12 sierpnia 2010

Chłopcy chłopcom nierówni

Chłopaki zrobili niespodziankę. I zjawili się bez zapowiedzenia po raz drugi wczoraj, aby dokończyć pracę na poddaszu. Dzięki temu została założona podłoga oraz ocieplony wełną mineralną sufit, na jętkach. Pozostaje jeszcze ocieplenie szczytów oraz pokrycie boazerią skośnych ścian i obu szczytowych. Ponieważ nadal nie mamy potrzebnego materiału, pozostaje cieszyć się nową przestrzenią w domu taką, jaka jest. Co prawda dostęp do niej jest tylko dla młodych i sprawnych, chodzących po drabinie bez trudu. Ale jest.
Całkiem inną niespodziankę zrobił Jarko. Nie przyszedł, nie ma go. I tyle.

10 sierpnia 2010

Dół i góra

Słoma skostkowana i zebrana. Niewiele jej było. Owies był w większości niziutki. Ale zapas na podściółkę dla kóz uzupełniony.
Brygada nagle ogłosiła powrót na jeden dzień, zatem wieczór spędziłam na poddaszu, malując belki stropowe środkiem grzybobójczym. Dzisiaj od rana chłopcy kładą na nich podłogę z płyt OSB. Dokończyłam malowanie, skacząc po belkach niczym konik polny, a Ania pojechała na pogrzeb pewnego staruszka z naszej wsi, który zmarł nagle przedwczoraj. Znów nieco wcześniej zapowiedziała tę śmierć sowa pohukująca na Górze.

8 sierpnia 2010

Niedziela

Jarko okazał się sprawny i pracowity. Od 9 do 17 (z przerwą na obiad i 2 kawy z papierosem) zniknęła jedna brzydka kupa drewna sprzed drewutni, naprawiła się też rozwalona ścianka przy oborze, dzięki zamontowaniu jeszcze jednej środkowej żerdzi. Pozwoził też taczką do drewutni to, co pospadało dawno temu ze ścianki. No, jeśli utrzyma takie tempo podwórze nabierze porządku w najwyżej dwa-trzy dni.
W dzisiejszą niedzielę leniuchuję. Po dojeniu tylko zaległe sprawy w internecie, obiad, jakiś film familijny na wideo i drzemka. Gdyby nie muchy, upierdliwe jak zawsze i mnożące się do sześcianu w kilka minut po otwarciu drzwi na taras byłoby cudownie, jak w Mieście. Niestety, te wariatki nadlatują co chwila i na wyrywki, lądując z wielkim bzykiem na głowie, czole, uderzając w oczy, czoło, ręce i nogi z ogromnym upodobaniem. Gdy nakryć głowę doskonale wiedzą gdzie masz ucho i właśnie tam siadają, i nie wiem jak nazwać ten dźwięk robiony skrzydełkami... pierdzą? Nie zaśnie się, za Boga. Gdy wziąć klapkę na muchy w rękę już po chwili nie ma wokół żadnej, robi się cichutko. Ledwie odłożysz, nalot z powrotem. Już Jack London opisał inteligencję muchy, która dzieliła ciasną karną celę z pewnym dożywotnim więźniem. Ja widzę inteligencję w całym muszym stadzie.
Ale, żeby nie było tak niedzielnie, to powiem, że ze słodkiej drzemki sprzed włączonego ekranu wyrwał mnie warkot traktora i nawoływania sąsiadki. Zerwałam się i z mało przytomną miną wybiegłam na taras. Stała już wśród naszych ogródkowych pokrzyw i dyniowych liści, gestykulując. Piotera zebrało na grabienie słomy na polu zgrabiarką. Jutro przyjeżdża kostkarka.
No, i po niedzieli.
Z tego wszystkiego Anię (spuchniętą, ale już mniej obolałą) wzięło na robienie bułeczek z ricottą.

7 sierpnia 2010

Otwarcie na nie wiadomo co

Jakiś polski astrolog już rok temu straszył datą 7 sierpnia 2010. Oprócz wczorajszego zaprzysiężenia prezydenta, które z grubsza załapało się na horrendalny półkrzyż kosmiczny, jaki panuje teraz na niebie i pewnikiem da jeszcze popalić i nam-obywatelom i prezydentowi, wydarzyło się to, że Ania dostała ostrego zapalenia zęba i od rana żyje na proszkach przeciwbólowych. Mnie zatem przypada większość obowiązków. Jak np. wieczorny udój i sprzątanie po brygadzie. Ta bowiem, nie zważając na nieszczęścia kosmiczne zjawiła się w zgodzie z obietnicą i wstawiła wreszcie resztę drzwi wewnętrznych, zamontowała dwie klapy do piwnic, przez co nie musimy się już potykać o grube dechy zakrywające pułapki w podłodze oraz zamontowała na powrót rynny spadowe, odjęte na czas szalowania.
Nowe wnętrze domu to jak nowa psychika. Ciekawe co się we mnie zmieni.

6 sierpnia 2010

Porządeczek musi być

Wczoraj, korzystając z porannego zachmurzenia nieba postanowiłam załatwić sprawy firmowe w Hajnówce. Tymczasem ledwie tam dojechałyśmy wyjrzało słońce, chmury się rozproszyły i zaczęło przypiekać niemiłosiernie. Z wielkim bólem głowy postanowiłyśmy wrócić bardziej cienistą i zalesioną drogą przez Opakę. Przy okazji zajrzałyśmy do naszych znajomych, państwa P.
Ech, kończą szalować sami dom (deskami z modrzewia, pięknie to wygląda). Obejście wysprzątane, trawa skoszona, ogródek wypielony i obfitujący w owoc ziemi, kozy grzecznie na łańcuchach zapalowane za płotem. I jakby większe od naszych, choć przecież naszych nie głodzę i jedzą tyle, ile chcą.
A u nas... podwórko zagracone belkami z rozbiórki i pociętym drewnem, trawa po rozkopach budowlanych wcale nie odrasta i mieszkamy na plaży, zwierzyna chodzi gdzie chce, Gusia gubi pióra i ulubiła sobie wysiadywać na ganku, co przy okazji oznacza na zielono, ogrodzenie nie skończone, ogródek pełen dziwnych roślin. A w mieszkaniu... ręce łamać.
Ania poczuła się zmobilizowana i od rana szaleje na podwórzu z nowym pomocnikiem, bratem poprzednich, więc pewnie niewiele lepszym od nich, ale sprawdzimy. Reklamuje się, że lubi pracować i że wszyscy w wiosce go lubią. Jarko ma na imię.

5 sierpnia 2010

Na dziadowską nutę

Wczoraj wzięłyśmy udział w przedstawieniu dwuosobowego teatru Brama. Odbyło się ono w jurcie rozbitej na placu GOKu w Czeremsze i było jednym z wielu tego dnia, w ramach festiwalu teatralnego Wertep. Wertep to osobna historia, bo jest kreacją organizacyjną pary aktorów, którzy zamieszkali we wsi Policzna w sąsiedniej gminie. Poznałam ich na ostatnim spotkaniu Stowarzyszenia Miłośników Kultury Ludowej.
Przedstawienie nader ciekawe. Oparte na starej dziadowskiej nucie, granej i śpiewanej przez aktorskie małżeństwo przy starych instrumentach, lirze korbowej, malowniczym gordonie, bębnie i akordeonie. Pomiędzy pieśniami z XV-XVIII wieku, dawnymi przebojami dziadów lirników odśpiewywanymi pod kościołami, publiczność uczyła się tańczyć stare tańce korowodowe, ojrę, węża i coś tam jeszcze. Wąż, dokładnie tak, jak stara magia głosi, przywołał natychmiast ulewę. Stwierdzam, że tego rodzaju tańce budują wspólnotę i wzmacniają energię grupy. To jest prastare i dobre, łoj, dobre... (zwłaszcza, gdy już się jest po żniwach).

4 sierpnia 2010

Żniwo


Wczoraj odbyły się w naszej wsi żniwa. Przyjechał kombajn "dżondir" i zebrał zboże z pól kilku gospodarzy, w tym naszego. Żyto i pszenica wypadły bardzo marnie po zimie, która wygubiła oziminę pod obfitymi śniegami. Jedynie owies obrodził. Naszego owszem, nawet chyba na oko trochę więcej, niż w zeszłym roku wyrosło.
Koszt żniwa, tj. godzina koszenia kombajnem, 240 złotych.
Znaleźli się od razu ochotni chłopcy ze wsi, dwa Sławki i sąsiad, którzy pomogli nam zwieźć ziarno w workach i taczce do stodółki. Mamy tam skrzynię na ziarno, zbudowaną ze starych wrót stodolnianych. Jest teraz pełna.
W sumie pracochłonność żniw nijak się ma do sianokosów. Ot, dwie godziny pracy i wsio zebrane i zgromadzone.
Wieczorem nadeszła od zachodu burza i spadł deszcz. Wszystko więc wydarzyło się szczęśliwie w samą porę.

3 sierpnia 2010

Reminiscencje ze słowiańskich igraszek w Czeremsze

Wstriecza z Ukraińską Kulturą pozostawiła na zdjęciach i w pamięci ocznej feerię kolorowych, przepięknych słowiańskich strojów. Zamieszczam dla tych, którzy są na to wrażliwi (oprócz muzycznych smaczków polifonicznego białego śpiewu a capella i przy harmoszce, którego było dostatek).






Plony

Wreszcie udało mi się bez problemu wstać o świcie. To znak, że organizm odzyskał równowagę sił. I już się wyspałam (na ogół od 8 do 8 codziennie).
Z wolna wchodzimy w czas żniw i przetwórstwa. Owies już zrudział na polu. Kombajnista zamówiony. Pierwsze nieśmiałe próby z wytworzeniem kwasu jabłkowego (jest to sok musujący z jabłek, cukru, wody i odrobiny zwykłych drożdży) okazują się pomyślne i smaczne. Kilka butelek nabiera mocy w piwnicy. Powinny dojrzeć w dość niedługim czasie (jak pamiętam ze swoich młodzieńczych eksperymentów) do smaku przypominającego cydr. Bo na samym początku jedyną atrakcją kwasu są bąbelki.

Ogródek przyniósł trochę ogórasów, zaczynają się pomidory, powoli przyrasta dynia. W folii cały sezon zbieramy plon z pieczarek, które wyrosły same z nawozu koziego, obficie podsypanego pod grządki. Zaczęło się od kilku, ostatnio zebrałam powyżej kilograma na raz.
Pojadam pomidory i ogórki, jak w dzieciństwie w domu rodzinnym. W jednej ręce ogórek, w drugiej pomidor, trochę soli. Gryzie się i zajada jak jabłka czy gruszki.

2 sierpnia 2010

Mieszczuchy na wsi, czyli świat się kończy

Agroturystyka i miejskie cyborgi, można poczytać na branżowej stronie o tym, co się w Polszcze wyprawia i jak miasto chce miasta na wsi. http://www.witrynawiejska.org.pl/strona.php?p=1891&c=8701

Ruja II

Napisałam o końcu rui w złą godzinę. Rano była straszna awantura. Koziołki skaczące przez płotki i płoty, namolne, przeszkadzały w dojeniu. Ania zdecydowanie chwytem za rogi ustawiła je po kątach, a ja najszybciej jak umiałam zdoiłam mleko. O połowę go mniej od razu. Zosia została na cały dzień w oborze z Dzikim Kaziukiem. Klapaucjusz, o wyglądzie diabełka, poszedł ze stadem za merdającą zalotnie Lubaszką.
Zabrałam się za malowanie obramowań szalówki i okien.

1 sierpnia 2010

Czas fermentacji

Ruja skończyła się na Dziuni i Misi. Reszta kóz nieporuszona, pewnie szczęśliwie dotrwa do właściwego dla siebie czasu. Klapaucjusz wychodzi z siebie, capi na kilka metrów, ale czas to czas.
Wczoraj spróbowałyśmy coś sprzedać na Spotkaniach z Kulturą Ukraińską. Zarobiłyśmy tyle, co wioskowi chłopcy przez 5 godzin na szukaniu kurek w lesie. Miejscowi nie są zainteresowani swojskim jedzeniem, bo zwyczajnie... mają je na co dzień w domu. Na koniec podarowałam wójtowi tytułem akcji przedwyborczej znaczek z napisem "I love Czeremcha". Nie zrozumiał, że mógłby wszystkich manifestacyjnie kochać. Powiedział, że podaruje go dziecku.
Poza tym zdobyłyśmy ciekawe informacje od tutejszego Arcymistrza jak robić cydr i jak zamienić go w Calvados. Jabłek coraz więcej, trzeba coś z tym zacząć robić.