Najpierw okazało się, że kupiona trzy lata temu elektryczna maszynka do mięsa nie mieli. Huczy, brzęczy, ale na tym się sprawa kończy.
Na szczęście odnalazłam w piwniczce maszynkę ręczną, jeszcze po byłych właścicielach zostawioną. Niewielka co prawda, ale zdatna całkowicie.
Zajęłam się krojeniem słoniny w kostkę nożem, a Ania kręceniem mięsa. Obie czynności proste nie były. Zwłaszcza mięso koźle wymagało najpierw pozbawienia cienkiej błonki i tzw. wyżyłowania, bo poszły na to same gorsze kawałki. W owych błonach zawsze pozostaje cały koźli aromacik zatem lepiej jest, gdy się je dokładnie wytnie. Żmudna robótka.
Słoninę kroję w kostkę, a nie przepuszczam przez maszynkę, aby tłuszcz nie wypłynął w całości z kiełbasy, gdy będzie wędzona i suszona. Zmielenie powoduje bowiem duże straty wartości kalorycznej i na wadze, o czym się przekonałam sama przy poprzedniej kiełbasie...
Po kilku godzinach pracy duża miska została napełniona prawie po brzegi mięsem i pokrojoną słoniną. Proporcje tak na oko: koźlęciny i wieprzowiny pół na pół, do tego 1/4 słoniny. Dodałam przyprawy. Jak najprostsze. Tutaj mam już doświadczenie, że zbytnie dosmaczanie psuje tylko swojską kiełbasę.
Trzymam się tradycji z mojego rodzimego regionu. A tam istnieje jeszcze przedwojenna sztuka wędliniarska. W pewnej rodzinie chłopskiej na pewnej wsi. Wiedzę szczegółową pozostawię dla siebie, jak zresztą wszyscy w tamtejszej gminie to robią. Chłopi owi przetrwali Niemca, Ruskich, komunizm, Solidarność to i teraz Unię przetrwają, robiąc swoje bez żadnych papierów i pozwoleń. A sukcesy mieli wielkie za każdego systemu. Nawet komuchy z KC i sekretarz Gierek raczyli się ich wyrobami. I nikt z urzędasów słówkiem nie piśnie. Bo tak dobrej wędliny, kiełbasy, kaszanki, czarnego i pasztetowej już nikt w tym państwie nie jada od dziesiątek lat. A oni zyskali taką możliwość przez lat co najmniej 70!
No, więc trzymam się piotrkowskiej tradycji, nie tutejszej. Tutaj ludzie nagminnie dodają do kiełbasy o, zgrozo! ziele angielskie, a nawet gałkę muszkatołową i jakieś kupne przyprawy z glutaminianem sodu i innymi konserwantami. Nie, nie, nie!
Tylko sól kamienna, pieprz naturalny, dość grubo zmielony, trochę majeranku i czosnek, prawdziwy polski, zgnieciony kilkanaście minut przed dodaniem. Oraz garstka kminku, ze względu na koźlęcinę. Kminek staje się wyczuwalny po dobrym wysuszeniu kiełbasy na ciepłym kominie. I wsio.
Resztę wieczoru spędziłam miętląc w rękach mięso z przyprawami. Inaczej, niż rękami nie można tego robić. Bo klej nie wyjdzie. Klej wydziela się z mięsa bydlęcego pod wpływem ciepła rąk i sprawia, że kiełbasa trzyma się kupy i nie sypie się potem przy krojeniu.
Trzeba to dość długo robić. W każdym razie dzisiaj obudziłam się z bólem mięśni.
Wymieszane nadzienie kiełbasiane odstawiłyśmy do nieogrzewanego pokoju na noc. I dzisiaj zaraz przystępujemy do napychania kiełbasy.



Na obiad dzisiaj zalewajka a la żur z białą kiełbasą.
Zajrzyj do mnie, my też w weekend robiliśmy kiełbasę;] Wg przepisu mojej babci!
OdpowiedzUsuńZbieżność synchroniczno-telepatyczna? Bo u mnie nie jest to spowodowane bliskością świąt, tylko corocznym biciem koziołka o tej porze. ;-)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i smacznego życzę ;-) jak i sobie. Ja wędzę jutro.
Ewa
Łoooo, co ja bym dała za taką kiełbasę!!!!
OdpowiedzUsuńKiełbasę swojska uwielbiam. Przyznam się Wam, ze w czasie gdy byłam wegetarianką ( potem mi lekarz zabronił ) smak i zapach takiej kiełbasy czasem mi się śniły... A koźlinę jadłam tylko raz - w Grecji. Ale smakowało bosko!
OdpowiedzUsuńPozdrawiamy Serdecznie!
Mój Świętej Pamięci Dziadzio mawiał: "Moi Rodzice przetrwali zaborców, ja przetrwałem Hitlera, Twój Ojciec przetrwał Stalina, Ty musisz przetrwać Unię." :D Staram się. A dobra kiełbasa to MAJĄTEK! Jeszcze sam nie robiłem, ale będę! I na pewno będę wędził słoninę. Na razie zrobiłem swoje własne PIWO, (które lubię równie, jak kiełbasę) i jestem zadowolony jak jasna cholera! Czego i Tobie, Ewo, życzę. : Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńJa myślę ze po prostu wibracje podlaskie!
OdpowiedzUsuńDzięki że przypomniałaś o żurku!
Piwowarstwo też mam w planie, ale nie wiem, czy się w przyszłym roku wyrobię z tymi planami. ;-)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Ewa
Nie wiem czy daleko ode mnie mieszkasz,ale gdybym wiedziała gdzie to pieszo lub rowerem bym się zameldowała jako pomoc kuchenna.
OdpowiedzUsuńA wszystko po to, by uraczyć się kawałkiem takiej kiełbasy prosto z wędzarki.
A żurek najlepszy z zakwasu zrobionego w domu z mąki żytniej,gryczanej i z płatków owsianych i czosnku.
pani ewo. czy jest pani z Piotrkowa trybunalskiego ?
OdpowiedzUsuńZ piotrkowskiego. Byłam i bywam coraz mniej. ;-) ES
OdpowiedzUsuńWitam,
OdpowiedzUsuńbardzo miły, cieplutki blog :) Podziwiam odwagę i determinację. Ja duszę się w mieście, ale widać taka moja karma.
Życzę radości i słoneczka :)
Pozdrawiam serdecznie
Zosia
ja też jestem z okolic piotrkowskiego i marzy mi się wyjazd na Podlasie ;)
OdpowiedzUsuńmniam, mniam!!!
OdpowiedzUsuń