Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Praca. Pokaż wszystkie posty

6 lipca 2025

Podsumowanie czerwcowych dokonań

Krótko o dokonaniach. Dokonały się sianokosy, na naszej łące przy ścianie. Skosił jeden, skostkował drugi, zwiozła Anna na przyczepie, ktoś dopomógł wrzucić część urobku na strych obory. Ponad 320 ciuków, starczy, bo zostało sporo jeszcze z zeszłego roku.

Teraz zaczynają się zbiory porzeczek. Najpierw czarne. Warzę właśnie dżemidło i nieco soku do buteleczek. Jutro następna partia. Czerwone i białe mogą jeszcze wytrzymać do następnego weekendu. 

Świdośliwa zerwana, częściowo zjedzona, częściowo zamrożona, służy do gotowania kompotu letniego z domieszką porzeczek, dobrze słodzi ich kwaskowość. Kompot uzupełniamy wodą i tak pijemy przez cały dzionek. Zamiast szkodliwych letnich napojów sklepowych.

Wiatry wysuszają pastwisko. Upały je wypalają. Kozy pasą się dość krótko o poranku ze względu na upał i muchole, których nie znoszą i z zadowoleniem wracają do boksów. Potem jeszcze wycieczkują na chwilę do lasu za chatą, gdzie w cieniu żywią się liśćmi krzewów i drzewnych odrostów, a Anna w tym czasie podlewa ogródek i rośliny w cieplicy.

Ponadto jastrząb upolował ostatnią kurę nioskę i pod naszą nieobecność zjadł z niej wszystko, co dla niego najlepsze, ozdabiając miejsce stosem pierza. "To bóg Mars wziął swoją ofiarę i oby nią się zadowolił!" - orzekłam na ten widok. Trudno, i tak właziła nieposłusznie do ogródka rozgrzebując podlane grządki, i za nieposłuszne oddalenie się za ogrodzenie została ukarana przez los (las).

Po zgryzionym pastwisku przechadzają się codziennie ze spokojem dwa wioskowe bociany, wojtusie. To już dobra wróżba. Wyszukują świerszcze, myszy i różne owady, bo ropucha i ogromny zaskroniec żyją sobie bezpiecznie w cieniu naszej chaty i w zaciszu ogródka przydomowego, gdzie w zbiornikach gromadzi się zawsze deszczówka.

Od tygodnia mamy też kolektor na słońce do podgrzewania wody. Testujemy skuteczność i jak na razie sprawdza się. Choć nie wiadomo jak by się rzeczy miały w ciągu wielodniowych skwarów. Na razie duże wahania pogody od upału do zimnych nocy utrzymują temperaturę wody w znośnym zakresie stopni.

Zaopatrzyłyśmy się także w tegoroczny miód leśny, prawdziwie wiarygodny, u naszego sąsiada, który od jakiegoś czasu bawi się z powodzeniem w przydomową pasiekę, ma chłop rękę do pszczół, nie to co my. I błogosław mu, Panie!

Ceramika się kręci. Głownie podczas warsztatów i imprez letnich dla dzieci (wycieczka dzieci na rowerach do naszej altany, aby zrobić mydełka, zjeść świeżo przyrządzoną pizzę i przejechać się po wsi). 

29 lutego 2024

Siedem srok na drzewie

Ciepła, a od czasu do czasu nawet słoneczna pogoda sprzyja myśleniu o wiośnie. Nie wiadomo już za co się zabrać a co kończyć, żeby zdążyć na start kolejnego sezonu. Zwłaszcza, gdy się siedem przysłowiowych srok za ogon trzyma.

Anna co i raz różne biznesy załatwia, rolne, urzędowe, remontowe, zleceniowe, raz warsztaty, innym razem konstruuje zabudowę poddasza, lepi naczynia i talerze, szkliwi i wypala, jeszcze innym jakieś internetowe webinary obczaja i uczy się montażu filmików, tudzież walczy z kompostem i ściółkowaniem krzaczków oraz szykowaniem grządek pod zasiew. Dodać należy zwyczajne obowiązki, kozy, drób, noszenie drewna, pranie, czasem wypad do sklepu i oto jest się w czym pogubić. 
Ja też mam swoje sroki, oprócz obowiązków codziennych, gotowania, omiatania chałupy, obrządków zwierząt, bo aż trzy książki usiłuję skończyć, aby ruszyć jakoś z ich wydawaniem. Jestem drobiazgowa i redagowanie tekstów, wciąż dopisywanie szczegółowych treści, zabiera mi mnóstwo czasu. Nie jest to dobre dla ciała fizycznego i zdrowia, bo siedzenie boli, oczy słabną od gapienia się w ekran. Staram się jak mogę ćwiczyć Ći-kong lub ile się da chodzić zamiast siedzieć, i już na przykład nawet z oglądania filmów zrezygnowałam.
Po pierwsze i najważniejsze niemożebnie mnie znudziła sztuka filmowa, oglądam co najwyżej dziennie jeden lub dwa filmiki ulubionych "kanalarzy" na YT, a intelekt trenuję na książkach. Czytam je w nocy, bo dopada mnie niekiedy, częściej niż rzadziej, bezsenność śródnocna, więc zamiast się denerwować i przewracać z boku na bok, palę w ciemności chińską punktową latareczkę, biorę czytnik i wchodzę w światy wyobraźni, o niebo ciekawsze od obrazkowych współczesnych "bohomazów". Prawdziwa satysfakcja!
Od początku roku udało mi się już 15 książek przeczytać, teraz studiuję szesnastą. Różnego autoramentu, od "Dziejów" Herodota, opowieści filozofa Jamblicha czy Pitagorasa, religioznawczych wywodów Sir Frazera przez zadziwiające powieści fantastyczne Snerga-Wiśniewskiego (dopiero teraz widać, że był wizjonerem) czy współczesne fantastyki i koncepcje na temat SI autorstwa Jacka Dukaja, po podręczniki astrologiczne.

Temu wszystkiemu towarzyszy przyroda, śpiewy małych ptasząt wiosennych w lesie obok, klucze powracających gęsi i żurawi. Wczorajszy widok nawet mnie zadziwił, choć już widziałam nasze ptactwo w różnej akcji! Stało się to wkrótce po tym, jak po niebie przeparadował ogromny klucz dzikich gęsi. Nasze indyki stwierdziły, że też chcą poznać więcej świata. Zdołałyśmy jeden moment uchwycić na krótkim filmiku, najlepiej odtwarzać go w zwolnionym tempie, 0,5. 

Prawie wszystkie, oprócz trzech najcięższych indorów, które nie zdecydowały się na wspinaczkę wysiadywały niczym orły sokoły na gałęziach naszego podwórkowego dębu, gulgając do siebie z podziwem. Po chwili zostały stamtąd łatwo sprowadzone. Wystarczyło je zawołać na miskę owsa, zaraz wszystkie z szumem wielkich skrzydeł sfrunęły do obejścia i dały się zamknąć w ptaszarni. Niestety, Anna nie zdążyła tego lotu złapać aparatem, czego mocno żałujemy, bo widok był "nieziemski". Ot, brak (jeszcze?) refleksu filmowca.

20 czerwca 2023

Wilgotno

Zrobiło się wilgotno. Pogoda ciepła, ale w większości pochmurna i parna. Nocami lub w dzień pada deszcz, chwilami bardzo ulewny. Wieczory i ranki we mgle unoszącej się nad pastwiskiem. W sumie nie narzekałybyśmy na to, bo uprawy zaczęły rosnąć i nie trzeba grządek podlewać, dynie ruszyły pięknie, nawet w ogrodzie permakulturowym, gdzie żadnego podlewania ręcznego nie ma z racji odległości od wodociągu. Ale siano leży na łące, skoszone. Słaba nadzieja, że uda się je zebrać. Anna czeka na jeden dzień pogody, aby pojechać obracarką i zwałować to co jest, a w razie dalszej wilgoci, po prostu zwiezie się co się da i trawa pójdzie na podściółkę. Wtedy trzeba szukać łąki do skoszenia, aby jednak zebrać zapasy dla zwierząt na zimę. Takie to letnie stresy rolnicze są.

Póki co różne prace idą do przodu. Trzeba było naprawić połamane pod ciężarem obornika dechy z fury, udało się dzięki pomocy nowego pomagiera. Także kurier przywiózł zakupioną internetowo siatkę ogrodzeniową i zagródka dla piskląt została dokończona. Oraz udało się zmienić dętkę w obracarce.

Pracowicie związałam sznurki snopowiązałkowe przez dwa popołudnia i Anna podwiązała już pomidory i ogórki w dużym tunelu, z dumą też przyniosła do domu dwie wyrwane próbnie z grządki marchewki, całkiem spore i o tyle ważne, że do tej pory marchew i pietruszka w ogóle się u nas nie udawały. Zatem pierwszy to sukces. Kalarepki trzeba zjeść, bo wpadły do tunelu koziołki i zeżarły im liście. Służą zatem za warzywo rosołowe. Zjadłyśmy także ostatnie truskawki. Cebula zaczyna nabierać kształtów i aż żal, że więcej nie posadziłyśmy, bo apetyt na nią i szczypior jest znaczny.

Indyczka z zespołem kaczo-perliczym zamieszkała w kurniku. Drugi wylęg, indycząt z dwiema kaczuszkami na razie grzeje się i jest dokarmiany w pudle pod lampą-kwoką w kuchni. Indyczka-matka jest na dzień oszukiwana podkładaniem niewylężonego jaja, które pilnie wysiaduje. Przez kilka dni taka sztuczka się udaje, bo dostaje dzieci na noc do gniazda. Kiedy się wzmocnią, dobrze wygrzane i nakarmione zaczną samodzielne życie pod jej opieką.

I tyle nowin. Wygląda na to, że mój odczyt tegorocznego horoskopu światowego odnośnie pogody, że będzie mokre lato i później miał coś z prawdy w sobie. 

1 czerwca 2023

Był maj...

Komary ustępują muchom. Rozwija się w szybkim tempie susza. Anna planuje sianokosy.

Maj przyniósł: naprawę ogrodzenia na pastwisku, wymianę słupków na nowe, podpory dla starych. System nawadniania w długim tunelu zamontowany. Postawiony dodatkowy tunelik koło koziarni dla zbytnio rozmnożonych sadzonek pomidorów. Grządki zewnętrzne wszystkie obsiane i nasadzone dynią, cukinią, pomidorami, papryką, fasolką i co tam jeszcze Bozia dała. Ponadto wreszcie zostały zawieszone okiennice przy dwóch oknach południowych pod tarasem.
Plonowały pięknie i skończyły się rzodkiewki, szpinak i sałata.


Grządka przed nakryciem włókniną. W celach ochronnych przed drapieżnymi kurami. Sposób się sprawdza od lat.


Fioletowa mizuna.


Chwila relaksu pomiędzy.


To powyżej w skrzynkach już posadzone na grządkach.

Dziś klują się indyczęta.

26 maja 2023

Wszystko po kolei

Trzeba rzec, że deszczu mało pada, słabe opady nie wystarczają przy coraz wyżej stojącym jasnym słońcu w dzień i temperaturach bliskich 30 stopni w natężeniu dnia. Niemniej posadzona w kilku wałach kompostowych dynia kiełkuje szczęśliwie. Została podlana, a słoma trzyma wilgoć dużo dłużej niż sama gleba, więc mam nadzieję, że zdoła się ukonstytuować. 

Anna sadzi teraz w dużym tunelu, w porach najmniej gorących, czyli z samego rana i późnym popołudniem paprykę. W ciągu dnia raczej nie da się tam wytrzymać dłużej niż chwilę. Ogórki kiełkują, niektóre krzaczki pomidorów zakwitły.

Zjadłyśmy już pierwszą porcję truskawek spod folii, ale w tym sezonie dużo ich mniej będzie w porównaniu do zeszłego roku, sporo krzaczków w gruncie nie przetrwało. Z różnych względów, także kurzej drapieżności. Niemniej jest co wspominać i jeszcze na co liczyć.

Szpinak się skończył, zjedzony przez nas w częstych daniach prędkich i zupach, a szpinakowe badyle bardzo chętnie pożarły kozy. Nastała po nim sałata, mizuna, pak czoj i liściasty burak. Mój tata, lekarz z zawodu, zwykł mawiać, że człowiek aby dobrze się czuć powinien odżywiać się w zgodzie z rytmem natury, tym co akurat daje przyroda, las, sad i ogród. Do czego zawsze się stosuję, nie wielbiąc wcale ani wczesnych ziemniaków z Hiszpanii, wiosennych ogórków z Południa ani zimowych pomidorów, tudzież cytrusów i bananów. Wiosna zaczyna się dla mnie wraz ze szczypiorkiem, truskawkami, potem lato z jagodami, ogórkami i pomidorami, a jesień kończy grzybami, kartoflami, kiszonkami, winami i serami żółtymi gromadzonymi na przetrwanie. I tego się trzymam.

Dzięki pomocy nowego pomagiera, który wpada raz w tygodniu, i oby mu się to nie znudziło, udało się umocnić resztę słupów w ogrodzeniu pastwiska oraz uszczelnić i naprawić zagródkę dla piskląt, która niedługo stanie się potrzebna.

Poza tym zmobilizowałam się i złożyłam długo odkładaną wizytę w gabinecie stomatologicznym. Jak na razie pocieszenie, ząb który już zdecydowałam się usunąć ze względu na jego przewrażliwienie, ponoć da się uratować. Wróciłam zatem z plombą i nadzieją na uzdrowienie źródła nagłych bólów w żuchwie i głowy.

1 maja 2023

Fury, słupy i opłotki

Od-gnojenie koziarni udało się według planu, od poniedziałku do poniedziałku. Do permakulturowego ogródka poszły 3 pełne fury obornika. Ułożyłyśmy na trawie podkład z tekturowych pudeł i na nich w kilku miejscach legły kupy i kupki, mające w tym roku posłużyć za nowe wsparcie dla dyniowatych.

Kolejna praca to naprawa ogrodzenia pastwiska. Słupy są już leciwe i niektóre mocno nadwyrężone, osłabione przez napierające kozy albo i owce sołtysowe, które czasem na łące obok się pasą. Wymieniłyśmy ich pięć i sześć, resztę podparłyśmy tu i ówdzie, aby się nie chwiały, da Bóg, to wytrzymają jeszcze przez sezon. A my na spokojnie wymienimy pojedynczo co bardziej spróchniałe podpory. Jest na ten cel zapas dębczaków przygotowany już dawno, zwieziony z działki leśnej rok i dwa lata temu.

Kozy na razie wędrują codziennie po opłotkach, pasąc się pod kontrolą na drodze przy sadzie, na ugorze i gdzie je tam chęć zawiedzie. Niemniej za kilka dni pójdą na wypas i będzie trochę oddechu.

Sadzonki pomidorów i papryki wciąż wędrują jeszcze w skrzynkach rano z domu do cieplicy i wieczorem z powrotem. Noce są chłodne, w maju też bywają przymrozki, więc Anna chucha i dmucha. W każdym razie zaczął się już sezon rzodkiewkowy, na bieżąco idzie szpinak, jarmuż, szczypior, pakczoj, które używam do obiadów w każdej formie. W zupach, sosach i jako dodatki, sałatki czy pasty.

W przerwach między pracą a pracą układamy pociętą gałęziówkę pod daszkiem, robiąc miejsce na podwórzu. Pod wieczór na tarasie upajamy się zapachem rozkwitłej czeremchy. I taka to majówka, jakby ktoś pytał.

28 listopada 2022

Urlop za pasem

W szybkim tempie zmieniła się diametralnie narracja sztucznego proroka odnośnie pogody tej zimy, mamy już zapowiedzi nadchodzących przedwcześnie silniejszych mrozów. Na razie oscylujemy przy temperaturach granicznych między plusem a minusem. Śnieg zsuwa się hałaśliwie z dachów, powoli topnieje, ale nie jest to zewnętrznie odróżnialne.

Palenie w piecu mam we krwi, od dziecka, zatem nie jest to nic, na co bym narzekała. Anna przeszła na zajęcia domowe, przez co mnie przybyło nieco wolnego czasu, bo zdarza się, że pozamiata, obiad ugotuje, przynosi też drewno i rano czyni sama obrządek. Trochę urlopu obu nam się należy.

Ponieważ śnieg zakrył panele fotowoltaiczne na dachu to i oszczędzać na elektryce trzeba. Zimno nie sprzyja lepieniu ani wysychaniu gliny, zatem czekamy do wiosny. Ruszyło trochę szycie, przeszywanie, łatanie, zszywanie w zamian. Także czytanie książek i oglądanie filmów.

Póki co pokażę ceramiczne dzieła Anny z minionego sezonu.


 Trochę koloru urozmaica biało-czarne kontrasty zimowe w otoczeniu.

17 listopada 2022

Przedzimie

Nadeszły niskie "pograniczne z zerem" temperatury, co prawda raptem od dzisiaj. Jeszcze trwam przy paleniu w kuchni, ale jutro planujemy rozruch c.o.

Anna przez dwa dni wydobyła z ostatniego boksu urobek kozi w ilości dwóch czubatych fur i wywiozła go częściowo na kompost, a częściowo do użyźnienia ogrodu. Sama, przy mojej zgoła niewielkiej pomocy przy rozładunku. Pomocników brak. Ci co są mało się już nadają do ciężkiej pracy. Najmłodszy, silny i sprawny, który by to zrobił w kilka godzin, akurat "nie lubi babrać się w gnoju" i co poradzisz!

Odinstalowałyśmy także nawodnienie tunelu, ostatki roślinne zostały zebrane (oprócz pekinki, która potrafi przetrwać przymrozki bez uszczerbku), zatem buraki ćwikłowe, brukiew, rzepa, rzodkiewka, resztki pomidorków koktajlowych (wrzucam je kurom do gara i mają smakowite jedzonko, które uwielbiają), seler naciowy, różne zieleninki, które idą na susz i zasilają nas w swoje smakowitości do następnego sezonu.

Zwózka gałęziówki utknęła dzisiaj, bo traktor po nocnym przymrozku zastrajkował, trzeba było wymontować akumulator i przynieść do domu. Jednak Anna uparciucha i tak poszła do lasu i popracowała przy ściąganiu gałęzi na dogodne miejsce zbiorcze.

Kury przestały się nieść. Naturalnie. Kozy się nudzą, dostają siano na kaczym dołku i "pasą się" na powietrzu kilka godzin dziennie. Las już opadł z liści, pastwisko wygryzione i uschłe do cna, jabłka przestały spadać, taki czas. Tymczasem okazało się, że zaćmienia na niebie przyniosły złe efekty i wilki wiedziały przed czym ostrzegają wyjąc z wiadomego kierunku w dzień przodków naszych. Ech. Najbliższe lata łatwe nie będą, trzeba nauczyć się znosić codzienne trudy, braki, zakazy i wymagania oraz przede wszystkim strach. Kto jeszcze się nie nauczył i nie wypraktykował, oczywiście. Mnie to jakoś mało wzrusza. I sny odeszły.

25 lipca 2022

Czas słońca

Środek roku, czerwiec i lipiec to czas, gdy napór koniecznych prac i nowych sytuacji jest w naszym życiu dużo silniejszy, niż w ciągu całej reszty roku. Nie tylko dlatego, że rolnictwo to dyktuje, ale i dlatego, że obie jesteśmy spod znaku Koziorożca, a lato stwarza dla nas wyzwanie z racji położenia słońca naprzeciw naszych zimowych urodzin. W efekcie nie ma wiele czasu na rozrywkę, a gdy już się taka trafia, to jest ona powiązana ściśle z wysiłkiem i pracą, a nawet ich eskalacją.
Od momentu przesilenia letniego wysiłek się wzmógł. Najpierw sianokosy, potem drugie sianokosy i zwózka siana, całkiem samodzielna, przy całkowitym braku rąk do pracy w okolicy. Potem jeszcze odbył się u nas jak co roku pokaz pieczenia chleba, urządzany przez GOK w ramach projektu albo półkolonii dla dzieci. To jeden dzień przygotowań i następny poświęcony imprezie, zabawianiu "gości" i stadka dzieciaków, które przyjechały z opiekunami na rowerach. Poczęstunek, pokazywanie, objaśnianie itp. 
Zaraz potem rzucił się ogór, podlewanie, zbiór. I porzeczki, to samo. Przy czym w tej sprawie los mi pomógł, a raczej przeszkodził, bowiem większość krzaków czerwonych i białych porzeczek zdążyły przede mną opędzlować kury. Kiedy tylko zobaczyły, że zrywam, zaraz wzięły się do dzieła. To co zostawiłam na następny dzień, cudownie po prostu znikło. Skończyło się zatem na kilkunastu słoiczkach dżemu i gąsiorze wina, które już pięknie chodzi. Przepadło przynajmniej drugie tyle. 
- O, nie! - stwierdziła Anna - koniec z kurami! KONIEC! W przyszłym roku zostają tylko kaczki i indyki.
Mnie w to graj. Kurzych jaj i tak nie mogę jeść, więc całe to bieganie koło kur nadmierne mi się wydaje. Choć kocham wszystkie swoje ptaki i nigdy im nic nie brakuje, ale logika dziejów przemawia przeciw dalszej ich hodowli. Nie wybijemy ich, ale spokojnie dojdą swego końca bez odmładzania stada. Kaczki, gęsi i indyki również znoszą jaja i dla nas aż nadto wystarcza.
 
A potem nadszedł czas festiwalu i kolejne zakręcenie. Głównie dlatego, że Anna prowadzi na nim warsztaty ceramiczne jako pomoc mistrza oraz własne stoisko, co zajmuje cały boży dzień, aż do nocy. Docierałam na imprezę po południu, gdy już prace domowe były ukończone i co nieco towarzysko się odprężałam, witając się ze starymi znajomymi i rozmawiając o tym i owym.

Zdarzało mi się też pilnować kramu. Przy okazji uaktualniam swoją gębusię, po kilku ładnych latach od ostatniego zdjęcia.

A tu też ja w tle, ale bez głowy. I dobrze, bo prace najważniejsze. Wszystkie dzieła z sitodrukiem sprzedały się pięknie. To ostatnie zdobnicze zainteresowanie rozwijane przez Annę, mającą z sitodrukiem i poligrafią dużo wspólnego od lat. I jeszcze zbliżonko.


Poniżej przykłady prac Aninych, których dawno na blogu nie było. 


Mydelniczki...


Na jarmarku wystawiało się przynajmniej kilku profesjonalnych ceramików, ale nie było tak źle z utargiem. Kilka rzeczy trafiło ludziom do gustu i sięgnęli do portfelików. Mimo widma nadchodzącej inflacji czy też gorszego krachu, o którym wieszczą jasnowidze i ekonomiści.

Doroczne trzydniowe świętowanie rdzenności naszej narodowej i tutejszej zakończyłyśmy goszcząc na kolacji mistrza ceramiki Jerzego z rodziną, a raczej częścią rodziny, żoną i najstarszą córką. Piecyk do pizzy spisał się na medal. Sera, cebulki, jarmużu, bazylii oraz sosu paprykowego własnej roboty nie żałowałam. Pogaduszki na tarasie przy świetle solarnym były równie pyszne.

13 czerwca 2022

Sienne przygody

I już po sianokosach. Poszło dobrze, choć zaczęło się dramatycznie. Najpierw oczywiście niepewność i niezdecydowanie czy już zaczynać czy może jeszcze czekać. Pogoda była niepewna. Nasz sołtysiak ruszył na łąkę mimo wszystko, więc na drugi dzień i Annę sparło, aby zadziałać. Kosiarz szybko skosił łąkę i tego samego dnia wlało w nią mocno. Deszcz był tak nagły i silny, istne oberwanie chmury, że nasze jaskółki się pogubiły, chyba coś się im stało, bo dopiero dzisiaj jedna z parki zajrzała do gniazda. A były dwie pary.

Niemniej po deszczu na drugi dzień wyszło słońce i pięknie przygrzało. Zapowiadana burza nie nadeszła. Anna ruszyła obracarkę stojącą od kilku lat w sadzie, którą kupiła okazyjnie od rolnika z drugiej wsi. Trzeba było napompować dętkę w jednym kole, udało się dzięki własnemu sprzętowi. Doczepiłyśmy machinę do Władka i Anna ruszyła w pierwszą swoją dalszą drogę traktorem. Udało się! Wróciła zachwycona. Co prawda kilka kilometrów jechała przez prawie godzinę, ale nie dość że zajechała szczęśliwie to i z obróceniem siana na łące poradziła sobie sama. Zostawiła machinę na łące i wróciła lekko do domu.

Kolejnego dnia zaciągnęła na łąkę furę. Zjawił się także niewołany pomagier, chętny pomóc. Niestety, mimo że nie dajemy pić alkoholu w trakcie pracy, to poradził sobie sposobem, dzwoniąc do usłużnej siostry, która dostarczyła mu dwie puszki. Rolnik zjechał z prasą i ściukował siano, pomagier przydał się do załadowania trzy razy przyczepki i woza, po czym zwarzony już mocno upałem i napitkiem zjechał do obejścia wraz z obracarką z zadaniem wrzucenia jednej partii transportu na górkę. Ja w tym czasie doiłam kozy, więc wykorzystał okazję. Gdy skończyłam doić zapytałam głośno: Andrij, jak ci idzie? Na co odpowiedziała mi głucha cisza.

Stało się to nie pierwszy raz, że wykpił się cichaczem od roboty. Ledwie Anna odjechała na łąkę po kolejną partię zbiorów, czmychnął przez płot w krzaki i lasem, aby nie było go widać na drodze oddalił się w kierunku swego domu.
Nie muszę wam opowiadać, jak Anna była wściekła po przyjeździe. Mimo że zabrałam się natychmiast za pomoc i układanie ciuków w paszarni na dole. Jakoś sobie poradziłyśmy do wieczora z wszystkim, ale ostatnią zwózkę furą trzeba było odłożyć na następny dzień. Niedzielny, świąteczny, ale cóż było robić! Anna zajechała traktorem na łąkę, podczepiła furę i zjechała z ostatnim transportem zaraz rano, po czym do południa rozładowała go i schowała pod dachem. Na spokojnie. I tym razem zapowiadana w prognozach burza nie nadeszła.
Tyle naszego, że pomagierowi musi wystarczyć mleko i jaja, które wziął tytułem zaliczki wcześniej, za niewykonaną robotę.

A dzisiaj rozpadało się od samego rana, niech pada. Ogród i pastwisko tego potrzebują. A oto nasza kakusia we wdzięcznej pozie na progu koziarni.

18 maja 2022

Stary sad

Zimna zośka wieje lodowatym polarnym powietrzem już od kilku nocy, poranki i wieczory są rześkie, acz w ciągu dnia słońce mocno i jasno świeci, przełamując chłód. Niemniej sadzonki wciąż nosimy, rano do tunelu, wieczorem do domu. Ładnie podrosły ostatnio i szkoda by je było w ostatniej chwili stracić przez przymrozek.

Anna wyrwała już ostatni szpinak, którego przerośnięte grube badyle są ogromnym przysmakiem kóz. Wciągają jak odkurzacze także liście rzodkiewki. To takie nowalijkowe zastępstwo za dynię, która właśnie wzięła wyszła, a całą zimę jadły ją dwa razy dziennie. Codziennie też wychodzą na pastwisko, więc już też na sianie jest oszczędność. Dostają tylko od wielkiego dzwonu, gdy muszą jednak w oborze z jakiegoś powodu zostać dłużej.

Forsycja, klon i czeremcha już przekwitły. Ruszył bez. I sad. A raczej jego resztki, które już się chylą co roku bardziej. Po każdej zimie jedno, dwa drzewa wycinamy, złamane pod śniegiem, albo uschłe. Niemniej, choć zawsze wątpimy, czy zakwitnie, bo te dawne odmiany mają swoje ustalone pory, to zawsze bucha kwieciem. I zawsze w najchłodniejszy czas maja, w zimną zośkę! I choć to zawsze nieprawdopodobne nam się wydaje, nigdy nie zwarzyło kwiecia na tyle, aby nie było owoców.


W części wyłysiałej już z drzew stanął tunel, grządki wzniesione, i posadziłyśmy w zeszłym i w tym roku kilka drzewek owocowych (przyjęły się) i krzewów jagody kamczackiej.

23 kwietnia 2021

Zajęcia przydomowe

Znów się ochładza. Ciągle trwa przedwiośnie. Rosnące już roślinki w tunelu pozostają nakryte włókniną dla ochrony. Dziś ma być przymrozek, sprawdzimy jak przetrwają. Pierwsze rzodkiewki już posmakowane. Szczypiorek i jarmuż też można skubać. Niektóre truskawki zakwitły.

Dosadzamy drzewka w sadzie i przy domu. Wiśnie, śliwę, gruszę i jabłonie. Przesadzone dzikie róże pod płot wyjściowy spod domu, ich miejsce koło domu zajmie rododendron, gdy już mróz odpuści.

Znajomy młody rolnik zaorał ciężkim sprzętem część nieużytku, gdzie do tej pory dynie rosły. Z kolejną wiosenną dawką koziego obornika. Tym razem też będą dyniowate. To dobre rozwiązanie co roku, a plony są spożytkowywane w gospodarstwie przez zwierzęta i w naszej kuchni całkowicie.

Od gnojnego znoju popołudniowego wybawił mnie cud. Andriusza wpadł pożyczyć 5 złotych. Dostał widły w rękę i przez godzinę zarobił więcej plus podwózkę do sklepu, gdzie był się wybrał. Zatem koziarnia cała już czysta, kozy w posprzątanych pokojach stoją i czekają przy sianie aż deszcz ustanie, chłody przeminą, trawa na pastwisku urośnie. 

Z powrotem w drodze z ogródka permakulturowego przez las ciągniemy czuby sosnowe z wycinki leśnej (pozwolenie od leśniczego jest) do koziej zagrody. Psy biegną z nami i znikają na chwilę. Po czym całe szczęśliwe i w uśmiechach przybiegają pochwalić się świeżą perfumą leśną. A fuj! 

Zatem dodatkowa praca wszczęta. Trzeba kran zewnętrzny odkręcić, przypiąć węża, odkopać psi szampon w szafce, nałożyć gumowe rękawiczki, złapać po kolei delikwentki na smycz, przytrzymać, namydlić i spłukać starannie. Znoszą to w pokorze, po czym otrzepując się kilkakrotnie od stóp do głów przed progiem wbiegają na wyścigi do ciepłego mieszkania suszyć fryzurę skryte pod stołami.

Pakowanie jaj i rozwożenie do stałych klientów to kolejne zajęcie. Niby nic, 10 sztuk dziennie przybywa, ale na Podlasiu jest przed Wielkanocą i są większe zamówienia, niż zazwyczaj. Kury na szczęście spisują się, nie strajkują. 

21 kwietnia 2021

Szacunek dla robotnika

Andriuszę natchnęło i zjawił się z rana do pracy. W humorze i przy sile, choć na twarzy znać ślady zimowych biesiad i nadmiernego odpoczynku. W 5 godzin wydobył z koziarni obornik z dwóch największych boksów i z Anną wywiózł go na przyczepce, by zwalić na kupę przy tunelu. Będą nasadzenia na zewnątrz w miejscach, gdzie stare jabłonie "wypadły" ze starości.

Czasu znaleźć nie mogę. Wczoraj tam byłem, dziś tu, jutro już mnie gdzie indziej zamówili. Cały tydzień robota od rana - mówi. 
Taki sezon - odpowiadam.
Eee, też chętnych do pracy nie ma - mówi - Ludzi do roboty coraz mniej. Wszyscy na niebie gołąbków wypatrują.
To prawda, dobrego robotnika trzeba szanować!
Oj tak. Szanować - rozanielił się - Tak mi wczoraj gospodyni też powiedziała. 
No, to dostał oprócz zapłaty jeszcze 2 sute posiłki, w tym tłusty pyszny rosół na kościach koźlęcych z makaronem domowym oraz piwo. Umawiamy się na dalej. Jest jeszcze kilka rzeczy do wiosennego postawienia na nogi. 

15 kwietnia 2021

Cieplica

Nareszcie udało się nam nową cieplicę postawić. Zachodu było dużo, bo wiatr przeszkadzał. Ostatecznie same zmontowałyśmy ścianki frontowe z drzwiczkami i zawezwałyśmy męskiej pomocy. Kolega zjawił się pomocny i gotowa cieplica stanęła w kilka godzin.

Dziś została częściowo zasiana i obsadzona, koprem i cebulkami dymki.

W dużym tunelu zaś sprawy już od dość dawna się rozwijają, mimo wciąż chłodnych nocy. 


Niedługo jak widać zaczną się pierwsze zbiory. :)

11 lipca 2020

Po sianokosach

Po pierwsze i najważniejsze, jesteśmy już po sianokosach. Były trudne o tyle w tym roku, że prognozy wciąż straszyły deszczem i nie sposób było się zdecydować na ryzyko zmoczenia zbiorów. W końcu rolnik sam zadecydował, skosił łąkę, twierdząc, że w kłos za bardzo już poszła i trzeba, bo się zmarnuje. Anna w nerw uderzyła, ale okazało się, że niepotrzebnie. "Bóg jest ponad wszystkimi gwiazdami" mawiał Nostradamus, i tak tym razem się stało. Prognozy prognozami, deszcz odsunął się w czasie i tak naprawdę do tej pory nie spadł w ilościach alarmowanych. Był więc czas i na wyschnięcie trawy, i na zwałowanie, i na przewrócenie, i na skostkowanie siana, a potem zwiezienie z łąki.


Takich transportów jak na poniższym obrazku zjechało do obejścia trzynaście.


Kostki w pace samochodu i na przyczepce. Anna ładowała początkowo z pomagierem, ale gdy ten odpadł z gry z przemęczenia (co roku są słabsi ci nasi chłopacy, państwowe zasiłki, za które piją stale alkohol robią swoje), dokończyła sama. Ładując, zwożąc kilka kilometrów z łąki i rozładowując na podwórzu. Ja zaś pakowałam kostki do paszarni, jednej, drugiej, a na koniec do garażu. Bo jako słabe niewiasty nie jesteśmy w stanie wrzucić kostek na balkonik i poddasze. Trzeba będzie poczekać, aż inny pomagier znajdzie czas i to zrobi.

Zatem, po całym dniu, 12-godzinnej wytrwałej pracy i poranku następnego dnia, zakwasy i zmęczenie trzeba było odmęczyć i odcierpieć. Udało się. Zadowolenie silniejsze od zmęczenia. Podliczywszy bowiem wszelkie koszty operacji i podzieliwszy na ilość kostek wyszła cena 1,43 za jedną. Tymczasem na rynku siano w kostkach dochodzi już gdzieniegdzie 10 złotych!

Po drugie najważniejsze, teraz zrywam porzeczki, przerabiam na galaretkę i wino. Anna zaś cukinie do domu znosi. I spaceruje po lesie za grzybami chodząc.

Tymczasem zaś ogród i tunele zaczynają plonować. I trzeba zacząć się martwić co robić z nadmiarem!
Zjadłyśmy już rzodkiewkę, szpinak (częściowo poszedł do zamrażarki), sałatę, mizunę i bób, zaczęły się ogórki (idą na małosolne głównie, ale to dopiero początek) i cukinie (zatem sezon leczo otwarty). Pomidory jeszcze zielone. Są stale wszelkie zioła i przyprawy, liście buraka, zatem i chłodnik można uskuteczniać.
Tak to wyglądało jeszcze niedawno w części końcowej tunelu, ciągle zagospodarowywanej.




I tak to się prezentuje w planie ogólnym.


3 maja 2020

Prawdziwa słowiańska opowieść o tym co było, jest i będzie...

Praca wre, realizujemy nowe projekty, o których będzie pewnie relacja, gdy już się zaczną ukazywać światu.
Sadzimy ptaki na jajach, zbieramy kolejne jaja od indyczek. Budujemy nowe grządki i zasiewamy je. Zaczęło wreszcie padać. Tak jak potrzeba na wiosnę. Powtarzalnie, długo, przez noc. Świat zaczął się zielenić.

Kwiaty mniszka zebrane, zabieramy się do nastawienia pierwszego wina ziołowego, jak co roku. Zapasy zeszłorocznego już są na wyczerpaniu, pora najwyższa.

Posadzone nowe krzewy i drzewka owocowe przyjęły się i przygotowują pąki.

Po tych fizycznych codziennych, acz niecodziennych, bo przecież zmieniają się w zgodzie z wymaganiami czasu - pracach przygotowuję do wydania opowieść o naszej przeprowadzce na Podlasie i zebranych tutaj doświadczeniach. Składa się z trzech części. Pierwsza opisuje trzy pierwsze lata mieszkania w wynajętej od rolnika chacie w sąsiedniej gminie.

Zamieszczam ją teraz w formie pdf. do poczytania dla ciekawych naszej historii. Rzecz cała nazywa się tak, jak i ten blog. "Kresowa Zagroda, czyli prawdziwa słowiańska opowieść o tym, co było, jest i będzie...". Będę wdzięczna za każde uwagi i opinie krytyczne, które można zamieszczać w komentarzach na tym blogu.

Cała historia, jak wszystko pójdzie po myśli, zostanie wydana drukiem. O czym nie omieszkam zawiadomić wszystkich zainteresowanych.

11 kwietnia 2020

Kupa chrustu

Wiele godzin dnia zajmuje nam od jakiegoś czasu porządkowanie obejścia (oj, to wiecznie odnawiająca się praca) i przede wszystkim ogródków. Ponieważ idzie kolejna susza zaczynam tracić nadzieję, że ogród permakulturowy przetrwa sam z siebie, zasilany jedynie wodą z nieba. W dodatku w tym roku cały zasób obornika po zimie poszedł na zasilenie sadu i pastwiska. Zostało jednak trochę kostek słomy zeszłorocznej, kupionej u rolnika, zmagazynowanych wprost na powietrzu, do zagospodarowania.


Zwieramy zatem szyki i organizujemy przestrzeń siedliskową wokół domu i budynków gospodarczych. Tu i tam trzeba było dodać płotek czy furtkę, aby zrobić zabezpieczenie przed wszędobylskimi kozami i drobiem. Wznieść konstrukcję drugiego tunelu, zbudować skrzynie z odpadów deskowych na wzniesione grządki. Pomagier pokazuje się od czasu do czasu, więc najcięższe problemy udało się gładko przezwyciężyć. Także dzięki niemu urosła kupa chrustu na podorędziu, z gałęzi wyciętych w zeszłym roku robinii.


To ilość pozwalająca palić pod płytą przez dłuższy czas, by - za jednym zamachem - ugotować karmę dla nas i zwierząt, uwarzyć ser, nagrzać wodę w bojlerze do mycia i zmywania i ogrzać ściankę kaflową, która oddaje ciepło wieczorem tak, że nie trzeba już palić w ścianowym piecu na noc. W sumie przez cały sezon ciepły, gdy palę jedynie pod kuchnią wystarcza do tego zbiór chrustu z opadów gałęziowych po zimie w samym obejściu lub w pobliżu. Widzicie, jaki to cud i oszczędność? Energia odnawialna i całkowicie za darmo.


Ot, jeszcze tyle pozostaje do pocięcia i porąbania. Grubsze kawałki idą pod daszek i poczekają na kolejną jesień i zimę.
Na powyższym zdjęciu widać, jak prezentował się ogródek przydomowy widziany z tarasu jeszcze niedawno. Teraz już to zostało posprzątane. A na wolnym miejscu powstały skrzynie. Specjalne skrzynki z odpadów pozostałych z licznych budów na siedlisku, które służą na rzecz grządek wzniesionych i permakulturowo zbudowanych.


Na dno owych skrzyń poszła glina, aby ułatwić przytrzymywanie wody na tej naszej piaskowej wydmie. Na nią spróchniałe drewno, w tym samym celu, ale i po to, aby szybciej całość wznieść do góry. Na drewno warstwa słomy, tej samej ze zdjęcia początkowego. A na nią przerobiony dwuletni kompost z kurzeńca i czarna gleba powierzchniowa.


Każda warstwa po zamontowaniu została obficie podlana, by mogła solidnie nasiąknąć wodą na starcie.
Na koniec zaś jedna ze skrzyń leżanek została obsiana. Nie powiem czym, bo to domena głównej ogrodniczki. W każdym razie już kilka grządek pod włókniną i przestrzeń w tunelu daje życie roślinkom. Noce są jeszcze zimne, ale podłoże ze słomy i przerobionego obornika wytwarza temperaturę, dodatkowo tunel w słoneczne dni pięknie się ogrzewa, więc wychodzą już pierwsze kiełki szpinaku i rzodkiewki.

Ponadto dodatkowe przestrzenie przeznaczone na ogródki zostały wzbogacone o nowe sadzonki krzewów owocowych, porzeczki czarnej i czerwonej, świdośliwy, agrestu i aronii. Wszędzie można je podlać w razie suszy, więc jeśli tylko się przyjmą nie powinno być z nimi problemu. Dostały na start duży zasób kompostu na pokarm, a każdego roku opatulam je na zimę kolejną dawką słomianego obornika, aby nie zgłodniały na tej piaszczystej ziemi. To się sprawdza, bo krzewy posadzone kilka lat temu mają się dobrze, pięknie się rozrosły i dają dużo owoców.

Po ogródkowych zajęciach trzeba jeszcze zadbać o stado kozie. Które kilka godzin dnia spędza w zagrodzeniu za oborą, żywiąc się sianem i ogryzając gałęzie iglaste, które zwozimy z naszego zagajnika i sąsiedztwa.


Gałęzie ogryzione z kory szybko schną, idą na pieniek i uzupełniają kupę chrustu na lato. Nic się nie marnuje, jednym słowem.


Niektóre z dzieci przeszły na dokarmianie z butelki, aby móc uszczknąć kozuchom mleka dla nas. Tym sposobem mam dziennie 2-3 litry do przerobienia. Jest już zatem jogurt, twarożek i miękki serek podpuszczkowy na nasze potrzeby jedzeniowe. Nie powiem, mocno byłam ich spragniona po zimowej przerwie.

23 marca 2020

Zdrowe podejście

Nie było nowych postów, bo u nas zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że nie bardzo jest o czym pisać. Trwa wieczne przedwiośnie. Zatem wypadło zabrać się do wstępnych prac gospodarskich. Bozia zesłała Jarego w niezłej formie po tej zimie-nie-zimie i w dwa dni obornik został wydobyty z otchłani koziarni i wyjechał na pole, oczekujące teraz kultywacji. Mało tego, Jary zjawił się dnia trzeciego i wraz z Anną i jej piłą uporządkowali teren przy drodze za płotem, usiany gałęziami i pniami ściętych jesienią robinii. Oczywiście kolczasta była to praca, zatem dość niebezpieczna w dotyku. Mam już jednak opał do kuchni na sezon letni. W postaci gałęziowego chrustu.

Dobytek ma się dobrze, Pulcheria i Helenka od czasu do czasu znoszą po jaju, dużym i smacznym, zaś stado młodzieży płaskodziobej okazuje się być na moje oko płci męskiej i głównie zajmuje się darciem dziobów na mój widok. Jak nikt nie kupi, trudno, będą rosoły, pieczenie i oczywiście genialny smalec gęsi. Lekarstwo. Póki co dotuczam, bo gęsi późno obrastają w tłuszcz.
Kury niosą się bezkrytycznie, dobrze, że jest komu sprzedać jaja, tym sposobem zarabiamy tygodniowo jakieś 15 złotych. To wieść dla mieszczuchów, nie mających pojęcia jakimi kwotami operuje małorolnik miesięcznie. I żyje!
I to jak, zważywszy zasoby, które można przeliczyć na zdatne do jedzenia i trwania tym samym tygodniami, miesiącami, bez chodzenia do sklepu.

Oczywiście wpłynęła na konto jakaś niewielka dotacja zeszłoroczna, Agencja wisi jeszcze zwrot kosztów suszy i nie widać, aby ten zwis miał się zmienić. Jest zatem czym zapłacić za prąd, telefon, śmiecie i internet. Tak będzie aż do pierwszego mleka i sprzedaży koźlej młodzieży. Oto jak wygląda gospodarowanie na skraju systemu, w przestrzeni, w której wszyscy się od niego uzależnili i teraz kwilą ze strachu, gdy widmo zarazy przelatuje nad głową wsadzoną w ekran telewizora czy komputera. To tylko widmo. A życie jest życiem. Dotykiem, sensem.
Ciekawe, ilu ludzi, przekonanych dotąd, że są pępkiem świata, stanie nad przepaścią finansową i filozoficzną jednocześnie, bo utrata sensu bytu i iluzji to nie byle jakie przeżycie duchowe. I jak sobie te śmieszno-tragiczne postaci z tym poradzą. Bo świat już nie wróci do starych paradygmatów. Mimo, że pewnie uparte jednostki będą chciały zamknąć oczy i śnić dalej dawny kolorowy sen o niczym przebranym w szatki błazeńskie. Jak nasi jeszcze-rządzący.

Ogród czeka stosownej pory na działanie. Niektóre nasionka wysiane do skrzyneczek. Zeszłoroczny tunel już gotowy. Lato ma być o zmiennej pogodzie, deszcze i upały, wiatry, lepiej wrażliwe uprawy zawczasu ochronić.

Zapasów zeszłorocznych ubywa w piwniczce, kończą się żółte sery, dynie i patisony (trzymane na poddaszu) oraz ogórki, idą teraz ostatnie słoiki kiszonych i sałatkowych, soku pomidorowego i keczupu domowego. Soków owocowych też już wyraźnie mniej, ale przy umiejętnym gospodarowaniu starczy jeszcze do wymiany na nowe. Ziemniaków mniej, niż połowa. Te głównie zjada drób, ale i nam służą. Jest jeszcze mnóstwo dżemów, marmolad i galaretek owocowych, które zjadamy najwolniej, a przez to żelazny prowiant pozostaje mało naruszony. Widzę z tego, ile czego potrzebne jest zgromadzić na jesieni, aby starczyło dla nas dwóch plus czasem kogoś jeszcze, z nawiązką. I daje to poczucie sensu działania, pracy, codziennego wysiłku na cały kolejny rok.

26 lipca 2019

Letnia codzienność

Był festiwal, trochę dorocznych spotkań, muzyki, handlu jarmarkowego.
Pogoda dopisała, było ciepło, raz krótko padało, nie nazbyt gorąco, kulturalnie.
Pastwisko odrasta, kozy pasą się na nim wygodnie póki co.
Sąsiednie pola stają się wolne od zboża, bo już są żniwa, zatem i stres, że pójdą w szkodę znika.
Ogórki, ogórki, ogórki.
Na razie idą głównie na sałatki w słoikach i małosolne. Dziś doszedł też syrop z mięty, którą trzeba było zebrać, tak się rozrosła. Już drugi raz w tym roku taki zbiór. Anna stosuje go namiętnie do napojów i drinków. Dla mnie za słodki, wolę soki owocowe.

Ogródek daje także na co dzień jarmuż (zjadamy z patelni z jajkiem albo serem, podobnie jak szpinak), sałatę, rzodkiewkę z drugiej tury, fasolkę, koper, liściasty seler i liście buraka, zioła w wielkiej liczbie. Właśnie był drugi dosiew po zebranych i zjedzonych już dobrach, nowy rzut jesiennej rzodkiewki, szpinaku i sałaty.
Pomidory w cieniu akacji mają jednak zbyt mało światła w ciągu dnia, aby się zaczerwienić. Czekamy na upały, może wtedy dojdą. Ale upałów, wbrew zapowiedziom, nie ma. Najwyżej dojrzeją na parapecie okien od strony południowej.
Te kilka drzewek przy płocie od południa już zostało obejrzanych przez urząd i jest pozwolenie na ich wycięcie. Ponieważ jednak rosną na granicy ogródka, drogi i mogą zahaczyć przy wycince o druty elektryczne konieczna jest specjalistyczna firma z odpowiednim sprzętem do wykonania tego. Poza tym poczekamy na zbiór pomidorów, rozkręcimy stelaż tunelu i dopiero wtedy będzie można wziąć się za to zbyt długo odkładane działanie w miarę bezpiecznie.
Miłośników drzew uprzedzam, że mamy ich wokół domu i w obejściu całe mnóstwo, nie zamierzamy ich wycinać, są zbawieniem dla domu w upały i mrozy, dla nas i zwierząt, które mają gdzie się kryć. Niemniej te kilka robinii robi od kilku lat zbyt wielki cień w miejscu grożącym awarią, i konieczność jest nieodwołalna.

Do tego Jary doznał wreszcie natchnienia i zaczął przychodzić do pomocy. Można było ruszyć stary wychodek z miejsca, znaleźć mu nowe, rozebrać go też z daszka, aby wyremontować go, uszczelnić i pomalować. Trwa rżnięcie drewna na zimę i układanie w drewutni oraz naprawa ogrodzenia.

9 czerwca 2019

Sienne zbiory

Sianokosy przez trzy pierwsze dni szły jak po grudzie.
Kośba poszła szybko i sprawnie. Pogoda dopisywała. Chciałyśmy zmieścić się w kilku prognozowanych dniach słonecznych, po których miało zacząć solidniej padać. Jednak, gdy siano wyschło i można już je było zbierać, 2 razy padła maszyna do kostkowania na łące. Kilku innych właścicieli kostkarek odmówiło z różnych przyczyn. Akurat pracowali, mieli nieprzygotowane maszyny, albo tłumaczyli, że właśnie jest wielikoje świato prawosławne. Tymczasem czas naglił. Kolejnego dnia Anna, po wysłuchaniu kolejnej odmowy ruszyła sama na łąkę i kilka razy przywiozła na przyczepce i pace samochodu siano luzem. Ale umęczyła się tylko, względem niewielkich efektów. Do tego siano owo zajęło całe pomieszczenie w budynku. W kostkach zmieściłoby się tam wielokrotnie więcej. Na szczęście nagle trafił się katolik ze sprawną i zadbaną maszyną z dalszej wsi. Anna zmobilizowała znajomych, którzy przypominali sobie kto gdzie co ma i w ten sposób dostała odpowiedni namiar.
Przyjechał punktualnie na łąkę, skostkował wały szybko i sprawnie. Po raz pierwszy, odkąd robię sianokosy widziałam tak dobrze ściśnięte i związane kostki. Znalazł się także pomocnik, Andrij, w całkiem dobrej formie, pracujący w niesamowitym tempie i z ogromną wytrwałością, której już u młodych mężczyzn się nie spotyka. Siano zostało zwiezione w kilku obrotach samochodem z przyczepką. Pomagałam ile mogłam, raz spadła większość kostek na zakręcie przy chacie, trzeba było zwieźć taczką. Potem donosiłam kostki Andriuszy, który je widłami wrzucał na stryszek.
To właśnie dlatego, że nie mamy dużej stodoły, a miejsca do gromadzenia zapasów są pod dachem, nie możemy skorzystać z belarki, która weszła w modę wśród rolników od jakiegoś czasu. I stąd kostkarek jest coraz mniej, są w coraz gorszym stanie i psują się łatwo.
Prognozy tego dnia były burzowe, ale jak zazwyczaj okazały się przesadzone. Było gorąco i wiał orzeźwiający wiatr. Dopiero po zmierzchu raz czy dwa zamruczało za horyzontem, i nie spadła ani jedna kropla deszczu. Jedynie nieco zelżała temperatura. Udało się bez problemu umieścić zapasy pod dachem.
Ostatnie reklamy prognostyczne, którymi bombarduje internet, a czasem nawet ostrzeżenia rozsyłane telefonami uczą ludzi paniki i strachu przed przyrodą. To nowy wynalazek, żeby straszyć zbiorowo pod płaszczem ostrzegania. Nie ma nic bardziej denerwującego, gdy co chwila brzęczy któryś z kilku telefonów, dostający SMSa przed burzą. Która wcale nie nadchodzi, albo okazuje się zwykłą przymiarką do czegoś w rodzaju burzy. Bo przecież zapowiadane opady wcale nie nadeszły...