Znajoma płanetnica wzywa bóstwa słowiańskie i zaczyna troszeczkę padać. Ja ograniczam się do obserwacji ruchu chmur deszczowych na satelitarnej mapie pogody. W obawie, że jak o coś poproszę to właśnie tego mi zabraknie. Z natury swojej błogosławię zawsze to, co jest i to co mam, także to, czego nie mam, i wtedy wszystko działa jak trzeba. Taka trochę paradoksalna jestem.
Kwitną dzikie grusze, śliwy, forsycja, porzeczki i czeremcha. Ta ostatnia upajająco. Miło jest pracować w ogródeczku. Wciąż dobudowujemy grządki, siejemy, dosadzamy to i owo. Doszły bowiem maliny, topinambur, rabarbar, zbywające u koleżanki.
W pierwszym tunelu już coś się zieleni.
Dziś pierwsze zbiory, niewielkie, ale zawsze. Szpinak.
Są zielone szejki z dodatkiem domowego jogurtu koziego.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
29 kwietnia 2020
27 kwietnia 2020
Poza
Nie chcę wyjść na kpiarkę (nowy rodzaj żeński od kpiarza), i obrażać ludzkości poddanej torturom kwarantanny i maseczkoterapii, dlatego nic na ten temat nie powiem. Bo nie wiem. Oglądam filmy fantastyczne lub fantastyczne filmy, kryminalne seriale (Mindhunter polecam), rozmawiam o śnieniu, przepowiedniach, metafizyce. Do sklepu nie muszę chodzić. Anna zajeżdża tam raz na dekadę, uzupełnić zapas masła albo żarła dla psów i kotów. Słucham ptaków. Wspomagam rozbudowę ogródka przydomowego. Powstało już kilka grządek wzniesionych, odeskowanych, Anna wysadza z wolna siewki, które wykiełkowały w domu w doniczkach i skrzynkach. Mimo wciąż zimnych nocy i raczej chłodnych wschodnich i wschodnio-południowych wiatrów coś już się rozrasta pod folią. A to cieszy serce. Szpinak, szczypiorek, pietruszka naciowa, kiełkuje bób. Porzeczki kwitną i przyciągają aktywne owady, podobnie dwie śliwy węgierki, dzika grusza i czeremcha. Świeżo posadzone krzewy przyjęły się i puszczają listki. Ot, życie.
Martwi susza. Myślimy o zbieraniu zapasów wody deszczowej, gdy już taka się pojawi. To wymaga pewnych inwestycji, ale my w tym dobre jesteśmy. Nawet fajnie jest mieć konkretny cel i stopniowo, pracowicie go realizować, zamiast oddawać się podejrzliwości wobec świata i ludzi, bezradnemu smutkowi i lękom o zdrowie.
Pastwisko, stalerzowane przez sołtysa, niestety wciąż nie doczekało się deszczu i prawie nic na nim nie rośnie, mimo użyźnienia. Zresztą noce wciąż zimne nie sprzyjają porostowi trawy. Kozy na razie korzystają z wybiegu na kaczym dołku, z owsa, siana, gałęzi igielnych i brzozowych i z ostatnich zeszłorocznych dyniowatych. Kurczą się zapasy ziemniaków i ziarna, więc drób traci zbędne dzioby. Do zamrażarki poszedł przedostatni kogut i jeden z czwórki młodych gąsiorków. Dwie inne gęsi, parka powędrowała do nowych właścicieli. I tak to się toczy...
Martwi susza. Myślimy o zbieraniu zapasów wody deszczowej, gdy już taka się pojawi. To wymaga pewnych inwestycji, ale my w tym dobre jesteśmy. Nawet fajnie jest mieć konkretny cel i stopniowo, pracowicie go realizować, zamiast oddawać się podejrzliwości wobec świata i ludzi, bezradnemu smutkowi i lękom o zdrowie.
Pastwisko, stalerzowane przez sołtysa, niestety wciąż nie doczekało się deszczu i prawie nic na nim nie rośnie, mimo użyźnienia. Zresztą noce wciąż zimne nie sprzyjają porostowi trawy. Kozy na razie korzystają z wybiegu na kaczym dołku, z owsa, siana, gałęzi igielnych i brzozowych i z ostatnich zeszłorocznych dyniowatych. Kurczą się zapasy ziemniaków i ziarna, więc drób traci zbędne dzioby. Do zamrażarki poszedł przedostatni kogut i jeden z czwórki młodych gąsiorków. Dwie inne gęsi, parka powędrowała do nowych właścicieli. I tak to się toczy...
11 kwietnia 2020
Kupa chrustu
Wiele godzin dnia zajmuje nam od jakiegoś czasu porządkowanie obejścia (oj, to wiecznie odnawiająca się praca) i przede wszystkim ogródków. Ponieważ idzie kolejna susza zaczynam tracić nadzieję, że ogród permakulturowy przetrwa sam z siebie, zasilany jedynie wodą z nieba. W dodatku w tym roku cały zasób obornika po zimie poszedł na zasilenie sadu i pastwiska. Zostało jednak trochę kostek słomy zeszłorocznej, kupionej u rolnika, zmagazynowanych wprost na powietrzu, do zagospodarowania.
Zwieramy zatem szyki i organizujemy przestrzeń siedliskową wokół domu i budynków gospodarczych. Tu i tam trzeba było dodać płotek czy furtkę, aby zrobić zabezpieczenie przed wszędobylskimi kozami i drobiem. Wznieść konstrukcję drugiego tunelu, zbudować skrzynie z odpadów deskowych na wzniesione grządki. Pomagier pokazuje się od czasu do czasu, więc najcięższe problemy udało się gładko przezwyciężyć. Także dzięki niemu urosła kupa chrustu na podorędziu, z gałęzi wyciętych w zeszłym roku robinii.
To ilość pozwalająca palić pod płytą przez dłuższy czas, by - za jednym zamachem - ugotować karmę dla nas i zwierząt, uwarzyć ser, nagrzać wodę w bojlerze do mycia i zmywania i ogrzać ściankę kaflową, która oddaje ciepło wieczorem tak, że nie trzeba już palić w ścianowym piecu na noc. W sumie przez cały sezon ciepły, gdy palę jedynie pod kuchnią wystarcza do tego zbiór chrustu z opadów gałęziowych po zimie w samym obejściu lub w pobliżu. Widzicie, jaki to cud i oszczędność? Energia odnawialna i całkowicie za darmo.
Ot, jeszcze tyle pozostaje do pocięcia i porąbania. Grubsze kawałki idą pod daszek i poczekają na kolejną jesień i zimę.
Na powyższym zdjęciu widać, jak prezentował się ogródek przydomowy widziany z tarasu jeszcze niedawno. Teraz już to zostało posprzątane. A na wolnym miejscu powstały skrzynie. Specjalne skrzynki z odpadów pozostałych z licznych budów na siedlisku, które służą na rzecz grządek wzniesionych i permakulturowo zbudowanych.
Na dno owych skrzyń poszła glina, aby ułatwić przytrzymywanie wody na tej naszej piaskowej wydmie. Na nią spróchniałe drewno, w tym samym celu, ale i po to, aby szybciej całość wznieść do góry. Na drewno warstwa słomy, tej samej ze zdjęcia początkowego. A na nią przerobiony dwuletni kompost z kurzeńca i czarna gleba powierzchniowa.
Każda warstwa po zamontowaniu została obficie podlana, by mogła solidnie nasiąknąć wodą na starcie.
Na koniec zaś jedna ze skrzyń leżanek została obsiana. Nie powiem czym, bo to domena głównej ogrodniczki. W każdym razie już kilka grządek pod włókniną i przestrzeń w tunelu daje życie roślinkom. Noce są jeszcze zimne, ale podłoże ze słomy i przerobionego obornika wytwarza temperaturę, dodatkowo tunel w słoneczne dni pięknie się ogrzewa, więc wychodzą już pierwsze kiełki szpinaku i rzodkiewki.
Ponadto dodatkowe przestrzenie przeznaczone na ogródki zostały wzbogacone o nowe sadzonki krzewów owocowych, porzeczki czarnej i czerwonej, świdośliwy, agrestu i aronii. Wszędzie można je podlać w razie suszy, więc jeśli tylko się przyjmą nie powinno być z nimi problemu. Dostały na start duży zasób kompostu na pokarm, a każdego roku opatulam je na zimę kolejną dawką słomianego obornika, aby nie zgłodniały na tej piaszczystej ziemi. To się sprawdza, bo krzewy posadzone kilka lat temu mają się dobrze, pięknie się rozrosły i dają dużo owoców.
Po ogródkowych zajęciach trzeba jeszcze zadbać o stado kozie. Które kilka godzin dnia spędza w zagrodzeniu za oborą, żywiąc się sianem i ogryzając gałęzie iglaste, które zwozimy z naszego zagajnika i sąsiedztwa.
Gałęzie ogryzione z kory szybko schną, idą na pieniek i uzupełniają kupę chrustu na lato. Nic się nie marnuje, jednym słowem.
Niektóre z dzieci przeszły na dokarmianie z butelki, aby móc uszczknąć kozuchom mleka dla nas. Tym sposobem mam dziennie 2-3 litry do przerobienia. Jest już zatem jogurt, twarożek i miękki serek podpuszczkowy na nasze potrzeby jedzeniowe. Nie powiem, mocno byłam ich spragniona po zimowej przerwie.
Zwieramy zatem szyki i organizujemy przestrzeń siedliskową wokół domu i budynków gospodarczych. Tu i tam trzeba było dodać płotek czy furtkę, aby zrobić zabezpieczenie przed wszędobylskimi kozami i drobiem. Wznieść konstrukcję drugiego tunelu, zbudować skrzynie z odpadów deskowych na wzniesione grządki. Pomagier pokazuje się od czasu do czasu, więc najcięższe problemy udało się gładko przezwyciężyć. Także dzięki niemu urosła kupa chrustu na podorędziu, z gałęzi wyciętych w zeszłym roku robinii.
To ilość pozwalająca palić pod płytą przez dłuższy czas, by - za jednym zamachem - ugotować karmę dla nas i zwierząt, uwarzyć ser, nagrzać wodę w bojlerze do mycia i zmywania i ogrzać ściankę kaflową, która oddaje ciepło wieczorem tak, że nie trzeba już palić w ścianowym piecu na noc. W sumie przez cały sezon ciepły, gdy palę jedynie pod kuchnią wystarcza do tego zbiór chrustu z opadów gałęziowych po zimie w samym obejściu lub w pobliżu. Widzicie, jaki to cud i oszczędność? Energia odnawialna i całkowicie za darmo.
Ot, jeszcze tyle pozostaje do pocięcia i porąbania. Grubsze kawałki idą pod daszek i poczekają na kolejną jesień i zimę.
Na powyższym zdjęciu widać, jak prezentował się ogródek przydomowy widziany z tarasu jeszcze niedawno. Teraz już to zostało posprzątane. A na wolnym miejscu powstały skrzynie. Specjalne skrzynki z odpadów pozostałych z licznych budów na siedlisku, które służą na rzecz grządek wzniesionych i permakulturowo zbudowanych.
Na dno owych skrzyń poszła glina, aby ułatwić przytrzymywanie wody na tej naszej piaskowej wydmie. Na nią spróchniałe drewno, w tym samym celu, ale i po to, aby szybciej całość wznieść do góry. Na drewno warstwa słomy, tej samej ze zdjęcia początkowego. A na nią przerobiony dwuletni kompost z kurzeńca i czarna gleba powierzchniowa.
Każda warstwa po zamontowaniu została obficie podlana, by mogła solidnie nasiąknąć wodą na starcie.
Na koniec zaś jedna ze skrzyń leżanek została obsiana. Nie powiem czym, bo to domena głównej ogrodniczki. W każdym razie już kilka grządek pod włókniną i przestrzeń w tunelu daje życie roślinkom. Noce są jeszcze zimne, ale podłoże ze słomy i przerobionego obornika wytwarza temperaturę, dodatkowo tunel w słoneczne dni pięknie się ogrzewa, więc wychodzą już pierwsze kiełki szpinaku i rzodkiewki.
Ponadto dodatkowe przestrzenie przeznaczone na ogródki zostały wzbogacone o nowe sadzonki krzewów owocowych, porzeczki czarnej i czerwonej, świdośliwy, agrestu i aronii. Wszędzie można je podlać w razie suszy, więc jeśli tylko się przyjmą nie powinno być z nimi problemu. Dostały na start duży zasób kompostu na pokarm, a każdego roku opatulam je na zimę kolejną dawką słomianego obornika, aby nie zgłodniały na tej piaszczystej ziemi. To się sprawdza, bo krzewy posadzone kilka lat temu mają się dobrze, pięknie się rozrosły i dają dużo owoców.
Po ogródkowych zajęciach trzeba jeszcze zadbać o stado kozie. Które kilka godzin dnia spędza w zagrodzeniu za oborą, żywiąc się sianem i ogryzając gałęzie iglaste, które zwozimy z naszego zagajnika i sąsiedztwa.
Gałęzie ogryzione z kory szybko schną, idą na pieniek i uzupełniają kupę chrustu na lato. Nic się nie marnuje, jednym słowem.
Niektóre z dzieci przeszły na dokarmianie z butelki, aby móc uszczknąć kozuchom mleka dla nas. Tym sposobem mam dziennie 2-3 litry do przerobienia. Jest już zatem jogurt, twarożek i miękki serek podpuszczkowy na nasze potrzeby jedzeniowe. Nie powiem, mocno byłam ich spragniona po zimowej przerwie.
2 kwietnia 2020
Ziemia daje spokój
Choć nikt w okolicy korony nie widział, to jednak i do nas zawitały ograniczenia odgórne. Wracający z zagranicy siedzą na kwarantannie w domach, a że domy jak i wioski daleko od siebie to i mniej strachu, że ktoś obcy niechcący na ciebie kichnie. Anna jak na razie jest bezrobotna na czas zawieszenia zajęć w domu kultury, zatem ryzyko złapania bakcyla jest naprawdę minimalne. Raz na tydzień wyjeżdża sprzedać jaja od naszych kur i zajrzeć do sklepu, a po powrocie starannie myje ręce i zmienia ubranie od progu. Mamy z tym nieco śmiechu i żartów, choć pewnie osobom mieszkającym w ludnych okolicach już tak wesoło nie jest.
Moja kwarantanna trwa właściwie nieustannie od czasu, gdy zamieszkałam na dalekiej wiosce, czyli będzie już piętnasty rok. Czasem zdarza mi się odebrać list czy paczkę od listonoszki czy kuriera, albo zakrzyknąć do sąsiada na drodze dzień dobry, średnio raz na miesiąc. Jedynym człowiekiem którego stale spotykam jest moja domowniczka, ona więcej ze światem obeznana, więc tędy dochodzą do mnie wszelkie wieści. Komórka leży zawsze w jedynym miejscu w domu, gdzie jest zasięg, w trzecim pokoju, więc nawet dodzwonić się do mnie nie można, bo akurat film oglądam, kozy doję, ogródka doglądam itd.
Jedynie internet, z rzadka radio są moim oknem na świat. Gdyby nie to okno i wieści stamtąd przychodzące moje życie codzienne trwałoby w nieporuszonym spokoju. I rytmie.
Jak rozumiem, wszyscy teraz siedzą i czekają na rozwój wydarzeń, walcząc z nudą i lękami o przyszłość. Nie ma co planować, jeśli nie wiadomo, z której strony walnie i się obsunie, prawda? Albo czym teraz ludzie będą się przejmować i jakie trendy rozwojowe (a może już zwijane) będą na topie. Aby wpisać się w bajkę gospodarczą i jakoś przecież prosperować.
Muszę przyznać, że małorolnictwo w tej chwili daje dużą dozę spokoju i poczucie bezpieczeństwa mimo wszystko. Nawet jeśli cud się nie wydarzy, ludzie nie będą kupować produktów, to gorzej w tej sprawie być nie może, niż tego doświadczamy od kilku lat. Zwyczajnie mamy co jeść, czym palić w piecu, i na podstawowe opłaty starcza. Tym niemniej dodatkowe zajęcia artystycznego rodzaju zapewne okażą się niepopularne, bo w kryzysie pierwsza sztuka i artyści dostają po głowie (z nielicznymi wyjątkami). Biorę to pod uwagę i w sumie cieszę się, że nigdy nie patrzyłam na nie jako na źródło dochodu, a przede wszystkim ulubione hobby. Po prostu nic się nie zmieni.
Póki co zajmuję się drobnymi pracami gospodarskimi, jak ostatnio układanie porąbanego drewna w ścianki pod kurnikiem. Anna rozsiewa w doniczkach i skrzynkach różne roślinki, obsiała też już dwie grządki, nakryte włókniną.
Odżywiamy się przeciw-chorobowo, czyli wzmacniająco i uodparniająco. Wiejskie domowe jedzenie wydaje się być teraz najlepszym lekiem na całe zło tego świata.
Na śniadanie jedno jajo ugotowane w koszulce, w wodzie z dodatkiem octu jabłkowego własnej roboty. Polane keczupem domowym. Do tego kromka bezglutenowego chleba z kaszy gryczanej niepalonej (zaprzestałam kupowania ryżowych chrupek i zajęłam się wypiekami) z masłem i szczypiorkiem. Oraz kwaszonka z kapusty i buraka, albo kiszony ogórek. Na popitkę kubeczek domowego jogurtu na kozim mleku.
Na obiad któraś z zup: rosół z wolnowara na kościach kozich i drobiowych, albo zupa cebulowa lub czosnkowa, tudzież gęsty krupnik z kaszy gryczanej lub zupa dyniowo-warzywna.
Bywają desery albo kolacje. Więc na deser dajmy na to budyń na kozim mleku (właśnie udaje nam się uszczknąć jednej kozie poranny literek) z sokiem owocowym własnego wyrobu. Albo szejk ukręcony z kefiru koziego i z dodatkiem owocowego dżemu domowego.
Gdy nie ma czasu albo ochoty na deser to bardziej suto na kolację: podpłomyk z mąki bezglutenowej z dodatkiem keczupu domowego, cebulki, kiełbasy albo jaja na twardo oraz sera żółtego.
Jak widać wszystkiego w tych daniach sobie dostarczamy, są witaminy i aminokwasy w żółtku jaja, odpowiednie bakterie wzbogacające florę jelitową w jogurcie, zsiadłym mleku i kiszonkach, węglowodany w formie warzyw, białko nabiałowe i z absolutnie naturalnych mięs, tłuszcze roślinne i zwierzęce też. I kapeczka słodyczy od czasu do czasu z owoców albo miodu.
I tym jakże tradycyjnym i smacznym sposobem utrzymujemy się w zdrowiu i formie, czego i wam wszystkim życzę.
Moja kwarantanna trwa właściwie nieustannie od czasu, gdy zamieszkałam na dalekiej wiosce, czyli będzie już piętnasty rok. Czasem zdarza mi się odebrać list czy paczkę od listonoszki czy kuriera, albo zakrzyknąć do sąsiada na drodze dzień dobry, średnio raz na miesiąc. Jedynym człowiekiem którego stale spotykam jest moja domowniczka, ona więcej ze światem obeznana, więc tędy dochodzą do mnie wszelkie wieści. Komórka leży zawsze w jedynym miejscu w domu, gdzie jest zasięg, w trzecim pokoju, więc nawet dodzwonić się do mnie nie można, bo akurat film oglądam, kozy doję, ogródka doglądam itd.
Jedynie internet, z rzadka radio są moim oknem na świat. Gdyby nie to okno i wieści stamtąd przychodzące moje życie codzienne trwałoby w nieporuszonym spokoju. I rytmie.
Jak rozumiem, wszyscy teraz siedzą i czekają na rozwój wydarzeń, walcząc z nudą i lękami o przyszłość. Nie ma co planować, jeśli nie wiadomo, z której strony walnie i się obsunie, prawda? Albo czym teraz ludzie będą się przejmować i jakie trendy rozwojowe (a może już zwijane) będą na topie. Aby wpisać się w bajkę gospodarczą i jakoś przecież prosperować.
Muszę przyznać, że małorolnictwo w tej chwili daje dużą dozę spokoju i poczucie bezpieczeństwa mimo wszystko. Nawet jeśli cud się nie wydarzy, ludzie nie będą kupować produktów, to gorzej w tej sprawie być nie może, niż tego doświadczamy od kilku lat. Zwyczajnie mamy co jeść, czym palić w piecu, i na podstawowe opłaty starcza. Tym niemniej dodatkowe zajęcia artystycznego rodzaju zapewne okażą się niepopularne, bo w kryzysie pierwsza sztuka i artyści dostają po głowie (z nielicznymi wyjątkami). Biorę to pod uwagę i w sumie cieszę się, że nigdy nie patrzyłam na nie jako na źródło dochodu, a przede wszystkim ulubione hobby. Po prostu nic się nie zmieni.
Póki co zajmuję się drobnymi pracami gospodarskimi, jak ostatnio układanie porąbanego drewna w ścianki pod kurnikiem. Anna rozsiewa w doniczkach i skrzynkach różne roślinki, obsiała też już dwie grządki, nakryte włókniną.
Odżywiamy się przeciw-chorobowo, czyli wzmacniająco i uodparniająco. Wiejskie domowe jedzenie wydaje się być teraz najlepszym lekiem na całe zło tego świata.
Na śniadanie jedno jajo ugotowane w koszulce, w wodzie z dodatkiem octu jabłkowego własnej roboty. Polane keczupem domowym. Do tego kromka bezglutenowego chleba z kaszy gryczanej niepalonej (zaprzestałam kupowania ryżowych chrupek i zajęłam się wypiekami) z masłem i szczypiorkiem. Oraz kwaszonka z kapusty i buraka, albo kiszony ogórek. Na popitkę kubeczek domowego jogurtu na kozim mleku.
Na obiad któraś z zup: rosół z wolnowara na kościach kozich i drobiowych, albo zupa cebulowa lub czosnkowa, tudzież gęsty krupnik z kaszy gryczanej lub zupa dyniowo-warzywna.
Bywają desery albo kolacje. Więc na deser dajmy na to budyń na kozim mleku (właśnie udaje nam się uszczknąć jednej kozie poranny literek) z sokiem owocowym własnego wyrobu. Albo szejk ukręcony z kefiru koziego i z dodatkiem owocowego dżemu domowego.
Gdy nie ma czasu albo ochoty na deser to bardziej suto na kolację: podpłomyk z mąki bezglutenowej z dodatkiem keczupu domowego, cebulki, kiełbasy albo jaja na twardo oraz sera żółtego.
Jak widać wszystkiego w tych daniach sobie dostarczamy, są witaminy i aminokwasy w żółtku jaja, odpowiednie bakterie wzbogacające florę jelitową w jogurcie, zsiadłym mleku i kiszonkach, węglowodany w formie warzyw, białko nabiałowe i z absolutnie naturalnych mięs, tłuszcze roślinne i zwierzęce też. I kapeczka słodyczy od czasu do czasu z owoców albo miodu.
I tym jakże tradycyjnym i smacznym sposobem utrzymujemy się w zdrowiu i formie, czego i wam wszystkim życzę.
23 marca 2020
Zdrowe podejście
Nie było nowych postów, bo u nas zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że nie bardzo jest o czym pisać. Trwa wieczne przedwiośnie. Zatem wypadło zabrać się do wstępnych prac gospodarskich. Bozia zesłała Jarego w niezłej formie po tej zimie-nie-zimie i w dwa dni obornik został wydobyty z otchłani koziarni i wyjechał na pole, oczekujące teraz kultywacji. Mało tego, Jary zjawił się dnia trzeciego i wraz z Anną i jej piłą uporządkowali teren przy drodze za płotem, usiany gałęziami i pniami ściętych jesienią robinii. Oczywiście kolczasta była to praca, zatem dość niebezpieczna w dotyku. Mam już jednak opał do kuchni na sezon letni. W postaci gałęziowego chrustu.
Dobytek ma się dobrze, Pulcheria i Helenka od czasu do czasu znoszą po jaju, dużym i smacznym, zaś stado młodzieży płaskodziobej okazuje się być na moje oko płci męskiej i głównie zajmuje się darciem dziobów na mój widok. Jak nikt nie kupi, trudno, będą rosoły, pieczenie i oczywiście genialny smalec gęsi. Lekarstwo. Póki co dotuczam, bo gęsi późno obrastają w tłuszcz.
Kury niosą się bezkrytycznie, dobrze, że jest komu sprzedać jaja, tym sposobem zarabiamy tygodniowo jakieś 15 złotych. To wieść dla mieszczuchów, nie mających pojęcia jakimi kwotami operuje małorolnik miesięcznie. I żyje!
I to jak, zważywszy zasoby, które można przeliczyć na zdatne do jedzenia i trwania tym samym tygodniami, miesiącami, bez chodzenia do sklepu.
Oczywiście wpłynęła na konto jakaś niewielka dotacja zeszłoroczna, Agencja wisi jeszcze zwrot kosztów suszy i nie widać, aby ten zwis miał się zmienić. Jest zatem czym zapłacić za prąd, telefon, śmiecie i internet. Tak będzie aż do pierwszego mleka i sprzedaży koźlej młodzieży. Oto jak wygląda gospodarowanie na skraju systemu, w przestrzeni, w której wszyscy się od niego uzależnili i teraz kwilą ze strachu, gdy widmo zarazy przelatuje nad głową wsadzoną w ekran telewizora czy komputera. To tylko widmo. A życie jest życiem. Dotykiem, sensem.
Ciekawe, ilu ludzi, przekonanych dotąd, że są pępkiem świata, stanie nad przepaścią finansową i filozoficzną jednocześnie, bo utrata sensu bytu i iluzji to nie byle jakie przeżycie duchowe. I jak sobie te śmieszno-tragiczne postaci z tym poradzą. Bo świat już nie wróci do starych paradygmatów. Mimo, że pewnie uparte jednostki będą chciały zamknąć oczy i śnić dalej dawny kolorowy sen o niczym przebranym w szatki błazeńskie. Jak nasi jeszcze-rządzący.
Ogród czeka stosownej pory na działanie. Niektóre nasionka wysiane do skrzyneczek. Zeszłoroczny tunel już gotowy. Lato ma być o zmiennej pogodzie, deszcze i upały, wiatry, lepiej wrażliwe uprawy zawczasu ochronić.
Zapasów zeszłorocznych ubywa w piwniczce, kończą się żółte sery, dynie i patisony (trzymane na poddaszu) oraz ogórki, idą teraz ostatnie słoiki kiszonych i sałatkowych, soku pomidorowego i keczupu domowego. Soków owocowych też już wyraźnie mniej, ale przy umiejętnym gospodarowaniu starczy jeszcze do wymiany na nowe. Ziemniaków mniej, niż połowa. Te głównie zjada drób, ale i nam służą. Jest jeszcze mnóstwo dżemów, marmolad i galaretek owocowych, które zjadamy najwolniej, a przez to żelazny prowiant pozostaje mało naruszony. Widzę z tego, ile czego potrzebne jest zgromadzić na jesieni, aby starczyło dla nas dwóch plus czasem kogoś jeszcze, z nawiązką. I daje to poczucie sensu działania, pracy, codziennego wysiłku na cały kolejny rok.
Dobytek ma się dobrze, Pulcheria i Helenka od czasu do czasu znoszą po jaju, dużym i smacznym, zaś stado młodzieży płaskodziobej okazuje się być na moje oko płci męskiej i głównie zajmuje się darciem dziobów na mój widok. Jak nikt nie kupi, trudno, będą rosoły, pieczenie i oczywiście genialny smalec gęsi. Lekarstwo. Póki co dotuczam, bo gęsi późno obrastają w tłuszcz.
Kury niosą się bezkrytycznie, dobrze, że jest komu sprzedać jaja, tym sposobem zarabiamy tygodniowo jakieś 15 złotych. To wieść dla mieszczuchów, nie mających pojęcia jakimi kwotami operuje małorolnik miesięcznie. I żyje!
I to jak, zważywszy zasoby, które można przeliczyć na zdatne do jedzenia i trwania tym samym tygodniami, miesiącami, bez chodzenia do sklepu.
Oczywiście wpłynęła na konto jakaś niewielka dotacja zeszłoroczna, Agencja wisi jeszcze zwrot kosztów suszy i nie widać, aby ten zwis miał się zmienić. Jest zatem czym zapłacić za prąd, telefon, śmiecie i internet. Tak będzie aż do pierwszego mleka i sprzedaży koźlej młodzieży. Oto jak wygląda gospodarowanie na skraju systemu, w przestrzeni, w której wszyscy się od niego uzależnili i teraz kwilą ze strachu, gdy widmo zarazy przelatuje nad głową wsadzoną w ekran telewizora czy komputera. To tylko widmo. A życie jest życiem. Dotykiem, sensem.
Ciekawe, ilu ludzi, przekonanych dotąd, że są pępkiem świata, stanie nad przepaścią finansową i filozoficzną jednocześnie, bo utrata sensu bytu i iluzji to nie byle jakie przeżycie duchowe. I jak sobie te śmieszno-tragiczne postaci z tym poradzą. Bo świat już nie wróci do starych paradygmatów. Mimo, że pewnie uparte jednostki będą chciały zamknąć oczy i śnić dalej dawny kolorowy sen o niczym przebranym w szatki błazeńskie. Jak nasi jeszcze-rządzący.
Ogród czeka stosownej pory na działanie. Niektóre nasionka wysiane do skrzyneczek. Zeszłoroczny tunel już gotowy. Lato ma być o zmiennej pogodzie, deszcze i upały, wiatry, lepiej wrażliwe uprawy zawczasu ochronić.
Zapasów zeszłorocznych ubywa w piwniczce, kończą się żółte sery, dynie i patisony (trzymane na poddaszu) oraz ogórki, idą teraz ostatnie słoiki kiszonych i sałatkowych, soku pomidorowego i keczupu domowego. Soków owocowych też już wyraźnie mniej, ale przy umiejętnym gospodarowaniu starczy jeszcze do wymiany na nowe. Ziemniaków mniej, niż połowa. Te głównie zjada drób, ale i nam służą. Jest jeszcze mnóstwo dżemów, marmolad i galaretek owocowych, które zjadamy najwolniej, a przez to żelazny prowiant pozostaje mało naruszony. Widzę z tego, ile czego potrzebne jest zgromadzić na jesieni, aby starczyło dla nas dwóch plus czasem kogoś jeszcze, z nawiązką. I daje to poczucie sensu działania, pracy, codziennego wysiłku na cały kolejny rok.
25 lutego 2020
Na przednówku
Jakby bliżej wiosny, choć zmian w pogodzie nie ma wyraźnych, zatem czuję ją jedynie patrząc na szybko kiełkującą cebulkę posianą w skrzynce stojącej przy kuchennym oknie. Bywa, że pojawia się na krótko śnieg, szybko ginący. Pączki na niektórych krzewach czy gałęziach wydają się nabrzmiałe, ale wciąż czekają, bo nocami są przymrozki.
Tymczasem dzieciarnia, która wyszła na świat nie jest już w stanie wytrzymać w zamknięciu z dorosłymi kozami. Zatem w ciągu dnia pozwalamy młodzieży pohasać na swobodzie i nałapać witaminy D, o ile słońce wyjrzy zza chmur.
To, co na zdjęciach powyżej i poniżej to Florki i Flądry z boksu na F. Największe wiercipięty sprawiają wrażenie, jakby było ich całe mnóstwo, a przecież babcia Fela jeszcze z brzuchem chodzi.
Bywa, że z radości rozbrykanej przychodzą za nami do domu i zwiedzają mieszkanie stukając raciczkami po podłodze.
A poza tym zjadamy resztę żółtych serów, przechowywanych w piwniczce domowej. Hit tej zimy to pizza z serem, domowym keczupem i różnymi dodatkami. Dla mnie bezglutenowa oczywiście.
Tymczasem dzieciarnia, która wyszła na świat nie jest już w stanie wytrzymać w zamknięciu z dorosłymi kozami. Zatem w ciągu dnia pozwalamy młodzieży pohasać na swobodzie i nałapać witaminy D, o ile słońce wyjrzy zza chmur.
To, co na zdjęciach powyżej i poniżej to Florki i Flądry z boksu na F. Największe wiercipięty sprawiają wrażenie, jakby było ich całe mnóstwo, a przecież babcia Fela jeszcze z brzuchem chodzi.
Bywa, że z radości rozbrykanej przychodzą za nami do domu i zwiedzają mieszkanie stukając raciczkami po podłodze.
A poza tym zjadamy resztę żółtych serów, przechowywanych w piwniczce domowej. Hit tej zimy to pizza z serem, domowym keczupem i różnymi dodatkami. Dla mnie bezglutenowa oczywiście.
21 lutego 2020
Bezglutenowe pączki serowe
Po raz pierwszy w życiu usmażyłam
wczoraj pączki. Zawsze to było dzieło mamy, ciotek, albo siostry.
Od prawie 7 lat jestem na diecie bezglutenowej i tyle samo nie jadłam
pączków. Pewnie dlatego, gdy uświadomiłam sobie po południu, że właśnie mija Tłusty Czwartek, dostałam kopa motywacyjnego. I wyszły,
szybko, sprawnie, nader smaczne, kruche i delikatne. Były przepyszne, bez żadnego dziwnego posmaku innej mąki, niż pszenna.
Uwieczniłam resztkę, bo błyskawicznie znikły. Nie utyłam po nich, ale spuchłam z dumy, i owszem.
Oto przepis:
Bezglutenowe pączki serowe.
Składniki:
Szklanka mąki bezglutenowej, sprawdziła mi się wyśmienicie mieszanka: 1/3 mąki ziemniaczanej, 1/3 mąki kukurydzianej i 1/3 mąki ryżowej.
2 jajka
200 gramów twarogu koziego (mam jeszcze końcówkę zapasów zeszłorocznych, przechowanych w zamrażarce, twaróg w ten sposób przechowywany traci swoją konsystencję i z czasem nieco wysycha, ale do różnych potraw typu pierogi, kluski leniwe, awanturka absolutnie się nadaje)
3 łyżeczki cukru
Paczuszka cukru waniliowego
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
Szczypta soli
Cukier puder do posypania
Olej do smażenia
Wykonanie:
Do miski wbijamy jaja, roztrzepujemy, dodajemy pokruszony na drobno twaróg (jeśli jest zbyt suchy można dodać kapkę mleka), dosładzamy wedle upodobania (radzę niewiele), dosypujemy cukier waniliowy, proszek do pieczenia i odrobinę soli, i wszystko ucieramy na gładko. Po czym dodajemy stopniowo mąkę, mieszając ciasto. Gdy składniki się połączą, a ciasto będzie wyrobione i na tyle gęste, by nie traciło kształtu, stawiamy na ogniu wąski rondelek. Lejemy oleju tyle, aby kładzione pączki nie przywierały do dna. Nie są duże, więc i nie trzeba do tego zbyt wiele oleju.
Gdy tłuszcz jest już odpowiednio rozgrzany kładziemy na nim łyżką wybierane ciasto, podobnie jak przy kluskach kładzionych. Maczając przedtem łyżkę w oleju, aby nie przywierało. Smażymy do zrumienienia po każdej stronie, wybieramy łyżką cedzakową na kratkę, aby pączki spokojnie obkapały z tłuszczu (można na talerz wyłożony papierem kuchennym, ale to tylko trochę pomaga). Na koniec posypujemy cukrem pudrem. Gotowe!
Całość przygotowania i smażenia zajęła mi ledwie kwadrans!
Pozostałość oleju użytego do smażenia zlałam do słoiczka i będzie z niego mydło do prania. Nic się nie może zmarnować...
17 lutego 2020
Chlebek żytni prosto z pieca
Czasem zabraknie w domu pieczywa, a szkoda odpalać auto, aby gnać w tym celu do sklepu i zwiększać koszty zakupu czegoś, co chleb jedynie przypomina z nazwy. Sama chleba nie jem od kilku ładnych lat, ale zimą jedzą go psy na kolację, z omastą, i czasem Anna do kanapek.
Zaczynienie ciasta nie jest problemem. Zapas mąki, żytniej i pszennej zawsze czeka w zanadrzu domowego kredensu. Ciasto jakiś czas rośnie pod przykryciem i dojrzewa do chwili wypieku.
W ten czas zimy-nie-zimy rozpalamy raz na dobę piec ścianowy, w godzinach zmierzchu, aby podtrzymywał ciepło w nocy i rano, nim w południe napalę w piecu c.o. (w taka pogodę wychodzi jeden wkład drewna dziennie, czyli kopcimy w niebo słabym dymkiem ledwie 3 godziny wszystkiego), by ogrzać wodę w bojlerze, ogrzać łazienkę do umycia się w komforcie, ugotować karmę zwierzynie i wodę w czajniku oraz zaparzyć herbatę w glinianym czajniczku. Ot, cała robota.
Piec ścianowy (tj. kaflówka, jeśli ktoś nie rozumie po podlasku) przyjmuje jedną naręcz drewna, która wypala się dość szybko, (mniej więcej w godzinę). Gdy żar zacznie opadać można do pieca, jak do piekarnika, albo pieca chlebowego wsunąć odpowiednio wąską brytfankę z tym i owym do upieczenia. Tak to wygląda w praktyce.
Potem trzeba zamknąć szczelnie drzwiczki i poczekać stosowny czas. W takim piecu temperatura jest wyższa, niż w piekarniku, więc i pieczenie idzie szybciej.
Tym razem powstał chleb żytni, wymagający gorąca i czasu. Udało się, jak widać po wyjęciu, wyśmienicie. Oczywiście trzeba jeszcze odczekać przynajmniej dobę, aby odparował, przestał był gliniasty i nabrał smaku.
Zaczynienie ciasta nie jest problemem. Zapas mąki, żytniej i pszennej zawsze czeka w zanadrzu domowego kredensu. Ciasto jakiś czas rośnie pod przykryciem i dojrzewa do chwili wypieku.
W ten czas zimy-nie-zimy rozpalamy raz na dobę piec ścianowy, w godzinach zmierzchu, aby podtrzymywał ciepło w nocy i rano, nim w południe napalę w piecu c.o. (w taka pogodę wychodzi jeden wkład drewna dziennie, czyli kopcimy w niebo słabym dymkiem ledwie 3 godziny wszystkiego), by ogrzać wodę w bojlerze, ogrzać łazienkę do umycia się w komforcie, ugotować karmę zwierzynie i wodę w czajniku oraz zaparzyć herbatę w glinianym czajniczku. Ot, cała robota.
Piec ścianowy (tj. kaflówka, jeśli ktoś nie rozumie po podlasku) przyjmuje jedną naręcz drewna, która wypala się dość szybko, (mniej więcej w godzinę). Gdy żar zacznie opadać można do pieca, jak do piekarnika, albo pieca chlebowego wsunąć odpowiednio wąską brytfankę z tym i owym do upieczenia. Tak to wygląda w praktyce.
Potem trzeba zamknąć szczelnie drzwiczki i poczekać stosowny czas. W takim piecu temperatura jest wyższa, niż w piekarniku, więc i pieczenie idzie szybciej.
Tym razem powstał chleb żytni, wymagający gorąca i czasu. Udało się, jak widać po wyjęciu, wyśmienicie. Oczywiście trzeba jeszcze odczekać przynajmniej dobę, aby odparował, przestał był gliniasty i nabrał smaku.
12 lutego 2020
Biała porodówka
Wykoty wystartowały. Pierwsze beebeee
w koziarni. I śnieg. Który stopił się do końca dnia.
Kolejny wykot po kilku dniach, z
komplikacjami. Nieduża pierwiastka z dwojgiem dużych koźląt w
brzuchu. Pierwsze zaczęło wychodzić główką, niedobrze.
Weterynarz niedostępny, dał tylko wskazówkę telefonicznie. Trzeba
było główkę wepchnąć z powrotem do środka, włożyć rękę,
znaleźć nóżki i wyciągnąć na zewnątrz. Udało się i koźlątko
nawet nie uszkodzone, choć lekko podduszone było. Wyczyszczone,
nakarmione, stanęło na nóżki. Zaraz potem wypadło kozie spod
ogona drugie, już samodzielnie. Koza zmęczona, ale jadła i piła
bez oporu, a to znak, że wszystko w porządku. Syte i zmęczone dzieci posnęły spokojnie. Teraz to już prawdziwe rozrabiaki.
Wczoraj nowa parka wypadła kozie spod
ogona. Stara doświadczona matka, kilka godzin wcześniej pobekiwała
do nich w brzuchu, spokojnie żując siano i zachęcając do wyjścia.
To takie specjalne czułe ciche beczenie, raz usłyszysz i wiesz, że
się szykuje nowe życie na świat. I wypadły, w mgnieniu oka. Bez
niczyjej pomocy. Wylizane wyschły i najadły się samodzielnie. I znów spadł śnieg.
Dzisiaj niespodzianka. Pół godziny po wizycie w koziarni przychodzę na obrządek. Z dala słychać płacz jak z porodówki. Zaglądam do każdego boksu i odkrywam, że Malwina własnie wylizuje drugie ze świeżo narodzonych koźląt, czarne. Wyskoczyły oba na świat błyskawicznie. I tak zaskoczyły matkę, że nie zdążyła jeszcze nawet odpowiedniej ilości siary napuścić do strzyków. Pewna bieda jest. Trzeba maleństwa póki co przystawiać do innych matek, albo odmrozić jesienne mleko i dokarmić, póki matka nie będzie w pełni dojna. Zaczął padać śnieg z deszczem, zmywając resztki bieli.
Dzisiaj niespodzianka. Pół godziny po wizycie w koziarni przychodzę na obrządek. Z dala słychać płacz jak z porodówki. Zaglądam do każdego boksu i odkrywam, że Malwina własnie wylizuje drugie ze świeżo narodzonych koźląt, czarne. Wyskoczyły oba na świat błyskawicznie. I tak zaskoczyły matkę, że nie zdążyła jeszcze nawet odpowiedniej ilości siary napuścić do strzyków. Pewna bieda jest. Trzeba maleństwa póki co przystawiać do innych matek, albo odmrozić jesienne mleko i dokarmić, póki matka nie będzie w pełni dojna. Zaczął padać śnieg z deszczem, zmywając resztki bieli.
27 stycznia 2020
Trwanie
Już się pogodziłam, że w tym roku zimy po prostu nie ma i nie będzie. Z perspektywy widzę, jak czasy się zmieniają. Pamiętam zwłaszcza pierwszą zimę na Podlasiu, w roku 2005, którą spędzałyśmy w starej przewiewnej chacie z nieczyszczonymi od lat piecami... Była najzimniejsza i najdłuższa ze wszystkich, jakie tu przeżyłam. Temperatura kilka razy spadła do blisko minus 40 stopni, długo trzymała w granicach 30, a kiedy wreszcie podniosła się do minus 18 to cieszyłam się, że wiosna idzie. W kwietniu jeszcze szusowałam na nartach po polach. Woda zamarzała w kuchni w wiadrze i psiej misce. Trzeba było rąbać siekierą, żeby do czajnika nalać. W sypialni przy piecu rano bywało zaledwie kilka stopni na plusie. Pisałam książkę rozgrzewając palce od kubka szybko stygnącej kawy lub herbaty. Ku naszemu zdumieniu, żadna z nas nie zachorowała wtedy, nawet kataru nie było! Gdzie te czasy?
Miejscowi mówili, że jak ta zima nas nie wystraszy, to już nic nas nie wystraszy. I tak się stało. Choć nie wiem, czy nie wystraszy nas upał i susza, każąc bliżej Syberii się kiedyś przenieść... kiedyś, to w przyszłym życiu oczywiście, bo w tym nie mam już zapału do pionierstwa. To nastrój właściwy ludziom młodym i w średnim wieku. Na starość człowiek się okopuje.
Usiłuję się nie lękać. Majowie opisywali nadzwyczajne ciepło poprzedzające cudowne wydarzenie cykliczne, przelot czegoś na niebie blisko Ziemi, na co czekali setkami i tysiącami lat. Podejrzewam, że jesteśmy blisko tego nadzwyczajnego wydarzenia. Choć nie będzie to jutro, czy za miesiąc, ale niektórzy z nas je pewnie zobaczą na własne oczy.
Póki co szaleją przedwiosenne zarazki. Anna przyniosła z zajęć w domu kultury, od dzieciaków, ból gardła. Dała się już bez oporu namówić na leczenie jodem. Po jednej porcyjce na noc ból minął, a rozwinął się katar. Grzeje go teraz w łóżku, z nogami na termoforze. Popijając herbatę z sokiem z czarnego bzu, latem przygotowanym. I głowę zajmując szwedzkim serialem z Netfliksa, pokazującym świat bonusowych rodzin, gdzie małżonkowie rozmawiają ze sobą w obecności terapeutów, co jakiś czas zmieniają się rolami, zdrowy wkurw jest zakazany, a niewyrażoną agresję leczy się masażem lub u lekarza, ewentualnie pijąc łyskacza. Albo rozwodzą się uprzejmie za obopólną zgodą i wchodzą w nowy związek, wychowując swoje i cudze dzieci w wielkim zgodnym lub raczej ciągle godzącym się - plemieniu. W którym inny kolor skóry, oczu, włosów, język czy wyznanie jest zabawnym urozmaiceniem, wprowadzającym resztę w przymus nieustannego rozwoju świadomości i rozszerzania serca ku wiecznie niedosięgłej tolerancji, akceptacji bliźniego i wyrozumiałości, sięgającej całkowitej unifikacji cech. Tak, coś takiego nas by czekało, gdyby Szwecja rozszerzyła swój zasięg.
Na odreagowanie można obejrzeć inny skandynawski, szwedzki czy norweski serial, kryminalny, gdzie trup ściele się gęsto i okrutnie pośród tych grzecznych i wybaczających ludzi. Skrywających w swych duszach głębie polarnego mroku.
Mnie trochę głowa boli, ale katar się nie rozwija, więc mam nadzieję, że przetrwam bez większych kłopotów.
Miejscowi mówili, że jak ta zima nas nie wystraszy, to już nic nas nie wystraszy. I tak się stało. Choć nie wiem, czy nie wystraszy nas upał i susza, każąc bliżej Syberii się kiedyś przenieść... kiedyś, to w przyszłym życiu oczywiście, bo w tym nie mam już zapału do pionierstwa. To nastrój właściwy ludziom młodym i w średnim wieku. Na starość człowiek się okopuje.
Usiłuję się nie lękać. Majowie opisywali nadzwyczajne ciepło poprzedzające cudowne wydarzenie cykliczne, przelot czegoś na niebie blisko Ziemi, na co czekali setkami i tysiącami lat. Podejrzewam, że jesteśmy blisko tego nadzwyczajnego wydarzenia. Choć nie będzie to jutro, czy za miesiąc, ale niektórzy z nas je pewnie zobaczą na własne oczy.
Póki co szaleją przedwiosenne zarazki. Anna przyniosła z zajęć w domu kultury, od dzieciaków, ból gardła. Dała się już bez oporu namówić na leczenie jodem. Po jednej porcyjce na noc ból minął, a rozwinął się katar. Grzeje go teraz w łóżku, z nogami na termoforze. Popijając herbatę z sokiem z czarnego bzu, latem przygotowanym. I głowę zajmując szwedzkim serialem z Netfliksa, pokazującym świat bonusowych rodzin, gdzie małżonkowie rozmawiają ze sobą w obecności terapeutów, co jakiś czas zmieniają się rolami, zdrowy wkurw jest zakazany, a niewyrażoną agresję leczy się masażem lub u lekarza, ewentualnie pijąc łyskacza. Albo rozwodzą się uprzejmie za obopólną zgodą i wchodzą w nowy związek, wychowując swoje i cudze dzieci w wielkim zgodnym lub raczej ciągle godzącym się - plemieniu. W którym inny kolor skóry, oczu, włosów, język czy wyznanie jest zabawnym urozmaiceniem, wprowadzającym resztę w przymus nieustannego rozwoju świadomości i rozszerzania serca ku wiecznie niedosięgłej tolerancji, akceptacji bliźniego i wyrozumiałości, sięgającej całkowitej unifikacji cech. Tak, coś takiego nas by czekało, gdyby Szwecja rozszerzyła swój zasięg.
Na odreagowanie można obejrzeć inny skandynawski, szwedzki czy norweski serial, kryminalny, gdzie trup ściele się gęsto i okrutnie pośród tych grzecznych i wybaczających ludzi. Skrywających w swych duszach głębie polarnego mroku.
Mnie trochę głowa boli, ale katar się nie rozwija, więc mam nadzieję, że przetrwam bez większych kłopotów.
16 stycznia 2020
Dziwna zima i naczynia
Zima już dawno zwinęła skrzydełka. Z wilgotnego niżu zrobił się suchy słoneczny wyż, ale aura jest przedwiosenna właściwie. Moim ptakom grzebiącym i kwaczącym to się jak najbardziej podoba, kury buszują po okolicy nader aktywnie wyszukując każdą trawkę czy zielony mech, aby urozmaicić sobie menu. Słychać też od czasu do czasu głośne krzyki i skrzeczenia dziwnych przelatujących ptaków, których gatunków nie umiem nazwać. W każdym bądź razie ta zima dziwna jest. Miejscowy owczarz swoje stado owiec co i rusz na pastwę wypuszcza. Nasze kozy co najwyżej po podwórku się przechadzają i zielone igły sosnowe z gałęzi ogryzają wraz z korą. Już wysokokotne są i raczej nie przejawiają ochoty na dłuższe spacery i wysiłek.
Czas poświęcamy na hobby. Ja czytam, uczę się, piszę horoskopy i czasem jakieś artykuliki, niekiedy uprawiam qigong wedle tarasu w ogródku przydomowym, żeby się dotlenić i rozciągnąć stawy i mięśnie. To dobry sposób na bezsenność, która mi się zdarza w porze krótkich dni i długich nocy.
Anna mydła warzy, czasem coś ulepi, albo bierze udział w imprezach zbiorowych. Jak na przykład w otwarciu pracowni ceramicznej w Miejskim Domu Kultury w Kleszczelach, w sąsiedniej gminie. Miał tam miejsce pokaz toczenia na kole tradycyjnym, uruchamianym nogami garncarza. Przy okazji urządzono wystawę naczyń ceramicznych, z których to miasteczko słynęło od przynajmniej XIV wieku, a ostatni warsztat garncarski zniknął w nim w latach 70-tych. Znalazły się jeszcze w domach mieszkańców gminy. Przywiozła kilka zdjęć tych dawnych prac. Dzbany na mleko zwano hładyszkami, dwojaki i inne, wszystkie znane pod nazwą siwaków.
Nie były szkliwione, lecz wypalane w specjalny sposób, przez co uzyskiwano tę charakterystyczną ciemną barwę.
Taki wypał nazywa się redukcyjny, gdy pod koniec wypału uszczelniano wnętrze pieca, spalając w środku smolne drewno. Dym pokrywał biskwitowe naczynia nadając im ten niepowtarzalny wygląd.
Hładyszki używano przeważnie jako naczynia na mleko, bądź śmietanę.
I jeszcze...
Czas poświęcamy na hobby. Ja czytam, uczę się, piszę horoskopy i czasem jakieś artykuliki, niekiedy uprawiam qigong wedle tarasu w ogródku przydomowym, żeby się dotlenić i rozciągnąć stawy i mięśnie. To dobry sposób na bezsenność, która mi się zdarza w porze krótkich dni i długich nocy.
Anna mydła warzy, czasem coś ulepi, albo bierze udział w imprezach zbiorowych. Jak na przykład w otwarciu pracowni ceramicznej w Miejskim Domu Kultury w Kleszczelach, w sąsiedniej gminie. Miał tam miejsce pokaz toczenia na kole tradycyjnym, uruchamianym nogami garncarza. Przy okazji urządzono wystawę naczyń ceramicznych, z których to miasteczko słynęło od przynajmniej XIV wieku, a ostatni warsztat garncarski zniknął w nim w latach 70-tych. Znalazły się jeszcze w domach mieszkańców gminy. Przywiozła kilka zdjęć tych dawnych prac. Dzbany na mleko zwano hładyszkami, dwojaki i inne, wszystkie znane pod nazwą siwaków.
Nie były szkliwione, lecz wypalane w specjalny sposób, przez co uzyskiwano tę charakterystyczną ciemną barwę.
Taki wypał nazywa się redukcyjny, gdy pod koniec wypału uszczelniano wnętrze pieca, spalając w środku smolne drewno. Dym pokrywał biskwitowe naczynia nadając im ten niepowtarzalny wygląd.
Hładyszki używano przeważnie jako naczynia na mleko, bądź śmietanę.
I jeszcze...
5 stycznia 2020
Zimowy wczas
W nocy niepostrzeżenie cichcem spadł śnieg. Wpuściłam wtedy Kocieja do domu i wydało mi się, że świat świeci w promieniach księżyca, ale brak okularów na nosie wszystko zamazał. Kociej prędko położył się koło mnie na poduszce, mrucząc. Dotknęłam go i odkryłam, że jest mokry bardziej, niż tylko od zwykłej rosy, a przecież pośród mżawki nigdy by nie wysiadywał, jak to sucholubny kot. Pachniał lasem, liśćmi i wilgocią.
Poranne słońce wpadające przez uwolnione od zasłony drzew okno, kazało mi otworzyć oczy w dobrym, jak rzadko o tej porze dnia, humorze.
- Ech, biegnij zrobić zdjęcia zimie, bo pewnie jutro już jej nie będzie! - powiedziałam. I o dziwo, Anna chwyciła za aparat i poszła cyknąć to i owo.
Pierwszy wpadł jej w oko kaczy dołek, pusty, chroniony przez drzewa, lasek samosiejek sosnowych, dębów i klonów. Zwierzęcy wybieg, nazywany kaczym dołkiem, bo w dołku leży. Teraz pusty, gdyż drób nie skory brnąć po kolana w świeżym śniegu.
Na dworze pierwsze powitały ją oczywiście Balbiny, czyli naczelna małżeńska straż obejścia, Balbin (drugi w rzędzie) i Pulcheria, vel w skrócie Pulcia.
W pewnej odległości stało stadko gęgusi, albo gęgułek lub gęgolinek, czyli tegoroczny wylęg z zakupionych jaj gęsi kubańskiej. Bardzo wrzeszczące to stadko, zwłaszcza, gdy się wyjdzie na dwór, podnoszą od razu wielkie głosy, aż pewnie w całej wsi słychać. Na szczęście wioska rolnicza i zwierzęce krzyki i ryki nikomu nie obce, nie dziwne i nie tylko nie przeszkadzają, ale poprawiają humor mieszkańcom, którym dzięki temu wydaje się, że wciąż jest tak, jak dawniej bywało...
W ich pobliżu stał nowy, młodziutki jeszcze, tegoroczny czarny indorek, który nie ma dotąd imienia. Ale szybko wtopił się w stado indyczek i jest już jednym z nich. Nie gulga jeszcze ostrzegawczo, ani się nie stroszy, przyjmując barwy bojowe lub ochronne, nieśmiały nastolatek.
I dosłownie ostatnia to chwila na zdjęcia dobra się okazała, bo zaraz po powrocie do domu słońce zaszło i niebo zasnuły bure chmury.
Poranne słońce wpadające przez uwolnione od zasłony drzew okno, kazało mi otworzyć oczy w dobrym, jak rzadko o tej porze dnia, humorze.
- Ech, biegnij zrobić zdjęcia zimie, bo pewnie jutro już jej nie będzie! - powiedziałam. I o dziwo, Anna chwyciła za aparat i poszła cyknąć to i owo.
Pierwszy wpadł jej w oko kaczy dołek, pusty, chroniony przez drzewa, lasek samosiejek sosnowych, dębów i klonów. Zwierzęcy wybieg, nazywany kaczym dołkiem, bo w dołku leży. Teraz pusty, gdyż drób nie skory brnąć po kolana w świeżym śniegu.
Na dworze pierwsze powitały ją oczywiście Balbiny, czyli naczelna małżeńska straż obejścia, Balbin (drugi w rzędzie) i Pulcheria, vel w skrócie Pulcia.
W pewnej odległości stało stadko gęgusi, albo gęgułek lub gęgolinek, czyli tegoroczny wylęg z zakupionych jaj gęsi kubańskiej. Bardzo wrzeszczące to stadko, zwłaszcza, gdy się wyjdzie na dwór, podnoszą od razu wielkie głosy, aż pewnie w całej wsi słychać. Na szczęście wioska rolnicza i zwierzęce krzyki i ryki nikomu nie obce, nie dziwne i nie tylko nie przeszkadzają, ale poprawiają humor mieszkańcom, którym dzięki temu wydaje się, że wciąż jest tak, jak dawniej bywało...
W ich pobliżu stał nowy, młodziutki jeszcze, tegoroczny czarny indorek, który nie ma dotąd imienia. Ale szybko wtopił się w stado indyczek i jest już jednym z nich. Nie gulga jeszcze ostrzegawczo, ani się nie stroszy, przyjmując barwy bojowe lub ochronne, nieśmiały nastolatek.
I dosłownie ostatnia to chwila na zdjęcia dobra się okazała, bo zaraz po powrocie do domu słońce zaszło i niebo zasnuły bure chmury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























