21 maja 2010

Szerszeniada

Znów zryw o świtaniu, z pokąsanymi palcami rąk, podeszwami stóp i brwiami! (są to części, które czasem mi wystają spod kołdry, gdy zasnę). Piękna pogoda. Zrobiłam ostatni szczypek w tej serii, pomalowałam preparatem kolejną partię listew, ugotowałam obiad, napaliłam pod blachą, popasłam kozy. Ania z powiedzmy-Sławkiem szaleli dalej z piłą i krajzegą, aż wielka góra drewnianych odpadów ze starej stodoły zmniejszyła się prawie do zera, zamieniając w dwie góry elegancko pociętych klocków prawie gotowych do pieca. Trzeba wykorzystać zapał powiedzmy-Sławka do pracy, który mu się stosunkowo rzadko zdarza. Przeważnie ma długie okresy pijaństwa, po których jest rozrywany jako pomocnik przy różnych pracach gospodarskich i polowych przez wioskowych emerytów. Potrafi też na długo zniknąć przy drwalskiej robocie w lesie.
Jedyną przygodą było wtargnięcie wielkiego buczącego niskim głosem szerszenia do kuchni, przez szparę pod belką stropową. Już od kilku dni upodobał sobie naszą chatę i zaglądał to tu, to tam, przeganiany oknem albo drzwiami. Tym razem robiłam powiedzmy-Sławkowi jajecznicę z 4 jaj na śniadanie i trudno mi było opuścić posterunek. Zawołałam powiedzmy-Sławka do interwencji, przyniosłam muchozol z piwnicy (którym jeszcze dąbrowiańskie szerszenie trułam wyłażące spod podłogi), ten napsikał mu do pyszczka i potwór był załatwiony. A szkoda, bo pojedynczo żyjące szerszenie nie budzą we mnie takiego lęku jak stado, a on był już prawie jak współmieszkaniec obejścia, znajomy (szerszenie rozpoznają obcych i swoich). Trudno... Potem jeszcze jednemu się to samo przytrafiło, bo miał tego pecha osiedlić się w spróchniałej belce wziętej do pocięcia.
Taki to był Dzień Szerszenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz