Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Perliczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Perliczki. Pokaż wszystkie posty

27 października 2023

Podsumowania sezonowe

Mama z córciami, bardzo krzykliwymi. Córcie co prawda innego gatunku, ale to się nie liczy. Indyki mają wielkie serca. Perliczki zaś, czyli kurki afrykańskie, mimo że z innego kontynentu, akurat świetnie się wpisują charakterem i wyglądem w indycze stado. Nie odstępują mamusi.
Poniżej dalsze inne dzieci mamy indyczki. Już trochę ich mniej, bo zaczął się sezon na kaczynę. Zostawiamy parkę na rozmnożenie w przyszłym roku. Plus Kaczusię Kasię, która niedawno zniosła mi zapas jaj na zimę.


I drugie stadko. Tu wszystko po Bożemu. Same indyki. Nastolatki kilkumiesięczne wzrostem już dorównują matce, ale reszta wiadomo, długie nogi, długi ogon i wielki apetyt. Jak u dorastających młodych ludzi.

19 lipca 2023

Prawie trzy dni ciemności

Jakieś 3 dni temu zapowiedziano nawałnicę. Cały dzień był słoneczny i spokojny, zaczęło się delikatnie zbierać przed wieczorem, ale obrządek poszedł sprawnie i spokojnie. Wszystkie zwierzaki ukończyły swój dzień jak zawsze i nakarmione, napojone, nasłonecznione, wydojone wylądowały pod swoimi dachami bezpiecznie. 

Przy okazji pokazuję ostatnio zbudowane samodzielnie ustrojstwo, zwane przenośnym traktorem dla ptaków.

Tak to wygląda w użytkowaniu przez nianię kurę z jej dziewięcioma indyczętami:

W użyciu jest też zagródka dla innego stada, niani indyczki z jej kaczymi i perliczymi dziećmi:

Jeszcze miejscy ugrzecznieni turyści na elektrycznych rowerach zajechali po drobne produkty z gospodarstwa, i chyba trochę byli zdziwieni, że jakaś zwykła zaganiająca kozy patykiem i niewybredną mową wiejska baba w znoszonym dresie, chwaląca się swym śmierdzącym kozim serkiem, odzywa się do nich jak do równych sobie. Ach, te szufladki w czystych głowach! I delikatne nosy!
Zmieniająca się szybko aura przegoniła nas z tarasu, lunęło siekąc od południowego wschodu mocnym skosem czynionym przez silny powiew wichru. Już chwilę potem nie było wody w kranie ani prądu, a z oddali niósł się głos syreny wzywającej strażaków do akcji.

- Och, jaka szkoda, że nie podstawiłam pustych wiader pod okapem dachu, kozy miałyby rano deszczówkę do picia! - zawołałam, ale na szczęście wodę dość szybko włączono, awaria hydroforni zawsze ma absolutny priorytet we wszelkich naprawach w gminie. Niestety, nasza wioska i takie jak nasze, gdzie mieszkańców jest jak na lekarstwo stoi zawsze na końcu w kolejce. Tym razem brakowało zasilania przez dwie noce i półtora dnia. Wicher połamał drzewa w gminie, zerwał kilka dachów i uszkodził łącza w wielu miejscach.

Co do zamrażarki nie było strachu. Już nieraz wypróbowana w dłuższym okresie, więc wiem, że zamrożenie może się utrzymać pięć i nawet chyba więcej dni (dalej niesprawdzone), zwłaszcza, gdy jest pełna i zawartość głęboko zmrożona.

Rano następnego dnia po prostu napaliłam pod płytą, aby zagotować wodę na kawę i umycie akcesoriów serowych, z rozpędu ugotowałam też wszystko co trzeba innego, obiad i karmę dla ptaków na następny dzień. Z tego bojler nagrzał się na tyle solidnie, że starczyło ciepłej wody na dwie kąpiele. Niestety, zabrakło zmielonej kawy, a młynek nie działał. W zamian jednak było kakao, w sporym zapasie kupione.

Padła mi akurat bateria czytnika, więc zabawianie się rozpoczętą lekturą nieznanej mi książki Verne`a „Pan świata” na zmianę z „Bożą inwazją” Philipa K. Dicka nie było możliwe. Wróciłam jednak dzięki temu do lektury książki papierowej i dokładnie przestudiowałam w wolnych od komputera chwilach przypisy do „Podróży nocnej do najszlachetniejszego miejsca” Ibn Arabiego. Dopiero wtedy zorientowałam się, że ich autorką i w ogóle tłumaczem tej starożytnej, przepięknej, mistycznej księgi jest kobieta. Kobietą była również redaktorka tekstu. Ho ho ho!
Anna zajęła się tymczasem szkliwieniem prac ceramicznych, bo większość wyprzedała na niedawnych jarmarkach okolicznych i musi zrobić nowe.

Czytnik i telefon dało się zregenerować korzystając z powerbanka, po czym następnego ranka wyczerpany został nabity znowu słońcem dzięki turystycznej paneli fotowoltaicznej. Działało też radio oraz wieczorem lampy słoneczne na tarasie, wniesione potem do pokoju. Długo ta zabawka nie była potrzebna, ale wreszcie okazało się, że warto ją mieć i sprawdza się w takich okazjach dobrze.

Kolejnego dnia jednak nie miałam już cierpliwości palić pod płytą, zwłaszcza że szło na upał, a suchy chrust się wyczerpał, mokrym po deszczu już tak sprawnie nie idzie gotowanie. Trzeba było jednak zakupić butlę gazu i przeprosić się z kuchenką gazową. Co poszło sprawnie i umiliło mi dzień. Prąd wrócił około południa.
Z tej radości na obiad przyrządziłam pierwsze leczo, z wykorzystaniem rozmrożonej zeszłorocznej papryki i tegorocznej cukinii i patisona, które podarował nam zalany obfitością ogrodu sąsiad, taczką nadmiary swych płodów rolnych zwiózłszy. Nasze jeszcze jakoś w powijakach. W zamian są jednak inne.

3 lipca 2023

Piękny potwór a natura

Pogoda jak to przy pełni, niepewna. Trochę wiatru, trochę chmur, trochę rosy i dżdżu, trochę słońca.
Trwają prace przy konstruowaniu kurzego traktora. Trzeba było kupić siatkę wolierową, taką, owaką. Przeszukać zakamarki w szopce i wyciągnąć deski, beleczki i resztki płyt z różnych budów zdatne do konstrukcji. Anna docięła je pod wybrany wymiar i przy pomocy pomagiera złożyła w całość, umocniła, ze mną zaś naciągnęła i docięła siatkę, teraz stanęło jeszcze na drzwiczkach do tego ustrojstwa. Praca delikatna, wymagająca skupienia i odporności na stres. 
Dlatego nasze dwa wylęgi kaczo-indyczo-perlicze wciąż wychodzą na zmianę do zagródki, jedynej zabezpieczonej szczelnie od zewnątrz i od góry specjalną siateczką. Do tego przedwczoraj pojawił się na świecie trzeci lęg. Już prawie uznany za nieudany eksperyment.
Kurza kwoka wysiedziała 9 jaj od Halinki i wylęgła 9 indycząt. Żwawych i silnych.  Kolejny problem logistyczny do pokonania. Póki co próbujemy te dodatkowe dzieci sprzedać. O ile jednak na początku sezonu jaja i małe indyczęta szły od ręki, to teraz nikt nie odpowiada na ogłoszenie. Trudno, jakoś będziemy je chować i czekać na klienta. Szkopuł w tym, że kwoka ma w zwyczaju szybko, już po miesiącu czy tak jakoś, ledwo odchowane kurczęta odpychać od siebie i porzucać. Co dla indycząt jest zgrozą. Indyczka bowiem prowadza je i chroni troskliwie prawie do dorosłości.

Poza tym zaczynają się z wolna zbiory ogórków. Te poniżej na obrazku poszły wszystkie już na drugą porcję małosolnych. Ponoć rakotwórcze, jak ogłosił urząd europejski od zdrowia (czy raczej chorób), ale jak sądzę dotyczyć to może w istocie ogórków zachodnich, z dużych gospodarstw, gdzie podlewa się szklarniowe uprawy wodą z gnojowicy. Mieszkańcy Niemiec od lat już narzekają na brak smaku w jarzynach, znajoma mówiła, że wszystko tam smakuje jednakowo, tylko wygląda inaczej. Dlatego polskim jedzeniem była zachwycona. A rozmawiałam z nią na ten temat już prawie 20 lat temu.
Pamiętacie historię sprzed kilku lat, gdy w Niemczech zmarło trochę ludzi w wyniku zjedzenia surowych ogórków? Całą sprawę wyciszono skutecznie, ale rolnicy wymieniali się uwagami właśnie na temat owego nawożenia i podlewania substancjami pochodnymi od zwierząt karmionych wiadomo jak w chowie zamkniętym. Najwyraźniej problem się nawarstwia, ziemie jałowieją, użyźniane sztucznie lub takim to pseudo-naturalnym cudem biotechnologii.
Mój mistrz Michał wieszczył, że ogromne połacie pól zostaną porzucone jako ugory, z powodu "pięknego potwora, którego zrodzi ziemia". Jak sądzę miał na myśli także uprawę roślin modyfikowanych, pięknych i dorodnych z wyglądu. Ale dobrze, dobrze, wierzcie nie wierzcie, zamknijcie oczy i uszy. My osobiście na razie nie boimy się rakotwórczego kiszonego ogórka, bo wszystko uprawiamy w zgodzie z Matką Naturą. Ale mieszczuchy niech lepiej baczą, co i od kogo kupują w tej materii, bo i do Polski zaraza produkcji zmechanizowanej przyszła, jedynie ma mniej lat.


I dla urozmaicenia i uspokojenia tematu trochę innej natury wrzucam. Glina, ceramika, wzorek z przyrody wzięty, mydelniczka pod mydełko domowej roboty (jakby ktoś pytał). Prosto z pieca wyjęta.

25 czerwca 2023

Owocowy deser

Lato przeszło przez próg równonocy, zamieszało z sianokosami, ale doroczne sprężenie sił i muskułów odbyło się bezawaryjnie i z dobrym skutkiem. Stado ma już zapas siana na zimę pod dachem, można zająć się na spokojnie innymi pracami i zadaniami do wykonania. Już bez napięcia i stresu.

Ni stąd ni zowąd, po rzodkiewkach i truskawkach pojawiły się kolejne owoce.

Tak, świdośliwa. Krzaczek posadzony kilka lat temu już w zeszłym roku owocował, a w tym obsypał się jeszcze obficiej. Owoce, nader podobne do jagody kamczackiej czy amerykańskiej, są smaczne, i najsmaczniejsze z dodatkiem koziego jogurtu. Deser znika w okamgnieniu. Tak, już rosną inne krzaczki i w następnych latach powinno ich być więcej.

Padające ostatnio deszcze, chwilami obfite, choć niezbyt uporczywe, wsparły rośliny posadzone i posiane w wałach obornikowych. Oto jak się ma "dziwna kapustka", same nie wiemy co to z tego wyrośnie, ot, eksperyment ogrodniczy. Słomiany obornik ma to do siebie, że wchłania wodę i oddaje ją powoli w okresie suszy, zatem wspiera roślinę w trudniejszy czas, i ogrodnika również, bo podlewanie nie jest długo wymagane (chyba, żeby jednak susza była permanentna, co zawsze może się zdarzyć). Podobnie rosnące dynie również ruszyły z kopyta. 

Poza roślinami hodujemy także inne dobra. Już dwa lęgi mam na dokarmianiu, codzienna praca i dbałość, bo maleństwa trzeba karmić co dwie-trzy godziny, tudzież zmieniać im wodę na świeżą. Oto jeden z nich, starszy. Kaczuszki, a pośród nich trzy perliczęta. Wszystko prowadzane troskliwie przez nianię indyczkę.

Trafiły dzisiaj do specjalnej zagródki, w czas słoneczny i przyjazny. Pierwsze przeżycia strachu i szoku mają już za sobą i zaczynają się oswajać ze świeżym powietrzem, ciepłym i suchym podłożem piaskowym i szeroko widocznym otoczeniem. 

20 czerwca 2023

Wilgotno

Zrobiło się wilgotno. Pogoda ciepła, ale w większości pochmurna i parna. Nocami lub w dzień pada deszcz, chwilami bardzo ulewny. Wieczory i ranki we mgle unoszącej się nad pastwiskiem. W sumie nie narzekałybyśmy na to, bo uprawy zaczęły rosnąć i nie trzeba grządek podlewać, dynie ruszyły pięknie, nawet w ogrodzie permakulturowym, gdzie żadnego podlewania ręcznego nie ma z racji odległości od wodociągu. Ale siano leży na łące, skoszone. Słaba nadzieja, że uda się je zebrać. Anna czeka na jeden dzień pogody, aby pojechać obracarką i zwałować to co jest, a w razie dalszej wilgoci, po prostu zwiezie się co się da i trawa pójdzie na podściółkę. Wtedy trzeba szukać łąki do skoszenia, aby jednak zebrać zapasy dla zwierząt na zimę. Takie to letnie stresy rolnicze są.

Póki co różne prace idą do przodu. Trzeba było naprawić połamane pod ciężarem obornika dechy z fury, udało się dzięki pomocy nowego pomagiera. Także kurier przywiózł zakupioną internetowo siatkę ogrodzeniową i zagródka dla piskląt została dokończona. Oraz udało się zmienić dętkę w obracarce.

Pracowicie związałam sznurki snopowiązałkowe przez dwa popołudnia i Anna podwiązała już pomidory i ogórki w dużym tunelu, z dumą też przyniosła do domu dwie wyrwane próbnie z grządki marchewki, całkiem spore i o tyle ważne, że do tej pory marchew i pietruszka w ogóle się u nas nie udawały. Zatem pierwszy to sukces. Kalarepki trzeba zjeść, bo wpadły do tunelu koziołki i zeżarły im liście. Służą zatem za warzywo rosołowe. Zjadłyśmy także ostatnie truskawki. Cebula zaczyna nabierać kształtów i aż żal, że więcej nie posadziłyśmy, bo apetyt na nią i szczypior jest znaczny.

Indyczka z zespołem kaczo-perliczym zamieszkała w kurniku. Drugi wylęg, indycząt z dwiema kaczuszkami na razie grzeje się i jest dokarmiany w pudle pod lampą-kwoką w kuchni. Indyczka-matka jest na dzień oszukiwana podkładaniem niewylężonego jaja, które pilnie wysiaduje. Przez kilka dni taka sztuczka się udaje, bo dostaje dzieci na noc do gniazda. Kiedy się wzmocnią, dobrze wygrzane i nakarmione zaczną samodzielne życie pod jej opieką.

I tyle nowin. Wygląda na to, że mój odczyt tegorocznego horoskopu światowego odnośnie pogody, że będzie mokre lato i później miał coś z prawdy w sobie. 

8 czerwca 2023

Kamyki pod nogi i górnolotny zapach

Jak na razie i jak zazwyczaj o tej porze roku wydarzenia uczą nas pracowitej pokory i cierpliwości. Nie! nic strasznego, ot, przeszkody i kamyczki od losu pod nogami do przeskoczenia. Sianokosy niepewne.
Po pierwsze i najważniejsze kilka dni temu nagle padł samochód. Szczęśliwie jednak (dobre duchy mają nas w opiece) Anna wróciła nim z łąki do domu i zatrzymał się tuż przed bramą. Miał kłopot z odpaleniem już na łące, ale dał się namówić i dowiózł właścicielkę na miejsce. Ponieważ nie dałam rady pchnąć go pod górkę, parkował pod bramą przy drodze dwie noce. Miejscowy warsztat okazał się "obłożony" aż do 26 dnia tego miesiąca, co okazało się datą horrendalnie daleką zważywszy sprawy pilne do wykonania, które nas czekają. Na szczęście pewien mechanik z polecenia, rozwijający biznes niedaleko Hajnówki, przyjechał na wezwanie osobiście, zajrzał pod maskę, odpowietrzył silnik i auto odpaliło. Może dojedzie na dniach do warsztatu samo.

Tym samym trzeba odwołać sianokosy, przynajmniej w najbliższym terminie. Jarmark też stoi pod znakiem zapytania. Poza tym zgrabiarka do siana okazała się mieć znowu kapcia na tym samym kole co poprzednio, i trzeba je najpierw wymienić. Zaangażowało się już w sprawę dwóch ludzi. No, i trzeba było kupić nową dętkę.

Poza tym przyszedł przymrozek i jednej nocy zwarzył większość kiełkujących już pięknie dyń i nieco pomidorów posadzonych w gruncie. Tym tunelowym nic się nie stało. Wysiałyśmy drugi raz dynie. Te posiane pod laskiem nie rokują dobrze, bo na początek przyszła susza, a potem przymrozek. Jeśli wykiełkują będzie cud.
Na szczęście po drugim siewie przyszła burza - wbrew wcześniejszym zapewnieniom sztucznego proroka - i deszcz zlał pięknie grządki i pastwisko. Padał też nocą. Wróciło nieco nadziei.

Pierwszy wylęg piskląt sprzedał się, teraz pojawił się drugi. Tym razem 3 perliczęta i 7 kaczuszek. Na razie grzeją się w pudle pod lampą kwoką, czekając na spokojny słoneczny dzień oraz kuriera ze specjalną siatką ogrodzeniową dla nich, aby można było je wystawić na zewnątrz z przyszywaną matką. Z lampą też był kłopot, bo gdy przyszło co do czego okazało się, że dotychczasowa znikła, prawdopodobnie spaliła się, Anna ją wyrzuciła i zapomniała o tym fakcie na śmierć. Trzeba było ratować się zwykłą żółtą żarówką i zamawiać nową lampę przez internet. A więc kolejna zwłoka.

Na ostatnich kilku jajach indyczych zniesionych przez Halinkę zasiadła kwoka, która już od ponad tygodnia wysiadywała na pusto w kurniku, blokując gniazdo nioskom. 

Pomidory już podwiązane. Ogórki rosną żwawo i niedługo trzeba będzie i dla nich robić podpory. Żeby nie było nudno wiążę popołudniami używane sznurki z ciuków, które posłużą jeszcze do dalszego podwiązywania. Taki recykling. I ćwiczenie medytacyjne.

Od jakiegoś czasu kwitną robinie akacjowe nad domem. Od rana do wieczora towarzyszy nam na dworze miły brzęk zbierających nektar owadów w chmurze upajającego zapachu. Tymczasem sąsiad już zrobił pierwsze miodobranie. Miód z kwiatów śliwy. Jasny, słodki, gęsty, mniam.

Wieczorami czytam książki. Unowocześniłam się i przekonałam do czytnika. Anna sprezentowała mi swój stary i tak oto jak przed laty wracam do bycia molem książkowym, jakim od dziecka byłam. W necie daje się znaleźć wiele interesujących mnie tytułów. Choć czasem jeszcze kupuję papierowe egzemplarze, głównie są to podręczniki do astrologii, językoznawstwa lub stare teksty opatrzone setkami przypisów i komentarzy, które na czytniku słabo się prezentują i nie dają swobodnie używać. 

11 maja 2023

Zielona moc

Druga indyczka posadzona dzisiaj, na jajach kaczych i perliczych, kupionych w sąsiedniej wiosce.
Grządki zewnętrzne obsiane, nakryte włókniną. Zaczęła się susza, nasze z gruntu mało żyzne pastwisko wygląda marniutko, codziennie zgryzane przez kozy w ciągu kilku godzin, nie przyrasta nic a nic.

Żniwa rzodkiewkowe na ukończeniu. Efekty skarmiam gdzie mogę i komu mogę. Sąsiad zza Lasa już dwa razy rzodkiewkował, podobnie sąsiadka zza płota, jak i sporadycznie spotykani znajomi. Przy okazji żeśmy z Sąsiadem sprawy światowe, fizyczne i metafizyczne obgadali.

Kwitnie jedyna jabłoń w sadzie, ta co robi to co roku, inne są co-dwuletnie, więc w tym roku sad daje spokój. Poza tym młoda śliwa, świdośliwy, czeremcha i porzeczki, czerwone, czarne i białe. Poprzycinałam je wcześniej sekatorem i w zamian pokryły się obficie kwieciem.

W domu króluje kuchnia jarska, w dawnym zdrowym rozumieniu tego słowa. Czyli zjada się ser, twaróg, jaja, jogurt, a do tego wszelką zieleninę (oprócz rzodkiewek, oczywiście), którą już daje całkiem obficie ogródek. Szpinak, pakczoj, sałata taka owaka, szczypior, nać pietruszki. Na obiad wystarcza mi zjeść szpinak z patelni z jajem kaczym, do tego kwaszone rzodkiewki i jogurt kozi na popitkę. Albo makaron ryżowy ze szpinakiem i czosnkiem, posypanym obficie zeszłorocznym parmezanem. I starcza pałeru do następnego dnia.  

3 maja 2014

Pracująca sobota

Wczorajsze lodowate powietrze idące z wiatrem wymieszało się z ogrzanym, wiatr ustał i dzisiaj było ździebko cieplej, choć pochmurnie, a pod koniec dnia zaczęło padać. A nam pomylił się 2 maja z 3. Święto państwowe z kościelnym.
- W narodowe można pracować, w kościelne nie - stwierdziłam fakt. Bo tak zawsze było u mnie w Piotrkowskiem, i pewnie tu także. Chłopi zawsze pilnują się świąt kościelnych i cerkiewnych, państwowe mając za wymysł miastowych, więc niech oni sobie świętują. I tak pierwszego maja np. zawsze zaczynało się sadzić kartofle i żadne przyzwoite chłopskie dziecko na pochód nie szło.
Przybył Jary, więc na obiad było pieczone udko z kurczęcia, które on najbardziej lubi. Pomógł zwieźć naszą nieocenioną furą zalegającą w starym rozebranym chlewiku nadgniłą słomę i rozładować ją na kupę w powstającym ogrodzie permakulturowym. Fur było bez liku.
- Ty wiesz do czego ona potrzebna? - spytała Anna Jarego podczas obiadu.
- Nie.
- Jak przyjdziesz następny raz do pracy to zobaczysz. Nauczysz się czegoś. Będzie z tego kiedyś gleba.
- Dobra.
Podjechał też na rowerze stary Kostia, pytać gdzie siatkę leśną kupowałyśmy. Przy okazji obejrzał altanę, grilla, piec chlebowy w chatce dla dziadka, popodziwiał nowe ogrodzenie, pasące się na lichej trawce gusie. U niego już wsio posadzone w ogródku i w cieplicy (tj. w folii), o co zawsze bardzo dba pani Marusia, truskawki kwitną.
- A my powoli. Co dzień jakaś nowa rzecz zrobiona, w końcu i w cieplicy posadzimy, a co.
- Ale widać, że się pracuje, że coś robicie. Przyjemnie patrzeć. Zuch kobiety - pochwalił.

Zakwokała ponadto biała kura, trzylatka, zbieram jaja na podłożenie. I perliczka szuka miejsca na gniazdo, bo widzę jak się kręci w obejściu pod baczną ochroną swego kogutka. Nie znalazłam jednak na razie żadnego jaja, ani miejsca, gdzie by lubiła przesiadywać.

9 października 2013

Szczęściara

Perlicza historia zyskała zakończenie dzisiejszego ranka. Anna zajrzała bowiem do kurnika i stwierdziła, że są trzy perliczki, czyli jeden z dwóch kogutów nie zaginął był wczoraj, jak mniemałyśmy, tylko zaszył się w jakimś niewidzialnym kącie. To skusiło nas jednak do podjęcia jeszcze jednej próby upolowania nadmiarowego kogutka. Parka, trudno, niech już sobie żyje i zdobi podwórko.
Anna chwyciła w zamkniętym kurniku jedną sztukę i zaniosła ją na pieniek.
- Przynieś mi siekierę - zadysponowała.
- Ok, ale sprawdźmy najpierw czy to nie perliczka - stwierdziłam.
- Ale jak teraz poznam, nie mając porównania?
Podałam siekierę i krzycząc dramatycznie: Tylko nie zabijaj jej jeszcze, poczekaj! - pomknęłam zajrzeć do kurnika, aby porównać. No, tak, we wnętrzu pozostał kogut, co można było poznać po wzniesionych skrzydełkach i wielkości.
- Masz samiczkę. Zostaw ją! - zawołałam.
Ale Anna, niepewna efektu kolejnej łapanki, na wszelki wypadek zapakowała perliczkę do worka i zawiązała go. Dopiero potem weszła znowu do kurnika i przez kilka chwil ganiała delikwenta po wnętrzu, aż wreszcie dopadła go w jakimś rogu. Udało się.
Nadmiarowy samiec powędrował na pieniek i za moment już nie żył, a ja wypuściłam uwięzioną samiczkę z wora.
Jako drugi (zamówione były oba perliki) poszedł na pieniek tegoroczny młody kogucik zielononożny (w zapasie mamy jeszcze kilka młodszych rosnących). I tak udało się szczęśliwie wypełnić zamówienie i nie zblamować.

8 października 2013

Strata czy zysk

Po raz pierwszy odkąd u nas jest (od dwóch lat?) widziałam dzisiaj Kicię tak szczęśliwie ganiającą własny ogon, jak mała koteczka-dziecineczka, w kuchni na podłodze... Chyba wreszcie zaufała mi i przełamała się. Rzeczywiście, przestała ostatnio stwarzać problemy, burmuszyć się, buntować, ukrywać, brudzić. I obie czujemy, że jest z tym lepiej, lżej. Zima przed nami i nowe wyzwania, zobaczymy. W każdym razie zwierzątko zaczęło się starać ze swej strony, być w zgodzie z nami  i narzuconym przez nas porządkiem.

Po południu popracowałyśmy w sadzie przy naprawie ogrodzenia. Trzeba było przybić kilka nowych żerdzi w miejsce połamanych, lub zbyt rzadko nabitych. Sąsiad, tnący właśnie u siebie na podwórzu drewno na krajzedze, musiał się nieźle uśmiać słysząc nasze głośne dyskusje i spory przy tej pracy. Całkowicie babskiego rodzaju. "Daj babie siekierę, piłę, młotek, gwoździe i drugą babę do pomocy, a zaraz usłyszysz co myśli o całym świecie i tobie!".
Niestety, kozy znowu trzeba ogarnąć. Nie trzymają się już własnego pastwiska, tylko lezą na wioskę. A mimo, że już ogródki posprzątane, to pojawiło się nowe niebezpieczeństwo. Na ich drodze stanęło poletko z kiełkującym "unijnym żytem". Nie byłoby to nic złego, w końcu puszcza się specjalnie bydło na taką świeżą paszę jesienią, aby potem gęściej rosło, ale jest to niestety pole zlane dwa miesiące temu randapem. I nie chcemy, aby kozy żarły coś tak niebezpiecznego chemicznie.
Takich "chemicznych kwiatków" na "ekologicznym Podlasiu" jest wiele. Choć zapewne mniej, niż w Polszcze. Niestety, są coraz częstsze. Miejscowi lubią naśladować zachodnie zwyczaje, które tu docierają nieco później. Wiedza o szkodliwości takich rozwiązań nie dociera do ich umysłów. Śmieją się, gdy o tym wspomnieć. Liczy się spektakularnie szybki efekt.
Są też inne "chemiczne kwiatki". Także częste na zachodzie. Ale tutaj specjalnie, z racji leśnego otoczenia, denerwujące i przykre, wstydliwe. Starsi ludzie, wciąż zamiast wyrzucać śmieci do kosza, za który w końcu muszą płacić z urzędu, spalają je w rozmaity sposób. Pod kuchenną płytą (słyszę potem jak chrypią i kaszlą po obiedzie, ugotowanym na takim wkładzie), albo na brzegu obsianego czy obsadzonego pola, aby przy okazji wystraszyć dziki. Że przy okazji smrodzą tak, że we własnej sypialni nie daje się zasnąć, bo czad rozchodzi się na całą wioskę, to ich nie obchodzi. Zalega na ten temat "chemiczna" cisza medialna. Nikt o tym nie mówi głośno. Ani może nawet cicho.
No, nie jest to już tylko bezpieczny papier, tektura, celofan, tkanina, sklejka, jak drzewiej bywało, i do czego zapewne się przyzwyczaili, ale sterty opakowań plastikowych i foliowych, które mają dobrą renomę na (każdej) wiosce, jako świetne rozpałki do drewna w piecu. Bywają też stare opony i gumy wszelkiego rodzaju, jako odstraszacze dla dzikiej zwierzyny, spalane na brzegach lasu.
No, i tak to jest. Z tą na ten przykład ekologią w "..." (tj. w cudzysłowie).

A na sam koniec dnia zostało clou. Trzeba było upolować perliki. Znalazł się kupiec, chętny je zjeść, a nam zapłacić. Hm... polowanie było długie, uparte, ale bez efektu. Mamy zbyt wysoki kurnik, perliczki upodobały sobie najwyższe belki, do których trudno się dostać, nawet korzystając z drabiny. Przeskakują z jednej na drugą. Uciekają błyskawicznie, zostawiając w garści pęk piór. W końcu zrobiło się ciemno, i niewielka widoczność oraz brak sprawnej latarki, skłoniła nas do refleksji. Siedząc na stercie świerkowych żerdzi Anna rzekła:
- A może je zostawmy? Szkoda mi ich trochę. Sama powiedziałaś, że są takie ładne i egzotyczne, i niewiele jedzą...
- Sama pomyśl. To jedyna okazja, żeby zwrócił nam się wkład za ich karmienie przez cały rok. Nawet jajek nie umiałyśmy znaleźć! - oponowałam logicznie, jako advocatus diaboli.
- Ale jedna dzisiaj akurat zaginęła, jak mi się zdaje. W kurniku jest tylko parka. Jeśli nawet złapię jedno z nich teraz, to drugie będzie samotne...
- No tak, samotne, Jak kiedyś Gusia... Zatem uważasz, że stać nas na utrzymywanie takich darmozjadów nie wiadomo ile czasu?
- A złapiesz je? Sama powiedz - padło pytanie na pytanie.
Zaczęła niewątpliwie działać koniunkcja Księżyca z Wenus na niebie w tym momencie, że moje serce, na wspomnienie Gusi zmiękło. W cieniu cieni, po zmroku wypatrzyłyśmy robiący delikatne hałasy cień perlika, przyczajony koło otwartego kurnika. Anna zaszła go od jednej strony, ja od drugiej. Jakimś cudem udało się go nam zagnać z powrotem do kurnika i zamknąć za nim drzwi.
- Trudno się mówi, musimy odmówić - orzekła Anna. A ona jak coś powie, to powie.

17 lipca 2013

Rzeź niewiniątek

Od trzech dni trwała w gospodarstwie rzeź niewiniątek. Brojlery doszły kresu swego 2-miesięcznego żywota. Każdy został humanitarnie uśmiercony w uboju jak najbardziej rytualnym. Siekierką na pieńku. Obrany z piór i wnętrzności. I wylądował w zamrażalniku.
Obrzęd krwawy i owocny.
Czuję ulgę. Bieganie do nich każdego dnia co 2 godziny z porcją karmy zmęczyło mnie dokładnie. Dlatego odczuwam głównie ulgę. Jeden z czeredki czeka teraz na namaszczenie, zmacerowanie i upieczenie. Sprawdzimy, czy jest aż tak mdły w smaku jak reklamuje (swoje holenderskie kogutki) Ziemianin. Obiecuję, że napiszę uczciwie. Nie zależy mi na handlu, bo cena powaliłaby każdego miejskiego i wiejskiego biedaka, żyjącego z hroszy przybywających na konto z łaski państwa lub pana. Dla mnie jest przystępna. Ale po doliczeniu kosztów robocizny i zwyczajowego 30 procent, nie każdy zechce posmakować tego smaku. Ja posmakuję. Jako owocu swojej pracy.

Dla równowagi przyroda zesłała nam kolejne 9 nowych pisklaczków zielononożnych.
A perliczkę na dzikim gnieździe za domem coś zeżarło, razem z jajami, w deszczowe noce niedawne.

10 grudnia 2012

Na rozgrzewkę

I przyszła pracowita sobota. Anna pojechała z chłopakami do lasu wcześnie rano. Gdzie dojechał właśnie umówiony traktorzysta. Chłopcy ładowali i rozładowywali, ładowali i rozładowywali, ładowali i rozładowywali, ładowali i rozładowywali.


Tak cztery razy obrócili, prawie pod zmierzch im zeszło, czyli w okolice godziny piętnastej czasu zimowego środkowoeuropejskiego. Oto jedna fura i druga koło niej...


Efekt wygląda tak. Na papierze, czyli asygnacie z leśnictwa to 4 metry przestrzenne drewna. Koszt sto złotych. Gdy doliczyć inne koszta gotówkowe (wynajem pomocników i traktora) wychodzi 4 fury drewna w koszcie jednej. A jeśli policzyć inaczej, czyli żerdzie świerkowe po cenie sprzedaży od sztuki, wychodzi o wiele więcej oszczędności. Część z tych żerdzi da się przetrzeć na pół i będą z nich dwie. Na ogrodzenia chroniące przed zwierzętami płowymi i naszymi kozami.


Znam ludzi, którzy twierdzą, że spalają przez zimę w swoim domu 17 metrów drewna, czyli 4 razy więcej!. Trudno mi w to uwierzyć, patrząc na tę kupę. Chyba inne metry mieli na myśli... Nam tak wystarczy spokojnie na całe zimowanie. 


I na rozgrzanie portret perlika-afrykańczyka, czyli przykład męskiej urody (mnie w tym wszystkim zawsze interesuje Projektant). Perliczy gatunek afrykańskich kuraków tym się charakteryzuje, że trudno jest odróżnić samca od samicy. Różnice są niewielkie i wykształcają się dość późno. Oto je zaczęło być widać. Chodzi o te czerwone wisiorki na podgardlu., których samiczki nie mają. Bo hełmy są takie same. Aż mnie kusi, aby je dotknąć i sprawdzić czy są twarde, czy miękkie.

4 października 2012

Ruja

Dawno nie pisałam o kozach. A tymczasem nastał ważny dla nich co roku czas. Poczekałyśmy do okresu pełni wrześniowej, która wypadła na styku z październikiem w tym roku, i do zagrody zjechał Kuba. Przypomnę, że był to cel tegorocznej wyprawy Ani i Marty z trzeciej wsi do instytutu w Jastrzębcu, po zakup rasowego samca alpejskiego. Kubuś, Kubkiem pieszczotliwie zwany przebywa zatem z naszym stadkiem i przechodzi ważną próbę swych samczych cech. Nie powiem, trochę byłyśmy w stresie, bo młody jest i jeszcze nie urósł całkowicie, ale po kilku dniach jego pobytu u nas, kozuchy zapałały ochotą, ruja ruszyła na całego, jedna po drugiej, dwie i trzy na raz... Kubek spisuje się, ale o skuteczności będzie wiadomo za kilka miesięcy...


Z Felą dzieli go różnica wieku 1 dnia.


W Zagrodzie mamy też nowych mieszkańców. Oto zakupione od Marty indyki. Parka.


Oraz perliczki, chyba jeszcze nie pokazywane. Bardzo je polubiłam, afrykanki jedne. Są naprawdę przyjemne w hodowli, w naszych dość swobodnych oczywiście warunkach.


19 lipca 2012

Między burzami

Nów Księżyca dał nam popalić burzami. Nie dość, że termin jutrzejszy początku festiwalu wprawił nas w jeszcze bardziej gorączkowy pośpiech (no, prawie to było niemożliwe, a jednak!) szycia, prasowania, drukowania, pakowania, to niebo pogoniło nas dwa razy do zaganiania kurcząt i kóz do obory i kurnika. Nie było to łatwe, bo kwoki w strugach deszczu głupieją. Stają z rozcapierzonymi ochronnie skrzydłami i ani kroku do przodu. Kurczęta skupione wokół nich, nijak nie mogą skryć się już pod za ciasnymi skrzydłami i mokną do suchego piórka. Jednym słowem tak jak i te głupie ptaszki zmoczyłam dzisiaj dwie koszulki i wczoraj też dwie.
Jakoś jednak się udało. I nawet klient na kaczkę się znalazł i kozie mleko w międzyczasie (tj. między burzami) oraz przyjechała wreszcie kupiona tydzień temu internetowo zamrażarka.
Jak nów to nówka, he.
Z innych nowin, oddałyśmy jedną kwokę, bo rzuciła swoje odchowane pokolenie, na wioskę, i doszło do wymiany wiejskiej. My trzy kurczęta zielonej nóżki, właścicielka kwoki nam trzy młodziutkie perliczki. Szybko zaprzyjaźniły się z naszą jedynaczką i nie są problemem na podwórzu, chodzą razem i łatwo kryją się w stodółce wraz z całym stadkiem starszaków.

28 kwietnia 2012

Wiosenne koktanie

Zaczynają się upały. Owady jak oszalałe latają w słońcu brzęcząc wielkimi głosami. Bąki, pszczoły i szerszenie zbierają pyłek z zakwitłej olchy i klonu koło chaty. Przy okazji zdarza się, że błądzą do wnętrza domu. Wypuszczam je ofiarnie uchylając okna.
Kaczuszki poszły dziś pierwszy raz na dwór. Dłuższy czas opalały się w pudle, potem, na koniec wypuściłyśmy je na krótko, przy zmienianiu podściółki. Poruszały się prześmiesznie zwartą żółtą i ciekawską gromadką. Apetyt im po tej wycieczce wzrósł w dwójnasób.
Obiad był na tarasie. Koźlęcina z grilla. Przepyszna sprawa. W przyprawie tybetańskiej, którąśmy od naszych czeremszańskich gwiazd folkowych, które podbiły Nepal niedawno, dostały w prezencie.
Całe popołudnie potem szalałyśmy w stodole, wyciągając na zewnątrz stos gratów i samych najniezbędniejszych narzędzi, aby urządzić miejsce dla kwoki. Połowa z tych niezbędności wyląduje wreszcie na śmietniku. Właścicielka dojrzała do tej ostatecznej decyzji. W czym ją wspieram z całej siły.
I o przedwieczornej godzinie nasadziłyśmy w drewnianej skrzynce nakrytej koszem kwokę na 8 jajach... perliczych. To wszystko "z winy" Marty z trzeciej wsi, która chciała nam odsprzedać zbędnego jej już perlika. Po namyśle stwierdziłyśmy, że byłby samotny i nie wiadomo jak by go kury w kurniku przyjęły, w tym przede wszystkim koguty. Ale pomysł na urozmaicenie drobiazgu nam się ostał. I zaraz się okazało, że pani Nina nazbierała już jajek od szarych perliczek ze swojego stadka i akurat usiadła jej kura. Pożyczyła nam ową kwokę, dała jaj, za co odwdzięczamy się wymianą innych wartości. No, to siedzi. Odnotowuję datę dla pamięci. Perliczki wysiadują jaja tydzień dłużej, niż kury, 27 dni, prawie pełny miesiąc księżycowy.
Zaś nasze zielononożne wciąż ani myślą zasiąść. Niosą się jednak w 100 procentach. Być może długa przerwa zimowa w nieśności sprawiła, że teraz muszą nadrobić tamten czas i znieść określoną ilość jaj, zanim instynkt się odezwie. Przynajmniej tak to sobie tłumaczę.