Z rana masarską robotą żeśmy się zajęły. Świeżo naostrzonym stalowym nożem rzeźnickim, kupionym parę lat temu z okazji pierwszego bicia kozła łatwo zdjęłyśmy połeć boczku i słoniny ze świńskiej ćwierci. Cała miednica tego wyszła, z połowę wagi całości. Zostawiłam zatem rąbanie siekierą nogi, golonki i żeber oraz oddzielanie łopatki, karkówki i schabu na jutro, a dziś pochłonęło mnie zagospodarowywanie tłuszczu. Co cieńsze kawałki i okrawki pokroiłam w kostkę i poszły do gara na smalec ze skwarkami (z dodatkiem cebulki i jabłek na koniec). Skórki zgromadziłam dla psów i kotów. Najgrubsze kawały zasoliłam z ziołami w kamionce i odstawiłam do śpichrza, gdzie jest teraz najchłodniej i najlepsza temperatura. Gdy się bardziej oziębi przeniosę do piwniczki albo na poddasze, zobaczę. Część kawałów słoniny zamrożę, będą do kiełbasy i na nowy smalec, gdy ten się skończy. No, a dwa połcie boczku zamierzam po zamarynowaniu w ziołach najpierw uwędzić, potem zagotować.
Dalsze plany przerobu mięs mam już w zarysie w głowie i jutro będę je realizować dalej.
W południe przyjechał kurier i dostarczył nam niedawno kupioną przez internet zamrażarkę, trochę ponad 100 litrów pojemności. Bez tego ani rusz na wsi.
Tym sposobem przechodzimy stopniowo do stylu życia, jaki prowadzą miejscowi chłopi. Po świniobiciu przerabiają kabana na wszelkiego rodzaju specjały wędzone, pieczone i gotowane, zamrażają i jedzą do następnego świniobicia. Urozmaicenie w jadłospisie dają kury, indyki, gęsi, perliczki, słowem drób.
U nas niedługo dojdzie koźlęcina.
Do zamrażarki pakuje się też farsze kapuściano-grzybowe, grzyby surowe i podduszane, koper i inne przetwory warzywne i mięsno-warzywne, wykorzystywane do robienia szybko gołąbków czy pierogów.
Tym sposobem w sklepie można już będzie kupować głównie to, czego nie wyprodukowało nasze gospodarstwo, albo któreś z naszej wsi. Bowiem ziemniaki, marchew, cebulę, kapustę plus kilka dyń i cukinii mamy miejscowe plus mleko od krowy kupowane 2 razy w tygodniu oraz osełkę masła raz na kilka tygodni. Zatem co jakiś czas trzeba będzie dokupić margarynę, cukier, mąkę (tę można będzie zorganizować własną, ale w przyszłym roku), kaszę, ryż, olej, herbatę, kawę i sól. Od czasu do czasu chleb i bułki, no i cytrusy. Bo dodam, że Ania wzmogła pieczenie chleba na zakwasie i może być go do woli w zimie (z żytniej razowej mąki kupionej w większej ilości od chłopa na targu). Sery żółte, twarde, miękkie i wędzone mamy własne. Tudzież jaja.
Tak mnie zajęła robota kucharska i palenie w piecach, że zapomniałabym zanotować, że spadło trochę śniegu i nawet nie stopniało w ciągu dnia. Kury były mocno zdziwione.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
25 listopada 2010
24 listopada 2010
Słowo o zalewaniu robaka
Przyjechał gipsokarton. Jutro chłopaki będą mieli co robić.
Oprócz tego ćwierć świni, przednia. 47 kilogramów ciepłego jeszcze mięsa. Leży teraz w pracowni na stole i odparowuje. Niemniej skusiło mnie na zrobienie świeżonki, świeże mięsko z cebulką, przysmażone na patelni. Nakarmiłam nim jeszcze całą brać domową, bo zostało. Niech się ucieszą i zwierzaki.
A propos zatem tematu świniobicia przypomniała mi się taka historia, opowiadana przez miejscowych znajomych.
Jeden mężczyzna był myśliwym. Upolował niedużego dzika, i zjadł go wespół z kilkoma kolegami zaraz po polowaniu. Wkrótce źle się poczuł i zjawił się u lekarza. Ten po badaniach stwierdził początek włośnicy.
- Co robić panie doktorze? Inni też zjedli... - na wszystkich padł blady strach.
- No, medycyna oficjalna nie zna na to skutecznego lekarstwa, ale ludowa, jak sami wiecie, i o wszem... - stwierdził lekarz. I zaordynował im ni mniej ni więcej, tylko... zalać robaka.
Chłopaki czym prędzej zabrali się do leczenia. Sam pan doktor kazał. Leczyli się tak, dzień, dwa, trzy, i więcej. Robota stała, a oni mocnym samogonem dezynfekowali swoje arterie, narządy wewnętrzne i mięśnie. W końcu pierwsza nie wytrzymała żona któregoś z nich. Gdy minął tydzień udała się do lekarza.
I już od progu zawołała:
- Panie doktorze, panie doktorze! Czy oni już mogą przestać się leczyć?!
Lekarz zbaraniał. Nie sądził, że będą tacy pilni.
Stwierdził z powagą, że mogą i kazał zrobić badania. Żaden już nie miał robali. Wszystkie szczęśliwie wytruli...
Tyle anegdoty, gwoli przemyślenia.
Oprócz tego ćwierć świni, przednia. 47 kilogramów ciepłego jeszcze mięsa. Leży teraz w pracowni na stole i odparowuje. Niemniej skusiło mnie na zrobienie świeżonki, świeże mięsko z cebulką, przysmażone na patelni. Nakarmiłam nim jeszcze całą brać domową, bo zostało. Niech się ucieszą i zwierzaki.
A propos zatem tematu świniobicia przypomniała mi się taka historia, opowiadana przez miejscowych znajomych.
Jeden mężczyzna był myśliwym. Upolował niedużego dzika, i zjadł go wespół z kilkoma kolegami zaraz po polowaniu. Wkrótce źle się poczuł i zjawił się u lekarza. Ten po badaniach stwierdził początek włośnicy.
- Co robić panie doktorze? Inni też zjedli... - na wszystkich padł blady strach.
- No, medycyna oficjalna nie zna na to skutecznego lekarstwa, ale ludowa, jak sami wiecie, i o wszem... - stwierdził lekarz. I zaordynował im ni mniej ni więcej, tylko... zalać robaka.
Chłopaki czym prędzej zabrali się do leczenia. Sam pan doktor kazał. Leczyli się tak, dzień, dwa, trzy, i więcej. Robota stała, a oni mocnym samogonem dezynfekowali swoje arterie, narządy wewnętrzne i mięśnie. W końcu pierwsza nie wytrzymała żona któregoś z nich. Gdy minął tydzień udała się do lekarza.
I już od progu zawołała:
- Panie doktorze, panie doktorze! Czy oni już mogą przestać się leczyć?!
Lekarz zbaraniał. Nie sądził, że będą tacy pilni.
Stwierdził z powagą, że mogą i kazał zrobić badania. Żaden już nie miał robali. Wszystkie szczęśliwie wytruli...
Tyle anegdoty, gwoli przemyślenia.
23 listopada 2010
Projekt a rzeczywistość
Czyli pokój jadalny prawie gotów. Brakuje listew podłogowych i parapetu, no, i malunku.
My zasię dzisiaj w powiecie zasięgałyśmy języka odnośnie kształtu i możliwości zyskania dofinansowania różnych naszych projektów wstępnych. Pan zgasił nasz zapał na wstępie, gdyż urząd oceniający projekty trzyma się twardo standardów, kosztorysów i swoich wizji rozwoju regionu, i nie obchodzi go zbyt wiele rzeczywistość i możliwość nagięcia się pod możliwą możliwość. Z kolei nas nie interesuje budowanie pod wymogi urzędowe czegoś, co nas nudzi i nie ma to istotnych dla nas podstaw ideowych. Lub spętanie sobie rąk zobowiązaniem funkcjonowania firmy przez lat pięć od chwili zatwierdzenia kasy. Niemniej trochę ciekawych informacji i podpowiedzi zyskałyśmy i po powrocie dalejże znowu burzyć mózgi.
W sumie nowe cele się kształtują i zrealizujemy je tak czy siak i bez dofinansowania, o wiele tańszym kosztem, niż zatrudniając wymagane firmy i zakupując całkiem nowe materiały (mamy ich wystarczająco dużo po budowie). Być może jakiś projekt urzędową drogą pchniemy, ale nie w tym roku. Bo... żeby dostać kasę na rozwój trzeba już być rozwiniętym i funkcjonować.
Jednym słowem wniosek taki: Unia daje forsę łatwo na projekty, z których nie zostaje żaden konkretny ślad. Tj. można urządzić festyn, imprezę okoliczną, warsztaty i forsę europejską przejeść, przepić, przebalować miło i przyjemnie. Nie można postawić choćby budy dla psa bez posiadania firmy, stosownych zezwoleń i jej działania przez lat pięć, pod groźbą zwrotu wydanych na projekt pieniędzy.
Kuję oto powiedzenie:
Gadasz, jakbyś projekty unijne zatwierdzał!
My zasię dzisiaj w powiecie zasięgałyśmy języka odnośnie kształtu i możliwości zyskania dofinansowania różnych naszych projektów wstępnych. Pan zgasił nasz zapał na wstępie, gdyż urząd oceniający projekty trzyma się twardo standardów, kosztorysów i swoich wizji rozwoju regionu, i nie obchodzi go zbyt wiele rzeczywistość i możliwość nagięcia się pod możliwą możliwość. Z kolei nas nie interesuje budowanie pod wymogi urzędowe czegoś, co nas nudzi i nie ma to istotnych dla nas podstaw ideowych. Lub spętanie sobie rąk zobowiązaniem funkcjonowania firmy przez lat pięć od chwili zatwierdzenia kasy. Niemniej trochę ciekawych informacji i podpowiedzi zyskałyśmy i po powrocie dalejże znowu burzyć mózgi.
W sumie nowe cele się kształtują i zrealizujemy je tak czy siak i bez dofinansowania, o wiele tańszym kosztem, niż zatrudniając wymagane firmy i zakupując całkiem nowe materiały (mamy ich wystarczająco dużo po budowie). Być może jakiś projekt urzędową drogą pchniemy, ale nie w tym roku. Bo... żeby dostać kasę na rozwój trzeba już być rozwiniętym i funkcjonować.
Jednym słowem wniosek taki: Unia daje forsę łatwo na projekty, z których nie zostaje żaden konkretny ślad. Tj. można urządzić festyn, imprezę okoliczną, warsztaty i forsę europejską przejeść, przepić, przebalować miło i przyjemnie. Nie można postawić choćby budy dla psa bez posiadania firmy, stosownych zezwoleń i jej działania przez lat pięć, pod groźbą zwrotu wydanych na projekt pieniędzy.
Kuję oto powiedzenie:
Gadasz, jakbyś projekty unijne zatwierdzał!
Labels:
Budownictwo,
Ceny,
Pionierstwo,
Praca,
Region,
Urzędy
22 listopada 2010
Idzie na zmianę
Dzień o tyle znaczący, że zaczął się rano wielkim pianiem Krakowiaczka-ci-Ja i gdakaniem jajecznym kury. Niecierpliwie zajrzałyśmy do kurnika. Jest! Co prawda jajo starej nioski, ale zawsze to jakiś początek i postęp! Niech się młode uczą, więc zostawiłam jajo w gnieździe, żeby przyciągnąć ich uwagę w to miejsce. Kury przeważnie noszą się w jednym wspólnym gnieździe. To instynkt stadny.
A poza tym wczoraj dzień wyborów lokalnych. Wybrałyśmy się dość późno, bo po 18. I dobrze, jak się okazało. Bo podobno straszne kolejki były przed-, w i po-południu. Znajomi stali nawet godzinę w szczycie, inni co najmniej 15 minut, inni zachodzili do punktu po dwa-trzy razy.
Żeby nie było bez przygód, to najpierw długo deliberowałam za zasłonką nad listą nieznanych mi kompletnie nazwisk na liście do sejmiku wojewódzkiego. W końcu postawiłam krzyżyk w miejscu o określonych przez siebie kryteriach, mężczyzna, nie-PiSowiec i nie PO-wiec, o imieniu mojego taty. Co więcej można wymyślić? Los szczęścia i tyle.
Kiedy wrzuciłam swoje kartki do prawie pełnej urny i pchnęłam je jeszcze dodatkowo, bo wleźć nie chciały, urna mnie chwyciła!
- O, o! - powiedziałam i roześmiałam się na oczach komisji, wpatrującej się we mnie intensywnie i z prawa, i z lewa.
- I co teraz jak zostanie? - spytałam po chwili, daremnie próbując wyciągnąć palce. Urna trzymała.
- Powoli, ostrożnie - orzekła z powagą komisja. Poznałam po tym, że nie mnie pierwszej się to przytrafiło.
Puściła wreszcie pożerająca urna i uwolniła moją dłoń.
Wyszłam mocno rozbawiona, z ulgą, że nie muszę ze sobą urny taszczyć, albo co gorsza, asystować przy jej komisyjnym otwarciu.
Dziś z rana, jak doniósł nam majster drugi, który pojawił się wbrew planom, że dopiero w środę, ogłoszono, że wygrał nowy kandydat na wójta.
No, to szykują się zmiany w gminie. Wszyscy są bardzo ciekawi przetasowań (których nie było przez lat 18, tyle ile rządził poprzednik).
A poza tym wczoraj dzień wyborów lokalnych. Wybrałyśmy się dość późno, bo po 18. I dobrze, jak się okazało. Bo podobno straszne kolejki były przed-, w i po-południu. Znajomi stali nawet godzinę w szczycie, inni co najmniej 15 minut, inni zachodzili do punktu po dwa-trzy razy.
Żeby nie było bez przygód, to najpierw długo deliberowałam za zasłonką nad listą nieznanych mi kompletnie nazwisk na liście do sejmiku wojewódzkiego. W końcu postawiłam krzyżyk w miejscu o określonych przez siebie kryteriach, mężczyzna, nie-PiSowiec i nie PO-wiec, o imieniu mojego taty. Co więcej można wymyślić? Los szczęścia i tyle.
Kiedy wrzuciłam swoje kartki do prawie pełnej urny i pchnęłam je jeszcze dodatkowo, bo wleźć nie chciały, urna mnie chwyciła!
- O, o! - powiedziałam i roześmiałam się na oczach komisji, wpatrującej się we mnie intensywnie i z prawa, i z lewa.
- I co teraz jak zostanie? - spytałam po chwili, daremnie próbując wyciągnąć palce. Urna trzymała.
- Powoli, ostrożnie - orzekła z powagą komisja. Poznałam po tym, że nie mnie pierwszej się to przytrafiło.
Puściła wreszcie pożerająca urna i uwolniła moją dłoń.
Wyszłam mocno rozbawiona, z ulgą, że nie muszę ze sobą urny taszczyć, albo co gorsza, asystować przy jej komisyjnym otwarciu.
Dziś z rana, jak doniósł nam majster drugi, który pojawił się wbrew planom, że dopiero w środę, ogłoszono, że wygrał nowy kandydat na wójta.
No, to szykują się zmiany w gminie. Wszyscy są bardzo ciekawi przetasowań (których nie było przez lat 18, tyle ile rządził poprzednik).
21 listopada 2010
Ciepły wystrój
Normalnie jakiś nowy duch w naszego majstra drugiego wstąpił. Stara się, pracuje od rana do zmierzchu, kombinuje jak by tu lepiej. Ma ochotę zrobić wszystko co się da. Bo... poza nami nie ma żadnej innej roboty.
W zeszłym roku jakoś więcej mieli zleceń i więcej ludzi budowało się do późna, mimo niepogody. W tym niby jesień ciepła, a budowy i remonty stanęły.
Na razie górka czeka, aż pomalujemy parapety i przyjadą płyty gipsokartonowe na szczyt północny i sufit. A wziął się ze swoim pomagierem, młodym wesołym chłopakiem za jadalny pokój. Wczoraj trzy ściany obrobili deskami, została ta od frontu, z kaloryferem do odkręcenia. Następny rzut w środę.
Wziął miarę na parapety do okien na dole i będzie rzezał. Mają być z olchy.
Ja w tak miłym nastroju pracowniczym wzięłam się za odmrożenie i mycie lodówki i zamrażalnika. Łoj, jak ja tego nie lubię! Ale jak zawsze, poszło dobrze. Napaliłam pod płytą, postawiłam sokownik jabłek, żeby ogień do czegoś posłużył przy okazji i nagrzałam wody do zmywania. Zmieściłam się w czasie i resztki mięs wyniesione na taras w miednicy nie zdążyły puścić lodu przed końcem czynności czyszczących.
A tak w ogóle to w rozmowie dowiedziałam się, że w naszej chacie jest wyjątkowo ciepło. I to od jednego przepalenia pieca w ciągu doby. Nawet na górce idzie wytrzymać. U nich tak nie ma. Mają c.o. w piętrowych murowankach. Po 10 fur drewna im przez zimę wychodzi. Ale za to grzeją tak, żeby w największe mrozy w koszulkach chodzić.
Coś mi się wydaje, że wielu ludziom miejscowym coś takiego jak oszczędność w opalaniu jeszcze w głowach nie zaświtała. Całe lato tną, zwożą, rżną, rąbią, żeby potem przez dwa-trzy miesiące dawać swoje wielkie piece na full. Gdzie tu logika?
To już nasi sąsiedzi, starsi ludzie przeszli na wielbienie oszczędności, chociaż własne lasy mają. Ale sił nie starcza, aby drewno z nich taszczyć. Z kolei wynajmować ludzi to już koszty, więc nauczyli się liczyć.
Na koniec, kiedy już panowie odjechali zasiadłam w nowym pokoiku, żeby się ponapawać. Zaczyna być czysto, przyjemnie... normalnie cud boski.
W zeszłym roku jakoś więcej mieli zleceń i więcej ludzi budowało się do późna, mimo niepogody. W tym niby jesień ciepła, a budowy i remonty stanęły.
Na razie górka czeka, aż pomalujemy parapety i przyjadą płyty gipsokartonowe na szczyt północny i sufit. A wziął się ze swoim pomagierem, młodym wesołym chłopakiem za jadalny pokój. Wczoraj trzy ściany obrobili deskami, została ta od frontu, z kaloryferem do odkręcenia. Następny rzut w środę.
Wziął miarę na parapety do okien na dole i będzie rzezał. Mają być z olchy.
Ja w tak miłym nastroju pracowniczym wzięłam się za odmrożenie i mycie lodówki i zamrażalnika. Łoj, jak ja tego nie lubię! Ale jak zawsze, poszło dobrze. Napaliłam pod płytą, postawiłam sokownik jabłek, żeby ogień do czegoś posłużył przy okazji i nagrzałam wody do zmywania. Zmieściłam się w czasie i resztki mięs wyniesione na taras w miednicy nie zdążyły puścić lodu przed końcem czynności czyszczących.
A tak w ogóle to w rozmowie dowiedziałam się, że w naszej chacie jest wyjątkowo ciepło. I to od jednego przepalenia pieca w ciągu doby. Nawet na górce idzie wytrzymać. U nich tak nie ma. Mają c.o. w piętrowych murowankach. Po 10 fur drewna im przez zimę wychodzi. Ale za to grzeją tak, żeby w największe mrozy w koszulkach chodzić.
Coś mi się wydaje, że wielu ludziom miejscowym coś takiego jak oszczędność w opalaniu jeszcze w głowach nie zaświtała. Całe lato tną, zwożą, rżną, rąbią, żeby potem przez dwa-trzy miesiące dawać swoje wielkie piece na full. Gdzie tu logika?
To już nasi sąsiedzi, starsi ludzie przeszli na wielbienie oszczędności, chociaż własne lasy mają. Ale sił nie starcza, aby drewno z nich taszczyć. Z kolei wynajmować ludzi to już koszty, więc nauczyli się liczyć.
Na koniec, kiedy już panowie odjechali zasiadłam w nowym pokoiku, żeby się ponapawać. Zaczyna być czysto, przyjemnie... normalnie cud boski.
Labels:
Budownictwo,
Ceny,
Maszyny,
Mięso,
Ogrzewanie,
Pogoda,
Praca,
Region,
Rzemiosło,
Tradycja
19 listopada 2010
Cug
Praca trwa. My przy sicie, chłopaki na górze od rana stukają i pukają, kończąc drugi skos (wczoraj mieli jeden zaplanowany dzień przerwy).
Zaraz po zmroku zaległa nad wioską wielka gęsta mgła. Piec rozpala się przez to bardzo opornie. Ogień załapał po trzecim razie i jeszcze dość długo ledwie się tlił, zanim wreszcie zahuczał jak zawsze.
Piec wraz z kominem jest zawsze idealnie skorelowany z pogodą, wilgotnością, wiatrem, temperaturą i ciśnieniem panującymi na zewnątrz. Przy każdej zmianie warunków i on inaczej się pali. Bywa, że szybko gaśnie albo dymi. Lub na odwrót, trzeba dokładać co chwila i szyber przymykać, bo cug jest aż zanadto silny.
Zaraz po zmroku zaległa nad wioską wielka gęsta mgła. Piec rozpala się przez to bardzo opornie. Ogień załapał po trzecim razie i jeszcze dość długo ledwie się tlił, zanim wreszcie zahuczał jak zawsze.
Piec wraz z kominem jest zawsze idealnie skorelowany z pogodą, wilgotnością, wiatrem, temperaturą i ciśnieniem panującymi na zewnątrz. Przy każdej zmianie warunków i on inaczej się pali. Bywa, że szybko gaśnie albo dymi. Lub na odwrót, trzeba dokładać co chwila i szyber przymykać, bo cug jest aż zanadto silny.
18 listopada 2010
Męskie sprawy
Pobiły się koziołki dwa. Poza oborą, na podwórku, gdy stado wróciło z pastwiska. Najpierw tylko stukały się rogami i nie interweniowałam. Robiły to wielokrotnie do tej pory i była to kurtuazyjna wymiana ciosów, potwierdzająca każdego status w hierarchii. Że niby Klapaucjusz jest alfa, a Mariano beta. Lecz okazało się, że tym razem wszystko wygląda inaczej.
Marian wyrósł ostatnio i zmężniał. Może nawet nieco już przerasta wzrostem szefa. Ma też dłuższy od niego pysk, dłuższe rogi i uszy, poza tym oba samce są do siebie tak podobne jak bracia bliźniacy i trzeba się przyjrzeć, żeby odróżnić jednego od drugiego.
Nie zauważyłam, który zaczął. Pewnie Klapek, który uznał w Marianie rosnącego niebezpiecznie rywala i doszedł do wniosku, że lepiej wcześniej tę sprawę załatwić, a nie czekać, aż ten go przerośnie.
Bo też ten Klapcio to mi najbardziej przypomina takich miejskich żigolaków, wystrojonych w najmodniejsze ciuchy, wysławiających się najnowszym slangiem i rzucających hasła w stylu trendy, w miejsce własnych refleksji. Wciąż demonstruje zainteresowanie kryciem samic i obsikuje się zajebiście pachnącym moczem. Rano, gdy otwieram oborę leci taki czad, jakby ktoś beczkę perfum piżmowych rozlał. Nie jest tak naprawdę przykry. Miałam już bardziej nieprzyjemnie capiące kozły od niego. Ich odór zatykał oddech. Ale akurat (z niewielkiego ale praktycznego doświadczenia) stwierdzam, że alpejskie samce są do zniesienia pod tym względem. Co prawda to są sprawy osobnicze w dużej mierze (podobnie jak i w ludzkim gatunku, he, jednego mężczyznę, gdy się spoci czuć na pół kilometra, drugi może się nie myć kilka tygodni i niewiele się to rzuca na nos), ale jednak są różnice w poziomach intensywności, jak np. między białymi Europo-Amerykanami, a Afrykańczykami.
Marian jest stateczny, o wiele mniej capi, ale też nie daje sobie w kaszę dmuchać. Bije od niego męska siła i godność bez pokazywania co to nie ja, którą akurat zawsze cenię. I właśnie ta stabilność i opanowanie chyba najbardziej Klapka denerwuje. Można go zaklasyfikować jako przewrażliwionego na swoim punkcie neurotyka, a jego rywala uznać za flegmatyka.
No, więc zmierzyli się.
Trwało to kilka minut. Żaden nie odpuszczał drugiemu. Klapek wysilił się i stanął dęba tak dla przeciwnika pechowo, że przednia noga Mariana znalazła się między jego rogami i utknęła tam. Zabolało, Mariano zaryczał z bólu, a ja podbiegłam z kijem w ręku rozpędzić towarzystwo (i nie bez pewnych obaw, jak to słaba niewiasta między samce). Udało się. Klapek, cały zjeżony stanął na czterech nogach, Marian wydostał nogę i odbiegł kulejąc.
Kozy przyglądały się zajściu filozoficznie.
Zagoniłam stado do boksów, podrzuciłam wszystkim siana i nieco zdenerwowana wróciłam do domu. I telefon. Od Ani, wracającej ze stolicy.
- Odebrałam skórę z wyprawy. Dobrze wyszła, kolory ładne, miękka, nie pachnie. Ale cholernie drogo, już teraz 80. Nie opłaci się wyprawiać następnych.
Opowiedziałam jej co się właśnie wydarzyło.
- Trudno. Czas nadszedł. Trzeba ciąć!
Marian wyrósł ostatnio i zmężniał. Może nawet nieco już przerasta wzrostem szefa. Ma też dłuższy od niego pysk, dłuższe rogi i uszy, poza tym oba samce są do siebie tak podobne jak bracia bliźniacy i trzeba się przyjrzeć, żeby odróżnić jednego od drugiego.
Nie zauważyłam, który zaczął. Pewnie Klapek, który uznał w Marianie rosnącego niebezpiecznie rywala i doszedł do wniosku, że lepiej wcześniej tę sprawę załatwić, a nie czekać, aż ten go przerośnie.
Bo też ten Klapcio to mi najbardziej przypomina takich miejskich żigolaków, wystrojonych w najmodniejsze ciuchy, wysławiających się najnowszym slangiem i rzucających hasła w stylu trendy, w miejsce własnych refleksji. Wciąż demonstruje zainteresowanie kryciem samic i obsikuje się zajebiście pachnącym moczem. Rano, gdy otwieram oborę leci taki czad, jakby ktoś beczkę perfum piżmowych rozlał. Nie jest tak naprawdę przykry. Miałam już bardziej nieprzyjemnie capiące kozły od niego. Ich odór zatykał oddech. Ale akurat (z niewielkiego ale praktycznego doświadczenia) stwierdzam, że alpejskie samce są do zniesienia pod tym względem. Co prawda to są sprawy osobnicze w dużej mierze (podobnie jak i w ludzkim gatunku, he, jednego mężczyznę, gdy się spoci czuć na pół kilometra, drugi może się nie myć kilka tygodni i niewiele się to rzuca na nos), ale jednak są różnice w poziomach intensywności, jak np. między białymi Europo-Amerykanami, a Afrykańczykami.
Marian jest stateczny, o wiele mniej capi, ale też nie daje sobie w kaszę dmuchać. Bije od niego męska siła i godność bez pokazywania co to nie ja, którą akurat zawsze cenię. I właśnie ta stabilność i opanowanie chyba najbardziej Klapka denerwuje. Można go zaklasyfikować jako przewrażliwionego na swoim punkcie neurotyka, a jego rywala uznać za flegmatyka.
No, więc zmierzyli się.
Trwało to kilka minut. Żaden nie odpuszczał drugiemu. Klapek wysilił się i stanął dęba tak dla przeciwnika pechowo, że przednia noga Mariana znalazła się między jego rogami i utknęła tam. Zabolało, Mariano zaryczał z bólu, a ja podbiegłam z kijem w ręku rozpędzić towarzystwo (i nie bez pewnych obaw, jak to słaba niewiasta między samce). Udało się. Klapek, cały zjeżony stanął na czterech nogach, Marian wydostał nogę i odbiegł kulejąc.
Kozy przyglądały się zajściu filozoficznie.
Zagoniłam stado do boksów, podrzuciłam wszystkim siana i nieco zdenerwowana wróciłam do domu. I telefon. Od Ani, wracającej ze stolicy.
- Odebrałam skórę z wyprawy. Dobrze wyszła, kolory ładne, miękka, nie pachnie. Ale cholernie drogo, już teraz 80. Nie opłaci się wyprawiać następnych.
Opowiedziałam jej co się właśnie wydarzyło.
- Trudno. Czas nadszedł. Trzeba ciąć!
17 listopada 2010
Nawłoć i stado
Prace posuwają się do przodu. Majstrowie pracują od 8 do 17-18 codziennie. Co się odmieniło? Ano, nie mają innych klientów, doczekałyśmy się ich wolnego czasu. I tak jakoś mniej dyskusji o cenach jak na razie. Że niby w Hajnówce to tyle, a w Białymstoku to tyle budowlańcy biorą, więc oni na mniej nie mogą się zgodzić... "Panowie, tu mamy wioskę. Jeśli chcecie to jedźcie do Hajnówki szukać roboty, tam na pewno zarobicie tę legendarną kasę! Ludzie bogaci, nie liczą każdej złotówki. Ale za to więcej wymagają no, i dojazd i wyżywienie własne."
Już te nasze targi weszły w obopólny zwyczaj i nie ma kłótni, tylko dyskusje i rozważania.
Jest już oszalowany jeden skos (zeszło na to dwa dni) i stoi słupek pod ściankę działową przy otworze schodowym. Założone dwa progi. Musimy dokupić trochę płyt gipsokartonowych na ściankę do łazienki i drugi szczyt. Trak-ista ma przetrzeć na deski dwa pnie ściętych starych grusz z koziej zagrody.
Mawiam: trzeba zbudować dom siłami miejscowych majstrów i pomocników, wtedy na koniec razem z domem można być też już zintegrowanym ze wspólnotą. Bo to służy wzajemnemu poznaniu się.
Jeśli jesteś osiedleńcem z miasta, czyli tzw. tutaj "nawłocią" i zjeżdżasz z nieznanych stron, nikt nie jest świadom twoich korzeni i osoby, zaczynasz swoje gospodarzenie od sprowadzenia firm zamiejscowych, którym zlecasz to i tamto, nie dając zarobić chłopakom ze wsi, z miejsca budujesz mur między sobą a społecznością lokalną. Będzie ci go z czasem coraz trudniej przełamać, o ile nie wyjdziesz z czymś (jakąś własną pracą i pomocą) ku innym okolicznym mieszkańcom.
Słyszę czasem o takich osiedleńcach, którzy już się pobudowali, mieszkają, coś tam robią, a milczenie wokół nich trwa i nasila się aż do zimnej wojny, a nawet pogróżek padających z ust miejscowych. Moim zdaniem oni nigdy nie przestali być ludźmi z Miasta, zmienili tylko obrazek za oknem. To nie jest dobre, w żadnym wypadku. Życie na wsi często wymaga wzajemnej pomocy i układów, choćby w zimie, gdy cię zasypie i do sklepu nie dojedziesz, albo zamarznie kaloryfer, albo musisz pilnie wyjechać i trzeba poprosić sąsiada o napalenie w piecu, nakarmienie psa czy wydojenie kozy. Zamykanie się w swoich czterech ścianach nie popłaca. Także trzeba być ostrożnym z kultywowaniem jakichś niepolskich zwyczajów zbyt ostentacyjnie (chyba, że jest się cudzoziemcem, wtedy nie budzi się wrogości, a zaciekawienie i chęć naśladowania) czy pouczaniem innych, że powinno się tak jeść i pić a nie inaczej, robić coś czy itp.
Zamknięcie się (odczytywane jako wywyższanie się) powoduje, że ludzie z wioski nie mają do ciebie przystępu i w swoim odczuciu nie mogą liczyć na twoją pomoc, wspierającą obecność czy zrozumienie. Z miejsca budzi to drwinę, jako samoobronę i z czasem nawet wrogość, jeśli ktoś miejscowy (nawet taki, który powszechnie jest krytykowany, ale ma tę wyższość nad tobą, że jest "swój") poczuje się pogardliwie potraktowany i ugodzony do żywego w swym poczuciu godności.
Trzeba wiedzieć, że wspólnota wiejska daje jej członkom, na różnym poziomie umysłowym, wykształcenia, kultury, bogactwa, poczucie równości i wsparcia zbiorowego na świętej zasadzie "swój-obcy". Jeśli to naruszysz z miejsca zaliczasz punkty ujemne i może być coraz gorzej, jeśli tego nie zrozumiesz.
Co prawda tu na wschodzie nie zauważyłam przejawów nietolerancji religijnej, inność religii jest jak najbardziej szanowana, nawet ateistyczne deklaracje co niektórych też, ale źle jest widziane zamykanie się na sprawy innych, pouczanie, lekceważenie zwyczajów większości i demonstracyjne okazywanie swej wyższej formy zachowań i wiedzy (typu: jestem z Miasta, to widać, słychać i czuć). Każde inne od normy zachowanie jest zauważane i dyskutowane. Z czasem zostaje zazwyczaj zaakceptowane (jak np. nasze siedzenie przy komputerach, czyli "bawienie się", zamiast widocznej fizycznej pracy od rana do nocy) i przechodzi w codzienność, lecz musisz być nastawiony, że przez pierwsze trzy lata każda twoja czynność i decyzja będzie szeroko omawiana i różnorako oceniana przez otoczenie. To norma, standard w zachowaniu wszelkich ludzkich grup.
Trzeba dać się poznać, przebadać, obwąchać. I przejść okres podejrzliwej kwarantanny. Jak w każdym szanującym się stadzie.
Już te nasze targi weszły w obopólny zwyczaj i nie ma kłótni, tylko dyskusje i rozważania.
Jest już oszalowany jeden skos (zeszło na to dwa dni) i stoi słupek pod ściankę działową przy otworze schodowym. Założone dwa progi. Musimy dokupić trochę płyt gipsokartonowych na ściankę do łazienki i drugi szczyt. Trak-ista ma przetrzeć na deski dwa pnie ściętych starych grusz z koziej zagrody.
Mawiam: trzeba zbudować dom siłami miejscowych majstrów i pomocników, wtedy na koniec razem z domem można być też już zintegrowanym ze wspólnotą. Bo to służy wzajemnemu poznaniu się.
Jeśli jesteś osiedleńcem z miasta, czyli tzw. tutaj "nawłocią" i zjeżdżasz z nieznanych stron, nikt nie jest świadom twoich korzeni i osoby, zaczynasz swoje gospodarzenie od sprowadzenia firm zamiejscowych, którym zlecasz to i tamto, nie dając zarobić chłopakom ze wsi, z miejsca budujesz mur między sobą a społecznością lokalną. Będzie ci go z czasem coraz trudniej przełamać, o ile nie wyjdziesz z czymś (jakąś własną pracą i pomocą) ku innym okolicznym mieszkańcom.
Słyszę czasem o takich osiedleńcach, którzy już się pobudowali, mieszkają, coś tam robią, a milczenie wokół nich trwa i nasila się aż do zimnej wojny, a nawet pogróżek padających z ust miejscowych. Moim zdaniem oni nigdy nie przestali być ludźmi z Miasta, zmienili tylko obrazek za oknem. To nie jest dobre, w żadnym wypadku. Życie na wsi często wymaga wzajemnej pomocy i układów, choćby w zimie, gdy cię zasypie i do sklepu nie dojedziesz, albo zamarznie kaloryfer, albo musisz pilnie wyjechać i trzeba poprosić sąsiada o napalenie w piecu, nakarmienie psa czy wydojenie kozy. Zamykanie się w swoich czterech ścianach nie popłaca. Także trzeba być ostrożnym z kultywowaniem jakichś niepolskich zwyczajów zbyt ostentacyjnie (chyba, że jest się cudzoziemcem, wtedy nie budzi się wrogości, a zaciekawienie i chęć naśladowania) czy pouczaniem innych, że powinno się tak jeść i pić a nie inaczej, robić coś czy itp.
Zamknięcie się (odczytywane jako wywyższanie się) powoduje, że ludzie z wioski nie mają do ciebie przystępu i w swoim odczuciu nie mogą liczyć na twoją pomoc, wspierającą obecność czy zrozumienie. Z miejsca budzi to drwinę, jako samoobronę i z czasem nawet wrogość, jeśli ktoś miejscowy (nawet taki, który powszechnie jest krytykowany, ale ma tę wyższość nad tobą, że jest "swój") poczuje się pogardliwie potraktowany i ugodzony do żywego w swym poczuciu godności.
Trzeba wiedzieć, że wspólnota wiejska daje jej członkom, na różnym poziomie umysłowym, wykształcenia, kultury, bogactwa, poczucie równości i wsparcia zbiorowego na świętej zasadzie "swój-obcy". Jeśli to naruszysz z miejsca zaliczasz punkty ujemne i może być coraz gorzej, jeśli tego nie zrozumiesz.
Co prawda tu na wschodzie nie zauważyłam przejawów nietolerancji religijnej, inność religii jest jak najbardziej szanowana, nawet ateistyczne deklaracje co niektórych też, ale źle jest widziane zamykanie się na sprawy innych, pouczanie, lekceważenie zwyczajów większości i demonstracyjne okazywanie swej wyższej formy zachowań i wiedzy (typu: jestem z Miasta, to widać, słychać i czuć). Każde inne od normy zachowanie jest zauważane i dyskutowane. Z czasem zostaje zazwyczaj zaakceptowane (jak np. nasze siedzenie przy komputerach, czyli "bawienie się", zamiast widocznej fizycznej pracy od rana do nocy) i przechodzi w codzienność, lecz musisz być nastawiony, że przez pierwsze trzy lata każda twoja czynność i decyzja będzie szeroko omawiana i różnorako oceniana przez otoczenie. To norma, standard w zachowaniu wszelkich ludzkich grup.
Trzeba dać się poznać, przebadać, obwąchać. I przejść okres podejrzliwej kwarantanny. Jak w każdym szanującym się stadzie.
Labels:
Budownictwo,
Ceny,
Filozofia,
Kozy,
Ogrzewanie,
Pionierstwo,
Praca,
Psy,
Region,
Religia,
Tradycja,
Wspólnota,
Zwierzęta
15 listopada 2010
Bez jaj
Majstrowie zjechali rankiem, jak Pan Bóg przykazał, wszyscy trzej i zabrali się solidnie do roboty. Szalują skośną ścianę poddasza i montują dębowe progi.
Tymczasem nasze zapasy żywnościowe okazały się niewystarczające. Wyjadamy je bowiem przed odmrożeniem lodówki i w ramach przygotowań do zapełnienia zamrażarki mięsem na zimę, które pojawi się za niedługo.
W końcu usmażyłam górę naleśników z twarożkiem kozim. Ale nawet do tego dania musiałam pobiec do sąsiadki po 2 jajka, bo zbrakło tych od własnych kur. Pożyczyła, ale więcej nie chciała sprzedać, bo jej kury też słabo się niosą, a tu dzieci mają przyjechać z Miasta z wizytą i po wałóweczkę.
Panowie zjedli, popili sokiem jabłkowym i powiedzieli, że dobre. Uff. Czyli wegetariańsko nie od postu też może być.
A propos kur. Radosne spostrzeżenie. Ancymon powrócił na swoje podwórko i adoruje już własne żony. Stare nioski wciąż się wypierzają i nie wygląda na to, aby proces szybko doszedł końca, za to młode kokoszki Zielone Nóżki zaczynają już coraz częściej gdakać jajecznie (to moje określenie specjalnego odgłosu, który wydają nioski noszące się z jajem) i czekam niecierpliwie, aż wreszcie zaczną znosić te swoje legendarne jajka.
Tymczasem nasze zapasy żywnościowe okazały się niewystarczające. Wyjadamy je bowiem przed odmrożeniem lodówki i w ramach przygotowań do zapełnienia zamrażarki mięsem na zimę, które pojawi się za niedługo.
W końcu usmażyłam górę naleśników z twarożkiem kozim. Ale nawet do tego dania musiałam pobiec do sąsiadki po 2 jajka, bo zbrakło tych od własnych kur. Pożyczyła, ale więcej nie chciała sprzedać, bo jej kury też słabo się niosą, a tu dzieci mają przyjechać z Miasta z wizytą i po wałóweczkę.
Panowie zjedli, popili sokiem jabłkowym i powiedzieli, że dobre. Uff. Czyli wegetariańsko nie od postu też może być.
A propos kur. Radosne spostrzeżenie. Ancymon powrócił na swoje podwórko i adoruje już własne żony. Stare nioski wciąż się wypierzają i nie wygląda na to, aby proces szybko doszedł końca, za to młode kokoszki Zielone Nóżki zaczynają już coraz częściej gdakać jajecznie (to moje określenie specjalnego odgłosu, który wydają nioski noszące się z jajem) i czekam niecierpliwie, aż wreszcie zaczną znosić te swoje legendarne jajka.
14 listopada 2010
Przy niedzieli po kąpieli
Wczoraj była inauguracja w GOKu spotkań kobiet okolicznych na bazie nauki gotowania regionalnych potraw. Zeszło się nas równo osiem. Prowadziła pani Nina, jako dziewiąta. Asia-Warszawianka ponadto w sąsiednim pokoju tkała pracowicie chodnik na krosnach.
Nina na pierwszy raz wybrała barszcz czerwony z pasztecikami. Niby proste danie, ale okazało się, że nieznane były różne ciekawe i proste sposoby wyrobu, tak samego barszczu jak krojenia pasztecików.
Np. obrane w przeddzień buraki ćwikłowe na barszcz dobrze jest posypać cukrem i zostawić tak na noc w garnku. Cukier wyciąga z nich sok i daje potem piękny czerwony kolor.
Z kolei ciasto na paszteciki rozwałkowuje się na stolnicy w kwadrat lub prostokąt, smaruje białkiem, nakłada w połowie farsz (wybranego dowolnie rodzaju), nakrywa go drugą połową ciasta, po czym kroi całość na mniejsze kwadraty, które potem zapieka w piekarniku.
Ponieważ Nina przyrządziła farsz z kiszonej kapusty z grzybami to rozmowa zeszła na wtajemniczenia przyrządzania grzybów, a ściślej mówiąc mycia ich z piasku. Zwłaszcza rosnące jeszcze w lesie zielonki (u mnie w piotrkowskiem też podsłonkami nazywane, której to nazwy tutaj nie znają wcale) trudno jest oczyścić z piasku, w którym rosną zanurzone "po uszy". Otóż należy je zalać wrzątkiem i potrzymać w nim 5-10 minut, po czym odcedzić i od razu dać pod kran z zimną wodą. Piasek odpada całkowicie bardzo szybko.
Podobna kąpiel we wrzątku podgrzybków sprawia, że puszczają kolor i bledną. Zamarynowane bledsze podobno są bardziej poszukiwane przez kupujących.
Kobiety (spośród których my zdaje się byłyśmy najmłodsze, no, Ania na pewno tak) dość szybko otworzyły się i rozgadały, chętnie zapłaciły składkę na wiktuały, ustaliły przez głosowanie co będzie prezentowane na następnym spotkaniu (mianowicie legendarne ciasto marcinek) i wygląda na to, że przedsięwzięcie się rozkręci. Nawet, jeśli któraś uczestniczka z biegiem czasu zrezygnuje to już nawet my mamy na naszej wiosce ze dwie-trzy panie, które chętne byłyby do takich spotkań, nauk, rozmów i w sumie pożytecznego i miłego spędzenia wolnego czasu. A wiadomo, na jesieni i w zimie wieczory są długie i nudne.
Zakończyłyśmy zebranie zespołową degustacją ugotowanego barszczu i pasztecików.
Żeby było dalej w tym samym temacie, a czego wymagało tego dnia Słońce w znaku Skorpijona przechodzące przez mój radiksowy Ascendent (tj. punkt wschodu w horoskopie) na tym się nie skończyło. Wylądowałyśmy u znajomych. I tam jak się okazało impreza w większym gronie. I urodziny jednego z gości.
Zaliczyłam powrót do własnego łoża około drugiej w nocy. Ach, te domowe nalewki, po których głowa nie boli! Nigdy nie wyjdę z pozytywnego zdumienia.
Smaki podlaskie są na tle innych regionów polskich dość charakterystyczne. Pigwówka, dębówka, żurawinówka, czeremchówka, jarzębinówka, jałowcówka. O żubrówce czy bukwicówce nie wspominając.
Pogadaliśmy sobie z człowiekiem, co nawet na kurs zielarski się wybrał, aby nabrać stosownej wiedzy botaniczno-lekarskiej. Epatowaliśmy się tym, że tradycyjnie zioła miejscowe nasącza się "duchem", tj. spirtem i wyciąga z nich esencję leczniczą, która wypita szybko dostaje się do krwi i narządów, skutkując tym mocniej...
Odespałam wizytę dzięki Ani, która jest rannym ptaszkiem i sama poradziła sobie z kozami.
Jednak co najlepsze jest na kaca? Praca!
Nawet w niedzielę i nawet jeśli kac jest jedynie stanem odlotu umysłu, a nie jakąś niemiłą przypadłością po zażyciu żrących wątpia trucizn kupowanych z państwowego monopolu.
Zabrałyśmy się za zduńską robotę i przykleiłyśmy cegły szamotowe we wnętrzu starego żelaznego piecyka-kozy, który stanął w pracowni. Resztę prac musi jednak wykonać jakiś chłop, tj. zabezpieczyć wyjście rury przez ścianę cegłami i wełną mineralną, bo obawiamy się pożaru drewnianego domku.
Pierwsza niewielka próba przepalenia piecyka wypadła poza tym dobrze.
Dzień był wyjątkowo ciepły. Chodziłam na dworze w krótkim rękawku. Zwierzęta żerowały ze szczęściem wypisanym w oczach, na pyskach i w dziobach. Obudziły się owady, w tym osy i pszczoły, o muchach nie wspominając.
Zatem, żeby go wykorzystać w pełni, po zmroku wykąpałam dorocznie Miłkę ziołowym szamponem przeciw-pchelnym w misce ciepłej wody wystawionej przed ganek. Wyszorowana i polana garem wody otrząsnęła się (na smyczy) kilkakrotnie i pobiegła prędziutko pod łóżko. Ja wiem, ja wiem, ona lubi być czysta...
Kola natomiast została odkleszczona dyżurnym kleszczołapem. Ciepła jesień sprawia, że po dniu spędzonym na bieganiu w lesie wśród krzaków bywa, że przynosi na sobie blisko dziesięciu kleszczy.
Nina na pierwszy raz wybrała barszcz czerwony z pasztecikami. Niby proste danie, ale okazało się, że nieznane były różne ciekawe i proste sposoby wyrobu, tak samego barszczu jak krojenia pasztecików.
Np. obrane w przeddzień buraki ćwikłowe na barszcz dobrze jest posypać cukrem i zostawić tak na noc w garnku. Cukier wyciąga z nich sok i daje potem piękny czerwony kolor.
Z kolei ciasto na paszteciki rozwałkowuje się na stolnicy w kwadrat lub prostokąt, smaruje białkiem, nakłada w połowie farsz (wybranego dowolnie rodzaju), nakrywa go drugą połową ciasta, po czym kroi całość na mniejsze kwadraty, które potem zapieka w piekarniku.
Ponieważ Nina przyrządziła farsz z kiszonej kapusty z grzybami to rozmowa zeszła na wtajemniczenia przyrządzania grzybów, a ściślej mówiąc mycia ich z piasku. Zwłaszcza rosnące jeszcze w lesie zielonki (u mnie w piotrkowskiem też podsłonkami nazywane, której to nazwy tutaj nie znają wcale) trudno jest oczyścić z piasku, w którym rosną zanurzone "po uszy". Otóż należy je zalać wrzątkiem i potrzymać w nim 5-10 minut, po czym odcedzić i od razu dać pod kran z zimną wodą. Piasek odpada całkowicie bardzo szybko.
Podobna kąpiel we wrzątku podgrzybków sprawia, że puszczają kolor i bledną. Zamarynowane bledsze podobno są bardziej poszukiwane przez kupujących.
Kobiety (spośród których my zdaje się byłyśmy najmłodsze, no, Ania na pewno tak) dość szybko otworzyły się i rozgadały, chętnie zapłaciły składkę na wiktuały, ustaliły przez głosowanie co będzie prezentowane na następnym spotkaniu (mianowicie legendarne ciasto marcinek) i wygląda na to, że przedsięwzięcie się rozkręci. Nawet, jeśli któraś uczestniczka z biegiem czasu zrezygnuje to już nawet my mamy na naszej wiosce ze dwie-trzy panie, które chętne byłyby do takich spotkań, nauk, rozmów i w sumie pożytecznego i miłego spędzenia wolnego czasu. A wiadomo, na jesieni i w zimie wieczory są długie i nudne.
Zakończyłyśmy zebranie zespołową degustacją ugotowanego barszczu i pasztecików.
Żeby było dalej w tym samym temacie, a czego wymagało tego dnia Słońce w znaku Skorpijona przechodzące przez mój radiksowy Ascendent (tj. punkt wschodu w horoskopie) na tym się nie skończyło. Wylądowałyśmy u znajomych. I tam jak się okazało impreza w większym gronie. I urodziny jednego z gości.
Zaliczyłam powrót do własnego łoża około drugiej w nocy. Ach, te domowe nalewki, po których głowa nie boli! Nigdy nie wyjdę z pozytywnego zdumienia.
Smaki podlaskie są na tle innych regionów polskich dość charakterystyczne. Pigwówka, dębówka, żurawinówka, czeremchówka, jarzębinówka, jałowcówka. O żubrówce czy bukwicówce nie wspominając.
Pogadaliśmy sobie z człowiekiem, co nawet na kurs zielarski się wybrał, aby nabrać stosownej wiedzy botaniczno-lekarskiej. Epatowaliśmy się tym, że tradycyjnie zioła miejscowe nasącza się "duchem", tj. spirtem i wyciąga z nich esencję leczniczą, która wypita szybko dostaje się do krwi i narządów, skutkując tym mocniej...
Odespałam wizytę dzięki Ani, która jest rannym ptaszkiem i sama poradziła sobie z kozami.
Jednak co najlepsze jest na kaca? Praca!
Nawet w niedzielę i nawet jeśli kac jest jedynie stanem odlotu umysłu, a nie jakąś niemiłą przypadłością po zażyciu żrących wątpia trucizn kupowanych z państwowego monopolu.
Zabrałyśmy się za zduńską robotę i przykleiłyśmy cegły szamotowe we wnętrzu starego żelaznego piecyka-kozy, który stanął w pracowni. Resztę prac musi jednak wykonać jakiś chłop, tj. zabezpieczyć wyjście rury przez ścianę cegłami i wełną mineralną, bo obawiamy się pożaru drewnianego domku.
Pierwsza niewielka próba przepalenia piecyka wypadła poza tym dobrze.
Dzień był wyjątkowo ciepły. Chodziłam na dworze w krótkim rękawku. Zwierzęta żerowały ze szczęściem wypisanym w oczach, na pyskach i w dziobach. Obudziły się owady, w tym osy i pszczoły, o muchach nie wspominając.
Zatem, żeby go wykorzystać w pełni, po zmroku wykąpałam dorocznie Miłkę ziołowym szamponem przeciw-pchelnym w misce ciepłej wody wystawionej przed ganek. Wyszorowana i polana garem wody otrząsnęła się (na smyczy) kilkakrotnie i pobiegła prędziutko pod łóżko. Ja wiem, ja wiem, ona lubi być czysta...
Kola natomiast została odkleszczona dyżurnym kleszczołapem. Ciepła jesień sprawia, że po dniu spędzonym na bieganiu w lesie wśród krzaków bywa, że przynosi na sobie blisko dziesięciu kleszczy.
13 listopada 2010
Co cię nie zabije, to cię wzmocni
Co prawda, wczoraj tylko dwóch pracowało, ale za to pilnie i skończyli szczyt szalować. Jeszcze tylko obróbka okna.
Dziś rano przyjechało wszystkich trzech, w znakomitych humorach (wyobrażam sobie, że po dobrze zakończonym świniobiciu inaczej być nie może) i zwiozło przycięte dębowe drewno na progi oraz deski na parapety. Omówiliśmy dalsze plany budowlane, czyli budowę ścianki działowej na górce na ewentualny kącik łazienny oraz klapy nad schodami i pomknęli przycinać baliki na konstrukcję. Już ich więcej nie zobaczylim...
Ponadto odkryłam, że resztki białej wodnej farby sitodrukowej, które nieopatrznie pozostawiłyśmy na wieczku od beczki koło obory przeszły (pomyślnie jakby nie było) test ekologiczny. W brzuchu naszej Gusi. Co prawda rano odrzucało ją na sam widok owej beczki i za nic nie chciała podejść do swojego pojemnika z karmą stojącego obok, także świrowała łypiąc na mnie podejrzliwie jednym albo drugim okiem i co chwila stroszyła pióra otwierając szeroko dziób (to u niej oznaka stresu i złego samopoczucia), ale żyje i na życie jej się ma. Dostała zielonej naci z rzodkiewki na oczyszczenie żołądka, zjadła z ochotą i mam nadzieję, że jej kupa odzyska szybko normalny kolor (bo w tej chwili jest biała).
Gusia przetestowała już w ten sposób kilka drewnochronów (w tym jej ulubione zielone), preparat grzybobójczy i impregnat do drewna. Prawdziwie kresowa z niej gąska!
Dziś rano przyjechało wszystkich trzech, w znakomitych humorach (wyobrażam sobie, że po dobrze zakończonym świniobiciu inaczej być nie może) i zwiozło przycięte dębowe drewno na progi oraz deski na parapety. Omówiliśmy dalsze plany budowlane, czyli budowę ścianki działowej na górce na ewentualny kącik łazienny oraz klapy nad schodami i pomknęli przycinać baliki na konstrukcję. Już ich więcej nie zobaczylim...
Ponadto odkryłam, że resztki białej wodnej farby sitodrukowej, które nieopatrznie pozostawiłyśmy na wieczku od beczki koło obory przeszły (pomyślnie jakby nie było) test ekologiczny. W brzuchu naszej Gusi. Co prawda rano odrzucało ją na sam widok owej beczki i za nic nie chciała podejść do swojego pojemnika z karmą stojącego obok, także świrowała łypiąc na mnie podejrzliwie jednym albo drugim okiem i co chwila stroszyła pióra otwierając szeroko dziób (to u niej oznaka stresu i złego samopoczucia), ale żyje i na życie jej się ma. Dostała zielonej naci z rzodkiewki na oczyszczenie żołądka, zjadła z ochotą i mam nadzieję, że jej kupa odzyska szybko normalny kolor (bo w tej chwili jest biała).
Gusia przetestowała już w ten sposób kilka drewnochronów (w tym jej ulubione zielone), preparat grzybobójczy i impregnat do drewna. Prawdziwie kresowa z niej gąska!
12 listopada 2010
Dochodzenie
Z pięciu minut zrobiła się godzina... a może więcej. Ptak był wyjątkowo wielki i długo walczył, zanim padł. Anna w końcu z trudem przewróciła go na plecy, w której to pozycji w końcu się uspokoił.
- Żałowała może? - spytała sąsiadka.
- E, nie - odparła Anna.
- Bo jak ktoś żałuje, to zwierzę dłużej dochodzi i tylko mocniej się męczy...
No, a potem trzeba było pomóc gościa oskubać, a przy okazji nowiny sobie poopowiadać.
Zostały jeszcze trzy gulguły. Roztyte, ledwie kołyszące się z tłustości z nogi na nogę.
- Jak nie zarżnąć w porę to zaczną padać na serce. Białe tak mają. Do tuczu są specjalnie wyhodowane i krótko żyją.
Zwykłe indyki, szare, są mniejsze, ale zdrowsze, odporniejsze i można je nasadzić na jajach. Poza tym mają o wiele smaczniejsze mięso. Tylko trudno je dostać. Na wiosce ma kilka takich pani Marusia, która jaja skądś na wiosnę zdobyła i podłożyła swojej gąsce do wysiedzenia.
Resztę Święta spędziłyśmy na porządkach w lamusie i stodółce. Przy okazji znalazło się kilka zaginionych rzeczy. Najbardziej jednak ucieszyło nas cudowne odkrycie w folii, do której dawno już nie zaglądałyśmy. Posiane na jesień nowalijki całkiem bowiem obrodziły i na obiad zrobiłam surówkę ze świeżej białej rzodkwi. Rośnie też sałata i koper.
No, a dzisiejszym rankiem, rozdeszczonym, zadzwonił telefon.
- Słucha, wczoraj późno wróciłem, ale zaraz już do was jedzie pomocnik. Ja dojadę, jak się pozbieram.
Pozytywne zaskoczenie, bo świniobicie to nie przelewki przecież. Trzeba zjeść świeżonki i wypić pod nią. A potem dojść do siebie. Nastawiłam się już byłam na dłuższe czekanie.
Zatem niespodziewanie praca wre. Majster drugi z pomagierem (chłopcem trzecim) szczyty ocieplają i szalują na górce.
- Żałowała może? - spytała sąsiadka.
- E, nie - odparła Anna.
- Bo jak ktoś żałuje, to zwierzę dłużej dochodzi i tylko mocniej się męczy...
No, a potem trzeba było pomóc gościa oskubać, a przy okazji nowiny sobie poopowiadać.
Zostały jeszcze trzy gulguły. Roztyte, ledwie kołyszące się z tłustości z nogi na nogę.
- Jak nie zarżnąć w porę to zaczną padać na serce. Białe tak mają. Do tuczu są specjalnie wyhodowane i krótko żyją.
Zwykłe indyki, szare, są mniejsze, ale zdrowsze, odporniejsze i można je nasadzić na jajach. Poza tym mają o wiele smaczniejsze mięso. Tylko trudno je dostać. Na wiosce ma kilka takich pani Marusia, która jaja skądś na wiosnę zdobyła i podłożyła swojej gąsce do wysiedzenia.
Resztę Święta spędziłyśmy na porządkach w lamusie i stodółce. Przy okazji znalazło się kilka zaginionych rzeczy. Najbardziej jednak ucieszyło nas cudowne odkrycie w folii, do której dawno już nie zaglądałyśmy. Posiane na jesień nowalijki całkiem bowiem obrodziły i na obiad zrobiłam surówkę ze świeżej białej rzodkwi. Rośnie też sałata i koper.
No, a dzisiejszym rankiem, rozdeszczonym, zadzwonił telefon.
- Słucha, wczoraj późno wróciłem, ale zaraz już do was jedzie pomocnik. Ja dojadę, jak się pozbieram.
Pozytywne zaskoczenie, bo świniobicie to nie przelewki przecież. Trzeba zjeść świeżonki i wypić pod nią. A potem dojść do siebie. Nastawiłam się już byłam na dłuższe czekanie.
Zatem niespodziewanie praca wre. Majster drugi z pomagierem (chłopcem trzecim) szczyty ocieplają i szalują na górce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)