19 grudnia 2010

Trochę zdjęć

Oto kilka obiecanych zdjęć z postępów budowlanych w chacie. I nieobiecywanych też.
Zaczynamy od Koli na swoim starym posłaniu w nowej szacie, utkanej rękami Ani. Lubi teraz swój kącik jeszcze bardziej. Nieco mniej lubią ją w tym miejscu majstrowie, bo pies strzeże wejścia do kuchni, przy drzwiach do sieni. Dawniej były tutaj drzwi wejściowe do starej chaty, bardzo już zużyte i skrzypiące. Sień została pakamerą połączoną otworem drzwiowym bezpośrednio z kuchnią. Tym sposobem ominęłyśmy wprowadzania bezpośrednio do kuchni złego Qi, które wpada z dworu. To ważna zasada według Feng-szuei, gdyż takie boczne wejście chroni życie domowe i rodzinne przed bezpośrednimi dotknięciami losu.


A poniżej rzut oka na prawie gotowe poddasze. Prawie.
Szczyt północny pokryty gipsokartonem i oddzielony płytami kącik łazienkowy. Skosy odeskowane. Sufit położony na jętkach, gotowych już do pomalowania, również z gipsokartonu. Klejenie glazury należy do nas. Do wiosny może się uda.


I rzut oka przez okienko w północnym szczycie. Przed nami rozciąga się ogrodzona płotem zagroda kóz. Tam spędzają kilka godzin dziennie w sezonie zielonym. Oprócz tej mają jeszcze dwa inne pastwiska, w sadzie i na ugorze-buszowisku, stąd niewidoczne, bo znajdują się z drugiej strony domu.


W niewykończonej jeszcze kuchni koegzystuje nadal ze sobą stare z nowym. Na starej ścianie (pierwotnie dyle były pokryte gliną, którą trzeba było złupać i wywieźć, a dlaczego, to niech miłośnicy glinosłomy sprawdzą po kilkudziesięciu latach użytkowania tak chronionych pomieszczeń) znajdują się już przybite drewniane listwy pod szalunkowe deski.


Poniżej zdjęcie, o które prosiła Czaroffnica. Stary próg, jeszcze istniejący, pomiędzy pokojem a kuchnią. W starej chacie wszędzie były takie progi, tworzyły je solidne belki ściągające podwaliny ze sobą. Przyznam, że trudno było się do nich przyzwyczaić w pierwszych miesiącach zamieszkiwania chaty przed remontem. Ale teraz już odruchowo nogi podnoszę wysoko, choć nowe progi są dużo niższe. Jednak są.


I na koniec śpiący Jasio na swojej ulubionej pozycji schodowej, tuż pod płytą osb, mało malowniczo zakrywającą otwór na poddasze. W tym miejscu będzie specjalna klapa, używana w zimie, albo może wtedy, gdy ktoś na poddaszu nocujący zapragnie intymności. Schody na razie, póki biegają po nich majstrowie zakryte są chroniącą tekturą.

9 komentarzy:

  1. wreszcie doczekałam się na zdjęcia:)

    OdpowiedzUsuń
  2. To zasługa Ani, bo dała się namówić do współpracy. Ja niestety tego nie potrafię i zdjęcia które robią tkwią gdzieś w komputerze. Nieraz całymi latami. ;-(

    OdpowiedzUsuń
  3. "W niewykończonej jeszcze kuchni koegzystuje nadal ze sobą stare z nowym. Na starej ścianie (pierwotnie dyle były pokryte gliną, którą trzeba było złupać i wywieźć, a dlaczego, to niech miłośnicy glinosłomy sprawdzą po kilkudziesięciu latach użytkowania tak chronionych pomieszczeń)"

    Napisz proszę co się z tą gliną stało. Wyschła, jakoś zapleśniała czy co?

    OdpowiedzUsuń
  4. Chłonie zapachy. Po latach jest to znaczny smród.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki za odp. Myślę, że miłośnicy domu z glinosłomobeli sobie pewnie co jakiś czas (kilkanaście lat)zrobią remont zeskrobując warstwę śmierdzącego glinianego tynku i nałożą nową. Ta u Ciebie prześmiergła na całej grubości?

    OdpowiedzUsuń
  6. Warstwa była ok. 5-6 cm, nałożona na "stelaż" ze skrzyżowanych patyczków. Z zewnątrz wiele razy malowana wapnem. Może malowanie nieco odświeża co jakiś czas. Odór mógłby w sumie pochodzić z tego, że przez kilkanaście lat nieużytkowania w zimie (czyli nieogrzewania) tynk gliniany złapał wilgoć i stąd to się wzięło. Jednak dobrze pamiętam z dzieciństwa moje z rodzicami wizyty u pewnych staruszków z dalszej rodziny, mieszkających na wsi ze słabą komunikacją. Trzeba było u nich nocować, aby wyjechać powrotnym autobusem rano. To było dla mnie koszmarem. Płakałam. Mieli chatę z gliny i słomy, tzw. gliniankę. Oboje palili papierosy, ale to też wszystkiego nie tłumaczy. Bo smród (inaczej tego nie nazwę) był także w pomieszczeniach przez nich rzadko używanych.
    Być może, powtarzam wpływ na to zjawisko ma wilgoć, kumulująca się latami, kurz i właśnie różnorodne zapachy kuchenne (w wiejskich domach gotowano na płycie także karmę dla świń i zwierząt), zatem współcześni kulturalni posiadacze glinobitki zaopatrzonej w dobry piec nie doświadczą aż takiej zmiany, pewnie tak. Tym niemniej zjawisko istnieje. Jednak podejrzewam, że w tym wypadku grała rolę butwiejąca w glinie sieczka słomiana.
    Nawet nie myślałam, aby ten tynk zachować. Jego skucie od razu usunęło podstawowy mankament. Była to czysta glina, bez słomy, a jednak wiele wchłonęła, choć "czad" był o wiele mniejszy, niż w tamtej znanej mi chacie. A drewno pod gliną było idealne.
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
  7. Gliniankę, lub częściej używana nazwa na wsi, lepianka.

    OdpowiedzUsuń
  8. dziękuję za próg :*
    kiedyś o progach napiszę, bo to temat rzeka- sacrum/profanum.....

    ładnie tam macie!

    OdpowiedzUsuń