31 marca 2010

Dieta cud

Kicia ma przypływ macierzyńskich uczuć. Do wyrośniętego jedynaka. Od kilku dni znów znosi mu myszy. To trzeba zobaczyć. Głowa Czarnej-Dzikiej w oknie z tłustą myszą w zębach, z pałającymi oczami domagająca się wejścia do środka. Wczoraj przez nieuwagę została wpuszczona. Zdobycz spoczęła na środku kuchni, a Kicia specjalnym matczynym miaukiem, którym się posługuje zawsze w relacji z synaczkiem pojękiwała z piętnaście minut, wołając swoje książątko. Zanim stwierdziła, że młody nie reaguje, nie ma go, nie chce prezentu. Ania daremnie próbowała wygonić ją z domu. W końcu kotka wniosła swoje mięsko pod biurko komputerowe i schrupała je pod moją ochroną. Słyszałam tylko chrzęst łamanych mysich kostek. Mniam, mniam.

Wielki Tydzień i nadchodzące obżarstwo wielkanocne nastraja do myślenia o diecie. Tyle tych różnych diet się narobiło i jest, i ciągle nowych przybywa! Żadna jednak, ani wegetariańska, ani wegańska, ani wiktariańska, ani dieta Kapuścińskiego dla chudzielców, ani odchudzająca, ani pięciu przemian, ani bezglutenowa, ani jaskiniowców, ani tralalala nie opiera się na najważniejszej dla żywienia się podstawie. Żadna!
Otóż od kiedy istnieje cywilizacja i swobodny dostęp do produktów rolnych, najpierw zastrzeżony dla klas wyższych, teraz powszechny - ludzie zatracili kontakt z rytmami czasu, z porami roku! Które to w przyrodzie rządzą tym, co zjada każda istota od zarania swoich dziejów.

Znam sporo osób od lat będących na takiej czy innej diecie. Przeważnie są z Miasta. I czas dzielą na pracę i urlop albo zimę w przegrzanych miejskich domach i wakacje w górach albo nad morzem. Przez cały rok jedzą te same warzywa, serki, owoce i piją te same napoje. Pominę tu jakość owych produktów, bo nie w tym rzecz.
Zauważyłam, że coś ich łączy, niezależnie od tego jaką dietę stosują.
W charakterze i temperamencie.
Pominę tu także popularne motywacje wegetariańskie, że 1) człowiek odżywiający się roślinami z pewnością awansuje duchowo i zdobywa czystość, dzięki której zaczyna należeć do wyższej kasty (motyw zaimpregnowany na zachodzie przez hinduistów); 2) nie jedząc mięsa uzdrawiają ziemię i chronią biedne zwierzęta (masowa manipulacja pseudo-ekologiczna), 3) nie jedząc mięsnych produktów dbają o swoje zdrowie (czasem konieczne u osób chorych, ale okresowo, bardzo rzadko: stale). To są iluzje, kryjące tak naprawdę całkiem inne przyczyny, najczęściej kompletnie nieuświadamiane sobie przez tych ludzi.
Powiem, co widzę okiem psychologa-amatora.
Oni lubią w ten sposób kontrolować emocje i świat. Dieta jest dla ich psychiki jak filtr przepuszczający jedynie wybrany rodzaj energii i izolujący ją od wpływów niekontrolowanych. Narzucają swój rytm światu. Izolują się. Odlatują i trwają w tym odlocie, jak w przeźroczystym ale nieprzepuszczalnym balonie. Czemu? Bo zjada ich lęk przed chaosem emocji i wrażeń, przed śmiercią, przed szaleństwem uczuć. Wszyscy są jakimiś fanatykami. Mniej lub bardziej. Zamkniętymi w swoim wybranym i sztucznym świecie. Pozamykanymi na różne sposoby. I daleko im do równości, wspólnoty, integracji ze światem jaki jest.
Moje spostrzeżenia na temat stanu fizycznego niektórych tych ludzi nie są najlepsze (choć nie we wszystkich przypadkach, które zależą od wrodzonej budowy ciała). Bezskutecznie jednak jest wytykać zagorzałemu i upartemu weganinowi, że z braku jakichś ważnych substancji, których odmawia swojemu organizmowi zalewa go flegma i trudno jest z nim wytrzymać na co dzień w domu, bo charczy, kaszle, odpluwa tudzież dokucza mu notoryczna swędziawka ciała. Albo fanatykowi głodówek, a w perspektywie niejedzenia, że ciało mu rzednie i blednie, depresja nań spada, seks nawet nie cieszy i związki się rozpadają. I tak nie posłucha. Nie usłyszy. Tę głuchotę powoduje kontrola umysłu poprzez dietę, jakiej uległ.

Jedną z ważnych idei osiągnięcia samowystarczalności żywieniowej we własnym gospodarstwie jest dla mnie powrót do rytmu ziemi i przyrody, zsynchronizowanie własnego ciała z porami roku i darami Matki Natury, odnalezienie podstawowego pulsu żywienia i życia tym samym.
(Ewa)

***
W prawosławnych kalendarzach dni postu oznacza się rybką, przeglądając kalendarz jest ich naprawdę sporo. Właśnie trwa 40-dniowy. I rozmawiając tutaj z ludźmi starszymi często słyszę, że poszczą właśnie. Na różne sposoby i z różnym natężeniem, czasami w intencji, czasami dziękczynnie. Myślę, że we współczesnym świecie ten sakralny wymiar postu zastąpiły diety. Tylko wymiar duchowy gdzieś się zapodział, więc cały proces nie działa już z taką siłą. Bo post zarówno dla ciała jak i dla duszy jest wskazany.
Moja babcia zawsze w piątek robiła jarskie dania. To był bardzo fajny zwyczaj. (Ania)

30 marca 2010

Humor mięsożerców

Tradycyjnie w Wielkim Tygodniu pracuje się wiosennie, uprząta się, czyści się, układa się, myje się, szoruje się. Ma to swoje zalety, rytualnie. Zanim trawa ruszy, zanim przyjdzie siać ogródek i go pielić to okna będą umyte, podwórko zgrabione, mieszkanie lśniące. I wiosenne słońce odbijać się będzie świetliście w przeźro-czystej szybie, a nie popaćkanej deszczem, wiatrem i roztopami. Powietrze w przewietrzonych pokojach nie będzie wirowało kurzem, wznoszonym przez rozbiegane wiosennie nogi ludzkie i zwierzęce, a będzie przewodziło czystą energię życia czyli pranę.
No, więc od rana zostałam zagoniona do mozolnych czynności, zgarniania kup śmieci (liściowo-patykowo-trocinowych), ładowania ich na taczkę i wywożenia do dołu za domem, takoż pilnowania kóz pasących się na ugorze. W przerwie gotowanie, zmywanie, karmienie zwierząt i siebie. Jak zwykle.
Ania znów krajzeguje, uprzątając teren pod ogródek przydomowy. W przerwach studiuje książki o budowie tuneli foliowych i uprawach pod nimi. I pyta:
- Co będzie na obiad?
- Pomidorówka.
- Fajnie. A na czym?
- Na nodze Tancerza.
- Ok.
Tancerz to kurczak, któremu udało się przeżyć zeszłego lata atak jastrzębia, przezimował w koziarni i został złożony na ofiarę niedawno. Ulubieniec Aniny.
Tak to właśnie brzmi, gdy człowiek zjada to, co hoduje. Swoich znajomych i bliskich braci mniejszych.
I jest to jak najbardziej uczciwe.
i pełne miłości, a jakże!
(Ewa)
***

... a mnie tylko pozostaje zacytować człowieka fajnie piszącego o gotowaniu: "Więc zamiast je wyrzucać – tak samo jak nie wyrzucam części świń czy krów – próbuję w najlepszy mi znany sposób oddać szacunek dla tego dzikiego nieba." cytowane za http://nalesnikiem-do-nieba.blogspot.com. (Ania)

29 marca 2010

Syr już jest

No, i Ania dopięła swego. Ser ulepiła, odsączyła i wyprasowała, uformowany w przedziurawionym metalowym garnuszku. Nic to, że przy okazji wiertarka padła! ale dwie dziurki są na wylot. Całą noc się prasował, a rano wylądował w solance na kilka godzin. Ja bawiłam się wieczorem w robienie żentycy (vel żętycy). To proste. Podgrzewa się serwatkę po serze podpuszczkowym do 90 stopni i jakiś czas tak kitrasi, a potem zbiera się do glinianego naczynia to, co wypłynęło na wierzch.
Wysła piknie. Ania zaraz ciepłej popiła (kusząco i smakowicie pachnie), ja resztę odstawiłam na zaś, coby trochę skwaśniała, jak Pan Bóg przykazał.
Z rana zerknęłam w blog Eugeniusza "Polskie sery" i co widzę? Nas widzę! Można spojrzeć i zgadywać: http://serypolskie.blox.pl/2010/03/Warsztaty-serowarskie-w-Czeremsze.html.

28 marca 2010

Palma i ser

Palmowa. Katolicka i prawosławna jednocześnie. To rzadkie. Na dokładkę zmiana czasu. Umówiona na 8 rano Ania trafiła o swojej 8 na 9. Choć w tej samej wsi. No, i pani D. już uroczyście ubrana z palmą w ręku gotowa do wyjazdu do cerkwi. Nie, żeby mleko przelewać w takim stroju.
- Poczekam, aż pani wróci - zapewnia czym prędzej Ania i wraca do domu. Tu trzeba przyjąć kolejną poprawkę czasową. Odświętna msza prawosławna, nazywana powszechnie liturgią trwa trochę dłużej, niż msza katolicka.
Niech ktoś zgadnie o ile.
Można się pomylić o... 4 godziny.
Czyli 1+4=5.
Zatem gdzieś w okolicach grubo po 13 pani D. wróciła.
W tym czasie pasłam kozy na ugorze w asyście psów i kota Jaśka.


Szukałam palmy, prawdziwej, wiosennej, ale nie znalazłam. Co prawda zieleń igłowego lasu nabrała już życia i świeżości, ale reszta jest jeszcze daleko... za Murzynami.



W końcu Ania przywiozła mleko, całe 4 litry (tyle daje krowa pani D. w jednym udoju) plus 2 z wczorajszego wieczornego. Za 1,5 zł za litr. Postanowiła ambitnie dzisiaj zrobić sama samiutka "nastajaszczij syr". (Do tej pory to ja produkowałam sery w domu, przez całe dwa zeszłe lata, uch).
Coś pięknego. Ktoś się biedzi, a ja - baraniczka na kolana, piwo w kuflu, książka w ręce i śpiew ptaków w uszach - tarasuję. Ho, ho!
Żadnych komputerów, żadnych laptopów, żadnych telewizorów, żadnych radi-ów. Tylko kotek Jasiek na kolanach i cisza wiejska w głowie, uszach i sercu.
Ach, zapomniałabym!
To, czego nie spotkałam daleko, znalazłam tuż koło chaty. Prawdziwa, nastajaszcza palma!

27 marca 2010

Pierwsza zaprawa

To był pracowity dzień. Rano przyszedł Mirko, 19-letni pomocnik rodem z naszej wioski. Chłopak pracowity i odpowiedzialny, ale ostatnio szybko rośnie... i przez to trochę mało wytrzymały. Dostępny tylko w weekendy i w ferie, bo jeszcze szkołę zawodową kończy.
Do 16-tej zeszło jemu i Ani wyciąganie gnoju z obory i wywożenie go taczkami częściowo do ogródka pod grządki i częściowo na pole.
Pogoda była zmienna. Wiatr gonił chmury, z których co chwila spadał całkiem ulewny deszcz. Podkusiło mnie dzisiaj akurat dokonać zaplanowanego malowania drzew wapnem. Mimo deszczu szpaler grabów na kozim wygonie dostał białe ubranka. Dęby i stara grusza rosną tam bezpiecznie. Młode brzozy i sosny już padły od ogryzienia. Przed rozpoczęciem sezonu wypasowego trzeba będzie jeszcze uprzątnąć stare połamane gałęzie, powycinać uschłe drzewka i dopieścić kilka innych detali, zanim kozy zaczną tam buszować w ciągu dnia.
Dziś po raz pierwszy w tym roku spędziły cały dzień na dworze. Pasły się w sadzie albo żerowały na ściętych gałęziach śliwy, podczas deszczu zaś kryły się w garażu, gdzie skonsumowały 2 worki trawy z jesiennego koszenia kosiarką, jakie ostatnio przywiozłyśmy od pani Heli. Starzy rolnicy nie lubią nic marnować i chętnie odstępują paszę, która im się już do niczego nie nada. A to trawę z trawnika lub podwórza, a to gałęzie z obcinanych drzewek i krzewów, a to obierki od ziemniaków, resztki warzyw czy liście z kapusty itp. Z wielką chęcią dają i cieszą się, że nic się nie marnuje.
Mirko na koniec dniówki dostał suty obiad (rosnący chłopcy przecież słonia mogą zjeść, zwłaszcza po takiej robocie), zainkasował tyle ile powiedział, że chce i rozstaliśmy się z obopólnym zadowoleniem.
Popołudnie okazało się spokojne, wiatr ustał i wyjrzało nawet trochę słońca. Odpoczynek przy zaimprowizowanym stole tarasowym zaczyna być wielką przyjemnością. Za blat służą stare drzwi od komory. I w tle niesamowity śpiew wiosennych ptaków...

26 marca 2010

Wiosenne porządki

Wczoraj Ania chwyciła wreszcie za bardziej mobilne, niż krajzega narzędzie, piłę spalinową. Aby wykarczować gęstwę śliwowo-akacjową w ogródku przed tarasem. Udało się, choć jest to dłuższa praca. Trzeba jeszcze wyciąć niektóre pnie (już częściowo ogryzione w zeszłym roku) za płotem.


Kupa świeżo ściętych gałęzi posłużyła zaraz kozom za żerowisko. Rustykalny, co najmniej 50-letni płot na razie pozostaje. Priorytet w budowie ma wewnętrzne zagrodzenie oddzielające zwierzynę od przydomowej części obejścia. Chcę tu posadzić krzewy owocowe, truskawki, jakieś zioła, a Ania organizuje postawienie folii pod pomidory i sałatę.
Nie będziemy wyorywać pozostających w ziemi korzeni drzew, a ułożymy na powierzchni permakulturową warstwę gleby.

Jak zawsze ujawnia się kłopot ze znalezieniem pracowników, chętnych do pomocy. Ci, co na ogół sami się zgłaszają muszą mieć motyw do pracy, a wiadomo jaki (zwłaszcza na wschodzie) przeważa. Na razie mają głównie motywację do picia i zabawy (świeżo pobrane zasiłki i renty), zatem musimy same sobie radzić. Potrwa to zapewne do świąt, i po świętach jeszcze trochę, bo przecież będą musieli wyleczyć permanentnego kaca.
Wróżę, że zjawią się, gdy już praca będzie łatwa i przyjemna.

25 marca 2010

Lisie podchody

Pamiętam początek naszej małej (na razie) hodowli kur. Zaczęła się jeszcze w dawnej chacie kilka wsi stąd. Ania kupiła na targu 5 wyrośniętych kokoszek i w gratisie dostała kulawego koguta, który wyglądał tak, jakby miał zaraz zdechnąć. Sprzedawca zwijał już majdan na targu i to były wręcz ostatnie poprzebierane sztuki. Przywiozła toto dumnie w pudle i wypuściła do garażu, bo jeszcze nawet kurnika nie było (w ciągu kilku dni postawiłyśmy go same ze starych wrót od zawalonej stodoły i kilku belek). Sypnęłam im ziarna. Kury chodziły między ziarnami jak głupie. "Może resztki z obiadu im zasmakują" - pomyślałam i przyniosłam jakieś gnioty kartoflane w starym garnku. Wszystko rzeczy, za które normalne kury dusze by oddały. I... nic. Kury krążyły po garażu, przyglądały się nowej sytuacji, pogdakiwały do siebie i srały beztrosko na jedzenie. "Zgłodnieją, to zmądrzeją" - stwierdziłam w końcu zniecierpliwiona i miałam rację.
Odkryły co się robi z ziarnem i innymi kurzymi smakołykami dopiero na trzeci dzień, już mocno wygłodniałe! Od tej pory nigdy tej sztuki nie zapomniały.
Kiedy już jadły i miały gdzie spać pojawił się nowy problem. Zaczęły się rozłazić, buszować po pobliskim lesie i polu i kusić zły los. Nie miały kompletnie instynktu obronnego i nie były świadome niebezpieczeństwa dopóki jedna z kur nie została zaatakowana raz przez dziką kotkę mieszkającą w lesie (matkę Łacia nota bene), a drugi raz przez jastrzębia, wtedy skutecznie. Kiedy jeszcze jedna zginęła pod dziobem latającego "bandyty", w kogucie (który przeżył i zaczął nabierać siły) obudził się instynkt i kury zaczęły odtąd bacznie obserwować niebo i krzaki.
Następnego roku czarna kura wyprowadziła 5 kurcząt. Niestety, za późno zauważyłam, że kwocze (myślałam najpierw, że zwariowała albo, że dostała ptasiej grypy) i uzbierałam jedynie 7 jaj, żeby jej podłożyć.
Kwoka genialnie opiekowała się dzieciakami i nauczyła je sygnałów ostrzegawczych, grzebać w ziemi i rozróżniać symptomy niebezpieczeństwa.
Niestety, już w następnym roku nie chciała usiąść. A reszcie niosek nie przychodziło to nawet do głowy. Tego roku rządził już drugi kogut, bo poprzedni padł w pojedynku z gąsiorem i ledwie żywy trafił na pieniek, a potem do rosołu.
Na szczęście zakwokała ("zakoktała", jak mówią tubylcy) kura, też czarna, naszej obecnej sąsiadki, i pani Wiera bardzo chętnie podłożyła jej nasze jaja, w liczbie 17. Dzięki temu nie musiała kwoce wybijać z głowy siadania, co czasem drastyczne jest i nawet bywa, kończy się śmiercią z przerażenia nurzanej w wodzie kury (celem terapii szokowej).
Wylęgły się dokładnie w dniu naszej przeprowadzki do Kresowej Zagrody. 15 małych żółciutkich kurcząt.
Do tego roku niewiele z nich przeżyło. Kilka. Reszta padła od wypadków i jastrzębia. To wielki problem dla wszystkich hodowców ze wsi. Mieszkamy wśród lasów, tak było, jest i będzie.
Ale o czym to ja chciałam?
A, o kurzym instynkcie samoobrony.
Wczoraj wczesnym popołudniem znów wywołał mnie na dwór nagły alarm koguta. Wypuściłam psy, które już wiedzą, że gdy kogut tak właśnie krzyczy (a nie inaczej) to trzeba bronić stada. Do tej pory zagrożeniem były jastrzębie, dlatego Kola zaczęła z miejsca biegać dookoła szczekając w górę na postrach. Kogut darł się tak długo, że zaalarmował pół wsi i już po chwili z czterech gospodarstw podnosił się koguci alarm. "Kryj się, kryj się, złe, złe!".
Dopiero po chwili zorientowałam się gdzie i co. Przyszła sąsiadka, już z dala opowiadając, że moje kury poszły się paść na Górę po drugiej stronie drogi i tam właśnie pojawiło się "coś żółtego", co uciekło w las, gdy krzyknęła.
- Kurdę, lis. Robi teraz podchody od innej strony...
Zabrałam psy i obeszłam dokładnie Górę, rozglądając się za jakimiś śladami lisiej jatki. Jednak nic nie znalazłam, a odliczone później kury pokazały stan podstawowy bez zmian. Dziewięć. Tylko drugi kogut, który doznał "bliskiego spotkania" przez kilkanaście minut odpoczywał po szoku, siedząc po prostu na ziemi jak gęś (co się kurom rzadko zdarza, chyba, że się wygrzewają w piasku).

23 marca 2010

Kot bojowy czyli Czarna-Dzika


Kicia ma już 4 lata. Jest naszym pierwszym "kresowym" kotem. Nastała po śmierci dwóch kotek, przywiezionych jeszcze z Warszawy (jedna z nich zdechła ze starości, druga zaginęła bezpowrotnie w lesie). Dostałam ją od naszych sąsiadów w poprzedniej wiosce. Kicia od początku jest wybitnie łowna, bez porównania z miejskimi kotami. Do domu nie ma prawa zajrzeć żaden gryzoń.
Wychowała 3 razy potomstwo. Okazując wiele instynktu macierzyńskiego. Nauczyła także swoje dzieci łowić myszy.
Od kilku miesięcy jest wysterylizowana. W domu są jeszcze 2 kocury, Łacio (tata) i Jasiek (syn), trzeba było. Trochę obawiałam się, że po zabiegu jej łowność zmniejszy się, ale nie. Mało tego, pozostała również "bojowość".
Kicia, od kiedy została pierwszy raz matką zaczęła bronić chaty niczym "kot bojowy". Przede wszystkim przed obcymi psami zachodzącymi w celach towarzyskich do naszych suk.
Wyglądało to tak: Kicia pozostawiała dzieci pod naszą opieką w domu i prawie cały czas spędzała na zewnątrz, siedząc na progu chaty albo gdzieś blisko. Jeśli na horyzoncie pokazał się jakikolwiek kundel zrywała się i wybiegała ku niemu jak rakieta z podniesionym sztywno ogonem. Ogon ma długi i cienki, ale wtedy jeżyła sierść na nim tak efektownie, że nagle, gdy tak biegła sprawiała wrażenie co najmniej dwukrotnie większej. Do tego w oczach morderczy błysk szalonej samicy, gotowej zginąć, a nie poddać się. I głos imitujący ryk tygrysa.
Żaden pies tego nie mógł wytrzymać. Każdy z piskiem strachu uciekał gdzie pieprz rośnie, z podkulonym ogonem. Każdy, mówię, niezależnie od wielkości, a bywały u nas całkiem spore wiejskie brytany.
Wspominam o tym, bo właśnie przedwczoraj wieczorem Kicia udowodniła, że nadal jest bojową kocicą, ba! czarną panterą!
Było już całkiem ciemno, gdy rozległ się jej okropny i straszliwy koci okrzyk wojenny w pobliżu tarasu, w gęstwinie akacjowej. Wyskoczyłam na dwór, wołając koty. Po chwili pojawiła się Kicia ze swoim przybocznym, Jaśkiem. Zjeżony stojący ogon i zapalone oczy świadczyły, że jest w ogniu walki obronnej.
Tylko przed czym? Tego nie udało mi się ustalić. W krzakach, wśród drzew trwała całkowita cisza. Gdyby był to pies na pewno słychać byłoby odgłos ucieczki, łamanych patyków, skowyt. A tu nic.

Wczoraj chyba wyjaśniło się kim jest ów nieproszony gość.
Około południa wywołał mnie na taras krzyk koguta. Znam to nagłe paniczne rozgdakanie. Kogut w ten sposób daje sygnał wszystkim swoim żonom, aby ukryły się przed drapieżnikiem.
Na moich oczach wyskoczył spośród bezlistnych jeszcze badyli rosnących koło przydomowego jawora - lis.
Natychmiast poszczułam go psami i uciekł w głąb lasu. Ale... trzeba się liczyć z jego niebezpieczeństwem dla drobiu. Kury w tej chwili najczęściej żerują w lesie (który zaczyna się tuż za chatą) i dopóki nie skończymy ogrodzenia tak niestety będzie.
Dobrze, że są psy. Oby to coś pomogło.

22 marca 2010

Dzieciaki

Dzieciaki rosną. To wspaniałe, móc obserwować rozwój istoty od początku, od jej czysto biologicznych pierwszych kroków, przez uspołecznianie i naśladowanie dorosłych zachowań po dorosłość. W przypadku kóz pełny rozwój odbywa się praktycznie w ciągu roku.
Koźlęta są coraz pewniejsze siebie. Codziennie biegają ze stadem matek i samodzielnie żerują przy nich w przydrożnych krzakach albo na spadłych zimą połamanych gałęziach leśnych drzew. Rosną im rogi. Widać już indywidualne charaktery. Z zapałem ustalają między sobą dziecinną hierarchię oraz komunikują się ekspresyjnymi pobekiwaniami. W tej chwili dominuje Klapaucjusz, pierwszy narodzony czyli najstarszy z tegorocznego stada. I pewnie tak już zostanie.
Dokarmiamy osobno Zuzię, jedną z bliźniąt białej Zofii. Brat (biały Józiek) jest bardziej od niej przedsiębiorczy w zagarnianiu dla siebie pokarmu, także mleka matki, kosztem siostry. Dzięki dokarmianiu Zuzia zaczyna stopniowo dorównywać ciężarem bratu.
Tak przywykła do tego karmienia, że czeka w napięciu na otwarcie boksu i jednym błyskawicznym zrywem wybiega na dwór, aby dorwać się do swojej miseczki pełnej kaszy z utartą marchewką i jabłkiem, albo wymieszanej ze zbożem. Po południu pozostaje na wybiegu jako ostatnia z dzieci i sama biegnie za Anią do domu w tym samym celu. Śmiało wchodzi do sieni, do kuchni, zagląda do pokoju, obwąchuje się z psami i kotami i czeka na obiad. Pałaszuje go szybko i radośnie, po czym trzeba ją szybko wynosić, bo... wiadomo... jak założyć kozie pieluchę? nie da się.

21 marca 2010

Wiosna, wiosna!

Wiosna, choć jeszcze pochmurna, to jednak w wilgotności swojej i zapachu parującej, ciepłej ziemi, w porannym śpiewie ptaków, wspomaganych przez piejące z nową mocą koguty, jest już wszechobecna i pewna.
W nocy padał deszcz, zmył część z płatów śniegowych zalegających na polu.
Na śniadanie wczoraj upieczony chleb (żytni na zakwasie) smakował tak, że właściwie można by go jeść z samym masłem albo i bez. Nawet kocur Łacio okazał się wielbicielem tego chleba i ciągle domagał się dodatkowych okruchów.
Przy okazji wczoraj powstała również pizza (z ostatnim kozim serem) na cieście na zakwasie.
Mogę już stwierdzić z całą pewnością: przyczyną moich dotychczasowych kłopotów z nadkwasotą były ulepszacze w pieczywie, ale i drożdże hodowlane! Od kiedy jemy potrawy robione na naturalnym zakwasie (ciasta słodkie, chleb, placki, pizzę oraz zalewajkę) żadne takie dolegliwości nie pojawiają się. Hurra!

Niemniej Anię zmógł katar i ból gardła. To delikatność warszawska, której się chyba do końca nie wyzbędzie. Ja to co innego, "zimny chów" od dziecka każdej zimy sprawił, że baaardzo rzadko poddaję się chorobie.
Od kiedy mieszkamy w warunkach wiejskiego prymitywu (tj. od 2005 roku), czyli w starych chatach drewnianych z piecem ścianowym i kaflową kuchnią, przewiewnymi oknami i wielkimi szparami w drzwiach, odporność wielce nam obu się podwyższyła. Właściwie chyba tylko raz coś mnie dopadło, po podróży w rodzinne strony przegrzanym pociągiem wśród kichających ludzi, a i tak utrzymało się ledwie 2 dni. Ania trochę więcej narzeka, ale prowadzi aktywniejszy tryb życia i częściej bywa wśród ludzi, skąd przywozi do domu zarazki. Ale w żadnym razie nigdy nie jest to taka grypa, jak w mieście, wlokąca się tydzień i dwa, albo i nawet trzy tygodnie, z bólami stawów i totalnym osłabieniem. O, nie.
Po kubku ciepłego mleka z miodem, kanapce z czosnkiem spać i wygrzać się pod kołdrą do południa, wystarczy aby przezwyciężyć wiosenny kryzys.

20 marca 2010

Codzienna świętość


Niedawno usłyszałam pytanie pewnego znajomego hodowcy mlecznych zwierząt, bardzo proste i praktyczne, a zatem jak najbardziej zasadne: W jakim celu hodujemy kozy?
No, tak rzeczywiście, nasze stado jest malownicze, ale przeciętne, gdy chodzi o mleczność. Przez zimę nie daje mleka i do pierwszej trawy kóz nie doimy, bo od wykotów w lutym matki karmią młode. W ten sposób trudno myśleć o zysku z nich. A podstawowym motywem prowadzenia hodowli jest przecież korzyść finansowa.
Właściwie dopiero teraz zaczynam się nad tym wszystkim (tj. nad zasadnością i korzyściami) zastanawiać poważnie. Do tej pory działania były spontaniczne, doraźne i podyktowane aktualnymi uwarunkowaniami, a nie jakimś świadomym planem.
Ale pod wypływem tego zapytania zaczęła się we mnie pojawiać odpowiedź, a tak naprawdę cała filozofia jako odpowiedź.

Oczywiście są inne korzyści z hodowli kóz, poza mlekiem i serami przez sezon ciepły. Kiedy kończy się mleko (u nas wypada to pod koniec grudnia) jest mięso, a zatem zysk w postaci innego rodzaju białka. Po jesiennej rui główny kozioł idzie na ofiarę rzeźną (że tak powiem religijnie, ale to ważne porównanie). Jemy go aż do Wielkanocy.
Pozostaje z niego skóra. Bardzo ciepła i efektowna po wyprawieniu. Wyprawienie kosztuje, ale ostatnio pojawiła się propozycja sprzedaży skór na bębny. Bo tylko kozie się nadają. Zatem można mówić o korzystnym-wykorzystaniu.
To, jeśli chodzi o wymierność ściśle materialną (materialistyczną wręcz).
O innym zysku, w rodzaju naturalnego nawozu pod grządki warzywne wspominać chyba nie trzeba.

Jednak dla mnie, dla nas, równie ważne, o ile nie ważniejsze są walory duchowe takiej hodowli. Poważnie brzmi, ale to jest mocny temat. I żeby go w ogóle ruszyć, trzeba zacząć od tego, że jesteśmy osiedleńcami z Miasta i mamy wykształcenie poza-rolnicze, abstrakcyjne i teoretyczne po prostu. Reprezentujemy jednak pewną całkiem aktywną obecnie siłę społeczeństwa, można śmiało stwierdzić: trend społeczny. Jego cechą charakterystyczną jest Świadomość. Taka świadomość, jakiej nie posiadają osiadli chłopi, którzy nigdy nie zmienili ani swojego miejsca zamieszkania, ani sposobu myślenia o świecie.
Tę świadomość charakteryzuje potrzeba powrotu do natury, ożywienia i wskrzeszenia kontaktu z Matką Ziemią, jakkolwiek to nazwał. Nawet, gdy nie idzie za tym praca na roli czy hodowanie zwierząt, to zawsze jest chęć przebywania pośród przyrody, oddychania świeżym powietrzem, jedzenia wiejskiej żywności, przebywania na co dzień z ludźmi, a nie z miejskimi odczłowieczonymi i zmedializowanymi cyborgami.
Świadomości towarzyszy na ogół inna wrażliwość. Przejawiająca się w potrzebie dawania i otrzymywania miłości w stosunku do zwierząt, naszych sióstr i braci mniejszych.

No, właśnie, to chcę powiedzieć. Istotą naszej filozofii i celem naszej (kompletnie odlecianej z punktu widzenia produkcyjnego rolnika) hodowli kóz czy kur jest także (o ile nie jest to najważniejsze jako motyw) doznawanie harmonii, uzdrawiającego spokoju i... miłość.
Ziemia ma swoją moc karmienia, dawania. Można ją sztucznie i świadomie pobudzić. Przeważnie motywem jest chęć zysku. Z obserwacji widzę, że każda specjalizacja wiąże się z uciskiem wobec gleby i zwierząt. Do produkcyjności - moim zdaniem - dobrze jest dochodzić naturalnie, w zgodzie z rytmem pór roku, przyrostem doświadczenia i zasobem własnych sił.
Każde pole wymaga opiekuna, który je czuje i obrabia z uwagą i troską. Przeważnie z ludźmi jest tak, że gdy wchodzi w grę chciwość, troska (a zatem i szacunek i ostrożność) szybko znika.
Produkcyjność nie może być celem samym w sobie. Może być satysfakcją, dobrem, obdarowywaniem innych potrzebujących, ale wszystko ma swoje granice. Łatwo je naruszyć, jeśli podchodzi się do rzeczy z ekonomicznym planem i ambicjami. I czasem samemu paść tego ofiarą (z czasem, gdy coś walnie w systemie albo we własnym kręgosłupie na przykład).

Nasze gospodarstwo rodzi się powoli (wciąż jest w powijakach), ale rozwija się z roku na rok w nas i poprzez nas i z nami, jako jego częścią składową, współzależną. Zwierzęta, które zamieszkują obejście, które obdarowują nas sobą, karmią nas, dostają szacunek, uwagę i prawdziwą wdzięczność.
To obcowanie z Sacrum. Codzienne, w pracy i znoju. Ale jakże jest ono piękne. Nie do opisania!

19 marca 2010

Kursu dzień drugi

Wczesnym ranem nad wsią, we mgle unoszącej się znad lasu i pól ciągnął się klangor dzikich gęsi lecących na wschód. Powitały mnie śpiewy wiosennych ptaków. Szkoda, że nie umiem określać ich rodzajów po głosie. Ale głosy znam doskonale. Może to kosy, może drozdy, może pliszki albo rudziki. Nie mam pojęcia.
Zapachniało dziś wszędzie wiosną.
Jak wczoraj odebrałyśmy resztę kursantów z wioski. Pani Marusia "cełuju nocz wariła syr" i spała ledwie dwie godziny. Trzeba podziwiać jej zapał. Minęła już siedemdziesiątkę. Ale pracowitością, uwagą w nauce, pilnością i ambicją nie ustępuje dużo młodszym od siebie.


Przeszedł drugi dzień kursu. Nauczyliśmy się robić ricottę (choć nie wyszła tak dobrze, jak chciałby główny serowar prowadzący, Krzysztof, to jednak wszystkim smakowała) i twaróg nieco innym sposobem, niż gospodynie zazwyczaj robią. Wiedza jak twórczo w praktyce wykorzystać serwatkę po serze jest bardzo cenna. Do tej pory ten bogaty w smaczne i wyjątkowo zdrowe białko serowe płyn szedł dla zwierząt. Skarmiałam nim kury, psy i resztę oddawałam naszej sąsiadce dla świń i indyków. Tymczasem robi się z niej jeszcze żętycę albo ricottę, w Polsce z dawna zwaną cygier (informacja od Eugeniusza). I dopiero tym, co pozostanie skarmia się zwierzęta.


Sery typu gouda, które wczoraj powstały zostały pięknie zaparafinowane.
A gołki podhalańskie, wczesnym ranem wyjęte z solanki, pokrojone i dane do zjedzenia uczestnikom bez wędzenia, na które było za wcześnie. Większości ich słony smak przypominał mocno fetę i podobał się, ale ja wolę wędzone serki i dlatego doprowadzę proces do wędzonego końca, gdy tylko zrobię jakiś ser.


A będzie to całkiem prędko, bo mamy z Anią zaproszenie do pani Marusi na ćwiczebne boje serowe w najbliższych dniach.
Po powrocie wyciągnęłam z piwnicy ostatni zeszłoroczny ser i spojrzałam na niego już fachowym okiem. Zrobiła mu się ciekawa, sucha, lekko pleśniowa skórka o zapachu grzybowym. Okazało się, że daje się ukroić nożem i choć już nieco podeschły, to zachował trochę wilgoci w środku. Najlepszym dowodem właśnie fakt, że nóż łatwo w niego wchodzi. Podobno niektóre dojrzałe sery są tak twarde, że trzeba je rąbać albo rozszczepiać sposobem! Zrobiłam go bez zaszczepienia żadną kulturą bakteryjną oprócz ulepienia w podgrzanej mocniej serwatce, na prosty sposób góralski. Minęło mu właśnie pół roku.
Dostał dziurek ("oczkowania", mówiąc fachowo). Jest łagodny i słodkawy w smaku.