Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trendy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trendy. Pokaż wszystkie posty

11 kwietnia 2026

Taki ptak

I wiosna przyszła, a wraz z nią nowe ptaszki przyleciały. Inaczej już od sikorek śpiewające, ćwierkające, świergoczące, kląskające, gwiżdżące, gruchające, a także te klekoczące, gęgające i podnoszące wielki poranny czy wieczorny klangor. Jak i zdarzają się te skrzeczące, kraczące i pohukujące, ale już naprawdę dużo rzadziej niż zimową porą. Sikorki gdzieś zniknęły, ale tylko się przemieściły w głąb leśnych ostępów.
Wczoraj raniutko usłyszałam znajome pukanie w okno w kuchni, cisza i znów, i znów. O! Cóż to za natręt? Przy porannych zajęciach ujrzałam za szybą dwóch sikorków :) na gałęzi klonu, pilnie i z ciekawością usiłujących mnie podejrzeć. Wypasione tłuścioszki! To najpewniej moi zimowi goście ptasiej stołówki... Poprawili mi humor na cały dzień.
Dzisiaj uaktywnił się towarzysko kowalik-sąsiad, w podobny sposób. Puka w okno od kuchni, po czym widzę jak sfruwa na taras do karmnika i główką w dół pozostając dziobie chwilę karmę mocno jak mini-dzięciołek, zerkając co chwila na szybę, jakby mnie widział, choć raczej nie widzi. Mam wrażenie, że czuje jakoś moją obecność i wzrok, stąd taka czujność. Bywa, że zamiera nieruchomo na długie chwile, jakby udając że go tu nie ma. I tak na siebie patrzymy każde ze swej prywatnej "niewidzialności".

Poza tym przyszły na świat nowe dzieci, niedługo będziemy je odstawiać od cyca, bo mleko już się marzy. To znaczy udaje się udoić po kubeczku dziennie, stąd jest "śmietanka" do kawy czy dolewka do jaglanki, ale to zdecydowanie za mało na twarożek czy jogurt. 

Anna chucha na roślinki, codziennie wynosi z domu siewki pomidorów i kapustek do cieplicy, a wieczorem wnosi je z powrotem. 

Poza spacerowaniem, obrządkami, gotowaniem i domowymi obowiązkami, rozprawianiem ze zwierzętami, które są najmilszymi słuchaczami, bo przecież nieważna jest treść, a ton głosu, a mam wrażenie, że mój ton bardzo jest dla nich przyjemny, bo są odprężone, strzygą uszami, pokwakują radośnie, gulgają, drepczą przy nodze, zbiegają się, chcą głasków i smakołyków. A to wszystko podnosi serce i umysł, po prostu uszczęśliwia.
I czytam. Teraz głównie fantastykę, ale nie tylko. Obserwuję także amatorsko różne zjawiska w sferze mentalnej naszego narodu, Europejczyków i Amerykanów, ale nie tylko. Przede wszystkim zdążając za filmikami na YT, prowadzona często algorytmem, ale nie tylko. 

Człowiek uczy się wtedy, gdy jest konfrontowany z tym, czego nie zna, widzi lub słyszy po raz pierwszy. Szukam zatem relacji cudzoziemców zwiedzających Polskę, lub Polaków zwiedzających inne kraje. Słucham wykładów językoznawców i tłumaczy z różnych narzeczy ziemskich. Aby zdobyć wyższy pułap (dystans) pozwalający na szerszy ogląd spraw i świata, w którym tkwię i żyję fizycznie, ciałem swoim. Umysł pozwala przecież fruwać dowolnie, jako ten "duch co dmie kędy chce i dokąd chce". Wysłuchuję opowieści o życiu albo ich spojrzeniu na świat z ust mormonów, żydów ortodoksyjnych, Indian, muzułmanów, hinduistów, buddystów czy taoistów. Czytam święte pisma z różnych rejonów świata, mitologie, kroniki historyczne. Po wędrówkach Ossendowskiego przez bolszewicką Syberię i buddyjsko-magiczną Mongolię, po Herodocie (Egipt, Grecja, Persja, Scytia) i Marku Polo (Azja od Bagdadu do Pekinu, przez rejon polarny, Cejlon, po tatarskie stany i z powrotem), po Bitwie na polu Kuru na półwyspie indyjskim, przeniosłam się do Persji, gdzie spędzam tysiąc nocy z Szeherezadą, czytam listy perskie Monteskiusza, ale i studiuję dziwne rytuały zaratusztriańskie wraz z Awestą. Dowiedziałam się tak, że była ona przetłumaczona na polski przez prof. Pietraszewskiego w połowie XIX wieku, ten dopatrzył się w niej źródła słowiańszczyzny (z tej racji, żeśmy jako Słowianie ludem indoeuropejskim), a tym samym wywarła pewne wpływy kulturowe. Jakie? Ano polski autor fantastyczny, Stefan Grabiński wydał tom opowiadań poświęconych kultowi ognia pt. "Księga ognia". I ten właśnie też sobie przyswoiłam. A ponieważ utwory Grabińskiego chwalił jako jedne z ulubionych w młodości mistrz Stanisław Lem, to ruszyłam następnie w jego kierunku i tym samym w przyszłość. Okazało się, że nie znam wielu jego pierwszych książek, zatem zaczęłam od początku studia lemowskie. "Astronauci", "Powrót z gwiazd", jeszcze sporo przede mną, nawet pomijając to co już dobrze znam. Ponadto, aby nie zdziadzieć w tej Europo-Azji powracam do Ameryki Łacińskiej, Majów i Azteków.

Kultura obrazkowa, przeniesiona na ekrany telewizyjne, w postaci filmów i seriali kompletnie przestała mnie pociągać i interesować. Najnowsze produkcje hollywoodzkie, przy pomocy narzędzi AI robione łącznie ze scenariuszami, nie mówiąc o podrasowywanych aktorach, wydaje się obrzydliwością, zmaszynieniem, odczłowieczeniem, "nuuudą, panie nuuuuudą!". Mistrz Lem wystartował w świat maszyn i cyber-tworów, pogrążając się w zamian w awersję i wstręt wobec biologicznych bladawców, oślizgłych i wilgotnych, ale też wskazując do czego prowadzi owa droga. Zdaje mi się, że stoimy jako ludzkość na progu, a jak próg - to jest i wybór. Jeśli wybór to niezbędna jest świadomość. By ją mieć, trzeba posiąść wiedzę i dystans, Dlatego już głównie czytam, a nie oglądam (lub raczej: dużo mniej oglądam, a widzę z pomocą swego umysłu).
Wybór między czym a czym? 

Byciem człowiekiem albo nie-człowiekiem. Proste. 

Większość na razie daje się prowadzić jak cielęta, myśląc że świat jest jaki był i będzie jaki jest. Tymczasem Ten Próg stoi między jakościami, i jeśli go przekroczymy nie będzie już żadnego odwrotu. Nadchodzi ten czas, z dawien dawna zaplanowany. Chcesz być nie-człowiekiem? Uświadom sobie z czym to się wiąże, do czego zmierza, co daje i co zabiera, bo to będzie raz na zawsze! Nie wrócisz już do biologii ciała, będziesz się od niej coraz bardziej oddalał, wchodząc w świat z metalu i plastiku, fal i praw matematyki, stając się jego podległą częścią. W świat wymagający posiadania niewolników, a od ciebie bycia wyższą rasą. Posiadanie niewolników zaś najbardziej zniewala panujących, jak pokazuje Historia - nasza ludzka nauczycielka. Cóż wart pan bez raba? Mniej niż psia kupa, zapewniam.

Chcesz być człowiekiem? Uświadom sobie z czym to się wiąże, czego masz się trzymać, w którą stronę zmierzać, a którą omijać, bo nie twoja jest, tam stracisz to, co masz, raz na zawsze.
Tak przedstawiony wybór, dla kogoś inteligentnego daje proste wytyczne. Jeśli wyborem jest nie-człowieczeństwo - wybierasz ciągłą gonitwę za czymś nowym, innym, która łatwo przerodzi się w ucieczkę przed konsekwencjami, których ostatecznością jest wielkie splątanie, węzeł gordyjski, piekłem zwany. I tak czy siak koniec świata, choćby w jego wersji rozszerzonej do wszechświata i Big Bangu. Jeśli postanowisz pozostać człowiekiem, masz i drogę i trwanie, bowiem ciało kontaktuje cię z Matką, Matka z Ojcem, Ojciec z Synem, którym to ty, Człowieku jesteś, nikt inny. 

Ech, tyle myśli, tyle wrażeń, tyle spostrzeżeń... I o! puka ptaszek w okno. Och, och, och, taki ptak - dobry znak! (Nie-ludziu, pamiętaj, wchodząc na tę ścieżkę, będziesz musiał sobie ptaszka narysować, a jak ci się znudzi - skarykaturyzować, potem spotwornić, potem zabazgrać, i wycierać gumką aż do wessania przez kosmiczną czarną dziurę). Nam ludziom, tak mało naprawdę potrzeba do szczęścia! :) Tylko Ziemi, tylko nieba, tylko wody, zwierząt, roślin, pór roku. I opowieści, modlitwy, wspólnoty, śnienia, smutku i wesela. I na koniec: Papapa! Dziękujemy za teatrzyk!

30 stycznia 2026

Zimna podróbka

 Cały styczeń przeleciał bez wpisu. Było zimno i zimowo, las przepiękny, ośnieżony, poważny, codziennie go odwiedzam, spacerując. 

Mimo to dopadło mnie przygnębienie. Wraz z krótkotrwałą odwilżą, mokrym śniegiem, które już odchodzą szybkim krokiem poganiane przez kolejną, silniejszą falę mrozów. W sercu i głowie jawi się pustka. Film amerykański polecony przez znajomego, zachwycającego się tym razem muzyką (komputerową - jak sądzę po próbie obejrzenia) znowu okazał się komputerowym nieludzkim zgniotem. Zdumiewają mnie ludzie idący z zachwytem w ciemno za tym, co wymieli maszyna w przepaściach swej nieludzkiej obojętności i nieludzkiej logiki. Nie ma w tym sztuki, artyzmu, wyobraźni, czucia i serca, jest wielka podróba. W tej pustce trudno o jakąś radosną myśl, nadzieję, czystość (chyba że za czysty uznać mechaniczny metal połyskujący zafoliowanym plastikiem).
Gadające głowy prześcigające się w wymądrzaniach na każdy temat z komentatorami AI są równie puste. Donoszą już stąd i zowąd, że AI podsłuchuje przy pomocy cipów w aparatach i urządzeniach w całym domu, korzystając z wi-fi. Krążą filmiki, gdzie ludzie gadający z maszyną są już na skraju schizofrenii, albo ogłaszają AI nowym Bogiem, a siebie jego kapłanami.
Inni donoszą z dumą do urzędów na właścicieli psów trzymanych klasycznie w budach na zewnątrz, oskarżając ich o to, że pies czy inne zwierzę nie ma świeżej wody na zewnątrz stojącej, z której mógłby korzystać w każdej chwili. I to teraz, w temperaturach poniżej 10 stopni! Są młodymi "gniewnymi" „ormowcami”, wierzącymi w doskonały system, który zbawi ludzkość i zamieni nasze życie w raj. Doświadczenia przodków dla nich nie istnieją. Przecież maszyna to nie to, co dawna ludzka biurokracja i tyrania. Dawne sposoby życia, jedzenia, ogrzewania się odejdą w zapomnienie, wyśmiewane i ostatecznie potępione. Nowi tyrani już rosną, mają miłe buzie, płaczą na widok głodnego kota, karmiąc go chemiczną trucizną, nie umieją pisać długopisem ani rysować ołówkiem, nie wiedzą co to pieniądz, zmęczenie, głód, cudza własność.
Będzie ich więcej, wiele razy już ich śniłam. Nowi panowie świata, wychowani bezstresowo, dla których inni, zwykli ludzie będą pełnić rolę nowoczesnych niewolników. Wejdą do przypadkowego domu, rozgoszczą się, najedzą, prześpią, zostaną, albo pójdą, czasem to ty albo ty pierwsza opuścisz własne mieszkanie, bo tylko to cię uwolni od niechcianej gościny. Jakże uprzejmego, inteligentnego, zabawnego "państwa", tworu nowoczesnego nad-człowieczego komunizmu, "nowych ludzi".
Śniłam też koniec tego procesu, marny i żałosny, tego co się dopiero nieśmiało zaczyna, co podnosi metaliczną główkę i migocze kolorowymi obrazkami na ekranie. Rozsypie się na części, odpadną mu kończynki, rączki, nóżki, główka. Zostanie potłuczonym śmieciem, zalegającym kopce, albo rozżarzoną surówką w piecu wulkanicznym. Wszystko, co powiedziane na początku, zapisane i starannie przeniesione przez czas w starannie przepisywanych księgach, spełni się. "Nie może glina połączyć się z żelazem"... to już prorok Daniel zapisał.

Jedząc poranną jaglankę z żurawiną i masłem przyglądam się przez okno z miłością sikorkom, sąsiadom kowalikowi i dzięciołowi, rudym sójkom korzystającym z ptasiej stołówki na tarasie. „Częstujcie się, kochane dzieci! Niech was Opatrzność chroni! Uważajcie na siebie... zimno znowu idzie”. Ćwierkają do mnie z daleka, gdy wychodzę na dwór, las skrzypi wieloznacznie, gdy idę, jakby witał się i wymieniał najświeższe wiadomości.
Jak to zrobić, aby ignorować technologię? Nie brać pod uwagę ludzkiego szaleństwa, które nadchodzi? Pamiętam głos sprzed lat, który mnie obudził pewnej nocy: „Ufajcie! Pułapka jest mądrze zastawiona... siedem razy siedem...” Zrozumiałam potem zagadkę tych liczb i znalazłam ją w zapisie Nostradamusa w pewnym almanachu. I obliczyłam. Przed nami jeszcze przynajmniej 40 lat zwiększającego się „wielkiego ucisku”, „który gdyby nie został wcześniej zdjęty, nikt by nie przeżył, i to na całej Ziemi”. W nocy nie mogąc spać, po zakończeniu lektury „Dziejów” Herodota wzięłam się za „Rozmyślania” Marka Aureliusza. I natychmiast chłodna czystość starorzymskich cnót, ludzkiej szlachetności i filozofii owiała mnie chłodnym boskim powiewem, co za ulga!

12 grudnia 2025

Francuska przygoda

Opóźniłam się z poniższą relacją z jakichś takich zwyczajnych codziennych szarych przyczyn jesiennych. Ale ponieważ historia była u nas niezwyczajna, jestem w obowiązku zamieścić ją jednak na blogu.

Otóż około 23 listopada (a więc jakieś 3 tygodnie temu) spadł pierwszy śnieg tego roku i aura mocno się popsuła. Lekko po południu (ale niedaleko do wczesnego zmierzchu) tego dnia przed naszą bramą zatrzymały się ni stąd ni zowąd - trzy konie, mały pies i dwoje ludzi. Anna, ujrzawszy ich z okna wyszła przed dom zobaczyć co i jak. Długo nie wracała. W końcu poszłam za nią wiedziona ciekawością. Targała właśnie trzy kostki siana na taczce. Goście poprosili o trochę siana dla koni.
Okazało się, że pojawili się wędrowcy rodem aż z Francji, poprosili o możliwość rozbicia się namiotem w zagrodzeniu i ugotowania sobie czegoś w domu. No problem. Byli to sympatyczni młodzi ludzie, rozmawiający trochę po rosyjsku i angielsku, ja zaś dołączyłam do tego z moją lichutką w mowie francuszczyzną.
Samuel i Marie, z regionu Anjou, po naszemu zwanego Andegawenią, od 8 miesięcy wędrujący z końmi kupionymi bodaj w Kazachstanie, przez Kirgistan (albo odwrotnie), Rosję, Litwę, Łotwę, Podlasie gdzieś hen za Rzeszów, gdzie mieli w planie dotrzeć „gruzowikiem” i zimować do kwietnia, po czym ruszyć przez Słowację na południe, do siebie.

Wywiedziałam się, że dziennie robili en pied od 16 do 25 kilometrów, zależnie od pogody, choć teraz śnieg nieco ich opóźnił w marszu, koń się pośliznął i muszą uważać na jakość drogi. Ogrzali się przez kilka godzin przy piecu, wysuszyli, ugotowali sobie makaron, poczęstowałam ich zupą burakową czyli la soupe vegetarienne, notre fromage et cacao de ceremonie avec lait de chevre et sucre brun. Smakowało. Dostali wodę dla koni, które dużo jednak nie piły, bo śnieg im wystarczył.

Rozmowa czasem zamierała, bo brakowało nam słówek, mimo że wyciągnęłam ku pomocy moje dwa diksjonery, no i był automatyczny tłumacz w smartfonie w razie czego, ale w sumie było miło.

Następnego dnia Francuzi wpadli o poranku na kawę i herbatę. Opowiadali o wilkach, żubrach i łosiach widzianych przez nich wcześniej, ale u nas nic im się nie przytrafiło. Przy czym największy zachwyt budziły w nich łosie, których nazwę wymawiali jak angielskie wash. A żubry nazywali bizonami. Porozmawiałam trochę po ichniemu, z wtrąceniami rosyjskimi, które nieco rozumieli, nader niezdarnie, co rusz zapominając francuskich czasowników. Mój główny problem był jednak z pojmowaniem mówionej francuszczyzny, bo tego nie trenowałam w ogóle od czasów licealnych, nie było potrzeby. Rozumiem pisany język, potrafię też sformułować jakoś zdania i co nieco opowiedzieć od siebie, ale raczej z brakiem wzajemnej komunikacji. Byli jednak przyjemnie zaskoczeni, że mogą usłyszeć swój język tak daleko od kraju, odpowiadając mi po rosyjsku albo angielsku (tą mową włada Anna).
W każdym razie nieco się wystraszyli słysząc o temperaturach zimowych możliwych na wschodzie Polski oraz dużych ilościach śniegu (tam gdzie zmierzali trwała właśnie zwyczajna kilkudniowa awaria prądu na dużym obszarze z powodu śnieżycy). Pogoda ich zdziwiła. W swojej Andegawenii zimą miewają najwyżej 3-5 stopni na minusie i niewiele śniegu. Rosję i wschodnie kraje przebyli porą ciepłą, w dużej części „gruzowikiem”, a zeszło im tak długo, bo biurokracja tam uniemożliwia szybsze poruszanie się. Zaśmiałam się: Le dernier Français à avoir voyagé ici en hiver fut Napoléon!

Rozstaliśmy się serdecznie i Bon voyage! Vous prenez ce fromage! Oni ruszyli całym swoim stadem na sąsiednią gminę en pied, a my do miasta. Śnieg zaległ w lasach i na leśnych duktach, ale drogi już były w miarę odgarnięte. Tym niemniej mocno im współczułyśmy jeszcze dość długo, mając nadzieję, że przetrwali dzielnie zimno, wilgoć i błoto kolejnych dni.

13 listopada 2025

Nowinki z rezerwatu ścisłego i nieścisłego

Aby uczcić święto narodowe Anna wybrała się 11 listopada na kilkugodzinną wycieczkę zorganizowaną w rezerwacie Puszczy Białowieskiej. Za jedyne 10 złotych bilet. Musiała wyruszyć o wczesnym mglistym poranku, by zdążyć dojechać na czas pod Muzeum. Zebrała się tam grupa około dziesięciu osób przybyłych z różnych miejsc, Warszawy, Białegostoku i mniejszych miejscowości, jak nasza, w przewadze żeńskiej trzeba dodać. Rodzina z dziećmi i reszta dorosłych. Pod przewodem starszej pani pełniącej rolę przewodniczki przeszli trasę około 7-kilometrową. Takich grup było oczywiście więcej i każda osobno i w nieco innym czasie wychodziła na ścieżkę.

Doświadczenie było dość powolne. Z racji listopada nie było nadmiaru pięknych okoliczności przyrody, susza zniweczyła pewne atrakcje błotne, które tam na ogół do tej pory bywały, więc przewodniczka zabawiała uczestników informacjami o historii puszczy, czasach królewskich, carskich i wojennych. Posiadała także w torebeczce malutką, zgrabną książeczkę, którą często wyciągała, ze zdjęciami i opisami okazów możliwych do napotkania w lesie, grzybów, porostów, ptaków, zwierząt, drzew i roślin, aż Annie się westchnęło z zazdrości. Wydawnictwo musiało mieć już swoje lata. Obecnie trudno coś takiego znaleźć w ofercie księgarskiej.

Niedawno kupiłyśmy sobie trzy atlasy ptaków i owadów, aby umieć rozróżniać to, co nam się ukazuje codziennie przy domu. I jakież było moje rozczarowanie! W dwóch różnych atlasach ptasich zostały dokładnie te same ptaki ukazane, z innymi opisami, równie mało wartościowymi, zdjęcia różnej wielkości nie oddające dobrze ani kolorystyki danego gatunku, ani wyglądu samca czy samiczki. Strata pieniędzy! Nawet sikorki bogatki w nich nie uświadczysz, jedynie jedna, nader uboga.
Natychmiast doceniłam moje sfatygowane już dość, dwa małe atlasy, ptaków i chrząszczy, które kupiłam sobie jeszcze w czasach liceum, czyli w latach 70-tych. W tych małych książeczkach zmieszczono całą podstawę gatunków występujących w Polsce, pięknie barwnie narysowaną i opisaną ornitologicznie i entomologicznie z naukową dokładnością, ptaki są podobne do siebie jak najbardziej, i wszystkie sikoreczki, bogatka, modra, uboga, czubatka, sosnówka są w nim uwiecznione, podobnie chrząszcze i chrząszczyki. Wielkość tych atlasików naprawdę nieduża, poręczna, łatwo mieszczą się w torebce i nie obciążają plecaka podczas wycieczki, jak owe najnowsze wydawnictwa psudo-naukowe. Będą mi służyć do końca.

Bożesz właśnie, muszę zapisać, gdyż nie opisałam byłam na blogu, radości jednego dnia wrześniowego (chyba), gdy we wszystkich oknach w domu pojawiły się nagle gromadki furkoczących radośnie powietrznych gości, sikorek, które prosto z drogi przyleciały się pokazać. Rozćwierkane, uśmiechnięte, siadały na parapetach, stukały w szybę, furkotały pod dachem tarasu. "Jesteśmy już! Witajcie! Pamiętamy o was! I wy o nas nie zapominajcie!". No, więc nie zapominam i coś tam im zawsze podsypuję, szykując codziennie karmę dla hodowlanych ptaków, czyli dwóch kaczek i indyczki (Igor właśnie kilka dni temu czmychnął do nieba, naturalnie, ze starości). Sikorki często okupują sąsiednie drzewa, lipę i akacje i podczas spaceru zawsze słyszę ich wzmożone ćwierkanie. Mam wrażenie, że się ze mną komunikują, więc odpowiadam niezdarnym pogwizdywaniem w ich stylu. I tak sobie gwarzymy. Zimą oczywiście dostają stałe mocne porcje przetrwaniowe z ziaren różnego rodzaju zlepionych smalcem, (nie tak jak teraz), a Anna postanowiła ulepić im z gliny specjalny karmniczek.

Poza tym na wycieczce wreszcie uwierzyła, że nasz przydomowy dąb, świeżo niedawno przystojnie podgolony na Kmicica, w porównaniu z tym uwiecznionym na powyższym zdjęciu, to żaden gigant, ledwie stuletni nastolatek. "Tak, to on nas ma, a nie my jego, fakt"...

Ponoć tysiącletnie dęby już nie istnieją, orzekła pani przewodniczka. Jak mają istnieć, pytam. Gdy są wycinane w pień w ich młodości? Dawno poszły na klepki do beczek handlarzy winem, podobnie jak wiekowe sosny na maszty statków takich Kolumbów i Amerigów Wespółcich. Jeszcze kilka lat, a młodzież będzie się uczyć za pośrednictwem AI, że tysiącletnie dęby to jeno słowiański mit był i nigdy takowe nie istniały. No, może 500-latki, najwyżej.

9 stycznia 2024

Kłopoty zimowe


Oczywiście zaraz po poprzednim tu wpisie na temat ciepłej zimy, zawiało, napadało i teraz mrozi ekstremalnie, tzn. bardzo średnie jak na Polskę to ekstremum, bo do ok. 18 stopni na minusie w nocy. Już zresztą po dwóch takich nockach zaczyna się ocieplenie.
Nie obyło się bez całodobowej awarii prądu, w wyniku oblodzenia łączy na dużym obszarze. Przetrwanie było łatwe, wspieramy się lampkami na doładowywane baterie, a ogrzewanie jest klasyczne i nie wymaga energii. Z braku czynnego komputera po prostu w ruch poszły książki i czytniki w długi ciemny wieczór.
Drogi śliskie i oblodzone, wymagają wielkiej uważności, o czym przekonało się onegdaj kilku chwackich stróżów zagrody granicznej, lądując zespołowo w rowie, a potem w szpitalu. No, cóż, mieszkańcy dawno się martwią o swój los, zwłaszcza po sławnym rozjechaniu przez nich królów puszczy na drodze, i tu nauczka spadła z nieba. Zbyt duża prędkość na zakręcie, brak ostrożności, zarozumiałość młodzieży w mundurze na dzikim terenie rodem z regionów zawsze odśnieżanych i jest placek. Naprawdę, przed wyjazdem z garażu trzeba modlitwę słać do nieba o to, aby nie spotkać pędzących nie wiadomo po co i do czego (ponoć trwa spokój w wiadomej materii) przedstawicieli porządku i nie musieć zjechać z kolein na drodze do rowu, aby dać się wyminąć! 

W domu zaś panuje przytulne ciepło. Choinka została już rozebrana, klasycznie, na Trzech Króli, został tylko Mikołajek, robiący za domowego skrzata. A na piecu bigos pyrkocze.

1 grudnia 2023

Gadu gadu i zima w pełni

 


I ścisnął mróz. Nie jakiś kosmiczny, ale nie listopadowy na pewno. Nieco śniegu naleciało, jednak mniej niż np. na Pomorzu, gdzie wilgotność jest większa. Anna zerwała resztki zieleniny z tunelu, którą skarmiam drób.

A drób ma się nieźle. Indyki zostały przeprowadzone ze stodółki pod dębem, zbyt zimnej na taki czas, do indyczarni w oborze, gdzie mają większe pomieszczenie pomiędzy kozami i garażem, ocieplone zatem z każdej strony, również od sufitu, bo na stryszku pełno siana zalega. Dostały świeżą słomianą podściółkę i póki co zimują, wypuszczane jedynie w słoneczne dni na kilka godzin, aby mogły rozprostować skrzydła. Bo fruwać lubią, niczym "orły, sokoły".

Za to kaczusie są mrozoodporne, ale i sprytne bestyje. Upatrzyły sobie legowisko w obejściu, pod resztkami starego tunelu, gdzie żeśmy część słomy zmagazynowały, aby mieć ją pod ręką, gdy potrzebne będzie odświeżenie ściółki w oborze. I tam, chronione od śniegu spadającego na głowę i wiatru dmuchającego w piórka spędzają swój kaczy czas, nierzadko wespół z kurami. Wychodząc jedynie na karmienie i do wodopoju.


My też się grzejemy, wychodząc na dwór jedynie w potrzebie.
Anna przez kilka dni słuchała bezpośredniej konferencji fejsbukowej pod wezwaniem "Żywe siedliska", i cieszę się, że ta już się skończyła, bo z trudem można się z nią było porozumieć w normalnych sprawach. Zaraz słychać było: "Cicho, cicho! Nie gadaj! Przeszkadzasz! Nie teraz! Za chwilę...". Ledwie to wytrzymałam.
To, co niechcący podsłuchałam przekonało mnie, że na ogół młodzi uczą młodych i już po dwóch trzech latach odgrywają ekspertów rolniczych, dietetycznych i ekologicznych, z pełną barwnością i swadą przydając sobie epickiego wyrazu i lecąc na wdzięku osobistym oraz modnym, wyświechtanym już słownictwie i wyrażeniach typu: "energie", "przestrzeń", "wibracje", "oczyszczenie", "wspólnota". Zwolennicy wegetarianizmu piali swoje, po czym dostawali ładunek informacji od praktykujących rolników, że gospodarstwo naturalne rodzące zdrowe rośliny musi być nawożone przez zwierzęta, bo bez zwierząt się nie da i już. A dietetycy przekonywali o wyższości spożywania masła i słoniny, nad olejami. I ich przeczysta ideologia nieco traciła na swej boskiej wzniosłości.
Acz było też sporo wykładów ludzi z pasją, merytorycznie przygotowanych, nie rozwlekłych w swojej opowieści, a nawet kilkoro starszych praktyków rzeczywistości, których warto było posłuchać. Więc co kto chciał to miał. Ostatecznie Anna wyszła z tego zadowolona, nawet zainspirowana i chętna do jakichś nie wiem jakich jeszcze działań, ale jeszcze bardziej ucieszona, że wreszcie się skończyło to nieustanne nadawanie i ma czas dla siebie.
Póki co zaczyna uczyć się angielskiego, i chodzi na warsztaty, przygotowując też przedświąteczne jarmarkowe stoisko. Jakie warsztaty? Ano w niedalekiej wiosce będzie nauka wycinanek ludowych i robienia gwiazdy betlejemskiej dla kolędników prowadzona przez twórczynie ludowe.

19 lipca 2023

Prawie trzy dni ciemności

Jakieś 3 dni temu zapowiedziano nawałnicę. Cały dzień był słoneczny i spokojny, zaczęło się delikatnie zbierać przed wieczorem, ale obrządek poszedł sprawnie i spokojnie. Wszystkie zwierzaki ukończyły swój dzień jak zawsze i nakarmione, napojone, nasłonecznione, wydojone wylądowały pod swoimi dachami bezpiecznie. 

Przy okazji pokazuję ostatnio zbudowane samodzielnie ustrojstwo, zwane przenośnym traktorem dla ptaków.

Tak to wygląda w użytkowaniu przez nianię kurę z jej dziewięcioma indyczętami:

W użyciu jest też zagródka dla innego stada, niani indyczki z jej kaczymi i perliczymi dziećmi:

Jeszcze miejscy ugrzecznieni turyści na elektrycznych rowerach zajechali po drobne produkty z gospodarstwa, i chyba trochę byli zdziwieni, że jakaś zwykła zaganiająca kozy patykiem i niewybredną mową wiejska baba w znoszonym dresie, chwaląca się swym śmierdzącym kozim serkiem, odzywa się do nich jak do równych sobie. Ach, te szufladki w czystych głowach! I delikatne nosy!
Zmieniająca się szybko aura przegoniła nas z tarasu, lunęło siekąc od południowego wschodu mocnym skosem czynionym przez silny powiew wichru. Już chwilę potem nie było wody w kranie ani prądu, a z oddali niósł się głos syreny wzywającej strażaków do akcji.

- Och, jaka szkoda, że nie podstawiłam pustych wiader pod okapem dachu, kozy miałyby rano deszczówkę do picia! - zawołałam, ale na szczęście wodę dość szybko włączono, awaria hydroforni zawsze ma absolutny priorytet we wszelkich naprawach w gminie. Niestety, nasza wioska i takie jak nasze, gdzie mieszkańców jest jak na lekarstwo stoi zawsze na końcu w kolejce. Tym razem brakowało zasilania przez dwie noce i półtora dnia. Wicher połamał drzewa w gminie, zerwał kilka dachów i uszkodził łącza w wielu miejscach.

Co do zamrażarki nie było strachu. Już nieraz wypróbowana w dłuższym okresie, więc wiem, że zamrożenie może się utrzymać pięć i nawet chyba więcej dni (dalej niesprawdzone), zwłaszcza, gdy jest pełna i zawartość głęboko zmrożona.

Rano następnego dnia po prostu napaliłam pod płytą, aby zagotować wodę na kawę i umycie akcesoriów serowych, z rozpędu ugotowałam też wszystko co trzeba innego, obiad i karmę dla ptaków na następny dzień. Z tego bojler nagrzał się na tyle solidnie, że starczyło ciepłej wody na dwie kąpiele. Niestety, zabrakło zmielonej kawy, a młynek nie działał. W zamian jednak było kakao, w sporym zapasie kupione.

Padła mi akurat bateria czytnika, więc zabawianie się rozpoczętą lekturą nieznanej mi książki Verne`a „Pan świata” na zmianę z „Bożą inwazją” Philipa K. Dicka nie było możliwe. Wróciłam jednak dzięki temu do lektury książki papierowej i dokładnie przestudiowałam w wolnych od komputera chwilach przypisy do „Podróży nocnej do najszlachetniejszego miejsca” Ibn Arabiego. Dopiero wtedy zorientowałam się, że ich autorką i w ogóle tłumaczem tej starożytnej, przepięknej, mistycznej księgi jest kobieta. Kobietą była również redaktorka tekstu. Ho ho ho!
Anna zajęła się tymczasem szkliwieniem prac ceramicznych, bo większość wyprzedała na niedawnych jarmarkach okolicznych i musi zrobić nowe.

Czytnik i telefon dało się zregenerować korzystając z powerbanka, po czym następnego ranka wyczerpany został nabity znowu słońcem dzięki turystycznej paneli fotowoltaicznej. Działało też radio oraz wieczorem lampy słoneczne na tarasie, wniesione potem do pokoju. Długo ta zabawka nie była potrzebna, ale wreszcie okazało się, że warto ją mieć i sprawdza się w takich okazjach dobrze.

Kolejnego dnia jednak nie miałam już cierpliwości palić pod płytą, zwłaszcza że szło na upał, a suchy chrust się wyczerpał, mokrym po deszczu już tak sprawnie nie idzie gotowanie. Trzeba było jednak zakupić butlę gazu i przeprosić się z kuchenką gazową. Co poszło sprawnie i umiliło mi dzień. Prąd wrócił około południa.
Z tej radości na obiad przyrządziłam pierwsze leczo, z wykorzystaniem rozmrożonej zeszłorocznej papryki i tegorocznej cukinii i patisona, które podarował nam zalany obfitością ogrodu sąsiad, taczką nadmiary swych płodów rolnych zwiózłszy. Nasze jeszcze jakoś w powijakach. W zamian są jednak inne.

3 lipca 2023

Piękny potwór a natura

Pogoda jak to przy pełni, niepewna. Trochę wiatru, trochę chmur, trochę rosy i dżdżu, trochę słońca.
Trwają prace przy konstruowaniu kurzego traktora. Trzeba było kupić siatkę wolierową, taką, owaką. Przeszukać zakamarki w szopce i wyciągnąć deski, beleczki i resztki płyt z różnych budów zdatne do konstrukcji. Anna docięła je pod wybrany wymiar i przy pomocy pomagiera złożyła w całość, umocniła, ze mną zaś naciągnęła i docięła siatkę, teraz stanęło jeszcze na drzwiczkach do tego ustrojstwa. Praca delikatna, wymagająca skupienia i odporności na stres. 
Dlatego nasze dwa wylęgi kaczo-indyczo-perlicze wciąż wychodzą na zmianę do zagródki, jedynej zabezpieczonej szczelnie od zewnątrz i od góry specjalną siateczką. Do tego przedwczoraj pojawił się na świecie trzeci lęg. Już prawie uznany za nieudany eksperyment.
Kurza kwoka wysiedziała 9 jaj od Halinki i wylęgła 9 indycząt. Żwawych i silnych.  Kolejny problem logistyczny do pokonania. Póki co próbujemy te dodatkowe dzieci sprzedać. O ile jednak na początku sezonu jaja i małe indyczęta szły od ręki, to teraz nikt nie odpowiada na ogłoszenie. Trudno, jakoś będziemy je chować i czekać na klienta. Szkopuł w tym, że kwoka ma w zwyczaju szybko, już po miesiącu czy tak jakoś, ledwo odchowane kurczęta odpychać od siebie i porzucać. Co dla indycząt jest zgrozą. Indyczka bowiem prowadza je i chroni troskliwie prawie do dorosłości.

Poza tym zaczynają się z wolna zbiory ogórków. Te poniżej na obrazku poszły wszystkie już na drugą porcję małosolnych. Ponoć rakotwórcze, jak ogłosił urząd europejski od zdrowia (czy raczej chorób), ale jak sądzę dotyczyć to może w istocie ogórków zachodnich, z dużych gospodarstw, gdzie podlewa się szklarniowe uprawy wodą z gnojowicy. Mieszkańcy Niemiec od lat już narzekają na brak smaku w jarzynach, znajoma mówiła, że wszystko tam smakuje jednakowo, tylko wygląda inaczej. Dlatego polskim jedzeniem była zachwycona. A rozmawiałam z nią na ten temat już prawie 20 lat temu.
Pamiętacie historię sprzed kilku lat, gdy w Niemczech zmarło trochę ludzi w wyniku zjedzenia surowych ogórków? Całą sprawę wyciszono skutecznie, ale rolnicy wymieniali się uwagami właśnie na temat owego nawożenia i podlewania substancjami pochodnymi od zwierząt karmionych wiadomo jak w chowie zamkniętym. Najwyraźniej problem się nawarstwia, ziemie jałowieją, użyźniane sztucznie lub takim to pseudo-naturalnym cudem biotechnologii.
Mój mistrz Michał wieszczył, że ogromne połacie pól zostaną porzucone jako ugory, z powodu "pięknego potwora, którego zrodzi ziemia". Jak sądzę miał na myśli także uprawę roślin modyfikowanych, pięknych i dorodnych z wyglądu. Ale dobrze, dobrze, wierzcie nie wierzcie, zamknijcie oczy i uszy. My osobiście na razie nie boimy się rakotwórczego kiszonego ogórka, bo wszystko uprawiamy w zgodzie z Matką Naturą. Ale mieszczuchy niech lepiej baczą, co i od kogo kupują w tej materii, bo i do Polski zaraza produkcji zmechanizowanej przyszła, jedynie ma mniej lat.


I dla urozmaicenia i uspokojenia tematu trochę innej natury wrzucam. Glina, ceramika, wzorek z przyrody wzięty, mydelniczka pod mydełko domowej roboty (jakby ktoś pytał). Prosto z pieca wyjęta.

1 stycznia 2023

Fajerwerki i miecze

Wieczór sylwestrowy w planie miał być wieczorem zaglądania w przyszłość poprzez karty. Ale głowy puste obu rozpytujących sprawiły, że karty gadały trzy po trzy.

- Patrz, ta Dama mieczowa to kobieta w jakiejś determinacji, kogoś straciła nieodwołalnie, ma za sobą bolesną przeszłość, a teraz chce powojować, aby coś ważnego jeszcze zdążyć zrobić.
- Kto to, ja? Ty?
- Nie sądzę. Mówię co widzę. Może później coś mi przyjdzie do głowy... No, więc słuchaj. Czego chce ta babka, to mówi druga karta. Całkiem przyjemna, spokojna. Ona walczy o bezpieczeństwo i święty spokój, jadło i napitek. W takim razie tego nie ma, a chce mieć.
- I co dalej?
- Dalej jest Rycerz mieczowy, męska zwarta wojownicza energia prąca odważnie do przodu i podejmująca ryzyko, przeważnie grupowa. Ona będzie wśród nich i wybije się jakoś na czoło, choć wszyscy będą zaangażowani w podjęte zadanie jednakowo, aż do zwycięstwa. Te miecze to konflikt, zimno, czasem rany, broń i pojedynki, na słowa, poglądy, ale i inne trudne tarcia i starcia. 
- No, dobrze, nic nie rozumiem, ale jak to się skończy?
- Właśnie. Odwrócona szóstka Mieczowa to jest jak przewrócony okręt, który nie może wypłynąć w daleką podróż, z powodu jakiejś przeszkody nie do pokonania, albo katastrofy. Coś im wszystkim się nie uda, choć tych dwoje, Dama i Rycerz wygląda, że jakoś to przetrwają, a klucze rozwiązania będą w rękach kobiety, bo ona jest w zestawie najsilniejsza. Ale tyle mieczy, czyli kart pikowych, to jakaś smutna i gniewna historyjka. Nie wiem nic więcej. Pewnie niedługo dowiemy się, o co szło w kartach, jak znam magię i życie.

Udało się przejść spokojnie sylwestrowy długi wieczór przy post-apokaliptycznym filmie skandynawskim, pt. "Krab", ziejącym mroźną Północą i pokazującym ruinę cywilizacji w sposób oszczędny, nie tak fajerwerkowy, jak efekciarskie amerykańskie produkcje. Bohaterka, która straciła bliskich wraz z ekipą zwerbowanych komandosów przedarła się na teren wroga przez zamarznięte morze, gdzie miała odpalić zabójczego wirusa. Poszła jednak po rozum do głowy i plan nie udał się...
- Aj! - zawołałam po kilkunastu minutach oglądania - Już wiem o czym były karty! Opowiedziały nam ten własnie film! Skończy się zatem boleśnie.

Pewnie przez tę jego realistyczną oszczędność w efektach Anna nagle przejęła się i zaczęła wspominać o surwiwalowych sposobach na przetrwanie wrogiej ekspansji.
- Taki karabin zamontowany pod stołem, fajna rzecz...
- Albo, jak wymyślił nasz kolega, zapas trujących suszonych grzybów zostawiony przy kuchni, żeby wróg się nażarł i zdechł... - dopowiadam. - Choć bałabym się zemsty losu, bo można zapomnieć gdzie się co schowało i taką trutkę samemu zjeść przez nieuwagę.
- Jedzenie poutykane tu i tam. Siekierka w lesie. Zwierzęta trzeba by najpierw rozpuścić, żeby miały choć małą szansę. Jakieś nasiona w zapasie. I krzesiwko.

Z tym poszłyśmy spać na kwadrans przed północą. Ledwie się wyciągnęłam w pościeli poderwał moją uwagę huk noworocznych petard, puszczanych corocznym zwyczajem, przez chłopaków z wioski. Psy nawet uszami nie zastrzygły. Kozy i kury pewnie też. Ze zwierzem domowym czy hodowlanym na dalekiej wiosce jest inaczej niż w mieście, bo wokół rozciąga się przestrzeń do ucieczki, a gospodarz zachowuje spokój. Choć zapewne takim żubrom, łosiom, sarnom, lisom, zającom czy borsukom, a nawet wilkom, co się plączą w okolicy, należy się przypomnienie, gdzie jest nasze ludzkie terytorium. I że jeszcze tu trwamy.

Obudził mnie wyjątkowo ciepły i słoneczny dzień.

25 listopada 2022

Fałszywe ciepło

Sztuczny prorok z takim fałszywym triumfem obwieszczał ciepłą zimę w tym roku, że zmiana na zimną, która nadeszła z dnia na dzień, każe wierzyć w tekst święty. Prawda jest w nas i nas wyzwoli. 

Na szczęście zgromadzone zapasy pozwalają nam zimować nawet do wiosny bez żadnych zakupów w Biedronce, zatem zaśnieżone drogi nie są nam straszne. 

Gusie, Balbin z żoną Pulcią ciekawie zaglądają do wnętrza, nie tylko z ciekawości, ale i dla rozgrzewki, bo z ziemianki bucha ciepłem w porównaniu z temperaturą zewnętrzną, ciągle już na minusie. 

Cieplica skulona pod śniegiem skrywa wewnątrz trochę świeżej zieloności. W tle zaś długi tunel już bez osłony, którą przedwczoraj udało się nam ściągnąć dosłownie w ostatniej chwili przed nadejściem większego mrozu, w chwili lekkiego ocieplenia klimatu. Ostatnie zielone liście pekińskiej kapusty trafiły do ptasich dziobów na osłodzenie monotonnego czasu i uboższej w witaminy diety.

Kozy zaś całymi dniami stacjonują pod dachem na sianie i owsie, przy otwartych wrotach, aby mogły zaznawać światła dziennego i świeżego powietrza. Zorka i Florka wręcz tak się przestraszyły białej zasłony, że trzeba je za uszy wyciągać na śniadanie i kolację z boksów.

17 października 2022

Naturalny nadruk

Pośród ostatnich zbiorów i przetwarzań Anna wpadła w objęcia nowego hobby. Jakiś czas temu musiała, ze względu na projekty w domu kultury, wrócić do sitodruku. Co obudziło w niej dawne zamiłowania poligrafa. Z tego powodu zaliczyła w tym roku odpowiednie kursy, aby się dokształcić. Jeden w temacie druku na ceramice. I ostatnio - sztuki zwanej ekoprintem. Oznacza to drukowanie liśćmi na tkaninie. Nie tylko liśćmi, bo kolory można uzyskać z różnych przypraw, typu kurkuma czy papryka. Wciągnęło ją. 

Na kuchnię powędrował wyciągnięty z piwnicy wielki kocioł, służący do farbowania. A szanowna artystka buszuje po krzakach wszędy i owędy, aby najbardziej farbujące liście odnaleźć i jeszcze przed zimą wykorzystać, opanowując nowe rzemiosło. Ponoć najefektowniej wychodzi liść sumaka.

Rezultaty może są jeszcze dyskusyjne, ot, pierwsze próby, ale popatrzcie sami.


Osobiście widzę tu świetny biznes preppersowski, koszulki maskujące dla buszujących w lesie.

Ewentualnie pamiątka z Puszczy.


Osobiście, przyzwyczajam się dopiero do tego kanonu piękna. Choć bycie niewidzialnym na tle lasu, który mnie otacza, jest bezwzględnie w moim guście.

To co powyżej oddaje możliwości nadruku przez naturalne zabarwienie liści jesiennych. Na wiosnę będzie nowa przygoda i nowa jakość kolorystyczna.

18 sierpnia 2022

Ogarnianie

Jest tyle pracy, że nie nadążam z zapisywaniem bieżących wydarzeń na tym blogu. Sypnęły zbiory owoców, trzeba je przerabiać, nie ociągać się, bo nas zasypią i zmarnują się. Jabłka, czyli dżemy, soki, teraz wyciskane nastawy na cydr. Pomidory, czyli sok pomidorowy i sprzedaż nadwyżek. Ogórek już szczęśliwie się skończył, właśnie pasteryzuję ostatnie słoiki sałatki w zalewach miodowej i meksykańskiej. Trochę też zakisiłam, a małosolne są w codziennym użyciu od dawna. Resztę zjadają kozy. I kaczusia, która je uwielbia. Przy tym cały czas trwa codzienny przerób mleka, sery takie i śmakie oraz jogurt.
Dopiero wieczór, po obrządku i drugim udoju daje chwilę spokojnego oddechu. Spędzamy ją na tarasie, tak od 19 do 21, pijąc herbatkę kwiatową albo domowego cienkusza, z psami u stóp.  I czasem rozpytując kart lub Księgę I-Cing o najlepsze rozwiązania problemów, które się ostatnio międlą. Ale po kolei.

W zeszłą niedzielę Anna wybrała się na wyprawę do Ciechanowca, gdzie urządza się co roku w tamtejszym skansenie "Święto chleba", jarmark z wielką pompą. 

Rozłożyła tam stoisko na spółkę z internetowo poznaną koleżanką rękodzielniczką.

Impreza trwała cały boży dzień. Przywiozła z niej jeden z takich ciekawie zdobionych kubków kupionych zadziwiająco tanio od bułgarskich ceramików. Oraz kolejne doświadczenie "młodego wystawcy".


Niestety był to dzień, gdy na niebie uściślała się opozycja Słońca z Saturnem z kwadraturą ogniskową czynioną przez Marsa z Uranem, co skwitowałam już tydzień wcześniej, gdy Anna podejmowała decyzję o wyjeździe, że bez denerwującego opóźnienia się nie obejdzie. I stało się.
W drodze z powrotem, wieczorem, samochód zaczął stawiać opór. Pękła zdaje się miska olejowa i maszyna nie dojechała do domu, stanęła w sąsiedniej gminie. Na amen. Trzeba było wzywać lawetę, co szczęśliwie się udało. I Anna wróciła ciemną nocą, wieziona za kierownicą na przyczepie.

Od tej pory ogarniamy problem. Po naradzie z mechanikiem wiemy już, że trzeba kupić nowy wóz. Zatem dyskutujemy jaki i na ile nas stać. Samochody dostawcze bowiem podrożały, i starsze od naszej renówki, z dużo większym przebiegiem, kosztują 1/3 drożej niż nasza przed kilku laty. Jest o czym gadać letnimi wieczorami na tarasie. 

1 sierpnia 2022

Niepewne lato

Pogoda się skiepściła, mokro, chłodno. Dla pastwiska to dobrze, ale dla żniwiarzy niekoniecznie. Ceny w skupie dla zbóż na razie znośne, ale czuć jakąś niepewność. Po ogromnej ulewie nocnej trzeba było wyzbierać opadłe jabłka w sadzie. Kilka wiader, dzisiaj przerabiam na soki, bo na tyle już dojrzały, że się da. Dobrze, że pewien zapas cukru zrobiłam, bo w sklepach brakło zupełnie. Choć w internecie można kupić, ale po horrendalnych cenach.

Anna zaliczyła kolejny jarmark, czy też lokalny festyn, jak zwał tak zwał, w sąsiednim powiecie, w Orli. Z rękodzielników były tylko dwa stragany. Reszta odpustowe badziewie, lizaki i plastikowe zabawki dla dzieci. Oraz koła gospodyń wiejskich, które imprezowały pod drzewami i częstowały pysznym żurem z kiełbasą swojską, za przysłowiowe "co łaska". Muzyka była skoczna. "Graj Cyganie" i gwiazda z filmu Smarzowskiego "Wesele". 

Zdjęcia stoiska. 

Pomysł z drabiną i deskami jako przewoźną, łatwo rozstawialną i zwijalną wystawką jest wygodny i sprawdza się w praniu.

Poza tym w tunelu rośnie jak trzeba, acz zimne noce i wilgoć wywierają swoje wpływy. Przede wszystkim wegetacja zwolniła, ogórki się kończą. Kolejne buraki trafiają do garnka i do piwniczki na zapas.

Powolutku zaczynają się pomidory, na razie żółte. Anna podlewa je gnojówką z ziół i psika profilaktycznie roztworem z drożdży, bo przy takiej pogodzie łatwo o pleśnie i zarazy.

Pierwszy raz w dziejach naszych upraw pojawiły się też bakłażany.

W lesie zaś zaczęły się grzyby. Kurki stoją w skupie wysoko. Opłaca się je sprzedawać. Są tacy, którzy oczywiście reperują sobie budżet tym sezonowym sposobem. Nawet Anna, gdy jej się zdarzy nadmierny zbiór, taki nie do przejedzenia, odwozi grzyby i ściąga kaskę. 

Ten akurat dał ponad pół stówki.

25 lipca 2022

Czas słońca

Środek roku, czerwiec i lipiec to czas, gdy napór koniecznych prac i nowych sytuacji jest w naszym życiu dużo silniejszy, niż w ciągu całej reszty roku. Nie tylko dlatego, że rolnictwo to dyktuje, ale i dlatego, że obie jesteśmy spod znaku Koziorożca, a lato stwarza dla nas wyzwanie z racji położenia słońca naprzeciw naszych zimowych urodzin. W efekcie nie ma wiele czasu na rozrywkę, a gdy już się taka trafia, to jest ona powiązana ściśle z wysiłkiem i pracą, a nawet ich eskalacją.
Od momentu przesilenia letniego wysiłek się wzmógł. Najpierw sianokosy, potem drugie sianokosy i zwózka siana, całkiem samodzielna, przy całkowitym braku rąk do pracy w okolicy. Potem jeszcze odbył się u nas jak co roku pokaz pieczenia chleba, urządzany przez GOK w ramach projektu albo półkolonii dla dzieci. To jeden dzień przygotowań i następny poświęcony imprezie, zabawianiu "gości" i stadka dzieciaków, które przyjechały z opiekunami na rowerach. Poczęstunek, pokazywanie, objaśnianie itp. 
Zaraz potem rzucił się ogór, podlewanie, zbiór. I porzeczki, to samo. Przy czym w tej sprawie los mi pomógł, a raczej przeszkodził, bowiem większość krzaków czerwonych i białych porzeczek zdążyły przede mną opędzlować kury. Kiedy tylko zobaczyły, że zrywam, zaraz wzięły się do dzieła. To co zostawiłam na następny dzień, cudownie po prostu znikło. Skończyło się zatem na kilkunastu słoiczkach dżemu i gąsiorze wina, które już pięknie chodzi. Przepadło przynajmniej drugie tyle. 
- O, nie! - stwierdziła Anna - koniec z kurami! KONIEC! W przyszłym roku zostają tylko kaczki i indyki.
Mnie w to graj. Kurzych jaj i tak nie mogę jeść, więc całe to bieganie koło kur nadmierne mi się wydaje. Choć kocham wszystkie swoje ptaki i nigdy im nic nie brakuje, ale logika dziejów przemawia przeciw dalszej ich hodowli. Nie wybijemy ich, ale spokojnie dojdą swego końca bez odmładzania stada. Kaczki, gęsi i indyki również znoszą jaja i dla nas aż nadto wystarcza.
 
A potem nadszedł czas festiwalu i kolejne zakręcenie. Głównie dlatego, że Anna prowadzi na nim warsztaty ceramiczne jako pomoc mistrza oraz własne stoisko, co zajmuje cały boży dzień, aż do nocy. Docierałam na imprezę po południu, gdy już prace domowe były ukończone i co nieco towarzysko się odprężałam, witając się ze starymi znajomymi i rozmawiając o tym i owym.

Zdarzało mi się też pilnować kramu. Przy okazji uaktualniam swoją gębusię, po kilku ładnych latach od ostatniego zdjęcia.

A tu też ja w tle, ale bez głowy. I dobrze, bo prace najważniejsze. Wszystkie dzieła z sitodrukiem sprzedały się pięknie. To ostatnie zdobnicze zainteresowanie rozwijane przez Annę, mającą z sitodrukiem i poligrafią dużo wspólnego od lat. I jeszcze zbliżonko.


Poniżej przykłady prac Aninych, których dawno na blogu nie było. 


Mydelniczki...


Na jarmarku wystawiało się przynajmniej kilku profesjonalnych ceramików, ale nie było tak źle z utargiem. Kilka rzeczy trafiło ludziom do gustu i sięgnęli do portfelików. Mimo widma nadchodzącej inflacji czy też gorszego krachu, o którym wieszczą jasnowidze i ekonomiści.

Doroczne trzydniowe świętowanie rdzenności naszej narodowej i tutejszej zakończyłyśmy goszcząc na kolacji mistrza ceramiki Jerzego z rodziną, a raczej częścią rodziny, żoną i najstarszą córką. Piecyk do pizzy spisał się na medal. Sera, cebulki, jarmużu, bazylii oraz sosu paprykowego własnej roboty nie żałowałam. Pogaduszki na tarasie przy świetle solarnym były równie pyszne.

6 czerwca 2022

Leśny park czyli Chrust+

Czuć w powietrzu, jak planiści wibrują i mózgi im trzeszczą, aby nam życie zrewolucjonizować i system uzdatnić albo zacieśnić, na dwoje babka wróżyła. Wyobrażam sobie, że istnieją tacy pomysłowi scenarzyści, zaopatrzeni w najnowocześniejszy sprzęt komputerowy, łącza i statystyki wszelkiego rodzaju, tudzież mądrzejącą z sekundy na sekundę sztuczną inteligencję, wsadzeni do wielkiej sali z kolumnami, z ogromnym telebimem na każdej ścianie i grają ze sobą grupami w najlepsze scenariusze. Komputer wybiera któryś, a gdy akcja posunie się do takiej niemożliwości, że scenariusz utyka na amen, wchodzi inna grupa ze swoim pomysłem i tak to idzie do przodu, gdzieś nad naszymi przyziemnymi głowami. W końcu, gdy zostanie ustalony wspólny i najbardziej pojemny scenariusz, rządzący dostają wiadomość przez czarny ebonitowy starodawny telefon bez podsłuchu, czego mają się trzymać. I na razie trzymają się.

Ponieważ w Polsce wchodzi scenariusz pt. Chrust+ , muszę stwierdzić, że wyprzedzam epokę o prawie 20 lat. Gdy to żem ze stolicy zjechała do lasu, aby życia u podstaw zaznawać i upajać się nim, z siekierką w ręku. Pchnęłam zatem wczoraj Annę do zrobienia stosownych zdjęć poglądowych, i oto prezentuję czarno na białym, jak można przejść rewolucję paliwowo-energetyczną zimy się nie bojąc. I żeby blog na czasie był i rękę na pulsie zmian trzymać.

Oto chrust. Kupa chrustu. Chrust to podstawa. Zbiera się go w lesie z ziemi, bo sam opada sposobem naturalnym, bowiem drzewa co rusz go z siebie zrzucają. Najgoręcej i najszybciej pali się rzecz jasna chrust sosnowy. Potem brzozowy. Ów chrust po przybyciu na podwórze nie musi leżeć, aby dostać się do pieca i dać z siebie ogień, a z nim obiad czy zaparzoną kawę. Najlepszy jest dla niego piec kaflowy, płytą zwany, ale oczywiście żelazna koza również się nada. A i nawet siekiery nie potrzebuje, bo się daje w rękach łatwo połamać.

Jednak są jeszcze gałęzie, tzw. gałęziówka, która pozostaje po pracy drwali przy wycince leśnej. Ową gałęziówkę pozyskują zwykli ludzie za pewien grosik, tzw. asygnatę, którą się płaci już po zgromadzeniu potrzebnej ilości przed zwózką na podwórze. Leśniczy mierzy i oblicza wartość składowiska, po czym inkasuje stosowną opłatę. Oj, symboliczną już teraz, gdy się porówna z ceną węgla, miału, brykiet czy gazu.
My z takiej gałęziówki korzystamy prawie co roku, gdy tylko w pobliżu jakaś działka leśna idzie pod wyczes. Anna robi to sama, czasem z pomocą pomagiera, gdy trzeba grubsze lub dłuższe gałęzie spomiędzy drzew wyciągnąć na przydroże. Poza tym odpady chrustowe ładuje za pozwoleniem pańskim oczywiście, na przyczepkę i zwozi wiosną, jesienią, kiedy może na podwórze. Po co? Ano służą za przysmak kozom, spragnionym wtedy zielonego i witamin. Kozy okorowują dokładnie taki chrust, co sprawia że dużo szybciej wysycha i nadaje się do porąbania i do pieca. Głównie pod płytę kuchenną, choć grubsze kawałki z powodzeniem potrafią rozgrzać piec kaflowy, ścianowym u nas zwany, bez konieczności rąbania grubych pni.

Grubsze gałęzie i tzw. czuby drzewne rąbie się siekierą lub tnie piłą na mniejsze, składuje w drewutni albo pod ścianami, gdzie schną na wietrze i słońcu, by na zimę trafić do pieca c.o., którego chrustem raczej nie napalisz. Tzn. pewnie by ten co mamy (piecokuchnią zwany) i chrust spokojnie łyknął, ale komu się będzie chciało stać przy piecu godzinami i dokładać stale owe patyczki, by w domu ciepło utrzymać?

Poniżej, o, widać już pocięte i ułożone szczapy, które nam nasz stary klon w tym roku podarował, zrzucając kilka konarów. Najgrubsze są tak twarde, że trzeba albo klinem je łupać, albo ławeczki z nich porobić i poczekać, acz struchleją z czasem. Niektóre dadzą się wrzucić w całości do pieca c.o., a taki kawałek pali się długo i pracowicie, i przez 3 godziny można o dokładaniu nie myśleć.


Takie zabezpieczenie, robione systematycznie co roku pozwala mieć zawsze gotowy zapas wysuszonego odpowiednio drewna (tylko duraki mokrym palą, jak mówią u nas na wiosce) przynajmniej z rocznym, jeśli nie dwuletnim wyprzedzeniem.
Mnie już wieści z Polski dochodzą od ziomków, że zduni się znowu pojawili i furorę robią u co bogatszych. Biedni niech też się cieszą, bo fucha zbierania patyków w lesie również może być opłacalna. Jak mi opowiadał dziadek, przed wojną "las wyglądał jak park, tak był wyczyszczony przez zbieraczy chrustu". Można go było w wiązkach kupić nawet na targu albo zamówić z dowozem od chłopa mieszkającego przy lesie. Staruszkowie, nie mający wtedy emerytury, też się tym parali, na wyścigi z liczną wygłodzoną bosonogą dzieciarnią. Idą nowe czasy, oby z korzyścią dla parków!

18 marca 2022

Przedwiosenne ceny

Mimo wiosny za pasem noce wciąż są z przymrozkami, palenie w piecach zatem nie ustaje. Choć dnie są przeważnie słoneczne, co pozwala z racji fotowoltaiki używać więcej elektrycznego sprzętu, np. upiec chleb w piekarniku a nie w kaflówce, wypalić trochę ceramiki czy gotować na kuchence elektrycznej, a nie na gazie. Którego ceny mocno wzrosły. Ponoć już butla stówkę kosztuje, czyli 2 razy więcej niż w zeszłym roku.

Palenie w piecokuchni zimą (to rodzaj niedużego pieca c.o. z fajerkami) jest na tyle wygodne i oszczędne, że oprócz ogrzanego mieszkania i ciepłej wody w bojlerze można spokojnie ugotować obiad, wodę w czajniku czy karmę dla zwierząt. W gospodarstwie karmienie drobiu odbywa się codziennie niezależnie od sezonu, zatem zagotowanie takiego dużego garnka ziemniaków i ziarna to duży wydatek energii. Gdyby był to gaz, pewnie jedna butla starczyłaby zaledwie na miesiąc. Tymczasem wciąż jeszcze używam w nagłym wypadku gazu z butli kupionej na jesieni zeszłego roku! Tak, rocznie zużywamy najwyżej półtorej butli, zatem podwyżka ceny nie jest czymś dotkliwym w naszym przypadku. W cieplejszym sezonie, gdy tylko noce zaczynają być na plusie, przechodzę z c.o. na palenie w kuchni żelaznej. Stosy i stosiki okorowanych przez kozy, już porąbanych i w dużej mierze suchych gałęzi, które do tego najlepiej się nadają, zalegają w wielu kątach obejścia, czekając na puszczenie dymka przez komin w ciągu lata i jesieni. Anna przywozi je dość często z działki leśnej, aby stado miało co robić na dworze w pogodne dnie zimowe. Bydełko ogryza je pracowicie i z apetytem, a potem ja mam czym palić pod płytą.

Inna rzecz, podwyżka cen ziarna. Właśnie trzeba było dokupić pszenżyta dla kur. Cena, tak jak gazu, podwoiła się od zeszłego roku. Z tego powodu trzymanie dużej ilości niosek przestaje być opłacalne, koszty wzrosły, więc i cena jaj wiejskich również, klienci się kruszą. Kilogram jaj kosztuje teraz 16 złotych, co wychodzi mniej więcej złotówka za jajko. Tymczasem kury niosą się wiosną znakomicie i jaja wylewają się zewsząd w całym domu. Ostatnio oddałyśmy je w dużej ilości uchodźczym rodzinom ukraińskim, stacjonującym w gminie. "Domasznyje?" - kobiety się ucieszyły. I my też, że przynajmniej komuś się przydały. Płacimy też jajami pomagierowi za drobniejsze prace i fatygę.
W planie zatem zmniejszenie stada. Pięć niosek i kogut to wystarczająca ilość, zwłaszcza że mam uczulenie na kurze białko i zjada je tylko Anna. Mnie dokarmiają gęsi, kaczki i indyczki, jeśli już. Bo rzadko potrzebuję. Tak mi w nawyk weszło niejedzenie mącznych potraw, że i jaj nie ma do czego wbić.

Chłody nie pozwalają jeszcze zająć się na poważnie ogródkiem, do tego czeka nadal czyszczenie koziarni i wywózka obornika. Na razie papryka kiełkuje w doniczkach na parapecie kuchennym i w pokojach, a Anna wyciągnęła glebogryzarkę, którą uzdatniła grządki w cieplicy i zaraz je obsiała nowalijkami. Wczoraj zdołała przechwycić Andriuszę wracającego z pracy w lesie i udało nam się szybko i sprawnie zaciągnąć w trójkę folię na dużym tunelu. Kolejny ruch wykonany. I tak codziennie coś.

9 marca 2022

Wyłączone i już

Ledwie otworzyłam oczy rano przykuł moją uwagę znajomy dźwięk.
- Idź szybko, nałap wody! - wołam jeszcze z pieleszy - To znaczy, że wody zaraz nie będzie!
Anna ruszyła się leniwie sprzed komputera i poszła po wiadro i pod kran.
- Nie ma już! - słyszę z łazienki.
- Noż, kurna! Znowu nie uważałyśmy - burczę i wygrzebuję się z pościeli na świat boży. Jeszcze boży.
Najpierw sprawdzam zasoby. Prawie żadnych. Pełny kuchenny czajnik wczoraj ugotowanej wody to raptem 2 litry, niecały litr przegotowanej z wczoraj, czajnik elektryczny pusty, w wiadrze dla zwierząt resztka na dnie. Może starczy dla kur, ale nie dla kóz, nawet dla jednej!
Anna w tym czasie sprawdziła ogłoszenia. No, i masz, nie podali na lokalnej grupie fejsbukowej, skąd zazwyczaj czerpiemy aktualności, a na stronie gminnej, że dziś będzie wyłączenie od 9 do 15.
- Nie ma jeszcze 9 i już wyłączyli - smętna konstatacja.
- To nasza wina - mówię - Ostatnio wyłączali już trzy razy w niedługich odstępach. Musimy nie tylko przywyknąć, ale i przygotować się na braki wody. A my ciągle jak te lale z Warszawy!
- Co robimy? Akurat śnieg spadł, nabiorę trochę.
- To za mało.
- Może kury się napiją, ale koza na pewno nie. Poza tym już to przerabiałam na Dąbrowie, pełen kocioł śniegu dawał garstkę wody.
- Ścisły reżim wody do picia. Nie gotuję dzisiaj zupy, ale frytki upiekę do wczorajszego mięsa. Do ubikacji woda z prania. Drób sobie poradzi, bo zjada śnieg. Kozom damy zwiększoną dawkę krojonej dyni, na szczęście te zwierzaki potrafią zaspokajać pragnienie warzywami, jak wielbłądy. I doczekają jakoś do włączenia.
- Jest wanna z deszczówką pod rynną, przebiję lód i coś będzie w razie potrzeby do polania albo mycia.
- Dobrze, na razie działamy z tym co jest. Ale na przyszłość trzeba wdrożyć nowe procedury, nie liczyć na infrastrukturę. Kłania się pompa do studni moja-twoja, jakiś filtr do jej uzdatniania, dodatkowe zbiorniki na deszczówkę, zapasy wody do picia w pojemnikach, będziemy je napełniać znowu po użyciu, ale musi być zawsze na podorędziu. I pamiętaj, trzeba nalewać wiadra i garnki wody wieczorem codziennie, aby nie było takich niespodzianek rano.

5 listopada 2020

Mgliste wybory

 Mglista jesień, coraz chłodniejsze noce, rześkie poranki i wieczory, długi nocny czas sprawiają, że życie codzienne zwolniło i snuje się jak dym z komina. Wciąż niby są jeszcze prace do wykonania, trwa wybieranie drewna z działki leśnej, czeka obornik do wywózki do ogrodu, zakończenie sezonu ogrodniczego, aby móc zwinąć folię z tunelu, ale nieduża ilość dojonego obecnie mleka nie zmusza mnie już do serowarzenia codziennie, ot, tyle mojej pracy, co postawić kwaśne mleko na twaróg i podgrzać je co dwa dni na kuchni w kamionce.
Chcąc nie chcąc spędzam wiele czasu przed komputerem. Podczas długich popołudnio-wieczorów. Jakieś horoskopy, ciągła nauka astrologii i rozmyślania w tym temacie, stosowna lektura. Do tego rozmowy ze znajomymi na odległość i wymiana opinii o tym, co dzieje się tu i tam. Stwierdzam, że nie mogę mieć wyrobionego własnego zdania, bo każdy uważa co innego, zależnie od miejsca zamieszkania (miasto czy miasteczko, metropolia czy prowincja), wykształcenia, zainteresowań, poglądów politycznych i własnej wyobraźni. Od lat studiując pisma Nostradamusa, i teraz także, już pod nowym dla mnie kątem dawnej astrologii, mam przeczucie, może nawet przekonanie, że sprawy idą w najgorszą stronę z możliwych. Ale to paradoksalne: właśnie dlatego wszystko ma szanse na najlepsze zakończenie, przynajmniej dla tych, którzy odrzucą strach, spętanie, materializm i przywiązanie do komfortu życia. I stanąwszy na granicy życia i śmierci zaryzykują wszystko. 

Paradoks polega na tym, że ci, którzy wybiorą życie za wszelką cenę, mogą w rezultacie stanąć w obliczu niekończącej się śmierci. A wierzcie mi, nie ma gorszej kary, niż cielesna nieśmiertelność. Ci zaś, którzy wybiorą jego utratę zyskają wieczność i wolność, i miłość. Jak w Księdze Życia zapisano. I jak nasze baśnie i legendy z dawien dawna opowiadają.

Wniosek z tego: nic już nigdy nie będzie takie jakie było, czasy wyznaczone na materialne doświadczenie ludzkości są na ukończeniu i nie my tym zawiadujemy. Przed nami najwyżej 20-40 lat życia z rodzajem świadomości, który jeszcze znamy. Przemiana nadchodzi, niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie. Nie uciekniemy od niej. Od każdego zależy jedynie drobiazg, co wybierze - dobro czy zło?

2 kwietnia 2020

Ziemia daje spokój

Choć nikt w okolicy korony nie widział, to jednak i do nas zawitały ograniczenia odgórne. Wracający z zagranicy siedzą na kwarantannie w domach, a że domy jak i wioski daleko od siebie to i mniej strachu, że ktoś obcy niechcący na ciebie kichnie. Anna jak na razie jest bezrobotna na czas zawieszenia zajęć w domu kultury, zatem ryzyko złapania bakcyla jest naprawdę minimalne. Raz na tydzień wyjeżdża sprzedać jaja od naszych kur i zajrzeć do sklepu, a po powrocie starannie myje ręce i zmienia ubranie od progu. Mamy z tym nieco śmiechu i żartów, choć pewnie osobom mieszkającym w ludnych okolicach już tak wesoło nie jest.

Moja kwarantanna trwa właściwie nieustannie od czasu, gdy zamieszkałam na dalekiej wiosce, czyli będzie już piętnasty rok. Czasem zdarza mi się odebrać list czy paczkę od listonoszki czy kuriera, albo zakrzyknąć do sąsiada na drodze dzień dobry, średnio raz na miesiąc. Jedynym człowiekiem którego stale spotykam jest moja domowniczka, ona więcej ze światem obeznana, więc tędy dochodzą do mnie wszelkie wieści. Komórka leży zawsze w jedynym miejscu w domu, gdzie jest zasięg, w trzecim pokoju, więc nawet dodzwonić się do mnie nie można, bo akurat film oglądam, kozy doję, ogródka doglądam itd.

Jedynie internet, z rzadka radio są moim oknem na świat. Gdyby nie to okno i wieści stamtąd przychodzące moje życie codzienne trwałoby w nieporuszonym spokoju. I rytmie.

Jak rozumiem, wszyscy teraz siedzą i czekają na rozwój wydarzeń, walcząc z nudą i lękami o przyszłość. Nie ma co planować, jeśli nie wiadomo, z której strony walnie i się obsunie, prawda? Albo czym teraz ludzie będą się przejmować i jakie trendy rozwojowe (a może już zwijane) będą na topie. Aby wpisać się w bajkę gospodarczą i jakoś przecież prosperować.

Muszę przyznać, że małorolnictwo w tej chwili daje dużą dozę spokoju i poczucie bezpieczeństwa mimo wszystko. Nawet jeśli cud się nie wydarzy, ludzie nie będą kupować produktów, to gorzej w tej sprawie być nie może, niż tego doświadczamy od kilku lat. Zwyczajnie mamy co jeść, czym palić w piecu, i na podstawowe opłaty starcza. Tym niemniej dodatkowe zajęcia artystycznego rodzaju zapewne okażą się niepopularne, bo w kryzysie pierwsza sztuka i artyści dostają po głowie (z nielicznymi wyjątkami). Biorę to pod uwagę i w sumie cieszę się, że nigdy nie patrzyłam na nie jako na źródło dochodu, a przede wszystkim ulubione hobby. Po prostu nic się nie zmieni.

Póki co zajmuję się drobnymi pracami gospodarskimi, jak ostatnio układanie porąbanego drewna w ścianki pod kurnikiem. Anna rozsiewa w doniczkach i skrzynkach różne roślinki, obsiała też już dwie grządki, nakryte włókniną.

Odżywiamy się przeciw-chorobowo, czyli wzmacniająco i uodparniająco. Wiejskie domowe jedzenie wydaje się być teraz najlepszym lekiem na całe zło tego świata.



Na śniadanie jedno jajo ugotowane w koszulce, w wodzie z dodatkiem octu jabłkowego własnej roboty. Polane keczupem domowym. Do tego kromka bezglutenowego chleba z kaszy gryczanej niepalonej (zaprzestałam kupowania ryżowych chrupek i zajęłam się wypiekami) z masłem i szczypiorkiem. Oraz kwaszonka z kapusty i buraka, albo kiszony ogórek. Na popitkę kubeczek domowego jogurtu na kozim mleku.

Na obiad któraś z zup: rosół z wolnowara na kościach kozich i drobiowych, albo zupa cebulowa lub czosnkowa, tudzież gęsty krupnik z kaszy gryczanej lub zupa dyniowo-warzywna.

Bywają desery albo kolacje. Więc na deser dajmy na to budyń na kozim mleku (właśnie udaje nam się uszczknąć jednej kozie poranny literek) z sokiem owocowym własnego wyrobu. Albo szejk ukręcony z kefiru koziego i z dodatkiem owocowego dżemu domowego.

Gdy nie ma czasu albo ochoty na deser to bardziej suto na kolację: podpłomyk z mąki bezglutenowej z dodatkiem keczupu domowego, cebulki, kiełbasy albo jaja na twardo oraz sera żółtego.

Jak widać wszystkiego w tych daniach sobie dostarczamy, są witaminy i aminokwasy w żółtku jaja, odpowiednie bakterie wzbogacające florę jelitową w jogurcie, zsiadłym mleku i kiszonkach, węglowodany w formie warzyw, białko nabiałowe i z absolutnie naturalnych mięs, tłuszcze roślinne i zwierzęce też. I kapeczka słodyczy od czasu do czasu z owoców albo miodu.

I tym jakże tradycyjnym i smacznym sposobem utrzymujemy się w zdrowiu i formie, czego i wam wszystkim życzę.

23 marca 2020

Zdrowe podejście

Nie było nowych postów, bo u nas zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że nie bardzo jest o czym pisać. Trwa wieczne przedwiośnie. Zatem wypadło zabrać się do wstępnych prac gospodarskich. Bozia zesłała Jarego w niezłej formie po tej zimie-nie-zimie i w dwa dni obornik został wydobyty z otchłani koziarni i wyjechał na pole, oczekujące teraz kultywacji. Mało tego, Jary zjawił się dnia trzeciego i wraz z Anną i jej piłą uporządkowali teren przy drodze za płotem, usiany gałęziami i pniami ściętych jesienią robinii. Oczywiście kolczasta była to praca, zatem dość niebezpieczna w dotyku. Mam już jednak opał do kuchni na sezon letni. W postaci gałęziowego chrustu.

Dobytek ma się dobrze, Pulcheria i Helenka od czasu do czasu znoszą po jaju, dużym i smacznym, zaś stado młodzieży płaskodziobej okazuje się być na moje oko płci męskiej i głównie zajmuje się darciem dziobów na mój widok. Jak nikt nie kupi, trudno, będą rosoły, pieczenie i oczywiście genialny smalec gęsi. Lekarstwo. Póki co dotuczam, bo gęsi późno obrastają w tłuszcz.
Kury niosą się bezkrytycznie, dobrze, że jest komu sprzedać jaja, tym sposobem zarabiamy tygodniowo jakieś 15 złotych. To wieść dla mieszczuchów, nie mających pojęcia jakimi kwotami operuje małorolnik miesięcznie. I żyje!
I to jak, zważywszy zasoby, które można przeliczyć na zdatne do jedzenia i trwania tym samym tygodniami, miesiącami, bez chodzenia do sklepu.

Oczywiście wpłynęła na konto jakaś niewielka dotacja zeszłoroczna, Agencja wisi jeszcze zwrot kosztów suszy i nie widać, aby ten zwis miał się zmienić. Jest zatem czym zapłacić za prąd, telefon, śmiecie i internet. Tak będzie aż do pierwszego mleka i sprzedaży koźlej młodzieży. Oto jak wygląda gospodarowanie na skraju systemu, w przestrzeni, w której wszyscy się od niego uzależnili i teraz kwilą ze strachu, gdy widmo zarazy przelatuje nad głową wsadzoną w ekran telewizora czy komputera. To tylko widmo. A życie jest życiem. Dotykiem, sensem.
Ciekawe, ilu ludzi, przekonanych dotąd, że są pępkiem świata, stanie nad przepaścią finansową i filozoficzną jednocześnie, bo utrata sensu bytu i iluzji to nie byle jakie przeżycie duchowe. I jak sobie te śmieszno-tragiczne postaci z tym poradzą. Bo świat już nie wróci do starych paradygmatów. Mimo, że pewnie uparte jednostki będą chciały zamknąć oczy i śnić dalej dawny kolorowy sen o niczym przebranym w szatki błazeńskie. Jak nasi jeszcze-rządzący.

Ogród czeka stosownej pory na działanie. Niektóre nasionka wysiane do skrzyneczek. Zeszłoroczny tunel już gotowy. Lato ma być o zmiennej pogodzie, deszcze i upały, wiatry, lepiej wrażliwe uprawy zawczasu ochronić.

Zapasów zeszłorocznych ubywa w piwniczce, kończą się żółte sery, dynie i patisony (trzymane na poddaszu) oraz ogórki, idą teraz ostatnie słoiki kiszonych i sałatkowych, soku pomidorowego i keczupu domowego. Soków owocowych też już wyraźnie mniej, ale przy umiejętnym gospodarowaniu starczy jeszcze do wymiany na nowe. Ziemniaków mniej, niż połowa. Te głównie zjada drób, ale i nam służą. Jest jeszcze mnóstwo dżemów, marmolad i galaretek owocowych, które zjadamy najwolniej, a przez to żelazny prowiant pozostaje mało naruszony. Widzę z tego, ile czego potrzebne jest zgromadzić na jesieni, aby starczyło dla nas dwóch plus czasem kogoś jeszcze, z nawiązką. I daje to poczucie sensu działania, pracy, codziennego wysiłku na cały kolejny rok.