kurs robienia tynków z gliny. Może się do czegoś przyda nam ta wiedza, bo dziury w paszarni wciąż zapraszają niechcianych drapieżnych gości, i strach tam drób zostawić.


Póki co to raczej odpoczynek jest jej bardziej potrzebny, a nie nowe plany. Jak to po każdym sezonie.
Mleko u kóz na naszych oczach zanika, więc i ta praca staje się z dnia na dzień lżejsza. Już niedługo wakacje rolnika!

6 listopada 2023

Jesień już

Trochę się pozmieniało, ale wypadki szybko ogarniamy. Takie to już gwiazdy na niebie w ostatnim czasie, dużo opozycji planet w znaku Skorpiona i Byka. W samo zaćmienie Księżyca padł mi komputer. Szczęściem w nieszczęściu zdołałam spisać swoje pliki, spodziewając się niespodziewanego. I po kilku dniach zostałam właścicielką nowszego modelu. 

Było też kiełbasienie domowe i ukręciłyśmy 8 kg wyjątkowo pysznej kiełbasy w ciągu pewnego jednego dnia. Trzeba też było kupić nową zamrażarkę (stara chodzi, a jakże, ale zawsze lepiej mieć zapas, niż nie mieć w razie awarii), gdzie oprócz kiełbasy i mięsa z tegorocznych kaczek zamrażam jeszcze mleko i sery twarogowe. Bo kozy zaczęły już ograniczać mleczność, są dojone tylko rano, niektóre co dwa dni. Zatem starcza na jogurt i twaróg, które robię co 3 dni.

Ponadto przy zmianie miesięcy tuż przed pełnią był wysyp grzybów, Anna prawie nie wychodziła z lasu, wpadła w szał grzybobrania. Takich jak poniżej pełnych kubełków przyniosła niezliczoną ilość.

Suszarka chodziła na okrągło, oraz siatka pełna grzybów stała nad rozpaloną płytą. Wyszło z tego sama nie wiem ile słoików suszu. Codziennie grzyby królowały na stole, w rodzaju zupy grzybowej, sosu czy smażonki. Do tego ponad 10 słoików zamarynowanych w domowym occie powędrowało do piwniczki.

Pogoda po pełni szybko zrobiła się typowo listopadowa, deszczy, mży i mgli. Poranki są mocno chłodne. Acz wciąż starcza nam palenie jedynie pod kuchnią przez kilka godzin południowych, aby ogrzać połowę domu, gdzie zimujemy. W ogrodzie są jeszcze resztki zielonych upraw i poplon. A przy płocie taka wielka stepowa trawa nam wyrosła.