3 marca 2021

Złamane drzewa

Mars wychodzący z ziemskiego znaku Byka na pożegnanie zatrząsł dzisiaj Grecją i Dalmacją. U mnie w rodzinie też trochę się niedawno zatrzęsło, bośmy pochowali mego kuzyna i jego żonę, przywiezionych w glinianych urnach z dalekiej Anglii, gdzie zaraza była ich dopadła w przedziale trzech miesięcy od siebie. Co prawda jedno chorowało ciężko na długotrwałą chorobę, więc wirus przyspieszył tylko sprawy, a drugie było w okresie smutku po śmierci małżonka, więc w psychicznym osłabieniu, ale zawsze jednak kosiarz machnął nam kosą przed nosem i przed czasem, bo oboje byli 50 plus i minus. I naprawdę nikt się nie spodziewał takiego obrotu rzeczy.
Hm, właśnie przypomniało mi się, jak żeśmy z kuzynem w dalekiej młodości filmem "Kosiarz umysłów" się fascynowali, oglądanym na kolorowym ekranie potężnego ruskiego "Rubina" po wielekroć (jak i pierwszą mityczną wersją "Klasztoru Shaolin", której w internecie nie znajdziesz). Ech, było minęło. Czas ucieka, czas nie stoi, zegar czasu też się boi...

Trwam na diecie i cierpliwej kuracji ziołowej, do której wczoraj dodałam jeszcze ćwiczenia Qiqong. Które uprawiałam dotąd niesystematycznie i zrywami, ale teraz to już właściwie mus. Zauważam po zimie negatywne efekty długiego wysiadywania przy komputerze i w ciemnościach (sztuczne światło to też ciemności) i dla trawienia i dla oczu, i dla mięśni i stawów, no, i ogólnego samopoczucia, zatem nie ma to tamto. Trzeba wziąć się za siebie. 

Tak między nami to uwielbiam te ćwiczenia, powolne, skupione, w rytm oddechu, robione na tarasie lub w ogródku pod drzewami przy domu na świeżym powietrzu, rano i wieczorem. Czuję się po nich zharmonizowana, wyciszona, dotleniona i lepiej śpię. Moją mistrzynią jest starsza pani Judy Young, Chinka, która wykonuje je na sposób bardzo mnie pociągający, spokojny, skoncentrowany, w głębokim połączeniu z naturą. Tak mi się marzy jakaś grupa ćwiczących systematycznie choćby w naszym domu kultury, ale niestety, nie ma w pobliżu nikogo wprawionego w qiqong, ani w tai-chi, kto by taką grupę mógł poprowadzić. Jest jedynie hatha joga, która odpada dla osób z wielowiekowymi zastoinami w stawach i mięśniach czy deformacjami kręgosłupa. Póki co zatem ćwiczę sama, rzadko Annę wyciągając do spółki, ale ona twierdzi, że jest już dostatecznie wyćwiczona pracą fizyczną na roli i nie czuje potrzeby.

Dzisiaj wyszłyśmy komisyjnie na dwór (do tej pory Anna robiła to samotnie) ruszyć sprawy wiosny. To znaczy wczoraj był wstępny obchód włości, dziś pierwsze prace, w które wdrażamy się jeszcze na spokojnie. Śnieg zszedł już praktycznie wszędzie, pozostając w niewielkich kopczykach na podwórku od strony północnej. 

Odsłoniła się gałęziówka do cięcia. I do układania na wyczerpanej w zimie ścianie paszarni. Nad czym trochę się potrudziłam, wożąc pocięte kawałki drewna taczką i czyniąc z nich kolejną ściankę. Drewno energetyczne, bo głównie dębowe i trochę czeremchowe, dobre do grzania.

Po czym trafiłyśmy do sadu. Wywiozłam zeszłoroczne badyle papryki na kompost, a Anna rozpoczęła walkę ze złamaną jabłonią, tnąc ją piłą z wprawą drwala, którą zdobyła już dawniej przy pracach na działce leśnej. Sprawa jest dłuższa i wymaga kilku podejść z różnych stron, ostrożności przy tym, aby przypadkiem nie zwalić na siebie osuwającego się ciężkiego pnia. Na razie wyczyszczona połowa tak się prezentuje...

Jest jeszcze jedna jabłoń do wycinki, częściowo złamana wysoka kosztel. I tyle, co się tyczy sadu. Dwa inne duże drzewa sosnowe złamane od strony drogi na kaczym dołku muszą poczekać na fachowców, bo same sobie nie poradzimy. Chcąc nie chcąc zapasy grzewcze zwiększają się samoistnie, nawet bez tych pozyskiwanych w okolicznym lesie.
Śnieg odsłonił także roślinność tunelową, która przeżyła mrozy. Przynajmniej w warstwie korzenia i głównych łodyg. Na zdjęciu poniżej burak czerwony liściasty, to zielone to pekinka, trochę jarmużu. Nieco dalej poziomki wystają spośród zieleniącej się trawki.

Poza tym trwają gody indycze. Pulcheria niesie się już od dawna i systematycznie składa jaja. Kury to samo. Koguty pieją, indor Zdzicho gulgocze, gąsior Balbin głośno skrzeczy, psy szczekają. Jak to na wsi, nigdy nie ma nudy na dworze. 

I nareszcie inauguracja wykotów się odbyła! Mars wchodzi w znak Bliźniąt, mnożąc potomstwo. Jak na razie pierwszy czarny koziołek, bezrogi, w typie dziadka tonnenburga wypadł Maryśce spod ogona. I dostał miano Bambo.

22 lutego 2021

Piaskowe zatrudnienia

 I doczekaliśmy. Ogłaszały jej bliskość ptaszki radośnie ćwierkające w sadzie o poranku jeszcze w trakcie niedawnych silnych mrozów. Samo ćwierkanie potrafi rozjaśnić serce i nastrój, podobnie do słońca operującego sponad chmur i generującego wreszcie prąd za pośrednictwem paneli na dachu obory. 

Od wczoraj jest już ciepło, powyżej zera w dzień, i słonecznie. Ptactwo w siódmym niebie. Balbiny kąpią się w śniegu, Pulcia wyjada piasek ukazujący się miejscami, choć już zakończyła pierwszą serię znoszenia jaj, drób myje nogi w rozwodnionym śniegu, utytłane grzebaniem w kurnikowej podściółce zamiast w ziemi i także z ulgą odnajduje piaskowe zasilenie. Potrzebuje tego do lepszego trawienia, ale i lepszego utwardzenia skorupek jaj.

Ja zaś od prawie dekady wzięłam się porządnie za siebie. Nie ma co odkładać na później. Pojawiające się dodatkowe alergie są sygnałem, że sprawa wymaga większej uwagi i staranności. Wielki Post jest do tego świetną okazją. Aby oczyścić wątrobę ze złogów, kamieni i piasku, niestrawionych przez lata trucizn i zbytecznych obciążeń. 

Nie jest dla mnie uciążliwy, bo właściwie jestem na diecie od dawna, jedynie ją uściśliłam. Zrezygnowałam z tłuszczy, jem 3 posiłki dziennie, przeważnie jest to warzywna zupa bądź pieczone warzywa. A do tego piję dwa rodzaje naparów ziołowych plus jabłkowy sok rozcieńczany wodą. Jeden to mieszanka ziół regulujących wydzielanie żółci, z którą mam od dawna problem, drugi to herbata ziołowa na poprawę pracy trzustki. Niekiedy do użytku dochodzi gorzka sól wieczorem, gdy trzeba uporać się z większym bagażem. Jednym słowem wyrzucam z siebie kamienie i piasek. Potrzebne jest do tego także odpowiednie nastawienie, bowiem kamienie nie wzięły się znikąd. To praca pokoleń mojego rodu, tak z męskiej jak żeńskiej linii, czyli ciężkie życie i pamięć przodków. Które jako dziecko przechwyciłam i włączyłam w swój tryb reakcji również na zasadzie telepatycznej i empatycznej. 

Jaka jest na to rada? Pewnie niektórzy uśmiechną się i pomyślą: na starość ludzie głupieją, albo dziwaczeją, albo dewocieją. Jednak jeśli jakiś sposób działa i pomaga także na planie podświadomości coś zmienić, to czemu go nie stosować?
Otóż często, najlepiej podczas bezsennych części nocy, odmawiam modlitwy za zmarłych przodków do najdalszego pokolenia wstecz. Z tego przychodzą sny, gdy spotykam się z nimi, widzę swoje dolegliwości, czuję ich dawne problemy, emocje, które je spowodowały i ciągną się w moim ciele nadal. I oni są wdzięczni za to, że ich uwalniam od tamtego nierozwiązanego ciężaru, bo również i im, tam gdzie wylądowały ich cienie, staje się lżej, gdy wiedzą, iż sobie z tym radzę, że to przepracowuję, to, z czym sami sobie nie poradzili, co ich zabiło. Jako gałązka z tego samego pnia drzewa, która jeszcze wypuszcza liście i sprawia, że drzewo żyje, pamięta, zieleni się i zrzuca liście, rośnie, trwa. Świadomość potrafi wiele uzdrowić. Właśnie to robię, nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Każda pojedyncza istota jest fragmentem całości, odbiciem całości, zatem i całość może zyskać dzięki niej. Wchodzę w wiek wstępnej starości, a starość pomaga rodzinie, także tej żyjącej - na inny sposób, jakże niedoceniany teraz! 

Dodatkowo witaminy D3 i A+E, suplementacja jodu, patrzenie zamkniętymi oczami i trzecim okiem w słońce na niebie, i humor się poprawia, myśli płyną jasno i w najlepszą stronę. Nie traćmy ducha. Duch jest i będzie z nami, naszym stałym wiernym pomocnikiem.

9 lutego 2021

Odśnieżanie

Przez kilka lat bez zimy wszyscy się odzwyczailiśmy, nawet kury i indyki oraz gęsi i kozy od śniegu i mrozu. Tymczasem wreszcie przyszła. I odejść nie zamierza. Kozy w większości nie chcą nawet raciczki na śniegu postawić i odstawiają księżniczki na grochu przy próbach wyciągnięcia je na spacerek. Drób w wietrzne i śnieżne dni trzymam zamknięte, dokarmiane są w środku, aby nie traciły cennego ciepła i nie zmokły. Ale w taki jak dzisiaj dzień, gdy padać wreszcie przestało, a temperatura około minus 7 stopni to jakby żadne zimno, wyszły na zewnątrz. Gęsi zabrały się ochotnie za jedzenie śniegu, bo woda ciągle jednak szybko zamarza w garze. Tymczasem można przecież tak sobie poradzić.

Na wiosce pojawiła się machina gminna i drogi zostały odśnieżone, jak przystało już po zakończeniu opadu, który trwał od wczoraj.

Psy nie omieszkały przywitać warczącego pojazdu zdrowym wiejskim ujadaniem przy płocie.

Nas też nie ominęło ponowne odśnieżanie podwórka. Jak widać droga do bramy całkiem długa, na tyle, aby trochę się zasapać przy szuflowaniu.


Przy domu takie oto kwiatki pozostaną. Zresztą przy każdym budynku się gromadzą, z racji spadzistych dachów, z których śnieg zsuwa się bieżąco, nie czyniąc nikomu szkody, jedynie tworząc zaspy, które znikną dopiero na wiosnę.

30 stycznia 2021

Zimowy surwiwal domowy, czyli awaria prądu

Pierwszego dnia, czyli 25 stycznia w poniedziałek sypało cała noc i dzień. Wieczorem najpierw przestała lecieć woda z kranu. Wkrótce zgasło światło. Po kilku godzinach na szczęście wróciła woda.

Następną noc z poniedziałku na wtorek sypało dalej w zupełnej ciszy wielkimi wilgotnymi płatami śniegu. Kot wychodził na siku i zaraz wracał, zestresowany, kilka razy w ciągu nocy. Wreszcie rano zaryzykował pobiec przez śnieg do swojej tajemnej norki i zaraz wrócił, waląc z hukiem w drzwi, żeby go wpuścić. Cały mokry.
Noc wydawała się jasna, mimo braku oświetlenia drogowej lampy i zachmurzonego nieba, na którym nie było widać księżyca. Śnieg świecił.

Rano okazało się, że napadało śniegu po kolana. Kiedy brnie się w kaloszach przez niego, nasypuje się do środka. I wciąż pada. Odkryłyśmy, że złamała się stara jabłoń w sadzie. Na szczęście nie uszkadzając ogrodzenia. Przekopałyśmy ścieżki i dojścia do miejsc priorytetowych, obory, kurnika, stodółki, drewutni, paszarni, ziemianki i w końcu uruchomiłyśmy bramę. Pracując szuflą plastikową wciąż spadającą z rękojeści, drugą szuflą metalową, też już starą i powyginaną, trochę szpadlem w miejscach zamarzniętych, przy furtkach.
Wieczór przy kagankach, spędzony na rozmowie i opowieściach. W ruch poszły trochę karty tarota.

Środa: odśnieżania ciąg dalszy. Na podwórzu pojawiły się góry i wąwozy. Droga wiejska jest odśnieżona przez spychacz gminny, nawet ta boczna przy lesie. Można wyjechać do sklepu, choć akurat nie potrzebujemy.

Zawartość zamrażarki pozostaje na miejscu. Mimo, że głos sztucznej inteligencji w telefonie pod numerem elektrowni ogłasza, że prąd będzie dopiero jutro o 14.00. Na dworze temperatura bliska zera stopni, więc wyciąganie zawartości mogłoby jej jedynie na tym etapie zaszkodzić. Wyciągnęłam tylko zapasy z podręcznej zamrażarki w lodówce kuchennej i w garnku wystawiłam na taras. Część mięsa poszła na obiad, a rozmrożone podroby dla zwierząt usmażyłam.
Znów wieczór przy rozmowie, cydrze i kartach. Tym razem rozpytywałyśmy o sprawy ogólne, polskie czy światowe lub gospodarcze. Wychodzi na to, że będzie wszczęta kolejna panika związana z zarazą i pojawi się nowa mutacja wirusa.

Czwartek: opady ustały, temperatura zerowa. Wyszło słońce, więc wypuściłam ptaki z kurnika, aby rozprostowały skrzydła. Mocno zdumione zmianą scenerii. Dokarmiam dzikie ptaki słoniną i ziarnem. Na śliwie przy tarasie pojawiają się sójki, potem o stałej porze zaglądają sikorki bogatki.


Przeszłyśmy się do ula, aby odgarnąć pszczołom śnieg z otworu wentylacyjnego i odkryłyśmy, że oprócz jabłoni w sadzie jeszcze dwa drzewa na kaczym dołku runęły, złamane w połowie tak, że ogrodzenie wciąż stoi. Ale wszystko się jeszcze może zdarzyć przy obcinaniu złamanych gałęzi. Na szczęście gałęzie nie zablokowały drogi. Trzeba będzie na wiosnę wynająć do tego ekipę.
Sztuczna inteligencja monotonnym głosem przedłuża godziny awarii z 14.00 na 22. Wieczór przy grzańcu, bo dobrałyśmy się do wina gronowego, bardzo jeszcze słabego, ale smacznego. Odcedziłam wsad owoców, które pójdą na ocet winny.

 

Nie palę w c.o. ze względu na pełną produktów zamrażarkę stojącą w najchłodniejszym pokoju, aby wydłużyć czas zamrożenia do maksimum. Nie dlatego, że piec bez prądu nie zadziała, bo działa tak i tak. Za to zamknąwszy drzwi do jadalnego i odciąwszy nową połowę domu, używamy starą część, która w ten sposób daje się łatwiej ogrzać tradycyjnym sposobem. Palę pod płytą kuchenną, przy okazji ogrzewając ściankę kaflową między kuchnią, a pokojem. Ciepła w zupełności wystarcza, gdy Anna rano pali w ścianowym, aby operację powtórzyć wieczorem. Zatem stoi na kuchni czajnik z wrzątkiem i garnek z przyprawionym korzeniami winem, dokładam dość długo, i tak spędzamy czas. Przy płomykach maleńkich świeczek zapachowych.

Piątek: Anna znów odkuła szpadlem bramę, aby móc wyjechać w ważnych sprawach do gminy. Przy okazji wzięła ze sobą młynek, aby zmielić kawę u znajomych, bo w domu mielona już się skończyła. Zamrażarka jakimś cudem jeszcze trzyma niską temperaturę. Spędziłam wieczór w ciemnościach ostatniej świeczki, nieco dumając nad kartami. W dzień, gdy było słońce czytałam 4 tom „Krajobrazów duszy” Jarosława Bzomy i trochę mnie wciągnęło w wewnętrzne światy.
Sztuczna inteligencja znów nie dotrzymała słowa. O 22 była dalej ciemność. Anna wróciła podreperowana ze świata elektrycznej cywilizacji. Wypiłam małą czarną przed snem, jak nigdy.

Sobota: Od rana nosiło Annę. Znów zaczęło prószyć z nieba, a ona ma terminowe dokumenty do wysłania. Zadzwoniła z samego rana nie na infolinię, tylko do konsultanta i zgłosiła awarię na wiosce, bo w zestawie recytowanym przez sztuczną inteligencję zginęła jej nazwa, a wciąż trwał brak energii. Konsultant przyjął, i po jakimś czasie okazało się, że nasza wieś zaczęła być wymieniana na liście do naprawy. Padła obietnica, że już o 9.30 się skończy. Po obrządku, o 9.40 zadzwoniła do sołtyski z pytaniem, czy może u niej jest światło i tylko u nas coś nie tak. I w tym momencie włączyli.
- No, widzisz? Gdybyś zadzwoniła do niej wcześniej, już byśmy dawno miały światło! - zaśmiałam się.

Powalczyłyśmy z obiema lodówkami. Wkład w zamrażarce zachował twardość głębokiego zamrożenia, ale uznałam, że sprzęt trzeba rozmrozić i umyć. Mrożonki w skrzynkach trafiły na taras, gdzie było kilka stopni na minusie. Lód w zamrażarce był jeszcze twardy, mleko i twaróg zamrożone na kamień, podobnie mięso. Jedynie warzywa nieco zmiękły, ale fasolka zaraz trafiła do garnka, a inne na patelnię do chińszczyzny. Zamrożenie wytrzymało 5 dób! I pewnie jeszcze utrzymałoby się ze dwie. Zapewne w lecie nie byłoby tak łatwo i długo, instrukcja mówi o 16 godzinach gwarantowanych dla utrzymania zamrożenia, które można zwiększyć jeszcze o kilka, trzymając w środku wkłady do lodówki samochodowej, co robimy stale. Umyłam obie lodówki, wytarłam wnętrza i stopniowo zapełniamy zamrażarkę, uzupełniając wkład o kilkanaście kilogramów artykułów co kilka godzin. Teraz szukamy w internetowych sklepach szufli do odśnieżania, bo w okolicznym sklepie wszystkie wykupione, a dostawy są jedynie we wtorki.

25 stycznia 2021

Kiełki w ruch

Po krótkiej ale skutecznej odwilży, podczas której drób zdołał odzyskać dobry humor i rozprostował skrzydełka, a nawet ponownie zacząć się nieść, pojawia się kolejne pogodowe ekstremum, śnieg i z nim zapowiadane już zawieje śnieżne. Merkury zaczyna zwalniać na niebie w wilgotnym i ciepłym znaku Wodnika (lubiącym zalewać, wylewać i zawiewać), a to przynosi różne awantury atmosferyczne, wietrzne i chmurne. Jako byłam przepowiedziałam półtora tygodnia temu.

Odśnieżamy na bieżąco, żeby się nie dać, ale to dopiero początek. Zatem głównie oczyszczamy przestrzeń wjazdu i wyjazdu, oraz koleiny pod samochód, co trzeba często powtarzać. Na szczęście ta czynność jest przyjemna i ruch na świeżym powietrzu mocno wskazany, po którym lepiej się czujemy i policzki się rumienią, więc nie ma co narzekać.

W taki czas kucharzenie i internet to główne nasze rozrywki. Anna zakupiła niedawno wielką kutą patelnię chińską, wokiem zwaną i co rusz każe mi ryż prużyć. Na oknie stoi szereg słoików z wilgotnymi nasionami na kiełki. Słonecznik, fasola mung, soczewica, soja, czarnuszka i cieciorka. Co jakiś czas trwają żniwa i świeże "kluseczki" idą na chińskie danie.

Patelnia ma okrągłe dno i jest tak duża, że wymaga specjalnej podstawki na kuchenkę gazową, która niekoniecznie dobrze się sprawdza. Za to sprawdza się świetnie na naszej piecokuchni, po zdjęciu wszystkich fajerek. Anna zatem podsmaża najpierw cienko krojone i wcześniej zmacerowane w przyprawach kawałki mięsa koziego albo drobiowego (głównie dysponujemy gęsiną i indyczyną), po czym daje na patelnię warzywa i kilka ząbków czosnku, dorzuca garść albo i dwie świeżych kiełków i wszystko miesza z ryżem.
Już na talerzu polewa potrawę odrobiną oleju sezamowego, który ma dość ostry aromat.

Jemy z sałatkami ogórkowymi różnej maści, jaka się nawinie, albo z kapustką kiszoną.

Co prawda dzisiaj był rosół na skrzydle gąsiora i kostce koźlęcej, który starcza nam na dwa dni jedzenia z hakiem (resztka służy do zupki dyniowej albo sosu), ale już w planie kolejna chińszczyzna czeka.

Kiełki dostają też dość często kury i inne dziobate. W osobnym miejscu kiełkuje bowiem pszenica i owies dla nich. To stary dobry sposób na dowitaminizowanie drobiu zimą.

17 stycznia 2021

Zimowa mobilizacja

Jak na razie moje astrologiczne przewidywania, także pogodowe się sprawdzają. Choć nie bawię się w niuanse kiedy dokładnie odpuści, bo mimo wszystko to moje poboczne zainteresowanie. Zima to zima, krótki dzień, palić w piecu trzeba tak czy siak codziennie, karmić i doglądać zwierzynę.

Jakiś czas temu samochód przeszedł przegląd i mały remoncik, więc na razie odpala bez problemu. 

Kłopot był i jest z szuflą, gdy śnieg spadł. Okazało się, że zapomniałyśmy już, że kilka lat temu pękła, nie była potrzebna, więc zawiało w pamięci ten fakt. Teraz po wielkich szukaniach odnalazła się w komórce, ale służy jedynie połowicznie i wciąż spada z kija. Trzeba coś zmontować z szerokiej deseczki, pręta i gwoździ. Bo odśnieżanie konieczne jest i odbywa się systematycznie.

Dziś w nocy temperatura spadła do minus 11 i od świtu spada dalej, w tej chwili jest 16 na minusie i piękne słońce na niebie, które poprawia humor. Lubię, gdy mrozi. Zapomnieliśmy już jak to jest, ale to jest normalne dla naszej strefy i potrzebne przyrodzie. 

Od rana w kaflowym napalone, w południe dojdzie c.o., większe zapasy drewna poczynione wcześniej w domu, aby nie trzeba było wychodzić na mróz.
Na tarasie wisi słoninka dla sikorek i innych ptaków. A także pościel wyniesiona, i pranie się czyni, aby mogło doznać mroźnego odkażania i oczyszczenia z roztoczy i inszego mikro-badziewia. Mróz trzeba wykorzystać.

W wolnowarze czeka gorący rosół z gęsiny. 

Zwierzęta pozamykane w oborze i kurnikach, nakarmione i napojone. Chuchają sobie i grzeją się stadnie. Gdy się do nich wejdzie czuć, że mają ciepło koło siebie, byle nie wietrzyć niepotrzebnie. Muszą jakoś te kilka dni wytrzymać w ciasnocie i bez oglądania dnia. Kozy przeważnie leżą na grubej grzejącej je od spodu podściółce, pośród siana, blisko siebie i przeżuwają spokojnie. Do picia dostają podgrzewaną wodę. Kury grzebią u siebie w czym się da, i też nie mają źle. Nieco spadła nieśność, ale to zwyczajne w taki czas. Za to Pulcheria co dwa-trzy dni raczy mnie nowym jajem, nie oglądając się na zimę!

Dla przypomnienia zimowe zdjęcie dawnej Gusi.

5 stycznia 2021

Poświąteczne rozważania

Święta minęły niepostrzeżenie i spokojnie, jak zawsze daj Panie Boże. Na Nowyj God chłopaki z wioski postrzelali na wiwat o białoruskiej północy, czyli naszej 22 i poszli spać. Nasze zwierzęta nie bojące. Psy jedynie uszami zastrzygły. Kot odwrócił się na drugi bok i spał dalej.

Pogoda się mazi. Zmokłe kury i indyki okupują otwarte pomieszczenia pod dachem. Ale zaczęły się nieść od razu na "barani skok". Codziennie zbieramy 6-7 i więcej jaj. Wysypują się z lodówki. To zasługa młodych zeszłorocznych kurek, które właśnie osiągnęły swój wiek nieśny.

Kurza hodowla idzie prościej, gdy pozwolić ptakom na mnożenie się we własnym zakresie. I nawet nadwyżki sprzedajemy chętnym. Nie kupujemy piskląt z wylęgarni już od kilku lat. Robią to kwoki w swojej letniej porze, czasem przy wsparciu zbywających zasiadłych jenduszek. Dwie-trzy kury na stado zawsze mają ochotę w ciągu lata i wygodniej jest pozwolić im wysiedzieć choćby po kilka jaj, niż bić się z ich hormonami macierzyńskimi. Prowadzają potem pilnie młode, kurczęta szybko rosną i uczą się od kwok wszystkiego, co potrzebują do życia. Jedynym mankamentem tej metody był u nas zawsze ubytek tych kurcząt spowodowany atakami lisa, kani albo włóczących się psów. Zazwyczaj bowiem idąc za dorosłymi szybko lądowały w lesie na grzebalisku i tam kusiły los. 

Ostatnio wzięłam się na sposób, karmię je osobno w jednym miejscu i pozwalam żerować w obrębie ogrodzonego ogródka pod okiem psów. Póki nie dorosną. W tym roku las pożarł więc jedynie 4 zbyt samodzielne kogutki, z sześciu narodzonych. Dwa dorosły szczęśliwie, i pełnią już role szefów stada. Piejąc na wyrywki rano i w ciągu dnia. Aż mi serce rośnie.
Kurki zaś ostały się w całej liczbie i tak się składa, że stado liczy sobie teraz, wraz z pozostającymi starszymi nioskami nieco mniej, niż 20 sztuk. Nieco mniej, bo właśnie niedawno odeszła była najstarsza kura, licząca sobie nie wiem ile, w sposób prawie naturalny. Bo już w agonii oddała żywot na pieńku, aby psy mogły skorzystać z mięsa. Jeszcze druga, równie stara, prosi się o wyrok, spędza już bowiem większość dnia w gnieździe przysypiając. Ale ciągle nie ma na to odpowiedniej chwili. Głodem nie przymieramy, żeby o tym natychmiast pomyśleć, jako o zdobyciu przysmaku obiadowego.
Tak to się zatem toczy wśród naszych braci i sióstr mniejszych, swoim powolnym torem, zrywami. Każde z nich ma swój czas i los, który go wyznacza.

Drobiowe zapasy zamrażarkowe uzupełnili jeszcze przed świętami dwaj gąsiorowie, pozostali nam sprzed zeszłego sezonu. Doszli dorosłego wieku i zaczęli walczyć o jedyną samicę-gęsicę, czyli Pulcherię, ciągając się za łby z Balbinem ile mieli siły. Znudziło mi się rozganiać towarzystwo i pozwoliłam na egzekucję. Teraz pokój zamieszkał w obejściu. A w wolnowarze co rusz smakowity rosołek bulgocze. 

Nie wiem, czy wiecie, ale robiłam obserwacje i wyliczenia praktyczne i doszłam, że z jednej starej kury można uzyskać aż 18 smacznych pełnowartościowych porcji obiadowych! Plus resztki dla psa czy kota. Więc co dopiero z jednej gęsi... Pieczyste to naprawdę ogromne marnotrawstwo jedzenia. Jak się zaczną czasy zaciskania pasa już niedługo, to pewnie wielu sobie przypomni stare sposoby szanowania pokarmu i mnożenia dobrego, zamiast wylewania spalonego tłuszczu do zlewu.

Oczywiście, po świętach trzeba było zrobić podliczenie doroczne zysków i strat.
Powiem tyle. Poszło trochę oszczędności na inwestycje, głównie tunel, oprzyrządowanie ogrodnicze i garncarskie, sadzonki i instalację fotowoltaiczną, dlatego na zero w ciągu roku nie udało się wyjść. Ale kilkutysięczny minus, mam nadzieję da się odrobić w nadchodzącym sezonie choćby dzięki odpowiednio w czasie umocowanemu ogrodniczeniu. Bo ten były sezon był rozruchowy, późno rozpoczęty i bardzo eksperymentalny. Niemniej, te osoby, które u nas zaopatrzyły się w ogórki są bardzo zadowolone z zakupu, żadnych kapci po zakiszeniu czy zamarynowaniu ogóraski nie zaliczyły, były świeżutkie i naprawdę prosto z krzaka rwane. Co ma ogromne znaczenie w przetwórstwie.
Anna nabrała doświadczenia i odwagi, wie już co i jak, ustala właśnie plany siewne, zamawia nasiona, rozpracowuje kalendarz itp. Na pewno będzie mniej papryki, której ilość w tym roku nieco nas przerosła. Powstało mnóstwo mniej i bardziej ostrych sosów i suszu, ale i tak część skarmiłam kurom. 

Kozie stado zmniejszyłyśmy do wymaganego minimum, aby przy dotacji na pastwisko pozostać. Zarobiły na swoje utrzymanie mlekiem i sprzedażą młodzieży oraz dały nam zapas jedzenia na cały rok w postaci serów, mleka, jogurtów i mięsa. Zysku pieniężnego poza tym niewiele, ale i nie zaliczyły straty. Sianokosy i pasza roczna opłacone.

Drób zarobił na siebie jajami, mięsem, pisklętami i sprzedażą niektórych dorosłych sztuk z nawiązką. Zwróciły się koszty ziarna i witamin co najmniej w dwójnasób. Nie mówiąc o stałym zaopatrzeniu w świeże jaja i dorywczo w mięso, uskutecznianym na bieżąco.

Generalnie zatem gospodarstwo zarabia na siebie, na opłaty za opał, paliwo, podatki, pracowników, prąd i śmiecie, aczkolwiek pewnie dałoby się z niego więcej wycisnąć, gdyby nam się chciało. Ale wiek już postępuje, mamy też inne zainteresowania, które potrzebują uwagi i czasu, zatem powoli ustawiamy sprawy tak, aby było najwygodniej dla nas.
Zysk, jako przyrost na koncie nie jest najważniejszy. Człowiek z miasta pewnie tego nie rozumie, bo konto daje mu poczucie bezpieczeństwa. Jednak wieśniak ma ziemię i tu bezpieczeństwo zależy od jego pracowitości w sezonie wegetacyjnym i sprytu w uzyskaniu jedzenia, opału i utrzymaniu chaty w jakimś porządku i przyzwoitym stanie. Zatem konto zastąpione jest przez inwentarz i przetwory zmagazynowane w piwniczce, które teraz nas codziennie żywią. I pozwalają ograniczyć wizyty w sklepie do naprawdę niezbędnego minimum (zapałki, papier toaletowy, masło, olej, sól i cukier raz na jakiś czas).

Co do mnie to rozwijam się. Czytam, uczę się, piszę, zaglądam w przyszłość przez dziurkę od klucza w drzwiach snów. I tak to biegnie swoim własnym tempem ku kolejnej wiośnie, wraz z przyrastającym światłem. Czego i wam wszystkim  z serca życzę!

27 listopada 2020

Instalacje

Była już jedna noc z mrozem, ponoć 3-stopniowym, teraz oczekujemy opadów śniego-deszczowych. Należało wziąć się do pracy, nieco przez mróz i szron odsuniętych w czasie. Bo trzeba było napalić wreszcie po sezonie w piecu c.o. i rozruszać instalację, wypuszczając nadmiary pustych przestrzeni, które się zgromadziły w kaloryferach. Czynności poszły dobrze, ciśnienie spadło do normy, piec jest rozruszany i działa. Rozpalam w nim około południa, jeden wsad starego i dość lekkiego drewna, na którym gotuję karmę dla kur i psów, czajnik wody, a potem jeszcze podsuszam papryczki ułożone na siatce. Ogień grzeje do 17, albo i 18 bez dokładania, a potem wchodzi w jego rolę pieczka kaflowa. Przez całą noc i następny poranek.

Praca dzisiejsza polegała na odkopaniu folii w długim tunelu i zwinięciu jej na okres zimowy. Poszło sprawnie, lepiej, niż się spodziewałam. Przy okazji odsłoniły się nieprzejedzone plony zielone, wciąż jeszcze, mimo nocnego mrozu rosnące! Do obiadu trafił tym sposobem szpinak z patelni na maśle. Jutro będą inne liście, buraczane i pakczojowe. Jest jeszcze mizuna, sałata, trochę pekinek i szczypior. Reszta nieprzejedzona trafi do dziobów ptaszęcych, zawsze spragnionych zielonych smakołyków. Kroję na drobno i mieszam z karmą i osypką, zajadają codziennie z wielką pasją.

Że dobrze nam poszło, z rozpędu zdjęłyśmy jeszcze nakrycie z jednego z dwóch innych małego tuneliku. Odsłaniając rosnącą chińską kapustkę, ptakom na sowity żer.  

Kurki tegoroczne doszły stosownego wieku 6 miesięcy i z wolna zaczynają się nieść. Kogutek, jeden z dwóch, które przeżyły z gromadki kilku osobników (poginęły w lesie, zapewne w zębach lisa albo szponach jastrzębia) pieje co rano i w południe z całych sił, na co długo czekałam, bo taka była cisza na podwórku. Po skasowaniu starego koguta jakoś na wiosnę. Tak się ucieszyłam, że aż horoskop postawiłam na to pierwsze pianie!

Czeka jeszcze jeden tunelik do zdjęcia osłony i zabranie pod dach rurek nawadniających. Ponadto kuuuuupa drewna zwiezionego z lasu, a raczej dwie wielkie kupy na gumnie, do pocięcia i ułożenia w grzeczne ścianki.

Na wsi nie ma nudy, o nie!
Na powyższym zdjęciu odsłania się jeszcze jedna tegoroczna instalacja, której się nie zdejmuje. Udało się ją zamontować i przepchnąć we wszelkich potrzebnych urzędach w długim okresie letnim, kiedy najbardziej grzało i jaśniało. Działa dopiero od niedawna, stąd oszczędności na prądzie wciąż są dla nas bajkowe.

20 listopada 2020

Przedzimie

Idą pierwsze przymrozki nocne. Na Białorusi i nad naszym Olsztynem ludzie widzieli zjawisko halo słońca. Czynią je kryształki lodu w atmosferze. Zima zapewne się gotowi. My też.

Anna w pewnym pośpiechu przez dwa ostatnie dni zbierała plony ze swoich ogródków i folii. Dwie skrzynki papryczek jeszcze się uzbierały, choć nie wszystkie czerwone, Może uda się późnymi zbiorami kogoś poczęstować, bo nasze zapasy są aż nadto duże w tej materii.

Do tego ostatnia zielenina, w postaci kapustek pakczoj i pekińskich, odrobina szpinaku, liście buraczane i selera naciowego. Te najlepsze kapuściane pójdą do kiszenia, całkiem sporo ich jemy, w postaci kim-ći i podobnych kiszonek zaczynianych w słojach. Do nich dojdą także białe rzodkiewki, pozostałość. Jakoś udało mi się większość ostatnio skarmić, i nam w postaci surówek z dodatkiem czarnej rzepki własnego chowu, i ptactwu oraz kozom. 

Zielone listowie poza przydziałem kroję drobno i dodaję ptakom do karmy, w ramach naturalnego dowitaminizowywania przed zimą. Uwielbiają te świeże smaki. 

Drewno z pobliskiego lasu już prawie wszystko zwiezione własnym sumptem, na przyczepce. Po kilka obróceń w ciągu krótkiego dnia przez dni kilka. Teraz dwie wielkie kupy gałęziówki czekają na cięcie i ułożenie pod okapami do przeschnięcia. W przewadze czeremcha, dębina, trochę brzozy i sosny. Dało się też odłożyć sporo prostych pni dębowych na słupki, które w wielu miejscach ogrodzeń proszą się o wymianę. Wszystko to targamy osobiście, własnymi rączkami. I, co zadziwiające, Anna, narzekająca niedawno na kręgosłup, stwierdziła po tych wielogodzinnych pracach leśnych, że czuje się dużo lepiej. Bóle prawie zanikły, a zmęczenie pleców daje się uśmierzyć leżeniem na specjalnej macie akupunkturowej przez 10 minut przed snem. Las ma swoje cudowne właściwości!

Kran zewnętrzny zakręcony przed mrozem. Wodę w wiadrze nosimy zwierzynie z domu. Wybieranie obornika już w połowie zrobione, samodzielnie. Pomagier jest zmienny jak wiatr, obiecuje i nie przychodzi, albo ma czas, gdy my go nie mamy. Powoli wszystko daje się zrobić. Urobek idzie na kompost i posłuży do tunelu w przyszłym sezonie, oraz zasila krzewy owocowe i grządki wzniesione w obu ogródeczkach. 

Mleka starcza na jogurt i twaróg, co kilka dni 2-3 serki podpuszczkowe. Świetnie smakują do cydru, który już daje się pić. Do tego jakiś budyń czy zupka mlekiem zabielana, no, i psy z kotem też muszą przecież chlipnąć coś na kolację. Jakoś się żyje, przy gorącej w dzień kuchni, ogrzewającej ściankę kaflową, a nią pokój, a wieczorem i w nocy napalonej mocno pieczce. Idą wakacje!

5 listopada 2020

Mgliste wybory

 Mglista jesień, coraz chłodniejsze noce, rześkie poranki i wieczory, długi nocny czas sprawiają, że życie codzienne zwolniło i snuje się jak dym z komina. Wciąż niby są jeszcze prace do wykonania, trwa wybieranie drewna z działki leśnej, czeka obornik do wywózki do ogrodu, zakończenie sezonu ogrodniczego, aby móc zwinąć folię z tunelu, ale nieduża ilość dojonego obecnie mleka nie zmusza mnie już do serowarzenia codziennie, ot, tyle mojej pracy, co postawić kwaśne mleko na twaróg i podgrzać je co dwa dni na kuchni w kamionce.
Chcąc nie chcąc spędzam wiele czasu przed komputerem. Podczas długich popołudnio-wieczorów. Jakieś horoskopy, ciągła nauka astrologii i rozmyślania w tym temacie, stosowna lektura. Do tego rozmowy ze znajomymi na odległość i wymiana opinii o tym, co dzieje się tu i tam. Stwierdzam, że nie mogę mieć wyrobionego własnego zdania, bo każdy uważa co innego, zależnie od miejsca zamieszkania (miasto czy miasteczko, metropolia czy prowincja), wykształcenia, zainteresowań, poglądów politycznych i własnej wyobraźni. Od lat studiując pisma Nostradamusa, i teraz także, już pod nowym dla mnie kątem dawnej astrologii, mam przeczucie, może nawet przekonanie, że sprawy idą w najgorszą stronę z możliwych. Ale to paradoksalne: właśnie dlatego wszystko ma szanse na najlepsze zakończenie, przynajmniej dla tych, którzy odrzucą strach, spętanie, materializm i przywiązanie do komfortu życia. I stanąwszy na granicy życia i śmierci zaryzykują wszystko. 

Paradoks polega na tym, że ci, którzy wybiorą życie za wszelką cenę, mogą w rezultacie stanąć w obliczu niekończącej się śmierci. A wierzcie mi, nie ma gorszej kary, niż cielesna nieśmiertelność. Ci zaś, którzy wybiorą jego utratę zyskają wieczność i wolność, i miłość. Jak w Księdze Życia zapisano. I jak nasze baśnie i legendy z dawien dawna opowiadają.

Wniosek z tego: nic już nigdy nie będzie takie jakie było, czasy wyznaczone na materialne doświadczenie ludzkości są na ukończeniu i nie my tym zawiadujemy. Przed nami najwyżej 20-40 lat życia z rodzajem świadomości, który jeszcze znamy. Przemiana nadchodzi, niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie. Nie uciekniemy od niej. Od każdego zależy jedynie drobiazg, co wybierze - dobro czy zło?

20 października 2020

Końcówka sezonu

Pogoda nieco się wyklarowała, choć noce chłodne wymagają już napalenia po południu w piecu ścianowym (oprócz jak zwykle palenia pod płytą w czas gotowania obiadu). 

Dynie zebrane z ogródków. W tym roku żadna nie udała się w ogrodzie permakulturowym, z braku świeżych wałów obornikowych (obornik poszedł na zasilenie pastwiska i sadu oraz grządek wzniesionych przy domu). Posiana w obejściu wzeszła i rozkrzewiła się, przynosząc wszystkiego pięć taczek plonu, większych i mniejszych twardych smakowitych owoców. Powoli, dzień po dniu wnoszę je po trochu na poddasze, gdzie mają miejsce uszykowane do leżakowania. Te najmniejsze, mniej dojrzałe lub uszkodzone idą na pierwszy rzut do zjedzenia. Czy to przez nas, czy zwierzęta. Hm, co roku ich mniej, a jednak nie odczuwamy braku. Zawsze starcza nam ich do wiosny, a nawet dłużej.
Oprócz dyni zebrane wcześniej zostały cukinie, kabaczki i patisony. Te ostatnie też częściowo mogą leżakować. Tymi pierwszymi napełniamy na bieżąco buzie razem z mordami i dziobami naszych współmieszkańców zagrody.

Kończą się papryki. Pepperoni z domieszką ostatnich pomidorów poszła w dużej ilości do kwaszenia w słojach. Kiedy dojdzie swego czasu zostanie przemieniona w sos paprykowy. Na krzaczkach pozostają jeszcze powolutku rumieniące się najmniejsze i najostrzejsze papryczki, których nazwy niestety nie znamy. Też będzie z nich sos.

Powstały już próbne pierwsze wyroby i powiem, że bardzo mi smakują. Choć nie trzymają standardu, to znaczy każda partia ma inny bukiet smakowy, mniej lub bardziej ostry, to są apetyczne i dodają charakteru potrawom.

Kapusta pekińska posiana w drugim rzucie jesiennym w gruncie i pod folią urosła znacznie tu i tu, ale również nie trzyma standardu. Jest bardziej zielona, niż ta, którą znacie ze sklepu i nie zwija liści, a w całości przypomina większą i wyższą wersję pakczoja. Jednak do potraw nadaje się jak najbardziej. Zrobiłyśmy próbnie z niej słoik kim-ći i wyszło jak trzeba. Zatem pakujemy teraz do większej kamionki, wraz z własną papryką i rzodkiewką, oraz czosnkiem. Zamiast zwyczajowo kiszonej o tej porze kapusty włoskiej.

Anna rozpoczęła działkowanie w pobliskim lesie sosnowym, przeznaczonym do wycinki. Walczy piłą i siekierką wraz z Andriuszą, naszym ostatnim pomagierem (Jary niestety żywota dokonał niespodziewanie w tym roku). Kozy dostają zatem jeszcze zielone gałęzie dębczaków i czeremchy do ogryzania z liści i kory i stopniowo przechodzą z pastwiskowej i jabłecznej na jesienno-drzewną karmę. Mleka już mniej, przerabiam je na twaróg, zjadany prawie na bieżąco i jogurt, oraz dokarmiam nim psie i kocie gębusie. Piwniczka zapełniona żółtymi serkami na całą zimę.

Czeka jeszcze do wykonania wywózka obornika z koziarni, już lekko wszczęta. I właściwie będzie można zwinąć żagle i w domowych pieleszach się skrywać.

Ja po pracy astrologię zgłębiam i w snach moce przodków i przodkiń mnie odwiedzają...

10 października 2020

Sezon fermentacyjny w pełni

Świat za mgłą, która od wczesnego poranka skrapla się i opada w postaci drobniutkiego dżdżu na twarze, pióra, sierść nas wszystkich, mieszkańców zagrody. I ponownie wznosi się wieczorami.

Kończą się (wreszcie) jabłka, choć jeszcze tego nie czuję, bo codziennie z nimi pracuję. Ale Anna już ich maleńko przynosi z sadu. Mówi, że koniec już. Resztki zostawia kozom, aby miały co robić na pożółkłym i zjedzonym pastwisku.
Zbiory, zwiezione taczką i w wiadrach, przesypane do skrzynek i pojemników zalegają na tarasie. Skąd zabieram je do mieszkania i starannie myję, obieram z wszelkich wad (plamek, parchów i brodawek, tudzież miejsc obitych, nadgniłych i robaczywych), kroję, gromadząc w zbiornikach. Schodzą mi na to całe godziny. Idą wszystkie rodzaje jak leci, antonówki, renety, malinowe, kosztele i sama nie wiem jakie. Odrzucone resztki zjadają zwierzęta, a te niezjedzone zasilają kompost.
Zdrowe części trafiają na przemiał w rozdrabniarce elektrycznej. Miazgę zalewam odrobiną wody z cukrem i pektoenzymem, co pozwala w ciągu doby, a najlepiej dwóch (jest już chłodno i procesy zwolniły) odpowiednio ją rozmiękczyć. Wtedy dopiero nadaje się do tłoczenia, nad czym czuwa Anna w letniej kuchence. 

Tłoczenie, z racji posiadania niewielkiej drewnianej tłoczni trwa cały dzień i noc. Urobek dzienny przelewamy do gąsiorów i gąsiorków, dodajemy nieco cukru i drożdże winne (vel cydrowe). Po czym sok zaczyna szybko bulgotać, dając znak, że żyje nowym życiem.
Nocny zlew soku, już obsiany muszkami octówkami, przecedzam i idzie na ocet. Taki mocny, z samego soku robiony. Co prawda, mamy wciąż duże zapasy octu, naprawdę świetnego, ale co roku zużywam sporą ilość do sosów pomidorowo-paprykowych, grzybów, marynat i sałatek (sprawdza się wyśmienicie), a na co dzień stosuję do płukania włosów czy w kuchni, więc uzupełnienie ubytków raz na dwa lata jest wskazane. Dojrzewanie jest stałe, octy pracują w piwniczce i stają się tylko lepsze i mocniejsze z wiekiem.

Na grządkach jeszcze są plony do zebrania (dynia, buraki, ostra papryka). I trochę zieleniny drugi raz posianej. Rośnie szpinak, mizuna, kapusta pekińska, pakczoj, rzodkiewka. Jakoś na jesień jednak mniej surowizna smakuje. Anna zmienia już skład szejków, którymi się żywi na śniadanie, a ja zieloną sałatkę z liści przyrządzam od wielkiego dzwonu.
Rzodkiewka trafia do kwaszenia w słoiku oraz wraz z pekinką, ostrą papryką i czosnkiem do kim-ći. Królują bowiem o tej porze roku wszelkie fermentacje, to jest po prostu sezon przemian tego typu i należy im się poddawać w zgodzie z rytmem przyrody. Jemy teraz przeważnie kiszonki i kwaszonki. I to najlepiej smakuje. Tak jadali nasi przodkowie i dobrze się mieli. Zważcie to w erze chorób epidemicznych.