Mróz zelżał stopniowo, klasycznie zaraz po pełni księżyca. Dziś tylko 4 na minusie, ale jest nieduży lecz przenikliwy wiatr. Gęś znosi jaja już systematycznie (tj. co drugi dzień) i, jak kobieta w ciąży, ma zachcianki. Znajduje miejsca nie pokryte śniegiem i wdziera się w glebę mocnym dziobem, jedząc ją z wielkim apetytem. Jest to jej potrzebne do budowania skorupek jaj, a gęsie jaja są wyjątkowo twarde.
Podobnie zresztą robią kury. Dlatego jeszcze jesienią wrzuciłam im do kurnika kilka pełnych łopat żwirku, który jak widzę, stale przegrzebują. Poradził mi tak stary Mikołaj i stwierdzić muszę, że miał rację.
Ponieważ zaczęło się ocieplać zostałam dzisiaj ostro wyciągnięta z łóżka już około 8 rano, bo robota czeka. Ania rozmontowała stary zlew, wyniosłyśmy go z domu i nakleiłyśmy kilka brakujących płytek terakotowych. Jutro kończenie, bo trzeba jeszcze kilka przyciąć do brzegu podłogi i dokupić kleju.
Zbieram zatem brudne talerze i garnki do miednicy, a potem urządzam zmywanie w łazience, zlewki wylewając na dwór, aby nie zatkać wanny.
Małe gospodarstwo na pograniczu wschodnim, przyjazne środowisku i dobrym ludziom, wytrwałe. Na tym blogu można pobyć w nim i poznać jego życie, pracę, poczuć rytm czterech pór roku, a także trochę pofilozofować...
17 lutego 2011
15 lutego 2011
Koty, mróz i smak
Noc była dość zimna, -25, dzięki czemu koty dały mi spokój. Tj. nie musiałam wstawać i je wypuszczać bądź wpuszczać drzwiami na taras w ich ulubionych porach aktywności (koło północy i nad ranem), średnio trzy razy w ciągu nocy. Czują, skubane, kiedy jest zimniej i wtedy nosa nie wyściubiają na zewnątrz. Łacio jednak zwalił się na moją kołdrę jak nieruchoma, ciężka kłoda i był tak uparcie nieskory do usunięcia się, że przekręcając się z boku na bok... oberwałam sobie trzy guziki od piżamy.
Zdecydowanie wolę spać z Jaśkiem, który jednak od czasu, jak Łacio wybrał łóżko, nawet nie próbuje z tatą rywalizować. Jasiek śpi bowiem po małpiemu, przy mnie na poduszce, pod kołdrą, jedynie z głową wystawioną na zewnątrz, do samiutkiego rana. Nie drapie i jest bardzo cierpliwy, gdy mam atak bezsenności i wiercę się nerwowo.
Kicia rzadko przychodzi w ten sposób, choć bardzo lubiła ze mną spać, gdy była młodziutkim kociakiem. Przeszło jej po pierwszym miocie, za to z lubością przynosiła mi zawsze kocięta do pilnowania. Sama wtedy biegła na dwór, polować i pilnować chaty przed obcymi psami, których była wielkim postrachem. Kocięta spały smacznie w fałdach kołdry, po czym kotka wskakiwała przez okno zawsze o stałej porze, około 4-5 rano i karmiła je, układając się brzuchem do góry pod moją pachą.
Poranek był zdziebko chłodnawy w domu, ale zaczęłyśmy dzień od rozgrzewki na świeżym powietrzu, w wyżowym słońcu. Trzeba było zwieźć kolejną porcję kostek siana ze stodoły sąsiadki. Robimy to na taczce. Wchodzą na nią jednorazowo 4 kostki. Dziennie wychodzi ostatnio nawet półtorej kostki, bo dzieci mają coraz większy apetyt.
Koźlęta dobrze zniosły mroźną noc. Dostały zwiększoną porcję siana, które już wciągają na równi ze starymi kozami.
Rozpaliłam w c.o. i na obiad upiekłam koźlęcą łopatkę. Na brytfannie, z niedużą ilością oleju i większą dawką wody, przykryte z wierzchu folią alumniniową, aby mięso nie wyschło. Tu notuję sobie, aby wreszcie dobrze zapamiętać, że pieczeń kozia (udo lub łopatka) wymaga co najmniej 3 godzinnego pieczenia w piekarniku nastawionym na 220 stopni. Żeberka mniej, około godziny lub nieco więcej (5 kwadransów), zależy od grubości mięsa na kościach. Z jednej łopatki mam średnio 3 obiady dla dwóch osób. Oczywiście, można mięso spożyć na zimno, z chlebem, z surówką, też jest super.
Szpikuję je najpierw ząbkami czosnku. Z ziół najlepiej się sprawdzają zioła prowansalskie, tymianek, majeranek, curry.
O ile dawniej wycinałam starannie kawałki tłuszczu z mięsa, w których zostaje kożli aromat, to ostatnio zrezygnowałam z tego i stwierdzam, że bardziej mi tak smakuje. Przyzwyczaiłam się po prostu do tego smaku i wcale, ale to wcale mi nie przeszkadza (a wręcz przeciwnie).
Terakotowanie przerwane zatem przez mroźną pogodę.
Zdecydowanie wolę spać z Jaśkiem, który jednak od czasu, jak Łacio wybrał łóżko, nawet nie próbuje z tatą rywalizować. Jasiek śpi bowiem po małpiemu, przy mnie na poduszce, pod kołdrą, jedynie z głową wystawioną na zewnątrz, do samiutkiego rana. Nie drapie i jest bardzo cierpliwy, gdy mam atak bezsenności i wiercę się nerwowo.
Kicia rzadko przychodzi w ten sposób, choć bardzo lubiła ze mną spać, gdy była młodziutkim kociakiem. Przeszło jej po pierwszym miocie, za to z lubością przynosiła mi zawsze kocięta do pilnowania. Sama wtedy biegła na dwór, polować i pilnować chaty przed obcymi psami, których była wielkim postrachem. Kocięta spały smacznie w fałdach kołdry, po czym kotka wskakiwała przez okno zawsze o stałej porze, około 4-5 rano i karmiła je, układając się brzuchem do góry pod moją pachą.
Poranek był zdziebko chłodnawy w domu, ale zaczęłyśmy dzień od rozgrzewki na świeżym powietrzu, w wyżowym słońcu. Trzeba było zwieźć kolejną porcję kostek siana ze stodoły sąsiadki. Robimy to na taczce. Wchodzą na nią jednorazowo 4 kostki. Dziennie wychodzi ostatnio nawet półtorej kostki, bo dzieci mają coraz większy apetyt.
Koźlęta dobrze zniosły mroźną noc. Dostały zwiększoną porcję siana, które już wciągają na równi ze starymi kozami.
Rozpaliłam w c.o. i na obiad upiekłam koźlęcą łopatkę. Na brytfannie, z niedużą ilością oleju i większą dawką wody, przykryte z wierzchu folią alumniniową, aby mięso nie wyschło. Tu notuję sobie, aby wreszcie dobrze zapamiętać, że pieczeń kozia (udo lub łopatka) wymaga co najmniej 3 godzinnego pieczenia w piekarniku nastawionym na 220 stopni. Żeberka mniej, około godziny lub nieco więcej (5 kwadransów), zależy od grubości mięsa na kościach. Z jednej łopatki mam średnio 3 obiady dla dwóch osób. Oczywiście, można mięso spożyć na zimno, z chlebem, z surówką, też jest super.
Szpikuję je najpierw ząbkami czosnku. Z ziół najlepiej się sprawdzają zioła prowansalskie, tymianek, majeranek, curry.
O ile dawniej wycinałam starannie kawałki tłuszczu z mięsa, w których zostaje kożli aromat, to ostatnio zrezygnowałam z tego i stwierdzam, że bardziej mi tak smakuje. Przyzwyczaiłam się po prostu do tego smaku i wcale, ale to wcale mi nie przeszkadza (a wręcz przeciwnie).
Terakotowanie przerwane zatem przez mroźną pogodę.
Labels:
Budownictwo,
Koty,
Kozy,
Kulinaria,
Mięso,
Narodziny,
Ogrzewanie,
Pogoda,
Przepisy,
Zioła
14 lutego 2011
Planowe działanie
Może dzięki intensywnemu słońcu dobrze znoszę powrót zimy. Dziś 18 na minusie w dzień. Internetowe prognozy zapowiadają niską temperaturę co najmniej do końca tygodnia i jeszcze opady śniegu. Kozy i kury trwają pozamykane w oborze i kurniku.
Mimo to, intensywnie myślę o tym, że gdy tylko zelżeje ten atak chłodu należy już oddzielić na noc koźlęta od matek. Mają półtora miesiąca, blisko dwóch, czas najwyższy. Matki są już zmęczone ich aktywnością i apetytem, oganiają się od dzieci jak mogą. Pozwoli im to wypocząć i spokojnie dawać nam pewną ilość mleka w porannym udoju. Młodzież z kolei zacznie więcej jeść ziarna i siana, co stopniowo zmniejszy ich pazerność na mleko.

Pojawiły się pewne problemy, bo 1) boks odsadnikowy został zajęty przez Zofiję, a 2) Tynia nadal jeszcze się nie wykociła. Trzeba będzie zaryzykować i dostawić z powrotem Zosię i jej zeszłoroczną córę Zuzię do boksu białasów, Tynię pozostawić samą w oczekiwaniu na potomstwo (lub może już po porodzie), a do zwolnionego przez Zofiję boksu upchnąć młodzież. Obawiam się wzrostu agresji w przegrodzie białasek. Choć liczę, że brak w nocy dzieci nieco je wyciszy, tym niemniej początek może być ostro-rogaty.
No, a żeby tego manewru dokonać musimy najpierw zmniejszyć poziom ściółki w oborze, bo jest już tak wysoko, że dzieciaki mogą zacząć wyskakiwać przez płotek, czego Niuńki i Bartosz parę razy dokonały.
Tymczasem Ania dokształca się rolniczo. Załatwiła wreszcie do końca rejestrację koziego stada i teraz szkoli się w powiecie w temacie wymogów urzędowych względem zdobycia ekologicznego certyfikatu dla naszego gospodarstwa. Bez legalizacji różnych posunięć ani rusz jednak.
Mimo to, intensywnie myślę o tym, że gdy tylko zelżeje ten atak chłodu należy już oddzielić na noc koźlęta od matek. Mają półtora miesiąca, blisko dwóch, czas najwyższy. Matki są już zmęczone ich aktywnością i apetytem, oganiają się od dzieci jak mogą. Pozwoli im to wypocząć i spokojnie dawać nam pewną ilość mleka w porannym udoju. Młodzież z kolei zacznie więcej jeść ziarna i siana, co stopniowo zmniejszy ich pazerność na mleko.

Pojawiły się pewne problemy, bo 1) boks odsadnikowy został zajęty przez Zofiję, a 2) Tynia nadal jeszcze się nie wykociła. Trzeba będzie zaryzykować i dostawić z powrotem Zosię i jej zeszłoroczną córę Zuzię do boksu białasów, Tynię pozostawić samą w oczekiwaniu na potomstwo (lub może już po porodzie), a do zwolnionego przez Zofiję boksu upchnąć młodzież. Obawiam się wzrostu agresji w przegrodzie białasek. Choć liczę, że brak w nocy dzieci nieco je wyciszy, tym niemniej początek może być ostro-rogaty.
No, a żeby tego manewru dokonać musimy najpierw zmniejszyć poziom ściółki w oborze, bo jest już tak wysoko, że dzieciaki mogą zacząć wyskakiwać przez płotek, czego Niuńki i Bartosz parę razy dokonały.
Tymczasem Ania dokształca się rolniczo. Załatwiła wreszcie do końca rejestrację koziego stada i teraz szkoli się w powiecie w temacie wymogów urzędowych względem zdobycia ekologicznego certyfikatu dla naszego gospodarstwa. Bez legalizacji różnych posunięć ani rusz jednak.
12 lutego 2011
Pozasystemowe inspiracje tym razem z nutką wegetariańską
Mimo, że aura tego nie zwiastuje, na pewno idzie wiosna :-))...
Gęś zniosła jajo nr 2, i znowu pauza. Znaczy chyba, że wiosna nieco zwolniła. W każdym razie nieuchronnie zbliża się czas podejmowania nowych decyzji, robienia planów upraw, rozwoju hodowli etc. Poznawania strategii unijnych, ale też przykładania ucha do tego, co piszczy w miejscach mniej konwencjonalnych - także.
Wracając do dyskusji pod wpisem: Ratuj się kto może! okazuje się, że powstają nowe incjatywy w handlu bezpośrednim, o czym można przeczytać tutaj np. ekopaczka.pl, Warszawska Kooperatywa Spożywcza i Odrolnika.pl.
I ciekawy artykuł na jednym z tych serwisów: Daj wolne kotletowi – zielone zadanie na marzec. W tym wypadku z lekką nutką wegetariańską.
(Ania)
Gęś zniosła jajo nr 2, i znowu pauza. Znaczy chyba, że wiosna nieco zwolniła. W każdym razie nieuchronnie zbliża się czas podejmowania nowych decyzji, robienia planów upraw, rozwoju hodowli etc. Poznawania strategii unijnych, ale też przykładania ucha do tego, co piszczy w miejscach mniej konwencjonalnych - także.
Wracając do dyskusji pod wpisem: Ratuj się kto może! okazuje się, że powstają nowe incjatywy w handlu bezpośrednim, o czym można przeczytać tutaj np. ekopaczka.pl, Warszawska Kooperatywa Spożywcza i Odrolnika.pl.
I ciekawy artykuł na jednym z tych serwisów: Daj wolne kotletowi – zielone zadanie na marzec. W tym wypadku z lekką nutką wegetariańską.
(Ania)
Codzienne trzaski
Dziś zmontowałyśmy szafkę pod zlew i drugą, pod butlę z gazem. Nóżki, blat i drzwiczki oczywiście zostawione na koniec roboty. Jutro niedziela, zatem nie da się brakujących płytek docinać, plan jest na poniedziałek. Rozmontujemy wtedy stary zlew, nakleimy podłogę i poczekamy przez noc. Być może, być może, majster będzie miał czas wpaść we wtorek, aby pomóc nam szereg szafek ustawić, przyśrubować do ściany i nowy syfon z kranem podpiąć do nowego zlewu.
Co do gipsokartonu na sufit, wciąż nie wiadomo kiedy będzie. Budowlane roboty stoją w okolicy zupełnie i nikt, oprócz nas nie zamawia towaru, zatem dostawca czeka na inne zamówienie. Czekamy i my.
W dzień śnieżyło chwilami dość obficie. Pojawiły się lekkie zaspy i trzeba na nowo odśnieżyć podjazd. W nocy wiał silny wiatr. Oszalowanie na poddaszu wtedy niekiedy nieco trzeszczy. Nasza chata w zasadzie jeszcze nie trzaska i nie chrzęści bez powodu, ale to podobno zwykłe zjawisko w drewnianych domach.
Były trzy krótkie awarie prądu. Uczę się nalewać wodę do wiader kozom zaraz po przyjściu z obory, gdy jest prąd, nie czekać z tym do ostatniej chwili, bo może wypaść, że światła akurat nie będzie, gdy największa potrzeba.

Dzieciaki rosną w oczach. Bartosz z nabitego w sobie kurdupla robi się wysoki i sporo wyszczuplał. Matkę ma wysoką, wiktorynkę, i okazuje się, że wdał się w nią. Jaśminka jest najbystrzejsza i najweselsza z dzieci.
Kury znoszą nawet i 5 jaj dziennie. Zajadamy się teraz własnoręcznie robionym majonezem na żółtku z jaja Zielonej Nóżki. Hm, nie jestem podatna na propagandę, sceptycyzm i wątpienie jest u mnie zawsze pierwszą reakcją na każdą informację, ale to, cholewcia prawda, że te jaja "są smakowite", jak mówi Ania (ona też to przyznaje), subtelnie smaczniejsze, niż jaja od zwykłych kur.
Co do gipsokartonu na sufit, wciąż nie wiadomo kiedy będzie. Budowlane roboty stoją w okolicy zupełnie i nikt, oprócz nas nie zamawia towaru, zatem dostawca czeka na inne zamówienie. Czekamy i my.
W dzień śnieżyło chwilami dość obficie. Pojawiły się lekkie zaspy i trzeba na nowo odśnieżyć podjazd. W nocy wiał silny wiatr. Oszalowanie na poddaszu wtedy niekiedy nieco trzeszczy. Nasza chata w zasadzie jeszcze nie trzaska i nie chrzęści bez powodu, ale to podobno zwykłe zjawisko w drewnianych domach.
Były trzy krótkie awarie prądu. Uczę się nalewać wodę do wiader kozom zaraz po przyjściu z obory, gdy jest prąd, nie czekać z tym do ostatniej chwili, bo może wypaść, że światła akurat nie będzie, gdy największa potrzeba.

Dzieciaki rosną w oczach. Bartosz z nabitego w sobie kurdupla robi się wysoki i sporo wyszczuplał. Matkę ma wysoką, wiktorynkę, i okazuje się, że wdał się w nią. Jaśminka jest najbystrzejsza i najweselsza z dzieci.
Kury znoszą nawet i 5 jaj dziennie. Zajadamy się teraz własnoręcznie robionym majonezem na żółtku z jaja Zielonej Nóżki. Hm, nie jestem podatna na propagandę, sceptycyzm i wątpienie jest u mnie zawsze pierwszą reakcją na każdą informację, ale to, cholewcia prawda, że te jaja "są smakowite", jak mówi Ania (ona też to przyznaje), subtelnie smaczniejsze, niż jaja od zwykłych kur.
11 lutego 2011
Póki co
Skręcić ikeowską szafkę narożną to nie byle jakie wyzwanie. Cały wczorajszy dzień na to poszedł. I w sumie większość szczegółów jest gotowa, tylko to jeszcze zebrać do kupy. Czyli wstawić półki wysuwane, drzwiczki i na koniec blat. Lecz można będzie to zrobić dopiero wtedy, jak się okazało, gdy cały szereg szafek będzie gotowy i nóżki im się odpowiednio przykręci, aby je spiąć ze sobą. A tu terakota pod zlewem jeszcze nie położona, więc znów wstrzymanie prac. Bo do księgowej trzeba jechać i krawiectwem corocznym się zająć też.
Póki co spadło w nocy nieco białego puchu i znów pola i łąki nakryte pierzynką.
Póki co spadło w nocy nieco białego puchu i znów pola i łąki nakryte pierzynką.
9 lutego 2011
Babski rząd
No, to odbyło się zebranie wiejskie, w obecności władzy gminnej. Zeszło się kilka bab, włącznie z nami. Na 33 mieszkańców 9 osób, w tym dwóch mężczyzn. Podobno norma. No, i stary sołtys odszedł na własne żądanie, a wspólnota zgodnie wybrała jego żonę na sołtyskę. My obie dostałyśmy się zaś niespodziewanie do rady sołeckiej, my i jeszcze jedna kobieta, dawna wieloletnia sołtyska. Ani też trafiło się przewodniczyć zebraniu, mnie zaś głosy w komisyi liczyć. Ot, życie społeczne.
Kiedy ludziska się rozeszły, rada sołecka jeszcze trochę poobradowała u nowej sołtyski, kawkę pijąc z kozim mlekiem, racząc się makowcem i marcinkiem, i o kozach i krowach dyskutując. Na naszej wiosce tylko dwie gospodynie jeszcze po krowie trzymają, ale już dawno przeszły siedemdziesiątkę, zatem myślą o umniejszeniu sobie pracy. Jak? Nie, nie będą mleka ze sklepu piły, tfu! Kozy sobie kupią! I starczy im i ich bliskim. Racja. Po co się przemęczać, doić, a potem mleko niesprzedane świniom skarmiać? Eto żałko - orzekła pani Marusia, która przy radzie też się na chwilę po koleżeńsku ostała.
Tak to na wiosce rządy bab się zaczęły (jak zażartował był wójt).
Dzisiaj natomiast zabrałyśmy się wreszcie za montaż szafki kuchennej, wedle instrukcji ikeowskiej. Oczywiście dyskusji jest przy tym co niemiara, bo już po własnoręcznym zmontowaniu jednego łóżka wiemy, że trzeba najpierw dokładnie obrazek obejrzeć i nad każdym detalem się zastanowić, żeby potem śrub nie wykręcać, bo jakiś element do góry nogami niespodziewanie wypadł.
Przerwał nam zaaferowaną robotę telefon od Niny z GOK-u. Ratunku, potrzebna pomoc przy krosnach! Nauczycielka tkania, starsza, ponad osiemdziesięcioletnia pani z sąsiedniej wsi lepiej się trochę poczuła i mogła wreszcie zjechać, aby pokazać, jak rozplątać zaplątane nici. Lub je przeciąć i naciągnąć od początku.
Zatem Ania rzuciła montaż, w samochód wsiadła i dalejże warsztat tkacki studiować u źródła.
Kiedy ludziska się rozeszły, rada sołecka jeszcze trochę poobradowała u nowej sołtyski, kawkę pijąc z kozim mlekiem, racząc się makowcem i marcinkiem, i o kozach i krowach dyskutując. Na naszej wiosce tylko dwie gospodynie jeszcze po krowie trzymają, ale już dawno przeszły siedemdziesiątkę, zatem myślą o umniejszeniu sobie pracy. Jak? Nie, nie będą mleka ze sklepu piły, tfu! Kozy sobie kupią! I starczy im i ich bliskim. Racja. Po co się przemęczać, doić, a potem mleko niesprzedane świniom skarmiać? Eto żałko - orzekła pani Marusia, która przy radzie też się na chwilę po koleżeńsku ostała.
Tak to na wiosce rządy bab się zaczęły (jak zażartował był wójt).
Dzisiaj natomiast zabrałyśmy się wreszcie za montaż szafki kuchennej, wedle instrukcji ikeowskiej. Oczywiście dyskusji jest przy tym co niemiara, bo już po własnoręcznym zmontowaniu jednego łóżka wiemy, że trzeba najpierw dokładnie obrazek obejrzeć i nad każdym detalem się zastanowić, żeby potem śrub nie wykręcać, bo jakiś element do góry nogami niespodziewanie wypadł.
Przerwał nam zaaferowaną robotę telefon od Niny z GOK-u. Ratunku, potrzebna pomoc przy krosnach! Nauczycielka tkania, starsza, ponad osiemdziesięcioletnia pani z sąsiedniej wsi lepiej się trochę poczuła i mogła wreszcie zjechać, aby pokazać, jak rozplątać zaplątane nici. Lub je przeciąć i naciągnąć od początku.
Zatem Ania rzuciła montaż, w samochód wsiadła i dalejże warsztat tkacki studiować u źródła.
8 lutego 2011
Ratuj się kto może!
Wciąż wiatr, niespecjalnie silny, ciepły, osusza ziemię. Gusia, skubiąca pracowicie resztki trawy i korzonków zaczęła znów nieść się, po pewnej przerwie. Nie zadbałam o to w sezonie, aby zebrać i nasuszyć dla mojego drobiu zielonych ziół i teraz mieszać je z karmą. Teraz na pewno by się przydały, bo i Zielone Nóżki bardzo to lubią. Wszystko przez to, że cierpimy na brak dobrej kosy. Historia kupienia takowej, osadzenia i wyklepania to cała długa opowieść, którą sobie daruję, ale przytoczę morał: najlepsze kosy to stare kosy. Mamy taką, po byłym właścicielu, ale jest już do połowy zjechana i niewiele się nią udaje ściąć. Nowa kosa zaś jest do wyrzucenia od samego początku...
Poza tymi codziennymi mini-wydarzeniami, powrócił w sferę moich zainteresowań, poprzez internetowe wypowiedzi tu i ówdzie, temat bezpośredniej sprzedaży produktów rolnych ludziom z miasta. Np. tu: http://marekkajdas.nowyekran.pl/post/889,antysystemowy-zywnosciowy-ruch-oporu , albo tu: http://icppc.pl/pl/index.php?id=68&s=rewolucja_w_angielskim.htm.
W skrócie: ktoś rzucił patriotyczne hasła miastowym, typu ratujmy polskie drobne rolnictwo i Polskę, kupujmy nielegalnie, w szarej strefie, bezpośrednio na wsi. Ach, wielu radośnie podniosło głosy zachwytu, tak, tak, ratujmy! kupujmy! tylko gdzie, u kogo, jak? Ach, czemuż nie ma jak dawniej, że rolnik sam pukał do drzwi i proponował świeże warzywko, mleczko, jajeczko.
Hm.
Będę pierwsza do przywitania miastowego, z gdziekolwiek bądź, chlebem i solą, który zawita pod moją chatę, na naszą wioskę i powie ludziom: zadbam o zbyt, wy tylko hodujcie i uprawiajcie, nie martwcie się o nic więcej! Ale ma to być nie sypane, naturalne, swojskie, jak dla siebie!
Jednak zwyczajnie nie wierzę w taki cud. I nie pozwalam sercu skakać z radości, czytając takie budujące wypowiedzi, apele i deklaracje ludzi z miast. Ot, gadanina. Która niczego nie zmieni. No, może jakieś pojedyncze przypadki... gdy ktoś rzeczywiście dupkę ruszy sprzed komputera i pojedzie szukać owego zanikającego w przyrodzie prawdziwego małorolnego chłopa.
Osobiście mogę taki cud sobie nieco inaczej nakręcić, wykorzystując inne swoje zajęcia i znajomości, zatem nie chodzi o mnie jako producenta.
Patrzę codziennie, jak polska tradycyjna wieś umiera. Dosłownie, w osobach starych, odchodzących z tego świata, słabnących z roku na rok rolników, którzy nie mają żadnego następcy. A wieś zapełnia się letnikami, inteligentami, hodowcami i obrońcami koni, psów i kotów, wegetarianami, buddystami i hinduistami, komunardami grającymi na gitarze, i co tam jeszcze miasto wymyśliło. Żeby to zmienić, odwrócić tendencję musiałoby coś tragicznego się stać, bo samą ideologią piekło wybrukować można. I tyle mojego zdania w tej kwestii.
Pełno na tym świecie paradoksów. Miasto wylęgło całe partie ekologów i zielonych, ludzi świadomych jakie badziewie kupuje się w sklepach, lecz nikt jakoś nie zakasuje rękawów, aby przyjechać na wioskę, pogadać z rolnikami, wyłożyć im co, jak i na czym polega bio-rolnictwo. I w razie czego pomóc pracą, wiedzą, towarzystwem i wspomóc finansowo zorganizowaniem zbytu na swojskie jedzenie. Za to do przykuwania się do drzewa czy okupowania trawników, nie mówiąc o obronie wielorybów, tygrysów bengalskich i lisów przez klikanie myszką, pełno bohaterów.
Czas jest palący i ostatni. Takim świadomym zjadaczom naturalnego jedzenia (skąd oni je mają?!!! oto jest pytanie godne Sherlocka Holmesa) z miasta powiem tyle: teraz nie ma już co rzucać haseł i tworzyć ideowego anty-systemowego ruchu, bo się tym systemu nie zrewolucjonizuje, ani nie naprawi. Teraz można jedynie jeszcze krzyknąć: Ratuj się kto może! tym, którzy jednak z miasta chcą uciec i przeflancować się na wieś. I to jest hasło skierowane do pojedynczych ludzi, w których ono jeszcze jakoś dźwięczy.
Człowieku, nie licz na uczciwość ekologicznego rolnika, że zaopatrzy on (a raczej oni) wielomilionowe miasto w towar idealnie czysty i nieskażony, za który - świadomy co jest co - chętnie zapłacisz godziwą cenę, bo to niemożliwe byłoby uzyskać (odzyskać w postaci moralnie nieskazitelnego chłopa) przez najbliższe dziesięciolecia pracy u podstaw. Tylko zwijaj manatki i kop własny ogródek, jedz to, co sam zasiejesz, zbierzesz i wyhodujesz. Tylko wtedy będziesz miał gwarancję czystości tego, co do gęby wkładasz, ty i twoje dzieci.
Tyle haseł na dziś. Brnę w to dalej, własny plan koncypując. O którym pewnie niedługo wspomnę na tym blogu. Plan indywidualny i nie obliczony na zbawienie świata czy Polski, ale może kilku świadomych, lub chcących odzyskać świadomość i bezpośredni kontakt z Ziemią ludzi.
6 lutego 2011
Przedwiosenny uśmiech i pierwsza złość
Najpierw zerwał się wiatr z zachodu i sprowadził deszcz, który padał przez większość wczorajszej nocy. Deszcz odkrył glebę w dużym procencie, choć pozostałości ze śnieżnych gór były jeszcze dość potężne. Zrobiło się na tyle ciepło, że musiałyśmy po jednorazowym przepaleniu pieca c.o. (w godzinach 12-15) otworzyć na stałe otwór wiodący na poddasze i wypuścić z mieszkania nadmiar gorąca. Ponieważ zabrałyśmy się za pewne prace krawieckie wymagające przestrzeni spędziłam na owym poddaszu ponad godzinę, w krótkim rękawku i nie poczułam żadnego wychłodzenia.Dzisiaj przepalam jedynie w ścianowym, po południu. Śnieg zanikł do niewielkiego procenta, a woda wsiąkła w ziemię. Kury wypuszczone na dwór nieomal oszalały ze szczęścia. Dzioby uśmiechnięte, chodzą dostojnie za prowadzającym je Ancymonem, który troskliwie i kurtuazyjnie (koguty są uosobieniem prawdziwej męskiej galanterii, jakby ktoś nie wiedział) woła swoje żony do każdej odsłoniętej kępki starej trawy czy skrawka czarnoziemu zdatnego do przegrzebania i zjedzenia.
Kozy pobekiwały z otwartej obory, chętne wybrać się także na wiosenny spacer. W takim razie Ania, wiedziona dobrym sercem wypuściła po raz pierwszy wszystkie dorosłe i młodzież z boksów. Chcąc poprowadzić całe stado w sąsiedni las, na przedwiosenne ogryzanie gałązek. Ale dzieciaki, przerażone nie zechciały opuścić ulubionych pieleszy, a ich matki zaczęły się nagle na poważnie ze sobą... prać.
Najpierw było czarna na białą i ostry pojedynek na rogi między Zośką a Dziunią. Trzeba je było rozgonić siłą, bo rzecz nie wyglądała miło i mogło się skończyć jakimś pośliźnięciem i niekontrolowanym upadkiem...
Kiedy Zofija pomaszerowała za zawziętość do kozy, Dziunia zaczęła ganiać drugą białaskę, Miśkę. Włączyła się do pomocy Kazia i... na tym skończył się spacer. Kozuchy-matuchy wróciły do boksów.
- Strach się bać co będzie na wiosnę, gdy wyjdą na pastwisko! - mówi Ania.
- E, ustalą między sobą raz na początku, która najsilniejsza, która którą rządzi i pogodzą się. A dzieciaki muszą przywyknąć do wychodzenia i coraz dalszych dystansów poza oborę. Nic na szybko - pocieszam.
Bo z rozpędu i niektórym koźlętom się dostało. Na szczęście mają szybkie nogi i odskakują od wściekłych matek i ciotek łatwo i daleko jak pchełki.

Natomiast Gusia znika na całe godziny już od kilku dni, gdy tylko zaczęło "puszczać". Przeważnie odnajduję ją w sadzie, gdzie usiłuje paść się na zeszłorocznym pastwisku.
4 lutego 2011
Drzwi czasu
Wstałam, a jakże, nawet wpół do ósmej, bez normalnego na co dzień kwękania.
Przyjechali, a jakże, nieco po ósmej. Pracowali spokojnie, nawet obiadu nie chcieli, choć ugotowałam gar krupniku na żeberkach.
Wyjęli starą, mocno nadwyrężoną futrynę z podwójnymi drzwiami, powiększyli piłą spalinową otwór na drugie podwójne drzwi, wycięli ostatni wysoki próg w chacie, jaki pozostał z jej pierwotnego wystroju (można go obejrzeć we wpisie z 19 grudnia ub.r.), wstawili nową futrynę z progiem o połowę niższym, umocowali ją i obrobili kawałek ściany wokół drewnianą szalówką.

Umocowali także drugi dębowy próg, u wejścia do kuchni, już dawniej przygotowany i założyli parapet i listwy obramujące wokół kuchennego okna.
Pozostaje zatem jeszcze do zrobienia przeciwpożarowa obróbka komina kołnierzem z waty mineralnej, blachy i gipsokartonu oraz przykręcenie płyt na suficie. Co do tej pracy umówiliśmy się na telefon, bo wciąż dostawca nie wie, kiedy będzie miał okazję coś więcej wieźć w nasz rejon (wtedy transport jest u niego gratisowy).
Na koniec panowie wnieśli z tarasu nasz stuletni kredens, który wozimy ze sobą jeszcze z mieszkania w stolicy, kupiony dawno temu na Kole. Nieco rozmiękł od wilgoci i wymaga nowego nawoskowania, zatem umyłam go dokładnie i schnie teraz w cieple wnętrza.
Wszystkie prace, jak widać toczą się intensywnie i jednocześnie wolno, na spokojnie, bez poganiania.
W sumie jestem zadowolona ze zmiany drzwi. Poprzednie są jeszcze całkowicie ok i prawdopodobnie posłużą nam do zbudowania pawlacza na poddaszu. Były jednak za niskie (165 cm, jak dla krasnala) i wąskie, aby je zostawić na dawnym miejscu. Tylko wysoki próg sprawiał, że wyglądały na w miarę wysokie. My przechodziłyśmy bez problemu, ale zdarzają się wysokie osoby, które musiały głowę w nich pochylać.
Pan Śnieżko z Mielnika, mój mistrz od historii regionu podlaskiego i wcielony prawdziwy "duch miejsca" twierdzi, że niskie drzwi, zwłaszcza wejściowe w starych podlaskich chatach, nie tylko chłopskich, ale i szlachty zaściankowej, której tu niegdyś pełno mieszkało (i mieszka do tej pory w niektórych wsiach) wstawiane były specjalnie po to, aby wchodzący zawsze musiał pokłonić się domowi i złożyć szacunek gospodarzowi i świętym obrazom, które w nim wisiały.
Do naszej chaty udało nam się "trafić" (tj. najść, jak mówią miejscowi) czworo drewnianych solidnych drzwi na pewnej wiosce daleko od szosy położonej. U chłopa, który starą spróchniałą chatę po dziadkach miał zamiar rozebrać i spalić w piecu.
Jest to zwyczajny los drewnianych chat na wsi i nie ma co wzdychać. Wzdychanie pojawia się z innego powodu, że nie ma już młodych, którzy by sobie nową chatę stawiali, w stylu miejscowym, dlatego całe przepiękne wsie na Podlasiu murszeją, zapadają się w siebie i giną bezpowrotnie. Kiedyś proces wymiany starego na nowe był zrównoważony i żadnej tragedii nie było, że ktoś starym domem, nawet pięknie dawno temu ozdobionym, zimą się ogrzewa.
No, więc my z nim od razu w handel. On, a jakże, chętny bardzo.
- Bierzcie co chcecie, mnie to na nic. Ile już stąd różnych klamotów ludzie pobrali! Tylko na butelkę dajcie, a może dwie, zobaczymy.
No, to jak było pozwolenie, to żeśmy zaszalały. Trzy pary dwuskrzydłowych drzwi i jedne wejściówki, rzeźbione, okiennice do 7 okien i ze 200 kafli z pieczki, którą na życzenie gospodarz łomem zechciał osobiście "rozjebaty".
Trochę się po tej robocie rozkaszlał, dlatego cenę podwyższył o jeden solidny papierek.
Kiedyśmy to wszystko do domu zwiozły i potem szukałyśmy brakujących jeszcze trojga drzwi pojedynczych do łazienki, kuchni i trzeciego pokoju to dopiero uzmysłowiłyśmy sobie wagę tej niesamowitej okazji, jaką los nam zesłał...

Dzięki niej, po dorobieniu futryny ze świetlikiem, do naszej chałupy wchodzi się poprzez stare ciężkie drzwi opatrzone kowalską autentyczną zapadką, z rzeźbioną gwiazdą po środku, motywem częstym w okolicy, jak się przekonałyśmy, jeżdżąc letnią porą po różnych wsiach.

Takie drzwi czasem u kogoś leżą jako platforma do dźwigania czegoś, albo stoją w komórce, bo żal wyrzucić, a to jedyna pamiątka po chałupie dziadków na przykład. Spróbujcie takie zamówić u stolarza teraz!
Dwoje dwuskrzydłowych natomiast prowadzi do jadalnego i do pokoju, z kuchni. Są jeszcze drzwiowe zapasy, bo nie wiadomo, co jeszcze zbudować przyjdzie nam do głów. ;-)
Przyjechali, a jakże, nieco po ósmej. Pracowali spokojnie, nawet obiadu nie chcieli, choć ugotowałam gar krupniku na żeberkach.
Wyjęli starą, mocno nadwyrężoną futrynę z podwójnymi drzwiami, powiększyli piłą spalinową otwór na drugie podwójne drzwi, wycięli ostatni wysoki próg w chacie, jaki pozostał z jej pierwotnego wystroju (można go obejrzeć we wpisie z 19 grudnia ub.r.), wstawili nową futrynę z progiem o połowę niższym, umocowali ją i obrobili kawałek ściany wokół drewnianą szalówką.

Umocowali także drugi dębowy próg, u wejścia do kuchni, już dawniej przygotowany i założyli parapet i listwy obramujące wokół kuchennego okna.
Pozostaje zatem jeszcze do zrobienia przeciwpożarowa obróbka komina kołnierzem z waty mineralnej, blachy i gipsokartonu oraz przykręcenie płyt na suficie. Co do tej pracy umówiliśmy się na telefon, bo wciąż dostawca nie wie, kiedy będzie miał okazję coś więcej wieźć w nasz rejon (wtedy transport jest u niego gratisowy).
Na koniec panowie wnieśli z tarasu nasz stuletni kredens, który wozimy ze sobą jeszcze z mieszkania w stolicy, kupiony dawno temu na Kole. Nieco rozmiękł od wilgoci i wymaga nowego nawoskowania, zatem umyłam go dokładnie i schnie teraz w cieple wnętrza.
Wszystkie prace, jak widać toczą się intensywnie i jednocześnie wolno, na spokojnie, bez poganiania.
W sumie jestem zadowolona ze zmiany drzwi. Poprzednie są jeszcze całkowicie ok i prawdopodobnie posłużą nam do zbudowania pawlacza na poddaszu. Były jednak za niskie (165 cm, jak dla krasnala) i wąskie, aby je zostawić na dawnym miejscu. Tylko wysoki próg sprawiał, że wyglądały na w miarę wysokie. My przechodziłyśmy bez problemu, ale zdarzają się wysokie osoby, które musiały głowę w nich pochylać.
Pan Śnieżko z Mielnika, mój mistrz od historii regionu podlaskiego i wcielony prawdziwy "duch miejsca" twierdzi, że niskie drzwi, zwłaszcza wejściowe w starych podlaskich chatach, nie tylko chłopskich, ale i szlachty zaściankowej, której tu niegdyś pełno mieszkało (i mieszka do tej pory w niektórych wsiach) wstawiane były specjalnie po to, aby wchodzący zawsze musiał pokłonić się domowi i złożyć szacunek gospodarzowi i świętym obrazom, które w nim wisiały.
Do naszej chaty udało nam się "trafić" (tj. najść, jak mówią miejscowi) czworo drewnianych solidnych drzwi na pewnej wiosce daleko od szosy położonej. U chłopa, który starą spróchniałą chatę po dziadkach miał zamiar rozebrać i spalić w piecu.
Jest to zwyczajny los drewnianych chat na wsi i nie ma co wzdychać. Wzdychanie pojawia się z innego powodu, że nie ma już młodych, którzy by sobie nową chatę stawiali, w stylu miejscowym, dlatego całe przepiękne wsie na Podlasiu murszeją, zapadają się w siebie i giną bezpowrotnie. Kiedyś proces wymiany starego na nowe był zrównoważony i żadnej tragedii nie było, że ktoś starym domem, nawet pięknie dawno temu ozdobionym, zimą się ogrzewa.
No, więc my z nim od razu w handel. On, a jakże, chętny bardzo.
- Bierzcie co chcecie, mnie to na nic. Ile już stąd różnych klamotów ludzie pobrali! Tylko na butelkę dajcie, a może dwie, zobaczymy.
No, to jak było pozwolenie, to żeśmy zaszalały. Trzy pary dwuskrzydłowych drzwi i jedne wejściówki, rzeźbione, okiennice do 7 okien i ze 200 kafli z pieczki, którą na życzenie gospodarz łomem zechciał osobiście "rozjebaty".
Trochę się po tej robocie rozkaszlał, dlatego cenę podwyższył o jeden solidny papierek.
Kiedyśmy to wszystko do domu zwiozły i potem szukałyśmy brakujących jeszcze trojga drzwi pojedynczych do łazienki, kuchni i trzeciego pokoju to dopiero uzmysłowiłyśmy sobie wagę tej niesamowitej okazji, jaką los nam zesłał...

Dzięki niej, po dorobieniu futryny ze świetlikiem, do naszej chałupy wchodzi się poprzez stare ciężkie drzwi opatrzone kowalską autentyczną zapadką, z rzeźbioną gwiazdą po środku, motywem częstym w okolicy, jak się przekonałyśmy, jeżdżąc letnią porą po różnych wsiach.

Takie drzwi czasem u kogoś leżą jako platforma do dźwigania czegoś, albo stoją w komórce, bo żal wyrzucić, a to jedyna pamiątka po chałupie dziadków na przykład. Spróbujcie takie zamówić u stolarza teraz!
Dwoje dwuskrzydłowych natomiast prowadzi do jadalnego i do pokoju, z kuchni. Są jeszcze drzwiowe zapasy, bo nie wiadomo, co jeszcze zbudować przyjdzie nam do głów. ;-)
Labels:
Budownictwo,
Ceny,
feng-szuei,
Kulinaria,
Maszyny,
Ogrzewanie,
Pamięć,
Praca,
Region,
Rzemiosło,
Tradycja,
Wspólnota
3 lutego 2011
Poranne zrywy
- No, to nie przyjechali - stwierdziła rano Ania i poszła na kominki do sąsiadki.
Około pierwszej po południu jednak zajechała brygada pod dom. I wyładowała z przyczepy podwójne drzwi oprawne w futrynę, listwy do obramowań na okna i drzwi oraz listwy pod płyty gipsokartonowe. Panowie wnieśli wszystko do kuchni, pokoju i na taras i odjechali.
- No, to jutro zaczynamy, zaraz rano, tak gdzieś koło ósmej - ogłosił majster.
- Ok, panowie, trzymam za słowo. Wstanę wcześniej i będę czekać - zaśmiałam się.
Oni już wiedzą, że sypiam dłużej, niż ustawa przewiduje, bo mnie już nieraz obudzili. Trudno, niech się podśmiewają (na wsi wstawanie później, niż o szóstej- siódmej rano jest prawdziwym obciachem). Pod tym względem trudno jest mi się zmienić, jestem śpiochem. Ale to dlatego, że często cierpię na bezsenność w nocy i dosypiam o świcie, kiedy już wszyscy, którzy zakłócali mi w nocy spanie, wstali.
Na moje szczęście Ania należy do rannych ptaszków i załatwia poranne karmienie zwierząt. A zima jest na tyle łaskawa, że można śmiało czekać z paleniem w piecu (co do mnie należy) do południa. Zatem korzystam z zimowych wakacji ile potrafię, bo latem już nie będzie to możliwe. Poranne obfite dojenie, przy wiosennie niewprawnych rękach i młodych kozach, które dopiero trzeba przyuczyć wymaga obecności i pracy dwóch osób, a nie jednej.
Dokończyłam fugowanie płytek na ścianach bocznych, a Ania docięła i przykleiła brakujące płytki w najniższych rzędach.
- Codziennie coś robimy i patrz ile już wykonane - spojrzała z zadowoleniem na rezultat.
Następny stoi w kolejce montaż szafek kuchennych z Ikei (dlatego myślę, że sobie jakoś poradzimy same), w tym pod zlew.
Gipsokarton zamówiony, transport nie wiadomo kiedy nastąpi. Zresztą jutro piątek, więc nie ma co liczyć na początek dłuższej pracy. Ot, zryw wiosenny,
Około pierwszej po południu jednak zajechała brygada pod dom. I wyładowała z przyczepy podwójne drzwi oprawne w futrynę, listwy do obramowań na okna i drzwi oraz listwy pod płyty gipsokartonowe. Panowie wnieśli wszystko do kuchni, pokoju i na taras i odjechali.
- No, to jutro zaczynamy, zaraz rano, tak gdzieś koło ósmej - ogłosił majster.
- Ok, panowie, trzymam za słowo. Wstanę wcześniej i będę czekać - zaśmiałam się.
Oni już wiedzą, że sypiam dłużej, niż ustawa przewiduje, bo mnie już nieraz obudzili. Trudno, niech się podśmiewają (na wsi wstawanie później, niż o szóstej- siódmej rano jest prawdziwym obciachem). Pod tym względem trudno jest mi się zmienić, jestem śpiochem. Ale to dlatego, że często cierpię na bezsenność w nocy i dosypiam o świcie, kiedy już wszyscy, którzy zakłócali mi w nocy spanie, wstali.
Na moje szczęście Ania należy do rannych ptaszków i załatwia poranne karmienie zwierząt. A zima jest na tyle łaskawa, że można śmiało czekać z paleniem w piecu (co do mnie należy) do południa. Zatem korzystam z zimowych wakacji ile potrafię, bo latem już nie będzie to możliwe. Poranne obfite dojenie, przy wiosennie niewprawnych rękach i młodych kozach, które dopiero trzeba przyuczyć wymaga obecności i pracy dwóch osób, a nie jednej.
Dokończyłam fugowanie płytek na ścianach bocznych, a Ania docięła i przykleiła brakujące płytki w najniższych rzędach.
- Codziennie coś robimy i patrz ile już wykonane - spojrzała z zadowoleniem na rezultat.
Następny stoi w kolejce montaż szafek kuchennych z Ikei (dlatego myślę, że sobie jakoś poradzimy same), w tym pod zlew.
Gipsokarton zamówiony, transport nie wiadomo kiedy nastąpi. Zresztą jutro piątek, więc nie ma co liczyć na początek dłuższej pracy. Ot, zryw wiosenny,
Labels:
Budownictwo,
Kozy,
Ogrzewanie,
Praca,
Ptaki,
Wspólnota,
Zwierzęta
1 lutego 2011
Drobne plany i przepisy
Majster klasycznie, nie przybył w zgodzie z wcześniejszą umową, ale zadzwonił (to duży postęp w naszych relacjach był swego czasu).
- Samochód mi się zepsuł. Ale już naprawiony. Jutro przyjadę, albo może pojutrze... Futrynę już prawie skończyłem.
No, to my korzystając z tego fugujemy terakotę na podłodze i przygotowujemy się do zakończenia roboty, tj. przyklejenia kilku brakujących płytek pod zlewem. To trzeba zgrać w czasie z montażem nowego zlewu, więc ze 2 dni jeszcze się przydadzą, a panowie, jak się już zjawią to pomogą nowy syfon założyć i szafkę postawić, mam nadzieję. I kredens, wyniesiony na taras wniosą do kuchni. I będę mogła uporządkować talerze, garnki i produkty, które teraz dosłownie walają się po jedynym stole i wielu wielu pudłach, ustawionych jak popadnie, jedno na drugim i przekładanych w rankingu zależnie od tego, co akurat jest potrzebne. No, i brakujące nowe drzwi będą wstawione i nowe progi i tylko jeszcze sufit pozostanie do zrobienia. Jeśli uda się sprowadzić płyty gipsokartonowe na czas, to majster może z rozpędu i to zrobi. Obaczym.
Zielone Nóżki jak zaczarowane znoszą codziennie jajka, na 5 kurek 4 się już niosą. Po pierwszej radości i próbowaniu (a to na miękko, a to na twardo, a to w jajecznicy, a to w naleśnikach, a to w cieście) zaczynam myśleć o dystrybucji, bo zbiera się zapas bardzo szybko.
Ania dzisiaj po raz pierwszy sama ugotowała owsianego kisielu, co prawda uproszczonym sposobem, tj. na mielonych płatkach owsianych, na samym zakwasie, ale przepis zaczyna dopiero rozgryzać. Fakt jest taki, że każdy w regionie gotuje go trochę inaczej (z płatków, ze śruty owsianej, z zakwasem, z drożdżami, różne miksy). Próbowałyśmy już różnych przepisów różną ręką robionych. I teraz Ania pracuje nad własnym sposobem.
Ja lubię jeść go potem z syropem owocowym, tak jak budyń, choć można i zwyczajnie cukrem posypać. Ania zaś woli z olejem lnianym, to podkreśla fakt, że kisiel owsiany jest tradycyjną postną potrawą, przyrządzaną na Wigilię (różne wigilie prawosławne). Przypisuje mu się właściwości anty-cholesterolowe.
Natomiast olej lniany jest na Podlasiu takim samym smakołykiem, jak ów kisiel. Dodaje się go też do śledzi lub smaży na nim cebulkę. Można też zwyczajnie chleb (swojski, żytni) nim polać i tak zjeść kromkę.
- Samochód mi się zepsuł. Ale już naprawiony. Jutro przyjadę, albo może pojutrze... Futrynę już prawie skończyłem.
No, to my korzystając z tego fugujemy terakotę na podłodze i przygotowujemy się do zakończenia roboty, tj. przyklejenia kilku brakujących płytek pod zlewem. To trzeba zgrać w czasie z montażem nowego zlewu, więc ze 2 dni jeszcze się przydadzą, a panowie, jak się już zjawią to pomogą nowy syfon założyć i szafkę postawić, mam nadzieję. I kredens, wyniesiony na taras wniosą do kuchni. I będę mogła uporządkować talerze, garnki i produkty, które teraz dosłownie walają się po jedynym stole i wielu wielu pudłach, ustawionych jak popadnie, jedno na drugim i przekładanych w rankingu zależnie od tego, co akurat jest potrzebne. No, i brakujące nowe drzwi będą wstawione i nowe progi i tylko jeszcze sufit pozostanie do zrobienia. Jeśli uda się sprowadzić płyty gipsokartonowe na czas, to majster może z rozpędu i to zrobi. Obaczym.
Zielone Nóżki jak zaczarowane znoszą codziennie jajka, na 5 kurek 4 się już niosą. Po pierwszej radości i próbowaniu (a to na miękko, a to na twardo, a to w jajecznicy, a to w naleśnikach, a to w cieście) zaczynam myśleć o dystrybucji, bo zbiera się zapas bardzo szybko.
Ania dzisiaj po raz pierwszy sama ugotowała owsianego kisielu, co prawda uproszczonym sposobem, tj. na mielonych płatkach owsianych, na samym zakwasie, ale przepis zaczyna dopiero rozgryzać. Fakt jest taki, że każdy w regionie gotuje go trochę inaczej (z płatków, ze śruty owsianej, z zakwasem, z drożdżami, różne miksy). Próbowałyśmy już różnych przepisów różną ręką robionych. I teraz Ania pracuje nad własnym sposobem.
Ja lubię jeść go potem z syropem owocowym, tak jak budyń, choć można i zwyczajnie cukrem posypać. Ania zaś woli z olejem lnianym, to podkreśla fakt, że kisiel owsiany jest tradycyjną postną potrawą, przyrządzaną na Wigilię (różne wigilie prawosławne). Przypisuje mu się właściwości anty-cholesterolowe.
Natomiast olej lniany jest na Podlasiu takim samym smakołykiem, jak ów kisiel. Dodaje się go też do śledzi lub smaży na nim cebulkę. Można też zwyczajnie chleb (swojski, żytni) nim polać i tak zjeść kromkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)