23 marca 2011

Dzień serowy i drzewiowy


Dzień słoneczny, choć wietrzny, a zimny wiatr z południowego wschodu mocno dokuczył. O 9 rano zjawili się panowie dwaj, z drabiną i piłą motorową. I przystrzygli stary sad jabłoniowy. Powstało z tego kilka wielkich kup gałęzi, na które wkrótce rzuciło się żarłoczne stado kóz. Pracowali pilnie bez przerw do 15.
Kozy, na moje oko szybko okorują co grubsze gałęzie i ogryzą cienkie, reszta przewiana przez wiatr i osuszona przez wiosenne słońce posłuży do zgromadzenia chrustu przydatnego do wędzenia.
Ja natomiast miałam dzień robienia sera. Jak na razie wypada taki co drugi dzień. Wymięszałam i wyczarowałam goudę (wychodzi jednak najsmaczniej ze wszystkich żółtych serów, jakie dotąd próbowałam robić z koziego mleka). Oprócz tego twarożek.

Patrzyłam też w niebo.

A cio to? Jutro będą chmury?

21 marca 2011

Koniec i Początek

Kozy wylegają na świat boży, słoneczny a jakże, lecz mroźnawy i chłodny (ptaki jakby tego nie czują) i zajmują się okorowywaniem zakupionych onegdaj gałęzi brzozowych i sosnowych. Wolą sosnowe.

No, i świat się nie skończył, ani nawet nie przemienił diametralnie, jako to astrologowie przepowiadali, w ciągu tych trzech dni ekstra-bliskiego Księżyca usadowionego w konfliktowym aspekcie kątowym kwadratu do Plutona (tak, tego samego, który zawiaduje paliwem plutonowym MOX w elektrowni japońskiej), i przechodzącego (jak to zawsze przy pełni jest) naprzeciw słońca. A to słońce właśnie w nocy dzisiaj rozpoczęło nowy rok astronomiczny, czyli weszło w znak Barana, kończąc stary cykl zodiakalny. Jednocześnie spiknęło się z Uranem-wywrotowcem, który właśnie niedawno na baranią ścieżkę wdepnął na poważnie. Jedyną anomalią, którą zaobserwowałam był przelot kluczy gęsi na odwrót widziany dwa dni pod rząd.

Wypadało dzisiaj utopić Marzannę, ale rzeki u nas nie ma.
- Chodź, pojedziem na naszą łączkę bobrową i zerkniem na rzeczkę, która przez nią płynie. Wezmę jakiś wiecheć, zmontuję babę z niego i spalim go, żeby zima nie wróciła - zaproponowałam, ale jakoś nie było odzewu u jedynego kierowcy w domu.
No, i tak zeszło święto Początku, czyli Narodzin Baranka-Koziołka, złożonego w ofierze w ostatnim rocznym znaku Ryb. Właściwie oprócz przejściowych bólów trzeciego oka, telepania w trzeciej czakrze (splot słoneczny) w środku dnia, to nic nie odczułam nadzwyczajnego.
A propos odrodzonego baranka, to mamy ich teraz dwóch. Imiona nieco się przekształciły i tak zostanie. Czesio i Lesio. Oto jeden z nich, bodaj Czesio (Czesławem zwany), przymierzający się do cyca mamy, Walentyny.

Czesio i Lesio łobuzy małe są. Biegają radośnie i tak szybko, że nie sposób ich schwytać ani ochronić przed niebezpieczeństwami tego świata. Takim zagrożeniem jest teraz kogut Ancymon. Tenże uznał Braćków za kury-mutanty z czterema nogami i ściga je zawzięcie z niszczycielskim zamysłem.


No, a zamiast utopienia Zimy, powstał kolejny podpuszczkowy ser, tym razem a la koryciński, który Zagrodowym nazwę, jak po degustacji przypadnie mi do smaku.

19 marca 2011

Pełnia dopełnia

Spieszę donieść, że pełnia księżyca w swym dzisiejszym ekstremum przestała przeć i narastać, a rozpostarła pięknie skrzydła i dopełniła wszelkie ostatnie napięcia w sposób spokojny, acz niespodziewany i na koniec za-dziwny.
Nie było już trzęsienia ziemi, rewolucji libijskiej, wybuchu reaktora, lecz dzień rozpoczął się niespodziewanie udaną transakcją. Chłopaki wioskowe zwiozły nam i rozładowały na podwórzu furę gałęziówki sosnowo-brzozowej i nawet mogą na kasę poczekać. Cena uczciwa, a fura słuszna, choć gałęzie cienkie. Ale co tam, szybko dadzą się pociąć na krajzedze, przeschną pod daszkiem przez lato i jesień i na zimę do palenia w ścianówce jak znalazł.
Ania pobuszowała trochę z ankietami po którejś sąsiedniej wiosce, coś tam na piśmie uzyskała, choć wiele osób odmawia i nie wyraża żadnej chęci dzielenia się z państwem, choćby statystyką się mianującym, swoim poczuciem rodowej tożsamości, to ich najsłuszniejsze i najgłębsze prawo do prywatności, które w pełni popieram.
Potem telefon od jednego dawno nie słyszanego, i wizyta drugiego znajomego, co chce przenieść się z miasta na wieś i jest w trakcie tego, co my już mamy za sobą. No, każdy ma swoje tempo i porę. Niekiedy sam proces decydowania się zabiera najwięcej czasu, a działanie idzie jak z płatka. Albo na odwrót. Lub różnie. Zależne od temperamentu.
Niektórzy mocni są w gębie, w puszeniu pawiego ogona, w projektowaniu i w ideologizowaniu swoich przedsięwzięć, niektórzy podążają do przodu małymi ale cierpliwymi i nieustępliwymi kroczkami, a niektórzy mówią, mówią, a potem działają i mają. Są też tacy co nie mówią nic i nic nie mają, lub mają, a nic o tym nie mówią, bo im to do niczego niepotrzebne, ale nie o tych mi chodzi.


Szalowanie pokoju posunęło się znacznie, jeszcze jeden dzień pracy i będzie ok. Moim zadaniem dodatkowym było uszczelnienie szpar pomiędzy dylami ścianowymi. Pomimo oszalowania zewnętrznego, warstwy folii i wełny mineralnej powiew chłodu był tam wyczuwalny. Upchnęłam w szparkach czubkiem noża pakuły lniane i resztki wełny owczej, jakie znalazłam w chacie. Powiew ustał.
W starej części domu nie ma tego problemu, gdyż dyle są uszczelnione suchym mchem i nie przepuszczają niczego z zewnątrz. W nowej - dzisiejsi cieśle nie uszczelniają ścian niczym, tłumacząc to zewnętrzną szalówką i wybijaniem ścian płytami od wewnątrz, więc po co się trudzić, mech to taka przestarzałość, że śmiech zbiera, albo - jak napierać - proponują piankę, która wygląda ze szpar nader paskudnie i wykrusza się łatwo. Na piankę się nie zgodziłam, ocieplenie zewnętrzne nie sprawdziło się jako uszczelniacz, zatem zastosowałam stare sprawdzone sposoby, wełna i len. Można też gliną, ale w tym wypadku szczeliny były zbyt ciasne, aby móc z gliny zrobić właściwą zaporę.

To co za-dziwne wydarzyło się w porze drugiego dojenia. Mianowicie przeleciał nad naszą zagrodą wielki podwójny klucz dzikich gęsi. Lecz sunących, o zgrozo! o dziwo! o Panie Boże! na odwrót względem pór roku... Mianowicie leciały z północy na południe...
Nie wiem, co o tym myśleć mam. Czy to zwyczajne-bo? Nigdy takiego cuda nie widziałam, aby na lato ptaki odlatywały z północy w ciepłe rejony. Ale może czegoś nie zauważyłam, nie wiem, a jest to tutaj całkiem normalne...
Generalnie, na taki widok jesienią stary Mikołaj mówi: idzie zimno... A co teraz powie, jak go spytam?

No, i na koniec dnia pierwsza sałatka wiosenna ze świeżasa koziego dopełniła pełni. Ser, przedwczoraj zrobiony, pokrojony w kostkę, ogórek, pomidor, cebulka, oliwka i oliwa z pestek winogronowych plus przyprawy. Mniam!

18 marca 2011

Trochę nowin

Nie wiem jak wy, ale ja czuję narastające napięcie od kilku dni. Nie będę się wdawać w opis astrologicznych aspektów planet ten efekt wywołujących, bo niezrozumiała to rzecz dla laika, podobnie jakim wykład z matematyki wyższej dla humanistów czasem bywa (a, właśnie żem spaliła w piecu stareńki podręcznik do matematyki wyższej, zalegający po kątach od lat, stąd skojarzenie). Ale to, co się dzieje w niebie ma swoje odzwierciedlenie na ziemi w pełnym rozmiarze ostatnimi czasy bardzo mocne i tragiczne (mam na myśli wydarzenia w Japonii choćby, ale i te inne, przykryte nagłośnionymi informacjami z Kraju Kwitnącej Wiśni - ciekawe czy zakwitnie w tym roku?). Odwracam głowę i skierowuję uwagę na sprawy wokół mnie się dziejące, w myśl zasady zachowania równowagi ciało-umysł i nabytej z latami umiejętności przenoszenia uwagi na sprawy drobne, lecz nie mniej ważne, no, równie ważne, bo najbliższe i największe z indywidualnej perpektywy patrząc.
No, więc jest to niemiłe napięcie na co dzień, wywołane nadchodzącą pełnią księżyca, która wypada jutro. Czego ktoś, kto nie jest sam, lub nie ma w swoim najbliższym otoczeniu osoby urodzonej podczas pełni, bądź co gorsza, gdy Księżyc oświetlał z naprzeciwka Marsa, lub gdy w to jeszcze zamieszany był Uran (tak, jego ulubioną zabawą jest trząść ziemią i rozsyłać chmury radioaktywne), to tego nie pojmie, co mam na myśli. I żadne tłumaczenie tego nie objaśni. Trzeba samemu doświadczyć.
Jakoś trwam. I wytrwam, bo ja z tych spokojnych jestem, nastawionych na przetrwanie.
Choć moja sytuacja psychiczna i fizyczna jest nieustająco niepewna, zmienna i trudna do określenia.
Poza tym szalujemy z powodzeniem już trzecią ścianę w pokoju, dzisiaj zrobiłam drugi ser podpuszczkowy (swojski świeżas) i trzeci twaróg.
Zaczęło piździć niemiło zimnym wiatrem z niewielką ilością śniegu, kaczce i kurom zamarza w nocy woda w garnku, znów palę w c.o., a tak się cieszyłam, że już koniec i w ścianowym tylko wystarczy, chłopak do gnoju nie ma zamiaru przyjść do roboty, za to wpadł pożyczyć kasę, panowie od obcięcia gałęzi jabłoniowych w sadzie wolą inną robotę, niż wdrapywanie się na drzewa i odwlekają termin, w sumie dobrze, że zimno. I tyle nowin w Kresowej.

15 marca 2011

Terminy

Wczoraj słyszałam klangor przelatujących ponad burymi chmurami dzikich gęsi, sunących na północ. W nocy wyciągnął mnie na dwór dziwny głos, który identyfikowałam jako miauczenie kota, a okazał się pohukiwaniem dwóch dużych nocnych ptaków rodzaju dla mnie nieznanego. Być może sów, ale nie dam głowy. Urządziły sobie randkę na jaworze przy chacie. Od rana powietrze napełniały śpiewy i radosne kląskania różnych wiosennych ptaków, mimo, że pogoda nieco się skiepściła (ale nie padało).
Pochłania nas praca, całodniowa, i już chyba tak zostanie, bo terminy gonią.
W trzecim pokoju trwa listwowanie i szalowanie drugiej ściany. Ponieważ składujemy tam różne rzeczy, typu: książki i pisma, materiały, zapasy żywnościowe, to zajęcie się każdą ścianą wymaga przewrócenia owej góry przedmiotów i pudeł od początku i przesunięcia jej w inny kąt. Gdy wejdą majstrowie do podłogi, to wszystko to jeszcze trzeba będzie wynieść całkiem, rozparcelować po innych pomieszczeniach, a potem z czasem ułożyć w zaplanowany sposób. Nie powiem, bardzo to jest męczące i kradnące czas innym pilnym pracom, ale to już końcówka naszych odwiecznych przeprowadzkowych niewygód...
Pili kwestia wyrzucenia gnoju z obory. Kozy już prawie fruwają pod sufitem, bywa, że przeskakują do siebie z boksu do boksu przez niski płotek. Tymczasem chłopaki miejscowe, zdatne do tej pracy, mają akurat inne przyjemniejsze zajęcia. Obiecują, że przyjdą popracują, ale na pustych obietnicach się kończy. Trudno, zaczniemy same, boks po boksie i jakoś to zrobimy.
Na gwałt też trzeba popodcinać gałęzie starym jabłoniom w sadzie.

Co do sera to na razie bawię się w twarożki, z pieprzem i papryką. Codzienna praca, która będzie trwała aż do jesieni.

13 marca 2011

Rozwój spraw

Na zdjęciu Braćki śpiące słodko w promieniach wiosennego słońca po nakarmieniu...

Dzisiaj rano zadebiutowała Zuzia, mama Zulusa, zeszłoroczna córka Zofiji. Nie buntowała się zbytnio, ponadto zaskoczyła mnie pozytywnie wielkość jej wymienia, dobrze rokuje. Ma jednak maleńkie cienkie strzyki pereszadki. Są trudne do uchwycenia, podobnie jak miała w zeszłym roku Gwiazda, zatem przejęła jej dojenie Ania, która zdobyła już tę sprawność własnie przy rozdajaniu Gwiazdeczki.
Nie wiem czego to skutek, czy naszej lepszej sprawności, czy nastawienia się psychicznego kóz (proces dojenia jest dla kozy przyjemny), czy lepszego ich dokarmienia (nie muszą się dzielić z młodymi swoją porcją), ale udoiłam więcej mleka o jakieś 2 litry, niż wczoraj! Co prawda przed wieczorem dały już jedynie kubek, ale to dlatego, że młodzież stała się sprytniejsza i nie zostawia sobie mleka na później.
Część poszła na kwaśne do wielkiej kamionki (w planie jest twaróg), stojącej na piecu kuchennym, część wystawiłam w garnku na taras dla schłodzenia i jutro po dolaniu jutrzejszego mleka, planuję pewien smakowy eksperyment... W duchu owego eksperymentowania i w imię nie/dzieli studiowałyśmy w każdej wolnej chwili (tak, nawet w niedzielę nie ma ich na full) filmy na YT odnośnie wyrobu różnych rodzajów serów i serków kozich, głównie świeżych. Nie ma w nich podanych podstawowych parametrów (temperatura, ilość podpuszczki, rodzaj bakterii), ale po zeszłorocznych doświadczeniach i przestudiowaniu książki niemieckojęzycznej autorki o wyrobie serów mogę to sobie dość łatwo dopowiedzieć lub wybrać jakiś wariant, bądź sama coś wymyślić.
Wieczorem wyskoczyłyśmy na chwilę do miasteczka i spotkałyśmy pod domem kultury znajomych. Ruszyło kino w Czeremsze. Wypada się pokazać, gdy już jakoś ogarniemy sprawy. No, i znajomy już się pisze na degustację tego, co jeszcze nie zaistniało.

12 marca 2011

Aktywność

Pracowita sobota. Początek sezonu dojenia jest zawsze trudny. Młodzież spanikowana zmianami, odseparowaniem od matek, stare niecierpliwe, nie znające swojej nowej kolejki. Co rusz któreś wyskakuje z boksu, trzeba je pacyfikować i stopniowo, w porządku, który ma być trwały do następnej zimy, karmić, poić i doić, każdą na osobności. Matki pamiętają to jako przyjemność (można się spokojnie napić i najeść, a także doznają ulgi w napiętych od mleka wymionach), więc nie ma z nimi problemu. Jedynie młode szaleją. W sumie poszło dobrze. Nie zdajałam kozuch jeszcze do końca, aby nie zabierać koźlętom możliwości possania, zebrałam rano jakieś 5 litrów mleka, po południu pół litra (zestresowane koźlęta w dzień dopuszczone do matek starannie je wycyskały).
Na pierwszy rzut mleko zaspokoi nasze apetyty po zimie, pod różną postacią. Uwielbiam np. w niedzielę rano zagotować sobie kawę zbożową na kozim mleku (bez dodatku wody). Słodzę ją niewielką ilością sztucznego miodu lub cukru i popijam tym nektarem (spróbujcie kiedyś!) kanapkę śniadaniową, najlepiej teraz z jajem gotowanym na twardo i szczypiorkiem. Żywa boskość.
Do obiadu częstym u mnie dodatkiem jest kwaśne mleko. Ania dolewa sobie świeżego mleka do prawdziwej kawy, w miejsce śmietanki. Koty napełniają najchętniej brzuszki ciepłym mlekiem prosto z udoju. Podobnie jak i ja.
No, a z kwaśnego mleka - twarożek. Łączony ze szczypiorkiem, czosnkiem, cebulką, różnymi ziołami. Przeróżne warianty. Twarożek przygotowuję tak, jak moja Mama to robiła. Opiszę ten prosty sposób, gdy już go zrobię.
Kiedy się nasycimy, tym i jeszcze budyniami, zupkami mlecznymi i co tam jeszcze Bozia dała w Swojej łaskawości, pomyślę o jakimś serze podpuszczkowym. O tej porze roku wychodzą i przechowują się najlepiej u tych, którzy jeszcze nie mają profesjonalnej dojrzewalni.

W południe kozy wyszły przed oborę. Szybko znudziły się ogryzaniem sosnowych gałęzi i za przywództwem doświadczonej Kazi wyruszyły sprawdzić, jak się ma pastwisko. Koźlęta biegły za matkami z wielkim spanikowanym bekiem, po części wyrażającym strach, a po części fascynację nowością. Obeszły połowę sadu, zagryzły jakimś zgniłym jabłkiem, które wychynęło spod śniegu, po czym poprowadziłam je drogą na ugór. To jest przezabawne uczucie, jak prowadzisz za sobą stado prawie 20 kóz w różnym wieku i ono biegnie truchtem za tobą, pobekując i żywo reagując na znajomy ton głosu. Wołam je nim zawsze tak samo. "Koooozy! Koooozy! Chodźcie-chodźcie, idziemy-idziemy, dobrze wam idzie!". Znają tę melodię, działa na nich jak głos fletu fakira na węża.
Po drodze minęłyśmy gąskę, ze szczęściem wypisanym na dziobatej gębusi, wysiadującą po środku największej kałuży. Wyszła z niej wkrótce jako gęś rasy brudnej, ale wyschła szybko, wystawiając się na słońce, a błoto z niej dziwnym sposobem odpadło, odkrywając śnieżny kolor upierzenia...
Na ugorze kozuchy przegryzły kilka gałązek brzozy i zaszyły się na obrzeżach lasu przy drodze, zagryzając sosnowe igły porostami z kory drzew. Następnie Kazia znajomą sobie dobrze drogą od zaplecza zaprowadziła stado z powrotem do obejścia. I już wszystkie z zaspokojoną ciekawością zajęły się rzuconymi na resztki śniegu przed oborą gałęziami z wycinki lasu.

Po tym wszystkim Ania wzięła się za listwowanie trzeciego pokoju. Oczywiście beze mnie nie mogło się obejść. Jestem w tych sprawach nieodzownym Przynieś Wynieś Pozamiataj, czyli Młotkowym.
Zeszło nam tak do drugiego dojenia. I karmienia Braćków. Którzy żwawi się okazują i zabawni nad wyraz, zwłaszcza, gdy próbują chodzić po terakocie (rozjazd czterech nóżek na cztery strony świata murowany) albo lakierowanej podłodze. Piją mleko ze strzykawki tak zgrabnie, jak żadne nasze dotychczasowe koźlę, z czego wnosimy, że potrzebują tego.
Walentynka, ich matka, po dostawach cukrowych ma się lepiej, zniknęło prawie od razu drżenie mięśni i polegiwanie, ale nie zmienia to faktu, że jest pereszadką (pierwiastką) i dwójka na początek mocno ją nadwyręża pod względem mleczności.

Ania zdążyła jeszcze przyciąć ukośnicą deski do oszalowania ściany w trzecim pokoju i padłyśmy...

W komputerze zaś czytam o zapowiedziach przemieszczania się chmury radioaktywnej znad Japonii (Niemcy spodziewają się jej już po tygodniu, Rosjanie na Kamczatce raptem jutro, a nasi w ogóle niczego się nie boją). Trzeba uważać, jednym słowem. I gdy będą jakieś opady siedzieć w domu i nie wypuszczać zwierząt na zewnątrz.

11 marca 2011

Zimo-wiosna

Nie jest tak źle z tą zimo-wiosną. Wczoraj napadało trochę śniegu, który dzisiaj stopniał w promieniach słońca, a sunące po południu ciemne chmury z północy niczego nie przyniosły. W domu za ciepło, zatem ogrzewam przy pomocy c.o. także poddasze, żeby móc wytrzymać. Od dziecka przyzwyczajona do tzw. zimnego chowu męczę się temperaturą wyższą, niż 20 stopni. Na dokładkę kocham zimę z powodu braku... owadów. Te mi w sezonie ciepłym dają popalić! Już się boję i drżę... przed komarami, kąsającymi właśnie mnie ze wszystkich w domu najbardziej (mam tę legendarną słodką krew) i muchami, nie dającymi mi zasnąć w porze dla mnie najlepszej na sen, czyli o świcie. Nie wspomnę o pająkach, które bywa, że mnie w nocy ukąszą w twarz, rękę lub głowę, na co inni parskają śmiechem, ponieważ są mylnie przekonani, że polskie pająki nie mają żadnego jadu. Oj, mają. Przynajmniej niektóre.
Trudno, jakoś przeboleję tę wiosnę i lato. Byle do zimy!

Dzisiejszy dzień był ważny, bo koźlęta zostały wreszcie oddzielone na noc od matek. W dzień brykały na wybiegu swobodnie, a wieczorem przyszła kryska na matyska. Beee, beee!

Od jutra czeka mnie codziennie poranne dojenie. Koniec wysypiania się do 10.
Braćki Walentynkowe, o imionach roboczych Krzycho i Czesio, dostępują dokarmiania ze strzykawki, ponieważ ich mama miała objawy osłabienia poporodowego i uznałyśmy, że trzeba wzmocnić całą grupę, a nie liczyć na siły natury.

Walentyna dostała przy śniadaniu, obiedzie i kolacji chleb maczany w wodzie i posypany obficie cukrem, aby podnieść poziom glukozy we krwi, a dzieciaki - pod pachą przyniesione do domu, w pokoju jadalnym na zielonym chodniczku dostępowały dokarmiania mlekiem (zdojonym od wszystkich ciotek i babek).

Gdy nieco się niepokoiły brakiem znanego otoczenia uspokajała je troskliwie Kola, robiąca w ich maleńkich umysłach za kozę. Spisywała się świetnie, liżąc malcom mordki i... ufajdane żółtą kupką ogonki.


Zimo-wiosna nie jest piękna. Jest brudna, rozmiękła, odmrażająca różne oborniane smrodki. Gęś jednak już widokiem kałuż całkowicie rozanielona nabrała ochoty na wiosenną kąpiel. Wynikiem pracowitych ablucji i mycia maczaną w brudnej wodzie głową i szyją plecków jest szczęśliwa brudna Gusia, pieszczotliwie kaczką zwana.

Ponadto Ania przesadziła zielone siewki pomidorów do większych pojemniczków z ziemią i przeniosła je z kuchni na poddasze, pod południowe okna. Niech się hartują i rosną dalej. Mikre są jakieś, ale czego się spodziewać po państwowych nasionach w naszych destrukcyjnych czasach... Jedynie cebula wypuściła piękny szczypior, który jemy na kanapkach od dwóch dni.

9 marca 2011

6 na 5

Przed południem Walentyna urodziła bez większego problemu dwójkę koźląt. Czarniawe, maści alpejskiej, oba koziołki jak się okazało.
Oto uwiecznione pierwsze kroki pierwszego bliźniaka.

I pierwsze kroki drugiego, z gwiazdą na czole (cecha kóz z tej linii białasek od kilku pokoleń). Krokom towarzyszył intensywny dziecięcy płacz. "Mamo! Mamo!" - zdawało się, że słyszymy wyraźnie. Okazało się, że ma wielki apetyt i mocno denerwowały go pierwsze trudności z uchwyceniem cyca, zassaniem i zaspokojeniem głodu.


No, to są już wszystkie na świecie. W sumie 11. W tym 6 koziołków. Przewaga męskiej płci w narodzinach tradycyjnie wieszczy... wojnę. Pierwszy to raz nam się taka proporcja zdarzyła. Pożywiom, obaczym.

8 marca 2011

Przed-wiośnie

Wreszcie porządkowanie naczyń, garnków, kubków, szkła oraz zapasów i przypraw w kredensie i szafkach kuchennych ma się ku końcowi. Odkryłam przy tej okazji, że przez kilka-już prawie-naście lat tułania się i przeprowadzania stamtąd tam, potem stąd do owąd i z owąd tu, no, i z tamtego tu do tego tutaj, wiele naczyń poginęło i wiele się stłukło. Głównie brak głębokich talerzy i misek oraz mis i wazy. Nie ma też kieliszków (wstyd, gdy trzeba coś postawić na stół, bo wyciągam wtedy jakieś drobiazgi nie od pary albo stare musztardówki). Za to namnożyło się kubków różnego sortu. Trzeba kwestię naczyń przemyśleć i nadać temu kształt, jak na przyzwoity dom przystało.

W południe, gdy c.o. było rozpalone, wypuściłyśmy z obory Zofiję i jej powinowate białaski, mieszkające ostatnio w osobnym boksie. Tytułem tego, iż uznałam, że buńczuczna Zofija wymaga resocjalizacji przed jej ponownym przyłączeniem do rodziny, a odstawieniem koźląt do osobnej zagródki.

Okazało się, że nie jest źle, a nawet całkiem dobrze. Zosia nie miała problemów z podporządkowaniem sobie rodziny (córki Misi i wnuczki Gwiazdy wraz z ich tegorocznym potomstwem). I zajęła się szybko zjadaniem zielonych igieł sosnowych i okorowywaniem gałęzi, przywiezionych przez Anię z lasu opodal.
No, bo spytałyśmy się najpierw leśniczego, czy można podebrać trochę zielonych odpadów po przecince w sosnowym lesie blisko wsi, zgodził się i teraz nasze kozy (jak zresztą co roku na przedwiośniu) dowitaminizowują się przedwiosennie gryząc korę i igły.

Po jakimś czasie wypuściłyśmy jeszcze do towarzystwa kaziuki i w ten sposób stado zaczęło się na spokojnie integrować na nowo, przed wiosennym wypasem.

Młodzież zajada gałęzie z równą ochotą. Ten szary z lewej to Król. Stoi na matce mała Astra.

Całości pilnowała - jak zazwyczaj - Kola, pasterski owczarek zawsze na zawołanie.

To był podobno ostatni wyżowo-zimowy dzień tej zimy. Słońce dopisało. Obudziła się pierwsza mucha w domu. Kury sprawiają się coraz lepiej. Wczoraj 5 jaj, dzisiaj 3. Z akacjowego gaju za domem dobiegał śpiew jakiegoś wiosennego ptaka. Było pięknie. I nie popsuła nam nawet humoru wieść, że cukier w sklepie w miasteczku kosztuje już 4,69 zł.

7 marca 2011

Inny wymiar

Czasem są dni, gdy codzienna praca przechodzi w inny wymiar. Dzieje się to spontanicznie. Tak było i dzisiaj, mimo, że plany zakładały dokonanie konkretnych wyczynów.
W nastrój wprowadził nas zdaje się Jasio. Nocujący na pracowicie przygotowanych przez Anię paskach pociętych starych materiałów w pokoju jadalnym vel na razie krawieckiej pracowni.

Nastrój zrodził się i dość długo, z dnia na dzień dojrzewał. Aż stało się. Anna znów zamiast robić to czy tamto, wyjechała do domu kultury tkać. Przy pomocy stareńkiej pani Nadzi, która pełni rolę ekspertki od tkania i krosien, odzyskała kilka utkanych wcześniej przez siebie chodników.
Po kilku godzinach przywiozła je do domu. Oto one:



Gdy wieczór więc nadszedł krasno nakryty stół w jadalnym (ten odgruzowany niedawno, kupiony wraz z siedliskiem) skusił mnie do tajemnych zamyśleń.

Nie pokażę ich na zdjęciu, gdyż zaiste tajemne są. Powiem jedynie, że wyciągnęłam dawno nieużywane tarotowe karty i pociągnęłam...
Posiedziny przyniosły kilka refleksji i ważnych wniosków na przyszłość.
Łoj, Ania widząc co się dzieje, włączyła nastrojową muzykę i dosiadła się obok, i pociągnęła też, raz a dobrze. I tak spędził się wieczór, z rożkiem nowiu księżycowego wiszącym nad Górą za oknem...

5 marca 2011

Lekki pułap

Ociepliło się na tyle, że trudno wytrzymać w chacie przy rozpalonym c.o., nawet, gdy dziura na poddasze stoi otworem. Na górce chodzę w krótkim rękawku, choć nie jest wcale ogrzewana.
Kurom od razu dupencje szanowne odmarzły i dziś przyniosłam z kurnika 5 jajek (na 8 niosek). Gusia ledwie się toczy z nogi na nogę, także ciężka od jaj.

Z samego rana wielkie szczekanie Koli poderwało mnie skutecznie na nogi i zdołałam się ubrać, zanim weszli majster drugi z pomocnikiem.
Przed południem przykręcili gipsokarton na suficie w kuchni. Po południu w pokoju. W międzyczasie zamontowali zlew i kuchenkę gazową. Wnieśli także na górkę ciężki stół dębowy po babci. W ten sposób na razie przyszło nam jeść obiad na kolanie. Jest jeszcze jeden stół, mniejszy i lepiej pasujący do niewielkiej i słabo ustawnej jadalni, ale trzeba go nam dopiero odgruzować w nieużywanym pokoju.
Gdy panowie pracowali, myśmy pomalowały lakierem wcześniej zabejcowane jętki, kilka parapetów (bejcą i lakierem) oraz dwa progi. Wczoraj udało mi się pokryć bezzapachowym lakierem jedną ścianę w jadalnym. Zatem praca posuwa się stale do przodu, ku naszemu zadowoleniu.
Zmiana sufitów, choć jeszcze niezaszpachlowane i niepomalowane dała już efekt czystości i zdjęła mi z głowy ciężar trudny do usunięcia. Według psychologii feng-szuei sufit symbolizuje pułap naszego myślenia, to, co wisi nad nami, co nas przytłacza i ogranicza, dlatego ważne jest, aby nie były to ciężkie belki, ciemne chropawe płaszczyzny itd. No, więc przyznaję, wyraźnie ulżyło. Może moje myśli ruszą w nowe czyste przestrzenie już bez brzemienia brudnych nieheblowanych grubych desek. Z drugiej strony cały czas żałuję, że nie dało się ich przystosować, oczyścić, zaimpregnować lub chociaż pomalować. Byłyby wtedy nietuzinkowe i bardziej malownicze, niż niestety, co tu ukrywać, badziewny gipsokarton.

Gdyby przyszło nam drugi raz dom drewniany budować wiedziałybyśmy już na pewno na co zwracać uwagę i jak kolejność prac powinna wyglądać. A nie zdawać się na wszechwiedzę cieślów, którzy radzi są budować szybko, łatwo, bez zawracania sobie głowy szlifowaniem belek czy desek PRZED położeniem ich na domu. Potem, gdy już chata stoi człek łapie się za głowę, że można było zrobić to wcześniej, prościej, bez brudzenia w mieszkaniu, w wygodnej pozycji, a zatem szybciej. A majster rękę wyciąga po nową kasę za nową robotę.
Trudno, stało się jak się stało.
Przed nami jeszcze (oprócz malowania wszystkiego wszędzie) podłoga w trzecim pokoju, i ściany w dwóch pokojach, dokończenie terakoty w kuchni (w okolicach piecowych) i glazury w łazience. No, i hydraulika w łazience na poddaszu.
Poza domem: wkopanie i podłączenie oczyszczalni ścieków oraz dokończenie ogrodzenia dla warzywnika. Bez tego nie uda nam się znowu uprawa roślin, z powodu notorycznych wizyt drobiu na grządkach i ataków złodziejskich kóz na tunel foliowy (bardzo lubią zjadać pomidory).
He, wiosna idzie.