Dopiero Ania przypomniała mi, że to dzisiaj Sylwester. Znowu mega-konsumpcja w narodzie podniosła mi cukier we krwi i jeść nie trzeba wcale.
Tym niemniej ulepiłyśmy wieczorem, na dzisiaj ruskie pierogi żeby nie było, że nic nie było z okazji.
Wieczorem przestało padać. Jednak rano, gdy Anna złapała za szuflę, żeby podjazd przetrzeć i jeszcze przedrzeć się przez górę śniegu zrobioną przez pług gminny za bramą, znowu zaczęło sypać. Na podwórzu mamy już głębokie na metr tunele, którymi oprócz nas poruszają się jeszcze koty, psy i gęś.
I najważniejsze wydarzenie. Około południa Zuzia zawiadomiła nas specjalnym pobekiwaniem, że coś się wydarzyło, czego ona do końca nie rozumie i prosi o wytłumaczenie. Okazało się, że zrobiła nam sylwestrową niespodziankę i urodziła (bez większego problemu) śliczną szaro-czarną kózkę. Dostała na imię Zula.

Niedługo potem Zofija doczekała się i powiła parkę, białaskę i szaraczka.

Popołudnie więc i wieczór pełne iście sylwestrowych podskoków. Od karmienia maleństw do remanentu na koniec roku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz