Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sporty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sporty. Pokaż wszystkie posty

21 stycznia 2024

Zimowanie

Śnieży dalej, z doskoku, ale tych doskoków było już tyle, że straciłam rachubę. W obejściu mamy teraz małą Szwajcarię, góry i wąwozy między nimi, po których codziennie trzeba przejechać szuflą, zwiększając szczyty, aby nie stracić kontroli nad sytuacją. W niektórych newralgicznych miejscach wczoraj musiałam odkuć już iście skamieniałą zmarzlinę szpadlem, aby móc dostać się do nich w potrzebie.

Nadmiar ciężkiego śniegu zawalił okrycie pod starą cieplicą, z którego korzystał drób.


Kaczusie jakoś sobie jednak radzą w odśnieżonych rejonach, drepcząc po śniegu, wypuszczane z kurnika wtedy, gdy nie ma zbytniego mrozu albo zawiei. To nader odporny narodek.

Ponadto Anna rozbiegana, ma wiele pracy, pomysłów, potrzeb i planów tu i tam. Organizuje sobie i dzieciom różne zajęcia na ferie, co wymaga zakupów, wyjazdów i uzgodnień. Ja siedzę cierpliwie, jak ten żółw w skorupie, na miejscu i co najwyżej kontaktuję się ze światem przez internet. Muszę przyznać, że miałam ostatnio coś w rodzaju ataku depresji i wycofania się w głąb, (całkiem jak autyk), którą na tyle znam, że od razu podjęłam kroki zapobiegawcze. Zamiast rozmyślać i karmić straszliwego głoda zabieram się za czytanie książek. Wróciła mi czytelnicza pasja i nieraz spędzam nad książką kilka godzin, bardziej w nocy niż w dzień, w chwilach częstej i zwyczajnej w późniejszym wieku bezsenności. Podstawowe witaminy ważne w zimie, gimnastyka na powietrzu, odśnieżanie jako ćwiczenie fizyki ciała, nauka (tym razem zasad indyjskiej astrologii). Żadnych horrorów, kryminałów, tragedii w filmach czy mediach, poza tymi, które zwyczajne życie dookoła mnie niesie. Nie są spektakularne, ale jest co wiedzieć.
Dzisiaj dręcząca mnie w ostatnich latach planeta Pluton, zawieszona jakby specjalnie dla mnie na końcówce znaku Koziorożca, weszła wreszcie prawie na dobre (bo zawróci w niego jeszcze na krótko 1 września tego roku, by całkiem wejść 20 listopada tr.) do następnego znaku Wodnika i od rana czuję dziwną ulgę i zwyżkę nastroju. Może nie będzie tak źle. Na inaugurację owego epokowego wejścia na całe 40 lat następnych znajomy astrolog podrzucił mi film do obejrzenia. Japońską anime, "Ghost in the Schell" czyli "Duch w pancerzu". Takie wskazanie ducha czasów, które nadchodzą. 

Udało się złapać pana elektryka, który zamontował wreszcie nowy sterownik. Przyznam, że niewiele to zmieniło w naszej codzienności. Tyle, że nie muszę już kontrolować temperatury pieca, aby nie przekroczyła normy, bo pompa rozgania nadwyżkę ciepła po kaloryferach. Z tego wynikła rozmowa i konkluzja, że trzeba poważnie pomyśleć o generatorze prądu i alternatywnych rozwiązaniach, bo zakład państwowy jest coraz bardziej zaniedbany, ilość pracowników zmniejszyła się więcej niż o połowę, nie ma komu pracować i nie ma nowych chętnych do pracy, infrastruktura coraz starsza, maszyny się psują i stoją nienaprawione, a wypożycza się w razie potrzeby sprzęt od prywatnych właścicieli. Ci nawet słupy wymieniają. Ile to może potrwać?

Opieszałość służby odśnieżającej również jest godna zastanowienia pod tym kątem. Nasza boczna droga nigdy nie była rozpieszczana, jest w ostatniej kolejności, ale w obecnych wciąż odnawiających się dośnieżeniach nic się nie pojawia z pomocą. Ciężki sprzęt leśny robi od czasu do czasu koleiny, które pogłębiają się tak, że samochód z niższym zawieszeniem może nie przejechać. W razie jednak spotkania pędzącego wozu z naprzeciwka z trudem albo niemożliwością jest zjechanie na pobocze bez niebezpieczeństwa utknięcia albo zderzenia. Czasem jedzie się i 20-30 km na godzinę. Z drugiej strony, są to warunki, do których starzy wiejscy Podlasiacy są przywykli i cierpliwie czekają wiosny, po prostu. Dawniej wyciągano sanie i zaprzęgano konia, który to widok był mi znany jeszcze w czasie, gdy tu zamieszkałam, teraz sanie może i są tu i ówdzie w stodole zaparkowane, ale koni brak. Czasem nieliczni hodowcy urządzają tam i siam kulig, ale to już cała impreza rozrywkowa, a nie zwyczajna potrzeba zajechania do gminy, sklepu czy kościoła, jak bywało zimową porą.

Ale nie ma co narzekać. Prąd po ostatniej dobowej awarii jest, choć wczoraj w trakcie powiewów wiatru "migał", czyli nie złamało się żadne drzewo na poważnie. Na razie. Baterie i telefony ponabijane. W razie. Nowe książki na czytnik ściągnięte. Jest czym palić i grzać się. Lodówka i piwniczka pełna, czekać tylko wykotów. Kaczki i gęś zaczęły się nieść, kury nie przestały. To ważne. Pora wyskoczyć na taras ptaszkom leśnym słoninki podrzucić!

27 listopada 2023

Zimne gorące


I zaczęło mrozić, nieco śniegu spadło, a niektóre poranki, jak wczoraj czy dzisiaj są w pięknym ostrym słońcu. Aż chce się wyjść na idealnie czyste powietrze i odprawić codzienną poranną gimnastykę wobec oka pana nieba. Jakby ktoś pytał, to ćwiczę sobie pradawną chińską Qigong (czyt. ći-kong), genialne proste powolne ruchy harmonizujące całe ciało, łatwe do zapamiętania, bo w sumie jest ich osiem, i do wykonania nawet dla staruszków czy różnych połamańców, sprawiające że utrzymuje się nie tylko giętkość kręgosłupa, wszystkich stawów, wzroku, mięśni, poczucie równowagi i dotlenienie, ale i spokój umysłu i serca.

Ptaki mają się dobrze mimo zimna. Karmię je suto i różnorodnie, dla urozmaicenia dostają im się jeszcze zielone liście tego i owego trwające w cieplicy. Odporne na takie przymrozki są zwłaszcza jarmuż i kapusta pekińska. Kury, choć tylko te młode nadal się niosą i co jakiś czas jaja zaczynają się wysypywać z lodówki. Wtedy zawiadamiamy chętnych do zaopatrzenia się.

W wolnowarze rosół się warzy przez całą noc. Generalnie nastał czas gorących wywarów i zup. Rozgrzewka od strony żołądka to kolejny sposób, aby przyjąć zimę pogodnie. I zdrowo, mam nadzieję.

Piec działa spokojnie w swoim tempie, a właściwie dwa piece, bo w nocy i z rana grzeje nas kaflowa pieczka. Nowy sterownik do pompy już zakupiony, teraz szukamy fachowca. Póki co nie ma biedy. Nawet mam wrażenie, że bez pompy ciepło kaloryferów dłużej się utrzymuje. I gdy już ruszy, będę jej pewnie używać tylko dla szybszego rozruchu ogrzewania. Przyspieszenie rzędu może 40-50 minut, a może mniej, jak sądzę, zatem nic znacznego.

26 marca 2015

Hodowanie gęsi

Pierwszy dzień astronomicznej wiosny przywitał nas śniegiem i dość sporym ochłodzeniem. Wiał silny i lodowato zimny wiatr ze wschodu (ha, czyżby wróżba roczna?). W nocy było kilka stopni na minusie. Trzeba było dbać o gąski, aby się nie wychłodziły. Podobno przez pierwsze dwa tygodnie życia optymalna dla nich temperatura to 30 stopni! Jezusie, nie znoszę takiego gorąca, nawet w najgorętsze dni lata tyle w mieszkaniu nie ma. Pod kwoką mają co najwyżej, jak pokazuje bałwanek, 25-26 stopni. W nocy nie palę, bo szło by oszaleć z przegrzania. Zatem muszą zadowolić się niższą temperaturą, średnią 25, no, w nocy nieco spada, bo grzeje je głównie lampa kwoka.
Każde większe przechłodzenie, o czym przekonałam się w zeszłym roku, grozi gąsiętom "pokręceniem". Przeziębienie chwyta je szybko, kręci im nóżki, stawy, w końcu na ogół zdychają. Czasem nie. I taka kulawka kulga się potem pracowicie aż do końca żywota, ledwie nadążając za stadem.
Zatem grzeję w dzień c.o. tak, że pot po plecach spływa. Gąsięta zaś, jak świeżo wyjęte z pieca bułeczki rozciągają się w skrzyni na świeżej słomie, jak na plaży. Piją jak smoki. Co rusz dolewam im wody. Musi być przegotowana. Dodaję kilka kropel witaminy C, tyle.
Jedzą też stale. W przerwach śpią, cichutko kwiląc do siebie. Podwajają swoje gabaryty co tydzień, można powiedzieć, rosną w oczach, rano budzą się większe, niż zasnęły...
Tymczasem czwórka dorosłych gęsi (trzy kubańskie i jedna biała) zabrała się za niesienie jaj. Każdego dnia jedna, albo druga balbina siada w koziarni na gnieździe i znosi jajo. Zbieramy, a co. Podłożymy pod gęś, gdy usiądzie, albo pod indyczkę. Bo te też w miłosnym nastroju stroszą się i gulgają całe dnie.

Na szczęście pogoda się zmienia na cieplejszą. Czynne c.o. zamienia pobyt w chacie w małe piekiełko, więc radośnie jest popracować na dworze. Wożę i układam na ścianie kurnika drewno, albo maluję części do balustrady tarasu, jaką zaczynamy wreszcie robić. Może się uda do świąt choć częściowo chatę przyozdobić.

Dziś obudziłam się skoro świt. Przegrzane mieszkanie to sprawiło. Nie mogąc uleżeć, wstałam, ubrałam nowe adidaski i pobiegłam truchcikiem, razem z trzema szalejącymi ze szczęścia psami drogą przy lesie. Jakieś 400 metrów w jedną, 400 metrów w drugą stronę. No, nie zawsze biegnąc, ale oddychając z ulgą wiosennym powietrzem, napełnionym śpiewem pierwszych wiosennych ptaków. Ach, to jest szczęście, tak zacząć dzień!

1 czerwca 2014

Dzień dziecka na farmie

Na cały wczorajszy dzień pogoda się ustabilizowała i wyszło nawet słońce. Dzieciaki z miasteczka wraz ze swoimi opiekunami zjechały po 10 według wcześniejszego planu. Z okazji Dnia Dziecka stowarzyszenie społeczne, do którego należą ich rodzice, wraz z urzędem gminy i domem kultury urządziły im piknik, połączony z wycieczką rowerową i odwiedzinami "na prawdziwej farmie" (czyli u nas), a potem ogniskiem z kiełbaskami (już po powrocie do miasteczka). To na owe odwiedziny potrzebny był sernik, a także chleby z pieca chlebowego, ser, napoje i sałatki.
Udało nam się wszystko szczęśliwie zgrać w czasie i Anna oprowadziła około 20-osobową grupę po gospodarstwie. Z kóz jedynie Fela uratowała honor "farmy" (nazwanie dane przez jednego z dzieciaków) i nie dała drapaka na widok takiej watahy ludzkiej. Najadła się za to po pachy suchego chleba i pozowała do zdjęć. Gęsi zaś nie pozwoliły się do siebie zbliżyć, tylko z przerażeniem w oczach i gęsimi okrzykami "spadamy!" uciekły przed chłopcem, który "chciał je tylko pogłaskać" i nie dawał sobie tego zamiaru wyperswadować.
Oczywiście gwiazdą wycieczki stała się Paszka, Pasia, "słodkie stworzenie", która też musiała zostać w końcu ochroniona i ukryta w domu przed nadmiarem dziecięcej miłości do zwierząt. Anna na sam koniec musiała ją wydłubywać spod łóżka, gdzie się skryła, aby pokazać jeszcze raz dzieciom, by mogły się z nią pożegnać, bo nie chciały bez tego odjechać.

No, a dzisiaj najpierw od rana wiało, a potem nadeszły chmury i rozpadało się na dobre. Kozy i gęsi wróciły z pastwisk przed końcem dniówki. Sołtys, mimo, że dwoił się i troił przewracając siano na łące, aby przeschło na wietrze, nie zdążył go zebrać. Mnie zaś morzy spanko i zaraz się chyba walnę do łózka, mimo wczesnej jeszcze pory.

2 maja 2014

Gość w dom...

I na majówkę oziębiło się szczerze, jako było zapowiadane. Tyle, że słońce świeciło jak zawsze, jeno powietrze zrobiło się zimne, wręcz lodowate, tak od rana. Kozom to w niczym nie przeszkadzało, kurczaki w stodole były nieco sfrustrowane i nastroszone z rana, ale potem wygrzały się w świetle słońca wpadającym przez okienko. Gusie mają już większość piór, nie tylko puch, więc dobrze znoszą chłód. Czy ktoś z czytelników pamięta, jak się spało pod puchową pierzyną albo kołdrą? Bo ja pamiętam. Nic nie może się z nimi równać, najcieplejsza wełniana kołdra ani śpiwór górski. No, więc gusie mają takie ubranko na sobie co dzień, świątek piątek i już nie ma się co o nie martwić. Jedynie pozostaje im długo, nawet w dorosłości wrażliwość na mokre. Dlatego wypuszczam je z kurnika dopiero, gdy trawa obeschnie z rosy, po dziesiątej godzinie. Chodząc po mokrym zaczynają nagle kuleć, co prawda dość szybko im to mija, gdy tylko słońce stanie wyżej, albo gdy przeschną, jednak stale przebywające np. na mokrej podściółce mogą się trwale pochorować w tej materii.
Urządziłyśmy onegdaj ostre sprzątanie poddasza, przeznaczonego dla gości. Stanęła tam kuchenka elektryczna do użytku własnego i czajnik. Kącik kuchenny jest już więc całkiem czynny. To przed majowym łykendem, choć z nikim się nie umawiałyśmy, bo nam czas zleciał na innych pracach i nie było się kiedy zatroszczyć o jakąś reklamę. Mówiąc szczerze, nie patrzę w kalendarz, ani na zegar już prawie wcale, dni tygodnia nie odróżniam od siebie, a pory roku rozpoznaję na żywca, podobnie porę dnia, według słońca, na czuja. Zatem daję się zaskoczyć nawet wielką majówką! Piszę to w tym celu, że gdyby ktoś z Czytelników zapragnął zjawić się na Podlasiu i szukał noclegu w okolicach Czeremchy, to takowy u nas w chacie może znaleźć, o ile wcześniej się umówi. Choć można i z przypadku próbować, jak widać teraz, dzisiaj.
Poddasze nie przegrzewa się nawet w czas wielkich upałów, ze względu na cień jaki rzuca na chatę las akacjowy rosnący za nią. Poza tym w oknach są moskitiery, można je otworzyć, albo zasłonić żaluzjami.
Ponieważ na ogół pracujemy większość dnia i nie mamy zbyt wiele czasu do zabawiania gości, to jednak pewne rozrywki, samodzielnie przedsiębrane, nawet na miejscu są zawsze możliwe. Co prawda ognisk nie palimy ze względu na bliskość lasu i zabudowań drewnianych, to jednak jest grill, w którym niezgorszy ogienek można napalić i raczyć się jego widokiem i użytkowaniem na altanie, pod dachem, więc niezależnie od deszczowej pogody. Przedtem własnoręcznie chrustu narąbawszy siekierką najprawdziwszą z prawdziwych na najprawdziwszym pieńku do rąbania. W naszym gospodarstwie można kupić bezpośrednio jaja, kozie mleko w różnych formach, czasem i świeże mięso bywa i przyrządzać sobie własne posiłki. Można też - oczywiście za opłatą po wcześniejszym umówieniu się - nauczyć się piec chleb i inne specjały w piecu chlebowym. Albo utkać własnoręcznie chodnik na ludowych krosnach. Dla zainteresowanych mogę też zrobić pokaz serowarski i co nieco zdradzić z tej sztuki. Jak się będzie miało szczęście, to i można wziąć udział w warsztatach lepienia z gliny, które co piątek, a w wakacje jeszcze jakoś inaczej prowadzi Anna w domu kultury.
Nie ma ci u nas rowerów, a naszych nie pożyczamy. To stare mechanizmy, łatwo psujące się, a regulatora i mechanika rowerowego na wsi już ze świecą szukać, więc nie ryzykujemy żadnego wypadku. Jednak jeśli goście będą mieli swój sprzęt rowerowy to nic lepszego pod słońcem. Wskażę chętnie wioski i miejsca w okolicy godne obejrzenia, a są one przyjemne dla oczu i ciekawe etnograficznie, zaś podróżując rowerem po okolicy zawsze można z miejscowymi pogadać i usłyszeć swojską mowę, której w telewizji polskiej nigdy nie uświadczysz. Do cerkwi zajrzeć, usiąść na ławeczce z babuleńką pohoworyty, z djedom na drodze piwo wypity, albo przez lasy wilka, łosia, jelenia, sarnę, zająca pogonity z aparatem (wilka znowu niedaleko widzieli).

20 marca 2014

Wypadek, czyli gdyby kózka nie skakała...

Biegania nie odpuszczam. Nawet w deszczu, jak ostatnio, albo przed 5 rano, jak dzisiaj. Bo trochę popadało, przelotnie, choć chwilami obficie, tak iście marcowo. Zieleń się przez to odnowiła i młode sosny nabrały widocznego życia.
Zdarzył się dwa dni temu wypadek w koziarni. Doprawdy nie wiem kiedy i jak to się stało, ale jedna mała kózka zerwała sobie wiązadła w kolanie w przedniej nodze. To znaczy tak myślę, że to to, bo nikt prześwietlenia nie robił. Kości są całe, ale noga zwisa bezwładnie i huśta się w kolanku w każdą stronę. Musiała wsadzić ją między jakieś szczeble, utknąć i wyszarpywać się siłą.
Wsadziłyśmy nóżkę w deszczułki i za poradą telefoniczną weterynarza w watę, obwiązaną elastycznym bandażem. Taki opatrunek jednak spada dość często i trzeba go kontrolować. no i w razie czego poprawiać. Do tego małą musimy karmić osobno i specjalnie podstawiać do matki, bo nie potrafi ustać na usztywnionej nóżce. Choć położyć się i podnieść samodzielnie udaje się jej. Ot, i kłopot.

16 marca 2014

Na dystans

To już czwarty poranek z kolei, który zaczynam od przebieżki, do asfalta i z powrotem. Z psami biegnącymi radośnie obok. Sąsiadem krukiem pozdrawiającym z lotu ptaka. Cud dzieje się cały czas! Pojawiły się lekkie zakwasy, ale już znikają. I jakby lepiej mi się biegnie. I łatwiej i z mniejszą ilością przerw dla nabrania oddechu .
Mam znajomych, którzy biegają maratony. Chyba coś mi zapadło w pamięć z ich opowieści dziwnej treści, podczas wspólnego biesiadowania, o tych codziennych bieganiach o świcie wiele kilometrów przez okoliczne lasy.
Jeśli dojdę kiedyś do kilometra, i to bez zatrzymywania się, to sobie medal przyznam. Na razie zaliczam połowę tego dystansu ze sporą zadyszką i kilkoma przystankami po drodze.

A poza tym wczoraj Anna wybrała się do Siedlec i przywiozła na pace siatkę na ogrodzenie ogrodu i pastwiska. Cały dzień wiało, wiatr wiódł chmury, z których wreszcie siknął pierwszy poważniejszy wiosenny deszcz, który pięknie zmoczył nasze suche piaski. Dzisiaj już spokojnie, wilgotno, i głęboko i gładko się oddycha.

13 marca 2014

Zmieniam się

Nie wiem, czy ktoś zauważył, ale rzadziej pisuję ostatnio, a jak już napiszę to bez dawnego polotu, jakieś nudziarstwa codzienne. Dzieje się tak, ponieważ się zmieniam. To objaw z jednej strony zastoju twórczego, czy może inaczej: przyczajenia i czyhania na natchnienie w nowej dziedzinie, ładowania akumulatorów, a z drugiej tego, że się zmieniam właśnie. Na czym to polega? Jak się objawia?
Hm, szczegóły są takie: zawieszam się na długie godziny oglądając różne filmy na YT z interesujących mnie tematów, czytam artykuły i wszelkie informacje z tym związane, poprawiam stare teksty i myślę o ich przekonstruowaniu, nie ma mnie. Każdego dnia otwieram puste okno i gapię się w nie z namysłem. Żadnego ruchu ręki, stuknięcia w klawisze. Słowa nie przychodzą, pomysły snują się jak pełgający dym z rozpalanego z trudem ogniska, nie ma impulsu, nie ma blasku.
No, ale odsiaduję czas i czekam. Przyjdzie. Znam ten proces, te stany.
Potrzebna jest zmiana siebie, od wewnątrz, ze źródła.
Dzisiaj coś szczególnego się stało. Opiszę to krótko.
Zerwałam się z łóżka o 6 rano. Cud sam w sobie. Wciągnęłam stare adidasy na stopy, dresy, polar, zawołałam Kolabę (jedno imię je jednoczy jak nic innego na świecie!) i pobiegłyśmy. Drogą leśną do asfaltu i z powrotem. Niewiele tej odległości, z 500 metrów, ale na początek zawsze coś. Naoddychałam się po czubek głowy, psy się wyhasały po polach, po czym zjadłam śniadanie (klasycznie: sadzone jajko od zielononóżki z dodatkami) i usiadłam przed komputerem.
Nie, nie napisałam żadnego zdania. Ale! Przyszedł poważny pomysł i już wiem, co napisać.
- Cegła ci na głowę spadła? - spytała troskliwie Anna, przyglądająca się temu wszystkiemu z dystansem.
- Może i spadła. Ale fajnie mi z tym - roześmiałam się.
I zabrałyśmy się zgodnie za robienie kiełbasy. Namieszałam 5 kilogramów mięsiwa (częściowo koziego, częściowo wieprzowiny i słoniny kupionych w sklepie) z domieszką przypraw (czosnku, cząbru, kminku, pieprzu, soli i cukru) i zostawiłam do wieczora.
Po południu przybyło mi codziennych obowiązków. Zadzwonił telefon z wylęgarni i Anna przywiozła z Bielska 10 jednodniowych gąsiątek. Przy okazji zrobiła w Biedronce i Kauflandzie trochę wojennych zapasów. Cukru, soli, mąki, kaszy.
Po powrocie przykręciłam maszynkę do stołu i nabiłyśmy kiełbasy ile wlazło. W połowie na surowo, do zamrożenia, na grilla, a w połowie do wędzenia.
I tak się zmiana odbywa.