Powoli, ale systematycznie karaskamy się. Lumbago przechodzi, Anna może już się zginać, pochylać i kucać bez większego bólu. Temperatura bliska normalnej. Kaszel i katar odeszły.
Czas najwyższy, bo wiosna wpadła z impetem. Soki drzewne ruszyły gwałtownie, więc łapiemy co się da, pijąc oczyszczającą oskołę. Wraz z sokami pobrzękują pszczoły. Chyba nie jest z nimi źle, przynajmniej tak źle, jak nam się zrazu wydało. Pączki nabrzmiewają, ino patrzeć, jak las się zazieleni.
Czekając na majstra, umówionego na po Wielkanocy prawosławnej, staramy się codziennie coś uprzątnąć i wynieść z pokoju, który teraz wreszcie zyska wykończenie. Nie mamy jeszcze dużo siły fizycznej, więc nadrabiamy systematycznością i cierpliwością.
Kozy już tęsknie wyglądają z podwórza ku lasowi. Dostają kostkę siana na powietrzu i ogryzają drewno opałowe, ściągnięte niedawno. Miejscowi pouczali nas, że bydło nie powinno się paść na pierwszych soczystych gałązkach i pączkach, bo często wtedy choruje. Pilnujemy więc tego.
Dzieci rosną zdrowo i wesoło. Mleka nie ma. Ledwie tyle, co do kawy, niekiedy do naleśników albo budyniu uda się ukraść małym żarłokom.
Dziś Anna obsiała inspekt, nakryty starymi oknami. Szpinak, roszponka, takie tam.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
5 kwietnia 2018
30 marca 2018
Test medyczny
W
ostatnim czasie Saturn i Mars, dwa największe w astrologii malefiki, czyli twórcy zła, w kwadraturze do Słońca w wiosennym znaku
Barana dają mi popalić. Dają zresztą popalić nam wszystkim, ponieważ są to układy odpowiedzialne za tę nieszczególną, niewiosenną, zimną, śnieżną i pozbawioną powabu pogodę, której jak dotąd końca nie ma. Mars jeszcze zbliża się do Saturna na
moim urodzeniowym Słońcu w Koziorożcu, ale to już pesteczka. Wobec tego, co mamy już dzięki Bogu za sobą.
Od półtora
tygodnia w domu testujemy wielką i małą farmę. Na tę samą
chorobę. Ja - Koziorożec z Księżycem w Pannie, doświadczany
Marsowo-Saturnicznie, na starcie 38,5 stopni gorączki, po zażyciu
13 kropel cudownego specyfiku stosowanego przez carskich lekarzy
wojskowych podczas I wojny światowej (koszt grubo poniżej złotówki)
doszłam pierwsza w pozycji pionowej do mety. Anna, tak samo
Koziorożec z Księżycem w Pannie, doświadczany w w/w sposób i
identycznie wysoką gorączką, po zażyciu 16 tabletek antybiotyku i
różnych takich (koszt 50 złotych) właśnie przedwczoraj zgięła się
nie tak i dostała na samej mecie... ataku lumbago. A po nocy
spędzonej z gorącym termoforem na wiadomej części ciała,
zaliczyła zjazd, z którego musiałam ją własnoręcznie z podłogi
zbierać i podnosić.
Po intensywnym dokarmianiu od rana, chuchaniu w
rozgrzanej pościeli, oraz pieszczeniu oczu i uszu netflixowym gównem
serialowym bez przerwy, zdołała wpełznąć po drabinie na strych
obory, aby zrzucić zapas siana dla kóz na kolejny etap urlopu
rekonwalescencyjnego, Sama nie wiem, czego lepiej się trzymać, z
tych metod leczniczych... bo gros pracy spadło na moje barki. W
każdym razie gaszę wieczorem pragnienie czerwonym winkiem własnej roboty...
i rozmyślam o podobnych splotach przeznaczenia rozwiązanych innymi sposobami, wnoszącymi jakże odmienne skutki na dalej.
26 marca 2018
Kryzys wiosenny
Powaliła nas choroba. Anna szybko zrejterowała do lekarza i zaczęła kurację antybiotykową. Ja pozostałam przy swoich metodach. Po tygodniu czasu mogę powiedzieć, że obie czujemy się jednako ch...jowo.
Kiedy razem miałyśmy powyżej 38 stopni gorączki musiałyśmy skoordynować swoje wysiłki, aby wykonywać codzienne konieczne prace, nawet pełznąc i czołgając się. Aby potem paść na kilka godzin w ciepłą pościel i usiłować wypocząć.
W tym czasie wykociła się ostatnia koza, na świat przyszły dwie śliczne kłapciate kózki, trzeba było dopełnić obowiązków położnej. Nie zauważyłyśmy z tego chorobowego przemęczenia, że koza ma ranę na wymieniu, wyglądała na zabrudzenie łożyskiem. Anna odkryła prawdziwą przyczynę dwa dni później, gdy zdojone mleko z nabrzmiałego strzyka zaczęło być mocno różowe. Na szczęście w domu jest stale w pogotowiu lekarstwo i strzykawka. Koza dostała trzy razy antybiotyk, specjalne odkażające smarowania i opuchnięcie już schodzi, mleko też wróciło do zwykłej barwy.
Dostała cios rogami od własnej matki, która była już mocno zmęczona ciasnotą i zamykaniem ich na całe dnie. Kiedy pogoda zaczęła się wyraźnie poprawiać i ocieplać, w dzień słońce wysoko stać, a my odzyskałyśmy nieco sił, kozy są wypuszczane na kilka godzin na podwórze, gdzie zajmują się korowaniem zwiezionego drewna i jedzeniem siana, a koźlęta bieganiem i zabawą. Bardzo to uspokoiło nastroje.
Wizja zbliżającej się wiosny, ćwierkające wiosenne ptaszki, ciepło w ciągu dnia (w nocy są nadal przymrozki i gleba wcale nie odmarzła) poruszyła też rolniczy biznesik. Ogłoszenia dawno wisiały tu i ówdzie, a dopiero teraz bywa po kilka telefonów dziennie. A to ktoś kózkę kupił, a to kozła pożyczył, a to koguta się sprzeda, może indora lub indyczkę. Tylko o jaja nikt nie pyta, a wysypują się z lodówki, mimo, że codziennie karmię nimi psy i koty, a Anna zrobiła wielojajeczny sernik z przedostatniego twarogu zeszłorocznego, przechowanego w zamrażarce.
Zajrzał też majster ustalony jeszcze przed zimą, do wykończenia pokoju głównego, który wciąż pozostaje w pierwotnej wersji. Szykuje się zatem ostry remont zaraz po świętach.
Póki co snuję się po świecie w zwolnionym tempie, z trzaskającym bólem zatok czołowych, tłumionym tabletkami przeciwbólowymi, nosem odtykanym kroplami do nosa, i niedomiarem temperatury, 36,4.
Kiedy razem miałyśmy powyżej 38 stopni gorączki musiałyśmy skoordynować swoje wysiłki, aby wykonywać codzienne konieczne prace, nawet pełznąc i czołgając się. Aby potem paść na kilka godzin w ciepłą pościel i usiłować wypocząć.
W tym czasie wykociła się ostatnia koza, na świat przyszły dwie śliczne kłapciate kózki, trzeba było dopełnić obowiązków położnej. Nie zauważyłyśmy z tego chorobowego przemęczenia, że koza ma ranę na wymieniu, wyglądała na zabrudzenie łożyskiem. Anna odkryła prawdziwą przyczynę dwa dni później, gdy zdojone mleko z nabrzmiałego strzyka zaczęło być mocno różowe. Na szczęście w domu jest stale w pogotowiu lekarstwo i strzykawka. Koza dostała trzy razy antybiotyk, specjalne odkażające smarowania i opuchnięcie już schodzi, mleko też wróciło do zwykłej barwy.
Dostała cios rogami od własnej matki, która była już mocno zmęczona ciasnotą i zamykaniem ich na całe dnie. Kiedy pogoda zaczęła się wyraźnie poprawiać i ocieplać, w dzień słońce wysoko stać, a my odzyskałyśmy nieco sił, kozy są wypuszczane na kilka godzin na podwórze, gdzie zajmują się korowaniem zwiezionego drewna i jedzeniem siana, a koźlęta bieganiem i zabawą. Bardzo to uspokoiło nastroje.
Wizja zbliżającej się wiosny, ćwierkające wiosenne ptaszki, ciepło w ciągu dnia (w nocy są nadal przymrozki i gleba wcale nie odmarzła) poruszyła też rolniczy biznesik. Ogłoszenia dawno wisiały tu i ówdzie, a dopiero teraz bywa po kilka telefonów dziennie. A to ktoś kózkę kupił, a to kozła pożyczył, a to koguta się sprzeda, może indora lub indyczkę. Tylko o jaja nikt nie pyta, a wysypują się z lodówki, mimo, że codziennie karmię nimi psy i koty, a Anna zrobiła wielojajeczny sernik z przedostatniego twarogu zeszłorocznego, przechowanego w zamrażarce.
Zajrzał też majster ustalony jeszcze przed zimą, do wykończenia pokoju głównego, który wciąż pozostaje w pierwotnej wersji. Szykuje się zatem ostry remont zaraz po świętach.
Póki co snuję się po świecie w zwolnionym tempie, z trzaskającym bólem zatok czołowych, tłumionym tabletkami przeciwbólowymi, nosem odtykanym kroplami do nosa, i niedomiarem temperatury, 36,4.
19 marca 2018
Się plecie
Krótkie przedwiosenne ocieplenie szybko się skończyło. Mimo wysokiego jaskrawego słońca wrócił śnieg i mróz, nawet jeśli w porywie dnia dochodzi tylko do minus 2, to i tak wrażenie zimna jest dziwnie spotęgowane, podmuchy lekkiego wiatru szczypią w nosie i oczach, dłonie grabieją. Aż wątpię, że prognozy internetowe i inne oficjalne mówią prawdę. Wszystkie posiadane dotąd domowe, zewnętrzne i wewnętrzne termometry wysiadły, chińszczyzna poprzylepiana na szybach okien wprowadza w błąd, pozostaje palić w piecach i cierpliwie żdać wiesny!
Koźlęta zrobiły się już tak energiczne, że wyłapywanie ich po obrządku graniczy z cudem. Ledwie dwa psy sobie z nimi radzą, wganiając rozbrykane bachory do obory. To nie koźlęta, a pchły jakieś! W efekcie takich codziennych wysiłków łowieckich, Anna zapadła właśnie na coś w rodzaju przeziębienia. Chrząka, pokasłuje, narzeka na gardło i lekki ból w oskrzelach.
- Trza było gębusi nie drzeć pod wiatr - stwierdziłam kwaśno. Bo teraz cała rebiata na mojej głowie będzie.
Witamina C wyszła była i zapas nie został uzupełniony w porę. W ruch poszła cebula, czosnek, chrzan, imbir, sok porzeczkowy, herbatka rozgrzewająca z kwiatu lipy, cytryna, gorące mleko i termofor pod stopy. Filmy na Netflix w oczy, żeby czymś zająć umysł. I tak to się plecie.
Koźlęta zrobiły się już tak energiczne, że wyłapywanie ich po obrządku graniczy z cudem. Ledwie dwa psy sobie z nimi radzą, wganiając rozbrykane bachory do obory. To nie koźlęta, a pchły jakieś! W efekcie takich codziennych wysiłków łowieckich, Anna zapadła właśnie na coś w rodzaju przeziębienia. Chrząka, pokasłuje, narzeka na gardło i lekki ból w oskrzelach.
- Trza było gębusi nie drzeć pod wiatr - stwierdziłam kwaśno. Bo teraz cała rebiata na mojej głowie będzie.
Witamina C wyszła była i zapas nie został uzupełniony w porę. W ruch poszła cebula, czosnek, chrzan, imbir, sok porzeczkowy, herbatka rozgrzewająca z kwiatu lipy, cytryna, gorące mleko i termofor pod stopy. Filmy na Netflix w oczy, żeby czymś zająć umysł. I tak to się plecie.
15 marca 2018
Ciepłe powietrze
Udało się sprawnie zwieźć dwie fury pozyskanego drewna z pobliskiego lasu. Resztę, tę najbliższą drogi Anna przywiozła na przyczepce. Traktorzysta z synem był sprawny, solidny i niedrogi. Anna chwyciła zatem dziś za piłę swoją ukochaną i rżnie wielką kupę. Mnie czeka układanie.
Opał uzupełniający tegoroczne zużycie, na przyszłą zimę, zmieścił się w granicach 200 złotych. Owszem, trzeba będzie jeszcze doliczyć koszty paliwa do piły. Ale robocizna własna.
Kury, z radości przedwiosennej zwiększają nieśność. Dziennie dochodzą do 9 jaj.
Dokarmiane koźlęta mają się dobrze. Najstarsza Fruzia została odstawiona na noc i rano mleko Felicji idzie na nakarmienie czworga głodomorków. Dwóch syneczków Flory, i dwóch córeczek Muci, pierwiastek. Florka, Froda i Fiki i Miki. Robimy to już tylko dwa razy dziennie, bo dzieciaki jakoś sobie radzą, w końcu mają matki.
Wczorajszy wyjazd do powiatu, w sprawach urzędowo-zakupowych (ZUS, KRUS, Agencja Rolna, bo termin określenia się co do stada mijał właśnie, supermarkety, żeby zapas makaronu dla psów i ryżu dla nas zrobić), mimo, że przebiegł sprawnie, i Santa Klaus wbrew wcześniejszym obawom spisał się dzielnie, mocno nas umęczył. To przedwiosenne powietrze, ech. Wysysa siły.
Opał uzupełniający tegoroczne zużycie, na przyszłą zimę, zmieścił się w granicach 200 złotych. Owszem, trzeba będzie jeszcze doliczyć koszty paliwa do piły. Ale robocizna własna.
Kury, z radości przedwiosennej zwiększają nieśność. Dziennie dochodzą do 9 jaj.
Dokarmiane koźlęta mają się dobrze. Najstarsza Fruzia została odstawiona na noc i rano mleko Felicji idzie na nakarmienie czworga głodomorków. Dwóch syneczków Flory, i dwóch córeczek Muci, pierwiastek. Florka, Froda i Fiki i Miki. Robimy to już tylko dwa razy dziennie, bo dzieciaki jakoś sobie radzą, w końcu mają matki.
Wczorajszy wyjazd do powiatu, w sprawach urzędowo-zakupowych (ZUS, KRUS, Agencja Rolna, bo termin określenia się co do stada mijał właśnie, supermarkety, żeby zapas makaronu dla psów i ryżu dla nas zrobić), mimo, że przebiegł sprawnie, i Santa Klaus wbrew wcześniejszym obawom spisał się dzielnie, mocno nas umęczył. To przedwiosenne powietrze, ech. Wysysa siły.
12 marca 2018
Kiszka ziemniaczana z Podlasia
Śniegi zeszły, jeszcze gdzieniegdzie utrzymuje się grząskość podłoża. Stado ptasie żeruje na kaczym dołku wydrapując chciwie z gleby resztki mchu. Wzięło nas wczoraj na kulinarne zajęcia dodatkowe. Taka kulinarna niedziela.
Przyrządziłam kolejne porcje pasztetu w słoikach, wyszło ich pięć. Bo poprzednie szybko się skończyły.
A poza tym, jakby z rozpędu sporządziłyśmy kiszkę ziemniaczaną, podlaski przysmak. Nigdzie nigdy wcześniej jej nie jadłam w Polsce, tak jak i babki ziemniaczanej. Potrawa wschodnia jednym słowem. Dawno już przez nas nie robiona. Wyszła pięknie i smacznie, dziś się skończyła, a na poczęstunek załapał się niespodziewany gość. Pochwalił.
Składniki:
2 kg ziemniaków
1 duża cebula
0,3-0,5 kg boczku, podgardla albo słoniny, co się ma. Można też dodać pokrojonej w kostkę kiełbasy.
5 łyżek mąki ziemniaczanej
2 jaja
Przyprawy: sól, pieprz czarny świeżo mielony, ziele prowansalskie, zależnie od gustu, 3-4 ząbki czosnku.
Jelita
Przyrządzenie:
Ziemniaki, czosnek i cebulę zmielić drobno, jak na placki ziemniaczane, odsączyć. Dodać pokrojonego w kostkę boczku lub słoniny, jaja, posolić (na tę ilość łyżka-półtorej soli) i przyprawić do smaku. Dokładnie wymieszać, zagęszczając nieco mąką ziemniaczaną. Konsystencja nie może być zbyt rzadka, ani zbyt gęsta, podobna do tej na placki ziemniaczane, może ciut gęściejsza.
Nakładamy jelito na odpowiednią końcówkę w maszynce i nabijamy tak samo, jak to się robi z kiełbasą. Formujemy kiełbaski długości parówek.
Układamy na dnie brytfanny kilka cienkich paseczków słoniny, układamy nabitą kiszkę, tak, aby się ze sobą nie stykała. Nakłuwamy każdą kiszkę w kilku miejscach szpilką, aby płyn podczas pieczenia miał którędy uciec. Inaczej kiszka pęknie i straci na piękności. Można jeszcze dać odrobinę smalcu na wierzch każdej kiszki.
Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni, z termoobiegiem jakąś godzinę.
Smakuje na ciepło i na zimno. Z chrzanem, keczupem, kwaszonką do smaku. Odsmażana ze skwarkami zyskuje nowe życie.
Przyrządziłam kolejne porcje pasztetu w słoikach, wyszło ich pięć. Bo poprzednie szybko się skończyły.
A poza tym, jakby z rozpędu sporządziłyśmy kiszkę ziemniaczaną, podlaski przysmak. Nigdzie nigdy wcześniej jej nie jadłam w Polsce, tak jak i babki ziemniaczanej. Potrawa wschodnia jednym słowem. Dawno już przez nas nie robiona. Wyszła pięknie i smacznie, dziś się skończyła, a na poczęstunek załapał się niespodziewany gość. Pochwalił.
Kiszka ziemniaczana
Składniki:
2 kg ziemniaków
1 duża cebula
0,3-0,5 kg boczku, podgardla albo słoniny, co się ma. Można też dodać pokrojonej w kostkę kiełbasy.
5 łyżek mąki ziemniaczanej
2 jaja
Przyprawy: sól, pieprz czarny świeżo mielony, ziele prowansalskie, zależnie od gustu, 3-4 ząbki czosnku.
Jelita
Przyrządzenie:
Ziemniaki, czosnek i cebulę zmielić drobno, jak na placki ziemniaczane, odsączyć. Dodać pokrojonego w kostkę boczku lub słoniny, jaja, posolić (na tę ilość łyżka-półtorej soli) i przyprawić do smaku. Dokładnie wymieszać, zagęszczając nieco mąką ziemniaczaną. Konsystencja nie może być zbyt rzadka, ani zbyt gęsta, podobna do tej na placki ziemniaczane, może ciut gęściejsza.
Nakładamy jelito na odpowiednią końcówkę w maszynce i nabijamy tak samo, jak to się robi z kiełbasą. Formujemy kiełbaski długości parówek.
Układamy na dnie brytfanny kilka cienkich paseczków słoniny, układamy nabitą kiszkę, tak, aby się ze sobą nie stykała. Nakłuwamy każdą kiszkę w kilku miejscach szpilką, aby płyn podczas pieczenia miał którędy uciec. Inaczej kiszka pęknie i straci na piękności. Można jeszcze dać odrobinę smalcu na wierzch każdej kiszki.
Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni, z termoobiegiem jakąś godzinę.
Smakuje na ciepło i na zimno. Z chrzanem, keczupem, kwaszonką do smaku. Odsmażana ze skwarkami zyskuje nowe życie.
8 marca 2018
Przed przedwiośniem
Wreszcie puściło ostre mrozisko, zmuszające nas do palenia w piecach od rana do nocy. Od wczoraj odwilż pełną parą, pcha się przedwiośnie. Ptaki ze świeżym przypływem sił rozbiegają się po obejściu, penetrując przestrzenie dotąd zakryte śniegiem i zamrożone. Chce im się grzebać, szukać pokarmu. Jak na razie znoszą po 5 jaj dziennie, ale pewnie na dniach będzie jajeczny szturm.
Anna zwiozła co mogła z leśnego urobku, do reszty trzeba traktor wynająć. Szykuje się pszczół posłuchać, czy się ruszają, brzęczą w ulu. Jak trzeba będzie, dokarmić przed wiosną. Mnie się różne plany snują po głowie. Działać się chce.
Urodziło się nowe stadko kozich dzieci, w większości płci męskiej. Jeszcze tylko jedna koza do wykotu. Nie było większych perturbacji, oprócz tego, że pierwiastki mają po dwójce, a mleka mało. Zatem dokarmiamy trzy razy dziennie trójkę koźląt, z butelki, mlekiem zdojonym od Gwiazdy.
Anna zwiozła co mogła z leśnego urobku, do reszty trzeba traktor wynająć. Szykuje się pszczół posłuchać, czy się ruszają, brzęczą w ulu. Jak trzeba będzie, dokarmić przed wiosną. Mnie się różne plany snują po głowie. Działać się chce.
Urodziło się nowe stadko kozich dzieci, w większości płci męskiej. Jeszcze tylko jedna koza do wykotu. Nie było większych perturbacji, oprócz tego, że pierwiastki mają po dwójce, a mleka mało. Zatem dokarmiamy trzy razy dziennie trójkę koźląt, z butelki, mlekiem zdojonym od Gwiazdy.
25 lutego 2018
Pasztetowa w słoikach
Dawniej mawiano, i ja też to powtarzam, żeby nie zginęło doświadczenie przodków. Zima w Polsce musi się wymrozić, choćby przez 2 tygodnie. Jeśli tego nie zrobi w grudniu czy w styczniu, to raczej pewne jest, że mróz wypadnie w lutym. I mamy!
Oczywiście, w zależności od zimy będzie to mróz mniejszy lub większy. Ale dobrze jest, gdy potrzyma trochę w okolicach 15-20 stopni, a raz czy dwa spadnie jeszcze niżej. Tak dla zdrowotności!
Ach, moja niezapomniana pierwsza zimo na Podlasiu! 2005... Mróz trzymał kilka miesięcy, raz sięgnął prawie 40 stopni, a gdy temperatura z 28 w dzień spadła wreszcie do 15, czułam taką wzniosłą radość, jakby wiosna już przyszła!
Ponieważ dzisiaj w nocy ma być najchłodniej, to trochę czynności kuchennych sobie dodałam, żeby jakoś to znieść i wykorzystać dłuższe, niż zazwyczaj palenie w piecu.
Co więc dzisiaj mamy? Ano...
Składniki:
0,8 kg mięsa koźlęcego, karkówki bądź łopatki
0,25 kg wątróbki koźlęcej
0,20 kg podrobów koźlęcych (serce, płucka)
0,30 kg słoniny
Warzywa jak do rosołu, zatem 2 marchewki, pietruszka, seler, cebula
Przyprawy: sól, pieprz prawdziwy, kilka ząbków czosnku, cząber, albo czarnuszka czy mieszanka prowansalska
Przyrządzenie:
Wrzucamy do gara z wodą z dodatkiem ziela angielskiego i kilku listków laurowych najpierw warzywa, gdy chwilę się pogotują dodajemy mięso i podroby, a na koniec wątróbkę. Tę warzymy około 5 minut i odstawiamy wszystko do przestygnięcia.
Następnie mielimy drobno mięso, podroby, surową cebulę i czosnek, gotowane warzywa oraz słoninę. Dodajemy przyprawy do smaku według własnego gustu i dokładnie mieszamy.
Pakujemy masę w wyparzone wcześniej słoiczki po dżemie, dokładnie ubijając, aby nie było przerw i pasteryzujemy przez półtorej godziny w temperaturze w granicach 65-75 stopni. Odstawiamy do ostygnięcia.
I pałaszowania.
"Weki mięsne w słoikach 2 razy pasteryzować trzeba w odstępie 1 dniowym." Dodaję i podaję za czytelniczką bloga Ewą G. ;)
Oczywiście mięso można stosować dowolnie, każde się nadaje. My korzystamy z tego, co daje gospodarstwo.
Sposób na konserwy domowe w słoikach z różnych mięs gospodarczych w piecu chlebowym zapiekane i pasteryzowane, jaki poznałam z ust wioskowej starszyzny opiszę może innym razem.
Oczywiście, w zależności od zimy będzie to mróz mniejszy lub większy. Ale dobrze jest, gdy potrzyma trochę w okolicach 15-20 stopni, a raz czy dwa spadnie jeszcze niżej. Tak dla zdrowotności!
Ach, moja niezapomniana pierwsza zimo na Podlasiu! 2005... Mróz trzymał kilka miesięcy, raz sięgnął prawie 40 stopni, a gdy temperatura z 28 w dzień spadła wreszcie do 15, czułam taką wzniosłą radość, jakby wiosna już przyszła!
Ponieważ dzisiaj w nocy ma być najchłodniej, to trochę czynności kuchennych sobie dodałam, żeby jakoś to znieść i wykorzystać dłuższe, niż zazwyczaj palenie w piecu.
Co więc dzisiaj mamy? Ano...
Pasztet do smarowania, pakowany w słoikach
Składniki:
0,8 kg mięsa koźlęcego, karkówki bądź łopatki
0,25 kg wątróbki koźlęcej
0,20 kg podrobów koźlęcych (serce, płucka)
0,30 kg słoniny
Warzywa jak do rosołu, zatem 2 marchewki, pietruszka, seler, cebula
Przyprawy: sól, pieprz prawdziwy, kilka ząbków czosnku, cząber, albo czarnuszka czy mieszanka prowansalska
Przyrządzenie:
Wrzucamy do gara z wodą z dodatkiem ziela angielskiego i kilku listków laurowych najpierw warzywa, gdy chwilę się pogotują dodajemy mięso i podroby, a na koniec wątróbkę. Tę warzymy około 5 minut i odstawiamy wszystko do przestygnięcia.
Następnie mielimy drobno mięso, podroby, surową cebulę i czosnek, gotowane warzywa oraz słoninę. Dodajemy przyprawy do smaku według własnego gustu i dokładnie mieszamy.
Pakujemy masę w wyparzone wcześniej słoiczki po dżemie, dokładnie ubijając, aby nie było przerw i pasteryzujemy przez półtorej godziny w temperaturze w granicach 65-75 stopni. Odstawiamy do ostygnięcia.
I pałaszowania.
"Weki mięsne w słoikach 2 razy pasteryzować trzeba w odstępie 1 dniowym." Dodaję i podaję za czytelniczką bloga Ewą G. ;)
Oczywiście mięso można stosować dowolnie, każde się nadaje. My korzystamy z tego, co daje gospodarstwo.
Sposób na konserwy domowe w słoikach z różnych mięs gospodarczych w piecu chlebowym zapiekane i pasteryzowane, jaki poznałam z ust wioskowej starszyzny opiszę może innym razem.
19 lutego 2018
Śledzie z kurkumą
Zima trwa, mimo różnych fluktuacji. Ma się przeciętnie dobrze. My też. Kozy wciąż brzuchate. Ptactwo drepczące po śniegu ze zmarzniętymi łapkami zaczęło się już nieść (kaczka znosi sporadycznie jedno jajo, gęsi na razie niezainteresowane) i dziennie przynoszę z kurnika 8-9 jaj. Anna stara się je zużywać do ciast i ciasteczek oraz domowego makaronu, jemy jaja zawsze na śniadanie, przeważnie w formie jaja sadzonego, bo nieścięte żółtko zachowuje wszelkie witaminy i aminokwasy ważne dla organizmu, a czasem na kolację robię omlet z dodatkiem tartego żółtego sera koziego (już tylko w formie parmezanu resztka służy) oraz raczę surowymi jajami koty i psy. Bardzo to lubią i cenią sobie jako przysmak. Podobno ma też kosmetyczny wpływ na wygląd sierści. Zatem kury żywią drapieżców gospodarskich i wszyscy wraz z nimi mamy się doskonale.
Pozostając przy kolorze żółtym użyczę prostego przepisu na smaczną i przy okazji zdrową dla wątroby i nie tylko - sałatkę. Jej głównym i najważniejszym składnikiem jest kurkuma, o której nawet polska nader zdawkowa Wikipedia wspomina, że jest podejrzewana o lecznicze właściwości. Więcej informacji o jej rewelacyjnych właściwościach można znaleźć oczywiście na blogach dietetycznych i w artykułach sponsorowanych na temat suplementów.
Tyle ze swego doświadczenia powiem, że w dawnych czasach, gdy miewałam niekiedy długo trwające bóle w okolicach wątroby, których wedle badań wszelakich być nie mogło, pomagały mi na nie bardzo szybko krople Solaren, które są aptecznym wyciągiem z kurkumy. Teraz nie muszę ich zażywać, bo doszłam przyczyny dolegliwości, notorycznie się powtarzających. Okazało się nią uczulenie na gluten. Wyeliminowanie glutenu z diety postawiło mnie na nogi bardzo szybko i skutecznie. Niemniej pozostaję przy swoim szacunku dla wpływu kurkuminy na organizm i często ją stosuję w kuchni.
Należy zapamiętać taki kulinarny myk, i stosować jako przykazanie: kurkuma musi być zjedzona w towarzystwie pieprzu prawdziwego i najlepiej rozpuszczona w ciepłym/ogrzanym tłuszczu. Wtedy jej przyswajalność zwiększa się w ogromnym stopniu. Zatem podaję przepis na sałatkę, którą można zjeść ze smakiem, a jednocześnie potraktować jako aplikację leczniczej substancji.
Składniki:
3-4 płaty śledziowe typu matjas (mogą być jakiekolwiek inne)
1 duża cebula
czubata łyżeczka kurkumy
czubata łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu prawdziwego
odrobiona soli
jakikolwiek smaczny olej tłoczony na zimno
Śledzie moczymy przez kilka godzin w wodzie. Potem kroimy w dość drobną kostkę. Jeśli utraciły słoność, lekko solimy do smaku. Kroimy cebulę na płatki, lub kostkę, jak kto lubi. Całość mieszamy z przyprawami: kurkumą i pieprzem (ważne, aby był świeżo zmielony, bo ten kupowany jako mielony w ogóle nie jest ostry i pewnie utracił połowę właściwości) i taką ilością oleju, która wyda się nam odpowiednia. Nie za dużo, aby nie pływały, ale i nie za mało.
Można dodać zielony groszek, bądź fasolkę, albo krojony w kostkę ogórek kiszony bądź marynowany w occie. Co tam zbywa w lodówce. Dla większej sytości potrawy.
Odstawiamy sałatkę na kilka godzin do lodówki, aby się składniki dobrze przegryzły. Jeśli zrobimy rano, będzie świetną przekąską na kolację, jeśli wieczorem, to na drugi dzień.
Zjadać z chlebem, najlepiej własnego wypieku, lub gotowanymi ziemniakami.
Pozostając przy kolorze żółtym użyczę prostego przepisu na smaczną i przy okazji zdrową dla wątroby i nie tylko - sałatkę. Jej głównym i najważniejszym składnikiem jest kurkuma, o której nawet polska nader zdawkowa Wikipedia wspomina, że jest podejrzewana o lecznicze właściwości. Więcej informacji o jej rewelacyjnych właściwościach można znaleźć oczywiście na blogach dietetycznych i w artykułach sponsorowanych na temat suplementów.
Tyle ze swego doświadczenia powiem, że w dawnych czasach, gdy miewałam niekiedy długo trwające bóle w okolicach wątroby, których wedle badań wszelakich być nie mogło, pomagały mi na nie bardzo szybko krople Solaren, które są aptecznym wyciągiem z kurkumy. Teraz nie muszę ich zażywać, bo doszłam przyczyny dolegliwości, notorycznie się powtarzających. Okazało się nią uczulenie na gluten. Wyeliminowanie glutenu z diety postawiło mnie na nogi bardzo szybko i skutecznie. Niemniej pozostaję przy swoim szacunku dla wpływu kurkuminy na organizm i często ją stosuję w kuchni.
Należy zapamiętać taki kulinarny myk, i stosować jako przykazanie: kurkuma musi być zjedzona w towarzystwie pieprzu prawdziwego i najlepiej rozpuszczona w ciepłym/ogrzanym tłuszczu. Wtedy jej przyswajalność zwiększa się w ogromnym stopniu. Zatem podaję przepis na sałatkę, którą można zjeść ze smakiem, a jednocześnie potraktować jako aplikację leczniczej substancji.
Sałatka śledziowa z kurkumą
Składniki:
3-4 płaty śledziowe typu matjas (mogą być jakiekolwiek inne)
1 duża cebula
czubata łyżeczka kurkumy
czubata łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu prawdziwego
odrobiona soli
jakikolwiek smaczny olej tłoczony na zimno
Śledzie moczymy przez kilka godzin w wodzie. Potem kroimy w dość drobną kostkę. Jeśli utraciły słoność, lekko solimy do smaku. Kroimy cebulę na płatki, lub kostkę, jak kto lubi. Całość mieszamy z przyprawami: kurkumą i pieprzem (ważne, aby był świeżo zmielony, bo ten kupowany jako mielony w ogóle nie jest ostry i pewnie utracił połowę właściwości) i taką ilością oleju, która wyda się nam odpowiednia. Nie za dużo, aby nie pływały, ale i nie za mało.
Można dodać zielony groszek, bądź fasolkę, albo krojony w kostkę ogórek kiszony bądź marynowany w occie. Co tam zbywa w lodówce. Dla większej sytości potrawy.
Odstawiamy sałatkę na kilka godzin do lodówki, aby się składniki dobrze przegryzły. Jeśli zrobimy rano, będzie świetną przekąską na kolację, jeśli wieczorem, to na drugi dzień.
Zjadać z chlebem, najlepiej własnego wypieku, lub gotowanymi ziemniakami.
22 stycznia 2018
Zapiekany ser pleśniowy w fazie śmierdzielinka
Dojadamy resztki serów. Doszły swoich dni. Starsze robią się trudne do zjedzenia, choć u nas gąb i dziobów nie wybrzydzających, a wręcz odwrotnie, dość. Żółte już tylko na parmezan.
Jednak jest taki czas. Że domowy quasi-camembert osiągnął fazę płynną i tak ostrą, nie mówiąc o intensywnej woni, jaką wydziela, że nawet butla wina na popitkę niewiele pomaga, żeby się nim raczyć. A szkoda wyrzucić przecież.
Wzięłam się więc za potrawę na ciepło ze śmierdzielinka. Eksperyment. Bardzo prosta w wykonaniu, jeśli ma się główny składnik. A tutaj, powiem wam, trudno jest. Śmierdzielinków bowiem w Polsce nie kupisz łatwo, ani w sklepie, ani prywatnie, taki to ich zakazany urok. Choć można samemu łatwo się dochować, jeśli ktoś kupi tzw. kozi ser miękki zrobiony na bakteriach pleśniowych i w odpowiedni sposób go przechowa w lodówce, bądź w piwniczce, najmniej miesiąc.
Ale dość o tym. Do dzieła!
Składniki:
ziemniaki
łyżka masła
śmietana bądź podkwaszone mleko słodkie
ser w fazie zaawansowanej płynności
przyprawy: sól, świeżo zmielony pieprz prawdziwy, kurkuma, odrobina czarnuszki
Przyrządzenie
Ziemniaki obrać i wybrać jedną z dwóch wersji przyrządzania. Albo najpierw ugotować (można użyć takie, które zostały z wczorajszego obiadu), albo pokroić surowe w plastry. Położyć na dno naczynia żaroodpornego nieco masła, ułożyć warstwę ziemniaków, posypać hojnie przyprawami, i znów odrobiną masła, na to kolejna warstwa i znów przyprawy, tak do trzech razy. Całość polać serem dokładnie wymieszanym ze śmietaną, bądź podkwaszonym mlekiem i wstawić do piekarnika. Jeśli ziemniaki były surowe, to zapiekać przez godzinę w temperaturze 200 stopni. Jeśli były gotowane wystarczy pół godziny, a na koniec trochę poopiekać, aby zrumienić zapiekankę z wierzchu.
Hm, zapach może nie stanie się różany, ale na pewno bardziej znośny.
Podawać na ciepło z surówką lub sałatką ćwikłową, z kapustką kiszoną lub, co kto lubi.
Ja się zadowoliłam ćwikłą i mocnym kim-ći czosnkowym, idącym w parze z ostrym smakiem sera, a przełożoną na talerz zapiekankę potraktowałam jeszcze ulubionym domowym keczupem, żeby jej kolorków dodać. Mniam!
Najważniejsze: daje się zjeść! Nic się nie zmarnowało!
Jednak jest taki czas. Że domowy quasi-camembert osiągnął fazę płynną i tak ostrą, nie mówiąc o intensywnej woni, jaką wydziela, że nawet butla wina na popitkę niewiele pomaga, żeby się nim raczyć. A szkoda wyrzucić przecież.
[niniejsze zdjęcie pochodzi z internetu, ale mniej więcej ilustruje fazę rozwoju takiego sera]
Wzięłam się więc za potrawę na ciepło ze śmierdzielinka. Eksperyment. Bardzo prosta w wykonaniu, jeśli ma się główny składnik. A tutaj, powiem wam, trudno jest. Śmierdzielinków bowiem w Polsce nie kupisz łatwo, ani w sklepie, ani prywatnie, taki to ich zakazany urok. Choć można samemu łatwo się dochować, jeśli ktoś kupi tzw. kozi ser miękki zrobiony na bakteriach pleśniowych i w odpowiedni sposób go przechowa w lodówce, bądź w piwniczce, najmniej miesiąc.
Ale dość o tym. Do dzieła!
Zapiekanka z ostrym bardzo dojrzałym serem pleśniowym
Składniki:
ziemniaki
łyżka masła
śmietana bądź podkwaszone mleko słodkie
ser w fazie zaawansowanej płynności
przyprawy: sól, świeżo zmielony pieprz prawdziwy, kurkuma, odrobina czarnuszki
Przyrządzenie
Ziemniaki obrać i wybrać jedną z dwóch wersji przyrządzania. Albo najpierw ugotować (można użyć takie, które zostały z wczorajszego obiadu), albo pokroić surowe w plastry. Położyć na dno naczynia żaroodpornego nieco masła, ułożyć warstwę ziemniaków, posypać hojnie przyprawami, i znów odrobiną masła, na to kolejna warstwa i znów przyprawy, tak do trzech razy. Całość polać serem dokładnie wymieszanym ze śmietaną, bądź podkwaszonym mlekiem i wstawić do piekarnika. Jeśli ziemniaki były surowe, to zapiekać przez godzinę w temperaturze 200 stopni. Jeśli były gotowane wystarczy pół godziny, a na koniec trochę poopiekać, aby zrumienić zapiekankę z wierzchu.
Hm, zapach może nie stanie się różany, ale na pewno bardziej znośny.
Podawać na ciepło z surówką lub sałatką ćwikłową, z kapustką kiszoną lub, co kto lubi.
Ja się zadowoliłam ćwikłą i mocnym kim-ći czosnkowym, idącym w parze z ostrym smakiem sera, a przełożoną na talerz zapiekankę potraktowałam jeszcze ulubionym domowym keczupem, żeby jej kolorków dodać. Mniam!
Najważniejsze: daje się zjeść! Nic się nie zmarnowało!
17 stycznia 2018
Zimny czas
Kilka ostatnich dni było trudne do zniesienia. Dokuczało przeszywające zimno. Wiatr zwiększał odczucie zimowego chłodu wielokrotnie. Wyjście do obrządku wymagało poświęcenia. Grabiały dłonie, szczypały policzki, kapało z nosa, marzły kolana i stopy w kaloszach. Kacze i indycze towarzystwo wypuszczane było tylko na dwie godziny w ciągu dnia, bo przykro było patrzeć jak ptaki kulą się z zimna, przysiadają na zmarzniętych bosych łapkach i stroszą pióra.
W domu wcale nie szło szybko poczuć się komfortowo. Dom w nocy wychładzał się na tyle, że piec napalony przed południem długo się rozgrzewał, a wiatr, wiejący z południowego wschodu nie ułatwiał tego procesu. Nawet rozpalenie ścianowego na noc nie przynosiło wielkiej ulgi, budziłam się z zimnym nosem.
W taką pogodę wykociła się Fela. Mimo, że po wielkości jej brzucha nastawiłyśmy się na parkę, to okazało się, że urodziła jedynaczkę, dorodną kózkę z kłapciatymi uszami przekazanymi przez Gucia, po części mającego anglonubijską krew. Szybko stanęła na nóżki, zassała, nie trzeba było nawet przynosić do domu. Dzisiaj już zwyczajem wszystkich zdrowych koźląt próbuje podskoków. Zowie się Fruzia, bo jest z klanu na F.
W nocy wiatr wreszcie ustał. Za to zaczął padać śnieg. Szybko pokrył ziemię i las grubą mokrą kołdrą. Zaczęła się kolejna zimowa zabawa. Odśnieżanie. Pięćdziesiąt metrów od garażu do drogi to nie w kij dmuchał. Zwłaszcza, że zawiewa właściwie ciągle i końca nie widać. Anna wyskakuje raz na jakiś czas, aby przelecieć szuflą mimo wszystko i ułatwić sobie końcową robotę, gdy już padać przestanie. Jedynie, co lepsze, to w domu zrobiło się od razu ciepło i przytulnie.
W domu wcale nie szło szybko poczuć się komfortowo. Dom w nocy wychładzał się na tyle, że piec napalony przed południem długo się rozgrzewał, a wiatr, wiejący z południowego wschodu nie ułatwiał tego procesu. Nawet rozpalenie ścianowego na noc nie przynosiło wielkiej ulgi, budziłam się z zimnym nosem.
W taką pogodę wykociła się Fela. Mimo, że po wielkości jej brzucha nastawiłyśmy się na parkę, to okazało się, że urodziła jedynaczkę, dorodną kózkę z kłapciatymi uszami przekazanymi przez Gucia, po części mającego anglonubijską krew. Szybko stanęła na nóżki, zassała, nie trzeba było nawet przynosić do domu. Dzisiaj już zwyczajem wszystkich zdrowych koźląt próbuje podskoków. Zowie się Fruzia, bo jest z klanu na F.
W nocy wiatr wreszcie ustał. Za to zaczął padać śnieg. Szybko pokrył ziemię i las grubą mokrą kołdrą. Zaczęła się kolejna zimowa zabawa. Odśnieżanie. Pięćdziesiąt metrów od garażu do drogi to nie w kij dmuchał. Zwłaszcza, że zawiewa właściwie ciągle i końca nie widać. Anna wyskakuje raz na jakiś czas, aby przelecieć szuflą mimo wszystko i ułatwić sobie końcową robotę, gdy już padać przestanie. Jedynie, co lepsze, to w domu zrobiło się od razu ciepło i przytulnie.
5 stycznia 2018
Podsumowanie bez postanowień
Przyznaję, że wpisy na tym blogu stały się rzadsze od jakiegoś czasu. Wpływa na to kilka powodów. Po pierwsze i najważniejsze: szczegóły z osiedlania się, budowania, hodowania i zagospodarowywania przestrzeni zostały już tu wielokrotnie opisane pod różnymi kątami. W tym nowym roku minie 9 lat od chwili przeprowadzki do Kresowej Zagrody. Nastawienie zdążyło się zmienić. Pewnie najbardziej to dojrzeć i ustabilizować się na jednym poziomie, i dlatego brak koniecznej ekscytacji codziennymi zdarzeniami czy osiągnięciami, osiąganymi co rusz w podobny sposób. Ot, przyzwyczajenie.
Jesteśmy teraz na etapie każdego, nieomal każdego rolnika gospodarującego z roku na rok niezmiennie z dziada pradziada. Chyba trochę tak. W takim razie, o czym tu pisać więcej? W większości sytuacje powtarzają się podobnie, rok po roku.
Mimo, że staramy się wprowadzać zmiany, inwestycje (drobne), urozmaicać hodowle (dla własnej przyjemności, nie dla pieniędzy, których jest ni mniej ni więcej podobnie od lat), to wciąż na wiosnę trzeba siać i sadzić, potem wciąż łatać ogrodzenie, rąbać i układać drwa, jesienią ganiać z kozami, lub za kozami, które urywają się z nudnego pastwiska w ciekawsze leśne gęstwy sąsiednie, w tym czasie serowarzyć, dbać o pszczoły, miód odciągać, owoce zbierać i przetwarzać, aby na koniec roku móc odpoczywać przy ciepłym piecu, karmiąc dobytek dwa razy na dzień i spokojnie oczekiwać kolejnego przychówku.
Jak zawsze zrobiłam podliczenie roczne dochodów i wydatków i jak zawsze bilans wyszedł na zero. To dobrze, bo było kilka nagłych wypadków w tamtym sezonie i jakiś chochlik kazał nam wymienić podstawowe sprzęty agd, które uległy awarii, przede wszystkim kuchenkę gazową i lodówkę, w którą piorun strzelił. Na dokładkę mój komputer zaczął chodzić jak czołg i też się doprosił wymiany na nowszy i szybszy model. Jakoś starczyło, Bogu dzięki.
Obecnie zimujemy. Zdrowo się odżywiając i zjadając zapasy starannie jak co roku zrobione i podarowane nam przez gospodarstwo i pracę własnych rąk. Wystarczy na pewno do wiosny, a może i dłużej. Oczywiście, nie wszystko da się samemu wyprodukować. W zasadzie trzeba używać pieniądza, gdy chce się pić kawę naturalną i czarną herbatę, upiec chleb czy ciasto z mąki, której nie mamy swojej, posmarować ten chleb masłem, ugotować ryż czy kaszę. Kupujemy także makaron dla psów i podroby dla kotów i to jest właściwie największy stały wydatek na żywność. Bo domownicy są karmieni z garnka, żadnej sztucznej karmy nie dostają. Mleko już się w praktyce kończy, jest tyle co do kawy i dla kocieja Macieja, pozostało w zapasie kilka serów, i w zamrażarce zamrożonego twarogu na sernik, oraz mleka w razie potrzeby dla jakiegoś koźlątka na początek. Jaj nie brakuje świeżych, ani mięsa drobiowego i koziego, nieco wędliny domowej, do tego soki, dżemy i powidła, keczup domowy i marynaty grzybowe, ogórkowe i buraczane. Kapusta zakiszona, jak i zawsze jakaś świeża kiszonka z kapusty, buraczków, nawet kalafiora oraz kim-ći stoi w słojach. Zioła zebrane, można w razie chęci jakiś napar herbatopodobny czy leczniczy uskutecznić. Miód w dostatecznej dla nas ilości także do użytku w każdej chwili. Na popitkę jest też piwo domowe i wino.
Właściwie skłamałam pisząc, że nic nie robimy oprócz podstaw. No, tak. Anna szaleje z siekierką w lesie prawie każdego dnia dwie godziny, bo działkę wzięła z leśnictwa i drewno składa na kolejny zapas doroczny. Ja zaś staram się uczyć, zwiększać swoją wiedzę na różne tematy, poznawać nowe dziedziny, udoskonalać to, co już umiem. Myśleć, pisać, rozumować. Ot, jak zawsze.
Co do domowników mają się świetnie. Kola, a właściwie babcia Kola ("babciu, babciu, a dlaczego masz takie wielkie zęby?") ma się dobrze, a nawet jak na swój zaawansowany wiek 13 lat bardzo dobrze. Operacja okazała się udana i potrzebna. Pies jest odrodzony, ma dobry nastrój, interesuje się światem i towarzystwem, to najważniejsze. Nawet jakby milsza się zrobiła, mniej "kolczasta" i warkliwa, z chęcią pozwala się przytulać, czego do tej pory nie lubiła.
Kociej Maciej jest już dorosłym kocurem. I jest piękny. Puszysty, kosmaty, z wielką kitą, znać, że ma w genach jakiegoś rasowego przodka. Być może uda mi się odnaleźć w jakiejś szafie zdjęcioroba, to unaocznię.
Podsumowując: oby nam się (i Wam oczywiście jako nam) wiodło podobnie i po równym także i w tym 2018 roku!
Jesteśmy teraz na etapie każdego, nieomal każdego rolnika gospodarującego z roku na rok niezmiennie z dziada pradziada. Chyba trochę tak. W takim razie, o czym tu pisać więcej? W większości sytuacje powtarzają się podobnie, rok po roku.
Mimo, że staramy się wprowadzać zmiany, inwestycje (drobne), urozmaicać hodowle (dla własnej przyjemności, nie dla pieniędzy, których jest ni mniej ni więcej podobnie od lat), to wciąż na wiosnę trzeba siać i sadzić, potem wciąż łatać ogrodzenie, rąbać i układać drwa, jesienią ganiać z kozami, lub za kozami, które urywają się z nudnego pastwiska w ciekawsze leśne gęstwy sąsiednie, w tym czasie serowarzyć, dbać o pszczoły, miód odciągać, owoce zbierać i przetwarzać, aby na koniec roku móc odpoczywać przy ciepłym piecu, karmiąc dobytek dwa razy na dzień i spokojnie oczekiwać kolejnego przychówku.
Jak zawsze zrobiłam podliczenie roczne dochodów i wydatków i jak zawsze bilans wyszedł na zero. To dobrze, bo było kilka nagłych wypadków w tamtym sezonie i jakiś chochlik kazał nam wymienić podstawowe sprzęty agd, które uległy awarii, przede wszystkim kuchenkę gazową i lodówkę, w którą piorun strzelił. Na dokładkę mój komputer zaczął chodzić jak czołg i też się doprosił wymiany na nowszy i szybszy model. Jakoś starczyło, Bogu dzięki.
Obecnie zimujemy. Zdrowo się odżywiając i zjadając zapasy starannie jak co roku zrobione i podarowane nam przez gospodarstwo i pracę własnych rąk. Wystarczy na pewno do wiosny, a może i dłużej. Oczywiście, nie wszystko da się samemu wyprodukować. W zasadzie trzeba używać pieniądza, gdy chce się pić kawę naturalną i czarną herbatę, upiec chleb czy ciasto z mąki, której nie mamy swojej, posmarować ten chleb masłem, ugotować ryż czy kaszę. Kupujemy także makaron dla psów i podroby dla kotów i to jest właściwie największy stały wydatek na żywność. Bo domownicy są karmieni z garnka, żadnej sztucznej karmy nie dostają. Mleko już się w praktyce kończy, jest tyle co do kawy i dla kocieja Macieja, pozostało w zapasie kilka serów, i w zamrażarce zamrożonego twarogu na sernik, oraz mleka w razie potrzeby dla jakiegoś koźlątka na początek. Jaj nie brakuje świeżych, ani mięsa drobiowego i koziego, nieco wędliny domowej, do tego soki, dżemy i powidła, keczup domowy i marynaty grzybowe, ogórkowe i buraczane. Kapusta zakiszona, jak i zawsze jakaś świeża kiszonka z kapusty, buraczków, nawet kalafiora oraz kim-ći stoi w słojach. Zioła zebrane, można w razie chęci jakiś napar herbatopodobny czy leczniczy uskutecznić. Miód w dostatecznej dla nas ilości także do użytku w każdej chwili. Na popitkę jest też piwo domowe i wino.
Właściwie skłamałam pisząc, że nic nie robimy oprócz podstaw. No, tak. Anna szaleje z siekierką w lesie prawie każdego dnia dwie godziny, bo działkę wzięła z leśnictwa i drewno składa na kolejny zapas doroczny. Ja zaś staram się uczyć, zwiększać swoją wiedzę na różne tematy, poznawać nowe dziedziny, udoskonalać to, co już umiem. Myśleć, pisać, rozumować. Ot, jak zawsze.
Co do domowników mają się świetnie. Kola, a właściwie babcia Kola ("babciu, babciu, a dlaczego masz takie wielkie zęby?") ma się dobrze, a nawet jak na swój zaawansowany wiek 13 lat bardzo dobrze. Operacja okazała się udana i potrzebna. Pies jest odrodzony, ma dobry nastrój, interesuje się światem i towarzystwem, to najważniejsze. Nawet jakby milsza się zrobiła, mniej "kolczasta" i warkliwa, z chęcią pozwala się przytulać, czego do tej pory nie lubiła.
Kociej Maciej jest już dorosłym kocurem. I jest piękny. Puszysty, kosmaty, z wielką kitą, znać, że ma w genach jakiegoś rasowego przodka. Być może uda mi się odnaleźć w jakiejś szafie zdjęcioroba, to unaocznię.
Podsumowując: oby nam się (i Wam oczywiście jako nam) wiodło podobnie i po równym także i w tym 2018 roku!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


