Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Folklor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Folklor. Pokaż wszystkie posty

29 lipca 2024

Szczyt lata


I kolejny miesiąc lata mija. Czas biegnie swoim trybem. Porzeczki zostały zerwane i spożytkowane, czarne, czerwone i białe. Kończą się ogórki - w tym roku powstał zwiększony zapas sałatek kilku rodzajów, bób został pożarty, zjadamy jarmuż i seler, fasolkę i fasolnik, a częściowo idzie do zamrażarki. Przed nami pomidory i jabłka.
Winko porzeczkowe bulgocze cierpliwie w gąsiorze. Nastawy ziołowych nalewek leczniczych uzupełnione macerują się (glistnik, piołun, orzech, goździk, pieprznik jadalny, dziurawiec).

Przeminął także doroczny festiwal folkowy w naszej gminie. Klasycznie, Anna prowadziła warsztaty ceramiczne i swoje stoisko, w czym jej pomagałam przez dwa popołudnia. Jako i zazwyczaj.


[Zdjęcie sprzed dwóch lat, ale nic się nie zmieniło]. No, może oprócz tego, że stopniowo wszystkim nam ubywa czasu i młodości, co sprawiło, że kilku dawnych znajomych ledwie poznałam przy niespodziewanej konfrontacji. Nie śmiałam zapytać czy i ja na tyle się zmieniłam. Cóż, w środku nic a nic mi nie brakuje, wręcz jakby ubywało mi zmartwień i ciężarów psychicznych, więc dusza wręcz się rozwija. Tyle dobrego.

Anna zaliczyła jeszcze inne jarmarki w okolicy i kilkudniowe warsztaty tradycyjnego wypału ceramiki tzw. siwej w domu kultury w sąsiedniej gminie. Z budową i paleniem stosownego pieca z cegły i gliny, co widać na zdjęciu poniżej.


I przykłady takich podlaskich miejscowych naczyń, robionych bez użycia szkliw.


Było trochę męczących upałów, ale przyzwyczajenie chyba robi swoje, ledwie je zapamiętałam. Teraz pojawiają się co rusz spontaniczne opady, zachmurzenie, wiatr, strząsający jabłka z drzew i pogoda jest znośna pod względem temperatury. 

20 grudnia 2023

Przedświąteczne lśnienie


Po prawie tygodniu stanęłam na nogi, smak wrócił, wyszorowałam nawet kuchenną pieczkę na wysoki połysk, choć już na drugi dzień, czyli dzisiaj, sił nie stało na dalszy ciąg porządków. Sprzątam nie dlatego, że tak wypada, ale że konieczność. A Święta, nasze odrodziny i Nowy Rok warto przywitać w odświeżonym wnętrzu.

Na podlaskiej wsi trwa odwieczny przesąd, mający coś wspólnego z chińskim feng-szuei, że jak komina nie wyczyścisz przed nowym rokiem, okien nie umyjesz i podłogi nie wyszorujesz, to cały następny rok będziesz żyć w brudzie i biedzie. Komin przewodzi energie z dołu ku górze, i nie tylko może się zatkać i doprowadzić do pożaru czy zaczadzenia mieszkańców, ale poprzez niego posyła się życzenia ku niebu, często opatrzone spaleniem w palenisku czegoś w ofierze (mogą być kości z kaczki, ptaka fruwającego albo jakieś zioła wonne). Stąd jeśli jest czysty i cug dobry w nim mieszka to i życzenia biegną szybciej i skuteczniej.
Sztuka feng-szuei uważa, że otworami okiennymi i drzwiami wpada do domu ze świata żywa energia Qi. Jeśli szyby są czyste, drzwi w odpowiednią stronę, we wzmacniającym kolorze, a wszystko dodatkowo opatrzone np. w dźwięczące dzwoneczki to Qi niesie dobro, szczęście i zdrowie. W przeciwnych przypadkach odwrotnie.
Wziąwszy jeszcze i ten fakt, że wszystko to dzieje się w okolicach równonocy zimowej i pory odrodzenia się światła nieba, to wdruk energii jest odpowiednio mocny i rzeczywiście długo działający, aż do następnego okrążenia.

Komin mamy już wyczyszczony, piec lśni, jeszcze tylko odkurzacz puścić w ruch, mopem parowym wymyć podłogi, okna przetrzeć, no i łazienkę umyć, nie jest źle. Bez pośpiechu, zdąży się do moich imienin.

Z jadła i napoju to przede wszystkim śledzie w różnych wariantach trzeba przyrządzić nieco wcześniej, a to zawsze idzie sprawnie. Są kupione, tylko odmoczyć. W wigilię zupa grzybowa w planie. Jarzębiak dojrzał odpowiednio do skosztowania. Nie obżeramy się jakoś specjalnie przez te trzy dni, zawsze z braku ochoty. Duch Świąt sprawia, że nie chce się jeść, bo Sytość fruwa w powietrzu. Po co się więc jeszcze dodatkowo przejadać? 

Anna rozpracowuje z pasją budowę gwiazdy betlejemskiej. Zmywarka cicho chodzi. Ja jeszcze trochę słaba po chorobie lubię po obiedzie uderzyć w krótką drzemkę dla regeneracji sił.
Każdego wieczoru przed snem czytam jakiś fragment książki na czytniku. Teraz zainteresował mnie "Lód" Jacka Dukaja, w zimowym klimacie podróży do Irkucka transsyberyjską koleją na początku XX wieku w towarzystwie Nikoli Tesli, pośród zwalczających się agentur rosyjskich ociepleników i lodowników, aby zbadać możliwość dogadania się z "lutymi", mroźnikami rozwalającymi biologiczne organizmy niczym kwantowy komputer. No, i tak się plecie.

26 września 2023

Jesienne uciechy

I znów był jarmark. Tym razem w Ciechanowcu, z okazji święta ziemniaka. Dojazd i przyjazd łatwy, więc można było kilka godzin postać w oparach smażonych frytek, patrząc jak ludzie pochłaniają ze smakiem? zwykły cukier zamieniony maszynowo w watę. 

Pod strzechą, choć czy to taka, jaką dawniej kładziono na chatach? Może i tak. Jednak w praktyce poza skansenowej nie sposób już dostać słomy ciętej kosą w snopach, łatwiej robić to z trzciny. Łatwopalnej, dużo bardziej niż słoma, zwłaszcza gdy wyschnie w upalne lata.

Trochę wiejskich atrakcji pod publiczkę dla mieszczan. 

I stoisko, kątem oka kamery uchwycone.

Przy którym zatrzymała się miła para czytelników niniejszego bloga. Pozdrawiamy z tego miejsca serdecznie, także w imieniu koziołka Myszkina vel Puszkina, albo nawet i Putina.

Zaś od początku tygodnia ruszyły inne zajęcia, bo trzeba wykorzystać powrót słonecznej i ciepłej pogody. Powstały dwie wzniesione grządki w dawnym sadzie, ogrodzone deskami tartacznymi i wypełnione chruściano-korowo-liściowo-trocinowymi śmieciami, zgrabionymi na podwórzu w miejscach, gdzie zalegała gałęziówka, teraz już pocięta i ułożona na zimę. Z dodatkiem obornika i słomy.

Zbiór malin zmusił do nastawienia ich na sok. Do tego kocimiętka, melisa, aksamitka na susz do herbatek uśmierzających nerwy. Idzie ciemny czas, trzeba się przygotować.

18 sierpnia 2022

Ogarnianie

Jest tyle pracy, że nie nadążam z zapisywaniem bieżących wydarzeń na tym blogu. Sypnęły zbiory owoców, trzeba je przerabiać, nie ociągać się, bo nas zasypią i zmarnują się. Jabłka, czyli dżemy, soki, teraz wyciskane nastawy na cydr. Pomidory, czyli sok pomidorowy i sprzedaż nadwyżek. Ogórek już szczęśliwie się skończył, właśnie pasteryzuję ostatnie słoiki sałatki w zalewach miodowej i meksykańskiej. Trochę też zakisiłam, a małosolne są w codziennym użyciu od dawna. Resztę zjadają kozy. I kaczusia, która je uwielbia. Przy tym cały czas trwa codzienny przerób mleka, sery takie i śmakie oraz jogurt.
Dopiero wieczór, po obrządku i drugim udoju daje chwilę spokojnego oddechu. Spędzamy ją na tarasie, tak od 19 do 21, pijąc herbatkę kwiatową albo domowego cienkusza, z psami u stóp.  I czasem rozpytując kart lub Księgę I-Cing o najlepsze rozwiązania problemów, które się ostatnio międlą. Ale po kolei.

W zeszłą niedzielę Anna wybrała się na wyprawę do Ciechanowca, gdzie urządza się co roku w tamtejszym skansenie "Święto chleba", jarmark z wielką pompą. 

Rozłożyła tam stoisko na spółkę z internetowo poznaną koleżanką rękodzielniczką.

Impreza trwała cały boży dzień. Przywiozła z niej jeden z takich ciekawie zdobionych kubków kupionych zadziwiająco tanio od bułgarskich ceramików. Oraz kolejne doświadczenie "młodego wystawcy".


Niestety był to dzień, gdy na niebie uściślała się opozycja Słońca z Saturnem z kwadraturą ogniskową czynioną przez Marsa z Uranem, co skwitowałam już tydzień wcześniej, gdy Anna podejmowała decyzję o wyjeździe, że bez denerwującego opóźnienia się nie obejdzie. I stało się.
W drodze z powrotem, wieczorem, samochód zaczął stawiać opór. Pękła zdaje się miska olejowa i maszyna nie dojechała do domu, stanęła w sąsiedniej gminie. Na amen. Trzeba było wzywać lawetę, co szczęśliwie się udało. I Anna wróciła ciemną nocą, wieziona za kierownicą na przyczepie.

Od tej pory ogarniamy problem. Po naradzie z mechanikiem wiemy już, że trzeba kupić nowy wóz. Zatem dyskutujemy jaki i na ile nas stać. Samochody dostawcze bowiem podrożały, i starsze od naszej renówki, z dużo większym przebiegiem, kosztują 1/3 drożej niż nasza przed kilku laty. Jest o czym gadać letnimi wieczorami na tarasie. 

7 sierpnia 2022

Na straganie

Anna wykorzystuje możliwości, jakie dają wakacje i rozhulała się z wyjazdami na festyny i jarmarki. Nawet samochodu do końca nie wypakowuje. Wczoraj czyli w sobotę, zaliczyła Muzyczne Dialogi w Mielniku nad Bugiem. 

Nie było dokarmiających kół gospodyń wiejskich, można było kupić sobie gofra, loda, frytki, miód lub piwo itp. Na straganach "plastik-fantastik", wyroby szydełkowe, makramy, wyroby z drewna, no i nasza ceramika. Oto kilka przykładów. Kubki z motywem kawowym.

Patery z ręcznie malowanymi wzorami.

I "liść" z niedawno kupionym fajnym szkliwem.

Z muzyki zespoły klezmerski, cygański, białostocka "Szeptucha" i ukraińskie Hajdamaki, jako gwiazda wieczoru.

1 sierpnia 2022

Niepewne lato

Pogoda się skiepściła, mokro, chłodno. Dla pastwiska to dobrze, ale dla żniwiarzy niekoniecznie. Ceny w skupie dla zbóż na razie znośne, ale czuć jakąś niepewność. Po ogromnej ulewie nocnej trzeba było wyzbierać opadłe jabłka w sadzie. Kilka wiader, dzisiaj przerabiam na soki, bo na tyle już dojrzały, że się da. Dobrze, że pewien zapas cukru zrobiłam, bo w sklepach brakło zupełnie. Choć w internecie można kupić, ale po horrendalnych cenach.

Anna zaliczyła kolejny jarmark, czy też lokalny festyn, jak zwał tak zwał, w sąsiednim powiecie, w Orli. Z rękodzielników były tylko dwa stragany. Reszta odpustowe badziewie, lizaki i plastikowe zabawki dla dzieci. Oraz koła gospodyń wiejskich, które imprezowały pod drzewami i częstowały pysznym żurem z kiełbasą swojską, za przysłowiowe "co łaska". Muzyka była skoczna. "Graj Cyganie" i gwiazda z filmu Smarzowskiego "Wesele". 

Zdjęcia stoiska. 

Pomysł z drabiną i deskami jako przewoźną, łatwo rozstawialną i zwijalną wystawką jest wygodny i sprawdza się w praniu.

Poza tym w tunelu rośnie jak trzeba, acz zimne noce i wilgoć wywierają swoje wpływy. Przede wszystkim wegetacja zwolniła, ogórki się kończą. Kolejne buraki trafiają do garnka i do piwniczki na zapas.

Powolutku zaczynają się pomidory, na razie żółte. Anna podlewa je gnojówką z ziół i psika profilaktycznie roztworem z drożdży, bo przy takiej pogodzie łatwo o pleśnie i zarazy.

Pierwszy raz w dziejach naszych upraw pojawiły się też bakłażany.

W lesie zaś zaczęły się grzyby. Kurki stoją w skupie wysoko. Opłaca się je sprzedawać. Są tacy, którzy oczywiście reperują sobie budżet tym sezonowym sposobem. Nawet Anna, gdy jej się zdarzy nadmierny zbiór, taki nie do przejedzenia, odwozi grzyby i ściąga kaskę. 

Ten akurat dał ponad pół stówki.

25 lipca 2022

Czas słońca

Środek roku, czerwiec i lipiec to czas, gdy napór koniecznych prac i nowych sytuacji jest w naszym życiu dużo silniejszy, niż w ciągu całej reszty roku. Nie tylko dlatego, że rolnictwo to dyktuje, ale i dlatego, że obie jesteśmy spod znaku Koziorożca, a lato stwarza dla nas wyzwanie z racji położenia słońca naprzeciw naszych zimowych urodzin. W efekcie nie ma wiele czasu na rozrywkę, a gdy już się taka trafia, to jest ona powiązana ściśle z wysiłkiem i pracą, a nawet ich eskalacją.
Od momentu przesilenia letniego wysiłek się wzmógł. Najpierw sianokosy, potem drugie sianokosy i zwózka siana, całkiem samodzielna, przy całkowitym braku rąk do pracy w okolicy. Potem jeszcze odbył się u nas jak co roku pokaz pieczenia chleba, urządzany przez GOK w ramach projektu albo półkolonii dla dzieci. To jeden dzień przygotowań i następny poświęcony imprezie, zabawianiu "gości" i stadka dzieciaków, które przyjechały z opiekunami na rowerach. Poczęstunek, pokazywanie, objaśnianie itp. 
Zaraz potem rzucił się ogór, podlewanie, zbiór. I porzeczki, to samo. Przy czym w tej sprawie los mi pomógł, a raczej przeszkodził, bowiem większość krzaków czerwonych i białych porzeczek zdążyły przede mną opędzlować kury. Kiedy tylko zobaczyły, że zrywam, zaraz wzięły się do dzieła. To co zostawiłam na następny dzień, cudownie po prostu znikło. Skończyło się zatem na kilkunastu słoiczkach dżemu i gąsiorze wina, które już pięknie chodzi. Przepadło przynajmniej drugie tyle. 
- O, nie! - stwierdziła Anna - koniec z kurami! KONIEC! W przyszłym roku zostają tylko kaczki i indyki.
Mnie w to graj. Kurzych jaj i tak nie mogę jeść, więc całe to bieganie koło kur nadmierne mi się wydaje. Choć kocham wszystkie swoje ptaki i nigdy im nic nie brakuje, ale logika dziejów przemawia przeciw dalszej ich hodowli. Nie wybijemy ich, ale spokojnie dojdą swego końca bez odmładzania stada. Kaczki, gęsi i indyki również znoszą jaja i dla nas aż nadto wystarcza.
 
A potem nadszedł czas festiwalu i kolejne zakręcenie. Głównie dlatego, że Anna prowadzi na nim warsztaty ceramiczne jako pomoc mistrza oraz własne stoisko, co zajmuje cały boży dzień, aż do nocy. Docierałam na imprezę po południu, gdy już prace domowe były ukończone i co nieco towarzysko się odprężałam, witając się ze starymi znajomymi i rozmawiając o tym i owym.

Zdarzało mi się też pilnować kramu. Przy okazji uaktualniam swoją gębusię, po kilku ładnych latach od ostatniego zdjęcia.

A tu też ja w tle, ale bez głowy. I dobrze, bo prace najważniejsze. Wszystkie dzieła z sitodrukiem sprzedały się pięknie. To ostatnie zdobnicze zainteresowanie rozwijane przez Annę, mającą z sitodrukiem i poligrafią dużo wspólnego od lat. I jeszcze zbliżonko.


Poniżej przykłady prac Aninych, których dawno na blogu nie było. 


Mydelniczki...


Na jarmarku wystawiało się przynajmniej kilku profesjonalnych ceramików, ale nie było tak źle z utargiem. Kilka rzeczy trafiło ludziom do gustu i sięgnęli do portfelików. Mimo widma nadchodzącej inflacji czy też gorszego krachu, o którym wieszczą jasnowidze i ekonomiści.

Doroczne trzydniowe świętowanie rdzenności naszej narodowej i tutejszej zakończyłyśmy goszcząc na kolacji mistrza ceramiki Jerzego z rodziną, a raczej częścią rodziny, żoną i najstarszą córką. Piecyk do pizzy spisał się na medal. Sera, cebulki, jarmużu, bazylii oraz sosu paprykowego własnej roboty nie żałowałam. Pogaduszki na tarasie przy świetle solarnym były równie pyszne.

21 października 2014

Letnie pląsania

Na osłodę mojego braku natchnienia do pisania na blogu, daję link do filmiku, który fajnie pokazuje atmosferę panującą na czeremszańskim festiwalu. Nagranie z tego roku 2014.

https://www.youtube.com/watch?v=Qd3sXFpYrSY&feature=youtu.be

Rolę całkiem niemałą gra w nim niespodziewanie nasz Jary Smok! uch, cały w pląsach.

24 lipca 2014

Wokół festiwalu

Zawiesiłam wpisywanie ze względu na nadmiar zdarzeń i notorycznie inny stan świadomości, w który mnie one wprawiły. Powoli wracam do normalności, ale zdaje się, już będzie odrobinę inaczej. Zwyczajnie się zmieniam.
Przed festiwalem, klasycznie, było mnóstwo pracy. Trafiły się fuchy, chociaż Anna zarzekała się, że już żadnej nigdy nie weźmie. Przyszło co do czego, nie odmówiła.
Potem był festiwal, trzydniówka. Anna jeździła na wiele godzin w ciągu dnia, gdyż razem z Jurkiem Fiedorukiem prowadziła warsztaty z gliny, a potem stoisko z wyrobami ceramicznymi dzieciaków z koła garncarskiego przy domu kultury. Przy okazji też wystawiła swoje mydła, które cieszyły się dużą popularnością. Ja w tym czasie pilnowałam gospodarstwa, rozmawiałam z gośćmi, wszystko na sporym rauszu, w który wprawiło mnie mocne roczne winko jabłkowe, w pewnym nadmiarze wypite pierwszego wieczoru.
Apogeum festiwalowe było w sobotę. Koncert okazał się po prostu i jednym słowem WSPANIAŁY. I nie do opisania. Ludzie na widowni również. Panowała ogólna atmosfera przyjaźni i bratania się. Ktoś poczęstował mnie szklaneczką śliwowicy (dostępnej legalnie u zaprzyjaźnionego Słowaka, który od kilku lat zjeżdża ze swoimi wyrobami na festiwal). Ktoś wyściskał przechodząc obok. Co rusz natykałam się na dawnych znajomych i trzeba było się witać. Wystąpiły po sobie same dobre i coraz to lepsze zespoły. Od ukraińskiego Kozak System, przez angielski The Ukrainians, rumuński Taraf de Haidouks po Czeremszynę. Która wystąpiła w zwiększonym składzie śpiewaczym i dała taki popis białego śpiewu chóralnego, że znajomi Ślązacy, którzy po części przeżywali to po raz pierwszy popadli w zachwyt (choć już i tak byli w euforii po występie rumuńskiej orkiestry cygańskiej).
- W jakim języku oni śpiewają? - pytali mnie później i trzeba było objaśniać podlaskie oczywistości.
- Te kilka wolnych utworów na początku to było coś zajebistego. Czemu nikt w Polsce tego nie zna, nie wie? Tu wszyscy śpiewają na widowni razem z zespołem, znają słowa, rozumieją!
Ano tak. 
Niedziela była spokojna, poświęcona bardziej imprezom towarzyszącym, warsztatom tego i owego, konkursom, niż muzyce. Skończyło się wszystko o zmierzchu dyskoteką prowadzoną przez DJ Wojcia i pożegnaniami. 
Pogoda dopisała, było wręcz skwarnie. 
Potem należało festiwal odespać i otrzeźwieć. 

Z innych, już rolniczych spraw to ważna jest historia kubanek. Zdechły prawie wszystkie, po kolei na zarazę wirusową (nasz weterynarz nie jest specjalista od gęsi, a inny, którego nam polecił jako znawcę, obsługuje jedynie wielkie fermy). Został tylko największy gąsiorek, który zresztą wykluł się pierwszy. Dostał imię, Kubuś. Oraz towarzystwo trzech zielononóżek, które się wykluły pod indyczką (z 15 jaj pozostało 7, których nie zgniotła, a z 5 wyklutych piskląt przeżyła trójka, którą odebrałyśmy nerwowej niani, aby dać im szansę odchowania się). Dzięki słonecznej pogodzie Kubuś dnie spędza w zagródce w ogródku przy tarasie, co bardzo sobie chwali. Uspokoił się już po stracie stadka i oswoił ze mną, a nawet złapaliśmy ze sobą dobry kontakt.

No, a brojlery poszły pod nóż, a raczej pod siekierę. Jednego już zjadłyśmy, oj, smakowity. Miały wagę od 1,5 do 2 kg. Kartoflami, osypką, twarogiem, zielonym i serwatką karmione.

5 sierpnia 2013

Tydzień towarzyski

Działo się nieco w minionym tygodniu, głównie towarzysko, stąd cisza na blogu. Teraz daję skróconą relację.
Najpierw, w poniedziałek Anna pojechała do Bielska po odbiór psa. Przywiozła czarnego szczeniaczka, suczkę, którą ktoś podrzucił w Białymstoku dobrej osobie i ta dała ogłoszenie w internecie. Wpadłyśmy na nie w poszukiwaniu następczyni dla znowu kontuzjowanej Koli, i w ten sposób Laba (Labunia, Labuszka, Labcia) znalazła się u nas.



Zabawny z niej piesek i inteligentny. Szybko łapie nauki, z naszej strony i ze strony Koli, kotów, kóz i drobiu.
Następnie wpadła do nas nasza przyjaciółka ze stolicy, Niejaka. W zamian za pobyt nauczyła Anię robić mydło. Przywiozła wszystkie potrzebne akcesoria, a Anna wyciągnęła z zamrażarki przechowywaną na tę chwilę siarę, udojoną z Felicji (to ten żółty - naturalnie - płyn w pojemniku)..


Przyrządzoną starannie miksturę, wydzielającą hm, mocny nawozowy odór przelała do formy.


I wygładziła. Opatulone ciepłym chodnikiem przetrwało noc w chatce i przegryzło się.


Wyjęte z formy i pokrojone na drugi dzień dojrzewa teraz w kredensie. Pachnie bardzo przyjemnie łagodnym mlecznym zapachem.
W dniu wyjazdu Niejakiej przyjechała w odwiedziny moja rodzinka. Wreszcie! Oto jej cząstka, przy pracy. Paulinka i Marceli, moje siostrzeństwo, u krosien w chatce dziadka. Juniorowi bardzo się spodobało tkanie, podobnie zresztą jak i lepienie z gliny, choć do tej pory zarzekał się, że zostanie sławnym kucharzem. I nawet udzielał się mocno w domu przy robieniu ciast i napojów.


W sobotę odbyła się także w chatce dziadka kolejna edycja Szkoły Ginących Rzemiosł, przyjechały na rowerach panie i dzieci z Czeremchy, było tkanie i cięcie szmatek na odpowiednie paseczki. Oraz oglądanie zwierząt, oczywiście.
Wieczorem trafiliśmy jeszcze całą ekipą rodzinną do Mielnika na "Dialogi Muzyczne nad Bugiem", akurat na koncert Czeremszyny.
W niedzielę goście wyjechali. A dzisiaj leje, zatem zwierzaki pod dachem, można jeździć i zająć się handlem oraz niezbędnymi zakupami.

22 lipca 2013

U źródła

Było kilka dni festiwalowych, które w tym roku przebiegły dla nas spokojniej, niż do tej pory bywało. Nadmiar pracy, jak dotychczas, uzupełnili za to goście.
Miałyśmy zatem na podwórku camping pewnej rodziny z Radomskiego, dwoje bardzo sympatycznych dzieciaków i rodzice, których poznałyśmy już w zeszłym roku na festiwalu, jako miłośników mojego bloga. Mieszkają w małej miejscowości, uprawiają swoją małą działeczkę, hodują kury i przyrządzają własne wędliny i przetwory, zafascynowani samowystarczalnością.



A na poddaszu stacjonował mistrz ceramiki Jerzy ze swą drugą połówką, Liwią. Co prawda z nimi widziałam się głównie w czas koncertów, rankiem i w nocy, gdy zjeżdżali z imprezy, bo mieli na niej swoje całodzienne stoisko. Ale najważniejsze informacje z życia sobie przekazaliśmy i okazało się, że jesteśmy już chyba szczerze zaprzyjaźnieni. W tej czułej dziedzinie jednak trzeba trochę się pospotykać i pogadać o tym i owym, aby coś takiego rzeczywiście zaiskrzyło.
Nasi goście rozpoczęli już szczęśliwie budowę domu na swoim nowym siedlisku pod Ełkiem, w typie słoma i glina. Jerzy jest całkiem zakręcony budową. A co do wolontariuszy, zjadających więcej, niż warta jest ich darmowa praca żeśmy się razem pośmiali, mając podobne spostrzeżenia.

Zdjęć z festiwalu nie daję żadnych, bo zwyczajnie ich nie robiłam. Powiem tylko, że Źródło zabiło trzy razy. Tylko trzy, albo aż trzy. Pierwszy raz w piątek na występie Czeremszyny, świeżo z Francji wróconej, która dała z siebie bardzo dużo swojskiego blasku. Aż mi się czakry odblokowały i nieomal tańczyłam. Drugi raz w sobotę podczas występu angielskiego Transglobal Underground wraz z Albańczykami z Fanfara Tirana. I po raz trzeci w niedzielę, gdy już tylko źródełko psiknęło kilka razy przy dźwiękach ukraińskiej grupy Hulajhorod i białoruskim śpiewie Apostazji Nahajkiewiczowej, śpiewających przy polskiej grupie R.U.T.A. Jednak punkowa wersja dawnych pieśni buntowniczych chłopów pańszczyźnianych słabo nam przypadła do gustu i gdyby nie owi cudowni i magiczni ruscy śpiewacy, żadna kropla źródlana by się nie wylała. Moim skromnym zdaniem, oczywiście.

Dzisiaj wszyscy goście rozjechali się w swoje kierunki. Oto jeden z nich.



Przedtem jednak Jerzy, w zamian za wymianę barterową, dał Ani lekcję toczenia na kole garncarskim.


W chatce dziadka.

2 czerwca 2013

Na co dzień i od święta

Toczą się dnie bardzo pracowite, całkiem wbrew temu co pokazuje poniższa ilustracja. Chce się powiedzieć za Szekspirem: "Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś..."... A marzy mi się taka spokojna drzemka bez zobowiązań, oj, marzy. Kluseczka zagospodarował sobie wolną przestrzeń i wygospodarował mieszkanko w korobce słomianej, ręką Anny uczynionej. Oto przykład, do czego mogą nadawać się słomiane naczynia, świetne z nich gniazdka, i gniazdeczka dla domowych milusich. Zresztą.


Dnie kręcą się stale wokół tych samych czynności, jak to ciepłą porą, jeden za drugim przelatują jednakowo. Warzę sery, karmię drób, tuczę to i owo, pasę i doję. Mało czasu na cokolwiek innego. Tym niemniej czasem zdarza się okazja odetchnięcia od pracy.
Wczoraj odbyły się w Czeremsze ukraińskie "Dżereła", w innym terminie niż zazwyczaj. Miejscowi zeszli się licznie, a muzyczka zagrała, całkiem całkiem. Na zdjęciu gra zespół z Narwi "Narwa", śpiewający (moim zdaniem) po ukraińsku. Podobało mi się. Mieli "narwa".


Były tez stoiska. W tym roku przyjechali wystawcy z Ukrainy z innych branż, niż dotychczas. Ceramicy. Oto przykład na przykład.


Na Ukrainie, zresztą podobnie jak na Białorusi rękodzieło ludowe wysoko stoi. Nie zostało zniszczone przez przestrojenie systemu. Są tam ludzie, którzy umieją, prosperują i mają zbyt. Nie to, co u nas. A ich wyroby wcale nie są powalająco drogie, jak to bywa u polskich rzemieślników.


Oprócz ceramiki można się było wystroić, nastroić, ustroić, jak kto woli. Kobiece soroczki, pięknie ręcznie haftowane. Do wyboru do koloru.


I dziewczęta i chłopcy z regionalnego zespołu tańca, nie pamiętam już z jakiej podlaskiej miejscowości, więc nie będę zmyślać.


15 maja 2013

Niedzielne rohulki

Udało się szczęśliwie ściągnąć zdjęcia z pamięci aparatu. I daję zaledwie kilka (bo późno i w ogóle pospiech, a jutro trzeba raniutko wstawać) obiecanych zerknięć w minioną niedzielę. 
Otóż z internetu dowiedziałyśmy się, że w ramach festiwalu zainicjowanego w bielskich Studziwodach, także w naszej sąsiedniej wsi przez las odbędą się obrzędy wiosenne, kultywowane w dawniejszych czasach przez miejscowych Rusinów. Majowe śpiewania odprawiane w tydzień po Wielkanocy (prawosławnej rzecz jasna), pod nazwą Rohulki na Prowody. Zalicza się owych Rusinów przeważnie do nacji białoruskiej, ale to jest bardziej dyskusyjny temat, w którym mocna nie jestem, więc go tylko jako pewną wątpliwość sygnalizuję. To tutejsi, swoi, zawsze tu byli. Jak zwał tak zwał. Na każdej wiosce inaczej z tym bywa i inna odmiana dialektu występuje. Właściwie białorusko-ukraińskiego.
Wracając do tematu, dzień niedzielny był piękny i słoneczny, jak widać na obrazku. Zajechałyśmy drogą przez las wprost od naszej zagrody zaczynającą się i wysiadłyśmy na samym początku wsi. A i tam właśnie wysiadała z autobusu grupa obrzędowa i ruszała z muzyką przez wioskę. Muzykanci grali na dudach, harmoszce, tamburynie. Poszłyśmy za nimi.


Dotarłyśmy do gromadki akurat w chwili, gdy grupa zatrzymała się przed gospodarstwem, przed które wylegli gospodarze i na zapytanie, czy mogą zagrać i zaśpiewać, otrzymali pozwolenie. Panie z zespołu (który zjechał z białoruskiego Polesia) przywitały zatem niskim ukłonem gospodarzy, trzykrotnie nawołując:
- Christos waskresien!
I trzykrotnie otrzymując odpowiedź od witanych.
Po czym baba przewodnia błogosławiła dom i życzyła wszystkiego dobrego ludziom, zwierzętom i roli. Następnie chór zaczynał śpiewy, a muzykanci granie, zaś dzieci tańcowanie.


Chwila odpoczynku pośród zabawy słowiańskiego chłopca z zespołu, na tle zwyczajnym jak najbardziej dla podlaskiej wioski.


Przed niektórymi domostwami stał stół z tradycyjnym poczęstunkiem dla śpiewaków i tancerzy. I ciasteczka i napoje dla dzieci, i ciasto i zakąseczka do czegoś mocniejszego, polewanego przez najstarszego z rodu. Witano i goszczono się chętnie.


A jak się już artyści rozhulali to i się rozciągnęli malowniczo i zaprezentowali w całej okazałości przed szczodrymi gospodarzami. No, niestety, zdjęcia nie zanotowały dźwięku, czyli towarzyszącej całej sprawie bez przerwy pieśni na ustach.


Poniższe zdjęcie, zrobione zaglądającym ukradkiem dzieciom do starej i niezamieszkanej chaty jest właściwie wstępem do innej prezentacji zbioru fotografii z tej wioski i tego dnia. Zostawiam temat do następnego razu. Mianowicie do parady ruinek drewnianych chat, wpisanych w każdą podlaską wieś malowniczo, i naturalnie, tak jak stare drzewa wpisane są w żywy las.
Tak się miesza starość z młodością, przodkowie z następcami, i tak powinno być w życiu każdego człowieka, jego rodziny i wioski.

0

2 marca 2013

Słowiańskie sny

Nie wiem jak u was, ale na Podlasiu śnieg jeszcze zalega wielkimi hałdami, nie tylko w naszym obejściu, ale i w lasach i na polach. Jest już co prawda mokry i topnieje w słoneczne dni od spodu, ukazując kawałeczki gołej, grząskiej gleby, ale w nocy łapią przymrozki i robi się z tego błotka twarda gruda. Zatem, jeśli wyjedziesz w dzień zostawiając otwarty wjazd, to wróciwszy po zmroku możesz nie móc zamknąć bramy, przymarzniętej mocno do podłoża.
Pan Jacek przeżywa teraz to, co zapowiedział Nostradamus, o czym wspominałam byłam rok temu na tym blogu. Czyli idziemy z historią do przodu. Zdroworozsądkowi są atakowani przez sentymentalistów coraz bardziej, oj, wojenki się szykują, choć nie tylko, niestety takie.
O ile teraz rozpieszczona młodzież miejska walczy z pasją o godne życie i śmierć konia, to należy się spodziewać dalej posuniętych żądań, i coś mi się widzi, że następne mogą być w kolejce kozy. Bo takie milutkie, malutkie, do głaskania, inteligentne, sprytne, mądre i co tam jeszcze... Szczyt marzeń współczesnego Mieszczucha, kochającego przyrodę, dzieci, psy, koty, konie i kozy. Oraz ptaszki. Należeć im się będzie dostojny pochówek za płotem specjalnego zwierzęcego cmentarza, zamiast wstrętnego pożarcia przez wrednego człowieka, który je przyjął na świat, wychował, wykarmił, "odział", a na koniec bezecnie wykorzystał pod każdym względem, podrzynając a jakże, rytualnie, bo jak inaczej, gardło!

Mamy teraz panujący jaśnie na niebie znak Ryb, zapełniony także różnymi innymi planetami oprócz Słońca. W zgodzie z nim ożywają odrealnienia i idee, które życia "nie zaznały ni razu", oraz wyobraźnia, marzenia, jak i lęki, koszmary i sny.
We śnie dowiedziałam się dzisiaj, że podjęcie diety bezglutenowej zatrzymało postęp czegoś bardzo złego w moim organizmie i mam szansę na odzyskanie pełni spokoju, a nawet rzeczywistą poprawę stanu uszkodzonego organu.
Zatem sny się przydają, o ile traktować je rozsądnie i roztropnie, nieprawdaż?

Ostatki wolnego czasu wykorzystuję na tłumaczenie, ale i oglądanie różnych filmików na YT. Dowiaduję się z nich wiele o ludziach śniących swój sen na jawie. A najbardziej ostatnio wciągnęli mnie Słowianie. Oczywiście ruscy, bo nasi, lechiccy to w Krakowie stolicę swoją ustanowili, i stamtąd nadają o genetyce sarmackiej i aryjskiej i o tym, że tacy Niemiaszkowie do pięt nam nie dorastają. Tymczasem ruscy całe nauki ustanowili, na bazie ponoć odczytanych ze starożytnych zapisów wyrytych w metalu nauk mądrości, Wiedą nazywanej, starszą od Wed indyjskich. Otóż można się dowiedzieć przeróżnych rewelacji (co do których, zaznaczam, nie wypowiadam się jakkolwiek, ponieważ żadnych dowodów w rękach nie mam, bo nie zostały one przedstawione, ale patrzeć i słuchać potrafię). Na przykład, że u podwalin Rzymskiej cywilizacji i kultury stoją et[o]-Ruskowie (czego dowiódł jako pierwszy polski uczony lingwista, odczytując napisy etruskie przy pomocy alfabetu podobnego do cyrylicy i głagolicy w języku słowiańskim), że Grecję zasiedlili Pelazgowie, czyli Bocianowie, przybywając z północy poprzez Azję Mniejszą, a Kretę takoż jacyś ruscy, bo udało się odczytać napis na dysku z Festos w języku staro-ruskim!
Patrzę i słucham. Oglądając np. współczesnych nauczycieli starej wiary, rosyjskich guru, w długich słowiańskich (Boże uchowaj, cerkiewnych) brodach (czasem dopiero rosnących). Dowiaduję się z tego różnych kolejnych rewelacji. O tym, że kobieta ma być posłuszna mężowi, nawet głupiemu, bo ten ją przerasta duchowo z samego faktu płci. Jeśli jest głupi, to musi być sprytniejsza od niego i mądra mądrością przodkiń, i tak omotać swojego samca, aby wierzył, że sam wymyślił to, co ona mu podsuwa dla realizacji swoich celów.
Zostawiam biedne kobiety, wstawione na powrót w sztywny schemat jang-in, podobnie zresztą biednych mężczyzn, z których co któryś już jedynie radzi sobie z podstawami życia samodzielnie, bez kobiet, a co dopiero, gdyby musieli nimi zarządzać! Niektóre nauki brzmią pięknie i naprawdę przyjemnie ich się słucha. Nic mi do wielożeństwa lansowanego przez Trechlebowa, który swoim żonom zostawia polecenia na karteczkach zawieszonych na lustrze (w łazience, jak mniemam, po porannej toalecie), to może być fajne i dla kobiet i dla mężczyzn. Albo jako możliwość realizacji swych upodobań przez takich Daimyo-alfów, którzy nie muszą w takim razie na obcy genetycznie islam, czy amiszową religię przechodzić, aby zasiąść przy domowym ognisku w gronie kilku nie-wiast. Wystarczy zostać rodzimowiercą, najlepiej ruskim, bo polscy jakoś nie chcą się z tym na razie wychylić.
Och, jak miło wygląda taki Wielesław, w lnianej soroczce wyszywanej w starosłowiańskie swastyki i wzory czerwoną nicią, przepasany czarną krajką, we wnętrzu równie starosłowiańskim, z ciosanych bali uczynionym i chramem obwołanym, opowiadający o Przodkach i o tym, jak to prawdziwy Słowianin, wzorem swych dawnych, żyje w zgodzie z przyrodą i rzeczywistością, nie popadając w żadne senne i ideowe odloty. Po czym w tle film ukazuje Wielesława przy słowiańskim obrządku chwalenia bogów, oraz zgrupowanych wokół niego wspólwyznawców, po największej części wegetarian, popijających (piwo? miód? ziółka?) z rogu, a jakże - ubitego (bo chyba nie zdechłego!) kozła, składających ręce na krzyż na piersiach i kłaniających się swoim wyobrażeniom sił nadprzyrodzonych.
Sen? Sen, na jawie, a jakże, jako żywo! I to taki, który zapewne i kasę, i utrzymanie, i rozwój, i przyszłość zapewnia.
Dalej dowiedziałam się, że to, co brałam za zabobon, o którym od dziecka słyszałam w kwestii rozmnażania psów (że pierwszy pies, który pokryje sukę psuje lub poprawia rasę wszystkich szczeniąt, które urodzi ona w przyszłości) ma naukową nazwę telegonia i wcale nie jest zabobonem, a faktem niezbitym. Potwierdzanym co rusz przez nauczycieli dyplomowanych rosyjskich akademii, którzy właśnie grupowo - w obliczu zepsucia młodzieży ruskiej krwi przez "żydowską tv" - wychodzą z ukrycia i otwarcie nauczają tego w szkołach. I twarze owej młodzieży słuchającej wykładu naprawdę zdumiewają. Najpierw minki młodzieży płci obojga w typie kurewskich uśmieszków i spojrzeń spod czarnych brwi rzucanych na boczki (tak nawiasem, oj, niestety, ruska nacja jak już się wyzwala, to od wszystkiego, od każdej przyzwoitości i żadnej takiej maski nie nosi, jaką nasi,wychowani w katolickiej kulturze mają zawsze na zawołanie). A na koniec oczy pałające, miny poważne, skupione, godne, pełne pasji. Ot, zagadka ruskiej duszy!
Nie mówię o lechickiej, bo tej nawet namierzyć się nie da bez specjalnego przewodnika, gdzie i jak ją poznać, że tkwi ukryta. Ale rzucić kilka historyczno-patriotycznych haseł, od razu skrzydeł (huzarskich) dostaje i leci Wiedeń uwalniać od niewiernych. Czy to ona może?
Wysłuchawszy kilku nauk starowierczych o wiestach, czyli wiedzących dziewicach, chroniących swój ród duchowo, i mężczyzn z tego rodu oraz narzeczonych, wojujących na wojnie ojczyźnianej, od razu pojęłam zagadki z filmów Michałkowa, szczególnie trzyczęściowych "Spalonych słońcem", biorą się one z wiary Przodków z całą pewnością, o której reżyser ma całkiem zgrabne pojęcie.
Hm, wszystko to z pewnością "dodałoby mi skrzydeł", gdyby dobry samogon się trafił, słowiańską ręką uczyniony, a że nie ma go pod ręką, a w dodatku dietę trzeba mi trzymać, to popadam raczej w zamyślenie refleksyjne i dość smutnawe. W w/w temacie.

Smutnawe, bo Mieszczuchy, które w przeważającej części rodzimą wiarę wskrzeszają i Przodków na świadków przywołują, bawią się jak dzieci w przedszkolu, snem (Salomei?) odurzone. Ruskim to łatwo, bo to już któreś pokolenie, którym wiarę w Boga w historycznym procesie przemian odjęto, i duszę wygnano gdzieś daleko, może na Kamczatkę, skąd właśnie wraca legendarnymi pochodami dawnych Słowian, z głębi północnej Azji do Turcji wędrujących, w łapciach maszerujących, podbijających Grecję i Italię, i Kretę, i po nawróceniu się jako pierwsi na nauki Chrystusa, znikających na Bałkanach? w Czechach? w Polszcze? pośród swoich. I teraz chramy sobie buduje, wołchwów i wiedunów wywołuje, brody im zapuszcza, wielożeństwo propaguje, pozuje na owych Riśich, co Hindusów nauczyli sanskrytem pisać i pouczyli co takiego zapisać mają.
Taki wołchwa Trechlebow, jak i Wielesław prawią o Przodkach, których dusze chcą ciał i każdy prawy Słowianin dba, aby spłodzić dużo dzieci i dać ciało swemu krewnemu w czasie. Brzmi mnie znajomo, bowiem rozpoznałam rzeczywiście swoich krewnych w członkach rodziny i przyjaciołach w tym życiu, jednak pochodzą oni z mojego poprzedniego życia. W którym byliśmy także rodziną i bliskimi znajomymi, ale w innych konfiguracjach. Z życia kompletnie nie związanego genetycznie, fizyką z obecnym ciałem. Jakiś drobiazg przeoczyli panowie nauczyciele? I widzą rzeczy od dołu, a nie z góry?
Takoż potwierdzają, że szare, demoniczne istoty wykorzystują i karmią się ludźmi. Ale tylko mięsożernymi, jak się można dowiedzieć. Bo to jest sprawiedliwe! Zatem wegetariańskiemu Słowianinowi wzięcie i  pożarcie przez kosmitów niegroźne jest... Hm, warto by było w takim razie podsunąć myśl ufologom, aby statystyki zaczęli robić, na jakiej diecie byli i są wzięci. Jeśli się trafi cudem jakiś wegetarianin, to zapewne będzie to krypto-kanibal, o czym już żem raz wspomniała na tym blogu, ale i inni na to wpadli niezależnie.

Ale na ziemię schodząc, to rzeczywiście jest coś takiego w naszych obserwacjach na Podlasiu czynionych, że ruska dusza zagadkowa jest. A nawet boli, co zmusza ruskiego człowieka zapijać się na śmierć, lub do śmierci. Na mój rozum, boli brak owej duszy, którą na Sybir wywieziono dawno temu, ale mniejsza.
Jest też intuicyjne pojmowanie związku z ziemią-glebą-przyrodą-matuszką-Bogiem rodzącym. I nie jest ono chrześcijańskie, choć - tak jak i u lechickiego plemienia - szuka dla siebie ochrony legalnych judeistycznych postaci, Matki, Ojca i Syna. I jest jeszcze coś, myślenie obrazami. Za nic nie skuma racjonalista rad dawanych przez tutejszych odnośnie drogi i celu. Zabłądzi na amen!
Oni opowiadają swój obraz, stojący im wewnętrznie przed oczami duszy, owej zagadkowej, bolącej, i patrząc na ten obraz jak na ekran GPS opowiadają tyle, żeby sobie pytający sam poszukał na tym właśnie obrazku, który powinien tak samo widzieć oczami duszy swojej.
Duszewnost, czuwstwo. Łoj, tak!
Ale z całą resztą już krucho bywa.
Jednak o to mniejsza. Słowianie gryzą się od wieków ze sobą w swoim światku, ale jakoś jeszcze się nie zagryźli, więc chyba nie jest tak źle.
Byle polać odpowiednio, i zakąskę postawić. I najlepiej jeszcze zagrać, i zaśpiewać. A te zabawy w Przodków długobrodych wegetarianom z Miasta zostawić, jako biznes życia we śnie.

Na czym zakończę ten przydługi wywód, udając się na film o wampirach do drugiego pokoju. (ch)Amerykański..

16 września 2012

Podlaskie konserwanty

Jesiennie się robi. Choć nie pada. Ludzie narzekają na brak grzybów, ale jak Podlechita twierdzi, że nie ma grzybów to znaczy, że nie ma co do skupu oddać, ale na obiad na pewno nazbierał. Tak samo jest z piciem na Podlachii. Czasem można usłyszeć od kogoś pochwalną opinię o kimś innym w typie: "Ten to nie pije", albo o sobie zapewnienie: "Ja nie piję", lecz nie należy tego rozumieć dosłownie, że ów ktoś jest abstynentem i do ust niczego poza herbatą i kawą, tudzież kompotem nie wlewa! Znaczy to w języku miejscowym, że jest to człowiek, który się nie urzyna do nieprzytomności, a kiedy skończy mu się butelka nie biegnie choćby pieszo na metę wiele kilometrów dalej, aby ruskiego rojala za grosik dokupić, tylko grzecznie idzie spać przy zadowolonej żonce. Choć zobaczyć Podlechitę abstynenta graniczy z cudem, to często można spotkać takich "niepijących" alkoholików, którzy mają akurat fazę odstawki i odpoczynku, a bo to post jest akurat, albo długie urzynanie się w gronie pijackim wyczyściło kieszeń i jemu i reszcie pijackiej kompanii samopomocowej, i trzeba czekać na kolejny zasiłek z gminy. Taki "abstynent" to czasem i do roboty się prosi, ale ledwie zarobi zaraz mu farmazony przechodzą i już go nie ma. Do kolejnego prześwitu rozsądku.
Inną cechą charakterystyczną podlechickiego pijącego abstynenta jest fakt, że owi rojaliści oraz nierzadko denaturaciarze (wolą niebieski od białego, z przywiązania do tradycji) w większości - bo zdarzają się wyjątki - żyją wyraźnie dłużej, niż ich odpowiedniki z Polski. Potrafią dożyć nawet późnej starości! Paląc i pijąc, lub tylko z czasem paląc i popijając. Zapewne cud to jest nadmiaru świeżego powietrza w tej leśnej i bagiennej krainie. I trybu życia na owym świeżym wozduchu. A to napić się zawsze jest gdzie w pięknej okolicy, na łonie przyrody, a to poleżeć pod sosenką albo oborą, jak już horyłka mocno zakurzy we łbie, niezależnie od pory roku i pogody, a to wrzasnąć na cały las albo wioskę, jak się zachce, a to zapłakać i poskarżyć się wszystkim sąsiadom na to, że dusza bolit, a to za sztachetkę złapać i włoić kompanowi od butelki, bo akurat łypnął pijanym okiem nie tak, a to przejechać się rowerem o zmroku od brzegu do brzegu szosy bez latarki, na pijackiego czuja, albo zdrzemnąć się przy rowerze na drodze, jak horyłka zarzuci. Rano zasię wstać, otrzepać dawno nie zmieniane ubranie i pójść grzybów, ziół, jabłek i innych owoców leśnych nazbierać na skup, albo ukraść trochę gałęzi z państwowego lasu i sprzedać za hroszy, aby mieć co do pyska wlać. Jeść takiemu się nie chce, jada przypadkowo poczęstowany, albo ma troskliwą rodzinę, która mu podrzuca od czasu do czasu zapas solonej słoniny. Palić w chacie też niezbyt potrzebuje, bo go wódka grzeje nawet w największe mrozy. A dobry sąsiad może czasem rozpali w ścianówce, aby pijaczyna nie zamienił się w sopel lodu, jak do trzydziestu dochodzi.
Bezstresowe życie to długie życie wszakże, nieprawdaż? A zimno i śpirt konserwują najlepiej.

Czemu o tym wspominam? Bo jakaś zaraza się na nas uparła, gardło boli i w kościach zaczyna łamać, zatem nalewka - zdrowotna oczywiście - poszła w ruch. Jutro kolejny dzień ciężkiej pracy.

11 września 2012

Dzień szósty pomiędzy

Dzień szósty wypadł pomiędzy niedzielą a prawosławnym świętem, zwanym hołowosiek (niektórzy wymawiają hołowosjek). Porozpytywałam się najpierw bez zaglądania na oficjalną stronę cerkiew.pl, z której czerpię wszelkie informacje wyjaśniające ruski kalendarz. A dowiedziałam się, że chodzi o święto ścięcia głowy Jana Chrzciciela. Zdun orzekł, że nie wie dokładnie o co chodzi, bo to jego żona lata do cerkwi i ona na pewno by wiedziała, a on tylko tyle wie, że starzy ludzie powiadają, aby w ten dzień nie chodzić do lasu, ani nie zachodzić pod drzewa, zwłaszcza jabłonie. Czemu? Bo żmije w ten właśnie dzień zbierają się pod drzewami, gdyż mają jakieś swoje wielikoje swiato przed zimą. Ania zaopatrzona w tę jakże pierwotną wiedzę przekazała ją Sławkowi, który ostatnio namiętnie jabłka zbiera na naszej wiosce, i nam pomaga, w zamian za dowóz swoich zbiorów do skupu. No, i dzisiaj od świtu zbierał jabłka ubrany w kalosze. Napotkany przy płocie od razu wyraził swoje powątpiewanie:
- Co to za głupia gadka z tymi żmijami! Od rana chodzę w kaloszach i żadnej jeszcze nie spotkałem!
- Bo katolik jesteś i ciebie zwyczaj nie obowiązuje - zaśmiewałam się.
No, a zdun zdołał zbudować i zakończyć kopułę z cegieł szamotowych nad chlebową częścią pieca oraz ulepić dwa rzędy kaflowej ścianki zewnętrznej, wtykając w każdy kafel, według naszego żądania po jednym haczyku. Mają służyć do zawieszania tego i owego nad gorącą płytą, przy rozgrzanym piecu chlebowym. W praktyce są to woreczki z grzybami albo suszem jabłkowym, albo makaronem własnej roboty. Różne takie. Czasem zawiesza się a to patelnię, a to durszlak, dla poręczności.

W nocy zaś miałam koszmar. Przyśnił mi się nalot Anonimowych Mieszczuchów na naszą wioskę i zagrodę. Stada milczących osobników w przeróżnym wieku, wysiadających z samochodów, nie przedstawiających się, ani nie wymawiających a czy be, wlepiających wybałuszone gały, jak w ekran telewizora snuły się za płotem i po podwórku, podglądając, oglądając, przyglądając się. Obudziłam się wstrząśnięta.

1 sierpnia 2012

Po-grzmoty

O nawałnicach w Podlaskiem dowiedziałam się z radia. Przypadkiem. Było to w niedzielę. Poszalało w Siemiatyczach, gdzie dachy podobno na 20 metrów daleko fruwały. To ok. 40 kilometrów od nas. U nas pogrzmiało owszem, nieco popadało po południu, podmuchy wiatru złamały dwa kolejne konary ciężkie od jabłek, ale nie przeszkodziło nam to pojechać wieczorem na ukraińskie Dżereła w Czeremsze i posłuchać dwóch zespołów, polskich, z Bielska, ale śpiewających po ukraińsku.
I upałów znów ciąg dalszy.
A ja akurat przy rozpalonej kuchni co dzień. Bo owocujący sad wymusza codzienne zrobienie soku z sokownika (wychodzi na raz od 2,5 do 3 litrów), aby zapełnić piwniczkę na kolejne dwa lata i nie zmarnować daru natury.

23 lipca 2012

Zjazd w codzienność

No, i wkraczamy w strefę uspokojenia. Jeszcze nie ciszy. Festiwal sprowadził ludzi, znajomych, nakręca spotkania, rozmowy, i to teraz się jeszcze wciąż dzieje. Dwa kolejne wieczory koncertowe odbyły się w swoistym nastroju, inaczej, niż zawsze. Drugi koncert odbyłam na stojąco, w grupie śląsko-warszawskiej, popijając słowackie wino. Które zaszumiało mi w głowie, do tego stopnia, że dałam się Michałowi "porwać" do tańca. Na drugi dzień zaś odlotowy nastrój utrzymywał się aż do wieczora. Winowy kac dobrze mi robi na... jasnowidzenie i intuicję. Czego zwykli ezoterycy, ćwiczący swe ciała i umysły jogą, medytacjami, głodówkami i dietami bezalkoholowymi, nigdy nie doświadczają, twierdząc, że trzeba być czystym jak szkło, by duchowe oko się otworzyło. Hm, jestem zwyczajnym człowiekiem. W moich żyłach płynie krew chłopsko-szlacheckich, słowiańsko-germańskich przodków o dość ponurej pokoleniowej pamięci zaklętej w genach. Owóż, nie potrza mi być czystą lśniącą jak szkło. Ale dobrze najedzoną i napitą, owszem. Zresztą wieduni tak mają. Jedzą, piją, lulki palą, zakazy łamią, jako ten Rasputin także. I nie szkodzi to ich trzeciemu oku. Ale zejdźmy na ziemię.
W gościach o poranku zjawił się Gieno M. i żeśmy sobie trochę pogadali nie tylko o serach i przyrządzaniu koźlęciny. W każdym razie dostał ode mnie w prezencie moją książkę "I-Cing - Księga Źródła". Bo Księga była właśnie molestowana w kilku tematach. Pozytywnie dla przyszłości polskich serów zagrodowych, jak myślę.
Koncert niedzielny skończył się dość wcześnie, niedługo po zachodzie słońca, ze względu na odjazd darmowego pociągu festiwalowego do Warszawy. Niestety, nie mogłyśmy posłuchać Słomy i Przedwietrza, podobno było świetnie, ale grali akurat w porze obrządku. Wieczór muzyczny zakończył Todar z WZ Orkiestrą. Wprowadził nastrój, melodię, rosyjskość, poezję, piękny, mocny, dźwięczny głos, harmonię i dowcip. I było bardzo przyjemnie. Bisował i bisował. Publiczność czeremszańska bardzo go lubi i zna, jest tu częstym gościem.
I w ten sposób następuje powrót do codzienności. Co prawda w zwolnionym tempie, bo trwają jeszcze warsztaty, białego śpiewu, no, i nie wszyscy znajomi już wyjechali.

21 lipca 2012

Psychodelia na Podlasiu

Piątek przed festiwalem zaczął się jak zawsze pod górkę. Zmęczenie, nie tylko nasze, ludzkie, ale i tzw. materiału. A to sito się zatkało i nie dało odetkać, a to drugie nie chciało się dopasować, a to farba schła za szybko. Nareszcie ruszyło, po dwugodzinnej nerwowej zabawie. I dało się wydrukować do godziny mniej więcej 16. Potem pakowanie w torebki, wszystkiego w pudło, pudła do samochodu, prędki obrządek biednych, dziczejących ostatnio kóz, przebieranie się w jakieś wyjściowe ciuchy i na imprezę.
Luda najechało się w tym roku ze dwa raza więcej, niż w zeszłym. A w zeszłym było ze dwa raza więcej, niż w poprzednim... Moda na podlaskie klimaty systematycznie rośnie do kwadratu, co można też zobaczyć na tym samym (tj. ilości przyjezdnych) np. w święto Spasa na Grabarce.
No, więc zjechały inteligenckie sfery z wielkich Miast, zapełniły jedyny czynny sklep po godzinie 18 (a jakże, podlaskim zwyczajem olewa się możliwość dodatkowego zarobku), częstokroć stylizując się w kolejce do kasy, aby ukazać najnowsze miejskie pozy i ciuchy wraz z wyszukanym słownictwem. Prym w zakupach wiodły kalafiory i insze wegetariańskie przysmaki oraz piwo.
To piwo, na które i ja, po ciężkim dniu pracy żem się skusiła, a było jedynie z moich strawnych perliste z Lublina, stało się w połowie koncertu przyczynkiem do zaznania nowych muzycznych wrażeń.
No, ale od początku. Początek odbył się jeszcze za dnia, gdy Słońce znajdowało się pod linią horyzontu (w rzeczywistości nad, ale w horoskopie rysuje się kierunki na odwrót), czyli w szóstym domu, odpowiadającym znakowi Panny, tj. w sferze służby, pracy, usług. Dostarczyłyśmy ostatni gotowy towar do centrum zarządzania i przeszłyśmy się po kiermaszach. Z miodem, książkami, płytami, gadżetami, ceramiką (tu powitanie z Jurkostwem i ich dzieciarnią), alkoholami słowackimi, lizakami, popcornem, i żubrem w plastikowych kuflach.
Z pośpiechu i notorycznego przemęczenia nie wzięłam ze sobą zdjęcioroba, ale pojawił się Klaudiusz, nasz sąsiad zza lasa, więc pewna dokumentacja pierwszego dnia festiwalu istnieje. Podiwejte buteleczki.
Doszło do otwarcia imprezy, które nas ominęło, ale od czego zapis kamery. W owej porze lud jeszcze się nie zbiegł, bo szósty dom każe raczej kończyć różne przygotowania i sprawy organizacyjne, niż zaczynać rozrywkę. Dlatego też pierwszy zespół, czeski Bezobratri miał najtrudniej, grali wobec publiki, która nie skupiła jeszcze swojej uwagi na scenie. Oto zajawka.
Umieściłyśmy szczęśliwie nasze zmęczone tyłeczki na najwyższym podium dla publiczności, skąd był najlepszy widok na scenę i na morze głów, które zaczęły stopniowo przybywać i tłoczyć się poniżej. Kocyk na kolanka, w torebce piwo, pełna wygoda odbioru. Słońce schyliło się tymczasem całkiem i zaczęło mijać linię horyzontu, którą w horoskopie zwie się Descendentem (po polsku Schodem). Jest to wejście w siódmy dom, odpowiednik widowiskowego znaku Wagi, którym zarządza Wenus, patronka sztuki. Na scenę wyszły nasze czeremszańskie gwiazdy.
Muszę przyznać, że Basia ma czuja do świetnie wybranych astrologicznie momentów, choć przecież na astrologii się nie zna. Ale właśnie osoby działające publicznie często są podłączone pod prądy i rytmy planetarne na takiej intuicyjnej zasadzie. Nie potrzebują żadnych rachub i kalkulacji zatem, niebo nimi rządzi bezpośrednio, a raczej poprzez nich nami, prostym szarym tłumem.
Basia urodzona w znaku Wagi tak samo w momencie zachodu Słońca, z urodzeniową koniunkcją Wenus i Jowisza, która obecnie również ukonstytuowała się na niebie w znaku Bliźniąt, jako organizatorka festiwalu miała zatem bardzo dobry czas. Luda jak nigdy zebrało się mnóstwo. Co wyzwoliło z Czeremszyny, jej dziecka, wiele energii. Dali czadu tak, że zabrakło mi jak zawsze wolniejszych zadumanych melodii, które dałyby odetchnąć uszom i skołatanej głowie. Oto mały przerywnik w koncercie, widziany okiem klaudiuszowej kamery, zarządzany ze sceny przez basinego Mira.
Po Czeremszynie wystąpił, bardzo kontrowersyjnie wobec nastroju festiwalu, miejsca i czasu, Czesław. I tu odezwało się we mnie perliste. Do tego stopnia, że musiałam opuścić strategiczne miejsce siedzące i ruszyć w poszukiwaniu ustronnego przybytku, gdzie by można ulżyć zbolałemu pęcherzowi.
Nie pisałabym o tym wcale, gdyby nie niezwykłe wrażenie wibracji, odebrane wewnątrz toy-toya na zapleczu domu kultury. W które wprawiało dudnienie dźwięków ze sceny idące wcale nie powietrzem, a ziemią. Nie do przekazania, trzeba to samemu przeżyć...
No, więc owe dźwięki i kontrowersyjność artysty, w wielce jakoś psychodeliczno-dekadenckim nastroju biednego małego chłopca spod znaku Raka (właśnie Czesław miał urodziny-odnowiny), który patrzy na smutną mamusię, gdy wyszła z sypialni z tatą i nie może tego darować nawet w swej pełnej dorosłości całemu światu, zakłamanemu i sztucznie radosnemu, skutecznie popsuły widowni dziecinną radość puszczania nepalskich lampionów szczęścia i wzbudziły "szatańskie" nastroje w pierwszo-czakrowym kolorze krwi, lejącym się ze świateł scenicznych. Niestety, nie było to żadne uwolnienie dla dobra i szczęśliwości, lecz beznadziejnego smutku i wiecznej sprzeczności. Cóż. Miastowi to lubią, żeby zdzierać im ich maski i odkrywać fałsze na różne sposoby. Ale na Podlasiu jest to zupełnie od czapy. Czego przyjezdni chyba nie odczuli, bo przeważnie wozi się swoje klimaty ze sobą.
Pomyślałam sobie, że Czesław, świetny muzycznie, ale... gra w swojej bajce, zaczarowanej przez starą wiedźmę z krzywym nosem i brodawką na chudej gębie i że dawno to już nie jest moja bajka, a może nawet nigdy nie była. Choć zdarzało mi się w życiu uczestniczyć w tym i owym, takoż zaznawać witkacowskich odjazdów u źródła, czy napisać na maszynie najbardziej psychodeliczną i porąbaną książkę na świecie, istniejącą od początku w jednym jedynym egzemplarzu, który żółknie pod moim łóżkiem i nikt jej nie czytał nigdy, oprócz mnie. Tak jest najlepiej. Dla świata, i dla spokojności ducha, który wreszcie do mnie przyszedł. I trzymam się go, czy raczej w nim. Dojąc kozy, karmiąc kury i słuchając dzikich ptaków.
Wielka sztuka, zwłaszcza powyższego rodzaju, żywi się ciągle, aż do zguby żywiciela, nierozwiązanymi kompleksami z dzieciństwa i przykrościami zaznanymi w łonie matczynym. Gdy je rozwiązać, czy i ona ginie? Oby sczezła bezpowrotnie.

13 lipca 2012

Zapracowanie

Kompletny brak wolnej chwili na zebranie myśli. Gra w tym rolę od jakiegoś czasu konfliktowe przejście Marsa w znaku Wagi w kwadraturze do naszych planet w Koziorożcu. Potrwa to jeszcze do nowego miesiąca księżycowego. Mam nadzieję, że nie będzie już gorzej, niż było. W każdym razie temperatura zaczęła maleć, popadują deszcze, już bez burzy i choć pod tym względem napięcie zmniejsza się.
Zaraz potem odbędzie się coroczny trzydniowy festiwal w Czeremsze, tzw. folki.
No, a co się dotąd wydarzyło?
Kicia niespodziewanie (nie zauważyłam rui) urodziła Kluseczkę, jedną jedyną. Wąsika Wąsikiewicza juniora. Hołubi go teraz w kociej budce pod stołem bardzo troskliwie.
Kola ma cieczkę i pasienie kóz bez jej pomocy stało się dodatkowym stresem. Stado z powodu upału zrobiło się rozlazłe i nieposłuszne, włażące samowolnie gdzie nie trzeba.
Padła znowu lodówka. Dzięki pomocy sąsiedzkiej udało się uniknąć rozmrożenia mięsiwa. Po naprawie zaczęła mieć inną przypadłość, chodzi bez przerwy i trzeba ją włączać i wyłączać ręcznie.
Przy okazji też padł zlew i kran kuchenny (oprócz już istniejących nieszczelności i nieużyteczności hydrauliki w innych miejscach), co bardzo utrudnia mi codzienną pracę w domu.
Pracujemy od rana do nocy, naprawy trzeba odłożyć na po festiwalu i zmęczenie narasta, czasami dość rozpaczliwie. Wszystkim tym rządzi Mars i on ma jakiś interes (podejrzewam, że tylko złośliwą satysfakcję) w tym, aby nam utrudnić na każdym kroku proste czynności, jak w wojsku, baczność, akcja, pobudka, do zwariowania. Trudne ćwiczenie woli i samokontroli to jest.
A poza tym "nic na działkach się nie dzieje"...