19 września 2021

Kaczki i papryka

I rozpadało się i ochłodziło. Zwierzęta kurnikują i oborują, dokarmiane, pojone pod dachem. Wypuszczamy tylko na chwilę kaczki, w przerwach, gdy mniej rosi. Im woda nie straszna, są zachwycone wręcz, ale jedno ze stadka jest młodym indykiem, o którego trzeba dbać, aby nie zmókł. Młode indyki są wrażliwe na zimno i przemoknięcie. Wszystkie wylęgły się razem pod wspólną matką i tworzą nierozerwalną i związaną uczuciowo wspólnotę.
Muszę stwierdzić, że indyki lepiej się integrują z kaczkami, niż z kurczakami. Czemu? Kurczęta szybko zaczynają grzebać i szukać pokarmu w ziemi. Poza tym rozwijają się i dorośleją dużo szybciej. Indyki są nastawione na łapanie owadów, którymi głównie się odżywiają i skubanie ziółek tu i tam. Rosną długo. To sprawia, że takie mieszane stado się rozłazi i gubi, do tego nie rozumie wzajemnie swoich języków ptasich. I trudno je zwołać razem.
Tymczasem kaczki, równie długo dorastające okazały się zagorzałymi łowcami much i owadów (oraz pożeraczami ślimaków i żab, jak zdarzyło mi się zaobserwować) tudzież miłośniczkami różnorakich trawek. Są przy tym niemożliwie prędkie i mają błyskawiczny refleks goniąc za przysmakami. To wspólne pasje z rasą indyczą do tego stopnia, że nawet jenduszka-wychowawczyni dopiero kilka dni temu dołączyła do dorosłego stada, zostawiając swoje ulubione kwaczące rozdzierająco podrostki.
Indyczak Pikuś, jedyny jaki się ostał z tegorocznych lęgów, nawet nie zauważył braku opieki matki, czując się absolutnie bezpieczny w swoim kaczym gronie. A grono natychmiast reaguje na jego brak. Co raz jedyny sprawdzone zostało z powodu pomysłu, że przecież indyka trzeba do swoich dołączyć razem z matką. Osamotnione kaczki krzyczały za nim długo, a rano wypuszczone ze swojej pakamerki szybko pobiegły pod drzwi indyczarni, gdzie porozumiewały się z członkiem stada tak głośno i uparcie, że już z nimi pozostaje stale. Trzeba będzie na zimę dołączyć kaczęta do stada indyków po prostu. Swoją drogą są to kaczki "grzędujące", łatwo wskakują wyżej gdzie chcą i mogą i tam spędzają noc, podobnie jak kura czy indyk.

Ale tak naprawdę miałam o czym innym opowiedzieć. O tym, że z racji ochłodzenia zbieramy już systematycznie plony. W ziemiance w skrzyni z piaskiem wylądowały buraki ćwikłowe, dynie w większości zwiezione czekają na tarasie, aby je wnieść na poddasze, co jest pracą dość mozolną, bo trzeba się nachodzić "w tę i nazad" z góry w dół wielokrotnie. Usmażyłam powidła z ostatnich śliwek węgierskich francuskich. A teraz przyszedł czas na paprykę. Otóż i ona.


Romaniana, niski krzak, jasnozielone liście, można prowadzić bez podpór, wczesna, bardzo plenna, niewymagająca. Słodka.
Poszła jako podstawa sosu paprykowego (z dodatkiem ostrego Purpurowego Czejena) do zakiszenia w kilkulitrowym słoju.


Ta z kolei, szpiczasta z Biedry, polecona nam przez koleżankę, która ją wynalazła i wypraktykowała w swoim ogródeczku, jest większa i bardziej mięsista, łagodna ale smaczna, nadaje się do jedzenia na surowo w sałatkach czy na kanapkach. Krzaki trzeba podpierać, bo mają dużo dużych owoców, pod którymi się uginają.
Nadmiary będziemy suszyć i proszkować. To rozwiązanie sprawdza się świetnie jako sowita obsypka dla mięs pieczonych i boczku pieczonego, czy dodatek do zup i sosów. 

12 września 2021

Pochwała drobnego ogrodnictwa

Był piękny, słoneczny i ciepły tydzień, taki wstępniak (oby nie zastępniak) polskiej złotej jesieni. Wilgotność zmalała, można było porąbać zalegające na podwórku drewno, pnie, stare deski tarcicowe i gałęziówkę i zwieźć je taczką w odpowiednie miejsca, gdzie ułożyłam je w ścianki. Czekają jeszcze konary klonowe i dębowe, które złamały się w zimie na kaczym dołku, częściowo same, a częściowo wycięte przez Anię piłą. Mimo, że ścianki w pełni zajęte, obie drewutnie i pod balkonami też ciasno, Anna ciśnie, aby jeszcze drewno z działki leśnej zwieźć. Dawno je tam czyści, zbiera i segreguje, czas najwyższy na zwózkę. Jakieś takie przeczucie obie mamy, patrząc na wcześnie zwijającą się przyrodę i ptactwo, że zima przyjdzie wcześniej niż zwykle i może być śnieżna i długa. Warto mieć większy zapas w razie czego.

Na szczęście kuchnia już naprawiona, grzeje jak trzeba, woda gorąca, ścianka na noc nagrzana ociepla mieszkanie dostatecznie o tej średnio chłodnej porze. Przy okazji pozwalając suszyć pranie.

Poza tym trwają jeszcze prace ogródkowe. 

Na obrazku malachitowa szkatułka, zielona w środku. Bardzo smaczna i mięsista, przede wszystkim do sałatek. 

Jest też, równie pyszna, o ile nie pyszniejsza w smaku inna odmiana.

Zwie się Ruski kozak.

Zaraza wdała się jednak w końcu w pomidory i duża część krzaków została wyrwana i zakompostowana w dole w zabezpieczony sposób. W to miejsce posiana została rzodkiewka, szpinak i pakczoj, może uda się jeszcze coś zyskać od ziemi. Ostatnie owoce pomidorów, głównie najodporniejszych koktajlowych różnej barwy właśnie przerabiam na soki i kiszonki. Mimo wszystko zbiór butelek jest pokaźny i liczniejszy niż w zeszłym roku. Więc nie ma przegranej, zwłaszcza, że część zbiorów udawało się pchnąć do klientów i trochę na nich zarobić.


Powyższe owocki Purpurowego cayenne jeszcze rosną i dzielnie nabierają mocno ostrego smaku.


Inne są łagodniejsze. Np. spiczasta z Biedry. :)


A jeszcze inne potrafią podstępnie zaskoczyć wyraźnym smakiem. Jednym słowem czekają jeszcze papryki do późniejszego zbioru. I ich przerób na sosy paprykowe.

Kozy odbyły ruję, acz nie wszystkie i chłopaki stacjonują w pełnym pogotowiu. Mleka jest całkiem sporo, jakieś 9-10 litrów dziennie, które systematycznie zamieniam w różne sery i serki. To też wartościowy zapas białka na dłuższy czas.

Dzisiaj zaś zaczęły się zbiory dyni. Nie ma już niestety na co czekać, bo przymrozki zwarzyły skutecznie dorodne liście i kwiaty dyniowe, które sczerniały i zmarniały w oczach. Jak na razie zjechały na pace te wyrosłe na wałach słomianych koło tunelu. Jest ich jeszcze trochę w innych miejscach, Niezbyt są pokaźne w ogólności. Bywały lepsze lata. Wiosna była chłodna, potem zbytnie upały, teraz deszcze. Ale zawsze cieszy to, co się udało. Dynia, zamiast ziemniaków, to dla nas ważny stały pokarm warzywny w zimie. Korzystamy z niego zarówno my jak zwierzęta. 

6 września 2021

Ostra zupa z pomidorów i papryki

Pogoda rozjaśniła się, jest słonecznie w ciągu dnia, choć rześko z rana i pod wieczór. Mała fala (falka?) przymrozku zwarzyła nieco liści dyniowych w obu ogródkach, poczerniały z brzegów od zachodu skąd problem przyszedł, choć na szczęście nie zaszkodziło to wciąż jeszcze niedojrzałym owocom.

Znajomy rolnik zebrał ziemniaki, ale są bardzo soczyste od wody i pewnie będzie problem z przechowaniem. Pierwsze 2 i pół metra wylądowało w ziemiance, po przebrnięciu kolejnej już kontroli policyjnej na drodze wylotowej przy "wąskim pasie". Jeszcze drugie tyle do wzięcia.
Pogaduszki rolnicze to głównie narzekania. Na przykład ziarno i sadzeniaki kupione w Centrali Nasiennej okazały się bardzo złej jakości, nie dość że słabe to zarażone wszystkim co się da. Kiedyś tego nie bywało.

W naszych tunelach też pojawiła się zaraza na pomidorach, ale na razie wybiórczo w długim. Te z cieplicy trzeba było wyrwać. I z innych małych ostatnie ogórki zostały zebrane głównie na karmę dla kóz (bardzo je lubią) i jakieś ostatnie małosolne. 

Zbieram zioła. Kwiat krwawnika i wrotycz, glistnik i dziurawiec. Lubię mieć świeży zapas na kolejny rok. Muszę przyznać, że herbatki z udziałem glistnika i dziurawca dały poprawę w objawach kamicy, na którą od lat co rusz narzekam. 

Bateria pomidorowych soków gotowa na zimę. Brakuje już butelek. Po raz pierwszy spróbowałam kiszonych pomidorów. Najpierw nieduży słoiczek koktajlowych zalany świeżo wytłoczonym sokiem pomidorowym z dodatkiem soli. Po tygodniu posłużyły do zupy. Ten dzień wybił dzisiaj. I oto jak sobie z zupą poradziłam, mając różne inne dodatki prosto z ogródka. Wyszła pyszna, ostra, kwaśnawa, smaczna i pożywna. Polecam!

Zupa pomidorowo-paprykowa

Składniki:
Wkładka mięsna w postaci kawałka tłustej kości, u mnie sprawdziły się żeberka koźlęce w tej roli.
Słoiczek kwaszonych pomidorów koktajlowych w pomidorowej zalewie.
3 dojrzałe spore słodkie pomidory
1 mała ostra papryczka
2 większe czerwone słodkie papryki
Garść świeżych kurek z lasu
Warzywa: cebula, tarta marchew, seler, krojona dynia lub cukinia.
5 łyżek ryżu.
Przyprawy: świeże liście lubczyku, selera naciowego, nać pietruszki, 2-3 listki mięty, gałązka tymianku. Oraz klasycznie: płaska łyżka soli, kilka ziaren pieprzu czarnego, ziela angielskiego, liść laurowy.

Wykonanie:
Wziąć garnek 3-litrowy, na początek wrzucić kość, zalać wodą na tyle aby ją zakryć, posolić (pamiętając, że kwaszone pomidory będą nieco słone), dodać ziela i pieprzu, liść laurowy i zacząć gotować. Potem wrzucamy kolejno warzywa, które najdłużej się gotują, czyli seler, marchew i pietruszkę. Następnie pokrojone papryki, cebulę i grzyby. Dodajemy krojoną dynię lub cukinię oraz pokrojone słodkie pomidory wcześniej obrane ze skórki. Wreszcie ryż, aby nabrzmiał i zmiękł. Dopiero na koniec, gdy już wszystko jest miękkie i rozgotowane dodajemy kwaszone pomidory. Wcześniej przetarłszy je na sitku, aby rozebrać je ze skórki. Wlewamy miąższ wraz z kwaśnym sokiem, w którym się kisiły. I gotujemy jeszcze chwilę. Można uzupełnić ilość zupy wodą, gdyby okazała się zbyt gęsta lub pikantna oraz dodać odrobinę cukru, gdyby była jednak zbyt kwaśna. Na talerzu można polać zupę odrobiną dobrego oleju z zimnego tłoczenia i posypać siekaną nacią pietruszki.

Gdy papryczka była rzeczywiście ostra, przygotujmy się na mocne wrażenia smakowe. Super!

Porcja obiadowa dla 4 osób, dla dwóch na dwa dni, dla jednej na cztery.

3 września 2021

Uszczelnianie

Czas biegnie niezauważalnie. Wciągnęło mnie tłumaczenie znalezionego w sieci kolejnego almanachu Nostradamusa (o naszych czasach) oprócz wykonywania codziennych obowiązków. Czekam też ciągle na zdjęcia z telefonu, aby wpis ubarwić. Domowniczka jednak ma jeszcze mniej chwil wolnych, aby to zrobić, a nawet już zrobione przesłać na komputer. Gdy już wieczór nadejdzie to trzeba przecież wiadomości z dnia sobie przekazać i omówić plany, potem w jakiś serial zajrzeć albo i nie, bo oczy same się kleją. I zaraz już jest ranek i wołanie: Ewa, wstawaj, już ósma! Wołaniu często towarzyszy miauczenie Maćka, który ode mnie domaga się śniadania. Przychodzi z dworu wcześniej i czeka cierpliwie aż otworzę oczy. Więc znowu baczność, stałe czynności ogarniające rzeczywistość własną i cudzą, czyli głównie zwierzęcą, szybkie śniadanie własne pośród nich, chwytanie w biegu wolnych przerw pośród zmiennych koniecznych zajęć, aby coś napisać, przeczytać, bo wieczorem już oczy nie te.

Sierpień zrobił się szybko chłodny i mokry. Przeplatany krótkimi wglądami słońca w naszą rzeczywistość, które witam zawsze z radością. Awaria cegiełki w piecu kuchennym sprawiła, że nie można go używać do czasu naprawy, zatem spora wilgotność w powietrzu i cieniu lasu sprawia, że pranie prawie nie schnie nawet w mieszkaniu. Słońce i lekki wiatr w ciągu dnia zatem mile witane. Mycie zrobiło się odtąd kłopotliwe, w zimnej wodzie albo podgrzanej w garnku. 

Na początku sierpnia odbył się u nas pokaz pieczenia chleba dla dziecięcej widowni z wakacyjnych półkolonii, która zjechała na rowerach na wioskę. Chyba to dla nich jakaś fajna zabawa, bo zwierzęta uatrakcyjniają im corocznie dość długie czekanie na rozgrzanie się pieca i wsadzenie ciasta.

Poza tym niewiele się dzieje. Czasem wpadnie Andriusza i pchamy roboty bardziej siłowe. Porąbał na drobniejsze kupkę grubego drewna, naprawił jako tako ogrodzenie w sadzie albo to i owo z mechanizmów, bo ma do tego smykałkę.

Kozy weszły w ruję, przynajmniej kilka z nich i trzeba było proces kontrolować, wachlując dwoma koziołkami tak, aby bezrogi przebywał tylko z rogatymi, a bezrogie z rogatym. 

Od dwóch dni wreszcie trwa wyczekiwana naprawa cegiełki i pieca. Trzeba było zdjąć płytę, wymontować zbiornik z paleniska, wyjąć przy tym trochę cegieł i kafli, spawaczo-zdun dopasował nowy zbiornik, pospawał to owo, hydraulik dokręcił, następnie trzeba wstawić wyjęte cegły i kafle, zalepić dziury. Przy okazji pomyślna wymiana baterii w łazience na nową też się uskuteczniła. Ważne sprawy.

Poza tym wokół dzieje się to, o czym wszyscy w Polsce słyszeli. Mianowicie rząd oddzielił sąsiednie wioski wzdłuż granicy, wyznaczając w nich stan wyjątkowy. Niby nic się nie dzieje specjalnego, ale każdy wyczekuje nie wiadomo czego. Policja i służba graniczna wzmogły kontrole na drogach, mowa jest o koniecznych przepustkach dla stałych mieszkańców okolic, aby znaleźć się legalnie w oddzielonym "wąskim pasie przygranicznym", ale na razie tylko mowa. I tyle. Turystyka z pewnością znów dostała kopa finansowego. Na szczęście wycofałyśmy się z niej już kilka lat temu, uznawszy że bawienie gości z miasta to nie nasza bajka, ale są tacy przecież, którzy z tego żyją. Świat się zmienia, życie utrudnia, ludzie spodziewają się pogorszenia, a nie polepszenia, strzygą uszami. I słusznie. Choć wciąż wielu takich, którzy żyją z dnia na dzień, bez myślenia o ewentualnych trudnościach. Jak choćby taki Andrij czy Iwanek. Wciąż uczę się tej sztuki, pustości umysłu, nieprzywiązywania się do rzeczy, spraw, warunków, zależności, planów i obaw. I ponoć robię postępy. 

12 sierpnia 2021

Zbieranie

Trwa przetwarzanie, choć przystopowało nieco, bo pomidor jeszcze się nie rozpędził. Chłodne noce, rześkie wieczory i poranki, nawet mimo czasem wysokiej temperatury i słonecznych dni, spowolniły dojrzewanie. Zbieramy kilkukilogramowy kubełek co kilka dni i przerabiamy go na sok. Zagotowuję urobek z dodatkiem łyżki soli i dużą szczyptą pieprzu cayenne i butelkuję na gorąco. Niepostrzeżenie rośnie zapas.

Za to są grzyby. Kurki ciągle dobrze w skupie stoją. Prawdziwki się zaczęły, ale skupy nie są zainteresowane, nisko je cenią albo wręcz nie skupują. Więc tylko dla prywatnych pasjonatów stanowią wartość samą w sobie i bezcenną. Anna wyskakuje codziennie do lasu za domem i gadając sobie przez telefon ze znajomymi zbiera żniwo. Nawet zarobiła już ponad stówkę, bo już dawno nam się zjadanie znudziło. Ot, dorzucę garść kurek do zupy czy sosu, ale ile można?

Prawdziwki wymagają palenia w piecu i suszenia. Przydadzą się, oczywiście. Mimo, że wciąż mam pewien zapas z poprzedniego roku. Wszystko dzieje się z czasem, swoim własnym tempem. Jednak kurki ciągle jeszcze dominują.


Po ogórkach, które wylądowały w słojach i butlach, tudzież kamionce, na stole zagościła cukinia, którą staram się używać do wszystkiego, co się da. I czerwone buraki. 
Następna w kolejce jest dynia, która dopiero przyrasta. Ma jeszcze czas. Kwitnie, wielkimi liśćmi osłania kwiaty i owoce, dając przystań pszczołom i trzmielom. Nawet w porze dżdżystej, gdy znajdują schronienie pod jej baldachami.


Powyższe i poniższe zdjęcie pochodzi z ogródka permakulturowego, który 1) mało żyzny jest, 2) podlewany naturalnie deszczem, 3) roślinność musi walczyć z trawą, która jest tak szybka, że nie sposób jest nam z nią w porę wygrać. Może zatem całość nie jest jakoś bardzo dorodna, ale jest.


Zobaczymy co dalej. Czekać i wierzyć trzeba.

7 sierpnia 2021

Pora na pomidora

Ochłodzenie przyszło wraz ze zlewnymi deszczami, na szczęście krótkimi, ale także częstymi, zwłaszcza nocą. Ci co nie skosili jeszcze zboża mają zagwozdkę. Zbyt mokre jest, aby kombajnować. Chłód w ciągu dnia, mało słońca, wielkie poranne rosy po deszczach nie pomagają, a dodają problemu. 

Sezon ogórkowy się skończył. Ostatnie krzaczki wyrwane lądują na kompoście. Zapasy zrobione. Teraz pora na pomidora. W większości jeszcze zielony lub ledwie czerwony, ale co kilka dni trzeba zerwać trochę owocu, choćby w obawie, że trafi w całości do wścibskich kurzych dziobów. Bowiem czikeny, nie w swojej masie, ale dwa czy trzy wypenetrowały jak i gdzie i co, i codziennie, gdy tylko nasz wzrok skupi się na czymś innym sprawdzają smakowitość i dojrzałość owoców. Tu dziobnie, tam dziobnie, siam wpałaszuje prawie całego. Problem jest. Trzeba by firany zawiesić w wejściach do tuneli, ale nie ma na to czasu. Wciąż coś.

Zbieram te naddziobane, okrawam, okrawki idą do kurzej karmy, a resztę zjadamy w leczo albo zapiekance. Z pomidorami jest dokładnie tak jak z serami. Kura bezbłędnie trafia na najsmaczniejsze okazy, jak mysz na najlepsze serki. To znawcy tematu gębowego.

Czyli zielone zamieniło się na czerwone.

W różnych gatunkach smakowych, wielkościach i odcieniach barwy zasadniczej. Tego nie znajdziecie w sklepach.

1 sierpnia 2021

Zielone i pierzaste

Pora pokazać to i owo. Ogródkowa zieloność bowiem osiągnęła swoje maksymalne rozmiary. I plony zaczęły się i trwają stosownie do gatunków.

Stopniowo krzaczki ogórków idą precz, w zamian Anna wysadziła trochę sadzonek pomidora, które trzymała do tej pory w pojemnikach na tarasie oraz kapustę pekińską. Posiejemy jeszcze rzodkiewkę, dojrzeje papryka i będzie na zimowy zapas kim-ći.

Popatrzcie jak się całokształt (na wstępie) prezentuje w tunelu.

I w przydomowej małej cieplicy. Pomidory jeszcze przeważnie zielone, ale niektóre już czerwone lądują na talerzu. Wczoraj zaś zapakowałam sokiem pomidorowym 8 buteleczek. Tak na dobry początek.

W pobliżu zaś w ogródku zielono. Płoży się cukinia i dynia. Cukinia służy już do obiadów, leczo i zapiekanek. Krzewy porzeczkowe przy płocie są już oberwane z owoców. Czerwonych, czarnych i białych. Powstał duży zapas galaretek, dżemów i doroczny gąsior wina także został nastawiony. Przyjemnie bąbelkuje.


Ogródka pilnuje stale Pasza, cięta na drób, który lubi się tu zabłąkać nieprzypadkowo. Ptaszyska boją się jej panicznie i zawsze w te pędy z wrzaskiem uciekają. Jak widać, trochę kwiatów też jest ku ozdobie życia codziennego i domostwa.


Gdy jestem przy zwierzynie, to pokazuję jak kaczuszki nabrały rozmiarów. Mają już piórka i nieco mniejsze przez to apetyty. Z czarnych plamek na głowie wnioskuję, że większość to francuska rasa. Jedynie kak się wyrodził, jest dorodny i wciąż je za trzech, rosnąc w oczach.


Niby mniej pracy dla gospodyni z karmieniem, ale w zamian rosną już kurczęta, prowadzane przez nader troskliwą drugą induszkę. Więc pracy nie ubywa.


Wręcz jesteśmy w samym środku jej toku tuż przed wezbraniem fali przypływu kolejnych owocowań.

30 lipca 2021

Sezon w pełni

Upały wracają, potem znów się cofają, czasem zwleka się powolna burza i rzęsiście leje, najczęściej nocą, od czego poranki są wilgotne i nierzadko całkiem rześkie, przez co daje się żyć, trwać. 

Tymczasem prace nabrały swojego tempa. Oprócz tych zwyczajnych codziennych (troska o zwierzęta). Dla mnie jest to przetwórstwo plonów, dla Anny dbałość o nie, pielęgnacja, podlewanie i zbieranie. Ogórki są na ukończeniu, ale jak dla mnie - końca nie widać. Choć ponoć tuż tuż. Powstało dużo kiszonych, konserwowych, sałatek w zalewie takiej i śmakiej, nawet tarte gotowce do zupy ogórkowej. Nie chce mi się liczyć słoików, pojemników i kilogramów, które na to poszły. W marynatach sprawdza się dwuletni ocet domowy z jabłek. Na bieżąco zjadają świeże ogóry - ptaki i kozy. Czasem ktoś kupi, ale jakoś nie mamy talentu do handlowania. Może za uczciwe jesteśmy? Jeśli ktoś spyta to raczej z ciekawości, aby pewnie sobie poplotkować w swojskim gronie, i tyle.

Jasnowidze wieszczą kryzys i głód, będzie jak znalazł w razie czego.

Z wolna zaczynają się pomidory. Kolejne wyzwanie, jeśli chodzi o przetwory. Zeszłoroczny zapas pomidorowego soku wyszedł dopiero niedawno, służąc mi wiernie prawie rok do zup, sosów i drinków. Tym razem pewnie będzie go więcej. Ale przetrwał dobrze i niewiele było ubytków, spowodowanych nieszczelnością butelki.

W gruncie cukinie nabrały rozmiarów i w dużej części zostały zerwane. Dynie ładnie przybierają od ciepła i deszczów, których jest w sam raz. W przeciwieństwie do tego, co wyprawia się na świecie.

Wczoraj przyrządziłam pierwsze leczo tegoroczne, z owej cukinii, pomidorów, cebuli i zeszłorocznej suszonej papryki i sosu paprykowego. Z dodatkiem kurek przyniesionych rano z lasu opodal.

26 lipca 2021

Ptasia mowa

W dniach 23-25 tego miesiąca mieliśmy w gminie doroczny festiwal muzyki folkowej, który odbył się mimo wszystko, radując ludzi i stałych przyjezdnych gości, którzy są w nim osadzeni od lat ponad dwóch dziesiątek. Nie odwiedziłam osobiście żadnego występu z różnych racji, choć nie ze strachu przed dżumą. Za to Anna spędziła tam całe godziny i dnie, współprowadząc warsztaty ceramiczne i swój kramik z wyrobami z gliny i nie tylko. Jerzy nocował u nas, jak zwyczajnie, więc miałam możliwość zażyć nieco atmosfery imprezy i pogadać o świecie w sposób jaki lubię, poza systemowy (nie jestem anty, ale trochę spoza i trochę sponad). Wpadła także na godzinkę znajoma Ślązaczka, bywała co roku o tej porze, aby wypić piwo bezalkoholowe na altanie i wymienić niusy życiowe. A poza tym karmiłam zwierzynę, gotowałam i przetwarzałam jak zawsze, urozmaicając sobie wolne chwile tłumaczeniem almanachu Nostradamusa na zmianę z podsłuchiwaniem na live koncertu ze sceny gminnej.

Dlatego zapiszę tu ważniejszą historię, jaka zapadła mi w serce i działa się mniej więcej równolegle. Zacznę od tego, że w tym roku drobnych ptaków różnych gatunków zrobiło się wokół mnie jakoś więcej. Od wiosny przepięknie śpiewały i fruwały w kątach widzenia niemal wszędzie. Myślę, że to wynik wykraczającej poza normy przyrody betonozy polskiej, ale i zapewne ogólnych zmian klimatycznych, które owe stworzenia przeczuwają, szukając spokojnych i bezpieczniejszych dla siebie terenów na wylęgi, jakie najwyraźniej się kurczą. Bywało, że pod dachem tarasu wił sobie gniazdko jakiś ptaszek, przeważnie była to makolągwa albo rudzik. W tym roku zrobił to kopciuszek. I to tuż nad oknem, przy którym siedzę zawsze przy komputerze. Zatem, gdy jest uchylone w ciepły czas prawie stale słyszałam wciąż to, co dzieje się u drobniutkiej sąsiadeczki.
Kopciuszek w pewnym momencie zaczął być charakterystycznie słyszalny, okazało się, że karmi swoje narodzone świeżo pisklątko. Maluch wydawał głośne wołania, a potem radosne odgłosy, gdy matka przylatywała z jakimś smacznym kąskiem. Ptak szybko nauczył się spokoju na mój widok, gdy często wychodziłam na taras za tym czy owym. Odfruwał na śliwę obok rosnącą i spokojnie czekał, aż przejdę. Bał się jedynie kota, co od razu poznawałam po wzmożonych okrzykach ostrzegawczych i niespokojnym furkotaniu.
Kot zaś jest o tej porze roku częstym tarasowcem, w nocy i w dzień, rzadko idąc w dalszą drogę albo przesiadując towarzysko w mieszkaniu. Wychodziłam natychmiast i pacyfikowałam Maćka, zabierając go do domu albo wyganiając w dalsze rejony obejścia. Kocur jest spokojnym sporadycznym łowcą mysz, karmionym w domu, a moimi ptakami, które co roku hoduję od pisklaczka nie interesuje się pod kątem łownym wcale. Uznał zapewne w całej swej wrodzonej uprzejmości, że są moje i nie ma do nich prawa łownego. Kopciuszek, jak zaobserwowałam, również podlegał pode mnie, a nie jego widzimisię.
Maciej jednak w zamian bardzo lubi przebywać godzinami w pobliżu owych moich ptasząt, czy to kurcząt, indycząt czy kacząt, kryjąc się gdzieś w pobliżu pod krzaczkiem i słuchając ich spanikowanych rozmów ze sobą ze spokojem drzemiącego lwa. I tym sposobem nie raz napędził mamie kopciuszycy stracha. Ja też miałam obawy, bo zwierzętom wierzyć do końca nie należy, mają jednak instynkt, który nimi zarządza, zatem czuwałam, wiedząc, że zbliża się moment, gdy młode wyfrunie z gniazda. Mogło wtedy łatwo wpaść w zęby kota. Zapewne i mama kopciuszek była tego świadoma, bo z dnia na dzień robiła się bardziej nerwowa. 

Zbliżała się pełnia. Spodziewałam się, że wtedy sprawy się rozstrzygną. 

Tymczasem działa się jeszcze jedna historia w tle. Z tajemniczym cichym drapieżnikiem porywającym i kasującym podrośnięte kurczaki, które kręciły się tuż przy płocie w ciągu dnia. Jednego z nich padłego znalazłam w kupie niesprzątniętych jeszcze gałęzi akacjowych, zamordowanego i zostawionego sobie na później. Domyślamy się, że jest to kuna, która zamieszkała gdzieś w pobliżu, może na strychu paszarni. W gospodarstwie jest dużo myszy, więc pełni rolę naturalnego wroga gryzoni, ale przy okazji - jak widać - bywa groźna inaczej.
W noc przed pełnią, gdy martwiłam się o kopciuszczę bardziej niż zwykle, przeczuwając wylot z gniazda i pierwsze niezdarne obloty, nagle na tarasie zrobił się mały raban. Najpierw rozkrzyczała się w gnieździe nad oknem mama ptaszka. Po czym rozległ się bojowy okrzyk, czy raczej groźny ostrzegawczy syk Kocieja Macieja. Który wziął i przepędził skradającą się kunę na terytorium sobie podległym. Być może ratując tym samym ptaki przed wybraniem z gniazda. 

Następnego dnia, jak przewidziałam byłam, napotkałam kopciuszczę w trawie po drugiej stronie drogi. Uciekło przede mną, oczywiście pozostawiłam je, wierząc, że matka jest gdzieś w pobliżu i czuwa nad niezdarą. Nasłuchiwałam czy nie usłyszę charakterystycznego ćwierku przy domu. Daremnie. Jednak po obrządku wieczornym, gdy wracałam pustym już podwórkiem, coś mnie nagle zawołało siedzące nad wejściem do ziemianki. Maleństwo! Najwyraźniej przyleciało się pokazać. Fruwało już zręcznie samodzielnie. Pogadaliśmy chwilkę (znało dobrze mój głos, bo zawsze przemawiałam do nich wychodząc na taras) i uspokoiłam się. 

Następnego dnia młodziutkie ptaszę siedziało na poręczy altany, gdy przyszłam do porannego obrządku. Przywitało się, wyraźnie ucieszone. I po chwili odfrunęło. Już go nie widuję, ale wierzę, że daje sobie radę. 

15 lipca 2021

Upalny surwiwal

Trwają 32 i 35-stopniowe upały (w słońcu temperatura po południu sięga 40 stopni), ze śladową ilością zachmurzeń lub deszczyku. W Polsce zaś nawałnice, grad, wichury i trąby powietrzne zrywające dachy i wyrywające drzewa z korzeniami, podtopienia ulic i miast podczas ulew. Codziennie jest cieplej w domu, bo rozgrzane noce nie dają dostatecznej ochłody w mieszkaniu. Było 23, potem 24, dziś 25 stopni w kuchni. Czyli robi się coraz nieznośniej.
Myję się w zimnej wodzie, bo nie chcę palić pod płytą, aby nie dodawać temperatury. Gotuję na maszynce elektrycznej. Pan z elektrowni zbadał niedawno licznik i stwierdził, że mamy nawet lekką nadwyżkę w produkcji prądu z paneli słonecznych, więc jest darmowy.
Kozy pasą się kilka godzin przed południem, potem trochę na dołku w cieniu klonów i grabów, po czym lądują w oborze na sianie i owsie do końca dnia. Nawet nie ma jakiejś zastraszającej ilości owadów, jest trochę dokuczliwych gzów i krwiopijczych much, ślepaków o wiele mniej niż zazwyczaj co roku i są dużo mniejsze. Muchy mnożą się powoli, komary zanikły zupełnie. Ptaki kryją się w cieniu i wychodzą dopiero późnym popołudniem, zmęczone, z otwartymi dziobami i rozchylonymi skrzydłami dla ochłody, choć zawsze mają świeżą zimną wodę w naczyniach w różnych miejscach podwórza porozstawianą.
Ogórki plonują, Anna zbiera po kilkanaście kilogramów co 2 dni. Wstaje wtedy o świcie i pracuje pilnie, gdy jeszcze daje się wejść do tunelu. W większości je sprzedajemy umówionym wcześniej klientom (można się umawiać np. mejlowo – adres w profilu tego bloga - nawiasem mówiąc), niekiedy z dowozem nawet, gdy blisko, świeże prosto z krzaka. Takie najlepsze na przetwory. Nasze są niczym niepryskane, na naturalnym nawozie i podlewane nagrzaną w zbiorniku wodą. Sama zrobiłam już ponad 20 słoików krojonych ogórków w zalewie słodko-kwaśnej, 10 słoików marynowanych i zakisiłam dwa 5-litrowe pojemniki. Pewnie będzie tego dużo więcej. Spasteryzowane wylądowały szybko w chłodzie ziemianki i w piwniczce domowej, aby nadmiernej fermentacji zapobiec. Wychodzą twarde, chrupiące, jak trzeba, żadnych kapci.
Sery podpuszczkowe płyną (właściwie rosną pod wpływem mnożących się drożdżowych bakterii), jak zawsze, gdy robi się cieplej ponad 24 stopnie w pomieszczeniu. Przeszłam więc na twarogi, zresztą idą dobrze, bo młodzież ptasia sporo tego je, my także lubimy kluski leniwe albo sernik, a poza tym kozy, jedząc mniej trawy dają mniej mleka, z siana i owsa mleka nie ukręcisz. Choć dokarmiam je krojonymi ogórkami dla orzeźwienia.
Sama ulubiłam sobie zjeść codziennie mizerię ze świeżego ogórka ze śmietanką kozią i koperkiem, zaprawianą cukrem i octem jabłkowym lub porzeczkowym. Albo kubek zimnego domowego jogurtu z dodatkiem słodkiej porzeczkowej galaretki albo innego dżemu z lat przeszłych.
Nastawione zostało wino na suszonych kwiatach bzu.
I odkryłam w necie almanach Nostradamusa, którego nie znam, więc zabrałam się w wolnych chwilach do pracy translatorskiej. Pozwala zapomnieć o upale. Do tego od czasu do czasu miewam webinary astrologiczne, brać astrologów polskich i niepolskich uwielbia wykładać i uczyć się nawzajem od siebie, ma też wielu ciekawskich i chętnych do nauki czy rozważań słuchaczy. Jak ja, nie przymierzając.

7 lipca 2021

Zrębki i inne drobiazgi

Powoli zaczyna grzać. Niemniej dynia dostała deszczu i zaczyna pędy puszczać w ogródku permakulturowym (gdzie nie ma podlewania). Anna spieszy się z wykoszeniem trawska wokół, bo potem nie da się wejść ze sprzętem, aby nie uszkodzić kwiatu.

Póki co kolejny, acz pierwszy maluczki zbiór. Tym razem bobu. Szykują się też czerwone porzeczki do zbioru.

W przydomowym ogródeczku cukinia nabrała już sporych rozmiarów.

Poza tym czeka do przerobienia kupa chrustu na podwórzu zebrana z gałęzi, które ogryzały kozy wczesną wiosną. Częściowo palę nimi pod płytą, ale w gorące dnie darowuję sobie tę czynność, aby domu niepotrzebnie nie nagrzewać. Korzystam wtedy z elektrycznej kuchenki. W tym wypadku pozwalamy sobie na to szaleństwo, bo panele słoneczne zaczęły produkować prąd i trzeba go używać. 

Brzozowe i czeremchowe gałęzie Anna przepuszcza przez rębak i robi z nich zrębki, które wykorzystamy do podsypania niektórych roślin.

Taki zabieg świetnie zabezpiecza glebę przed nadmiernym wysychaniem oraz chroni przed chwastami.

2 lipca 2021

Sezon ogórkowy rozpędza się!

Urobek dzienny. Świeżutkie, prosto z krzaka. Marzenie smakosza. Ponieważ ochłodziło się i deszczy można spędzić więcej czasu w tunelu w ciągu dnia i podgonić zaległości.

Nastawiam kolejną partię małosolnych. A do obiadu znowu mizeria. Z tartych ogórasków lekko posolonych, z dodatkiem śmietanki zdjętej z mleka koziego i zakwaszonej kilkoma łyżkami koziego jogurtu, z pieprzem, łyżeczką octu jabłkowego i łyżeczką cukru.

Koper na dokładkę. Takoż dodaję do wszystkiego, co się da pokoperkować lub zakwasić. Jutro z dzisiejszych dodatkowych zbiorów leśnych będzie sos kurkowo-koperkowy.